Dodaj do ulubionych

Pijaczyna - opowiadanie, krótkie :)

08.10.06, 11:10
Bardzo bym prosił o komentarze :)

-=-
- Pomóż mi! - wrzeszczy jakiś opętany samarytanin.
Myślę - spie..j facet. Ale podchodzę, chodź miałem zamiar przejść obok tego
i tyle. Po prostu przejść, jak każdy normalny człowiek. Ale nie, napatoczy się
taki jeden, co i pijaka z rynsztoku weźmie pod rękę i zaprowadzi do domu. Do
domu. Zaprowadzi by bydle leżało i śmierdziało, a obok jak co wieczór, płakała
żona a przy niej dzieci.
- Pomóż mi! - krzyczy coraz głośniej.
Widzę jak stara się go podnieść. Podwinął kantówy, zakasał rękawy marynarki,
błyszczącymi lakierkami brodzi w śniegu po kostki i się z nim siłuje. Na
darmo, sam nie da rady cielsku pijaczyny. Obok leży jakiś zdezelowany rower.
Wygięta rama, a obok pijaka mała czerwona plama. Uśmiecham się w myśli.
- Chodź tu! - nawet na mnie nie patrzy, ale wciąż mnie woła.
Podchodzę powoli, tak jakbym mógł to odwlec. Mogę przecież uciec, nic złego w
tym że nie chcę nosić na swych barkach mendy z browaru. Ale nie mogę uciec,
wciąż więc powoli brodzę do przodu.
Przeklęty facet w garniturku. Coś do mnie mruczy. Weź go pod rękę, weźmiemy go
razem, złap tak jak ja... O co mu chodzi? Przyglądam się twarzy pijaka. Mam
ochotę użyć glana.
Wraz z garniturowcem bierzemy go pod ramiona. Facet wyraźnie nie wie co robić.
A ja głupi, mówię mu, że wiem gdzie pijaczyna mieszka, a więc on do mnie żebym
prowadził.
I ciągniemy łajzę kilkadziesiąt metrów wzdłuż drogi. Facet ze zmęczenia sapie
głośniej niż pijak co wciąż pie.., że musi się napić. Wciąż mu za mało. Już
skończył w rowie, więc czego jeszcze chce się dorobić?
Facet staje ze zmęczenia. Po chwili zrzuca z siebie ramię pijaka i odchodzi.
Tak po prostu.
- Co jest? - pytam głośno. Ten tylko macha ręką. - Samarytanin! Ku..! -
rzucam mu w plecy, ale ten nie ma zamiaru wrócić.
Nie daję rady sam go dźwigać, upadam, a menda na mnie. Leżymy twarzą w twarz,
z trudem przewracam się na bok i jakoś się wydostaję spod jego cielska. Nie
wytrzymuję i spluwam na niego. Czuję się nieco lepiej. Jesteśmy na małym
pagórku, u dołu wije się rzeczka. Używam glana. Bezwładne ciało stacza się w
dół. Chciałeś się napić? Wciąż ci mało? To pij tatuśku i obyś się utopił. Nie
wiem czemu, jestem głupi, ale płynie mi po policzku łza.
Kilkadziesiąt metrów za mną, obok leżącego roweru, zapalają się reflektory
jakiejś osobówki i ta powoli rusza. Jedzie w moją stronę, kilka sekund później
jest koło mnie. Wydaje mi się, że za kierownicą siedzi facet w garniturze,
przejeżdża obok i dalej pruje ile gazu w mercedesie. Z oddali słychać pisk
opon, trzask giętej blachy, a ciągi samochodów wciąż gnają w swoją stronę.
Odwracam wzrok.
Wyglądam za okno. Między kratami, gdzieś w dole dostrzegam jakiegoś włóczęgę.
Siedzi oparty o rozsypujący się murek i przygląda mi się. Nie chcę na niego
patrzeć, ale nie mogę oderwać wzroku. A ten tylko wyciąga butelkę, przechyla
gwint i dziwnie się śmieje. Szyderczo.
Idę na widzenie, w drodze z cmentarza, odwiedziła mnie matka.
-=-
Edytor zaawansowany

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka