Dodaj do ulubionych

małżeństwo jako "wartość"

22.10.05, 14:41
Czy ktoś jest katolikiem, czy nie - hołduje czemus, co nazyw się "wartości".
jest tam patriotyzm, honor, Ojczyzna, Rodzina. I ja cenię te wartości. Moje
życie jednak potoczyło sie tak, że małeństwo pozostało za mną, a teraz,
niejako z wolnej stopy - uczestniczę w uroczystościach małżeńskich
jubileuszy. Sama ilośc wspólnie przezytach lat stawiana jest jako życiowe
osiągnięcie. Zawsze kołacze mi się w głowie pytanie: jeżeli małżeństwo jest
takim pasmem szczęścia, to po jakie licho gratulować liczby lat? Wyczynem
jest wytrzymanie w nieznośnej sytuacji.
Często, jako osoba samotna jestem traktowana jako kategoria B. Dodam, że
jestem w związku, ale mieszkam sama. Pary małżeńskie, jakie spotykam w
różnych sytuacjach - szczycą się tym, że "wytrwały". Moje pytanie: no dobrze,
tylko PO CO? Co więcej - takie trwanie ze sobą na siłę, byle do następnego
roku - jest stawiane za wzór takim jak ja. Mam czuć się gorsza i jest mi to
komunikowane na każdym kroku. Dlatego nie moge z sympatią patrzeć na historię
kotaburego w innym wątku, ponieważ już teraz widać, że szykuje się następna
atrapa. Nie jestem więc damskim wydaniem mizoginizmu, ale mam alergię na
pachnące stęchlizną pary. Amen.
Edytor zaawansowany
  • uwolniony 22.10.05, 14:58
    tak... coś w tym jest :(.
    a tak na wesoło, co tam świat, oni, inni, liczysz się tylko Ty i On! :);)
  • 1first_lady 22.10.05, 16:45
    Cześć Zakochana!

    Poszukałam Cię tutaj. Zorientowałam się już, ze jesteś ważną osobą na tym forum
    o poglądach zdecydowanych i hm....kontrowersyjnych. Dopiekł Ci zarzut
    mizogynizmu. Był skierowany w konkretnym przypadku, ale go nie odwołuję. Masz
    skłonność do narzucania innym kobietom Twojej jednej prawdy objawionej. Wszystko
    co od niej odstaje, jest potępione. Nie każda jest tak wyzwolona jak Ty, nie
    każdej tak się życie potoczyło. Większość kobiet nie ma czasu, ochoty, ani
    pomysłu na refleksje dotyczące swoich prawdziwych lub domniemanych uczuć,
    pragnień. Czy trzeba je za to potępić? Chcesz czy nie najbardziej powszechnym
    pomysłem na życie, i to dla obu płci jest małżeństwo, dzieci, rodzina. To jest
    gorset. I tak jak gorset- może być świetnie dopasowany a może trochę uwierać. Ty
    wyrzuciłaś uwierający gorset i masz pretensje, ze inni przeszywają i poprawiają,
    żeby juz nie uwierał. A tak na marginesie, wracając do historii Kotburego- jakie
    zakończenie odpowiadałoby twojemu specyficznemu punktowi widzenia?
  • mala-izunia 22.10.05, 16:47
    Wiesz Woman, czasami rozwodki (rozwodnicy) nie sa zapraszani na wszelakiego
    rodzaju imprezy, na ktorych sa pary (malzenskie), jako potencjalne zagrozenie.
    Skoro wiec te malzenstwa sa tak szczesliwe, ze "wytrwaly", ze sa razem, jakiego
    zagrozenia sie boja? Chore to jest, nie sadzisz?
    Pozdr.
    Izunia
  • anula36 22.10.05, 16:55
    ten myzogynizm to akurat byl do uwolnionego:))
    mysle ze tak naprawde punt widzenia zalezy od punktu siedzenia a raczej
    zestadlenia. Szczesliwi malzonkowie podejrzewam nie maja takich dylematow i
    spokojnie pija wino na kolejnych jubileuszach wlasnych i cudzych.
    A gdyby tak ukochany przygnal z kwiatami I powiedzial "wyjdz za mnie a
    uczynisz mnie najszczesliwszym z ludzi" Odmowilabys dla zasady??
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • 1first_lady 22.10.05, 18:43
    anula36 napisała:

    > ten myzogynizm to akurat byl do uwolnionego:))

    Ja wczorej zarzuciłam "żeński myzogynizm" woman-in -love :)
  • anula36 22.10.05, 18:45
    wlasnie teraz dopiero teraz doczytalam;)
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • woman-in-love 23.10.05, 10:38
    Anula, wydałabym się natychmiast! Za Nim poszłabym w ogień, ale gdyby cos ię
    popsuło - odeszłabym bez mrugnięcia okiem. Znam smak wolności, zarówno - jak
    smak udanego małzeństwa. A najbardziej ze wszystkiego znam smak popsutego
    małzeństwa, niestety.
  • loppe 22.10.05, 18:00
    W sytuacji gdy 40% kobiet nigdy nie będzie żonami - nie będzie wreszcie tej
    presji normy społecznej, o której wspominasz jako dolegliwej.
  • anula36 22.10.05, 18:13
    a ja mysle ze presja bedzie podwojna.. na wylapanie wszystkiego co nosi spodnie
    i nie jest juz zonate:)
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • anais_nin666 22.10.05, 18:34
    Takie trwanie charakteryzuje nie tylka małżeństwa, ale i ludzi zyjących na kocią
    łapę, a to co powoduje, ze są razem to przyzwyczajenie i często brak nadziei na
    lepszy los. Gdy ludzie są w pewnym wieku dochodzi tez strach o to, ze zostanie
    sie juz bez partnera, a na to chyba nie kazdy ma sile. Zatem niekt. wygodniej
    jest łatac, poprawiac, czasem nawet dusic sie w czyms bez przyszlosci, bez
    nadziei niz to zmienic, porzucic.
    Często, jako osoba samotna jestem traktowana jako kategoria B.
    Hmmm, też zauważam taka tendencję - smutna tendencję, całkowicie mi akurat obcą
    i zupełnie niezrozumiałą. Skąd to przekonanie w niektorych osobach, ze bycie w
    zwiazku jest miara wartości czlowieka? jak mozna sie dowartosciowywac tym, ze
    sie z kims jest? Dla mnie to absurd, ale ów absurd ma się świetnie w Polsce.

    --
    Jeżeli opuszczają mnie moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
    (Rilke)
  • matko74 28.10.05, 17:33
    ...za świetnie ma się ów absurd w Polsce, wciąż o zgrozo, ale się zmienia.
    Pomału, bo pomału, ale młodzi nieco ciekawiej myślą, chociaż gros jest z
    pokolenia papistów i rodzinę traktują jako świętość. Niech mnie poniża, katuje,
    ale jest moją rodziną. Ekstremum i owszem, ale ja nie jestem zwolennikiem
    tradycją uświęconego ujęcia życia. Nie jestem też anarchistą. Uważam, że każdy
    ma to, na co jego głowa zasługuje. Jestem sam, bo jestem niepozbierany i nie
    wiem czego chcę. Jestem sam, bo tak chcę. Jestem sam, bo nie spotkałem tego
    kogoś, dla kogo warto by się zatracić. Jestem sam, bo doświadczyłem trochę od
    życia i staram się nie przelewać tego na innych. Nie czyni mnie to jednak
    gorszym od żyjacych w związkach, tym bardziej w tgych na siłę, albo z
    przyzwyczajenia i bez pożądania.
    Sakrum instytucji małżeństwa się skończyło, konkubinaty też nie stanowią
    barier, które blokują ludzi przed uwalnianiem się z więzów niezadowolenia i
    niespełnienia.

    anais_nin666 napisała:

    > Takie trwanie charakteryzuje nie tylka małżeństwa, ale i ludzi zyjących na
    koci
    > ą
    > łapę, a to co powoduje, ze są razem to przyzwyczajenie i często brak nadziei
    na
    > lepszy los. Gdy ludzie są w pewnym wieku dochodzi tez strach o to, ze zostanie
    > sie juz bez partnera, a na to chyba nie kazdy ma sile. Zatem niekt. wygodniej
    > jest łatac, poprawiac, czasem nawet dusic sie w czyms bez przyszlosci, bez
    > nadziei niz to zmienic, porzucic.
    > Często, jako osoba samotna jestem traktowana jako kategoria B.
    > Hmmm, też zauważam taka tendencję - smutna tendencję, całkowicie mi akurat
    obcą
    > i zupełnie niezrozumiałą. Skąd to przekonanie w niektorych osobach, ze bycie w
    > zwiazku jest miara wartości czlowieka? jak mozna sie dowartosciowywac tym, ze
    > sie z kims jest? Dla mnie to absurd, ale ów absurd ma się świetnie w Polsce.
    >
  • zwiirek 23.10.05, 10:17
    Celem kazdego osobnika jakiegokolwiek gatunku jest rozmnozenie.
    Malzenstwo czy jakikolwiek inny zwiazek monogamiczny daje najlepsze mozliwosci
    splodzenia i wychowania potomstwa atunku ludzkiego zwanego rowniez "dziecko".
    Gad wykluwa sie ze skorupki i jego potomstwo zapieprza w kierunku swojego
    srodowiska zeby samotnie dorastac i uczyc sie zycia. Czlowiek jest skonstruowany
    troche inaczej i dla mlodego osobnika lepiej jest, jesli zostanie przystosowany
    do swiata przez rodzicow (opiekunow).
    Posiadanie babc, dziadkow, wnukow, cioc - rodziny jest jedna z najbardziej
    charakterystycznych cech czlowieka. Rodzina nie zostala wymyslona przez kosciol
    katolicki, normy spoleczne i inne tego typu... Rodzina jest czyms naturalnym a
    kosciol, normy... sa jedynie jej pochadna. Sa jedynie narzedziem wzmacniajacym
    to naturalne zachowanie czlowieka. Narzedziem wypracowanym przez czlowieka jako
    gatunek. Smiem twierdzic, ze to dzieki rodzinie czlowiek osiagnal tak wysoki
    poziom rozwoju - w porownaniu z innymi gatunkami zamieszkujacymi nasza planete.

    Malzenstwo ma swoje zalety i wady. Wada jest pewna monotonia i niewatpliwe
    ograniczenie swobod osobistych, zaleta jest stabilnosc, bezpieczenstwo, poczucie
    celu, wlasnej wartosci. Fakt, ze o 8 rano w dniu wyborow mozna wspolnie wypic
    kawe (czasem rowniez z dziecmi), mozna porozmawiac o dniu minionym, o dniu
    przyszlym. I nawet majac ... lat mozna patrzec w przyszlosc i widziec w niej
    wiele jasnych stron.
    Mozna wreszcie "nauczyc" tego wszystkiego wlasne dzieci utrudniajac im
    pozniejsze nawiazywanie przelotnych znajomosci damsko meskich.

    Niestety malzenstwo nie wszystkim wychodzi na dobre. Nie wszyscy tez lubia
    dzieci. Nie wszyscy je chca miec i nie wszyscy moga. Nie wszyscy sa
    heteroseksualni a niektozy sa wrecz aseksualni.
    Nie mozna twierdzic, ze sa gorsi ale twierdzenie, ze sa lepsi jest tak
    absurdalne, ze trudno bardziej. Ba!! Z punktu widzenia biologii i rozwoju
    gatunku, nie nauki czy teczniki ale samego gatunku tacy ludzie sa wrecz... (nic
    niepowiem).
    Gdyby samotne zycie, samotne wychowywanie dzieci bylo dla czlowieka sprawa
    naturalna, dobor naturalny spowodowalby takie uksztaltowanie naszych mozgow, ze
    zylibysmy samotnie. Spotykali sie raz na jakis czasw celach prokreacyjnych, czy
    nasze mozgi by sie rozwinely tego nie wiadomo, ale napewno zadne normy spoleczne
    czy religijne nakazujace zycie w trwalych zwiazkach nawet by nie powstaly.

    Wiem, mozecie mi zarzucic, ze przeciez labedzie tez sa monogamiczne. Sa
    naturalnie monogamiczne. Nic poza uczuciem (?) ich nie trzyma. a Jakos nie
    rozwinely sie do poziomu inteligetnych istot. Ale labedzie nie sa ludzmi.

    Stwierdzenie, ze bog dal czlowiekowi rozum i wolna wole tez nie jest niczym
    innym jak bardzo stara proba podpiecia "boga" pod charakterystyczne cechy czlowieka.

    Tak, rzeklem "ja".
  • gomory 23.10.05, 10:34
    Podobna "wartosc" ma pracownik w zakladzie obchodzacy jubileusze, kazdy
    czlowiek swietujacy urodziny. Chyba nie musze pisac co to
    jest "uroczystosc" ;). To powinna byc okazja do wesolej zabawy, a nie proba
    chwalenia sie z wysilku wlozonego w dzwiganie glazow pod gore. Nie znam Twoich
    znajomych, nie wiem jak sie zachowuja. Ich intencje moga byc zupelnie rozne.
    Przyklad z rocznicowym zapraszaniem - kogos sie nie zaprasza by nie bylo mu
    przykro, a tamta osoba sadzi iz powodem jest postrzeganie jej jako zagrozenie.
    Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia ;). Jesli znajomi traktuja Ciebie
    jakos osobe gorszzej kategorii, to nie zasluguja bys ich zaliczala w poczet
    swoich znajomych. Ja za takie osoby uwazam tylko te, w ktorych towarzystwie
    czuje sie dobrze - i takich polecam Tobie.
    Ja jednak doradzam Tobie bys tak przesadnie nie deprecjonowala intytucji
    zalegalizowanego malzenstwa. To ludzie czynia z niego atrape, i ludzie moga z
    niego tworzyc zdrowe uklady. Moga miec chwile zwatpienia, pomylek nawet
    rozstan. Jak w filmie - to wcale nie musi przeszkadzac w happy endzie.
    P.S. Ja akurat rowniez nie moge patrzec z sympatia, na historie kotaburego,
    choc z nieco innych wzgledow. Mnie jakos on dotknal swoim daleko idacym
    egoizmem, i zwodzeniem kochanki o ktorej dodatkowo tak niepochlebnie sie
    wyrazal. To bylo dla mnie zbyt instrumentalne.
  • woman-in-love 23.10.05, 10:56
    jeszcze dopowiem, jak wyglądaja sytuacje z "jubileuszy":
    1. kolega, który miesiąc wczesniej, na innej imprezie, z dala od swojej zony -
    wyznawał mi swoje uczucie, wprost mnie zanudzał komplementami - na swoim
    przyjeciu jubileuszowym nawet sie do mnie nie odezwał. Mam to gdzies, ale
    niesmak pozastał. Ma mnie za głupią, czy co?
    2. Kiedy uczestniczę w spotkaniach typu :grill na łonie natury" często
    wywiazuje sie jakaś fajna rozmowa z którymś z panów - i wtedy - ostentacyjnie
    zona danego pana zaczyna nim komenderować, wymyslając mu liczne, natychmiastowe
    czynnosci typu "przynies-wynies-pozamiataj", więc po co całe spotkanie, kiedy
    nie ma mowy o fajnej rozmowie? Nie przychodzę po to, żeby podziwiać
    nieskazitelny trawnik. Najbardziej wkurza Małzenki, kiedy pan domu [rezentuje
    mi swoje ulubione płyty. Co w tym do cholery groznego?!?!?!
    3. mogłabym jeszcze długo, tylko nie chce zanudzic.
    4. to, co powyzej, od biedy moge zaakceptowac, bo juz jestem zahartowana, ale
    potem (kiedy winko zaszumi) zaczynaja sie scenariusze - jak by mnie
    tu :zagospodarować"! No, sorry, czyzbym była jakmś "odpadem"???
  • anula36 23.10.05, 10:59
    no i to jest wlasnei jakas tam wartosc malzenstwa - rosnie twoja wartosc w
    oczach bliznich.
    Mentalnosci ludzkiej nie zmienisz- przynajmniej nie szybko.
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • gomory 23.10.05, 14:17
    Dla Ciebie nic dziwnego nie ma w tym ze szacowny malzonek chce sie pochwalic
    swoja kolekcja plyt. Ale moze zony pamietaja, ze ich zwiazek zaczal sie od
    propozycji: "wiesz, mam w domu naprawde ciekawe nagrania na plytach" ;).
    Na podlewanych alkoholem imprezach, mezczyzni czestokroc nagle przeistaczaja
    sie w lwy salonowe. Wzrasta samoocena, padaja zahamowania. Tak wlasnie dziala
    alko, a czesci zachowan pozniej musza sie wrecz wstydzic. Z doswiadczen Twoich
    wynikaloby ze na swoim otoczeniu robisz wrazenie. Jesli bedziesz oceniana przez
    kobiety jako potencjalne zagrozenie, to raczej nie mozesz liczyc na wielka
    akceptacje.
  • alfia 23.10.05, 12:15
    Myślę, że jest to interesujący temat jak sądzę po obu stronach barykady a
    problem tkwi w tym, iż jak to zwykle jest pod dwóch stronach barykady pozycje
    obu stron sa na tyle odmienne przynajmniej w danym momencie, że nie mogą się
    oni zrozumieć ani spotkać więc walczą...mimio, iz i małżeństwom i wolnym wydaje
    się, że się starają i że problem tkwi po drugiej stronie... ja jestem w
    małżeństwie, mam 29 lat a staż mam 11 letni... mam jakby dwie grupy znajomych
    mniej więcej w moim wieku grupę małżeństw z reguły z dziećmi oraz grupę singli
    również mniej więcej w tym samym wieku... i powiem Wam,że są to dwa światy
    jakby na nie nie patrzeć ale przecież porównując tak samo dwoje ludzi można
    stwierdzić, iż są to dwie różne bajki i te osoby przynajmniej w tym momencie
    swojego życia nie mają szans się spotkać... teza moja jest taka, że jest coś co
    bardzo dzieli tych ludzi... oczywiście moim zdaniem nie jest to kryterium
    szczęścia osobistego, bo jak obserwuję małżeństwa to bardzo dużo w nich tzw.
    atrap, pozorów, problemów, co doskonale demaskuje to forum... w małżeńśtwach
    czy poza nimi ludzie pozostają ludźmi z całym bagazem swoich zahmaowań jednak
    małażeństwa powiedzmy zachowują pozory realizując usankcjonaowane wzorce
    zachowań... mimo, iz moim zdaniem CI ludzie bardzo się nie różnią to raczej
    stronią od siebie i szukają sobie podobnych a jakas w miarę harmonijna wzajemna
    znajomość moze być trudna... autorka wątku mówi, iż jest dziwnie traktowana
    przez swoje zaprzyjaźnione małżęńskie pary zwłaszcza przez zagrożone małżonki a
    ja na przykład powiem jej, że jedna z mich przyjaciółek nigdy nie przyjmie ode
    mnie zaproszenia na spotkanie, gdzie są same pary, ba ona nie spotyka się nawet
    ze mną i z moim mężem a mojego męża udaje, ze nie zauważa, stra się mnie
    traktować tak jakbym była rónież wolna, samotna, taka jak ona, bo my ludzie tak
    bardzo chcemy żeby inni byli tacy jak my... inny znajomy kolega gej zapraszając
    mnie na imprezkę powiedział żebym przyszła z koleżanką a nie z facetem, z
    którym jestem od 10 lat też udał, że nie wie o jego istnieniu... ja nie lubię
    spotykac się z tymi wolnymi 30letnimi koleżankami a dlaczego dlatego,że nie
    lubię tych spojrzeń, tych dziwnych spojrzeń "no jak to możłiwe oni są razem
    tyle lat i wygląda, że jest ok.", przyglądają się nam i bacznie obserwują,
    czuję się naprawdę jak małpka w cyrku i kompletnie nie wiem jak mam zachowywać,
    czy udawać, że jestm wolna czy co... brrr okropne... tak jak powiedziałam
    ludzie żyjący w małżeństwach wcale nie są lepsi, nawet chyba nie bardziej
    szczęśliwsi ale spotykajac się z nimi nie mam dyskomfortu, że ktoś tylko,
    dlatego, że jestem w małżeństwie patrzy na mnie jak na człowieka z innej
    planety, czuje się poprostu jakoś bardziej swobodnie, nie pod obstrzałem
    spojrzeń moich koleżanek, które nie wybaczą mi frywolnego stroju czy niewinnej
    adoracji ze strony innych meżczyzn, przecież ja mam faceta... oczywiście mój
    serdeczny przyjaciel jest samotny poszukujący a i parę bliskich koleżanek
    30stolatek poszukujących i utrzymuję z nimi kontakty ale staram i oni też chyba
    spotykać ze mną na neutralnym gruncie, bo istnieje konflikt pomiędzy tymi dwoma
    grupami... i w gruncie rzeczy chyba nie obwiniam żadnej z grup, bo tak jak
    pisze woman-inlove zagrożone żony tez pewnei potrafią zachować się komicznie
    czy w sposób spektakularny akcentować swoje prawo własności, gdy jakaś może tak
    jak Ty woman-in-love wolna kobieta zbyt dobrze bawi w towarzystwie ich mężów...
    wychodzą wówczas te wszystkie zazdrości, zachłanności i te inne przynależne tak
    wolnym jak i zajętym osobnikom... oczywiście w obu grupach są ludzie, którzy
    potrafią wznieść się ponad te wszystkie osobiste ograniczenia, byc poprostu
    człowiekiem, który bez względu na stan cywilny, majątkowy czy inny potrafi
    nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, bo przecież powinny spotykać się ludzie
    a nie etykiety ale to jest ogromnie trudne i potrzeba bardzo zdrowego
    człowieka, zdrowego psychicznie, bez kompleksów, zahamowań ale o takiego jest
    naprawdę bardzo bardzo trudno...
    reasumując chcę powiedzież, że podział faktycznie widzę i obserwuję również na
    własnym podwórku ale widze też wiele innych podziałów, róznic, antagonizmów i
    to jest jeden z nich, jakie w życiu przychodzi nam spotkykać... ludzie z reguły
    łaćzą się w grupy czy stada z sobie podobnymi, bo w przyjaźni jednak łatwiej
    jest, gdy jest więcej podobieństw niż róznic i jest to naturalne chociaż
    czasami bywa to dla nas bolesne , przykre, niezrozumiałe ale tak to już jest,
    nie ma idealnych rozwiązań w życiu, idealnych ludzi mimo to jednak musze
    opowiedzieć się za małżeństwem, bo wydaje mi się, że jest z nim jak z
    demokracją, która nie jest idealnym ustrojem ale nikt nic lepszego nie wymyślił
    ale jednak za małzęństwem szczęśliwym a nie atrapą czy kulą, na której człowiek
    wspiera się chcąc przejść przez życie i tutaj zgadzam się z woman-in-love...
    jednak zaznaczam, że podziwiam ludzi żyjących w pojedynkę jeśli jest to ich
    wolny wybór i jest im tak dobrze...
    pozdrawiam
    alfia
  • abdulian 23.10.05, 12:47
    W-i-L,

    Ja może wypowiem się jako przedstawiciel nieco młodszego pokolenia. oczywiście
    bedzie to opinia moja, a nie całej grupy społecznej :)

    Primo, małżeństwo jako wartośc cholernie się zdeprecjonowało. I ktoś w wątkach
    wyżej pisał właśnie o nie deprecjonowaniu. Wśród młodych ludzi małżeństwo jest
    postrzegane jako instytucja, która ma dramatycznie niskie notowania. Znam
    osobiście mnóstwo młodych małżeństw, które pobrały się z przyczyn
    formalno-podatkowych, znam drugie tyle, które zrobiło to ze wazględu na szacunek
    dla rodziców. Znam też całą masę, która twierdzi, że nigdy tego nei zrobi, bo do
    wspólnego szczęscia jest to absolutnie niepotrzebne. O.K - za chwilę się
    posypiągromy, że przecież jest cała masa ludzi, która stawia małżeństwo za
    przypieczętowanie uczucia, krok w dorosłość, założenie rodziny. Jest taka grupa
    i pewnie wciąż najliczniejsza, ale to nie zmienia faktu, że mnóstwo ludzi uważa
    inaczej.

    Ja należę do kręgu osób wykształconych/kończących studia, pracujących, którym
    się nieźle powodzi. Ludzi dla których jest wiele rzeczy ważnych i istnieje
    mnóstwo wartości (jakby chociaż głos w dzisiejszych wyborach). I uważam, że
    małżeństwo to fajna instytucja z formalno-podatkowego punktu widzenia.

    Secundo, czy osoby samotne są traktowane jako kategoria B? Niestety ale tak i
    widać to nawet wśród ludzi młodych. Dziwne i chore, ale ale sa tacy ludzie
    którzy dążą do tego żeby takie podziały były. Po cholerę? Nie wiem...

    Tertio, uroczystości & trwanie na siłe do następnego roku, to bzdura. Ale natura
    ludzka jest tak skomplikowana, że nie zawsze wybieramy to co dla nas najlepsze.
    Czasem poświęcamy coś w imię czegoś innego. Kwestia wartości i tyle.
  • anais_nin666 23.10.05, 17:17
    Kiedyś koleżanka dowiedziała się, że wychodze za mąz i skomentowała to w
    następujący sposób: "to dobrze, czas najwyższy, w końcu przestaniesz być
    zagrożeniem" - wmurowało mnie!! Jakim do cholery zagrożeniem? Czy ja
    "obcy"/alien/kosmita jestem??
    Kobiety potrafia czasem zabic swoimi pogladami na sprawy mesko - damskie.
    --
    Jeżeli opuszczają mnie moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
    (Rilke)
  • gomory 23.10.05, 17:43
    > Kobiety potrafia czasem zabic swoimi pogladami na sprawy mesko - damskie.

    Jasne. Widzialem jak u mnie w pracy mialy przechlapane u starszych kolezanek
    mlode stazystki, ktore nosily sie jakos bardziej odwaznie. Albo jak Kylie
    Minogue robiac kariere na swoim tylku, wytyka srodowisku HH, ze lansuje
    golizne. Kobiety czesto postrzegaja siebie nawzajem jakos potencjalne
    zagrozenie, zwlaszcza te o swobodnym stylu bycia, uwazane za atrakcyjne.
  • wisteria 24.10.05, 17:40
    Wracajac do poczatku tematu, to jak odbieramy inne malzenstwa,
    jest ocena subiektywna, i nigdy nie dowiemy sie prawdy, bo ona
    nie istnieje. To czy malzenstwo jest atrapa, czy zatechle,
    czy tam jakies inne "nieprawdziwe", to ciagle jest to ocena
    nieobiektywna. Kazdy zwiazek, czy to zalegalizowany, czy nie
    ma swoje wlasne prawa, ktorymi sie rzadzi, i mam nadzieje
    ze wiekszosc z nas rozumiejac ten fakt, stara sie jak najlepiej
    te prawa szanowac. Dodam ze nie wierze ze ktokolwiek do konca
    jest w stanie zrozumiec cudzy zwiazek, nawet jesli ktos nam o nim
    "wszystko opowie". Zawsze widzimy rzeczy przez wlasny pryzmat.
    Podpatrujac cudze zycie, staramy sie zobaczyc wlasne,
    ktore zreszta ma byc najlepsze. Zatem jest oczywistym ze
    jest mozliwe iz czasami doszukujemy sie jakichs uszczerbkow,
    niedociagniec, mezow pantoflarzy, zon heter, aby zobaczyc
    lepsze, bardziej udane, madrzej zorganizowane, bardziej uczciwe,
    pelne uniesien i milosci, z lepszym seksem, z seksem wogole,
    niepaleniem papierosow, z lepszymi domami, meblami, wakacjami,
    dziecmi, ktore dobrze sie ucza - wszystko po to aby zobaczyc nasze
    lepsze zycie w swoim wlasnym wewnetrznym lustrze.
    Mysle ze "B" traktowanie osob samotnych, albo lepiej zabrzmi,
    osob nie w zwiazkach, wynika nie z checi zepsucia im humoru,
    ale polega na porawieniu humoru sobie samemu. I dodam, ze w
    tym przypadku widze problemy po obu stronach barykady.
  • woman-in-love 24.10.05, 20:37
    To jest tak, ze ja chętnie i z radością podejmuję rózne towarzyskie inicjatywy,
    ale zdarza sie tak, ze jakakolwiek fajniejsza, głębsza rozmowa(muzyka, teatr,
    ksiązka) jest torpedowana przez zonę lub zmasowane żony. Słowo honoru, są to
    rozmowy przyjacielskie, a ja mam mężczyznę, kocham go i nie interesują mnie
    inni.
  • anula36 24.10.05, 20:54
    moze problem w tym ze malo go pokazujesz i w swiadomosci publicznej
    funkcjonujesz jako singiel a nie polowa pary.
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • petar2 25.10.05, 08:55
    Zgadzam się z Wisterią.
    Dodam tylko, że zastanawiając się nad sensem tkwienia w związku, w którym
    różnie się dzieje należy spojrzeć na alternatywę. Rynek wtórny, czyli wolni,
    jakoś ustawieni faceci dla rozwódek z dzieckiem/dziećmi to nie jest rynek
    klienta. A nawet jeśli się trafi to jaka gwarancja, że drugi związek będzie
    lepszy? Bo więcej wiemy i rozumiemy?
    Wątpię. Może prędzej dlatego, że mniej oczekujemy. Myślę, że nadajemy się w
    różnym stopniu do bycia w takim długim, stabilnym związku. Jedni więcej inni
    mniej, a cześć w ogóle się nie nadaje. Nasza psychika jest kształtowana
    dosłownie już od urodzenia więc na to jacy się stajemy w dorosłym życiu ma
    wielki wpływ dzieciństwo, rodzice, dom, otoczenie.

    Traktowanie singli lub osób w niestabilnych związkach jako kategorii B można
    wytłumaczyć w aspekcie społecznym. Małżeństwo nie jest tylko "podpisaniem
    świstka papieru". To instytucja społeczna, podstawa rodziny itd itp.
    Więc odgrywa ona ogromną rolę w społeczeństwie. A reguły panują tu takie, że to
    co inne, niezrozumiałe, dziwne traktowane jest podejrzliwie. Jest to naturalna
    reakcja, to mechanizm obronny grup społecznych. I działa to wszędzie, nie tylko
    w ciemnogrodzie. Spróbujcie w większym mieście, wśród "wykształconych" przyznać
    się do głosowania na LPR lub Samoobronę. Zresztą Alfia pisała o analogicznym
    traktowaniu małżeństw wśród "postępowych" singli.
    Długotrwały związek to stabilizacja, przewidywalność. Załóżmy, że jesteśmy
    pracodawcą i mamy awansować osobę na kluczowe stanowisko. Jeden kandydat jest
    żonaty, mają 2 dzieci, budują dom. Drugi jest singlem w wynajmowanym
    mieszkaniu. Miasto nieduże, więc gdzie ją znajdzie i wyląduje za jakiś czas
    trudno powiedzieć.
    Stanowisko jest związane z zainwestowaniem w wybraną osobę, szkoleniami,
    przekazywaniem wiedzy o firmie, często poufnych. Awans ma zaprocentować za
    jakiś czas i potrzebny jest kandydat na długie lata, inaczej mogą być problemy.
    Kto się nasuwa niejako automatycznie?

    Małżeństwo z dziećmi też naturalnie szuka podobnych małżeństw, przyjaciółka
    domu pojawiająca się co pół roku z innym "wujkiem" nie wzbudza entuzjazmu.

    Woman, a co do pilnowania mężów przez zazdrosne lub podejrzliwe żony, naprawdę
    nie rozumiesz tego?
    Zadowolony z rodziny i usatysfakcjonowany seksualnie w związku facet i tak
    będzie się "rozglądał". Taka natura. A zaczyna się zawsze od niewinnych rzeczy,
    rozmowy o teatrze, muzyce ... Więc mimo, że Ty podchodzisz do tego
    zupełnie "bezinteresownie" to druga strona, przynajmniej podświadomie już
    niekoniecznie a z boku też może to wyglądać dwuznacznie. Takie konwenanse. Po
    prostu dmuchanie na zimne.
  • woman-in-love 25.10.05, 10:56
    Petar, pięknie to napisałeś, naprawdę jestem zachwycona. Zresztą wcześniej juz
    to wszystko wiedziałam, ale ująłeś moje mysli w piękne słowa. Jakoś mniej
    złosci czuję. Masz rację.
  • marialaskipelna 27.10.05, 16:32
    Kolej na mnie. Jestem z mężczyzną "z odzysku". Rozstał się z żoną, ale ponieważ
    maja dziecko - nadal wiele wspólnych sprawa ze sobą. Nie mam zbyt wielu
    koleżanek, bo zawsze wolałam przyjaźnie z facetami. Z żadnym z nich - żanatymi,
    w stałych wieloletnich związkach itd - nigdy nie miałam romansu. Nie czułam się
    zagrożeniem i nie zachowywałam sie jak zagrożenie. Koleżanki które mam to w
    wiekszości wolne dziewczyny. Spotykamy się często:) Nocuja u nas itd. Zwykle sa
    same dziewczyny i mój facet:)Bez mrugniecia okiem zostawiłabym je z nim sam na
    sam. Bo bez zaufania do najbliższych lepiej od razu wynieść się na bezludna
    wyspę. Ja nie patrzę krzywo ani na singli ani na stare dobre małżeństwa. I po
    prostu nie rozumiem chorych zazdrości, przykazań co wolno i z kim oraz
    sekowania ludzi wolnych stanem. A co do nierozerwalności małżeństwa - kiedy
    miałam 13 lat namawiałam matke żeby zostawiła ojca. Nie pił i nie bił. Po
    prostu do siebie nie pasowali. Bardzo ich kocham oboje, ale mogli oddzielnie
    fajniej przeżyć życie. Szkoda, że sie nie zdecydowała. Nie ma rzeczy
    nierozerwalnych.
  • kraxa 03.11.05, 13:14
    Pamietam, ze jako nastolatki dziwiłysmy sie mamie, ze nie zostawi ojca. Ze
    względu na problem alkoholowy, poza tym byl odpowiedzialnym, troskliwym
    czlowiekiem. Ale nam sie nie podobało, ze jak czasmi "zaskoczył" to musiałysmy
    sie za niego wstydzic. Moja mama cierpiała, ale zawsze twierdzila, ze jezeli go
    zostawi to on sie kompletnie stoczy. A my z siostra bylysmy bezwzgledne w
    swoichopiniach, suszyłysmy jej głowe. I co??? Po 30 latach, ze łzami w oczach
    musiałam "pokajać" sie przed tata i mama, bo "taktyka" mojej mamy dała dobre
    owoce. Milosc i wyrozumialosc ugruntowala mojego ojca w rodzinie, a poczucie
    bezpieczenstwa spowodowalo, ze "wpadki do kieliszka" zdarzaja mu sie DUUUUzo
    rzadziej. Obydwoje na starość dostali nagrode za wytrwalosć. Nawet ja, która
    uważałam zawsze, ze jak jest poważny problem to fora ze dwora, i tak postapilam
    w swoim zwiazku teraz modlę sie, zebym kiedys trafiła chociaż na kogos takiego
    jak mój tato. Dla postronnych pewnie to malzenstwo było nieudane, bez
    przyszlosci. Ale komu o tym sadzic, sam fakt, ze stadło dotrwado jakichs
    rocznic dowodzi, ze ta przyszlosc miedzy ludzmi byla.
    --
    UKI-OKI
  • xapur 26.10.05, 15:09
    Czytając twój wpis szczególną uwagę zwróciłem na zaakcentowanie przez
    ciebie "wytrwania" w związku (może być w małżeństwie) ze zdecydowaną negatywną
    konotacją. Pytasz PO CO? Według mnie po to, że życie RAZEM to nie jest pasmo
    szczęścia. Bywa różnie. Pomijam wyjątki, które mają szczęście non stop. Powodem
    do dumy może więc być fakt, iż mimo przeciwności losu dwojgu ludziom udaje się
    wspólnie iść przez życie pomagając sobie wzajemnie. Ja tak widzę cel związku,
    zwłaszcza małżeńskiego. Oczywiście nie będzie to powodem do dumy dla osoby,
    która nie potrzebuje drugiej osoby do wspólnego życia, a jedynie do
    uzupełniania swojego. Na zasadzie - chcę to i to, dajesz - fajno, nie - to
    wypad.

    "Dlatego nie moge z sympatią patrzeć na historię kotaburego w innym wątku,
    ponieważ już teraz widać, że szykuje się następna atrapa. "

    Dlaczego? Bo nie jest im idealnie? Co jest złego w tym, że dwoje ludzi próbuje
    ułożyć sobie wspólnie życie, pomimo problemów jakie ich trapią? Uważasz, że
    zamiast takiej "atrapy" lepszym wyjściem byłoby ich rozejście się? Czemu nie,
    jak nie będą mogli ze sobą wytrzymać, to się rozejdą. Spróbować jednak zawsze
    można.

    --
    „Bóg stworzył człowieka, ale nie opatentował wynalazku i teraz może go
    naśladować pierwszy lepszy dureń.”
    Jan Werich
  • woman-in-love 26.10.05, 15:16
    Nie zrozumiałes mnie, Xapur. To ich sprawa. Ja tylko nie znoszę, kiedy taka
    para, po której widać od razu, ze "są, bo są" - zaczyna mnie, osobie żyjącej w
    pojedynkę, prawić o koniecznosci "ułozenia sobie zycia" i wynoszą się i trują,
    a ja widze, że 2 minut nie wytrzymałabym w takim stadle. Może własnie więcej
    odwagi i godności potrzeba, zeby udzwignąć życie - bez koniecznosci tworzenia
    tego rodzaju spółki.
  • anula36 26.10.05, 16:09
    moze trzeba to takeij parze powiedziec to prosto w oczy:)
    --
    tajne forum dla wiekszych niz przecietni:)
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=29736
  • wisteria 26.10.05, 19:00
    Dopiero od niedawna mamy takie warunki - zarobki kobiet,
    przyzwolenie spolecznosci na zycie nie w zwiazku, a takze
    spadek kontroli mezczyzn nad kobietami - spowodowaly ze
    potrzeba nie az tak duzo odwagi i sily aby samotnie wziasc
    zycie za rogi. To tylko tamto pokolenie zdaje sie miec z
    tymbardziejszy problem. Ale jednoczesnie, nie badzmy hipotkrytami,
    iluz to mezow podczas pasjonujacej rozmowy na temat przewidywanej
    epidemii grypy nie omieszkalo nam pokazac ze maja ochotke na
    male conieco? Im lepiej sie gada, tym wieksze conieco.
  • woman-in-love 26.10.05, 19:49
    No więc, Wisterio, nie wiem, jakie jest Twoje życiowe doświadczenie, ale zycie
    w pojedynkę to stawienie czoła wielu przesądom, ostracyzmowi, niechęci...
  • anais_nin666 26.10.05, 19:56
    Ostatnio przemyka mi przez głowę, że chcialabym poczuc smak bycia singielką.
    Nawet za cenę ostracyzmu i niechęci.
    Jesienny spadek formy. Jesienna dolina małżeńska.
    --
    Jeżeli opuszczają mnie moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
    (Rilke)
  • woman-in-love 26.10.05, 20:01
    Daj spokój, ten świat stworzony jest " na parę", tylko w przypadku wyjątkowej
    porażki doradza się zwianie. Wolność jest słodko-gorzka, z przewagą goryczy.
  • 1first_lady 26.10.05, 20:19
    woman-in-love napisała:

    > Daj spokój, ten świat stworzony jest " na parę", tylko w przypadku wyjątkowej
    > porażki doradza się zwianie. Wolność jest słodko-gorzka, z przewagą goryczy.


    Coś w tym jest Woman!
    Wiesz, kiedy byłam bardzo młodą dziewczyną, poznałam w swej pierwszej pracy
    kobietę. Około 50-letnią, bardzo mądrą, oczytaną, inteligentną. Rozwiedzioną,
    nie wiem z jakich powodów. Z dorosłym wtedy już synem. Jakoś przylgnęłam do
    niej, często rozmawiałyśmy, odwiedzałyśmy się nawzajem. Uważałam ją za kobietę
    sukcesu, szczęśliwą, przynajmniej sprawiała takie wrażenie. I wiesz kiedyś
    okazało się, że nasza wspólna koleżanka przechodzi przez koszmar zdrady męża.
    Truła się, cierpiała, potem chciała się rozwodzić...Nie umiałam jej pocieszać,
    ani doradzać, sama byłam wtedy świeżą mężatką...
    Ale dobrze zapamiętałam rady tej rozwiedzionej kobiety:" Przeczekaj kryzys i nie
    odchodź od niego! Świat jest stworzony dla małżeństw, chyba, że rzeczywiście już
    jest niewyobrażalnie źle! Kobieta rozwiedziona jest postrzegana jak dziwadło,
    śmieszna pani, która ciągla czegoś chce, za którą nikt nie stoi, która denerwuje
    wszystkich samą swoją obecnością..."
    Oczywiście to cytat niedokładny, ale pamiętam słowo dziwadło, śmieszna i
    denerwująca. Bardzo mnie poruszyły te zdania, bo po raz pierwszy odsłoniła nam
    swą duszę.
  • woman-in-love 26.10.05, 20:24
    Dokładnie tak jest, z tym, ze ocena definiuje otoczenie, a nie samą "podsądną".
    Żyjąc w pojedynkę - obalasz rózne mity, stajesz sie przykładem, ze mozna dać
    sobie radę. Wiele osób zwyczajnie zazdrosci tej swobody - więc jak moga tak
    dokuczają. Trzeba sie dobrze zastanowić nad decyzja.
  • katetoja 27.10.05, 16:44
    I w związku z tym należy trwać przy mężu? Żeby nie być wziętym za dziwadło? Nie
    wiem kiedy byłaś bardzo młoda, ale to brzmi jak sprzed epoki kiedy kobiety
    zaczynały sie emancypować. Niestety twoja teaoria nienajlepiej świadczy o
    kobietach.
  • wisteria 26.10.05, 20:53
    Do Woman: Podoba mi sie to co przed chwila powiedzialas.
    Moje doswiadczenie zyciowe czesto potwierdza ze stereotypy
    i przesady wynikaja ze zjawisk zycia. Tak bym ocenila 50/50.
    Tylko ze my wypowiadamy opinie, nie rzadko nie ogladajac dwoch
    stron medalu. Tak jak z tym "B" traktowaniem osob nie bedacych
    w zwiazkach. Prawda, jedyne czego nie doswiadczylam, to zycie
    w pojedynke.
    Wiem natomiast jak to jest kiedy obcy mezowie przypuszczaja
    bezpodstawnie, ze kazda kobieta okazujaca przyjazn i chec rozmowy,
    (bedaca w zwiazku czy nie) ma ochote na male conieco, z nimi.
    I tu mam namysli te strone medalu, ktora ukazuje sie zonom tych
    mezow. Czy z tego wyjdzie stereotyp, tudziez przesad? No chyba
    tak, zalezy co komu akurat spadnie na odcisk.
  • xapur 27.10.05, 11:08
    wisteria napisała:
    "Wiem natomiast jak to jest kiedy obcy mezowie przypuszczaja
    bezpodstawnie, ze kazda kobieta okazujaca przyjazn i chec rozmowy,
    (bedaca w zwiazku czy nie) ma ochote na male conieco, z nimi.
    I tu mam namysli te strone medalu, ktora ukazuje sie zonom tych
    mezow. Czy z tego wyjdzie stereotyp, tudziez przesad?"

    Taka natura mężczyzn, że kobiety ich pociągają. W zależności od tego do jakiego
    stopnia rozwinięty jest ich rozum bardziej lub mniej poddają się instynktom.
    Nie wiem jak z tym jest u kobiet dlatego piszę o facetach.
    --
    „Bóg stworzył człowieka, ale nie opatentował wynalazku i teraz może go
    naśladować pierwszy lepszy dureń.”
    Jan Werich
  • aiszka4 27.10.05, 09:32
    woman-in-love napisała:

    Ja tylko nie znoszę, kiedy taka
    > para, po której widać od razu, ze "są, bo są" - zaczyna mnie, osobie żyjącej
    w
    > pojedynkę, prawić o koniecznosci "ułozenia sobie zycia" i wynoszą się i
    trują,
    > a ja widze, że 2 minut nie wytrzymałabym w takim stadle. Może własnie więcej
    > odwagi i godności potrzeba, zeby udzwignąć życie - bez koniecznosci tworzenia
    > tego rodzaju spółki.

    Nikt nie ma prawa komukolwiek truć na jakikolwiek temat i wynosić się podad
    innych.
    Ale czy po tej parze, która "jest, bo jest", to widać, czy Ty ją tak
    postrzegasz?
    Czy masz pecha, że trafiasz na "felerne" związki, czy dobierasz sobie
    znajomych, przyjmujesz zaproszenia od ludzi, których tak oceniasz?
    W pojedynkę dźwigasz życie pojedyńcze, "w spółce" mierzysz się z życiem
    stadnym.
    Odwaga i godność potrzebna jest w obu sposobach na życie.
    Jeśli ktoś traktowałby mnie jako osobę gorszej kategorii, z jakiegokolwiek
    powodu - bezdzietna, albo mama, panna, rozwódka, mężatka, z wyższym
    wykształceniem lub po zawodówce, to dziękuję za "współpracę". Jest mnóstwo
    ludzi, którym to nie przeszkadza, a nawet uznają te czy inne "przypadłości" za
    godne uznania.
    Ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że ktoś ma kolejne dziecko, żeby czepiać
    się bezdzietnych, zdobywa kolejny stopień naukowy, żeby patrzeć z góry na kogoś
    po podstawówce, wstępuje w związek, by gardzić singlami.
    A te pary, które w Twojej opinii powinny z hukiem się rozpaść, to pewnie Tobie
    na złość świętują kolejne rocznice i ze szczególnym okrucieństwem zapraszają
    Cię na nie, a Ty chyba masochistka jesteś;-)
  • xapur 27.10.05, 11:03
    Jaki jest sens spotykać się z ludźmi, którzy nam nie odpowiadają? Z różnych
    względów - bo właśnie wytykają, Woman, że jest singlem, bo podkreślają wyższy
    status materialny itp. itd. Takich znajomych omijam szerokim łukiem.
    Tematy rozmów zależą od zainteresowań. Jeśli kogoś pasjonują seriale to nic
    dziwnego, że chętnie o nich porozmawia. Ktoś inny będzie w kółko nawijał o
    dziecku, bo niedawno mu się urodziło i koniecznie musi się podzielić
    szczęściem. Wiedząc o tym możemy jednak zdecydować czy chcemy się z kimś takim
    spotkać czy nie.
    --
    „Bóg stworzył człowieka, ale nie opatentował wynalazku i teraz może go
    naśladować pierwszy lepszy dureń.”
    Jan Werich
  • xapur 27.10.05, 11:46
    woman-in-love napisała:
    "Może własnie więcej odwagi i godności potrzeba, zeby udzwignąć życie - bez
    koniecznosci tworzenia tego rodzaju spółki."

    Ja bym nie oceniał gdzie i do czego trzeba więcej odwagi w tym przypadku. A już
    co ma do tego godność?
    O innych aspektach napisałem poniżej.

    --
    „Bóg stworzył człowieka, ale nie opatentował wynalazku i teraz może go
    naśladować pierwszy lepszy dureń.”
    Jan Werich
  • bet66 26.10.05, 20:45
    Kazdy z nas ma prawo iść własną drogą, zyć tak jak mu jest wygodnie...jedni
    realizują sie w samotności , inni w parach.
    Małżeństwo nigdy nie jest i nie będzie pasmem szczęścia...małzeństwo jest
    testem dla nas samych...jest zwierciadłem , w którym mozemy sie przejrzeć, zeby
    zobaczyć jacy naprawdę jestesmy i czy potrafimy zyć w zwiazku i go budowac.
    Nie wszyscy zdają ten zyciowy egzamin. Jedni oblewają go za pierwszym
    podejściem i bez porawki wchodzą w nastepny związek...na zasadzie jakoś to
    będzie, samo się ułozy....
    Inni ustawicznie dokształcają się , naprawiają, łatają , by po wielu latach
    osiagnąć to co było niemozliwe na początku małżeńskiej drogi. ...to ciężka
    praca ...wymagająca ustawicznych kompromisów i tolerancji dla swoich wad i tej
    drugiej połówki.
    Tylko osoby bardzo naiwne sadzą, ze spotka się dwoje ludzi, którzy razem
    przejdą przez związek bez przeszkód, zgrzytów, kryzysow.
    A dlaczego woman uwazasz , ze ludzie na siłę trwaja latami ze soba?
    Dlaczego do jednego worka wrzucasz wszystkie pary i okreslasz je, jako pachnące
    stęchlizną? bo co? przetrwały dłuzej, niz przysłowiowy romans , który trwa ok.
    18 miesiecy.
  • woman-in-love 26.10.05, 21:10
    Może mam pecha, że własnie takie "zatęchłe" stadła spotykam? Gdzie tematem nr 1
    jest sprzątanie? A głównym przezyciem intelektualnym analizowanie prognozy
    pogody? Oczywiscie potem zaraz omawianioe seriali? Nie wiem.
  • wisteria 26.10.05, 21:24
    O rany, rzeczywiscie moze byc nieciekawie.
    Najlepiej jest poznawac ciagle nowych ludzi,
    zapraszac i wpraszac sie, zawsze to jakis czas
    minie zanim sie znudza. Ale niekoniecznie zeby
    sie wszyscy znali, bo sos sie zrobi. Jesli wiesz
    co mam na mysli.
  • ewolwenta 26.10.05, 21:59
    jak na forum :)
  • comments 28.10.05, 12:19
    Wywiazala sie ciekawa dyskusja...
    Nie bede sie ustawiac w kolejce do glosowania na zycie w stadle malzenskim lub
    bez niego. Ale za niewinnym przemycaniem pogardliwych uwag o innych zawsze
    kryja sie jakies kompleksy. To, ze przeszkadza, ze ludzie sa dlugo ze soba (ale
    sie mecza!) i gadac umieja tylko o sprzataniu i dzieciach (to prymitywy!) boja
    sie zapraszac singli (plytka zazdrosc!). A tutaj trzeba wolnosci! I zaufania! I
    w ogole trzeba tego co ja mam!
    Nie mam zaufania do ludzi, ktorzy maja monopol na te jedyna prawde objawiona.
    Jeden lubi roze a drugi jak mu sie nogi poca.
    Chyba przyblizamy sie do czlowieczenstwa kiedy zaczynamy widziec wartosc zycia
    kloszarda obok wartosci zycia zony/meza (tudziez singla). I nie staje nam oscia
    w gardle ze ktos odrzuca nasza wersje zycia.
    A co do rozmow, to przeintelektualizowanie czasami nie jest urocze.
    Przypomnialo mi sie "A Raisin in the Sun"
    "...I want to fly! I want to touch the sun! (wife replies) First eat your
    eggs..."
    A tak na marginesie przeszlam kilka wersji: singielka, mezatka, rozwodka, wolny
    zwiazek....
  • tomek_abc 27.10.05, 12:42
    woman-in-love napisała:
    > Może mam pecha, że własnie takie "zatęchłe" stadła spotykam? Gdzie tematem nr
    1 jest sprzątanie? A głównym przezyciem intelektualnym analizowanie prognozy
    pogody? Oczywiscie potem zaraz omawianioe seriali? Nie wiem.


    Jakoś trudno mi sobie wyobrazić....rozmowę
    ON: kochanie ...wiesz..ten facet z M jak MIłość...w końcu ją pocałował...
    ONA : wiem ...a ta doktor Zosia z "Na dobre i na złe" dalej sie gniewan na tego
    swojego...

    ale moze małą mam wyobraźnie...

    zawsze mi sie wydawało, że to kobiety między sobą (zaznaczam- niektóre kobiety)
    wymieniają wrażenia serialowe


  • bet66 27.10.05, 14:10


    > woman-in-love napisała:
    > > Może mam pecha, że własnie takie "zatęchłe" stadła spotykam? Gdzie temate
    > m nr 1 jest sprzątanie? A głównym przezyciem intelektualnym analizowanie
    prognozy pogody? Oczywiscie potem zaraz omawianioe seriali? Nie wiem.
    --------------------------------------------------------------------------

    delikatnie mówiąc "lekko przesadziłaś" i podkoloryzowałaś sytuację.......
    najwazniejsze , ze małżonkowie wogóle ze sobą rozmawiają ....a o czym ? to juz
    sprawa drugorzędna.....napewno o dzieciach ...o sprawach domowych.
    To , ze juz nie "pieprzą", jak kochankowie o gwiadzach, czy księżycu ...nie
    dyskwalifikuje takich rozmow.
  • ewolwenta 27.10.05, 14:42
    Cóż Ci po wiedzy o czym śni Iksiński z serialu "Z jak Zdrada", jeśli nie wiesz
    czemu najbliższemu człowiekowi jest źle, albo o czym marzy?

    Rozmowa rozmowie nie równa. Tak jak co innego znaczy "żyć ze sobą" a co
    innego "obok siebie".
  • tomek_abc 27.10.05, 15:03
    dodam jeszcze jedną uwagę, jaka mi sie nasuwa po przeczytaniu tego wątku...

    to że ktoś gotując sie poparzy, świadczy o tym , że albo jest złym kucharzem,
    albo ma po prostu pecha....a nie o tym, że gotowanie jest niepotrzebne....
    czy nie mozna tego odnieść do niektórych wpisów dot.małżenstwa?

  • katetoja 27.10.05, 16:40
    Przeciez to o czym tu mówisz to nie rozmowa tylko omawianie spraw. A to co
    nazywasz "pieprzeniem" to wartości ponadmaterialne, które wielu sa potrzebne
    jak powietrze. Ograniczając sie do: co tam w pracy - w porządku, skazujesz
    związek na wegetację. A potem jeszcze chcesz ja na siłę podtrzymywać. Często
    małżeństwo nieudane jest traktowane jak "krzyż pański" który trzeba dzwigac za
    jakieś grzechy. Kościół to podtrzymuje. Pomija sie przy tym człowieka jako
    istote doskonałą, stworzona na obraz i podobieństwo Boga. W dążeniu do życia
    doczesnego nie chcę sie skazywać na wieczne cierpienie na ziemi. Dlatego się
    rozwodzę
  • drak62 27.10.05, 17:56
    jeżeli dwoje ludzi wzajemnie się uzupełnia i potrafi wypracować kompromis to
    byc mozę nie jest potrzebny formalny związek , aczkolwiek formalizm jest
    istotny ze względu na poczucie bezpieczeństwa (zwłaszcz dla kobiet), regulacje
    prawne itp. Głowna misja małzeństwa jest wychowywanie dzieci (nie dotyczy to
    oczywiście małżeństw bezdzietnych) irealizowanie wspólnych celów życiowych.
    Małżeństwo jest pewnym poświeceniem, poswięcamy jakąś cześć swego "ja" dla dobra
    współmażonka i dzieci. Nie wszyscy są gotowi na jakiekolwiek poświecenie.
    bardzo czesto pytamy samych siebie czy trwać w małzeństwie ( kosztem własnej
    wolnosći, niespełnionych marzeń itp ), czy szukać nowego partnera, szczęścia z
    kimś innym ? Poza drastycznymi przypadkami (kompletna degrengolada małżeństwa)
    odpowiedź na takie pytania nie jest prosta.
  • petar2 28.10.05, 08:18
    > Często małżeństwo nieudane jest traktowane jak "krzyż pański" który trzeba
    > dzwigac za jakieś grzechy. Kościół to podtrzymuje.

    Nie chodzi o karę za grzechy. Małżeństwa po prostu nie można rozwiązać wg
    Kościoła Katolickiego. Zawsze pozostaje separacja.

    > Pomija sie przy tym człowieka jako
    > istote doskonałą, stworzona na obraz i podobieństwo Boga.

    Słusznie pomijasz bo człowiek w żadnym wypadku nie jest istotą doskonałą.

    > W dążeniu do życia
    > doczesnego nie chcę sie skazywać na wieczne cierpienie na ziemi

    hę?
    chyba poplątanie z pomieszaniem ... :-)
  • katetoja 28.10.05, 12:05
    Człowiek, nawet według doktryny KK, jest istotą doskonałą, tyle, że obdarzoną
    wolną wolą, a więc ulegającą pokusom. Nic tu nie mieszam. Po prostu ja nie chce
    sie skazywać na wegetacje. Nie musisz mi przypominać o nierozerwalności
    sakramentu. Nie uznaję także tzw. uniewżnień. Dla mnie albo coś jest
    nierozłączne albo nie - nie powinno to zależeć od widzimisię księdza. Trzeba
    sie zdecydować czy uznajemy, że człowiek może to rozłączyć czy nie. A jesli
    przysięgamy, że nie to nie uznajemy też unieważnień. Bo inaczej to hipokryzja.
    A separacja - podobnie. Jeśli nie można sie rozwieść to po co komu separacja?
    Żeby przemyśleć swoje życie i wrócić? Bez sensu. Rozwodze sie ale sie nie
    oszukuje, że dostane papier od klechy i znowu bede mogla przysiegac przed
    Bogiem.
  • xapur 28.10.05, 12:14
    Abstrahując od kwestii małżeństwa - uważasz, że przysięga zawsze jest ważna,
    nawet jeśli druga strona już wcześniej oszukała? Na tym właśnie opiera się
    unieważnienie.
    --
    „Bóg stworzył człowieka, ale nie opatentował wynalazku i teraz może go
    naśladować pierwszy lepszy dureń.”
    Jan Werich
  • katetoja 28.10.05, 12:43
    KK nie mówi o rozwiązaniu tylko o unieważnieniu. Owszem, podaje warianty, kiedy
    mozna unieważnić sakrament, ale moim zdaniem to bzdura. W przysiędze padaja
    słowa: co Bóg złączył człowiek niech się waży rozdzielać. Jesli jest to
    przysięga warunkowa tzn, że nie ma nierozerwalności sakramentu. A jesli nie ma,
    to czy jedna strona oszukała wcześniej czy później, albo po prostu przestała
    kochać albo wiele różnych innych rzeczy, to trochę z automatu uniewaznia ten
    sakrament. Naturalnie Kościół nigdy na to nie pójdzie, to raczej moja prywatna
    doktryna. I to zupełnie dla mnie niekorzystna, ale nie rozumiem czegoś takiego
    jak uniewaznienie czegoś co miało byc wieczne.
  • petar2 28.10.05, 12:54
    KK unieważnia małżeństwo nie dlatego, że się rozleciało czy powstały
    odpowiednie do tego przyczyny tylko dlatego, że te przyczyny istniały w
    momencie zawierania małżeństwa.
  • petar2 28.10.05, 12:38
    > Człowiek, nawet według doktryny KK, jest istotą doskonałą, tyle, że obdarzoną
    > wolną wolą, a więc ulegającą pokusom. Nic tu nie mieszam.

    Mylisz się. KK nie twierdzi, że człowiek jest doskonały.

    > Dla mnie albo coś jest
    > nierozłączne albo nie - nie powinno to zależeć od widzimisię księdza. Trzeba
    > sie zdecydować czy uznajemy, że człowiek może to rozłączyć czy nie. A jesli
    >przysięgamy, że nie to nie uznajemy też unieważnień. Bo inaczej to hipokryzja.

    Na ten temat odpowiedział Xapur: przysięgę można unieważnić.

    > A separacja - podobnie. Jeśli nie można sie rozwieść to po co komu separacja?

    Chodzi o to że nie można się rozwieść.
  • lalka_01 28.10.05, 13:21
    Pani Woman - moze pani:
    - zmienic krag znajomych,
    - przestac dostrzegac w ludziach wylacznie to, co pasuje do pani teorii.
    Mam wiele kolezanek singielek, czesto bywamy z mezem na imprezach, na ktorych
    one tez bywaja. Nie przypominam sobie, zebysmy poruszali w sposob ostentacyjny
    tematy malzenskie, nie przypominam sobie, zeby ktokolwiek robil im jakies uwagi
    nt.ich prywatnego zycia. Nie przypominam sobie, zeby zonaci panowie jakos
    specjalnie slinili sie na ich widok. Jesli wyjezdzaja gdzies same pary, z bolem
    bo z bolem, ale rezygnujemy z singielek...dla ich higieny psychicznej, nie dla
    naszego "bezpieczenstwa".
    I nie traktuje "moich" singielek jak kogos kat. B; ale rowniez nie traktuje jak
    kogos superdelux, droga Woman. Kazdy stan ma swoje zalety i wady, na kazdy
    trzeba sobie jakos zapracowac.
    (Fajne forum stworzyliscie, gratulacje. I jako nowa - witam.)
  • katmandu5 28.10.05, 14:49
    (Samo życie tworzy to forum). :-)
  • wisteria 28.10.05, 16:48
    W istocie rzeczy kiedy patrze na rozne malzenstwa, to czasami mam dziwne
    mysli: jakim prawem ten czy tamten zwiazek jeszcze sie buja. Phi, mysle sobie,
    przeciez to niemozliwe, aby ci ludzie bylo szczesliwi, a nawet dziwne jest ze
    sie nie pozabijali, albo wytruli. Czesto zastanawiam sie czy maja seks, czy
    go nie maja. Chyba kazdy to robi w swojej glowie. Ale gdyby taka para
    zaczela w pewnej chwili mowic mi jak ma wygladac moje zycie, to z pewnoscia
    znajomosc taka by sie skonczyla. Owszem, ja moge sobie tak mowic bo jestem
    zwiazku, mam poczuczucie bezpieczenstwa, zawsze mam kogos przy mnie. Ale nie
    sadze aby osoba samotna byla zawsze taka silna i pewna siebie.
    Mysle ze osoby samotne czuja sie traktowane jak B kategoria, poniewaz ludzie,
    my, mamy tendencje do udowadniania innym, ze nasz patent na zycie jest
    najlepszy. To samo robia rodzice dzieciom, znajomi znajomym, to czesto robie
    ja i moj M naszym przyjaciolom, kiedy nam sie wydaje ze cos u kogos nie gra.
    I musimy przestac wreszcie, bo nigdy nie bedziemy w stanie dowiedziec sie jak
    to jest od dwudziestu lat siedziec na kanapie z X czy Y, i ogladac wspolnie
    durne seriale.
  • woman-in-love 02.11.05, 11:45
    Pani lalko, dziękuję za zbawienne rady. Nie wiem tylko za co się zabrać
    najpierw: zmienić krąg, czy przestać dostrzegać? Może mi pani doradzi?
  • woman-in-love 03.11.05, 18:04
    własnie przeczytałam w listopadowym "Zwierciadle" wywiad z Liv Ullman. Pisze
    tam między innymi, ze wiele kobiet byloby bardziej spełnionych, gdyby odważyły
    się wyjść z beznadziejnych związków i życ w pojedynkę. I dalej:"społeczeństwo
    gardzi kobietami, które żyją bez pary" I to własnie KOBIETAMI. Mówi to wyraznie
    światowej sławy kobieta, która wyrosła w kraju wolnosci seksualnej, Szwecji, a
    potem została Obywatelką Świata. Więc co mówić o mniej zaawansowanych
    społeczeństwach? Pora zmienić te wzorce, żeby nasze córki i wnuczki zyły w
    lepszym świecie.
  • petar2 04.11.05, 08:15
    woman-in-love napisała:

    > własnie przeczytałam w listopadowym "Zwierciadle" wywiad z Liv Ullman. Pisze
    >tam między innymi, ze wiele kobiet byloby bardziej spełnionych, gdyby odważyły
    > się wyjść z beznadziejnych związków i życ w pojedynkę. I dalej:"społeczeństwo
    >gardzi kobietami, które żyją bez pary" I to własnie KOBIETAMI. Mówi to
    wyraznie
    >światowej sławy kobieta, która wyrosła w kraju wolnosci seksualnej, Szwecji, a
    > potem została Obywatelką Świata. Więc co mówić o mniej zaawansowanych
    > społeczeństwach? Pora zmienić te wzorce, żeby nasze córki i wnuczki zyły w
    > lepszym świecie.

    Oj nie chcemy być "mniej zaawansowanym społeczeństwem". Więc do dzieła!

    Proponuję:
    1. Powołanie Pełnomocnika rządu ds Równouprawnienia Singli i Par.
    2. Pakiet ustaw wyrównujących szanse i dających preferencje singlom w
    gospodarce, edukacji, kulturze, sporcie itd
    3. Preferencje podatkowe takie jakie mają małżeństwa (tzn singiel dodaje dochód
    do swojego dochodu, dzieli przez 2 i liczy podatek ;)
    4. Odpowiednie zapisy w Kodeksie Karnym i Cywilnym w stylu:
    "kto słowem, czynem, gestem czy też durnowatym wyrazem twarzy da poznać
    singlowi, że w parze mogłoby być mu lepiej, podlega karze więzienia do lat ...
    lub grzywny ..." etc
    5. Pary chcące zawrzeć ślub powinny mieć obowiązek uczestniczenia w kursie
    wyjaśniającym zagrożenia takiej decyzji.
    6. Małżeństwo dla singli! Skoro dwóch facetów może to dlaczego jeden nie?

    Niech żyje wolność !!!

  • tomek_abc 04.11.05, 09:54
    Proponuję:
    > 1. Powołanie Pełnomocnika rządu ds Równouprawnienia Singli i Par.

    Wojująca M.Środa własnie została własnie pozbawiana stanowiska ....i nie bedzie
    walczyć o równouprawnienie Kobiet....wiec może powalczyć o równouprawnienie
    Singli
  • petar2 04.11.05, 10:11
    tomek_abc napisał:

    > Proponuję:
    > > 1. Powołanie Pełnomocnika rządu ds Równouprawnienia Singli i Par.
    >
    >Wojująca M.Środa własnie została własnie pozbawiana stanowiska ....i nie bedzie
    > walczyć o równouprawnienie Kobiet....wiec może powalczyć o równouprawnienie
    > Singli

    Dla mnie to może powalczyć nawet o równouprawnienie środy z niedzielą, byle nie za państwową kasę.

    A tak apropo's zaawansowanych społeczeństw, z forum feminizm:
    "W zakresie najważniejszych postulatów głównych nurtów
    feminizmu Białoruś STAJE SIĘ liderem
    1. Aborcja bez problemu
    2. Praca na traktorach i w kołchozach dla wsjech rawno
    3. Kościół Katolicki w osobach kontrewolucyjnych misjonarzy z Polski,
    skutecznie wykopywany
    4. Bezmyslna demokracja juz jest ograniczona (w duchu feministycznych parytetów)"
  • mx311 09.11.05, 10:56
    Rewelacyjny tok myślenia!!! Po prostu zwaliło mnie z nóg!!! Jako komentarz
    posłużę się cytatem ze znanego filmu: "Kopernik była kobietą!"
    a myślałem, że to tylko fikcja - jak widać - niestety nie....
  • mx311 04.11.05, 09:27
    Muszę przyznać, że nigdy się nie zastanawiałem nad "małżeństwem w świetle
    obchodzenia jubileuszy rocznicowych". Z kilku względów. Po pierwsze czytałem
    kilka książek dotyczących savoir vivre'u, w którcyh wszyscy autorzy podkreślali,
    że rocznica jest prywatnym świętem małżonków i tylko nich. Co więcej nie
    słyszałem i nie spotkałem się jeszcze z obchodzeniem takiego jubileuszu wśród
    ludzi młdych lun względnie młodych. Co innego rocznica 25 lecia albo 50 lecia.
    Ale tu już wchodzimy w szczegóły. Druga rzecz to kwestia pewnej bezsensowności
    (w moich oczach) rozpatrywania tego "problemu". Bo do czego to prowadzi?
    Przypomina to trochę dyskusję nt: "czy talerz stoi czy leży"... Rozumiem, że
    ktoś może czuć się obco lub mieć poczucie należenia do kategorii "B" z powodu
    nieudanego własnego związku. Pytanie czy rzeczywiście jest się tak postrzeganym
    przez innych? Czy też to nasze własne poczucie winy lub jakiejś podświadomej
    zazdrości?
  • woman-in-love 04.11.05, 12:07
    No cóż, doswiadczenie jest nieprzekazywalne - kto nie był kobietą-której-się-
    unika, poniewaz nie jest mężatką, ten nie bardzo wie, o czym mowa. W naszej
    nowoczesnej rzeczywistosci pokutują dziewiętnastowieczne (mieszczańsko-dulskie)
    wzorce. Widzę z reakcji, ze nie mam czego żałować i najlepiej, kiedy
    zignoruję "jedynie słuszne" towarzystwo - podobnie, jak ono mnie ignoruje. Do
    tego prostego wniosku doszłam dzięki Wam i temu wątkowi :-))))
  • mx311 04.11.05, 12:33
    Nie byłem nigdy kobietą. Myślę, że juz nie będę. Zresztą nie zamierzam ;o))) Co
    do unikania - nie spotkałem się z takim traktowaniem singla lub singielki w moim
    otoczeniu. Ale może to kwestia percepcji bądź wyczulenia (przeczulenia?)?
    A czym jest nowoczesność? Przyzwoleniem? Tolerancją? Akceptacją? Na czym ona polega?
    ..........
    Nie ma co się obrażać, że inni ludzie myślą inaczej...
    ..........
    Zadam pytanie (zdaję się, że to Schopenhauer'a) - czy jeśli przyjmiemy, że Boga
    nie ma to czy to oznacza, że wszystko wolno???
  • woman-in-love 04.11.05, 15:21
    może zamiast "nowoczesność" zgrabniej byłoby uzyć słowa "współczesność",którą
    własciwie miałam na mysli. Czyli - współczesnie,w dobie powszechnej
    niezależności kobiet spotykam dookoła konserwatywne, wrogie kobietom
    (samodzielnym, samofinansujacym, samorządnym) wzorce.
  • wisteria 04.11.05, 17:05
    Ha, wzorce, jak widze, wywalaja sie obficie w twoich stylach, vivach, tudziez
    serialach telewizyjnych, gdzie samodzielnosc kobiet nie bedacych w zwiazkach
    jest jak najbardziej popierana i ukazywana w swietle bardzo atrakcyjnego
    sposobu na zycie. Mysle ze tylko jedynie pewne grupy ludzi utknawszy w swoich
    konserwatywnych "zyciach" probuja wplywac na srodowisko, no przynajmniej tam
    gdzie moga.
    Mysle ze bardzo wiele ma do czynienia kosciol katolicki, co nie ma nic
    wspolnego z wiara. Bo jakze mozna nie wejsc w zwiazek malzenski (dotyczy
    tylko kobiet), a do tego pomieszkiwac, czytaj miec wielu partnerow seksualnych,
    a co gorsze robic kariere zawodowa, i jeszcze na dodatek zarabiac wiecej?
    Mysle ze jest jeszcze wiele rodzin, malzenstw, wdow, wdowcow, rozwiedzionych,
    ba, starych panien z pokolenia o ktorym pisze Woman, nie zreformowanych, czego
    nie moge powiedziec o pokoleniu nastepnym, czyli naszych doroslych dzieci.
    Woman, nie nalezysz to tych ludzi, przenies sie do innego "klubu"
  • wilk67 09.11.05, 11:32
    naturalnym jest to , że patrzymy na zycie z własnej perspektywy (bo niby z
    jakiej mamy patrzeć), ale czasami warto pamietać, że Polska to nie :
    - świat z seriali, Twojego Stylu, Vivy, gdzie głwonym problemem jest to, że
    aktor/ka XY ma 3ciego meża/żonę
    - stolyca, czy inne duże miasto, gdzie yapiszony depczą po sobie, w pogoni za
    karierą i gdzie pracuje się po 12h/dobę, aby w week szaleć do upadłego w
    modnych klubach....a decyzje tzw zyciowe (rodzina, dzieci) odkłada sie na
    blizej nieokreśloną przyszłośc

    a główne problemy Polki/Polaka to nie wolność kobiety, za duzy wpływ kościoła,
    czy bezsens zawierania związku małżenskiego....

    Jest też inna Polska!
    Daleka od ideału, gdzie plotki, gdzie troche zawiści i zazdrości....
    ale zdecydowanie wolę tę Polskę- ciemnogród niż Polskę-postępową;)

    -
  • wilk67 09.11.05, 11:38
    ps. nic do stolycy nie mam.
    mam tam wielu normalnych znajomych
  • mx311 09.11.05, 11:42
    bardzo mądra i wyważona opinia. Zgadzam się z Tobą. Zmienię chyba nick na
    "ciemnogrodzianin". Pozdrawiam - emix
  • wisteria 09.11.05, 21:55
    Coz, skoro moja odpowiedz zostala zrozumiana jako bezkrytyczna pochwala zycia
    z seriali i magazynow, jest to jednak tylko moja obserwacja stanu rzeczy -
    obiektywnie patrzac media bardzo steruja naszym zyciem. Ale przeciez kazdy
    widzi ze swojej polki.
    Jesli główne problemy Polki/Polaka to nie wolność kobiety, za duzy wpływ
    kościoła, czy (nawet) bezsens zawierania związku małżenskiego.... i tym
    podobne, to ja wlasnie postrzegam te rzeczy jako problem, co uwidacznia
    dyskusja powyzej. A jakos tesknoty do ciemnogrodu w tym zestawieniu nijak
    przekonac sie nie moge.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.