Dodaj do ulubionych

Czy ten seks jest rzeczywiście taki ważny?

18.01.10, 11:01
Od razu wyjaśnienie - to nie jest tania prowokacja, przynajmniej w zamyśle,
mam nadzieję, że nikt tego tak nie odbierze.

Gdzieś tu poniżej jest mój wątek, więc jestem tak jakby jednym z Was. Mam
wrażenie, że stoję na rozdrożu, przed dużym problemem, a następny krok
zdeterminuje moje całe życie i może mnie bardzo dużo kosztować. Dlatego bardzo
dużo o tym myślę i staram się na wszystkie aspekty sytuacji spojrzeć z różnych
stron.

I mam w głowie chaos, bo:

- Z jednej strony, jako facet, mam wpojone poczucie odpowiedzialności za
rodzinę, za dane słowo. Mam poczucie, że skoro powiedziałem A, to teraz
powinienem zacisnąć zęby i powiedzieć B, ponieść konsekwencje swoich decyzji i
wyborów i nie jęczeć. Że brak seksu to właśnie to "złe" z "na dobre i na złe".
Że jakakolwiek próba wymiksowania się z niewygodnego dla mnie układu jest
dezercją, tchórzostwem i nikczemnością. Że moja własna wygoda czy (duże słowo)
szczęście ma tu znaczenie drugorzędne - obiecałem żonie wspólne życie do
końca, mój syn też ma prawo oczekiwać pełnej, kochającej rodziny - słowo się
rzekło, nie mogę go złamać. Bo prawdziwy mężczyzna tak nie robi. Że
podkopywanie tego wszystkiego pod pretekstem braku seksu jest niepoważne,
dziecinne, niemęskie, że to tupanie dziecka obrażonego, że kolega zabrał mu
zabawkę.

- Z drugiej strony po prostu się męczę, widzę i czuję, że czegoś mi brakuje i
po prostu nie jestem szczęśliwy, że rosnąca rozbieżność między moimi
potrzebami i oczekiwaniami w sferze seksu a codzienną rzeczywistością zaczyna
rzutować na całą resztę tej rzeczywistości; że zafiksowuję się na tym i myśląc
o żonie odczuwam coraz częściej już tylko urazę, nie widzę tego, że jest
inteligentna, zabawna, troskliwa, tylko to, że jej wyschło źródełko. Zwłaszcza
że z jej strony nie widać dyskomfortu, wydaje się funkcjonować raczej
spokojnie, co tylko pogłębia moje zagubienie - bo może tak właśnie powinien
reagować dorosły człowiek, zająć się domem i rodziną, cieszyć rodzinną
sielanką i kwitnieniem jaśminu w ogrodzie, poranną kawą na tarasie i wspólnymi
chwilami z herbatą przy kominku... a nie fantazjować o cycatych Ślązaczkach ze
Zbiornika i robieniu laski pod prysznicem.

Moje zagubienie powiększa też fakt, że czytam też pilnie to forum, widzę,
jakie problemy mają inni i jak sobie z nimi radzą. I wychodzi mi, że tak
naprawdę w sytuacji niedopasowania seksualnego nie ma rozwiązania, że jest ono
albo symptomem jakiegoś głębszego problemu, fundamentalnej rozbieżności,
"błędu założycielskiego", albo ułomnością naturalną, nie tyle "awarią" co
"etapem rozwoju związku", na którą nie ma rady - żona albo mąż po prostu się
wypalili i teraz pozostaje tylko metoda reanimacji trupa, można się umawiać,
planować itd, ale naturalna namiętność nie wróci i trzeba zacisnąć zęby,
udając, że omówiony i przygotowany seks co sobota o 19-tej to to samo, co
nagły zryw pasji w windzie.

I sam już nie wiem, co mam myśleć. Czy zostawiając żonę z dzieckiem, bo masz
za mało seksu, jesteś gówniarzem? Czy raczej trwając w postnym układzie i
przekierowując libido na treningowy rowerek jesteś idiotą?
Edytor zaawansowany
  • 18.01.10, 11:07
    a jak sie ma ta wizja kochajacej rodziny ktorej oczekuje twoj syn do stanu ciaglej urazy w stosunku zony?
    --
    www.zdrowydzien.info/
  • 18.01.10, 11:18
    > a jak sie ma ta wizja kochajacej rodziny ktorej oczekuje twoj syn do stanu ciag
    > lej urazy w stosunku zony?

    Bardzo często ludzie rzucają taki argument, "Lepiej żeby dziecko miało rozbitą
    rodzinę, niż żeby widziało, jak tata z mamą się żrą". Otóż to też nie jest takie
    proste, bo są różne formy małżeńskich konfliktów, mogą być cykliczne awantury,
    rzucanie talerzami i znikanie ojca/matki na kilka dni, a może być dystansik i
    wycofanie, które nie będzie rzutować na codzienne funkcjonowanie rodziny.
    Zresztą raz: nie przeceniajmy instynktów dziecka, dla kilkulatka niuanse
    stosunków mama-tata mogą być nieuchwytne, w końcu nie ma punktu odniesienia i
    może być przekonany, że tak właśnie to wygląda u wszystkich. Dwa: rodzina lekko
    dysfunkcyjna zawsze będzie lepsza niż rozbita w drobny mak.
  • 18.01.10, 11:32
    hehehe a potem sobie sam taka rodzine dysfunkcyjna stworzy bo nie bedzie mial zdrowych punktow odniesienia:)
    Nie ma to jak zapsuc zycie sobie i nastepnemu pokoleniu.

    --
    www.zdrowydzien.info/
  • 18.01.10, 11:38
    To ja wsadzę kij w mrowisko....ja się z moim eksem nie kłóciłam. Myśmy ze sobą
    nawet prawie nie rozmawiali, ewentualnie przez gg. Wiec zasadniczo możnaby
    powiedzieć, ze dziecko żyło w dobrej atmosferze. Tylko ja dotąd pamiętam taka
    sytuacje: wyprowadziłam sie i juz mieszkałam sama z rocznym synem. Pewnego dnia
    był znajomy, mały rozrabiał a ja byłam mocno zmęczona, łeb mi pękał. I ten
    znajomy właśnie powiedział do syna "Widzisz, musimy byc ciszej, bo mama sie zle
    czuje. Teraz ją przytulimy, pogłaszczemy" I moje roczne dziecko stało na środku
    pokoju ze swoimi wielkimi otwartymi oczyskami i patrzyło w totalnym osłupieniu,
    ze mamę ktoś głaszcze. Bo normalne, ze to mama głaszcze i przytula, ale żeby ją...
    No wiec ja nie żałuje, ze sie rozwiodłam i zniszczyłam mojemu dziecku "normalny"
    dom, w którym nie wiedziałby, co to miłość, rodzinne ciepło i pogłaskanie sie
    rodziców. I potem wyszedłby z takiego domu bez jakichkolwiek pozytywnych wzorców
    i tez nie umiałby stworzyć normalnego dobrego związku.
    Przyrzekałam eksowi,ze będę z nim na złe. Nie zostawiłam go w chorobie,
    niedostatku i tego typu rzeczach. Ale nigdy tez nie przyrzekałam mu, ze będę z
    nim do końca życie nieszczęśliwa, bo jemu sie nie chce. Nic nie chce...
  • 18.01.10, 11:39
    symmetryisall napisał:
    > Zresztą raz: nie przeceniajmy instynktów dziecka, dla kilkulatka niuanse
    > stosunków mama-tata mogą być nieuchwytne, w końcu nie ma punktu odniesienia i
    > może być przekonany, że tak właśnie to wygląda u wszystkich. Dwa: rodzina lekko
    > dysfunkcyjna zawsze będzie lepsza niż rozbita w drobny mak.

    Ci którzy się tym zajmują profesjonalnie twierdzą akurat dokładnie odwrotnie.
    Polecam się tym zainteresować. Prawda o braku miłości rodziców jest wychowywanie w karykaturalnej i cynicznej namiastce "dla dzieci"

    -Czy wiesz, jak to zrobić? Jak wychować szczęśliwe dzieci?
    Wojciech Eichelberger: Żeby wychować szczęśliwe dzieci, samemu trzeba być szczęśliwym. To mogłaby być cała odpowiedź. (…) Wszystkie dzieci instynktownie reagują rozpaczą, oporem i gniewem wtedy, gdy dorośli swym zachowaniem kwestionują te wartości.
    www.psychoterapiagestalt.pl/dane/opracowania_oraz_artykuly.php?id=teksty/jak_wychowac_szczesliwe_dzieci
  • 18.01.10, 12:09
    Owszem, zgadzam się, ale znów mamy tutaj widzenie czarno-białe. Z jednej strony
    - kochająca, ciepła rodzina, w której tata przytula mamę i w ogóle lukier aż
    kapie, z drugiej - zwichnięty układ, gdzie rodzice przez GG ustalają, kto
    odbierze małego z przedszkola, żeby się przypadkiem do siebie nie odezwać. A
    przecież są jeszcze stopnie pośrednie, w którym momencie zgrzyty między
    rodzicami zaczynają być "dysfunkcją, która wypaczy dziecku psychikę"?

  • 18.01.10, 12:27
    symmetryisall napisał:
    > Owszem, zgadzam się, ale znów mamy tutaj widzenie czarno-białe. Z jednej strony
    > - kochająca, ciepła rodzina, w której tata przytula mamę i w ogóle lukier aż
    > kapie, z drugiej - zwichnięty układ, gdzie rodzice przez GG ustalają, kto

    Ta logika przeciwstawia się czarno białej potocznej logice bycia razem dla dobra dziecka za wszelką cenę, poświecalnicta dla rzekomego dobra dziecka.

    Dla niektórych to świetne wytłumaczenie własnych fobii, braku poczucia bezpieczeństwa, zaburzonego poczucia wartości, i zwykłego lenistwa - projekcja jestem nieszczęśliwy przez/dla Ciebie.
  • 18.01.10, 12:20
    Witam wszystkich.Mam ten sam dylemat co zalozyciel wątku chodz jestem kobietą borykam sie i tluke z myslami bo wiem ze chce rozwodu ale boje sie ze zniszcze tym meza.Moj maz doprowadzil wiele lat temu do tego ze stracilismy mieszkanie i moja matka przygarnela nas do siebie.Dzis maz od 6 lat jest za granica i nareszcie sie odnalazl w zyciu tylko ze ja juz nie chce z nim zyc.Teraz zyjemy oddzielnie ja od 6 lat sama wychowuje trzy dorastajace dzis corki a maz przyjezdza 3 razy w roku łacznie jest miesiac w roku w domu i to cale bycie razem.Maz oczywiscie daje kase na utrzymanie domu ja rowniez pracuje.Wiem ze nie chce byc z mezem nawet gdy by wrocil bo zawsze bylo zle i w malzenstwie i w sexie ale gdy wezme rozwod to maz zostanie bez dachu nad glowa,jego rodzice juz dawno nie zyja.Co ja mam zrobic?wiem ze z mezem nie bede szczesliwa ze nasze malzenstwo to fikcja ale jak zostawic go bez domu?to mi nie daje spokoju moj maz wiele razy porzucal mnie zostawial z dziecmi bez srodkow do zycia klamal robil cuda ale to bylo dawno temu i ja zawsze mu wybaczalam i ratowalam a teraz chce rozwodu chcego zostawic.Mam jeden metlik w glowie mysle o tym od 3 lat i ciagle sie boje co on zrobi co corki na to czy mnie znienawidza?przepraszam za chaos w moim wątku ale to tekie trudne do opisania.
  • 18.01.10, 12:30
    szczęśliwym...
    Przeczytałem dawno temu tę książkę - również polecam.
    I mam wrażenie, że pytanie kolegi Symetrycznego ( w świelte jego
    innych wątków, także tych o wychowaniu syna ) brzmi :
    "Jak być szczęśliwym ojcem kiedy nie czuję się się
    usatysfakjonowanym seksualnie mężem matki mojego dziecka".
    Generalnie podobny problem przerabiam od ładnych paru lat i tyle
    mogę mądrego powiedzieć, że nie mam rozwiązania "zagadki", bo ono
    nie tyle nie istnieje w moim odczuciu - ile zmienia się wraz z
    upływem czasu. Zakładam, że dla autora - jak i dla mnie - miłość
    rodzicielska i odpowiedzialność za potomka to ewidentny życiowy
    priorytet, i pod tym kątem rozpatruję całość zagadnienia.
    Moim zdaniem kolego Symetryczny tak jak rozwija się Twój syn i tak
    jak będą zmieniały się Twoje z nim relacje, tak również (aczkolwiek
    na pewno nie tak dynamicznie) ewoluowały będą twoje relacje
    okołołóżkowe z małżonką. Nie zmieni się ona w tydzień ani miesiąc w
    wulkan seksu - ale jest możliwa poprawa. Weź również pod uwagę fakt,
    z którego faceci z reguły nie zdają sobie sprawy ( albo zrzucają go
    w niepamięć ) - mianowicie Twoje potrzeby z czasem też ulegną
    zmianiom, nauki mówi, że raczej z wiekiem krzywa zapotrzebowania na
    seks opada niż rośnie.
    Zatem traktując jako priorytet tworzenie / podtrzymywanie rodziny i
    wychowywanie syna moim zdaniem powinieneś podejmować STALE różne
    starania na poprawę relacji okołołóżkowych z żoną - od wszelakich
    pomysłów zaczerpniętych z forum i literarury po terapię (wspólną) u
    dobrego specjalisty.
    SYMETRII w relacjach libido między Tobą i żoną nie ma - i załóż, że
    nie będzie. Ale nie wyklucza to w miarę udanego pożycia, a to na
    pewno sprzyja zdecydowanie budowaniu całokształtu rodziny i Twoich
    relacji z synem.
  • 18.01.10, 12:40
    "Czasami, kiedy dziecko ma powazne problemy, rodzice zastanawiaja sie czy nie
    jest za pozno, zeby mu pomoc. Nawet jesli wprowadza pozytywne zmiany i widac
    wyrazne oznaki poprawy, boja sie, ze kiedys klopoty ponownie dadza o sobie znac.
    Moge ich uspokoic: przyszlosc dziecka nie jest nieodwracalnie uksztaltowana w
    wieku trzech, pieciu, czy nawet dwunastu lat. Niekoniecznie tez jeden blad lub
    pojedyncze wydarzenie wywolujace uraz psychiczny musi sie stac bomba zegarowa
    zagrazajaca psychice mlodego czlowieka. Trwaly uraz jest znacznie czesciej
    wynikiem ciaglego fizycznego lub tez psychicznego maltretowania lub pelnego
    wrogosci, nadmiernie rygorystycznego postepowania z dzieckiem. Rodzice (i
    niektorzy profesjonalisci) czesto nie doceniaja zdolnosci mlodego czlowieka do
    powrotu do zdrowia, zwlaszcza przy wsparciu ze strony doroslych."
    fragment ksiazki "Jak zrozumiec problemy emocjonalne dziecka" autorami sa:
    Stanley Turecki, Sarah Wernick.
    Bardzo polecam lekture calej ksiazki.

    Moim zdaniem, nikt z nas nie jest w stanie ocenic, jak bardzo Twoja frustracja
    seksualna wplywa na Twoj stosunek do zony. Czy wrogosc jest codziennym i
    nieodzownym elementem waszej relacji, czy tez po prostu od czasu do czasu jestes
    podirytowany. Nie ma zwiazkow idealnych, spiecia sa wlasciwie nie do unikniecia,
    to tylko kwestia (szalenie istotna) proporcji miedzy chwilami dobrymi, a zlymi.
    Moim zdaniem dziecko jest w stanie w miare dobrze zniesc rozwod rodzicow, jak i
    niedoskonala relacje miedzy nimi, jesli oni beda potrafili nie przenosic swoich
    problemow na grunt kontaktow z dzieckiem. Nie powinno wiec stanowic argumentu do
    trwania w zlym zwiazku, ani do wypisywania sie z niedoskonalego.
  • 18.01.10, 13:11
    ciezka_cholera napisała:
    > Moim zdaniem dziecko jest w stanie w miare dobrze zniesc rozwod rodzicow, jak i
    > niedoskonala relacje miedzy nimi, jesli oni beda potrafili nie przenosic swoich problemow na grunt kontaktow z dzieckiem

    Miłość to złożona relacja której się dziecko uczy nie przez gadanie ale przez przykład i obserwację relacji rodziców. Jak się nauczy niedoskonałej tak to wpłynie na jego budowanie związków poczucie szczęśliwości w przyszłości.
  • 18.01.10, 13:18
    urquhart napisał:

    >
    > Miłość to złożona relacja której się dziecko uczy nie przez gadanie ale przez p
    > rzykład i obserwację relacji rodziców. Jak się nauczy niedoskonałej tak to wpły
    > nie na jego budowanie związków poczucie szczęśliwości w przyszłości.

    Nauczy sie, ze zwiazki miedzy ludzmi bywaja niedoskonale. To tez cenna lekcja.
    Troche realizmu i umiejetnosci kompromisow dziecku moze sie przydac. Poza tym,
    pamietajmy ze alternatywa tez nie jest doskonala - rozwod rodzicow moze byc
    lepszym rozwiazaniem, jesli ich relacja jest zla, nie przecze (sama sie
    rozstalam z ojcem mojego pierworodnego), ale jesli jest ona tylko niedoskonala,
    no coz, moim zdaniem doskonale nie istnieja, choc zawsze nalezy dazyc, aby takie
    byly.
  • 18.01.10, 18:11

    Jest różnica w "byciu szczęśliwym" a "byciu idealnym".
    Mój związek idealny nie jest, ale jestem z moim chłopem szczęśliwa:-)

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 18.01.10, 20:13
    zakletawmarmur napisała:

    > Jest różnica w "byciu szczęśliwym" a "byciu idealnym".
    > Mój związek idealny nie jest, ale jestem z moim chłopem > szczęśliwa:-)


    Ja mam z moim podobnie. Ale gdyby mi tak stawal okoniem i olewal potrzeby jak
    zona Symetrycznego, to pewnie bym szczesliwa nie byla. Dlatego napisalam
    powyzej, ze kazdy musi sam ocenic, czy kaliber jego alkowianych problemow jest
    raczej lajtowy i do przelkniecia, czy raczej jest to cos, co co daje nam
    poczucie, ze tracimy jednak w zyciu cos cholernie waznego.

    No i - jak zwrocil uwage Marek_Gazeta - zupelnie zmienia postac rzeczy, kiedy
    widzimy, ze partner, pomimo braku wielkiego polotu w te klocki bardzo stara zeby
    nas jednak uszczesliwic. Wtedy mamy motywacje do kompromisow nawet, jesli
    pomimo tych staran nie jest idealnie. Natomiast taki bojkot potrzeb jaki serwuje
    Symetrycznemu zona w stylu "nie i koniec, pogodz sie z tym" sprawia, ze w
    czlowieku rodzi sie bunt i w nogi same wyrywaja sie do ucieczki.

    --
    Sex is kinda like pizza. Even when it's bad, it's still pretty good...
  • 22.01.10, 15:56
    Możliwości rozwiązania Twojej sytuacji jest kilka ale żadna nie jest bezbolesna, takie życie.

    Możesz odejść od żony... ale szkoda dziecka a poza tym, jak zrozumiałem to seks jest głównym problemem i ciągle Ci na niej zależy.

    Możesz farmakologicznie uczynić się eunuchem... tylko, że bycie facetem bez jaj nie jest komfortowe, przestaje się chcieć czegokolwiek.

    Możesz iść z żoną do psychologa... szkoda kasy i czasu, dowiesz się jaki to fajny i łatwy zawód, wystarczy robić inteligentne miny i powoływać się na literaturę.

    Możesz sam naczytać się literatury... również szkoda czasu, przekonasz się, że pisać każdy może dowolne bzdury. Poza tym w obydwu powyższych przypadkach dowiesz się jakie spustoszenie zrobił Freud swoimi teoriami w nauce.

    Mozesz zostawić tą sytuację bez zmian... zaczniecie się z żoną naprawdę nienawidzieć a trzepanie małego pod prysznicem na dłuższą metę nie pomaga.

    Jak widziesz mam pewne doświadczenia na tym polu, bo sam to dokładnie przerobiłem. Powód był taki jak u Ciebie, zero seksu a jeżeli już to z częstotliwością marginalną i na zasadzie: masz 3 min, spust i wylot!
    Wybrałem ostatnie wyjście - mam kochankę i lezę z nią do wyra raz na jakiś czas, po ostrych czterech godzinach wracam do życia i patrzę na świat z chęcią do pracy i życzliwością dla ludzi bez negatywnych emocji.
    Przestałem się żreć z moja żona, znowu ja lubię, jestem dla niej miły, staram się robić wszystko czego oczekuje.

    Nie chciałem doprowadzić do sytuacji w której idiotyczne trywialne niedopasowanie rozwali mi fajne życie. W końcu to tylko fizjologia...
  • 19.01.10, 23:52
    Seks jest najważniejszy !!!
  • 18.01.10, 13:42
    Cześć,

    może moja rada nie będzie niezwykle cenna, ponieważ nie mam ani
    męża, ani dziecka, ale miałam podobny problem z partnerem.
    Niby wszytskow związku ok, żyliśmy sobie jak normalni ludzie, on się
    nawet oświadczył, tylko że w temacie seksu była posucha. I pogadałam
    kiedyś o tym od serca z mamą. I ona mi powiedziała, że pomimo tego,
    że różnie się jej z moim tatą układało, mieli awantury, ciche dni,
    dwójke dzieci i masę kłopotów, to pomimo tego wszytskiego relacje
    łóżkowe zawsze były. Lepsze, gorsze, ale jednak. I to bez proszenia,
    straszenia, grożenia. Bo to cementuje i nie ma co się oszukiwać, że
    da się bez tego obejść. miesiąc, dwa, pół roku - da się. Ale po
    pewnym czasie człowiek się czuje upokorzony tym, że nie zasługuje na
    to, żeby go ktos popiescil, przytulil i zrobil dobrze....
  • 18.01.10, 13:58
    nie zawsze wszystko stracone - czasem pewne przesilenie jest potrzebne, żeby
    odnaleźć radość i przyjemność seksu z partnerem

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 18.01.10, 14:11
    Ja z doswadczenia moge powiedziec ze brak satysfakcjonujacego sexu w malzenstwie i ciagle lamzanie i staranie sie jest faktycznie upokazajace a liczenie na zmiejszenie libida po latach nie wiele pomoze bo pustka uczuciowa i tak pozostaje.Ale jest cos co daje dzieciom poczucie bezpieczenstwa nawet gdy rodzice nie wychowuja dzieci razem a mianowicie szanowanie sie rodzicow bez wzgledu na wszystko zycie w przyjazni i wspolne dogadywanie sie co do wychowywania dzieci.Ja wychowuje corki sama od 6 lat i chociaz oficjalnie meza mam bo pracuje za granica to jednak caly trud wszelkie problemy radosci i smutki przezywam tylko z corkami.Relacje corek z tata ktory jest 3 razy w roku w domu sa.dobre kochaja go okazuja mu milosc i szanuja.Ja rowniez staram sie nie okazywac mezowi wrogosci bo niby dlaczego?to ze nam sie zycie nie ulozylo nie oznacza ze musimy byc wrogami tym bardziej ze mamy dzieci.Tylko ze moje corki sa juz nastolatkami a jedna jest juz pelnoletnia nie wiem jakby to bylo gdyby dzieci byly mniejsze.
  • 18.01.10, 14:16
    Nie wiem nie mam rozwodu ciagle sie boje ze maz zostanie bez domu ze srednia corka mnie nie zrozumie.Najstarsza jest juz pelnoletnia ma chlopaka i uwaza ze przedewszystkim musze patrzec na siebie i swoje szczescie.Srednia jest w okresie buntu i raczej podchodzi do kwestii rozwodu ze zloscia a mala 10 lat ma i praktycznie jest jej bez roznicy i tak tate ma zadko.Tak czy inaczej nie chce zyc i udawac ze jest ok.
  • 18.01.10, 14:43
    Z tych waszych konwersacji można wyczytac jedno że najlepiej zostac
    samemu, bo zawsze sie coś popsuje, kiedys uczucia wygasają chocby
    miec tysiac partnerów to z każdym z nich w końcu dojdzie do momentu
    że juz to nie bedzie to co na początku. Pociąg seksualny zanika
    wychodzi się za super kochanka lub kochankę a po kilku latach
    okazuje sie że to nie to...Zdaniem większości gdy już pojawi sie
    problem najlepiej zapomniec o tej osobie, bo nie będzie sie
    szczęśliwym...to po co do cholery te śluby żeby w końcu zrezygnowac
    gdy już człowiek czuje się nieszczęśliwy, poddac sie bez walki bo
    nigdy nie przywróci się stanu zakochania jaki był przed samym ślubem
    i namiętności która nie opuszczała...
  • 18.01.10, 15:06
    Mylisz sie.Ja zawsze walczylam.Zawsze uwazalam ze najprosciej jest poddac sie.Tlumaczylam mezowi zeby sie wzial za siebie zeby skonczyl klamac ze klamstwo oszustwo niszczy moje zaufanie do niego.Mielismy mieszkanie wiec prosilam go ze tak duzo mamy do stracenia ze mamy dzieci.Do tego doszlo ciagle zebranie o sex.I co wywalczylam?Mieszkanie i tak stracilismy bo zanim maz sie odnalazl minelo jeszcze jakies 10 lat.Moje zaufanie do niego nie powrocilo i juz nie powroci.Ja nie chce juz walczyc i wiesz jakie byly slowa meza jak powiedzialam ze za pozno sie odnalazł?ze jak to ze kto jak kto ale ja zawsze walczyłam zawsze rodzina byla najwazniejsza wiec jak moge teraz mowic o rozwodzie.Nikt tu nie pisze ze jak uczucia wygasna to nogi za pas poczytaj watki tu ludzie pisza ze moze lepiej skonczyc walke z witrakami i skupic sie na tym co naprawde wazne-na szczesciu tak swoim],naszych dzieci i naszych jeszcze malzonkow.Polaczyc tego nie sposob zawsze ktos ucierpi ale czy warto walczyc?ja dzis wiem ze walke przgralam ale nie zaluje niczego.Poprostu dzis wiem ze zycie to nie tylko walka ale i milosc i spokoj,ze nasze problemy z mezem wynikaly nie tylko z jego niedojzalosci ale i z tego ze nigdy nie pasowalismy do siebie ani temperamentem ani podejsciem do zycia.Dzis po wielu latach to zrozumialam gdy maz wyjechal spojzalam na nasze malzenstwo z dystansem zauwazylam ze ja mowie o chlebie a on o niebie i tak wygladalo cale wspolne zycie. O tym pisza tu wszyscy a nie o pojsciu na latwizne.
  • 18.01.10, 15:19
    zamyslonaona napisała:

    > to po co do cholery te śluby żeby w końcu zrezygnowac
    > gdy już człowiek czuje się nieszczęśliwy, poddac sie bez walki bo
    > nigdy nie przywróci się stanu zakochania jaki był przed samym ślubem
    > i namiętności która nie opuszczała...

    Sluby jak sluby, one wlasciwie tak na dobra sprawe nie sa do niczego potrzebne.
    Gorzej z kwestia dzieci. Jak pogodzic to wszystko, czyli wlasne szczescie i
    spelnienie, z posiadaniem dzieci, ktore potrzebuja stabilnego i cieplego domu?
    Nie piszcie mi, ze dzieciom rowno wisi czy odchodzacy od rodziny ojciec bedzie,
    no wlasnie, dochodzacy - czy tez uczestniczy czynnie w ich codziennosci. Kazde
    rozstanie powoduje zachwianie ich poczucia bezpieczenstwa, burzy pewne wartosci,
    wiare w milosc miedzy doroslymi oraz dobre zwiazki damsko-meskie. Pewnie, ze nie
    jest dobrze, kiedy rodzice sie zra czy nie odzywaja do siebie tygodniami i w ich
    relacjach wieje chlodem. Symetryczny jednak pisze o normalnych, poprawnych i
    sypmatycznych codziennych relacjach z zona - o wspolnym piciu herbaty przy
    kominku i masowaniu zonie stop - w ktorych miedzy rodzicami dziecko widzi i
    czulosc i wsparcie. Czy jesli rodzice z powodu niedobzykania nie warcza na
    siebie przy sniadaniu, to myslicie, ze dziecko naprawde odczuwa ze ktores z nich
    ma niedosyt w sypialni? Nie przeceniajmy percepcji dzieci, bo jakkolwiek
    wyczuwaja one stosunki jednoznacznie zle czy chlodne, tak przy normalnej
    codziennej, rodzicielskiej trosce i uprzejmosci wzgledem siebie, gdzie jedynym
    deficytem jest widok ojca klepiacego matke namietnie po pupie, nie ma to chyba
    az takiego znaczenia. W kazdym razie brak namietnosci rodzicow (stan jakby nie
    bylo nieco normalny i wrecz zaprogramowany przez nature) z pewnoscia nie sieje
    wiekszego spustoszenia w psychice dzieci niz rodzina rozbita i widok matki i
    ojca zyjacych osobno, z partycypacja roznych w zyciu dziecka roznych "Cioc
    Marzenek" oraz "Wujkow Andrzejow" ;-/ Oby fajnych, milych i nie toksycznych.

    Pytanie tylko jak nie zwariowac w takim zwiazku, gdzie malzonek seks
    reglamentuje i pogodzic sie z mysla ze juz nigdy nie zaliczy sie wspomnianego
    loda pod prysznicem czy namietnego seksu w windzie. O ile mozna jeszcze zyc na
    dluzsza mete w miare harmonijnie z malzonkiem przy nieznacznym niedopasowaniu i
    jakichs tam kompromisach, o tyle juz niestety przy duzej rozbieznosci potrzeb i,
    co gorsza, kompletnym braku wspolpracy ("nie, bo nie") ze strony
    wspolmalzonka/i, graniczy to prawdopodobnie z niemozliwym.

    --
    Sex is kinda like pizza. Even when it's bad, it's still pretty good...
  • 18.01.10, 15:44
    Ja również uważam, że seks jest niezbędnym i zupełnie unikalnym spoiwem związku kobiety z mężczyzną. Mniejsza o częstotliwość - jeśli jednak para nie ma na siebie od czasu do czasu ochoty, to jest źle. Namiętność gaśnie, ale - w sprzyjających sytuacjach (w trakcie wspólnego urlopu w tropikach, po dłuższej rozłące) - powraca.

    Jeśli chodzi o Symetrycznego, żona nie zachowuje się w porządku. Gdyby się leczyła, chciała, próbowała, ale nie dawałoby to efektów, sytuacja byłaby inna. Jednak żona Symetrycznego od seksu się wymiguje i uważa, że tak jest ok. Dlatego uważam, że Symetryczny ma pełne prawo spróbować sytuację zmienić - nie poprzez prośby, ale znacznie dalej idące, dość radykalne działania. Dodajmy, że fakt, iż żona "funduje" seks w charakterze prezentu, pokazuje jasno, że zdaje sobie sprawę z potrzeb męża. I zdaje sobie sprawę, że "zagłodzenie" męża będzie śmiertelnie niebezpieczne dla małżeństwa.

    --
    W czasie deszczu paszcza sucha.
  • 18.01.10, 15:48
    glamourous napisała:

    > Nie piszcie mi, ze dzieciom rowno wisi czy odchodzacy od rodziny ojciec bedzie,
    > no wlasnie, dochodzacy - czy tez uczestniczy czynnie w ich codziennosci. Kazde
    > rozstanie powoduje zachwianie ich poczucia bezpieczenstwa, burzy pewne wartosci

    To ja jeszcze dodam, ze wiekszosci rodzicow, tez nie wisi, czy wychowuja swoje
    dziecko na codzien, czy spotykaja sie raz na jakis czas. W kalkulacji wlasnego
    poczucia szczescia i spelnienia w zwiazku i poza zwiazkiem tez trzeba uwzglednic
    ten czynnik. Innymi slowy - pan jest w tej chwili sfrustrowany brakiem seksu, po
    rozwodzie bedzie sfrustrowany rozstaniem z dzieckiem (ktoremu w najlepszym
    przypadku bedzie w stanie poswiecic polowe tego czasu co teraz, prawdopodobnie
    jeszcze mniej).
    Jesli autor watku potrzebuje punktu odniesienia w postaci opinii innych
    rodzicow, to ja napisze szczerze: zaden seks i poczucie bliskosci nie byloby w
    stanie mi zrekompensowac faktu zostania rodzicem weekendowym. Nie wynika to z
    odpowiedzialnosci i troski o dobro dzieci, jest to prosta kalkulacja, ktory z
    brakow bylby dla mnie uciazliwszy: brak seksu czy brak codziennosci z dziecmi.
    Nie chcialabym, zeby to zabrzmialo jak ocena negatywna innej decyzji, jest to
    tylko moja subiektywna opinia. Szczerze wspolczuje, bo cala ta sytuacja
    zasluguje na miano konfliktu tragicznego, raczej nie ma dobrego wyjscia.
  • 18.01.10, 15:22
    Rzadko bywa tak, że para jest idealna jak z reklamy margaryny i jeden, jedyny
    zgrzycik to że on by chciał, a ją wtedy boli głowa. Zawsze jest tak, że jedno ma
    jakieś ciągoty i pomysły na życie nieakceptowalne dla drugiego, ale z nich
    rezygnuje w imię wspólnego szczęścia i udanego pożycia, bo tak się jej
    kalkuluje. Ale kiedy jedna strona mówi "Nie chce mi się już, pogódź się z tym",
    to może się okazać, że to jest już o jedno wyrzeczenie i poświęcenie za dużo, że
    bilans strat i zysków wychodzi na minus. I wtedy się staje przed pytaniem "Po
    ch... się męczyć?". Pozornie - niedojrzali gówniarze uciekają, bo mu dupy w
    głowie/cipa swędzi, a w rzeczywistości - dramat ludzi, którzy popełnili jakiś
    tam błąd i próbują ratować, ile się da. Tak to widzę.
  • 18.01.10, 15:48
    Rozumiem Cie, i dlatego powyzej napisalam :

    > O ile mozna jeszcze zyc na
    > dluzsza mete w miare harmonijnie z malzonkiem przy nieznacznym
    > niedopasowaniu i jakichs tam kompromisach, o tyle juz niestety
    > przy duzej rozbieznosci potrzeb i,
    > co gorsza, kompletnym braku wspolpracy ("nie, bo nie") ze strony
    > wspolmalzonka/i, graniczy to prawdopodobnie z niemozliwym.

    To wlasnie ten kompletny brak zbieznosci potrzeb w perspektywie na cale zycie i
    odbieranie przez malzonka/e wszelkich zludzen i nadziei na poprawe ("pogodz sie
    z tym") wlasnie tak dobija i wywoluje bunt oraz chec trzasniecia drzwiami. Moj
    wniosek z piecioletniej lektury tego forum jest taki : drobne niedopasowania
    oraz kompromisy/starania ze strony malzonka/i sa do przelkniecia dla dobra
    rodziny. Kiedy jednak stajemy twarza w twarz z oporna postawa drugiej strony na
    zasadzie "lepiej nie bedzie, libido spada kobiecie z wiekiem (totalna bzdrura i
    wymowka, nota bene!) wiec raczej juz ode mnie nie oczekuj namietnego loda pod
    prysznicem - nie bo nie" to faktycznie opadaja rece do samej ziemi, a czlowiek
    ma ochote urwac sie z tego seksualnego wiezienia o chlebie i wodzie jak pies ze
    smyczy. I jest to zupelnie naturalny instynkt samozachowawczy.


    PS. Zaraz Bonita Ci napisze, ze "bilans zyskow i strat" nie istnieje, ze jest
    tylko "rachunek" ;-)))


    --
    Sex is kinda like pizza. Even when it's bad, it's still pretty good...
  • 18.01.10, 16:01
    > PS. Zaraz Bonita Ci napisze, ze "bilans zyskow i strat" nie istnieje, ze jest
    > tylko "rachunek" ;-)))

    A przepraszam, nigdy nie byłem w szkole prymasem ;)
  • 18.01.10, 16:03
    odpowiem na pytanie - tak ten seks jest rzeczywiście taki ważny..
    dalej.. -czy Wy już zapomnieliście jak to jest być dzieckiem? tzn
    nie wiem w jakim wieku są Twoje symmetryisall.. a z resztą..
    dziecko zawsze ma swój całkiem spory świat,przeważnie coraz bardziej
    rośnie on razem z nim; koledzy,szkoła,plany na przyszłość,rozrywka..
    a rodzice pracę.. uważam,że można i tak być świetnym rodzicem nie
    mieszkając z dzieckiem,przede wszystkim masz wtedy szanse być
    rodzicem szczęśliwym,a to czy poświęcisz mu tyle samo czy może nawet
    i więcej czasu niż gdybyś z nim był będzie zależało od Ciebie..
    dziecko też w końcu zacznie też wnikać jak to tata poznał mamę,co
    ich połączyło itp i co wtedy się dowie,że spora część z ich i jego
    życia była jakby udawana,że ojciec męczennik a matka lodówa? z
    resztą jeśli dla dobra dziecka to co? skończy 18lat/wyjedzie na
    studia i Ty wtedy zmarnowany "suchym" życiem spakujesz walizki?
    jakbym ja była dzieckiem takich ludzi to chyba bym miała wyrzuty
    sumienia i w dodatku wietrzyła wszędzie nieszczerość.. myślę,że
    powinieneś żonie SPOKOJNIE ALE STANOWCZO oznajmić,że albo coś ze
    sobą zrobi albo będziesz szukał nowej NORMALNEJ partnerki..
    dowiedziałabym się jakie będą moje prawa względem dziecka po
    rozwodzie itp jak żona to widzi- może dalibyście radę zachowywać się
    kulturalnie.. mi nie sex wydaje się zwierzęcy ale właśnie sex dla
    prokreacji dzięki,której żonka ma dzidzusia do kochania a mąż ma
    polować,ewentualnie znów prokreować.. uważam też,że brak seksu i
    podejście do niego Twojej żony "przemieliło" Ci trochę myślenie o
    sprawach seksu.. to nie są żadne Twoje zachcianki,fanaberie itp to
    normalne potrzeby zdrowego człowieka i jeśli jest zdrowy i normalny
    to tak szybko nie wywietrzeją..
  • 18.01.10, 15:40
    zamyslonaona napisała:
    > że juz to nie bedzie to co na początku. Pociąg seksualny zanika
    > wychodzi się za super kochanka lub kochankę a po kilku latach
    > okazuje sie że to nie to...

    Zanika, ale podsycany umiejętnie zanika powoli... Śmierć też jest nieunikniona.
  • 18.01.10, 16:15
    poza tym myślę,że z czasem jak nie będzie seksu żona zacznie Cię
    ostro wkurzać.. no chyba,że znajdziesz kochankę/ki -wtedy pewnie
    trochę mniej.. a może wyjdzie spontanicznie,że się w kimś innym
    zakochasz? mogłaby być też opcja,że "przemieli" Ci mózg i potrzeby
    do końca,dziecko/ci będą dorosłe,a Ty dalej z żonką;
    gazetki,tv,obiadki,zakupy .. dla mnie to mocno przedwczesna
    starość.. i smutne,pozbawione ogromu pięknych uczuć i chwil.. a nie
    jak to Ty już lekko "przemielony" piszesz robienie laski i cycki..
    sex kochających się ludzi zaczyna się w
    głowie,sercu,dowcipie,wyobrażni..
  • 19.01.10, 09:16
    symmetryisall napisał:
    > - Z jednej strony, jako facet, mam wpojone poczucie odpowiedzialności za
    > rodzinę, za dane słowo. (...)
    > - Z drugiej strony po prostu się męczę, widzę i czuję, że czegoś mi brakuje i
    > po prostu nie jestem szczęśliwy, że rosnąca rozbieżność między moimi
    > potrzebami i oczekiwaniami w sferze seksu a codzienną rzeczywistością zaczyna
    > rzutować na całą resztę tej rzeczywistości; że zafiksowuję się na tym i

    Przedstawiony dylemat jest trudny do pogodzenia i przypomina dylematy klasycznej greckiej tragedii.
    Z tradycyjnego podejścia chrześcijańsko-augustiańkiej etyki to niskolibidowa żona jest bliższa stanowi ulubionego przez Boga stanu czystego a jak ty masz brudne seksualne problemy to udaj się z nim do zbiornika nieczystości i używaj sobie chuciom u prostytutek a nie śmiej czepiać się żony będącej blisko stanu idealnego. Założenie tradycyjnej etyki zakłada że mężczyzna jest jedynym odpowiedzialny prawnie i ekonomicznie za całą rodzinę, żona i dzieci zależą wyłącznie od niego i ma on nad nimi pełną władzę. Prawnie i ekonomicznie kobieta mogła istnieć samodzielnie pozostawiana przez męża tylko jako prostytutka. Wspominają że nawet do 1920 kodeksowo to mężczyzna miał pełnie władzy w rodzinie i mógł wymierzać legalnie kary zonie i dzieciom. Z władzą zawsze zaś wiąże się odpowiedzialność.

    To się bardzo szczególnie w XX wieku odmieniło, założenia te są dawno nieaktualne i to kobieta ma znacznie większa władze nad dziećmi i rodziną niż mężczyzna. Miedzy małżonkami oczekuje się dziś partnerstwa, czyli wzajemnej realizacji potrzeb, współodpowiedzialności a nie odpowiedzialności mężczyzny moralnej i ekonomicznej za całokształt jak kiedyś.
    Przedstawiony zaś Twój przykład kiedy ty przejmujesz się potrzebami żony, a ona ignoruje twoje które sygnalizujesz oczekując jednocześnie spełnienia swoich własnych odpowiada biologicznemu modelowi pasożytnictwa nie partnerstwa.
    W swoim pytaniu myślę że konfrontujesz wymagania tradycyjnego modelu małżeństwa z nowoczesnymi oczekiwaniami wobec partnerstwa, co jest nie do pogodzenia.
  • 19.01.10, 09:51
    To wszystko prawda, ale nie do końca o to mi chodziło. Zakładając ten wątek nie
    chciałem zdublować poprzedniego i skupiać się na swoim przypadku, choć trochę
    tak wyszło. Chciałem raczej spojrzeć z dystansu na sam problem seksu jako
    istotnego składnika małżeństwa, zapytać, czy faktycznie problemy na tym polu SĄ
    wystarczającym powodem, by to małżeństwo zakończyć, czy żeby w ogóle robić wokół
    tego szum i stawiać całe wspólne życie na ostrzu noża. Bo z jednej strony ja sam
    czuję na sobie, że to JEST problem, ale jak już pisałem, zafiksowałem się i nie
    mam już dystansu do sytuacji. Bo może takie koncentrowanie się na sprawach
    łóżkowych jest po prostu objawem niedojrzałości, bo może pozostałe składniki
    codzienności są OBIEKTYWNIE ważniejsze? Takie głosy też się pojawiają, także
    tutaj, na tym forum.

    Co do Twojej wypowiedzi konkretnie: nie jest tak, że wpojono mi jakiś
    patriarchalny model rodziny, bo w moim rodzinnym domu tak nie było, oboje
    rodzice zawsze pracowali i właściwie matce wychodziło to nawet lepiej. U żony
    było trochę inaczej, o czym już pisałem, mam wrażenie, że tak jak na początku
    małżeństwa idea pełnego partnerstwa wychodziła nam całkiem nieźle, to teraz
    pojawił się jakiś taki resentyment, że nie jestem dosłowną "głową rodziny",
    która zarabia kupę kasy, a w zamian oczekuje obiadu i wyprasowanej koszuli. Żona
    przyznała się nie raz i dwa, że rola kury domowej, która nie musi pracować,
    bardzo by jej odpowiadała.... W każdym razie, bo odchodzę od tematu - nie mam
    ambicji bycia władcą rodziny i nie o to w moim greckim dylemacie chodzi, raczej
    o to, że czuję się związany ślubną obietnicą oraz odpowiedzialnością za dziecko
    i nie umiem do końca rozstrzygnąć, czy w mojej sytuacji waga problemów
    przewyższa wagę zobowiązań. Gdybyśmy na siebie syczeli, rzucali garnkami i spali
    w osobnych pokojach, to by sprawa była jasna, ale u nas jest cały czas taki
    pozór normalności, wszystko jest niby cacy i OK (znajomi i rodzina nic nie
    widzą), za to gdzieś pod powierzchnią bulgocą sobie różne urazy i niechęci.
    Krótko mówiąc - boję się stygmatu gówniarza, także we własnych oczach.
  • 19.01.10, 10:23
    Po to Bóg dał człowiekowi seks, żeby się nim cieszył.
    Gdyby więc służył tylko prokreacji, to po wyprodukowaniu planowanej
    liczby potomków, można by przestać się nim w ogóle zajmować.
    Na szczęście tak nie jest.
    Symetryczny, próbujesz wypierać swoje potrzeby i za jakiś czas
    wyjdzie Ci to bokiem... Piszesz, że być może odczuwanie popędu jest
    oznaką gówniarstwa, niedojrzałości. Jasne, bo tylko nastolatki
    uprawiają seks w samochodach, dojrzali ludzie robią to po bożemu raz
    na kwartał. ;-)
    Moim zdaniem, to co czujesz jest zupełnie naturalne i wypieranie
    tych uczuć będzie prowadziło Cię do coraz głębszego poczucia
    frustracji.
    Ktoś wyżej napisał, że trzeba postawić żonie ultimatum: "albo COŚ ze
    sobą zrobisz, albo poszukam NORMALNEJ". Gdyby to było takie proste,
    to to forum nie należałoby do najpopularniejszych w gazeta.pl
    Obawiam się, że jeśli wprowadzisz tę radę w życie, to nie poskutkuje
    ona niczym innym, jak tylko tym, że żona jeszcze bardziej odsunie
    się od Ciebie w łóżku.
    A może - odważę się o odważną tezę - nie spełniasz jej oczekiwań,
    może ona nie chce takiego seksu, jaki mieliście dotychczas, marzy o
    czymś innym, ma fantazje, o których wstydzi się Tobie powiedzieć?
  • 19.01.10, 10:25
    symmetryisall napisał:
    > Chciałem raczej spojrzeć z dystansu na sam problem seksu jako
    > istotnego składnika małżeństwa, zapytać, czy faktycznie problemy na tym polu SĄ
    > wystarczającym powodem, by to małżeństwo zakończyć, czy żeby w ogóle robić wokó
    > ł
    > tego szum i stawiać całe wspólne życie na ostrzu noża.

    Odpowiedź zależy przecież od systemu wartości do jakiego się odnosisz.

    Z chrześcijańsko-tradycyjnego seks małżeński nie jest istotnym składnikiem a jego brak powodem by stawiać całe wspólne życie na ostrzu noża. Bo czym tu można straszyć i motywować zresztą skoro związek z definicji jest nierozwiązywalny.

    Ze punktu widzenia współczesnych laickich założeń małżeństwa, rozpad pożycia z winy jednego małżonka może być potencjalnym powodem dalszego zupełnego i trwałego rozpadu pożycia małżeńskiego czyli powodem do rozwodu z jego winy (jeżeli można dowieść że nie podejmuje starań).

    Zdefiniuj się najpierw.
  • 19.01.10, 10:45
    to ja napisałam,żeby tak żonie powiedział.. nie twierdzę,że coś by
    to dało.. no i nie miałoby to być wszystko co mógłby jej powiedzieć..
    ale w końcu po to mamy mózg i mowę żeby próbować się porozumieć..
    zawalczyć o związek.. poza tym zgadzam się z 'rybką zwaną wandą' z
    resztą sama wcześniej podobnie napisałam.. bardzo nie lubię
    podziału,że coś jest ważne ale coś tam ważniejsze.. weż się zastanów
    czy świadomie ileś lat temu jak byłeś kawalerem zgodziłbyś się na
    taki układ?? wątki z religią jak dla mnie są zbędne..
  • 19.01.10, 10:50
    powiem Ci jeszcze,że podziwiam? Cię za to,że śpisz z żoną w jednym
    pokoju.. łóżku?.. ja nie dałam rady jak były u mnie w tym temacie
    problemy.. tak dla mnie to stanowczo problem! i nie mały! nie mniej
    ważny niż inne!
  • 19.01.10, 14:02
    "Z chrześcijańsko-tradycyjnego seks małżeński nie jest istotnym
    składnikiem " - i wypowiedzi w postach powyżej na ten temat.

    Nauka Kościoła na temat seksu (dodajmy, że małżeńskiego) uległa w XX
    i XXI w. dość istotnym przemianom i odwoływanie się do czasów
    Tomasza czy Augustyna nie ma większego sensu, a tylko wprowadza w
    błąd. Ja wiem, że jechanie po Kościele jest nośne medialnie i prawie
    zawsze zbiera oklaski, ale warto by wiedzieć, o czym się mówi, zanim
    sie to powie ;) To juz nie czasy wczesnochrześcijańskie, kiedy ciało
    uważano za więzienie duszy, a uleganie jego popędom za grzech.
    Kościół absolutnie nie zachęca małżonków do rezygnacji z seksu,
    przeciwnie, uważa, że mają oni pełne prawo cieszyć się współżyciem i
    cementować w ten sposób swój związek.

    To tak na marginesie dyskusji, bo aż mnie zęby zabolały, jak
    przeczytałam powyżej parę rewelacji na temat tego, co Kościół mówi i
    dlaczego ;)
  • 19.01.10, 14:33
    shevandell napisała:
    > Kościół absolutnie nie zachęca małżonków do rezygnacji z seksu,
    > przeciwnie, uważa, że mają oni pełne prawo cieszyć się współżyciem i
    > cementować w ten sposób swój związek.

    Nasz papież nawet żeby podkreślić tą ewolucję beatyfikował pierwszą w dziejach parę małżeńską. Prawo małżonkowie owszem już mają, ale jak jedno z nich nie lubi, przeszło mu, nie ma ochoty to twoim zdaniem co?

    > To tak na marginesie dyskusji, bo aż mnie zęby zabolały, jak
    > przeczytałam powyżej parę rewelacji na temat tego, co Kościół mówi i
    > dlaczego ;)

    Nie jest przedmiotem dywagacji zmieniające się obecnie podejście Kościoła do seksu, a tradycyjny chrześcijański przekazywany społecznie i kulturowo system wartości. To duża różnica.
  • 20.01.10, 11:54
    >> Prawo małżonkowie owszem już mają, ale jak jedno z nich nie lub
    > i, przeszło mu, nie ma ochoty to twoim zdaniem co?

    Moim zdaniem czy zdaniem Kościoła? Kościół swoich podstawowych zasad
    nie zmieni, bo równie dobrze mógłby przestać istnieć. Nie poprze
    zdrady jednego z małzonków, gdy drugiemu "sie nie chce", ale nie
    przyklasnie tez temu, któremu "sie nie chce", tylko będzie namawiał
    do leczenia/rozmów/konsultacji ze specjalistą/modlitwy (wiem,
    niemodne to, ale Kościół juz tak ma, że odwołuje się do religii).
    Seks w małżeństwie jest ważny i Kościół wcale nie uważa, że tylko od
    męskiej strony (inna sprawa, że zawsze może trafic się ksiądz, który
    będzie forsował własne poglądy a nie naukę oficjalną). Ale właśnie -
    w małżeństwie, a nie poza nim. Jeżeli ktoś się z tym nie zgadza, to
    przecież nie ma obowiązku być katolikiem i przejmowac się Kościołem.

    >> tradycyjny chrześcijański przekazywany społecznie i kulturowo
    system war
    > tości. To duża różnica.


    Tradycyjny - tu się zgodzę. czy chrześcijański - to juz
    dyskusyjne. "Pseudochrześcijański" wydaje się lepszym okresleniem.
    Ale skoro blisko 60% polskich tzw. katolików samo za bardzo nie wie,
    w co wierzy i jest de facto heretykami (termin techniczny, nie
    wartościujący), to o czym tu duskutować.
  • 19.01.10, 11:31
    symmetryisall napisał:

    Chciałem raczej spojrzeć z dystansu na sam problem seksu jako
    > istotnego składnika małżeństwa, zapytać, czy faktycznie problemy na tym polu SĄ
    > wystarczającym powodem, by to małżeństwo zakończyć, czy żeby w ogóle robić wokó
    > ł
    > tego szum i stawiać całe wspólne życie na ostrzu noża. Bo z jednej strony ja sa
    > m
    > czuję na sobie, że to JEST problem, ale jak już pisałem, zafiksowałem się i nie
    > mam już dystansu do sytuacji. Bo może takie koncentrowanie się na sprawach
    > łóżkowych jest po prostu objawem niedojrzałości, bo może pozostałe składniki
    > codzienności są OBIEKTYWNIE ważniejsze? Takie głosy też się pojawiają, także
    > tutaj, na tym forum.

    Coz, ja uwazam, ze pewnych rzeczy obiektywnie wycenic sie nie da. Bo co by miala
    oznaczac obiektywna ocena? Czy jest to stanowisko wiekszosci spoleczenstwa? Tu
    mozemy zakwestionowac jej obiektywizm poprzez wskazanie na zewnetrzne kulturowe
    uwarunkowania, ktore wplywaja na te ocene, a ktorej wiekszosc spoleczenstwa
    podlega. Tak wiec: jesli wiekszosc ocenilaby wyzej trwalosc malzenstwa nad
    satysfakcjonujacy seks, to mozna uznac, ze to wplyw ideologii Chrzescijanskiej
    (jak to ladnie napisal Urquhart), jesli przeciwnie, mozna by wskazac na
    konsumpcyjny i skupiony na przyjemnosciach styl zycia promowany przez MTV.
    Trudno mowic o OBIEKTYWNEJ ocenie, opartej na glosie wiekszosci, jesli jest ona
    poddana takim wplywom.
    Idac krok dalej sama definicja "satysfakcjonujacego seksu" zawiera w sobie
    element subiektywny. Mysle ze z mniejszym zrozumieniem spotkalby sie ktos
    rozwodzacy sie, gdyz zona nie chce go posuwac analnie przytroczonym do bioder
    strap-onem, niz ktos komu zona daje z laski raz na kwartal. Musielibysmy
    najpierw przeprowadzic wiec ankiete, czym jest satysfakcjonujacy seks dla
    wiekszosci.
    Wreszcie waznym elementem jest to, o czym pisalo juz przede mna kilka osob,
    mianowicie stosunek partnera do problemu. Inaczej bym ocenila kogos
    porzucajacego zone, bo nie moze sie seksic z powodu jakiejs choroby czy wypadku,
    inaczej zas gdy po prostu nie chce i nie robi nic w kierunku chcenia - a
    przeciez z punktu widzenia problemu "udane zycie seksualne versus trwalosc
    malzenstwa" nie powinno miec to znaczeni (jesli bylyby to obiektywne wartosci).
    Ostatnia kwestia jest, jakie to wlasciwie ma znaczenie, czy jestes w wiekszosci,
    czy jestes wyjatkiem. Czy naprawde warto zyc wbrew sobie, zagryzajac zeby,
    dlatego ze ludzie naokolo tak uwazaja?

    Wracajac do Twojego konkretnie przypadku, czy Twoja zona wie, po jak kruchym
    lodzie stapa i jak ryzykuje nie dbajac o Wasz seks? Czy podzieliles sie z nia
    tymi watpliwosciami, ktore tu z nami dzielisz? Wbrew opinii wiekszosci, uwazam,
    ze to moze pomoc. Swiadomosc zagrozenia dziala na niektorych bardzo stymulujaco.
  • 19.01.10, 11:53
    > Wracajac do Twojego konkretnie przypadku, czy Twoja zona wie, po jak kruchym
    > lodzie stapa i jak ryzykuje nie dbajac o Wasz seks? Czy podzieliles sie z nia
    > tymi watpliwosciami, ktore tu z nami dzielisz?

    Jeszcze nie. Tzn wiem, że wie o problemie, bo jej o tym powiedziałem, ale czy
    zdaje sobie sprawę, na ile to jest poważna sprawa tym razem, to trudno powiedzieć.

    Z doświadczenia wiem, że taka rozmowa jest jak lawina, zacznę z dobrą wolą
    naprawienia jednego problemu, a w trakcie wyjdzie pięćset innych i skończy się
    dużą awanturą pt "Wszystko jest nie tak", więc zbieram siły i ćwiczę argumentację :)

    BTW wielkie dzięki, że chce się Wam o tym rozmawiać, dla mnie to trochę jak
    darmowa kozetka psychologa, bo w realu nie bardzo mam z kim pogadać. Dużo sobie
    uświadomiłem...
  • 19.01.10, 12:14
    symmetryisall napisał:
    > Z doświadczenia wiem, że taka rozmowa jest jak lawina, zacznę z dobrą wolą
    > naprawienia jednego problemu, a w trakcie wyjdzie pięćset innych i skończy się
    > dużą awanturą pt "Wszystko jest nie tak", więc zbieram siły i ćwiczę argumentac
    > ję :)

    I tak w "szczerej rozmowie" i konfrontacji kobiecych emocji z logiką nie masz
    dużych szans przedstawić logicznie swoje oczekiwania i problemy. Do tego
    potrzeba dużo dobrej woli, żeby dostrzec coś oprócz rozczeniowości i ataku na
    siebie.
    Do tego z reguły w kryzysie potrzebna jest trzecia siła, terapeuta albo
    przynajmniej mediator który filtruje komunikację od emocji.
  • 19.01.10, 15:49

    Jak zwykle omijasz niewygodną dla faceta prawdę. Z tego co wiem jego
    żona pracuje i wypełnia większość obowiązków domowych:-) Czyli
    przejmuje część "jego" obowiązków (utrzymanie rodziny), co za tym
    idzie ma prawo wymagać innego zaangażowania (np. dbanie o swoją
    atrakcyjność). Wybór jest więc taki:
    - jestem w związku partnerskim i kombinuje co zrobić żeby żona mnie
    pragnęła
    - jestem w związku tradycyjnym i nie muszę już się starać bo żona
    ma "obowiązek" mi dawać albo dupy albo zgodę na kochanki.
    Ty oczekujesz, że kobieta będzie miała obowiązek a facet nic z
    siebie nie będzie dawał:-) Co za sprawiedliwe rozwiązanie:-)
    Zresztą władza w tym wypadku nie pomoże. Kobieta byłaby zależna od
    męża i nawet jeśli będzie się poświęcać i zgadzać się na regularny
    seks to i tak zapewne by go to nie satysfakcjonowało na dłuższą
    metę. On pewnie wolałby, żeby żona sama chciała...

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 19.01.10, 10:42
    Czy seks jest ważny? Skoro zadajesz takie pytanie, to na pewno nie
    jest bez znaczenia. Oczywiście można się przyzywczaić do jego braku
    i funkcjonować. W sytuacji kiedy pojawia się okazja czy też nowe
    zauroczenie vel miłość, to nagle okazuje się, że seks jest ważny a
    nawet bardzo. I co dalej? Nie wiem. Decyzja o odejściu jest bardzo
    trudna. Trudno jest odejść od partnera alkoholika, narkomana,
    psychopaty a tu "tylko" brak seksu... Mimo wszystko uważam, że to
    nie tylko problem seksu, to inne sfery życia szwankują, ale na
    początku jest to mało widoczne. Z czasem przyzwyczajamy się do
    takiego marnego życia oszukując samych siebie, żyjąc z dnia na dzień.

    Biorąc pod uwagę rodzinę - dzieci wiedzą lepiej od nas co się
    dzieje, nie da się ich oszukać.
  • 19.01.10, 15:39
    Zauważyłam u siebie tendencję do wyolbrzymiania braków przy jednoczesnym
    przyjmowaniu korzyści za pewnik, czyli umniejszaniu ich znaczenia. Nie umiałabym
    obiektywnie stwierdzić, że codzienne uczestniczenie w życiu dzieci
    zrekompensowałoby mi brak bliskości w sytuacji, kiedy codziennie i aktywnie
    uczestnicząc w życiu dziecka jednocześnie doświadczałam boleśnie niedosyt
    namiętności i bliskości w związku partnerskim.
    Rozmawiałam kiedyś z mężem na ten temat argumentując, że przez ten dręczący mój
    umysł niedosyt przestaję zauważać jakim jest fajnym facetem, przestaje mnie
    cieszyć nasze wspólne hobby, powarkuję na boguduchawinne dziecię i w ogóle nie
    ucieszyłby mnie nawet wyjazd na Seszele, jeśli nie widzę pożądania w jego oczach
    i widoków na seks.
    I to mu dało do myślenia, bo to niegłupi facet. Przekalkulował sobie szybko, że
    taniej mnie uszczęśliwiać w ten pierwotny i niegodny dżentelmena sposób, czyli
    seksząc się, niż ładować kupę szmalu w Seszele i wysiłku w codzienne sprzątanie
    po sobie skarpetek z łazienki ;-).
    Symetry, co się stanie jeśli powiesz żonie, że kładąc na szali herbatę przy
    kominku, jaśmin w ogrodzie i jej starania aby stworzyć miły, dobrze
    zorganizowany dom, a z drugiej strony udany seks, to widzisz niepokojące ruchy
    szali?

    - wciąż częściej uprawiam sport niż seks -
  • 19.01.10, 16:10

    Musisz sam sobie zadać pytanie "Czego ja właściwie chce od życia".
    Tak szczerze przed samym sobą...
    Czy faktycznie o seks z żoną Ci chodzi?

    Wszyscy piszą, że zrobili "wszystko", żeby naprawić małżeństwo.
    Z reguły okazuje się, że to "wszystko" oznacza (w wersji męskiej):
    kolacje przy świecach/ rozmowy/ kwiatki/ kłótnie/ odciążanie przy
    obowiązkach domowych/ i jeszcze raz rozmowy.
    Problem polega na tym, że to nie jest właściwa droga:-)

    Nie twierdze że jest łatwo ale naprawdę można poprawić ilość i
    jakość seksu. Są tu ludzie, którym się udało. Jeśli jesteś
    zainteresowany to przeczytaj sobie polecaną na forum "Inteligencje
    erotyczną" i np. to (może nie jest to ideał ale od czegoś trzeba
    zacząć):

    www.scribd.com/doc/12870028/Tajemnice-Uwodzenia

    Tylko to wszystko wymaga wkładu energii a na efekty trzeba czekać.
    Myślisz, że jesteś na to gotowy?

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 19.01.10, 17:31
    autor wątku napisał
    "Z doświadczenia wiem, że taka rozmowa jest jak lawina, zacznę z
    dobrą wolą
    naprawienia jednego problemu, a w trakcie wyjdzie pięćset innych i
    skończy się
    dużą awanturą pt "Wszystko jest nie tak", więc zbieram siły i ćwiczę
    argumentację"
    - to niekoniecznie musi być rozmowa,nawet lepiej żeby był to
    monolog -poproś ją żeby dała Ci 3-5minut żebyś mógł się wypowiedzieć
    a "po" najlepiej wyjdż.. monolog- nie za długi,spokojny ale
    stanowczy i najlepiej bez obrażania żony..
    fajny przykład z tymi Seszelami:)!
  • 20.01.10, 00:42
    To pocieszające, że ktoś ma podobne problemy... Tylko płeć inna. Tyle się czyta teraz o prawie do osobistego szczęścia w każdym jego wymiarze, więc i ja się zastanawiam, czy ten seks jest rzeczywiście taki ważny!? W poszukiwaniu odpowiedzi trafiłam do psychoterapeuty, najpierw sama, teraz z mężem. Dowiedziałam się już sporo o tym, czemu ja nie umiem uwodzić, a on okazywać czułości (oczywiście - wina rodziców :-)). I co dalej? Kilkanaście lat temu było prosto. Mądra natura postarała się, żeby pociąg seksualny był silniejszy niż wszystkie blokady. Teraz dzieci już są, po co cała reszta... Dla radości życia! Ja nie cierpię z powodu nierozładowanego napięcia, usycham za to dlatego, że facet, którego kocham, zupełnie przestał widzieć we mnie kobietę. Mnie by wystarczył czuły pocałunek czy przytulenie ale i tego nie chce się mojemu mężowi, a dopominanie się o taką oczywistość jest dla mnie tak upokarzające, że już przestałam. No a skoro przestałam, to widocznie nie potrzebuję, a w ogóle to go mamusia nie nauczyła okazywać czułości, bo się z tatusiem ciągle kłóciła - to tłumaczenie mojego męża. Doskonale teraz rozumiem kobiety, które rzucają się w namiętne romanse. Też bym tak chciała, tyle że obracam się w wyjątkowo zababionym towarzystwie (ha, ha). Póki co trwam w nadziei, że terapia nam pomoże, bo jednak uważam, że dzieciom rzeczywiście jest zupełnie obojętne, czy rodzice mają udany seks czy nie, o ile z jego braku nie ma awantur. Ja przynajmniej nie mam zamiaru wprowadzać moich córek w szczegóły naszego życia łóżkowego (nie mylić z uświadamianiem). Tylko pytanie, kiedy stanę się niedopieszczoną, zgorzkniałą babą czepiającą się o wszystko... Symmetryisall, a w ogóle to ty rozmawiałeś ze swoją kobietą? Zacznij od tego. Polecam terapię małżeńską: z jednej strony to trudne mówić przy kimś obcym o intymnych sprawach, ale z drugiej - ten ktoś obcy potrafi zwrócić uwagę na to, co w normalnej rozmowie (pełnej ukrytych żalów, pretensji) często umyka. Warto próbować, bo wyrzuty sumienia mogą chyba zatruć to osobiste szczęście. Może przemawia przeze mnie brak odwagi? Nie wiem... Pozdrawiam i trzymam kciuki!
  • 20.01.10, 10:40
    "Symmetryisall, a w ogóle to ty rozmawiałeś ze swoją kobietą?"

    No właśnie wczoraj wieczorem porozmawiałem i do teraz jestem w proszku. Prawie
    nie spałem, trudno mi zebrać myśli...

    Rozmowa potoczyła się dokładnie tak, jak się spodziewałem. Starałem się być
    nienapastliwy, nie krzyczeć, argumentować. I dowiedziałem się, że żona nie ma
    pojęcia, dlaczego nie ma chęci na seks. Wydaje się jej, że to nastąpiło po
    urodzeniu dziecka. Ale to było 5 lat temu i na pytanie, czy przez te 5 lat
    naprawdę nie miała żadnych refleksji i przemyśleń umiała odpowiedzieć tylko "nie
    wiem". "Może tak mam", "Może to ty chcesz za dużo."

    Ale to był tylko wstęp, bo potem posypały się szczerości. I od słowa do słowa
    powiedzieliśmy sobie, że nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi, że ja się czuję
    stłamszony, a jej brakuje ze mną poczucia stabilizacji. Że nasze poprawne
    stosunki to nie małżeńska sielanka, tylko po prostu rezygnacja, porzucenie
    nadziei, że będzie lepiej i akceptacja tego, jak jest. "Jestem z tobą, bo
    żadnego lepszego sobie nie znajdę". W pierwszej naprawdę szczerej i nieudawanej
    - może przez tę rezygnację właśnie - rozmowie od lat wyszło nam, że mamy
    przeciwstawne oczekiwania od życia, że wymagamy od siebie nawzajem rzeczy
    sprzecznych z naszą naturą. Że właściwie wspólna przyszłość razem jest w
    najlepszym wypadku szara i bezbarwna. Że to minimum wymagań, które mamy wobec
    drugiej strony, dla drugiej strony jest nie do przełknięcia.

    Nie wiem, co mam robić. To znaczy wiem - powinienem się spakować i wyjść. Nie
    będę udawał, że o tym wcześniej nie myślałem. Ale dopiero kiedy naprawdę
    stanąłem przed tą decyzją, zrozumiałem, że to nie jest kwestia po prostu
    trzaśnięcia drzwiami, że oboje jesteśmy od siebie uzależnieni - czasowo,
    finansowo...

    Wcześniej byłem przekonany o własnej słuszności, o własnych prawach i
    potrzebach, teraz zwaliły się na mnie wątpliwości, czy to nie były jednak
    fanaberie. Przedtem myślałem, że to już ostatnia szansa, teraz - że może na tych
    zgliszczach coś się jeszcze zbuduje. Na razie czekam, muszę się zająć pracą i
    zwykłymi codziennymi sprawami, mam swoje zobowiązania i w nie uciekam. Zawsze
    jest tak, że nocą wszystko wydaje się bardziej dramatyczne i czarno-białe
    (podobno to kwestia hormonów), dzień odbarwia nocne dylematy, może przyniesie
    jakąś radę i wnioski.

    Wiem, że jojczę, ale pisanie pomaga mi się ogarnąć, dojść, co właściwie czuję i
    myślę...

  • 20.01.10, 12:11
    "Wcześniej byłem przekonany o własnej słuszności, o własnych prawach
    i potrzebach, teraz zwaliły się na mnie wątpliwości, czy to nie były
    jednak fanaberie. Przedtem myślałem, że to już ostatnia szansa,
    teraz - że może na tych zgliszczach coś się jeszcze zbuduje. Na
    razie czekam,"

    Powiem z doświadczenia- to czekanie doprowadzi Cię do zmarnowania
    kolejnych 10-15 lat życia i totalnej frustracji. A kiedy ma się 50
    lat, zaczynanie wszystkiego do początku jest o niebo trudniejsze niż
    gdy sie ma 30 i troche więcej.
    Jestem totalnie daleka od zachęcania kogokolwiek do rozstania, bo
    rozstanie to trauma nie do wyobrażenia, zwłaszcza gdy się kocha. Ale
    zamiatanie problemów pod dywan i udawanie, że w sumie nie jest tak
    źle jest zdecydowanie niepolecanym rozwiązaniem. Wcześniej czy
    później doprowadzi do jakiegoś przesilenia i im dalej, tym tylko
    gorzej.
  • 20.01.10, 13:30
    > "Jestem z tobą, bo żadnego lepszego sobie nie znajdę"

    Strasznie dołujący tekst. Rzeczywiście, właściwie należałoby spakować się wyjść. W dodatku wszystko wyjaśnia - niezależnie od libido, kobieta najwyraźniej nie czuje pociągu do faceta, na którego jest "skazana".

    Tyle, że wcale nie jestem pewien, czy tak rzeczywiście myśli. Może chciała Ci po prostu dokopać. Może ma problemy ze sobą i chce się na kimś wyżyć. W każdym razie cała sytuacja sugeruje bardzo poważny kryzys.

    --
    Tako rzecze Heniek Mróz, koneser, miłośnik muzyki barokowej i ostrego porno.
  • 20.01.10, 18:28
    Myślę, że ten wpis to dobra lektura dla tych, którzy w innych wątkach piszą "u
    nas wszystko gra, wszystko, poza seksem"...
  • 20.01.10, 18:44
    Gratulacje z powodu szczerej rozmowy - pierwszy krok do zmiany to trzeba
    przyznać że jest źle.

    Myślę że dojrzaleś do przeczytania "Kochaj siebie a nieważne z kim się zwiążesz"
    lub tej drugiej o kryzysie - patrz lista lektur

  • 20.01.10, 10:57
    Uwazam ze nie jest wcale taki wazny i jak najbardziej mozna bez niego zyc
    --
    najlepsze blogi
  • 20.01.10, 17:40
    Notting-hill napisał <A kiedy ma się 50
    lat, zaczynanie wszystkiego do początku jest o niebo trudniejsze niż
    gdy sie ma 30 i troche więcej.> I tu się mylisz,łatwiej jest odejść wieku 50
    lat.Dzieci odchowane,bo przecież najbardziej tu o nie chodzi.
  • 20.01.10, 20:33
    już się ostatnio naprodukowałam o dzieciach i rozstaniach w innym
    wątku,więc tu nie będę,powiem tylko,że w razie co -
    kochać,interesować się,radzić psychologa.. do 50tki ma kolega 18lat -
    dłuuuuugi byłby "wyrok".. choć są i tacy co po rozwodzie mieszkają
    razem.. Symmetryisall- ktoś pogratulował Ci szczerej rozmowy.. ja
    tego nie zrobię,bo radziłam krótki monolog itd.. i nadal go polecam!
    np jednego dnia Ty,a ona na drugi dzień czy póżniejutkwiło mi w
    pamięci,że wcześniej pisałeś,że Twoja żona nie ma nic przeciwko
    byciu kurą domową,teraz użyłeś słowa "brak stabilizacji" -może ona
    ze swojej pracy nie zadowolona? może chodzi o kasę? wzorce z jej
    domu? tak czy inaczej o tym się rozmawia a sex to sex.. pozdrawiam i
    powodzenia
  • 21.01.10, 10:16
    Wczoraj oboje trochę ochłonęliśmy, przeprosiliśmy się za niektóre rzeczy, które
    powiedzieliśmy, zgorzknienie i zadawnione pretensje sprawiły, że oboje na trochę
    poniosło - ale w sumie dobrze się stało, jakieś sygnały poszły, mamy się nad
    czym zastanawiać.

    Vella, monolog nie był tu dobrym wyjściem, bo ja wiedziałem tak naprawdę, że
    oprócz braku libido tu chodzi o coś więcej, sam też miałem jakieś zarzuty, więc
    nawet dążyłem do tego, żeby rozmowa poszła w tę stronę, w którą poszła. To są
    naczynia połączone, nie da się mieć super seksu, kiedy inne pola szwankują. Tzn
    ja bym mógł, bo jestem męską szowinistyczną świnią, która te sprawy rozdziela,
    ale żona już niekoniecznie.

    Sytuacja się uspokoiła, burza przeszła, ale to się tak nie skończy, bo kilka
    rzeczy pozostaje wciąż nierozwiązanych, między innymi seks... Na razie
    postanowiłem spróbować terapii dla par, muszę tylko namówić żonę, bo ona się
    trochę wstydzi - ale to tylko kwestia czasu. Jestem przekonany, że to nam pomoże
    - nawet jeśli nie jako parze, to każdemu z osobna. Trzasnąć drzwiami i rozwalić
    wszystko zawsze jeszcze zdążę.

    Co do stabilizacji - no, to jest grubsza sprawa... Żona jest typem takiej
    matki-kury, lubi gotować, lubi się zajmować domem, ma pracę średnio płatną, ale
    niezbyt wymagającą i pewną. Takie ciepełko i jasne perspektywy jutra; brak tego
    bardzo ją stresuje. Ja z kolei jestem lekkoduchem, właściwie nigdy się niczym
    nie stresuję, bo zawsze mam pewność, że jakoś to będzie, nawet w ciężkich
    sytuacjach potrafię się odciąć od stresu i skupić na czymś przyjemnym, wychodząc
    z założenia, że nie warto się zamartwiać na zapas. Taka domowa stabilizacja,
    domek z ogródkiem, nigdy nie była mi potrzebna, wymagania życiowe mam zupełnie
    minimalne - miejsce do spania, komputer do pracy i czas na to, co lubię - ale
    też domowo-ogródkowa wizja żony nie jest dla mnie dużym wyrzeczeniem - w końcu
    gdzieś trzeba mieszkać, coś robić, równie dobrze można i to, więc tu się
    dopasowuję, bez entuzjazmu, ale i bez oporów. Pracuję w wolnym zawodzie, co
    oznacza całkowity brak stabilizacji, głównie finansowej - raz mam pieniądze, raz
    nie mam, średnia miesięczna wychodzi całkiem przyzwoita, ale wypłaty są
    nieregularne, bywają miesiące, kiedy "jedziemy" na pensji żony, choć z reguły
    wszystkie opłaty, raty i rachunki są zapłacone w terminie i problemu z tym nie
    ma - komornik nie puka :). Dla mnie to układ bardzo dobry, uważam, że to się
    dobrze uzupełnia i nie zamieniłbym tego na nic innego - nigdy nie pracowałem na
    etacie, zawsze sam dysponowałem swoim czasem i to mi odpowiada. Żona się w takim
    układzie męczy, u niej w domu tak nie było, jak już pisałem - jej ojciec, przy
    swoich wszystkich wadach, zrobił wręcz modelową karierę "od zera do milionera" i
    zapewniał im wszystkim byt na wysokim poziomie, nigdy nie mieli dylematów typu
    "jak mi nie zapłaca honorarium na czas, to się spóźnimy z rachunkiem". Ale
    najgorszy punkt sporny to jest moja pasja - muzyka. Kocham muzykę, kocham granie
    muzyki, robiłem to już, kiedy się poznaliśmy, ale wtedy było to takie weekendowe
    plumkanie z kolegami. Tuż po tym, jak zostaliśmy parą, trafiłem na ludzi z
    większymi planami i przez następne dwa lata udało się nam osiągnąć całkiem sporo
    - nagraliśmy płytę, mieliśmy hit w radiu, graliśmy koncerty. Dla mnie to było
    spełnienie marzeń, żona nie mogła tego znieść, była zazdrosna, że mam swój
    własny świat, do tego była przekonana, że jak tylko jadę gdzieś na koncert, to
    na pewno się puszczam na prawo i lewo, ze skrętem w zębach i strzykawką w żyle
    (co akurat jest bzdurą, bo mnie do takich rzeczy nigdy nie ciągnęło, zawsze
    byłem "tym grzecznym"). Były sceny, awantury, płacze; w końcu nie dałem rady i
    odpuściłem sobie, wróciłem do plumkania z kolegami, ale jak raz już
    zasmakowałem, jak to jest widzieć tłum pod sceną, to nie było to samo i w końcu
    uznałem, że taki erzac mi nie wystarcza. Miałem jeszcze etap samotnego grania w
    domu, komponowania na komputerze, ale ostatecznie to też odpuściłem. Od dwóch
    lat nie miałem gitary w rękach; żona jest zadowolona, wreszcie postawiła na
    swoim, zamknęła temat i do tego nie wraca, ale mnie to od środka gryzie jak
    robak, zwłaszcza kiedy widzę na mieście plakaty swojej dawnej kapeli, która
    wydała właśnie trzecią płytę... To też jest ten brak stabilizacji, ona cały czas
    wyczuwa, że mnie do tego z powrotem ciągnie, a ja już wiem, że rezygnując wtedy
    popełniłem błąd, myślałem, że mi przejdzie - nie przeszło. To była rzecz, w
    której byłem dobry, która dawała mi szczęście, a jej brak to jak brak perspektyw
    - mam 32 lata, to ostatni gwizdek, żeby coś jeszcze zdziałać, rockowy gitarzysta
    po 40-ce to już żałosny dziadek... Przy czym żeby była jasność - nie miałem
    nigdy ambicji ani planów zostania zawodowym muzykiem, zawsze traktowałem to jako
    pasję i hobby, może czasochłonne, ale działanie poboczne, w wolnym czasie - w
    czym akurat wolny zawód bardzo pomagał.

    Ot i tak, w sumie nie na temat i bez związku, ale jak też już pisałem, nie
    bardzo mam komu o tym powiedzieć w realu - rodziny nie chcę wciągać w nasze
    brudy, a znajomi mają swoje i po co im jeszcze wysłuchiwać o moich problemach...
  • 21.01.10, 10:25
    jestes swietnym facetem zycze ci by twoje starania powiodly sie bo zaslugujesz
    na milos swojej zony moze ona otworzy oczy dzieki tej terapi powodzenia mysle ze
    jej strata byla by dduzo wieksza
  • 21.01.10, 11:26
    Wiesz co, twój wątek jest piękną ilustracją tego jak piekielnie ważne rzeczy
    piszący tu ludzie pomijają w swoich lamentach. Żona niedobra, chlip chlip, (bądź
    mąż, zależy od przypadku), a przecież w związku się układa nam dobrze, o co
    chodzi, itp.

    To co napisałeś o waszych podejściach do stabilizacji jest chyba najważniejszą
    sprawą w całej historii. A to, że nie raczyłeś nas o tym poinformować jest
    właściwie odpowiedzią samą w sobie na wasze problemy.

    Jesteście diametralnie różni, to raz. Co za tym idzie, nie jesteś w stanie dać
    żonie tego, czego ona potrzebuje, pragnie i oczekuje od męża. Ona potrzebuje
    przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Ty jesteś lekkoduch, który,
    upraszczając, żyje chwilą i nie martwi się (aż tak bardzo) o jutro. A zatem nie
    jesteś dla żony oparciem, nie jesteś tą "skałą", której ona potrzebuje.
    Dwa, fakt, że w ogóle problem braku stabilizacji nie wydawał ci się ważny
    świadczy o tym, że nie ma w tobie ani grosz empatii, a przynajmniej chęci
    zrozumienia. To znaczy, ok, zarzuciłeś muzykę, rzeczywiście wyszedłeś jej wtedy
    naprzeciw, ale zrobiłeś to w zasadzie tylko dla świętego spokoju, przynajmniej
    tak o tym piszesz.
    Dla mnie wygląda to tak: żona potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, ty to w ogóle
    ignorujesz, lekceważysz, wydaje ci się, że ona przesadza. Tobie jest w miarę
    dobrze w życiu, bo w ogóle jesteś osobą, która zawsze znajdzie sobie jakieś
    miejsce, czy to w przysłowiowym domu z ogródkiem, czy gdziekolwiek indziej. Sam
    piszesz, że to "budowanie gniazdka" jest dla ciebie do zaakceptowania - tzn.
    właściwie to żona buduje te gniazdko, tobie zaś to nie przeszkadza, więc jest
    git. Ale bez gniazdka też byś się obył.
    Ona podchodzi do tego zupełnie inaczej. Widocznie należy do tych kobiet, które
    przede wszystkim potrzebują poczucia bezpieczeństwa i mężczyzny-opoki. Sam
    piszesz, że twoja żona zarabia przeciętnie, ale zdarzają się chwile, kiedy to
    ona was utrzymuje finansowo. Jak taka kobieta jak twoja żona ma się czuć pewnie
    i bezpiecznie? Jak ma widzieć w tobie mężczyznę, skoro nie zapewniasz jej tego
    minimum (minimum w jej oczach)? Stąd wasze problemy łóżkowe.

    I teraz tak. Nie chodzi o to, które z was ma lepsze podejście do życia. Żadne z
    nich nie jest jedyne słuszne, ani bezwarunkowo złe. Natomiast jesteście tak
    bardzo niedobrani, że w zasadzie nie widzę żadnego wyjścia z tej sytuacji.
    Zaskakuje mnie to, że po tylu latach wspólnego życia wciąż lekceważysz jej lęki
    dot. bezpieczeństwa. Jest to naprawdę zadziwiające. Tyle postów wysmarowanych
    tutaj, tyle rozważań dlaczego ona nie chce się kochać... A przecież odpowiedź
    miałeś tuż pod nosem, bo jak widać żona od zawsze marudziła na temat twojego
    stylu życia. Naprawdę nie widziałeś tego związku między brakiem poczucia
    bezpieczeństwa i brakiem pożądania u niej?

    Nie mam pojęcia, czemu tak różne jednostki postanowiły się pobrać. Przyznam się,
    że nie widzę dla was satysfakcjonującego wyjścia. Ty, ze swoim podejściem "jakoś
    to będzie", nie jesteś w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa, ona, ze swoimi
    lękami, nigdy nie będzie w stanie wyluzować na tyle, by zaakceptować twój styl
    życia.
  • 21.01.10, 12:01
    "Dwa, fakt, że w ogóle problem braku stabilizacji nie wydawał ci się ważny
    świadczy o tym, że nie ma w tobie ani grosz empatii, a przynajmniej chęci
    zrozumienia."

    Nie jest łatwo wczuć się w czyjeś potrzeby, jeśli samemu się ich nie zna, nie
    doświadcza. Można je sobie wyobrażać, albo próbować zrozumieć rozsądkowo, samemu
    sobie wytłumaczyć - czy to empatia? To raz. Dwa - ja też czasem chciałbym być
    inny, myślisz, że nie wolałbym mieć świadomości, że żona jest przy mnie
    szczęśliwa? Ale jestem jaki jestem, nie zrobię się kimś zupełnie innym. Choćby
    dlatego, że moje wykształcenie, umiejętności i doświadczenie zawodowe są bardzo
    hermetyczne i poza swoim zawodem (siłą rzeczy wolnym i "niestabilnym") nie
    znajdę zatrudnienia za takie same czy zbliżone pieniądze. Musiałbym się
    "stworzyć na nowo" - i nawet może mógłbym, ale ciekawe, kto będzie przez te X
    lat nauki i zdobywania doświadczeń za mnie zarabiał...

    "To znaczy, ok, zarzuciłeś muzykę, rzeczywiście wyszedłeś jej wtedy naprzeciw,
    ale zrobiłeś to w zasadzie tylko dla świętego spokoju, przynajmniej tak o tym
    piszesz."

    No a jaką mógłbym mieć inną motywację? Postawiony przed wyborem między sobą
    samym a nią? Powinienem był to zrobić z bezinteresownej miłości? To jak obciąć
    sobie rękę z miłości. Dla mnie to niezły - i wymaganie czegoś takiego, i
    spełnianie tego wymagania. Motywacja "dla świętego spokoju" wydaje mi się
    chociaż racjonalna, a nie obłąkana...

    "Naprawdę nie widziałeś tego związku między brakiem poczucia
    > bezpieczeństwa i brakiem pożądania u niej?"

    Naprawdę nie. Tzn teraz zacząłem zauważać, jakkolwiek wdupowłaźnie by to
    zabrzmiało, to forum i Wasze odpowiedzi dały mi dużo do myślenia. Ale wcześniej
    - już pisałem, ja to rozgraniczam, seks to seks, stres czy problemy mi tu nie
    rzutują - w najgorszym razie to dla mnie ucieczka od zmartwień. Wiem, że dla
    wielu kobiet to jest obrzydliwe, ale co zrobić, tak mam...
  • 21.01.10, 12:12
    symmetryisall napisał:

    > "Naprawdę nie widziałeś tego związku między brakiem poczucia
    > > bezpieczeństwa i brakiem pożądania u niej?"
    >
    > Naprawdę nie. Tzn teraz zacząłem zauważać, jakkolwiek wdupowłaźnie by to
    > zabrzmiało, to forum i Wasze odpowiedzi dały mi dużo do myślenia. Ale wcześniej
    > - już pisałem, ja to rozgraniczam, seks to seks, stres czy problemy mi tu nie
    > rzutują - w najgorszym razie to dla mnie ucieczka od zmartwień. Wiem, że dla
    > wielu kobiet to jest obrzydliwe, ale co zrobić, tak mam...

    Ale nawet w tym jednym watku masz dwie zupelnie przeciwstawne diagnozy:
    1) zona Cie nie pragnie, bo nie spelniasz jej oczekiwan i nie jestes kims innym
    niz jestes,
    2) zona Cie nie pragnie, bo zbyt latwo rezygnujesz (dla niej) z siebie.

    Dobrze miec szersza perspektywe, ale od takiej 180 stopniowej to mozna
    zwariowac. Terapia - to jest dobry pomysl i tego sie trzymaj.
  • 21.01.10, 15:58
    ciezka_cholera napisała:
    > Ale nawet w tym jednym watku masz dwie zupelnie przeciwstawne diagnozy:
    > 1) zona Cie nie pragnie, bo nie spelniasz jej oczekiwan i nie jestes kims innym
    > niz jestes,
    > 2) zona Cie nie pragnie, bo zbyt latwo rezygnujesz (dla niej) z siebie.

    ja optuję za drugim wariantem. ale najlepiej pójść na terapię i znaleźć przyczynę.


    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 21.01.10, 12:32
    Nie bierz tego tak do siebie. Rozumiem doskonale, że taki masz zawód,
    wykształcenie, w tym jesteś dobry i to cię kręci. Zarzucanie tego w niczym by
    nie pomogło, przynajmniej nie w przypadku kobiety takiej jak twoja żona.

    Chodziło mi o to, że jesteście po prostu tak bardzo różni, że nic z tego nie
    będzie, moim zdaniem. Nie sądzę byś, nawet przy najlepszych chęciach, potrafił
    dać jej to, czego ona potrzebuje. A nawet jeśli byś sam siebie poświęcił i
    zmusił do innego stylu życia, to cena byłaby zbyt wysoka i nic by z tego nie
    wyszło. Zbyt dużo byłoby w tobie frustracji, nie wytrwałbyś, nie nie, w ogóle to
    się nie uda.

    Muszę jednak przyznać, że przydałoby ci się trochę więcej refleksji nad
    uczuciami osób wokół ciebie (każdemu z nas by się przydało, hehe). Zwróć uwagę,
    że do tej pory bagatelizowałeś to co ona mówi. Robiłeś coś dla świętego spokoju,
    ale nigdy, zresztą nawet teraz, nie ma w tobie krytyki wobec samego siebie.
    Powtarzasz: jestem jaki jestem, odcinam seks od uczuć, nie zmienię siebie. No i
    ok. Masz prawo. W pewnym sensie wymagasz od żony całkowitej akceptacji siebie.
    No ale ty jej nie akceptujesz. To znaczy, nie wiem czy jej nie akceptujesz jako
    osoby. Może inaczej: zacząłeś działać dopiero wtedy, kiedy zabrakło ci seksu. I
    znów, nie widzę w tobie chęci zmiany siebie. Chcesz zmienić SYTUACJĘ, chcesz by
    żona z tobą sypiała chętnie i namiętnie, kiedy masz na to ochotę. I znów, niby
    masz prawo do tego, ale niestety, nic nie jest w życiu takie proste i za friko ;)
    Podsumowując twoje podejście: jestem jaki jestem, niech ona da mi seks. Piszesz,
    że "niby rozumiesz", że niektóre kobiety nie potrafią odciąć seksu od
    pozostałych rzeczy, ALE TY JESTEŚ FACET, TY POTRAFISZ, CO MASZ NA TO PORADZIĆ.
    Wiesz, co można w ogóle zmienić z takim podejściem? Absolutnie nic. Ty
    potrafisz, ona nie potrafi, niech w magiczny sposób ona nauczy się traktować
    seks jak ty... No daj spokój, chyba sam widzisz, jak absurdalne są te oczekiwania.

    To nie jest tak, że ona ma rację, a ty jesteś świnią bądź vice versa. Wy się po
    prostu nie nadajecie dla siebie. Na początku było ciekawie, była inność,
    fascynacja. Wydaje mi się, że jesteś dosyć czarującą osobą w obyciu, ona pewnie
    też. Oboje naiwnie liczyliście na to, że ty się ustatkujesz/ona będzie wiecznie
    szalona i wyluzowana. No niestety, tak się nie da.

    Przykro mi to mówić, ale nic z tego nie będzie, moim zdaniem.
  • 21.01.10, 13:08
    "> Podsumowując twoje podejście: jestem jaki jestem, niech ona da mi seks.
    Piszesz, że "niby rozumiesz", że niektóre kobiety nie potrafią odciąć seksu od
    pozostałych rzeczy, ALE TY JESTEŚ FACET, TY POTRAFISZ, CO MASZ NA TO PORADZIĆ.
    Wiesz, co można w ogóle zmienić z takim podejściem? Absolutnie nic."

    To nie do końca tak. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będzie tak, jak ja bym to
    sobie wyobrażał w idealnym świecie, gdzie krowy są idealnie kuliste. Ona nie
    będzie miała męża w garniturze, który będzie przynosił co miesiąc okrągłą
    wypłatę i dostawał ciepłą zupkę, ja nie będę miał nimfomanki, od której się
    trzeba opędzać. I kombinuję, jaki by tu wypracować kompromis, taki, który dla
    obojga byłby do przełknięcia, bo wrażenie, że jestem niezdolny do ustąpienia
    jest mylne. Ja wiem, że nawet w swoim rozregulowanym sposobie życia jestem w
    stanie wprowadzić więcej przewidywalności, nałożyć sobie jakieś tam karby,
    choćby finansowe. Ona - mam nadzieję, że się przełamie i zrozumie, że spotkania
    z kolegami raz w tygodniu czy okazjonalny koncert nie oznaczają, że za chwilę
    pojadę na roczne tournee po Australii i Oceanii, zostawiając ją z dzieckiem i
    domem na głowie. Do tego dochodzi też kwestia zazdrości - żona była o mnie
    zawsze bardzo zazdrosna, bywały takie akcje, że niespodziewany telefon od
    jakiejś kobiety w sprawie całkowicie nieerotycznej i nietowarzyskiej powodował u
    niej wybuch agresji, typu "Ona tu jeszcze raz zadzwoni i się wynosisz"; raz na
    próbę, na przesłuchanie przyszła dziewczyna i też była awaria, "Na pewno
    będziesz ją fukał, prędzej czy później". Do tego tłumaczenia: "Nie możesz grać,
    bo jak będziesz grał, to poznasz jakąś laskę, która to polubi i mnie dla niej
    zostawisz, bo ja grania nie lubię, bo jak będziesz grał..." i tak dalej - no
    przecież to logika okrężna. Sama się przyznała kiedyś, że nawet lubi, jak
    wychodzę z domu i zostawiam ją na jakiś czas samą, narzekała, że ja mam dużo
    czasu dla siebie, a ona z pracy wraca do domu i cały czas otaczają ją ludzie -
    że potrzebuje samotności, ale jednocześnie nie potrafi się nie denerwować, że ja
    w tym czasie coś niecnego kręcę. To mi się kwalifikuje do terapii, bo w tej
    kwestii NIE MAM sobie nic do zarzucenia - nigdy nie dałem nawet cienia powodu do
    przypuszczań, że ją zdradzam. Ja z kolei też mam różne swoje jazdy, co do
    których mam podejrzenia, że mogłyby terapeutę zaciekawić, też bywam emocjonalnie
    zaplątany i nie wiem, co mam robić. Tak czy inaczej - spotkanie z psychologiem
    nie zaszkodzi.

    Oczywiście przyjmuję też możliwość, że nic z tego nie ma prawa być. Więcej -
    jeszcze kilka dni temu sam tak uważałem. Ale chcę mieć świadomość, że zrobiłem
    wszystko, co się da. Jeśli pójdziemy do specjalisty, a on nam powie "Uu, kochani
    państwo, wam to już tylko mogę dobrego adwokata polecić", to sprawa będzie
    jasna. Ale różne cuda się zdarzają :)
  • 21.01.10, 13:26
    Skoro mówisz o kompromisie, to ok. Z tekstu wnioskuję, że byłbyś w stanie trochę
    uporządkować finanse i wprowadzić nieco stabilizacji. Czy jej kompromis to ma
    być zezwolenie na spotkanie z kolegami i okazjonalny koncert? Nie wydaje mi się,
    by było to duże poświęcenie. Piszesz o jej zazdrości (irracjonalnej) i to mnie
    właśnie martwi. Jeżeli rzeczywiście nigdy nie dałeś jej powodu do zazdrości, to
    być może dla niej rzeczywiście życie artysty nieodłącznie równa się imprezy,
    pokątne numerki, itp. Jeżeli tak, obawiam się, że nici z tego. Musiałbyś w
    magiczny sposób zmienić się w krawaciarza, a to niemożliwe.
    Jeżeli zaś ta zazdrość wychodzi bardziej z jej własnych wyolbrzymionych lęków,
    niskiej samooceny, to może coś da się z tym zrobić. Nie chcę zgadywać, skąd się
    to wzięło, jak i dlaczego, bo nie wiem. Pokuszę się jedynie o sugestię, że ta
    zazdrość to też jest konsekwencja jej braku poczucia bezpieczeństwa. Ona
    ewidentnie nie czuje się bezpiecznie, z początku myślałam, że chodzi głównie o
    byt materialny, ale widocznie przekłada się to również na twoje uczucia do niej.
    Ewidentnie to typ, na którego poczucie niepewności (czasem doradzane na tym
    forum) nie działa. Widocznie do seksu potrzebuje maksimum zaufania i pewności,
    że jesteś tylko jej.
    Te sprzeczne informacje: chcę być sama w domu / nie wychodź bo mnie zdradzisz
    wydają mi się oznaką wielkiej niepewności właśnie. Z jednej strony chciałaby
    mieć spokój, by się wreszcie wyciszyć i uspokoić, z drugiej strony twoja
    nieobecność napędza złe myśli, więc z uspokojenia nici. Na mój gust, powtarzam,
    ona jest ewidentnie bardzo niepewna ciebie i to całkowicie zabija jej pożądanie.
    Nie potrafi tobie zaufać. Kto wie, może widzi że chcesz seksu i skoro w domu go
    nie dostajesz, to sądzi, że szukasz go na boku. Coś jak zaklęte koło.
    Potrafisz powiedzieć, skąd ta zazdrość? Skąd ta ewidentna niepewność i brak
    zaufania do ciebie? Zawsze tak było?

    No i w zasadzie zasadnicze pytanie: czy ona też chce walczyć o was?
  • 21.01.10, 14:18
    > Potrafisz powiedzieć, skąd ta zazdrość? Skąd ta ewidentna niepewność i brak
    > zaufania do ciebie? Zawsze tak było?

    Wydaje mi się, że zawsze. W pamięć zapadły mi dwa wydarzenia - na samym początku
    naszej znajomości zniknąłem na kilka dni. Dwa czy trzy. Tzn wyglądało to tak, że
    akurat mieliśmy nagrania w studiu i po prostu mnie to pochłonęło - siedziałem
    tam praktycznie cały dzień, do późnej nocy. Żona (wtedy jeszcze nie żona)
    zaczęła świrować, że coś mi się stało, dlaczego się nie odzywam... Wiem, że o
    brzmi okropnie - ale ja jestem człowiekiem dość niezależnym, nie miałem
    wcześniej żadnych długich i poważnych związków i po prostu nie przyszło mi do
    głowy, że jak się nie zamelduję, to będzie problem, po prostu o tym nie
    myślałem... To było głupie i szczeniackie z mojej strony, fakt, ale
    przeprosiłem, pokajałem się i potem już się nic takiego nie powtórzyło. Drugi
    epizod był taki, że pod moją nieobecność chłopaki zaprosili do studia jakąś
    swoją koleżankę, która coś tam zaśpiewała. Ja zobaczyłem dopiero końcowy efekt,
    puściłem nagranie żonie (wtedy jeszcze nie żonie) i byłem totalnie zaskoczony,
    że zamiast uznania dostałem eksplozję zarzutów. Kto to jest, dlaczego ja nic o
    niej nie wiem, skąd ją znasz, co was łączy?
    Potem zrobiło się takie trochę błędne koło - zacząłem niektóre rzeczy z
    działalności zespołu zatajać, bo widziałem, że ją ta sfera mojego życia wkurza,
    ale oczywiście zawsze wszystko wyłaziło na jaw, a im bardziej wyłaziło, tym
    bardziej ją to wkurzało, więc ja odruchowo coraz bardziej się wycofywałem... No
    i w końcu sytuacja zrobiła się nie do zniesienia, granie było niemal jak
    kochanka - zero telefonów czy ustaleń na GG pod obecność żony, każde wyjście na
    próbę okupione awanturą, wykręty, żeby się wymknąć z domu. I tak dalej, aż
    wymiękłem.
    Przy czym to w sumie nie jest przyczyna, raczej objaw, bo nie było tam NIGDY
    motywu innej kobiety - oprócz tych, które żona sobie wyobrażała.

    Tuż przede mną spotykała się z gościem, zresztą z kręgu naszych wspólnych
    znajomych, który ją paskudnie wystawił - obiecywał jej złote góry, a potem
    któregoś dnia wyszedł, dając buzi, i więcej się nie pojawił. Niedługo się
    okazało, że cały czas grał na dwa fronty i po prostu zdecydował się na tę
    drugą... Pojawił się znów na chwilę, kiedy już byliśmy razem - w sensie nie jako
    kochanek, tylko jako taki "osobnik na horyzoncie", żona (wtedy jeszcze nie żona)
    miała wtedy kryzys, o którym ja się dowiedziałem dopiero dużo później, ale
    ostatecznie to ja wyszedłem z tego nieuświadomionego starcia zwycięsko. Tzn tak
    mi się wydaje, bo teraz to już sam nie wiem.

    Poza tym jedyna przyczyna jej zazdrości, jaka mi przychodzi do głowy, to uraz z
    domu - jej rodzice pobrali się po wpadce, nigdy nie łączyło ich jakieś głębsze
    uczucie, materialnie było wszystko bardzo OK, ale sfera emocjonalna to masakra -
    ojciec alkoholik, matka z przymusem kontrolowania wszystkiego i wszystkich,
    awantury, sceny zazdrości, w końcu rodzice się od siebie oddalili do tego
    stopnia, że sypiali w osobnych, zamykanych na klucz pokojach - chociaż o ile
    wiem, żona była już wtedy dorosła, jak to wyglądało za jej dzieciństwa mogę się
    tylko domyślać ze skrawków opowieści.

    > No i w zasadzie zasadnicze pytanie: czy ona też chce walczyć o was?

    Myślę, że tak. Dwa lata temu mieliśmy bardzo poważny kryzys, praktycznie
    powiedzieliśmy już sobie "do widzenia", ale nie daliśmy rady, żadne z nas, nie
    potrafiliśmy tego zrobić. Teraz jest tak samo - nie wiem, ile w tym po prostu
    strachu przed samotnością, a ile faktycznego przywiązania do mnie... Jeśli
    zaproponuję konkretne rozwiązania, wiem, że ona się zgodzi, przynajmniej spróbować.
  • 21.01.10, 14:32
    Aha, a więc DDA... Jak chwię podrążyć, to często gdzieś w tle
    małżeńskich problemów pojawia się ten motyw.
    Żona powinna przejść solidną terapię dla DDA. To kontrolowanie,
    próby podporządkowania sobie rzeczywistości, niepewność, zazdrość,
    to wszystko stamtąd się bierze. Choćbyś stawał na uszach, sam
    wszystkiego nie naprawisz.
  • 21.01.10, 14:46
    Po tym co napisałeś o żonie, jej rodzicach i doświadczeniach w zasadzie nie
    dziwi w ogóle, że jest ona osobą bardzo złaknioną bezpieczeństwa. Czasem
    zalęknioną do stopnia dla nas niezrozumiałego.

    Powiem ci jak to dla mnie wygląda: wygląda nienajlepiej, ale widzę większe
    szanse niż na początku. Zacznę jednak od tej "złej" wiadomości ;): twojej żona
    wydaje mi się być osobą mniej szczęśliwą w związku niż ty. Piszesz, że już
    wcześniej był poważny kryzys, jeszcze wcześniej nastąpił powrót eks i zrodziły
    się w jej głowie wątpliwości, o których ty nawet nie wiedziałeś! Te miotanie się
    twojej żony, zagubienie itp. to oznaka braku pełnej satysfakcji ze związku.
    Zresztą, przy twoim trybie życie oraz wrodzonej niezależności, chyba
    niespełnienie twojej żony było nieukninione...Masz taki a nie inny tryb życia,
    jej się ten krąg artystyczny kojarzy nienajlepiej (to już omówiliśmy), ona zaś
    potrzebuje przede wszystkim maksimum bezpieczeństwa i pewności (co jest
    całkowicie zrozumiałe po tym, co napisałeś o jej przeszłości).
    Ona się miota, bo... no właśnie, bo wciąż cię kocha (hopefully), bo sama nie
    wie, czego chce, bo macie dziecko, bo choć z tobą jest nieszczęśliwa to woli to
    niż przerażającą samotność (w sumie z tobą bezpieczniej niż samej), bo może w
    sumie jesteś fajny i kochany, więc bilans nie wychodzi jednoznacznie na minus...
    No ale czegoś jej brakuje, czegoś, co nie daje jej spokoju, stąd te jazdy.

    I teraz tak: wydaje mi się, że twojej żonie bardzo by się przydała terapia. Dla
    niej samej. Alkohol w domu rodzinnym niesie wielkie spustoszenia w psychice
    dzieci, ale temat DDA jest ostatnio bardzo nośny i łatwo można otrzymać pomoc, o
    materiałach w internecie nawet nie wspominając.
    Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, czy ona cię kocha. Te kryzysy i powrót
    zdradzieckiego eks nie świadczą najlepiej. Ta jej wewnętrzna szamotanina i brak
    pożądania do ciebie również. Wydaje mi się jednak, że nic nie jest jeszcze
    straconego.

    Co do ciebie: ty zdajesz się być silną jednostką, a niedostrzeganie pewnych
    spraw i powiązań jest w sumie twoją siłą. Niestety, ta siła może też przynieść
    odwrotne skutki. Jak sam pisałeś, zacząłeś ukrywać muzykę przed żoną, co
    oczywiście jeszcze dolało oliwy do ognia jej niepewności i zazdrości. W twoich
    oczach jesteś w porządku. Problem polega na tym, by twoja żona też to
    dostrzegła, by zrozumiała, że twoja pasja nie jest w żaden sposób zagrożeniem
    dla niej. Ty, typowo po męsku, postanowiłeś bawić się w sekrety, no i spirala
    zazdrości, niepewności zaczęła się nakręcać. Wskazywanie teraz kto zaczął (ona
    swoimi histeriami, ty swoimi sekretami) nie ma już sensu.
    Wydaje mi się, że chcesz dobrze i to jest wielki plus, natomiast wciąż nie
    uświadamiasz sobie, jak bardzo twoja żona potrzebuje właśnie tego bezpieczeństwa
    (emocjonalnego, bytowego). Niby o tym wiesz, ale chyba nie do końca zdajesz
    sobie sprawę z ogromu jej lęków. Może dlatego ona jest nieszczęśliwa z tobą.
    Zdajesz się nie dostrzegać bądź ignorować wiele istotnych spraw. Chcesz się
    zmienić, ale zmiany w twoim zachowaniu, które satysfakcjonowałyby żonę, wymagają
    znacznie więcej wysiłku niż ty jesteś (chyba) gotowy w to włożyć ( sam piszesz:
    jestem jaki jestem, niezależny, itp.).

    Żeby nie było: twoja żona ma problemy ze sobą, nie jesteś potworem. Natomiast
    chyba niewiele robisz, by jej pomóc w uporaniu się z tymi problemami. Pytanie
    teraz: czy warto walczyć? Ty piszesz, że warto i ja też uważam, że warto, ale
    tylko pod warunkiem, że twoja żona będzie gotowa uporać się ze swoimi demonami.
    Bo jeśli nie, jeśli pozostawicie to tak jak jest, to za rok, dwa lata znów
    będziecie przechodzić kryzys.
  • 21.01.10, 15:15
    Jesteś psychologiem? Twoje porady brzmią bardzo... profesjonalnie.
  • 21.01.10, 15:44
    Nie wiem, czy wcinam się w dyskusję we właściwym miejscu, ale mam kilka uwag.

    Po pierwsze, jak to często bywa, problem z seksem do wierzchołek góry lodowej - objaw poważnego kryzysu w związku.

    Po drugie, jeśli dobrze zrozumiałem stinefraexetera, nie zgadzam się z nim. Problemy problemami, ale chyba od czasu do czasu seks powinien być? Faceci są pod tym względem mniej skomplikowani, fakt, ale po wspólnej, udanej imprezie lub na weekendowym wyjeździe bez dzieci seks chyba powinien się "pojawić"? Problemy są zawsze; stawianie sprawy w ten sposób (będzie seks jak już będzie ok) jest mało rozsądne. Co więcej, seks powinien tutaj pomóc - pomóc małżonkowm ponownie się do siebie zbliżyć. Ponadto, po rozwiązaniu problemów seks zapewne wróci, ale żona nie była i nigdy nie będzie namiętną, gorącą kochanką. Po prostu, nie ten typ kobiety. Rozumiem, że autor wątku zdaje sobie z tego sprawę.

    Ja nie zrezygnowałbym z hobby, które kocham. Jest możliwy kompromis i próba zwalczenia obaw żony - mniej prób, koncertów, wyjazdów - ale rezygnacja z czegoś, co daje kopa i chwile uśmiechu jest błędem. Przyniesie frustrację i poczucie, że coś w życiu ucieka. Co ciekawe, mojej (byłej) żonie również nie podobało się moje hobby; kiedy byłem wyraźnie zadowolony, uśmiechnięty, wyraźnie pokazywała swoją dezaprobatę (po co tracić czas na pierdoły, skoro można zrobić tyle pożytecznych rzeczy). No cóż, dziś już wiem, że był to jeden z objawów bardzo poważnego kryzysu.

    --
    Tako rzecze Heniek Mróz, koneser, miłośnik muzyki barokowej i ostrego porno.
  • 21.01.10, 16:02
    marek_gazeta napisał:
    > Problemy problemami,
    > ale chyba od czasu do czasu seks powinien być? Faceci są pod
    > tym względem mniej skomplikowani, fakt, ale po wspólnej, udanej imprezie lub na
    > weekendowym wyjeździe bez dzieci seks chyba powinien się "pojawić"? Problemy są
    > zawsze; stawianie sprawy w ten sposób (będzie seks jak już będzie ok) jest ma
    > ło rozsądne. Co więcej, seks powinien tutaj pomóc - pomóc małżonkowm ponownie
    > się do siebie zbliżyć.

    No i tu właśnie zaprezentowałeś różnicę miedzy 'kobiecym' a 'męskim' podejściem do seksu. Seks pozwala mężczyźnie się zbliżyć - dla kobiety jest efektem zbliżenia.

    Problemy w związku często działają na kobiety 'kastrująco'. Nie wszystkie potrafimy je oddzielić od seksu - seks jest bardziej potrzebą emocjonalną niż fizyczną. Jest skutkiem nie środkiem czy przyczyną.

    Z różnych punktów widzenia rodzą się również różne propozycje rozwiązania - Ty piszesz 'seks pomoże bo małżonkowie się zbliżą' a druga strona 'zbliżmy się do siebie to będzie seks'. Problem polega na tym, że jednej stronie bez seksu ciężko się zbliżyć - drugiej zaakceptować seks bez bliskości.

    I zauważ, że nie mówimy tu o problemach typu zmęczenie czy zabieganie, które rozwiązałby weekend poza domem bez dzieci. DDA, brak zaufania, poczucia bezpieczeństwa, rezygnacja z siebie, kompletnie inne podejście do życia to bardzo głębokie problemy do przepracowania na terapii.

    --
    Uzależnienie
  • 21.01.10, 16:03
    Rozumiem o co ci chodzi, natomiast zdajesz się nie dostrzegać (i autor wątku
    podobnie), że z opisu wynika dość jasno, że żona symmetry jest chora. To znaczy,
    nie wiem, czy DDA klasyfikuje się jako jednostkę chorobową (nie jestem
    psychologiem, to odpowiedź na pytanie z innego posta), ale pozwalam sobie na to
    określenie w tym miejscu. To trochę jak złościć się na osobę w depresji, że "nie
    potrafi cieszyć się życiem" bądź krytykować osobę uzależnioną za "jej brak
    silnej woli". Żona autora, w moim przekonaniu, cierpi na poważne lęki i wręcz
    desperacko pragnie poczucia bezpieczeństwa. Osobie zdrowej i silnej takiej jak
    jej mąż i większość z nas, jej niepewność, zazdrość i zaborczość wydaje się
    nienaturalna i irracjonalna. Ona jednak rozpaczliwie tego bezpieczeństwa
    (emocjonalnego i materialnego) potrzebuje. Bez tego nie potrafi cieszyć się
    seksem, nie potrafi pożądać swojego męża-artysty. To nie jest kobieta, na którą
    zazdrość działa motywująco, wręcz przeciwnie. Nie zdziwiłabym się, gdyby w
    czasie seksu nie nawiedzały jej myśli o tym jak to jej mąż po ostatnim koncercie
    ślinił się do oczarowanych fanek. Wyciszenie własnego libido nie jest wcale
    takie trudne ani niewykonalne w przypadku takich osób.

    Powiesz mi, że to nie jest normalne. Ano nie jest. A przynajmniej nie jest
    zdrowe ani dla niej, ani dla bogu ducha winnego męża. Ale ona ma takie
    "okablowanie mózgu", nie potrafi inaczej.

    Cały szkopuł polega na tym, że autor wątku dopuścił się grzechu zaniechania. To
    znaczy, tak jak ty, bagatelizował żony chorobę. I kiedy zaczęły się jazdy
    zazdrości, to zrobił to co wielu innych mężczyzn zrobiłoby na jego miejscu:
    zamiast się zastanowić skąd się to bierze i czemu ona taka jest, zamiast
    postarać się dojść do źródła problemu, wybrał taktykę uników i sekretów, co było
    najgorszym z możliwych rozwiązań w przypadku kobiety tak desperacko nieufnej. Co
    więcej, beztrosko wszedł z tą kobietą w związek małżeński, przekonany
    najwyraźniej, że w jakiś magiczny sposób jej chorobliwa zazdrość przeminie
    niepostrzeżenie.

    I masz rację mówiąc, że autor nie powinien skreślać swojej pasji. To zbyt ważna
    część jego samego i jego życia. Dlatego właśnie mam bardzo mieszane uczucia, co
    do pomyślności ich związku. Rozsądek mówi mi, że nic z tego nie będzie, ale z
    drugiej strony, gdyby żona naprawdę zaczęła pracować nad swoimi lękami, a mąż ją
    w tym wspierał, to kto wie.
  • 21.01.10, 16:16
    Bez tego nie potrafi cieszyć się
    > seksem, nie potrafi pożądać swojego męża-artysty. To nie jest
    kobieta, na którą
    > zazdrość działa motywująco, wręcz przeciwnie. Nie zdziwiłabym się,
    gdyby w
    > czasie seksu nie nawiedzały jej myśli o tym jak to jej mąż po
    ostatnim koncerci
    > e
    > ślinił się do oczarowanych fanek. Wyciszenie własnego libido nie
    jest wcale
    > takie trudne ani niewykonalne w przypadku takich osób.

    Tak na logikę. Jeśli kobiecie brakuje poczucia bezpieczeństwa, to po
    rezygnacji z koncertowania facet powinien mieć więcej seksu. Ciekawe
    czy tak było?

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 16:21
    Wystarczy, że on będzie poirytowany z powodu rezygnacji z koncertu i już jej
    lęki wracają.

    Oboje mają zbyt wielkie oczekiwania wobec drugiej strony, zupełnie nieadekwatne
    do możliwości partnera.
  • 21.01.10, 16:27
    Ale jednak rezygnacja z hobby oznacza większy poziom poczucia
    bezpieczeństwa, niż zły humor męża:-)

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 16:31
    No to może mieli ;) W końcu, jak się okazuje, seks jest dosyć regularnie i na
    jakość autor nie narzeka ;))
  • 21.01.10, 16:39

    Ciekawe jak było wcześniej?

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 16:09
    "Po drugie, jeśli dobrze zrozumiałem stinefraexetera, nie zgadzam się z nim.
    Problemy problemami, ale chyba od czasu do czasu seks powinien być? Faceci są
    pod tym względem mniej skomplikowani, fakt, ale po wspólnej, udanej imprezie lub
    na weekendowym wyjeździe bez dzieci seks chyba powinien się "pojawić"?"

    Spokojnie spokojnie, to nie tak, że go w ogóle nie ma, był np wczoraj, choć
    raczej stonowany w świetle ostatnich wydarzeń. My się kochamy, tylko rzadko (raz
    na 2-3 tygodnie) i zawsze z mojej inicjatywy.

    "Ponadto, po rozwiązaniu problemów seks zapewne wróci, ale żona nie była i nigdy
    nie będzie namiętną, gorącą kochanką. Po prostu, nie ten typ kobiety. Rozumiem,
    że autor wątku zdaje sobie z tego sprawę."

    Umie być namiętna i gorąca, jak jest w formie i ma chęć, to naprawdę nie można
    narzekać i ja nie narzekam. Tzn narzekam, ale akurat nie na to.
  • 21.01.10, 16:25

    Czytam Twoje wypowiedzi, może jednak coś pominęłam, to sorki...
    Jak to było na początku związku? Kiedy zaczął się problem z seksem?
    Czy po ślubie, urodzeniu dziecka, rezygnacji z hobby zauważyłeś
    zmiany na niekorzyść?

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 19:00
    Szczere rozmowy może ie rozwiązują problemów, ale się do rozwiązania przyczyniają...
    Powodzenia na terapii...
    Może pokaż żonie ten wątek?
  • 21.01.10, 16:11
    > Ja nie zrezygnowałbym z hobby, które kocham. Jest możliwy
    kompromis i próba zwa
    > lczenia obaw żony - mniej prób, koncertów, wyjazdów - ale
    rezygnacja z czegoś,
    > co daje kopa i chwile uśmiechu jest błędem. Przyniesie frustrację
    i poczucie, ż
    > e coś w życiu ucieka. Co ciekawe, mojej (byłej) żonie również nie
    podobało się
    > moje hobby; kiedy byłem wyraźnie zadowolony, uśmiechnięty,
    wyraźnie pokazywała
    > swoją dezaprobatę (po co tracić czas na pierdoły, skoro można
    zrobić tyle pożyt
    > ecznych rzeczy). No cóż, dziś już wiem, że był to jeden z objawów
    bardzo poważn
    > ego kryzysu.

    Myśle Marku, że facet nawet nie powinien dla kobiety rezygnować z
    tak ważnego hobby. Kobiety dążą do zniewolenia faceta. Facet ma być
    jak najbardziej wydajny i trzeba go pozbawić wszystkiego co zagraża
    rodzinie. Żona pozbawiając go tego hobby poczuła się jeszcze
    pewniej. Nabrała pewności, że może z nim zrobić już wszystko.

    Poczucie bezpieczeństwa jest potrzebne ale bez tej adrenaliny nie ma
    pożądania.

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 16:18
    Ale czy ona go naprawdę pozbawiła wszystkiego?

    Rzeczywiście, nie nagrywa płyt i nie jeździ na koncerty. Natomiast wciąż
    wykonuje wolny zawód (nie do końca jestem pewna, czy związany z muzyką czy nie),
    nie przejmuję się przyszłością aż tak jak ona, brzdąka sobie z kolegami raz na
    jakiś czas...

    A dramatyczny wątek o braku seksu sprowadza się do tego, że kochają się raz na
    dwa tygodnie i na dodatek żona potrafi być namiętna... Pewnie, mogłoby być
    lepiej, ale chyba nie jest aż TAK dramatycznie, tak obiektywnie patrząc.

    Jest jednak dramatycznie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oni są kompletnie
    niedopasowani. Ona to DDA, on artysta żyjący chwilą. Żona nie jest problemem,
    ani autor nie jest problemem, problemem jest wielka odmienność ich potrzeb. Ja
    tu naprawdę nie widzę rozwiązania.
  • 21.01.10, 16:20
    A moim zdaniem nie można od razu stawiać kreski. Idźcie na terapię,
    porozmawiajcie szczerze o sobie, o związku. Zobaczycie ile musicie zmienić i czy
    jest to realne i akceptowalne.

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 21.01.10, 16:35
    stinefraexeter napisała:

    >problemem jest wielka odmienność ich potrzeb. Ja
    > tu naprawdę nie widzę rozwiązania.

    Bez urazy, ale trzeba byc nieslychanie zadufana osoba, zeby tak jednoznacznie
    wyrokowac na podstawie relacji jednej strony i to napisanej pod wplywem silnych
    emocji. Oczywiscie wyrazic opinie mozna zawsze, ale czasami sie warto
    zastanowic, czy sie komus nie zaszkodzi takim bezrefleksyjnym pierdzieleniem.
  • 21.01.10, 16:37
    Wyluzuj, rozpisałam się na kilometry we wcześniejszych postach. Autor rozumie o
    co mi chodzi, a zgadzać się nie musi.
  • 21.01.10, 16:48
    stinefraexeter napisała:

    > Wyluzuj, rozpisałam się na kilometry we wcześniejszych postach.

    myslisz, ze targaja mna silne emocje?
    Wyrazilam jedynie opinie, ze nieodpowiedzialne i glupie jest tak jednoznaczne
    wyrokowanie w sprawach, o ktorych mamy tak naprawde mgliste pojecie. Niektorzy
    ludzie sa bardziej niz inni podatni na wplywy.
    Ale dotyczy to nie calej Twojej wypowiedzi, w ktorej zawarlas wiele cennych
    uwag, tylko tych jej fragmentow, w ktorych piszesz o braku szans na
    wyprowadzenie zwiazku autora na prosta.
  • 21.01.10, 16:53
    No przyznaję, widzę małe szanse. Nie wiem, czy widziałaś jego wypowiedź o tym,
    że już wcześniej mieli poważny kryzys, teraz kolejny... Jakoś tego za dużo dla mnie.

    Ale doradzam w innych wypowiedziach terapię, dla żony oraz wspólną. Nie piszę:
    rzuć to wszystko w cholerę ;) Wydaje mi się, że warto spróbować, choćby po to,
    by zrozumieć sytuację.
    Myślę, że autor należy akurat do tych ludzi, którzy nie poddają się tak łatwo
    wpływom anonimowych porad z forum.
  • 22.01.10, 12:59
    @stinefraexeter

    "Myślę, że autor należy akurat do tych ludzi, którzy nie poddają się tak łatwo
    wpływom anonimowych porad z forum."

    Spokojnie, drogie panie, nie poddaję się :)

    @glamorous

    "A jak to jest z tymi wyborami? Dlaczego pragmatyczna i zapobiegliwa kobieta
    wybrala sobie na meza faceta skrajnie do niej nie pasujacego?"

    O tym też rozmawialiśmy, żona się wypiera, ale ja jestem przekonany, że tak jest.

    To, że jesteśmy jak ogień i woda to oboje wiemy już od dawna, powody tego są
    chyba takie, jak tu proponowaliście - mnie u niej pociąga właśnie jej
    odpowiedzialność i stabilność, jest dla mnie takim "bezpiecznym portem", wiem,
    że mogę na nią liczyć w każdej sytuacji. No i do tego jest świetna w łóżku (jak
    ma chęć) i wspaniale gotuje :)

    W drugą stronę - trudno powiedzieć, właściwie to jest dobre pytanie, może ją
    spytam? Może po prostu to dlatego, że jestem wysokim, przystojnym brunetem o
    ognistym temperamencie :)

    Na poważnie - ja wiem, że w świetle tego, co tu piszę, to wygląda jak
    beznadziejna sytuacja bez wyjścia, ale nam się udało już ze sobą wytrwać prawie
    8 lat i nie każda chwila tego czasu była katorgą, zapewniam. To mnie napawa
    jakimś tam optymizmem. Zwłaszcza że - przynajmniej ja - doszedłem już do etapu
    (może to kwestia wieku?), że przestałem się wycofywać dla "dobra ogółu",
    zacząłem wyraźnie zaznaczać swoje zdanie i mówić "nie", jeśli coś mi się nie
    podoba. Wcześniej różnie z tym bywało; to jest też trochę tak, że miałem
    poczucie, że moje podejście do życia jest jakoś tam ułomne w porównaniu z jej
    oczekiwaniami i że powinienem jednak robić to, co "należy" - zbudować dom,
    zarabiać, ustatkować się, postawić rodzinę na pierwszym miejscu. Teraz dopiero -
    to kwestia ostatnich miesięcy, stąd też mój wysyp postów tutaj - coś we mnie
    pękło i powiedziałem sobie dość, to moje życie i będę robił to, co ja uważam za
    stosowne, nie muszę się czuć winny temu, że rockerka jest dla mnie ważniejsza
    niż domek z ogródkiem. Zwłaszcza że domek z ogródkiem już mamy.

    Jak by się sprawy nie potoczyły, może być tylko lepiej. Psycholog i seksuolog to
    rzecz już przesądzona, kwestia dni (muszę się prozaicznie odkuć finansowo, bo
    akurat mieliśmy dość kosztowny remont) Jak już pójdziemy, to nie omieszkam się
    pochwalić.

    W ogóle jestem Wam ogromnie wdzięczny za to, co piszecie, i za słowa otuchy, i
    za joby i złe wróżby, wszystko to bardzo wiele mi ukazuje i wyjaśnia, naprawdę.
    Fajnie, że Wam się chce to wszystko czytać i pisać takie epistoły. Dzięki.
  • 22.01.10, 13:24
    symmetryisall: mojej żonie, DDA z podobnymi reakcjami udało się naprawdę wyjść
    na prostą. Jest zupełnie inną kobietą i wspieramy się wzajemnie. Łączy nas
    wiele, choć wiele też różni - podobnie jak u ciebie.

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 22.01.10, 13:49
    Ostatni komentarz, bo w zasadzie wszystko już zostało powiedziane (przynajmniej
    ze strony forum ;) ):

    ja to widzę tak: oboje się nawzajem uzupełniacie, jak sam napisałeś. Tobie
    brakowało "odpowiedzialności", żonie brakowało "szaleństwa". Tyle tylko czy to
    wystarcza? Nie wiem, bo trochę zawile piszesz o tych wspólnych latach. Z jednej
    strony te najgorsze przywary żony od zawsze były obecne (zazdrość, nienawiść do
    "rockerki"), z drugiej strony sam piszesz, że nie było aż tak źle. Na pytanie,
    czy wasze diametralne różnice wystarczą na przyszłość, sam musisz zatem
    odpowiedzieć.

    Natomiast rzuciło mi się co innego w oczy, pewien wzór, który zaczął układać mi
    się w głowie. Popraw mnie, jeśli się mylę:
    te osiem lat temu czułeś, że trochę stabilizacji w życiu by ci nie zaszkodziło.
    Nie do końca byłeś pewien, czy to co robisz rzeczywiście jest AŻ tak ważne.
    Dlatego właśnie wybrałeś sobie taką a nie inną żonę. I teraz tak: wspólnie
    zaczęliście budować te wasze gniazdko, ona miała to czego zawsze mniej lub
    bardziej świadomie pragnęła, ty zaś też sporo zyskałeś. Czego? Ano wróć do
    swojego pierwszego postu i tego, co pisałeś o odpowiedzialności, o byciu
    dorosłym dojrzałym mężczyzną. Wydaje mi się, że zawsze chciałeś być takim
    właśnie facetem - nie do końca byłeś pewny, czy droga artystycznej beztroski
    była dorosłym wyborem. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że od
    zawsze takie słowa jak odpowiedzialność i dojrzałość zaprzątały ci głowę, może
    dlatego, że twój tryb życia (choć tak przez ciebie lubiany) był daleki od ideału
    wkładanego ci do głowy. Dlatego czułeś podświadomie, że żona "ma rację".
    No i teraz dotrwaliście jakoś do momentu, kiedy masz już rodzinę, masz dom z
    ogródkiem, czyli, przynajmniej na poziomie symboli, osiągnąłeś poziom
    stabilizacji. Nie wiem, czy to remont tak cię wykończył, a może jakiś kryzys
    trzydziestolatka, ale dotarłeś do miejsca, w którym masz już pewne poczucie
    bezpieczeństwa i możesz sobie "pozwolić" na "szaleństwa", czyli muzykę.
    Buntujesz się w trochę dziecinny sposób ("ja zawsze ustępowałem"), bo przecież
    sam do tej dojrzałości i stabilizacji dążyłeś. Nawet jeśli nie był to wybór
    serca, lecz rozumu.
    Teraz dotarliście do pewnego etapu i czujesz, że możesz odetchnąć w tym biegu
    "ku dorosłości". Dla ciebie była to wyczerpująca wędrówka, bo w zasadzie przez
    cały czas walczyłeś z samym sobą. No i teraz możesz wreszcie odsapnąć. A twój
    odpoczynek równa się oczywiście powrót do "zabawek", czyli muzyki, koncertów.

    Nie dziwię się tobie, że jesteś wykończony. Przez te lata usilnie starałeś się
    stać się kimś innym. Żona może w ogóle nie rozumieć, skąd w tobie ta nagła
    zmiana. Może sądziła, że rzeczywiście się zmieniasz, nie tylko na pozór.
    Wydaje mi się zatem, że sam powinieneś zastanowić się nad swoim podejściem do
    dojrzałości i odpowiedzialności. Chyba nie do końca jeszcze doszedłeś do ładu z
    samym sobą. Tak jakbyś miał wciąż jakiś kompleks dojrzałości i nie do końca
    wciąż wiedział jak ugryźć kwestię bycia odpowiedzialnym, męskim, uczciwym.

    Od razu uprzedzam, że to są tylko moje gdybania. Ktoś mi już zarzucił na forum
    nieodpowiedzialne podejście do problemu. Powtarzam zatem, że nie jestem żadnym
    terapeutą i jedynie wyrażam swoją nieprofesjonalną opinię ;)
  • 22.01.10, 13:52
    dość celna analiza, z tym, że niekoniecznie powrót do muzyki oznacza brak
    dojrzałości. Facet po prostu jest artystą i tego nie zabije. Ja mam podobnie,
    duże poczucie odpowiedzialności nie pozwalało mi długo na rozwinięcie skrzydeł,
    a zazdrość o próby uważałem za zrozumiałą - "przecież do dziecinada". Teraz
    wiem, że to jestem ja i nie mogę tego niszczyć. Żona też to zrozumiała.



    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 22.01.10, 13:59
    Oczywiście, że powrót do muzyki to nie dziecinada. Natomiast sam autor wydaje
    się nie do końca o tym przekonany. Dlatego napisałam, że dobrze by było, gdyby
    rzeczywiście zastanowił się nad swoim stosunkiem do tego, co jest i co nie jest
    "dorosłe", a tym samym "właściwe". Odnoszę wrażenie, że on wciąż ma jakiś
    kompleks na punkcie "dojrzałości". Może dlatego tak ukrywał przed żoną swoje
    muzyczne życie - bo sam się przed sobą wstydził, sądził, że to co robi jest
    niepoważne i rani swoją żonę, która ma rację...
  • 22.01.10, 14:03
    bi-chętny, a nie jest trochę tak, że teraz możesz sobie POZWOLIĆ na tę
    'dziecinadę"? Jak jest czas na budowanie przyszłości i rodziny, to muzyka wydaje
    się niepoważna. Ale teraz, kiedy już coś się w życiu osiągnęło, może masz
    wreszcie ten komfort psychiczny, który pozwala ci puścić luzem swoją duszę
    artysty, bo jakiś pułap stabilizacji został osiągnięty?
  • 22.01.10, 14:20
    Nie, to raczej romans i kryzys w małżeństwie pozwolił mi spojrzeć na siebie
    inaczej - jestem z natury dawcą, więc nie brałem dla siebie. teraz staram się
    zachować równowagę, co świetnie wpływa też na relacje w domu i łóżku.

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 22.01.10, 17:03
    @stinefraexeter
    "Wydaje mi się, że zawsze chciałeś być takim
    właśnie facetem - nie do końca byłeś pewny, czy droga artystycznej beztroski
    była dorosłym wyborem. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że od
    zawsze takie słowa jak odpowiedzialność i dojrzałość zaprzątały ci głowę, może
    dlatego, że twój tryb życia (choć tak przez ciebie lubiany) był daleki od ideału
    wkładanego ci do głowy. Dlatego czułeś podświadomie, że żona "ma rację".(...)Dla
    ciebie była to wyczerpująca wędrówka, bo w zasadzie przez
    cały czas walczyłeś z samym sobą. (...) Przez te lata usilnie starałeś się
    stać się kimś innym. Żona może w ogóle nie rozumieć, skąd w tobie ta nagła
    zmiana. Może sądziła, że rzeczywiście się zmieniasz, nie tylko na pozór.
    Wydaje mi się zatem, że sam powinieneś zastanowić się nad swoim podejściem do
    dojrzałości i odpowiedzialności. Chyba nie do końca jeszcze doszedłeś do ładu z
    samym sobą. Tak jakbyś miał wciąż jakiś kompleks dojrzałości i nie do końca
    wciąż wiedział jak ugryźć kwestię bycia odpowiedzialnym, męskim, uczciwym."

    Hm. Bardzo ładnie to ujęłaś, właściwie napisałaś tu dużo rzeczy, które sam
    starałem się przekazać, ale może nie wiedziałem jak.

    Mógłbym tu się jeszcze porozwodzić nad proporcjami rockerki i stabilizacji w
    moim spojrzeniu na świat, ale to bez sensu, i tak już daleko odeszliśmy od
    tematu, bo seksu w tym coraz mniej :)

    @ jordanbull

    Jesteśmy innymi typami facetów... Po pierwsze, o psychologii wiem na tyle dużo,
    żeby wierzyć w jej skuteczność. Co do kochanki - moje zdanie w temacie
    posiadania kochanek jest takie, że to w najlepszym razie głupota, a w najgorszym
    skurwysyństwo. I tyle, nie chcę o tym dyskutować.
  • 22.01.10, 13:52
    symmetryisall napisał:


    >...rockerka jest dla mnie ważniejsza...

    Ha, juz wiem jak uratowac Twoje malzenstwo: powinienes przerzucic sie na reggae!
  • 21.01.10, 16:38

    > Rzeczywiście, nie nagrywa płyt i nie jeździ na koncerty. Natomiast
    wciąż
    > wykonuje wolny zawód (nie do końca jestem pewna, czy związany z
    muzyką czy nie)
    > ,
    > nie przejmuję się przyszłością aż tak jak ona, brzdąka sobie z
    kolegami raz na
    > jakiś czas...

    Na początku związku jest bardzo mało tego poczucia bezpieczeństwa.
    Kobiety, które mają większe potrzeby w tym zakresie nie są w stanie
    zaangażować się uczuciowo w kimś "niebezpiecznym". Ona jakimś
    dziwnym trafem trafiła na muzyka:-) No i ciekawe czy na początku,
    kiedy brakuje tego poczucia bezpieczeństwa, był seks?

    Podejrzewam, że zwiększanie poczucia bezpieczeństwa okaże się taką
    studnią bez dna. Facet stopniowo będzie rezygnował z siebie a ona
    tym bardziej będzie się nim nudzić. Na tym forum było już kilka
    takich przypadków... Tym bardziej, że facet z hobby zrezygnował i z
    tego co mi się wydaje to ilość seksu się nie zwiększyła. Zmalało za
    to zainteresowanie jego osobą.

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 21.01.10, 16:39
    @ stinefraexeter

    "Rzeczywiście, nie nagrywa płyt i nie jeździ na koncerty. Natomiast wciąż
    wykonuje wolny zawód (nie do końca jestem pewna, czy związany z muzyką czy nie),
    nie przejmuję się przyszłością aż tak jak ona, brzdąka sobie z kolegami raz na
    jakiś czas..."

    Nie robię nic związanego z muzyką, nawet przestałem w domu słuchać muzyki, bo to
    wywoływało reakcje nacechowane emocjonalnie, powiedzmy. Nie brzdąkam też z
    kolegami - sama wzmianka o tym powoduje od razu ciąg "tak, zaczniesz od tego, że
    będziesz dłubał coś z X na kompie, potem próby, potem koncerty i znów od
    początku". Muzyka to jest u nas temat tabu. Żona się stroszy nawet jeśli
    rozmawiam z kimś o muzyce w jej towarzystwie, typu "Słyszałeś ostatnią płytę X?".

    "A dramatyczny wątek o braku seksu sprowadza się do tego, że kochają się raz na
    dwa tygodnie i na dodatek żona potrafi być namiętna... "

    Potrafi, ale coraz rzadziej. I co z tego, że raz na 2 tygodnie, jeśli jest to
    seks wyproszony i coraz bardziej niechętny. Seks i muzyka to były dwie rzeczy,
    które mnie nakręcały. Gdybym miał świetny seks, to pewnie brak muzyki łatwiej
    byłoby mi przełknąć, ale bez jednego i drugiego kiepsko daję sobie radę.

    "Tak na logikę. Jeśli kobiecie brakuje poczucia bezpieczeństwa, to po
    rezygnacji z koncertowania facet powinien mieć więcej seksu. Ciekawe
    czy tak było?"

    Trudno stwierdzić. Na pewno w jakimś momencie nastąpił dość wyraźny skok
    jakościowy, właśnie w okolicy sprzedania ostatniej gitary. Był to skok na tyle
    wyraźny, że aż się zastanawiałem, czy ktoś żony na boku nie podszkala :) Tak, to
    też brałem pod uwagę, ale raz, że nie bardzo widzę, kiedy miałaby mnie zdradzać,
    dwa - nie sądzę, żeby była do tego zdolna, raczej by mnie rzuciła. Uczciwość i
    brak sekretów zawsze były dla niej bardzo ważne...
  • 21.01.10, 16:47
    Żona bez terapii sobie nie poradzi. Albo nie mówisz nam całej prawdy, albo, jak
    to ktoś powiedział, to będzie taka studnia bez dna. Ona nigdy nie będzie
    usatysfakcjonowana.

    Mówisz, że pozbycie się gitary podziałało na nią ożywczo. Od kiedy zatem trwa ta
    tendencja spadkowa? Jakiś moment przełomowy?

    Jesteście w poważnym kryzysie. Ty nie masz ani muzyki, ani seksu, ona też
    wyraźnie nie jest szczęśliwa. Czemu nie potraficie się dogadać?
    Trzymaj się swojego postanowienia: idźcie z żoną na terapię, do mediatora i
    wreszcie oboje wysłuchajcie należycie drugiej strony.
  • 22.01.10, 00:58
    > Nie robię nic związanego z muzyką, nawet przestałem w domu słuchać muzyki, bo t
    > o
    > wywoływało reakcje nacechowane emocjonalnie, powiedzmy. Nie brzdąkam też z
    > kolegami - sama wzmianka o tym powoduje od razu ciąg "tak, zaczniesz od tego, ż
    > e
    > będziesz dłubał coś z X na kompie, potem próby, potem koncerty i znów od
    > początku". Muzyka to jest u nas temat tabu. Żona się stroszy nawet jeśli
    > rozmawiam z kimś o muzyce w jej towarzystwie, typu "Słyszałeś ostatnią płytę X?
    > ".

    Jeśli w przypadku pojawieniu się lęku, człowiek się wycofuje - zanim się ogarnie
    i stwierdzi, że może ten lęk nie jest racjonalny - utrwala swoje strachy.
    Umacnia je. Dobrze, że ten psycholog będzie (tzn. mam nadzieję), bo może trochę
    poodkręca choćby i w tym temacie. Bo działając na wyczucie, to się w ślepy
    zaułek zapędziłeś, IMHO.

    A swój świat to bym raczej otworem otwierała przed nad-zazdrosną drugą stroną,
    nie zamykała. Niech idzie, obejrzy te studia, nagrania, ludzi, koncerty,
    whatever. Niech poszuka tego wyimaginowanego smoka pod łóżkiem. Ale... To też
    niefachowa rada, ot, intuicja, choć poparta doświadczeniem.
  • 21.01.10, 16:07
    twoja żona nie jest może DDA ?

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 21.01.10, 16:14
    potem przeczytałem: faktycznie jest DDA - polecam terapię. Miałem podobny
    problem, również z graniem/koncertami/próbami/kobietami.

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 21.01.10, 11:32
    To w sumie dobrze o Tobie świadczy, że zawiesiłeś na kołku swoją
    pasję, żeby żona była zadowolona, ale w życiu zawsze tak jest, że
    takie poświęcenie godzi przede wszystkim w Ciebie. Ona tego nie
    doceni w stopniu w jakim Ty poniosłes stratę.

    No i w świetle tego co tu od dawna się pisze, fakt że żona Cie nie
    pożąda jakoś tak gładko wpisuje się w tę historię... Nie pożąda Cię,
    bo się podporządkowałes...
    Czemu kobiety czują pociąg do tych wszystkich dziwnych typów, tych
    wszystkich złachanych muzyków rockowych, wszelkiej maści artystów,
    wizjonerów, szaleńców...? Bo mają pasję i są tajemniczy. A Ty się
    dałeś wykastrować..

    Swoją drogą co to za model jest, który każe w małżeństwie wyprać się
    ze wszyskich odrębności i tnie równo po wszystkich potencjalnych
    źródłach fascynacji. Chyba podświadomie niektóre kobiety dążą do
    tego z potrzeby posiadania kontroli i wyeliminowania potencjalnych
    źródeł zagrożenia, ale siłą rzeczy nie wiedzą, że strzelają sobie w
    stopę.

    Faktycznie, jesteś fajnym facetem, ale czasem też musisz huknąc
    pięścią w stół :).
  • 21.01.10, 12:21
    notting_hill napisała:
    > Czemu kobiety czują pociąg do tych wszystkich dziwnych typów, tych
    > wszystkich złachanych muzyków rockowych, wszelkiej maści artystów,
    > wizjonerów, szaleńców...? Bo mają pasję i są tajemniczy. A Ty się
    > dałeś wykastrować..
    (...)
    > Faktycznie, jesteś fajnym facetem, ale czasem też musisz huknąc
    > pięścią w stół :).

    I tu się zupełnie nie zgodzę.

    Owszem - istnieje rzesza kobiet lecących na muzyków, aktorów, artystów itp. Ale nie sądzę, żeby tak było w przypadku żony autora wątku. Dla niej raczej wzorem mężczyzny jest ojciec - biznesmen, zapewniający byt i stabilizację rodzinie. W porównaniu do niego symmetryisall może się jawić jako nieudacznik, lekkoduch, i właśnie niemęski. Skoro nie jest w stanie zapewnić stabilizacji rodzinie nie jest w jej oczach samcem.

    --
    Uzależnienie
  • 21.01.10, 12:36
    Mam identyczne odczucia.

    Ona wcale nie chce go wykastrować. W jej oczach on już jest wykastrowany. Dla
    niej mężczyzna to żywiciel, silny pracowity i odpowiedzialny. Artysta, wolna
    dusza to w jej oczach nieodpowiedzialny chłopiec. Na zasadzie: co to za
    mężczyzna, który nie potrafi (i nie chce!) zagwarantować swojej rodzinie
    bezpieczeństwa.

  • 21.01.10, 12:48
    My tu sobie możemy pogdybać tak na odległość, a i tak prawdy dociec
    mogą tylko zainteresowani. I to jeszcze z dużym prawdopodobieństwem
    tylko wtedy, kiedy udadzą sie do fachowca.

    Jednak z doświadczenia i przyglądania się ludziom widzę, że
    dobierają się w pary, bo cos nieuświadomionego pociaga ich w innym
    człowieku, jakiś swój brak, który chcą sobie zrekompensować.
    I tak, żona autora wątku spokojnie może uważać na planie świadomym,
    że to o co jej chodzi to stabilizacja i bezpieczeństwo, a jednak
    przecież nie bez przyczyny wybrała sobie osobnika, który tej
    stabilizacji dać jej nie mógł. Czy o tym wiedziała? Ba...

    A autor wątku, po jakiego grzyba wiązał się z kobietą, o której
    wiedział zapewne, że ma ciągoty do bycia gospodynią domową? Bo może
    nieświadomie mu tej cechy w sobie brakuje?
    A czy to forum (jakkolwiek specyficzne) nie świadczy o tym, że
    ludzie jednak szukają w partnerze swoich "braków" niż dopełnienia?
  • 21.01.10, 13:04
    Gdybanie na forum to przednia zabawa, jakby nie było ;)

    Moje odczucia co do mechanizmu dobierania się w pary nie do końca pokrywają się
    z twoimi. To znaczy, zgadzam się, że w ludziach często pociąga nas ta inność,
    chęć zrekompensowania swoich własnych braków, natomiast wydaje mi się, że rzadko
    kiedy ta fascynacja wystarcza. I bardzo często, by nie powiedzieć zawsze, z tą
    fascynacją idzie nieśmiertelne projektowanie własnego myślenia życzeniowego na
    partnera oraz przekonanie, że "jakoś to będzie".
    Myślę, że żona autora mogła, wchodząc w ten związek, myśleć (nieświadomie) wiele
    rzeczy:
    - może na tamtym etapie też chciała być taka artystyczna, bo zawsze jej tego
    luzu brakowało i dlatego on jej imponował;
    - może była dumna z tego, że taki wolny ptak postanowił się z nią związać i
    wierzyła naiwnie, że to dowód na to, iż w rzeczywistości on przedkłada te
    przysłowiowe gniazdko nad muzykę
    - może sądziła, że on się zmieni, ustatkuje, że muzyka to tu i teraz, ale z
    czasem przyniesie mu stałe zarobki i pewną pozycję chociażby...
    - kto tam wie.

    Co do autora, wydaje mi się, jak już pisałam powyżej, osobą która zawsze
    znajdzie sobie miejsce w życiu i mimo artystycznej duszy, dosyć mało
    refleksyjną. Nie wiemy zbyt wiele o tym, co go zafascynowało w żonie, ale być
    może była to właśnie ta inność, stabilność, bezpieczny port, tak inny od
    rozwichrzonych niezrównoważonych "panienek - artystek" bądź "panienek - fanek
    muzyków, nie muzyki". Nie wiadomo. Wydaje mi się, że on ani wtedy, ani do
    niedawna, nie przywiązywał wagi do oczekiwań żony. Wielce prawdopodobne, że o
    nich nie wiedział.

    W moim odczucie seks jest właśnie tym papierkiem lakmusowym, który ukazuje nam
    nasze prawdziwe nieuświadomione potrzeby. Jeżeli ona nie chce się z nim kochać,
    to jest to sygnał, że coś nie gra w naszym partnerze (z naszego subiektywnego
    punktu widzenia), że czegoś nam brakuje. Czasem nawet nie wiemy czego.

    Nie ma sensu obwinianie tu ani jego ani jej. Chyba dopiero teraz otwierają im
    się oczy na to, czego naprawdę potrzebują i czego (nie) może im dać partner.
  • 21.01.10, 22:56
    Cudnie by było, gdyby przed ślubem człowiek był świadomy tego z kim się wiąże! Notting_hill, nawet jeśli ktoś ma niepokojące sygnały o rodzinie, dotychczasowym życiu partnera, to najczęściej nie zdaje sobie sprawy, jakie to będzie miało bezpośrednie przełożenie na ich przyszłe życie. Albo jest przekonany, że pod wpływem miłości się zmieni. A tu przykra niespodzianka... Twierdzę, że w większości związków zakochanie powoduje, że przez kilka-kilkanaście lat dwoje różnych ludzi, z różnymi doświadczeniami, wzorcami, oczekiwaniami funkcjonuje w miarę dobrze, bo "różowe okulary" pomagają nie widzieć wad drugiej strony, no i wiara w siłę miłości jest bardzo silna. I jeszcze dlatego, że wychowanie dzieci często pochłania tyle czasu i energii, że na przyjrzenie się sobie i zadbanie o siebie (nie o rodziców! o kobietę i mężczyznę, kochanków!) nie ma czasu. Po pewnym czasie ten zgrabnie funkcjonujący mechanizm zaczyna szwankować, bo każdemu z partnerów jest coraz ciaśniej w tym ubranku uszytym nie na jego miarę. Oboje zaczynają szukać więcej miejsca dla siebie i wtedy dochodzi do kryzysu, który sam sobie nie jest zły. Ważne jest to, jak się go rozwiąże.
    Kobiecy pociąg do seksu wyczerpuje się szybciej, bo jej bardziej potrzeba całej tej otoczki związanej z bezpieczeństwem, pewnością, pełną akceptacją. I tu się Twojej żonie, Symmetry, wcale nie dziwię :) Niczym nieuzasadniona zazdrość jest rzeczywiście niepokojąca i nie poradzisz sobie z tym sam, ale skoro podjąłeś decyzję o terapii więc widzę światełko w tunelu! Małe mam doświadczenie w zakresie "poważnych" rozmów z facetami (poza moim mężem - tu mam przesyt!) i jestem mile zaskoczona, że starasz się zrozumieć swoją kobietę. Co prawda bodźcem do zastanawiania się nad Waszym związkiem jest brak seksu i po drodze zlekceważyłeś wiele innych sygnałów, ale wszystko jest do nadrobienia. Nie zgadzam się z tym, co pisze Stinfraexeter, że nie widzi dla Was większych szans. To nie tak!!! Rzeczywiście jej uwagi brzmią bardzo profesjonalnie, ale w jednym się nie sprawdziła jako psycholog :)Otóż żaden profesjonalista nie wyda takiego kategorycznego sądu przy takiej małej liczbie danych. Albo jeszcze inaczej: terapeuta w ogóle nie jest od ferowania wyroków i dawania rad. Jego zadaniem jest tak poprowadzić rozmowę, żeby osoba, która szuka pomocy, sama uświadomiła sobie, jakie są jej oczekiwania, co jest jej problemem i jakie ona widzi sposoby jego rozwiązania. Bo to, co mógłby zaproponować terapeuta, może być nie do przyjęcia dla jego klienta, bo ludzie wybierają dla siebie różne ścieżki życia, które wcale nie muszą podobać się innym osobom, bo... miłość czyni cuda?! Piszesz Symmetry, że żona ma (czy będzie miała) niechętny stosunek do terapii. Moja propozycja jest wobec tego taka, żebyś spróbował najpierw sam porozmawiać z psychologiem, może dzięki temu będzie ci łatwiej potem przekonać żonę. Spotkanie w terapii małżeńskiej i tak powinno odbyć się z dwojgiem innych terapeutów (dla zachowania bezstronności), tak więc kiedy już pójdziecie tam oboje, będziecie mieli równe szanse :)
    I jeszcze chciałam napisać, że rezygnując z muzyki może i poprawiłeś chwilowo sytuację w domu, ale to bardzo nie fair ze strony żony wymagać tego od ciebi i mam nadzieję, że uda ci się do muzyki wrócić, bo oprócz seksu trzeba robić w życiu rzeczy, które dają radość!!!
    No i jeszcze jedno. Piszesz, że żona jest niechętna. A co robisz, żeby ją zachęcić? Jeżeli okazujesz jej swoją miłość (no, niech będzie pożądanie, żeby nie było tak wzniośle), całujesz, chwalisz, podziwiasz, dajesz kwiaty, pomagasz i tak dalej, a ona nic, to rzeczywiści coś z nią nie tak. Ale jeśli o tym zapominasz, to...
  • 21.01.10, 23:20
    > ło tak wzniośle), całujesz, chwalisz, podziwiasz, dajesz kwiaty,
    pomagasz i tak
    > dalej, a ona nic, to rzeczywiści coś z nią nie tak. Ale jeśli o
    tym zapominasz
    > , to...

    Tak on jej kupuje kwiaty, szykuje kolacje przy świacecach a ona
    widząc jego starania myśli sobie "kur.. znowu będzie chciał seksu".
    :-)

    --
    Zawsze warto być człowiekiem, choć tak latwo zejść na psy.
  • 22.01.10, 00:54
    czytajac i analizujac twoja sytuacje dochodze do wniosku ze wypielegnowales sam
    u zony rodzaj ukrytej zazdrosci ktora rozwala wasz zwiazek to moze zabic
    najwieksze uczucie moge to powiedziec analizujac moje zycie tylko ale o moje
    uczucia maz sie nie staral tak jak ty i nie o zazdros akurat chodzilo tych
    staran z jego strony najbardziej mi zawsze brakowalo mysle tu o prostych
    rzeczach dnia codziennego np; smaczy byl dzis obiad lub ladnie ci w tej
    bluzeczce itp,szczeroscia cieplym slowem dobrocia wiele sie zyskuje tylko trzeba
    naprawde chciec tak ty jak i twoja zona trzymam kciuki
  • 21.01.10, 15:59
    mujer_bonita: to po co się z takim wiązała ? widziały gały ? :)

    --
    "Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie
    wstrzemięźliwości"
  • 21.01.10, 16:06
    Oboje nie widzieli, co brali.
  • 21.01.10, 23:30
    zastanawiajac sie nad wasza sytuacja mysle ze to odmiana ukrytej zazdrosci o
    ciebie rujnuje wasz zwiazek jezeli tobie na niej zalezy powinienes odbudowac
    jej zaufanie zamiast sie zloscic np okazuj zadowolenie typu pyszny dzis
    ugotawalas obiad lub slicznie wygladasz itp mysle ze dobrocia i czuloscia mozesz
    wiele zyskac w moim zyciu tego wlasnie bylo mi brak
  • 20.01.10, 21:50
    Ja tak nie myślę, a wiem z doświadczenia, niestety. Dzieci
    przeżywają rozwód zawsze, nawet jak są juz całkiem odchowane. Ja
    żałuję, że nie odeszłam jak moja córka miała rok. No, to on odszedł
    jak miała 10 lat... Tak czy owak, przerąbane. Tylko teraz jestem o
    10 lat starsza, niestety. Poczucia zmarnowanych lat nie zwróci mi
    nic.
  • 20.01.10, 22:20
    witaj na poczatku mojego zwiazku juz bylo nie tak jak powinno ja uwielbiam seks
    natomiast moj maz na tyle by sie zaspokoic po za tym to typowy egoista liczy sie
    jego zdanie w kazdej kwesti seksu tez jezeli bym chciala wiecej slysze jestes
    jaka zboczona zachowujesz sie jak dziecko jestes jakas glupia wiec po szybkim 5
    minutowym numerku tracana lokciami i kolanami tonelam we lzach i ciszy moje
    uwagi ze moze remont albi jakis zakup sprzetu lub wczasy zgupialas mi nie
    potrzeba to i tobie tez nie ani dzieciom i dla dzieci trwam w tym zwiazku od 25
    lat bo on nie mial by gdzie mieszkac wiec zal serce sciska nigdy nie bylam na
    wczasach czy zabawie bo strata pieniedzy i czasu dla mojego meza nie zapraszamy
    nikogo bo ile trzeba stracic teraz juz milcze bo jest za puzno dzieci mamy
    dobrze wychowane jestem z nich dumna ale ojca nieznosza wrecz nienawidza malo z
    nim rozmawiaja nawet a ja by nie zglupiec calkiem znalazlam sobie kochanka
    jestem z nim od kilku lat i jest to najszczesliwszy okrec mojego calego zycia
    czuje sie dowarotciowana i szczesliwa gdy z nim jestem i on nadaje bieg mojemu
    zyciu zaczelam cieszyc sie ze zyje
  • 21.01.10, 23:05
    Czarownico, szkoda tych twoich straconych lat! Powodzenia!
  • 21.01.10, 23:26
    Każde miejsce i wiek jest dobry....Życzę powodzenia:)
  • 22.01.10, 20:44
    czarownica77777 napisała:
    dzieci mamy
    > dobrze wychowane jestem z nich dumna ale ojca nieznosza wrecz nienawidza malo z
    > nim rozmawiaja nawet

    Boskie...rzadko słyszy sie podobnie bezsensowne stwierdzenia jak to, ze dzieci
    wychowały sie dobrze i nienawidzą ojca a nawet z nim nie rozmawiają. Niestety
    Czarownica skądś wyniosłaś całkowicie spaczona wizje rodziny i zafundowałaś ja
    dzieciom. Gdybyś nie wiedziała- w normalnej rodzinie z dobrze wychowanymi
    dziećmi DZIECI KOCHAJĄ RODZICÓW i z nimi rozmawiają i maja więź.
    Wiec niestety poza umartwianiem siebie zafundowałaś jeszcze zdecydowanie zle
    wzorce dzieciom. Pewnie sie beda tez z tego kiedys terapiowac...
  • 22.01.10, 22:02
    dzieki za wypowiedz nawet krytczna takie tez sa cenne masz duzo racji moze
    jeszcze nie dotarly do mnie te zle cechy moich dzieci mialam glownie na mysli ze
    ucza sie jednoczesnie pracujac i wspierajac nawet budrzet domowy nie mialam
    nigdy bolu glowy z ich powodu w przeciwienstwie do problemow z mezem no coz
    bylam glupia tak mnie wychowano grzeczna i posluszna zona zdana na siebie zazwyczaj
  • 21.01.10, 23:14
    he...powiem krótko...jestem żoną od roku,ale chyba to się zmieni...ze mną jest
    chyba coś nie tak.czy to normalne,że mąż odmawia żonie ??mówi,że mnie kocha i że
    jestem atrakcyjna.Układa się między nami ale...nie kochamy się.Ja potrzebuję
    seksu co najmniej raz w tygodniu,a jemu się nie chce...czy to normalne ?? sam
    jakiś czas temu powiedział,że brak seksu to wystarczający powód do rozwodu...
  • 22.01.10, 00:17
    Przeczytawszy ostatnie wypowiedzi w watku widze, ze nie bedzie latwo pogodzic
    ogien z woda. Jestescie diametralnie rozni : Ty rockman i bon vivant, ona typ
    pragmatycznej kury domowej. Jak cykada i mrowka z tej bajki Lafontaine'a ;-)
    Dobraliscie sie rzeczywiscie jak w korcu maku, az nie do wiary. Prawde mowiac
    nie bardzo sobie wyobrazam az tak daleko idacego kompromisu, zebyscie dali rade
    to wszystko satysfakcjonujaco pogodzic i zyli "hapily ever after". Sama mam meza
    posiadajacego nietypowe artystyczne hobby i kompletnie nie miesci mi sie w
    glowie jak moznaby czlowieka pozbawic czegos co daje mu tyle radosci, oblozyc go
    zakazami, nastraszyc restrykcjami i zamknac sobie na wylacznosc w klatce
    malzenskiej nudy. I co - tak cale zycie? Czy to jest sposob na szczesliwy
    zwiazek? Ty i tak tolerancyjny jestes. Zaden zwiazek nie jest wart rezygnowania
    z tego co naprawde nas napedza. To rodzi tylko rozzalenie, frustracje,
    rozszczeniowosc - a wiec na dluzsza mete jeszcze wieksze zgrzyty. Zwiazek to
    powinna byc harmonijna koegzystencja dwoch osob, a nie jakies okowy, ofiarne i
    kosztowne poswiecenie czy feudalne poddanstwo.

    A jak to jest z tymi wyborami? Dlaczego pragmatyczna i zapobiegliwa kobieta
    wybrala sobie na meza faceta skrajnie do niej nie pasujacego? Otoz ona, jak
    kazda corka toksycznego ojca, z jednej strony swiadomie go zanegowala, a z
    drugiej - podswiadomie - poszukuje podobienstwa. W przypadku twojej zony
    konkretnie wyglada to tak, ze wybrala sobie na meza symboliczna antyteze ojca
    (produktywny i stabilny biznesmen vs "chlopak z gitara" i luznym stosunkiem do
    finansow oraz do zycia) ale podswiadomie pragnie jednak, zebys wszedl w jej
    imprinting faceta zapewniajacego stabilne i wygodne zycie rodzinie. I jest to o
    tyle trudne, ze ona nie zmieni swoich poswiadomych kodow meskosci z dnia na
    dzien. Nie wiem nawet, czy w ogole jest mozliwe zmienienie tych kodow - latwiej
    chyba byloby gdybys to Ty sie nagial. Tymczasem Ty tez masz swoja nature i swoj
    wlasny imprinting. I swoje wlasne wizje zwiazku, oraz wymagania.

    Ogolna konkluzja : pogodzic wasze kompletnie rozne temperamenty (ogolnie, nie
    tylko te seksualne), wzorce i calkowicie sprzeczne oczekiwania nie bedzie latwo.
    Trzeba bedzie na pewno przelamac pewne schematy mysleniowe. Bedzie to chyba
    niezly orzech do zgryzienia nawet dla psychologa rodzinnego. Ale jesli lubicie w
    zyciu posmak wyzwania i jesli macie oboje silna motywacje zeby jednak zostac
    razem - to IMO sprawa bynajmniej nie jest beznadziejna.
    Powodzenia zycze :-)


    --
    Sex is kinda like pizza. Even when it's bad, it's still pretty good...
  • 22.01.10, 09:10
    Ups, schematy MYSLOWE of course ;-) Pozno wczoraj to pisalam, bylam padnieta ;-)

    --
    Sex is kinda like pizza. Even when it's bad, it's still pretty good...
  • 25.01.10, 20:20
    pewnie powiem coś bardzo głupiego, ale małżeństwo bez seksu nie jest
    małżeństwem, to tylko układ prawno - ekonomiczny.
    Pamiętam jak byłam dzieckiem, takim już całkiem rozumnym, i wpadałam
    rano do łóżka rodziców i podświadomie wiedziałam, że im ze sobą
    dobrze. Bo to było widać pomimo, że leżeli sobie ubrani w piżamkach.
    Zrozumiałam to dopiero jako dorosła kobieta, kiedy mój ex-mąż nie był
    w stanie mnie wieczorem wziąć za rękę, albo przesiadywał w łazience i
    czekał kiedy zasnę wykończona całym dniem przy dziecku.
    i żadne rozmowy, romantyczne wieczory, bielizna, prośby, tłumaczenia,
    awantury nie pomogły. Powód - to tej pory nie wiem.
    Skończyło się. I teraz wiem, że dobrze się stało. Gdyby trwało, to
    teraz byłabym pewnie zrzędą.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.