Dodaj do ulubionych

Czy to jest CHAD?

15.03.10, 02:56
Pierwszy raz zalogowałam się na forum internetowe. Obawiam się, że mam
chorobę, o której tu piszecie. Chciałabym się dowiedzieć, czy to CHAD czy może
zwykłe (lub mniej zwykłe) lenistwo.
Mam prawie 30 lat. Mieszkam z rodzicami.
Przechodzę zmiany nastroju - góra dół.
"Dół"
Całymi dniami oglądam telewizję - jestem chyba uzależniona od AXN SCI FI i
innych programów (zwłaszcza seriali). W styczniu tego roku uzależniłam się od
oglądania kreskówek anime - całymi godzinami (czasem przez 12 godzin bez
przerwy) oglądałam pierwszą serię Naruto (drugiej nie zaczęłam z obawy przed
powtórką). Bywa, że sypiam w ubraniu i myję się dopiero rano. Czasem nie myję
się w ogóle - chyba, że muszę wyjść z domu. Chodzę stale w tych samych
ubraniach - zakładam je nawet wtedy, gdy są już brudne. Chyba, ze muszę "wyjść
do ludzi", wtedy staję się czysta i pachnąca, ale prawda jest taka, że
wolałabym nie wychodzić ani nie zmieniać ubrań.
Jem zbyt wiele - obżeram się czekoladą.
Stale czytam te same książki czasem po kilkadziesiąt razy. Uciekam od
rzeczywistości.
Zawalam robotę i nie dotrzymuję terminów.
Boję się:
a) odbierać telefony
b) sprawdzać maila
c) otwierać drzwi nieznajomym (kiedy ktoś niezapowiedziany dzwoni do drzwi,
udaję, że mnie w domu nie ma).
Muszę się b. pilnować, by codziennie sprawdzać maila i mieć włączoną i
naładowaną komórkę - raz zdarzyło mi się, że przez parę miesięcy unikałam
znajomych. Dosłownie uciekłam wtedy ze stażu, na którym byłam, i przez dwa
tygodnie nie odbierałam komórki ani nie sprawdzałam maila (pracowałam w firmie
zajmującej się treningiem osobowości i NLP, zmuszano mnie tam do pozytywnego
myślenia, nienawidziłam tej pracy i było mi bardzo, bardzo, bardzo źle.
Musiałam pisać rzeczy, w które nie wierzyłam i udawać, że jestem nimi
zainteresowana). Szefowie wierzyli w dobrodziejstwo wynikające ze stymulowania
pracowników odpowiednio wysokim poziomem stresu etc. Ćwiczyli na nas takie
różne techniki "motywacyjne".
Nie poradziłam sobie i stchórzyłam.
Szef obraził mnie - opieprzając mnie za opieszałość, stwierdził, że powinnam
poprawić moją efektywność, inaczej pozostanie mi tylko znaleźć sobie bogatego
męża, ale i to nie jest łatwe, bo, cytuję, "żeby się udało, trzeba dobrze
dawać d..y".
Później już nie potrafiłam pracować dla tych ludzi. Byłam pewnie kiepskim
pracownikiem i beznadziejną stażystką, (szefowa mawiała, że magistrzy nie
potrafią dobrze adresować kopert), ale nigdy, przenigdy nie zrobiłam niczego,
co wskazywałoby, że jestem k...ą.
Nie obwiniam tych ludzi do końca, być może, gdybym była innym, silniejszym
człowiekiem, poradziłabym sobie.
Być może to nie depresja, może jedyny mój problem polega na tym, że jestem
zbyt słaba.
Tak czy inaczej - po stażu "zjechałam" bardzo, bardzo nisko w dół. Wcześniej
przytrafiało mi się to w liceum.
Gdy zjeżdżam w dół rozmyślam też o śmierci. Nie wiem, czy są to prawdziwe
myśli samobójcze - myślę, że brak mi odwagi. Jestem osobą, która nie ma odwagi
ani odebrać sobie życie ani żyć.
"Góra"
Co jakiś czas, trudno powiedzieć dlaczego, czuję się lepiej. Wypełnia mnie
wówczas poczucie mocy. Jestem wówczas przekonana, że posiadam talent
literacki, dużo piszę (lepsze rzeczy i w lepszym stylu niż teraz), czuję, że
mi się uda, że w końcu wydam moją powieść, że napiszę następne. Rozpiera mnie
wówczas energia, puszczam głośno muzykę i odgrywam bardziej optymistyczne
scenki z moich powieści i opowiadań.
Co jakiś czas spotykam się z przyjaciółmi, kiedy jestem w knajpie, czuję się
królową życia - nie należę do atrakcyjnych kobiet, ale po kieliszku staję się
czarująca, dowcipna, inteligentna, błyskotliwa... Cytuję wtedy ulubione
fragmenty z Szekspira, Katullusa czy Horacego (Nunc est bibendumwink
Przyciągam uwagę. Staję się towarzyska...
Podobnie jest w pracy. Kiedy nauczam, czuję się nabuzowana. Rozkręcam się.
Czuję się mądra, bystra, inteligentna...
Potrafię wtedy dużo i długo pracować. Jestem w stanie załatwić w ciągu jednej
doby więcej rzeczy niż przez cały poprzedni depresyjny miesiąc.
Kiedy jestem "na górze" staję się kreatywna, piszę, układam dialogi, wymyślam
książki, szybciej kojarzę fakty.
To chyba tyle.
Nie mam pojęcia, czy to CHAD. Czytałam opisy Chad na forach i w wikipedii,
jednak to, co przeżywam, wydaje mi się zbyt mało dramatyczne, zwłaszcza, że
żyję tak od lat.
Czasem myślę, że cała ta depresja jest tylko lenistwem, że gdybym była
bardziej pracowita. Z drugiej strony boję się, że to, co uważam za talent
literacki, jest jedynie objawem choroby. Moja obawa przed leczeniem wynika
głównie z tego faktu, że ewentualne leki mogłyby pozbawić mnie przyjemności
pisania i kreowania wymyślonych światów.
Prawda jest taka, że bez pisania jestem nikim. To jedyna rzecz, którą potrafię
(wbrew pozorom).
Jeśli mi się uda i zostanę pisarką (teoretycznie już nią jestem - napisałam
trzy książki z czego jedną wydałam, jestem też współautorką dwóch przekładów),
choroba nie będzie mieć znaczenia. Moi przyjaciele i znajomi zakochują się,
łączą się w pary, żenią, mają dzieci, lepszą pracę, zarabiają pieniądze. Ja
mam tylko moją wyobraźnię, ale jeśli mi się uda, jeśli wydam powieść i zacznę
naprawdę zarabiać na pisaniu, to, że jestem samotna, to, że nie założyłam
rodziny, przestanie mieć znaczenie.
Mam też chorobę Hashimoto i biorę Euthyrox. Kiedy zwiększałam dawki (biorę
75), byłam wściekła, ale później przyzwyczaiłam się. Być może to tylko
Hashimoto, jednak w opisach tej choroby nie ma mowy o tak dużym przypływie
energii i skuteczności, jaki co jakiś czas jednak odczuwam.
Ta myśl naprowadziła mnie na CHAD.
Chciałabym, żeby ktoś mi napisał, czy moje podejrzenia są słuszne.

Edytor zaawansowany
  • awanturka 15.03.10, 12:47
    Nikt odpowiedzialny nie odpowie na to pytanie.

    Na to pytanie może odpowiedzieć wyłacznie lekarz i to prawdopodobnie nawet nie po jednej wizycie, ale po wielomiesiecznej a czasem nawet wieloletniej obserwacji.

    Ja mogę pisać wyłacznie o tym co mi się wydaje i tak to potraktuj.

    Różne osoby tutaj chcą się dowiedzieć co im jest i opisują różne stany, które niewątpliwie świadczą o chorobie, choć obraz CHAD nie rysuje się jasno.

    Co do Ciebie to jesteś osobą co do której mam najmniej wątpliwosci co do oczywistości diagnozy.

    Twoje opisy depresji są podręcznikowym wręcz opisem depresji w przebiegu CHAD (nie wiem czy wiesz, ale doświadczony lekarz CHAD jest w stanie zidentyfikować wyłacznie na podstawie tego jak wygląda depresja - u mnie tak własnie było).

    Ufff.... Ale musiłałam się nagimnastykować, abyś mojej wypowiedzi nie potraktowała jak wypowiedzi autorytatywnej...

    Koniecznie idź do lekarza.

    Spisz sobie wszystko co tu napisałaś w punktach, sciśle, zwięźle pracyzyjnie - wiele ludzi wychodzi od lekarza z poczuciem, że nie powiedziało o tym co naprawdę w tym wszystkim istotne. Spisanie tego co ważne jest sposobem by przed tym się zabezpieczyć.

    Koniecznie idź do lekarza. Szkoda życia. jest spore prawdopodobieństwo, że leki okażą się u Ciebie skuteczne i będziesz mogła prowadzić normalne życie.

    Jest jeszcze jeden argument za tym aby jak najszybciej rozpocząć leczenie - jeżeli CHAD jest nie leczona nawet jak potem zaczyna się go leczyć może okazać się, że nie reaguje na leczenie. Więc im szybciej tym lepiej.

    Jak już się zdecydujesz - to służę radą nt."jak szukać dobrego lekarza".
  • drugikoniecswiata 15.03.10, 13:48
    Podpisuję się pod słowami awanturki. Idź do dobrego, poleconego psychiatry.
    Takiego, który cię uważnie wysłucha i razem z tobą będzie się krytycznie
    przyglądał rozwojowi wydarzeń. Jeśli nie jesteś chora, leki po prostu nie będą
    na ciebie działać. A jak będą [dobranie zwykle trochę trwa], to sama ocenisz,
    czy lepiej ci na nich, czy bez - przecież nikt cię nie zmusi do brania, jeśli
    nie będziesz chciała.

    Nie wiem co masz na myśli mówiąc, że nie jest dramatycznie - to, że nie
    próbowałaś się zabić? Czy to, że jesteś w stanie funkcjonować pomimo depresji?
    Obraz, jaki rysujesz, nie wydaje się być obrazem szczęśliwego życia...

    No i zawsze mi wkładano do głowy taki truizm, że napisanie powieści to 5%
    talentu i 95% ciężkiej, regularnej pracy. O tę ostatnią trudno w depresji.
    Zapewniam, że nie wszyscy pisarze są chadowcami. I nie wiem jak ty, ja w
    (hipo)manii wydaję się sobie superkreatywna i błyskotliwa, a post factum
    stwierdzam, że narobiłam głównie bałaganu. To po jakimś czasie bardzo męczy. Nie
    zadawaj sobie pytania, co możesz stracić. Zapytaj, co możesz zyskać. Ale to
    potem, potem - najpierw lekarz. Bo póki co to jest skóra na niedźwiedziu.

    A, i jeszcze jedno. Psychoterapia na pewno ci nie zaszkodzi, za to może pomóc.
    To fajna, twórcza sprawa. Poza wszystkim innym nadaje życiu rytm, kręgosłup - z
    którym z tego co czytam masz problemy. Polecam. Ja diagnozę chad postawiłam
    dopiero w trakcie terapii właśnie i to terapeutka regularnie mnie widując
    zwróciła uwagę na powtarzalność scenariusza. To a propos tego, że diagnoza nie
    jest oczywista - byłam wtedy od 3 lat pod opieką dobrej lekarki.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • bazoooka 15.03.10, 19:03
    z tego co piszesz, jest prawdopodobieństwo, że może to być chad albo cyklotymia
    (taki "lżejszy" chad). oczywiście od diagnozowania jest lekarz psychiatra, ale...
    po pierwsze, zastanów się, czy na pewno chcesz wplątać się w tę całą
    psychiatryczną machinę i to leczyć. tu na forum ludzie są nastawieni bardzo
    pro-lekowo i poniekąd to rozumiem w przypadku osób o ciężkim przebiegu choroby,
    gdzie nie ma innego wyjścia. a co w przypadku osób z lżejszymi zaburzeniami
    nastroju? z jednej strony masz niepewność czy to depresja czy lenistwo, i
    całkiem zrozumiałą potrzebę, żeby ktoś nazwał to co Ci dolega, jakoś
    sklasyfikował. a z drugiej strony - ryzyko wejścia na ścieżkę bez powrotu.
    psychiatra, leki, życie chorobą, BYCIE chorobą.
    (choć jeśli bardzo chcesz zostać chadowcem i przy okazji jesteś z wawy to mogę
    Ci podać namiary na Panią dr, która nader chętnie taką diagnozę rozdaje. a w
    załączniku - imponujący koktajl leków smile )

    więc pozostaje pytanie: czy Twoje objawy są na tyle silne i zaburzające
    funkcjonowanie, że leczenie jest konieczne? moja rada: przejdź się do
    psychiatry, bo w końcu szkoda życia na cyklicznie pojawiające się stany
    depresyjne. ale nie przywiązuj się do etykietek ani do bycia chorą, obojętnie
    jaką diagnozę byś dostała.

    --
    skowronki - złe złe ptaszydła
  • drugikoniecswiata 16.03.10, 02:19
    A ja się pod tym postem podpiszę 4 łapami, z jednym głównym zastrzeżeniem -
    terapia! Jeśli manie masz raczej twórcze, dajesz radę funkcjonować mimo depresji
    i nie będziesz chciała od razu "ładować się" w leki, to spróbuj wesprzeć się
    psychoterapią.

    Tak, jak jest, chyba dobrze ci nie jest, a depresja potrafi być czymś koszmarnym
    i nieleczona trwać miesiącami. Leków nie należy ani demonizować, ani
    idealizować: to nie narkotyk, ale i nie cukierek. Jeśli mogą podnieść komfort
    życia, należy spokojnie rozważyć za i przeciw.

    To, co pisze bazoooka to też prawda. Mój ex mawiał, że nie ma ludzi zdrowych -
    są tylko niezdiagnozowani. Choroba, ta czy inna, nie powinna stawać się osią
    życia. Ale czasem się staje, nie zawsze mamy na to wpływ. Wtedy zaprzeczanie
    temu jest równie bez sensu.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • bazoooka 15.03.10, 19:09
    a co do głównego pytania, bo napisałam chyba w sposób nieco zagmatwany wink
    pytasz czy to chad, czy lenistwo. no to mówię (zaraz mnie skrzyczą, bom nie
    lekarz, a sceptycyzm jest tu bardzo politpoprawny): myślę, że o wieeeeele bliżej
    Ci do chada czy innych zaburzeń nastroju niż do lenistwa. lenistwo zdecydowanie
    tak nie wygląda.

    --
    skowronki - złe złe ptaszydła
  • drugikoniecswiata 16.03.10, 02:09
    zawsze może być jeszcze wash&go, wiem po sobie wink

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • xsenia 16.03.10, 10:50
    myślę, że o wieeeeele bliże
    > j
    > Ci do chada czy innych zaburzeń nastroju niż do lenistwa. lenistwo
    zdecydowanie
    > tak nie wygląda.

    jak wygląda lenistwo?

    pytam poważnie
  • bazoooka 16.03.10, 13:25
    jako osoba doświadczona w lenistwie odpowiem: lenistwo jest wtedy, kiedy
    nicnierobienie sprawia przyjemność i jest "wykonywane" z premedytacją.
    uciekanie od życia, zaszywanie się w domu przed tv byle tylko jakoś przetrwać
    nieznośny czas - to objaw co najmniej porządnego zmęczenia, a często depresji.

    --
    skowronki - złe złe ptaszydła
  • xsenia 16.03.10, 15:38
    ja mam coś takiego, że jak ilość roboty mnie przytłacza uciekam w net
    i ksiązki. nie robię nic, bo nie wiem za co się zabrać. im dalej, tym
    gorzej. czynności zastępcze mnie męczą, ale twardo się ich trzymam. w
    końcu dochodzi do tego, że zrobienie czegoś pożytecznego przynosi mi
    ulgę. kiedy wciągnę się już w pracę, pracuję nonstop, aż padnę na pysk
    - dosłownie. udaje mi się wtedy zrobić bardzo dużo, nadrobić
    zaległości, które się jeszcze da nadrobić.
  • daikte 15.03.10, 22:17
    Wielkie dzięki!
    Nie miałam pojęcia, że to się może łączyć. Zawsze traktowałam depresję jako
    "uboczny" produkt Hashimoto.
    Co ciekawe, kiedy byłam w liceum, po raz pierwszy miewałam stany depresyjne i
    wtedy też pierwszy raz podejrzewano u mnie niedoczynność tarczycy - ale wtedy
    skończyło się na zażywaniu jakichś tabletek z jagódwink
    raz jeszcze - dziękuję!
  • daikte 15.03.10, 22:03
    Przede wszystkim chciałabym bardzo gorąco wszystkim podziękować za wypowiedzi i
    przekazane mi rady.
    Trochę się wystraszyłam na wzmiankę o psychiatrze. Raz poszłam do psychologa, i,
    prawdę mówiąc, wyszłam stamtąd z poczuciem porażki. To znaczy miałam wrażenie,
    że ta sesja w ogóle mi nie pomogła - poryczałam się tylko, kobieta nie miała mi
    nic sensownego do powiedzenia - to znaczy żadnej praktycznej porady, co dalej.
    Wyszłam od kobiety i miałam poczucie, że muszę się wziąć w garść, bo tylko ja
    decyduję o moim życiu.
    Mam wrażenie, że o wiele więcej zyskałam sama narzucając sobie zasady - jak z
    tym nieszczęsnym mailem czy telefonami. Czasem nie cierpię tego, ale od czterech
    lat odbieram maila i zmuszam się do "nieuciekania" przed ludźmi.
    Podobną zasadę przyjęłam, jeśli chodzi o alkohol - narzucając sobie okresy
    dobrowolnej abstynencji (zwykle łączyłam je z dietą).
    Na moje nieszczęście, po stażu nabrałam wstrętu do planowania dnia (w firmie
    musieliśmy planować, co robimy w pracy z dokładnością do godziny i potem
    odznaczać kolorami, co zrobiliśmy, co nie, i dlaczego).
    Mam wrażenie, że gdybym tylko znalazła sposób na "pozytywne" zaplanowanie dnia i
    potrafiła wprowadzić je metodą jakichś małych kroków np. zrobię rano to i to,
    wyślę, załatwię sprawę do południa. Czy psychiatra mi w tym pomoże?
    Czy pomoże mi w ustaleniu zasad, które mogłabym przestrzegać, nie stresując się
    ewentualnymi porażkami? Teraz często zarywam noce, odrabiając godziny
    wcześniejszej bezczynności.
    Dlaczego sytuacja nie wydaje mi się dramatyczna?
    Ponieważ kiedy czytam opisy na forach, wydaje mi się, że ludzie mają o wiele
    większe i poważniejsze problemy. Ja na przykład nigdy nie doświadczyłam
    negatywnych skutków manii - nigdy nie narobiłam długów, nawet przy przypływach
    gotówki nigdy się nie spłukałam, potrafię minimalizować własne potrzeby (prawie
    nie kupuję sobie ubrań). To przychodzi mi bardzo łatwo.
    Czytam takie terminy jak epizod maniakalny i nie potrafię się z tym utożsamić,
    to znaczy nie potrafię znaleźć cezury, policzyć godzin czy też dni (czasem
    miewam huśtawkę nastrojów w ciągu jednego dnia).
    Jeśli natomiast chodzi o pisanie podczas manii, to tutaj również nigdy nie
    doświadczyłam żadnych negatywnych skutków. Wręcz przeciwnie - większość tego, co
    wtedy piszę, bywa doceniane.
    To prawda, że pisanie jest ciężką pracą, ale prawdą jest też, że czasem łatwość
    pisania przekłada się na łatwość czytania.
    Widzę to, kiedy czytam moje teksty - fragmenty "przepracowane" są zwykle
    miałkie, wyłażą z nich "szwy", a kiedy próbuję je poprawiać, jest coraz gorzej.
    To, co napisałam podczas manii, czyta się jednym tchem - wszystkie partie są
    wciągające, lekkie, "szybkie". Nie jest to tylko moja opinia - tak oceniają je
    również moje korektorki, wykładowcy, przyjaciele i znajomi.
    Korekta jest najgorsza - mówi sama za siebie. Tam, gdzie musiałam włożyć w to,
    co piszę, sporo trudu, teksty upstrzone są komentarzami, wątpliwościami, pytaniami.
    Tam, gdzie pisałam, "jak leciało", często nie ma ani jednego komentarza przez
    wiele, wiele stron.
    Aha, używałam słowa "mania" jeszcze zanim dowiedziałam się o CHAD. Rozumiałam je
    tak, jak przedstawia to Platon w Ionie - jako natchnienie, które nie jest
    zasługą twórcy, lecz darem zsyłanym przez bóstwo.
    Chodzi mi o to, że przez wiele słowo "mania" nie niosło ze sobą żadnych
    negatywnych skojarzeń.
    Dopiero później zaczęłam czytać o depresji, a potem (bo depresja nie tłumaczyła
    tych okresów szczęśliwości i intensywnej pracy, które przeżywałam) natrafiłam na
    termin CHAD.
    Teraz nie wiem, co właściwie powinnam zrobić. Pisaliście, że powinnam udać się
    do psychiatry. Cóż, mieszkam w mieście prowincjonalnym - takiej stutysięcznej
    wsi, która niekiedy bywa bardzo ciasna.
    Mam też inny problem - póki co wolałabym nie martwić rodziców - mamy w rodzinie
    dość problemów zdrowotnych - bynajmniej nie moich, choć cierpię również na
    Hashimoto.
    Co naprowadziło mnie na szczęśliwą myśl, by przed pójściem do psychiatry,
    sprawdzić najpierw TSH i zrobić USG tarczycy (jest mała i "niejednorodna").
    Istnieje możliwość, że Euthyrox 75 już mi nie wystarcza.
    Sprawdzę to i zobaczę, co dalej. Potem ewentualnie spróbuję poszukać tu psychiatry.
    Raz jeszcze dziękuję za poświęcony mi czas i uwagę. To dla mnie wiele znaczy.
    Wiem, że nie jesteście lekarzami, ale przynajmniej dowiedziałam się, że to nie
    "wyczytana w necie" hipochondria.
    Dzięki!

  • chattetoutenoire 16.03.10, 00:29
    Czytam ten wątek i może przyda się moja wypowiedź, bo czuję jakbyś opisywała trochę też mnie, wcale nie siebie...
    Bardzo często swoje doły opisywałam "bo ja mam taki beznadziejny charakter, to moja osobowość, nie choroba". Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że to może nie być moja wina. I znajdowałam mnóstwo wymówek by nie iść do psychiatry, nawet, że sama sobie poradzę skoro ma to być już ta depresja. Do tej pory czasem się łapię w największym dole, że oskarżam się o to, że leniwa jestem.
    Te zasady które na siebie nakładasz, może one mają dać Ci tylko poczucie, że panujesz nad sytuacją? A jeśli odpowiedź brzmi "tak" to czy w takim razie chcesz coś zmienić?
    Piszesz, że nie chcesz martwić rodziny więc nie pójdziesz do psychiatry. A jak byś miała przewlekłe zapalenie, nie wiem, dróg moczowych, to byś nie poszła do urologa, by nikogo nie martwić? Pójście do psychiatry nie oznacza od razu, że jesteś osobą, której należy się ubezwłasnowolnienie, która ma ograniczone prawa czy coś podobnego. Jeśli chodzi o psychiatrów to wolę ich dużo bardziej od psychologów. Po prostu u lekarza liczą się konkrety: jakie są objawy, czy już jest to choroba, czy należy to leczyć lekami czy tylko psychoterapia (i jakiej szkoły) wystarczy. Oczywiście jednak taki wywiad trwać powinien dłużej niż u lekarza rodzinnego osłuchanie pleców i zajrzenie w gardłowink
    Co do manii też nie doświadczyłam nigdy negatywnych skutków (znów mam podobnie...) Najgorze co zrobiłam to naobiecywałam ludziom duuuuuużo rzeczy, wszystko na szczęście dało się poodkręcać. Zauważam jednak, że każdy kolejny rzut choroby jest mocniejszym odchyłem w dół lub górę, dłużej dochodzę do siebie itd.
    Aha, taka metoda małych kroków jakiej byś chciała to zadanie dla terapeuty. Takimi metodami posługuje się częściej szkoła behawioralna chyba.
    --
    Gdy się miało szczęście, które sie nie trafia:
    czyjeś ciało i ziemię całą,
    a zostanie tylko fotografia,
    to-to jest bardzo mało...
  • drugikoniecswiata 16.03.10, 02:05
    > Trochę się wystraszyłam na wzmiankę o psychiatrze.

    Nie gryzie, nie pluje jadem, nie wsadza w kaftan na dzień dobry. Naprawdę nie. I
    czułki nie rosną ani od wizyty, ani od leków. Mnie przynajmniej jeszcze nie
    urosły wink

    > Raz poszłam do psychologa, i,
    > prawdę mówiąc, wyszłam stamtąd z poczuciem porażki.
    > To znaczy miałam wrażenie, że ta sesja w ogóle mi nie
    > pomogła - poryczałam się tylko, kobieta nie miała mi
    > nic sensownego do powiedzenia - to znaczy żadnej praktycznej
    > porady, co dalej.

    Rolą terapeuty nie jest udzielanie rad, tylko towarzyszenie ci w docieraniu do
    przyczyn tego, co się dzieje i wypracowaniu strategii radzenia sobie [różnie w
    zależności od rodzaju terapii]. Jedna sesja u psychologa nie ma szansy pomóc.
    Antybiotyk też musisz zwykle brać przez 2 tygodnie, a nie łyknąć go raz, a gipsu
    z nogi nie zdejmiesz po 1 dniu. Terapia krótkoterminowa to zazwyczaj ok. 12
    sesji. Terapia długoterminowa to 3-5-7 lat. Naprawdę pomaga, naprawdę dużo
    zmienia, serdecznie namawiam - niezależnie od diagnozy lub jej braku.

    > Wyszłam od kobiety i miałam poczucie,
    > że muszę się wziąć w garść, bo tylko ja
    > decyduję o moim życiu.

    święta prawda, święte słowa! i dobrze, że masz tego świadomość. co nie znaczy,
    że nie możesz skorzystać z pomocy. kran i pralkę też sama naprawiasz, czy wołasz
    hydraulika? czy to coś zmienia w kwestii decyzyjności?

    > Mam wrażenie, że o wiele więcej zyskałam sama narzucając
    > sobie zasady - jak z tym nieszczęsnym mailem czy telefonami.

    Masz całkiem słuszne wrażenie - to jest bardzo, bardzo potrzebne i bardzo
    podziwiam to, co napisałaś o mailu i nieuciekaniu (też mam na koncie
    "zniknięcie" na gruncie zawodowym i do dziś kaca moralnego). Żadne leki nie
    załatwią poczucia odpowiedzialności za własne życie i jeśli masz tego świadomość
    to to jest bardzo dużo! Jest mnóstwo osób, które łykają leki, przemieszkują w
    szpitalach i czekają, że życie samo im się ułoży. A ono się nie ułoży i już.

    Tyle, że w depresji taki samodzielny reżim jest bardzo trudny. Może warto
    wesprzeć się - albo lekami, albo, jeśli uważasz, że radzisz sobie bez nich -
    terapią poznawczo-behawioralną. Tam masz szanse nauczyć się konkretnych
    strategii radzenia sobie.

    > Mam wrażenie, że gdybym tylko znalazła sposób na
    > "pozytywne" zaplanowanie dnia i potrafiła wprowadzić
    > je metodą jakichś małych kroków np. zrobię rano to i to,
    > wyślę, załatwię sprawę do południa. Czy psychiatra mi w tym pomoże?

    Raczej nie. W tym ci pomoże terapeuta poznawczo-behawioralny. Psychiatra
    zdiagnozuje bądź wykluczy depresję / chad i zaproponuje leczenie farmakologiczne
    bądź odpowiedni rodzaj terapii (przynajmniej w teorii). Decyzje dotyczące
    leczenia podejmujesz wspólnie z lekarzem i to nie powinna być fikcja.

    > Czy pomoże mi w ustaleniu zasad, które mogłabym
    > przestrzegać, nie stresując się ewentualnymi porażkami?
    > Teraz często zarywam noce, odrabiając godziny
    > wcześniejszej bezczynności.

    Kup sobie książkę Moniki Ramirez-Basco "Zaburzenia afektywne dwubiegunowe -
    podręcznik pacjenta". Tam znajdziesz tego typu informacje, ćwiczenia,
    podpowiedzi. Na dobry początek. A potem terapia, terapia, terapia! I docelowo
    polecam długoterminową.

    > Dlaczego sytuacja nie wydaje mi się dramatyczna?
    > Ponieważ kiedy czytam opisy na forach, wydaje mi się,
    > że ludzie mają o wiele większe i poważniejsze problemy.
    > Ja na przykład nigdy nie doświadczyłam
    > negatywnych skutków manii -

    I dobrze, i dobrze, i dobrze, że nie!
    Są 2 zasadnicze przebiegi chad:

    typ I, z przewagą manii, z "pełnymi" epizodami maniakalnymi - czyli okresami w
    zasadzie totalnej utraty kontaktu z rzeczywistością. To wtedy ludzie biorą
    kredyty i popadają w długi, rozwodzą się, zdradzają partnerów, przeprowadzają i
    Bóg wie co jeszcze.

    typ II, bardziej depresyjny - głębokie, kilkumiesięczne depresje i krótsze,
    parutygodniowe okresy hipomanii, czyli manii łagodnej, twórczej, raczej nie
    destruktywnej.

    Kiedyś trzymano się sztywno tego podziału, teraz raczej się od niego odchodzi
    dostrzegając multum innych wariantów. Choćby tzw. rapid cycling - fazy krótsze i
    częściej występujące. To co opisujesz z daleka wygląda na chad II rapid cycling
    - ale być może nim nie jest. Trzeba poobserwować.

    > mieszkam w mieście prowincjonalnym - takiej stutysięcznej
    > wsi, która niekiedy bywa bardzo ciasna.

    To jest ci "trochę" trudniej niż komuś, kto mieszka w dużym mieście - ale przy
    odrobinie samozaparcia na pewno się uda. Są tu osoby które mieszkają w małych
    miastach i się leczą. Radziłabym tylko od razu wyrzucić przez okno argumenty w
    stylu "co ludzie powiedzą". To twoje życie, twoje zdrowie, twój komfort, nic
    nikomu do tego. Rodzicom nie musisz mówić, ale i nie musisz przed nimi ukrywać.
    Powoli, spokojnie.

    > Co naprowadziło mnie na szczęśliwą myśl,
    > by przed pójściem do psychiatry,
    > sprawdzić najpierw TSH i zrobić USG tarczycy
    > (jest mała i "niejednorodna").
    > Istnieje możliwość, że Euthyrox 75 już mi nie wystarcza.
    > Sprawdzę to i zobaczę, co dalej.
    > Potem ewentualnie spróbuję poszukać tu psychiatry.

    Rozmawiając z endokrynologiem powiedz mu o tych psychiatrycznych podejrzeniach,
    i vice versa.

    Ja mam jeszcze jedną sugestię - zacznij obserwować się prowadząc
    tzw. dzienniczek nastroju [zaznaczasz codziennie samopoczucie w skali powiedzmy
    od -5 do +5, notując przy okazji istotne wydarzenia i okoliczności towarzyszące,
    np. spanie lub nie, miesiączkę, itd].
    Są gotowce w sieci, ale dość rozbudowane, np
    www.dbsalliance.org/pdfs/tracking.pdf
    równie dobrze możesz to robić wg własnego klucza, prościej
    - ważne, żeby zacząć się temu przyglądać.

    > Wiem, że nie jesteście lekarzami, ale przynajmniej
    > dowiedziałam się, że to nie
    > "wyczytana w necie" hipochondria.

    a swoją drogą tego to nikt z nas nie wie smile

    Ufff, to był długi post... Ale rozumiem twoje pogubienie, ja też trafiłam tu bez
    diagnozy, w zasadzie w trakcie własnoręcznego jej stawiania. Odezwij się
    jeszcze, trzymamy kciuki!

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 16.03.10, 23:32
    Znów winna jestem podziękowania.
    Myślę, że prowadzenie dziennika nastroju to dobry pomysł. Przejrzałam wzór, który mi podesłałaś i postanowiłam ułożyć własny.
    Oto co mi wyszło:
    kategorie""""""""""""poniedziałek """""""""""""""""""""wtorek
    Samopoczucie (-5 do 5)""-3""""""""""""""""""4 (rano), -1 (południe),
    zdrowie """""""Uporczywy ból głowy""""""""""""""""Uporczywy ból głowy
    Długość snu"""""""""""""4 h""""""""""""""""""""""""""6 h
    Przyjęte leki"""""""""Euthyrox 75""""""""""""""""""Euthyrox 75
    Wypity alkohol""""""""""0""""""""""""""""""""""""""""0
    Aktywność fizyczna""""""""""0.5 h spaceru""""""""0.5 h spaceru
    Czynniki pozytywne"""""""""""""+""""""""""""""""""""+ +
    Czynniki negatywne"""""""""""""""+""""""""""""""""""""+
    Objawy manii/hipomanii?:
    „Buzowanie”"""""""""""""""""""""-""""""""""""""""""""+++ (rano)
    Konstruktywne wykorzystanie „buzowania” -"""""Odkurzyłam i wymyłam podłogę, „odkręciłam” popełniony w pracy błąd, poszłam do biblioteki pisać „zaległą” pracę podyplomową (efekt pracy – 755 słów – więcej niż w ciągu trzech minionych tygodni), napisałam maila, upominając się o zaległą zapłatę (wszystko we wtorek)
    Puszenie się/błyszczenie"""""""""""""-"""""""""""""-
    Objawy depresji:
    Niekontrolowane oglądanie tv""""""""+""""""""""""""""""""-
    Niekontrolowane jedzenie""""""""""""+""""""""""""""""""""-
    Niekontrolowane buszowanie w sieci""+""""""""""""-
    Niekontrolowane czytanie książek"""""+""""""""""""-
    Niekontrolowane wcielanie się w wymyślone postacie z książek """"""""""""""""""""""""""""""""""""+""""""""""""""""-
    Zaleganie ubrań"""""""""""""""""""""+""""""""""""""""+
    Brak dbałości o wygląd""""""""""""""+""""""""""""""""+
    „Myki”""""""""""""""""""""""""""""""+""""""""""""""""+

    Gwoli wyjaśnienia: "buzowanie" to coś jak śruba bez kropli alkoholu
    tzw. "myki" - poczucie "umykania" pewnych rzeczy np. zapominanie, gdzie położyłam klucze, ale też trudności z przypomnieniem sobie pewnych słów, pojęć, terminów.
    Tak to sobie ułożyłam - co o tym myślisz?
  • drugikoniecswiata 16.03.10, 23:58
    Po tym co napisałaś widać, że rozumiesz, o co chodzi i wiesz, na co u siebie
    zwrócić uwagę. To ty jesteś ekspertem, naprawdę. Cała reszta wyjdzie w praniu,
    jak wszystko wink

    Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że gdy rubryczek jest za dużo to łatwo się
    zniechęcić, więc jeśli nie będziesz miała co dzień siły na wypełnianie
    wszystkich, to wtedy odhacz chociaż podstawę, czyli nastrój + ew. co mogło na
    niego wpłynąć. No i cykl, to ważne.

    Ja miałam takie małe notesiki, każdy dzień na innej kartce. wypisywałam hasłowo
    co robiłam (pełniło funkcje kalendarza przy okazji), dzień cyklu, leki, spanie,
    nastrój. Pod koniec miesiąca rysowałam wykres. No i były strony, które aż pękały
    w szwach od spraw do załatwienia / załatwionych, były takie, na których był
    jeden wielki gryzmoł albo nic, co też mówiło samo za siebie.

    Nie jestem mistrzem systematyczności, czasem wypełniałam wstecz, wtedy
    oczywiście głównie byłam w stanie odtworzyć najpierw wydarzenia, a potem
    samopoczucie. Tak naprawdę dopiero taka kilkumiesięczna obserwacja (+ terapia,
    na którą chodziłam 2x w tygodniu) pozwoliły mi a) postawić definitywną diagnozę
    b) nauczyć się tego pijanego rytmu na tyle, by jakoś w nim funkcjonować. Z
    naciskiem na jakoś.

    Wracając do pytania - wzór i kategorie mało istotne, ważna idea i nawyk
    samoobserwacji.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 16.03.10, 22:57
    Jeżeli to rzeczywiście CHAD to pomysł radzenia sobie bez psychiatry jest raczej niezbyt mądry (żeby nie powiedzieć dosadniej) CHAD to poważna choroba, nieleczona się nasila.

    Natomiast gdy jest leczona bywa, że jedynym przypomnieniem, że się na nią choruje jest łykanie pigułek.

    Wprawdzie bardzo rzadko, ale tez się zdarza, że można odważyć się na funkcjonowanie bez leków (oczywiście jeżeli lekarz widzi taką mozliwość).

    Co do hipomanii (taka lżejsza odmiana manii) to zdarza się, ze są one niemal niezauważalne.

    U mnie nikt ich nie dostrzegał przez kilkanaście lat.

    Zupełnie nie odpowiadały temu co mozna znalesć w podręcznikach psychiatrii (i nie odpowiadają w dalszym ciągu).

    Hipomania to u mnie to:

    # większa łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi

    # wieksza niż zazwyczaj (chociaż nie nadmierna) potrzeba tych kontaktów,

    # zwiekszenie możliwości intelektualnych,

    # błyskotliwość,

    # wyostrzony dowcip

    # dobry humor,

    # optymizm (wcale nie jakis wybujały - tyle, ze wyraźnie odstający od mojej "normy")

    # wieksza aktywność

    # zdolność do radzenia sobie ze sprawami, które wcześniej zdawały się mnie przerastać

    Generalnie same plusy.

    Nigdy, żadna hipomania nie spowodowała u mnie najmniejszych komplikacji życiowych.

    Z rzadka tylko zdarza mi się, że szybkość myslenia i przerzutność uwagi oraz zajmowanie się kilkoma sprawami równoczesnie sprawia, ze zaczynam się gubić.

    Więc w czym problem?

    W zasadzie jeżeli chodzi o hipomanie to w niczym.

    Tylko, że ich obecnosć to ważna wskazówka mówiąca o tym czym spowodowane są moje depresje i jak je nalezy leczyć.

    Niepowodzeniem wizyt u psychologa się nie przejmuj. To częste.
    Poza tym bardzo często terapeuci nie wiedząc w czym problem próbują prowadzić psychoterapię tak jakby się miało nerwicę lub problemy osobowościowe. A tutaj trzeba zupełnie innego podejścia.

    Zadajesz pytania "Czy psychiatra mi w tym pomoże". Nie, nie pomoże Ci.

    Natomiast lekami jest w stanie doprowadzic funkcjonowanie twojego mózgu do takiego stanu, ze te rzeczy nie będą sprawiały Ci większych trudności niż przeciętnemu człowiekowi.

    Resztę musisz oczywiście zrobić sama i jestem pewna, ze wiesz jak i potrafisz to zrobić.
  • drugikoniecswiata 17.03.10, 00:21
    Przecież nikt nie mówi o radzeniu sobie bez psychiatry, tylko o tym, że w
    _lżejszych_ przypadkach można (a moim zdaniem wręcz należy) rozważyć zyski i
    straty wynikające z przyjmowania leków. Jestem wrogiem generalizowania
    jakiegokolwiek, jednostka chorobowa nie jest nadrzędna względem jednostki
    ludzkiej, a lekarz nie jest Panem Bogiem.

    Ja osobiście uważam, że jeśli depresja nie trwa długo, nie odbiera całej radości
    życia i nie uniemożliwia funkcjonowania, a hipomanie są _wyłącznie_ pozytywne -
    to warto zacząć od terapii poznawczo-behawioralnej i zobaczyć, czy to nie
    wystarczy. Takie jest moje zdanie z perspektywy 7 lat leczenia, wielu lektur,
    rozmów z lekarzami i 3,5 roku psychoterapii.

    To nie jest prawda, że nie można funkcjonować bez leków, bo przecież istnieje
    coś takiego, jak populacja chadowców niezdiagnozowanych i w związku z tym
    nieprzyjmujących leków, i nie wszyscy oni zaludniają przytułki i domy pomocy
    społecznej. Prawdą natomiast jest, że dobrze dobrane leki często ułatwiają
    funkcjonowanie, i że jeśli choroba dezorganizuje życie, to heroizm w tej kwestii
    donikąd nie prowadzi.

    Co do psychoterapii, to jak wiadomo są różne szkoły i różne oczekiwania. Jeśli
    ktoś chce tylko i wyłącznie lepiej radzić sobie z objawami, to potrzebuje
    terapii poznawczo-behawioralnej ukierunkowanej na pracę z pacjentami cierpiącymi
    na chad (konia z rzędem temu, kto tak "wyspecjalizowaną" terapię znajdzie w
    niewielkim polskim mieście).

    Jeśli ktoś tak jak ja uważa że chadowiec przede wszystkim jest człowiekiem i że
    objawy są zakorzenione w jego życiu, relacjach i mają swoje nie tylko organiczne
    przyczyny - będzie szukał po prostu dobrej, długoterminowej terapii i już.
    Sądzę, że chad niewspółistniejący z problemami osobowościowymi to duża rzadkość.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 17.03.10, 19:35
    > Sądzę, że chad niewspółistniejący z problemami osobowościowymi to duża rzadkość.

    Ciekawa jestem dlaczego tak sądzisz, jakie jest źródło twojego przeświadczenia, ze tak własnie jest. To nie jest pytanie kwestionująco-zaczepne tylko konkretne i rzeczowe. Chciałabym wiedzić czy tak przypuszczasz na przykładzie obserwacji czy rozmawiałaś o tym z lekarze/psychologiem czy moze cos na ten temat czytałaś?

    Co do reszty - oczywiści, że są ludzie, którym psychoterapia wystarcza.

    Tylko wydaje mi się, ze mimo wszystko o tym czy mozna czy nie mozna prowadzić "CHAD" bez leków chyba jednak powiniem decydować lekarz.

    Inna sprawa, że tak jak większość psychologów z nieufnością podchodzi do leczenia farmakologicznego tak większość psychiatrów jest entuzjastami farmakoterapii.

    I trudno znaleść takiego z którym na spokojnie mozna by porozmawiać o życiu bez leków.
  • corka_1 17.03.10, 21:30
    awanturka napisała:
    > > Sądzę, że chad niewspółistniejący z problemami osobowościowymi to duża rz
    > adkość.
    >
    > Ciekawa jestem dlaczego tak sądzisz, jakie jest źródło twojego przeświadczenia,
    > ze tak własnie jest. To nie jest pytanie kwestionująco-zaczepne tylko konkretn
    > e i rzeczowe.

    Wprawdzie pytanie nie do mnie, ale spróbuję na nie intuicyjnie odpowiedzieć. Jak wiadomo, choroba psychiczna utrudnia człowiekowi życie i rodzi konflikty z otoczeniem. Dlatego jednostka próbuje sobie jakoś z tym radzić wykształcając w sobie określone cechy charakteru, nie zawsze pożądane i przystosowawcze.

    Podobnie zresztą z podobnych powodów zaburzenia osobowości obserwuje się często u osób zdrowych, ale z ogólnie trudnymi warunkami życia czy też trudnym dzieciństwem.

    Z chorobami psychicznymi współwystępują jeszcze uzależnienia od alkoholu czy narkotyków również z tego samego powodu - jednostka próbuje sobie jakoś radzić ze swoim złym samopoczuciem wszelkimi dostępnymi jej w danym momencie sposobami.
  • daikte 17.03.10, 21:57
    Nie miałam trudnego dzieciństwa.
    Nie miałam trudnych warunków - wręcz przeciwnie.
    Jedyne, co rzeczywiście odróżniało mnie od większości rówieśników to niczym
    nieskrępowana wyobraźnia.
  • awanturka 18.03.10, 16:12
    Ja też miałam udane dzieciństwo (przynajmniej w potocznym rozumieniu tego słowa - moja choroba zaczęła sie już wtedy).

    I też ogromną wyobraźnie i do tego zadziwiającą zdolność silnego reagowania emocjonalnego na sprawy sytuacje rodzące się w mojej wyobraźni.

    Świat rzeczywisty i ten wyobrazony był co najmniej równie intensywnie a może i ten drugi bardziej intensywnie (wcale nie dlatego, ze mieszały mi się te dwa światy - tak nie było)


  • corka_1 18.03.10, 20:53
    daikte napisała:

    > Nie miałam trudnego dzieciństwa.
    > Nie miałam trudnych warunków - wręcz przeciwnie.

    Eh, źle mnie zrozumiałyście. Wyróżniłam dwie hipotetyczne sytuacje mogące spodowodać zaburzenia osobowości:

    1. Zdrowi w trudnych warunkach.
    2. Chorzy psychicznie w obojętnie jakich warunkach - sama choroba jest trudną sytuacją dla samego chorego, a przy okazji dla jego otocznia.

    Ty kwalifikujesz się do sytuacji 2. Gdyby choroba a raczej twój stan emocjonalno-umysłowy istniejący od co najmniej kilku lat (bo diagnozy jeszcze nie masz, tylko podejrzenia) nie rodziła dla ciebie żadnych trudności, to nie założyłabyś tutaj wątku na ten temat. Po prostu nie byłoby problemu.

    Choroba psychiczna zawsze zmienia osobowość, u jednych mniej, u drugich bardziej, niestety najczęściej w kierunku negatywnym.

    Zdarzają się pozytywne zmiany, ale najczęściej dopiero po wielu, wielu latach leczenia, terapii itd. W gruncie rzeczy te pozytywne zmiany widzieć należy raczej jako następstwo sukcesu pomyślnego i czasochłonnego procesu leczenia, a nie jako skutek samej choroby jako takiej.

    Poważna choroba somatyczna zresztą też może powodować zaburzenia osobowości, ale to już temat nie na to forum. Nawet mniej poważna choroba, ale uciążliwa, np. bóle migrenowe, może zmienić osobwość i funkcjonowanie człowieka.
  • daikte 18.03.10, 21:01
    Dzięki.
    Czy wiesz może, jaki rodzaj choroby somatycznej może wywołać CHAD?
  • corka_1 18.03.10, 21:22
    daikte napisała:
    > Czy wiesz może, jaki rodzaj choroby somatycznej może wywołać CHAD?

    Nie jestem kompetentna w tym zakresie.
  • awanturka 20.03.10, 11:26
    CHAD jako taki - żaden - natomiast objawy podobne do CHAD z tego co mi wiadomo choroby tarczycy i nadnerczy - co poza tym nie wiem
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 14:40
    Ja sądzę, że jeśli jakaś choroba powoduje objawy podobne do chad, to w pewnym
    momencie te objawy spokojnie mogą zacząć żyć własnym życiem - wg hipotezy z
    postów wyżej będzie to czynnik wyzwalający chorobę.

    A tak naprawdę to nie wiadomo, i już. Jeszcze nie rozgryźliśmy wszystkich
    zagadek kosmosu, niestety/na szczęście.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 14:42
    No i jeszcze - każda choroba somatyczna osłabia organizm jako całość. Co również
    może być okolicznością sprzyjającą pojawieniu / ujawnieniu się innej choroby.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 20.03.10, 20:16
    Pewnie tak. Niegłupio piszesz (moim skromnym zdaniem).
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 20:38
    dzięki smile

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 18.03.10, 16:17
    Objechałam Cię w innym wątku bo zdenerwowałaś mnie maksymalnie i tego nie odszczekuję.

    Natomiast to co tu piszesz jest niegłupie.

    To nie znaczy, ze myslę, że masz rację - to znaczy tyle, ze zdaje sie miec ręce i nogi.

    Co do tego wątku w którym Cię objechałam - wyjasniam jeszcze raz - nie znoszę jak ktoś inetresuje się moją chorobą bo jest to "megaciekawe".
  • drugikoniecswiata 18.03.10, 14:09
    W kwestii drugiej - nie spotkałam jeszcze terapeuty, który kwestionowałby
    zasadność leczenia farmakologicznego (raczej większość uważa, że jak trzeba, to
    trzeba - kwestionują co najwyżej skuteczność leczenia WYŁĄCZNIE
    farmakologicznego), za to psychiatrów, którzy nie wypiszą recepty "na wszelki
    wypadek" sądzę, że jest mało.

    Ja sądzę, że decyzję podejmuje pacjent, który we WŁASNYM INTERESIE powinien
    robić to W POROZUMIENIU z MĄDRYM lekarzem. Ale jednak w tej kolejności - bo w
    ostatecznym rozrachunku to my łykamy te prochy, nie lekarz, i my jesteśmy z
    życia zadowoleni lub nie. "Wolność to to, na co mam ochotę i co nie szkodzi
    drugiemu" - chyba tak to szło.

    Co do osobowości. Jeśli pytasz o to, czy czytałam wyniki badań badających
    korelację między zaburzeniami osobowości a występowaniem chorób psychicznych -
    nie. Nie sądzę, by takie badania były prowadzone, bo zagadnienie jest zbyt
    szerokie, choć myślę, że fragmentarycznie się je bada.

    Natomiast mam w tej chwili dość sprecyzowane poglądy na, nazwijmy to, filozofię
    człowieka w aspekcie zdrowia i choroby. Bo to jest kwestia filozofii, podejście
    czysto biologiczne również jest opowiedzeniem się po stronie jakiejś określonej
    wizji człowieka - ja wyznaję inną. Te poglądy zbudowałam w sobie przez 7 lat
    chorowania, własnoręczne stawianie diagnozy, a co za tym idzie - żmudnych
    poszukiwań, prób zrozumienia.

    Dużo rozmawiałam z moją lekarką (przez 5 lat leczyłam się u babki, która jest
    również terapeutką, wizyty u niej trwały godzinę, nie 10 min i nie ograniczały
    się do wypisywania recept, choć z definicji nie były terapią jako taką), no i
    3,5 roku chodziłam na psychoterapię. W tym czasie równolegle czytałam, zarówno
    rzeczy medyczne, jak i psychologiczne. Nie podam przypisu do konkretnej książki
    i strony, bo - tak jak próbuję to wyartykułować - wszystko to razem złożyło się
    na moje takie a nie inne rozumienie choroby. Ale nie są to poglądy wyssane z palca.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 18.03.10, 16:00
    Zozumiałam, dziękuję.

    Wytumacz mi jeszcze jak to według Ciebie jest, ze to współistnieje - czy ludzie z zaburzeniami osobowości częściej na CHAD zapadają (zaburzenia osobowości są źródłem stresu - stres katalizatorem choroby) czy na odwrót - choroba przyczynia się do powstawania zaburzeń osobowości (na zasadzie jak to wyłożyła moim zdaniem wcale niegłupio córka_1).

    Co do mnie to prawdę mówiąc nie mam na ten temat zdania (choć sporo nad tym myslałam). Co do mnie miedzy 16-19 rokiem zycia opinia psychologów brzmiała "osobowosć niedojrzała, z cechami osobowości bierno-zależnej" potem już kilkakrotnie: "osobowosć prawidłowa". Ale mam do tych orzeczeń (zarówno do pierwszego jak i następnych)stosunek... delikatnie mówiąc ostrożny.
  • drugikoniecswiata 18.03.10, 14:26
    cd

    reasumując, bo chyba wiele z poprzedniego postu nie wynika - sformułowane przeze
    mnie stanowisko jest intuicyjne, ale jest to intuicja zbudowana na konkretnych,
    dość głębokich poszukiwaniach.

    co do przyczyn chad było tu

    forum.gazeta.pl/forum/w,15184,101177218,,Przyczyny_choroby.html?v=2
    Częściowo zgadzam się z tym, co napisała córka1, tyle, że ja odwracam kolejność.
    Uważam, że czynniki osobowościowe, po części wrodzone, po części ukształtowane w
    dzieciństwie, sprawiają, że pojawiają się warunki sprzyjające wyzwoleniu choroby
    u osób posiadających ku temu predyspozycje genetyczne.

    last but not least

    Nie jest nowością, że na forum zarysowują się zwykle dwa stanowiska, i że więcej
    osób reprezentuje poglądy ostro biologiczne. Po pierwsze, odzwierciedla to
    poglądy polskich psychiatrów, po drugie - może nie powinnam tego pisać, ale tak
    sądzę - jest łatwiejsze i wygodniejsze, bo zdejmuje z nas odpowiedzialność.

    Czasem się zastanawiam, dlaczego z uporem maniaka piszę tu, co myślę, wiedząc,
    że jest to niepopularne i że większość osób pewnie tak nie sądzi [choćby w
    kwestii psychoterapii]. Chyba dlatego, że odkrycie faktu, że psychiatria nie
    jest monolitem i że u jej podstaw stoi (choćby nieświadoma) określona filozofia
    człowieka - po pierwsze zajęło mi parę długich lat, a po drugie - wyzwoliło z
    poczucia beznadziei i rezygnacji, w jakie wpędziła mnie lektura dostępnych na
    rynku 10 lat temu książek o depresji.

    odpowiedziałam?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 18.03.10, 16:26
    Bardzo rzeczowo i konkretnie odpowiedziałaś.
    Jeszcze raz dziękuję.

    Co do mnie - to widzę jak bardzo rózne osobowościowo osoby w rodzinie mojego ojca zapadły na tą chorobę (a wiem o wielu takich osobach, coś kilkunastu - jak to mozliwe? - pisałam kiedys - jak będzie trzeba skieruję do odpowiedniego wątku) to mi się raczej wydaje, że czynniki osobowościowe graja mniejszą rolę.

    Ale moich dośweń nie chcę uogólniać i nie chcę z tego wyciągać jakichś stanowczych wniosków.


  • drugikoniecswiata 19.03.10, 00:12
    Do ujawnienia się choroby dochodzi przy współistnieniu min. 2 z 3
    czynników:
    1. geny
    2. środowisko (wychowanie, atmosfera i role w szkole, pracy)
    3. czynnik wyzwalający

    Z tego co wiem, predyspozycje osobowościowe mieszczą się częściowo w 1.,
    częściowo w 2, przy czym o ile dobre środowisko może zniwelować niekorzystne
    predyspozycje genetyczne, o tyle w drugą stronę działa to dużo rzadziej. [to
    jest zbadane]

    No i teraz te 3 czynniki mogą występować w różnych kombinacjach i proporcjach.
    Jeżeli miałaś w rodzinie tyle osób chorujących na chad, to należy sądzić, że
    czynnik genetyczny jest bardzo mocny. Do wystąpienia choroby był potrzebny
    jeszcze drugi czynnik - albo niekorzystne środowisko [co, jak piszesz, nie miało
    miejsca], albo tzw. czynnik wyzwalający - którym może być np. większy stres,
    osłabienie organizmu dłuższą chorobą, itd itp. Jeśli predyspozycje genetyczne są
    b. silne, wtedy stresor może być relatywnie niewielki; ale równie dobrze może
    być odwrotnie - u kogoś z dużo słabszą predyspozycją genetyczną lub wręcz bez
    niej duży stresor może wywołać chorobę.

    Nie wiem, ale chyba gdzieś mi zjadło post, w którym zlinkowałam jeszcze jeden
    fajny stary temat (a w nim moje słuszne poglądy na wszystko). W tym poście
    pisałam też o pomyśle mojej lekarki:
    forum.gazeta.pl/forum/w,15184,100406315,100445220,Re_Pytanie.html

    Kolejną sprawą jest, że choroba powoduje konieczność wytworzenia strategii
    radzenia sobie z nią. Te strategie niekoniecznie są konstruktywne, co dalej
    doprowadza do wyuczonych reakcji nasilających objawy choroby. Co powtórzone x
    razy z pewnością może prowadzić do wystąpienia lub pogłębienia zaburzeń
    osobowości - w tym sensie to co pisze córka1 jest jak najbardziej słuszne. Tyle,
    że ja tu nie widzę ALBO-ALBO. To jest dużo bardziej złożone, a granice są raczej
    nieostre i wiele rzeczy się przenika.


    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 19.03.10, 20:46
    Tak, tak to pewnie własnie wygląda...

    I psychoterapia jest tu bardzo ważna (ze względu na tą drugą ewentualność tzn choroba => nie korzystne zmiany osobowoci).


    Z tym, że niestety nie udało mi sie spotkać psychoterapeuty, który znalazłby jakąś sensowny sposób prowadzenia psychoterapii i znalezienie jakiegoś złotego środka, jakiejś równowagi

    - albo nie brano w ogóle pod uwagę tego, że choruję i że to rodzi specyficzne problemy których nie mają osoby zdrowe, albo z kolei traktowano mnie jako osobę tak chorą, że nie mającą wogóle wpływu na własne życie.

    Moje obserwacje - pierwszy sposób podejścia zrobił wiele złego, ale i wiele dobrego. Drugi - właściwie nie zdziałał nic poza samym uczuciem, ze ktoś moją chorobę rozumie (to trochę mało, prawda?).

    Generalnie trafiałam na różnych psychoterapeutów, ale kilku z nich było naprawdę dobrych a mimo to nie potrafili złapać tej równowagi.

    A tak przy okazji - własnie policzyłam - mam za sobą około 1000 godzin psychoterapii (indywidualnej i grupowej oraz tej na oddziałach szpitalnych łacznie).

    Nie wiem czy to wiele dało - ale myslę, że nawet jeżeli dało bardzo nie wiele, jeżeli dało cokowiek - było warto.
  • corka_1 19.03.10, 20:52
    drugikoniecswiata napisała:
    > jeszcze drugi czynnik - albo niekorzystne środowisko [co, jak piszesz, nie miał
    > o
    > miejsca], albo tzw. czynnik wyzwalający - którym może być np. większy stres,

    Dziwi mnie wyróżnianie oddzielnie środkowiska od czynnika wyzwalającego. Przecież to w zasadzie to samo. Jak ktoś przeżywa stres, to przecież zawsze pochodzi on ze środowiska (więc jest to zarazem czynnik środowiskowy).
  • awanturka 20.03.10, 11:25
    Wydaje mi się to zrozumiałe - niekorzystne środowisko (najczęściej rodzinne, ale też inne - rówieśnicze, w pracy) to stres przewlekły. Większy stres to mocny stres jednorazowy - jakieś mocno stresogenne, jednorazowe doświadczenie życiowe - to to drugie drugikoniec świata nazwała wydarzeniem wyzwalającym.
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 14:37
    exact

    Niekorzystne środowisko powoduje takie ukształtowanie osobowości, że jest
    bardziej podatna na chorobę (chociażby przez niewykształcenie umiejętności
    dbania o siebie, stawiania granic, obrony przed agresją...). Teraz żeby doszło
    do ujawnienia się chad musi albo być obecny czynnik genetyczny [i wtedy choroba
    może spaść "z kosmosu"], albo czynnik wyzwalający - trauma, większy wysiłek (np.
    remont, przeprowadzka, zmiana pracy...), różnego rodzaju strata (osoby bliskiej,
    pracy, przyjaźni, związku, zaufania do siebie...).

    Napisałam "z kosmosu" w cudzysłowie, bo w absolutny kosmos nie wierzę, myślę
    raczej, że im większy udział pozostałych czynników (geny, niekorzystne
    środowisko), tym mniejszy musi być potencjalny stresor, to raz - coś, co być
    może byłoby zupełnie bez znaczenia, gdyby inny czynnik występował w mniejszych
    proporcjach.

    Last but not least - czasem odpowiedź na ten stresor pojawia się nie od razu.
    Moja babcia zaliczyła pod koniec życia atak regularnej psychozy i mamy niemal
    pewność, że była to reakcja na wydarzenie, które miało miejsce pół roku
    wcześniej. Moja depresja zaczęła dawać o sobie znać również w co najmniej pół
    roku po zakończeniu traumy. W takich sytuacjach ludzie zwykle rozumują "z tamtym
    sobie poradziłem, a potem depresja przyszła z kosmosu" - to bzdura.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 20.03.10, 18:56
    Czynniki genetyczne... Nic się nie zgadza. W rodzinie wszyscy spokojni,
    opanowani... W ogóle jak pomyślę o rodzicach i, zwłaszcza, dziadkach, gardzę
    sobą tak bardzo, że nie potrafię patrzeć do lustra. Wszyscy to pracowici,
    dzielni ludzi, którzy poradzili sobie w czasach, których ja nie umiem nawet
    sobie wyobrazić... Ogarnia mnie wstyd, gdy pomyślę, ile im zawdzięczam i jak
    mało im od siebie daję...

    Nie mogę tego znieść... tego, że zaprzepaściłam moje życie w pogoni za
    "talentem", który jest jedynie objawem choroby... Oni mi, co gorsza, uwierzyli...
    Talent... od dwunastu godzin nie potrafię sklecić trzech zdań, mając wszystko
    materiały podane przed sobą, jak na tacy... Nie potrafię... Jestem już po
    terminie... To znaczy upłynął dzisiaj... Udaję, że wszystko jest w porządku, ale
    nie potrafię, nie potrafię pisać... Nie wiem, jak wziąć się w garść... Próbuję
    różnych sposób i żaden nie jest dobry... Najchętniej zadzwoniłabym do którejś z
    przyjaciółek, ale nie chcę się narzucać...
    Rodzice wyszli i mogę teraz wyć do woli, ale kiedyś wrócą i nie wiem, co będzie
    bo zjeżdżam, zjeżdżam w dół, coraz niżej i bez żadnego powodu właściwie, nie
    dzieje mi się krzywda, zjeżdżam w dół, to się nie może dobrze skończyć, to się
    skończy źle, trzeba było zdawać na prawo do skutku, jak tak dalej pójdzie,
    skończę pod mostem, wszystko się skończy, wszystko się skończy, wszystko się
    skończy, wszystko się skończy, wszystko się skończy
  • daikte 20.03.10, 19:23
    Cholera, no i przyłapał mnie dziadek. Przyszedł niezapowiedzianie z psem.
    Wcisnęłam mu jakiś kit, ale boję się, że widział, że płakałam. Nie chcę ich
    martwić. Nie chcę nikogo martwić. Przejem wszystko to, na co oni pracowali,
    zniszczę wszystko, ale nie chcę ich martwić. To ironia jest. Boli mnie głowa. Od
    tygodnia boli mnie głowa. Nie potrafię czytać Sumy teologicznej, boli mnie od
    tego głowa, nic nie rozumiem. Nie znam się na przymiotach Boga, nawet nie wiem,
    czy istnieje, nie wiem, dlaczego jest dobry, ani czym, cholera, jest, ani, na
    czym polega jedność Boga ze swiatem u Platona, i co Arystoteles skrytykował, a
    co Tomasz podtrzymał. Nie umiem tego, nie potrafię wysnuć wniosku. Nie wiem, czy
    essentia mogę tłumaczyć jako istotą i czemu ks. Bloch tłumacz conveniat jako
    jest przymiotem Boga, gdy według wszystkiego, czego mnie uczono znaczy to
    "przystoi", "wypada", więc tłumaczę to "dlaczego dobro przystoi Bogu", ale tak
    chyba nie można, jestem do niczego, muszę się zabrać do pracy, potrzebuję
    jeszcze trzech stron znormalizowanego, potrzebuję jeszcze opisać tylko cztery,
    cztery artykuły Tomasza i podsumować, cholera, kiedyś zrobiłabym to w pół dnia
    lub krócej, a teraz nie potrafię, nie potrafię, nie potrafię.
    Postanowiłam, że będę pisać zdanie po zdaniu. Jedno zdanie na dziesięć minut.
    Zdanie po zdaniu. To się musi udać. To się musi udać. Zdanie po zdaniu. Jedno na
    dziesięć pieprzonych minut. Trochę dyscypliny i to się musi udać. Jedno zdanie
    na dziesięć minut. kiedyś potrafiłam napisać stronę w pół godziny, więc jedno
    zdanie na dziesięć minut musi się udać, choć nie potrafię, muszę to zrobić.
  • daikte 20.03.10, 19:56
    Minęło pół godziny. Mam swoje trzy zdania, nawet cztery. Ciśnienie rozsadza mi
    czaszkę, ale mam swoje trzy zdania i jestem spokojniejsza.
    Rodzice chyba widzą, co się dzieje, nie wiem, w każdym razie musieli zauważyć,
    że się męczę, bo kupili mi Redsa.
    No dalej, głupia zdziro, pisz, pisz dalej zdania - chcesz się z tego utrzymywać.
    To śemiechu warte. Masz nowe pół godziny i nowe trzy zdania do napisania i
    lepiej żebyś to zrobiła zaraz
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 20:53
    > No dalej, głupia zdziro,

    Czy gdybyś chciała kogoś zmotywować do pracy - powiedzmy przyjaciółkę, partnera
    - to też robiłabyś to takimi słowami??? Gdyby ktoś, kto mną gardzi, wydawał mi
    polecenia, ich wykonanie byłoby ostatnią rzeczą, której mógłby się spodziewać.

    Nie traktuj siebie gorzej niż innych - jesteś człowiekiem tak samo jak inni
    zasługującym na uwagę, miłość i szacunek, nie z racji spektakularnych osiągnięć,
    tylko z racji swojego istnienia. Po prostu.

    > chcesz się z tego utrzymywać. To śmiechu warte.

    Co jest śmiechu warte?
    Ktoś tak do ciebie mówi?


    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • awanturka 20.03.10, 20:14
    Znam to bardzo dobrze... Rozumiem...

    Nie wiem co napisać?

    "Odpuść - to nie ma sensu - męczysz się tylko i dodatkowo dołujesz się tylko dodatkowo swoją nieudolnością, być może da się zrobić jakiś unik i odłożyć sprawę (np. się "dyplomatycznie" rozchorować)."

    Czy:

    "Tyle razy poradziłaś sobie metodą małych kroczków mimo swojego stanu brnąc do przodu - poradzisz sobie i tym razem. W stanie w jakim jesteś wyolbrzymiasz się swoją nieudolność i stawia sobie nierealistyczne wymagania więc pewnie nie jest tak żle. Próbuj, idź dalej. Będzie dobrze"

    Stosowałam wobec siebie i jedną i drugą arumentację. Nie wiem jaką postawę lepiej przyjąć. To pewnie zalezy od sytuacji.

    Ty wybrałaś tą drugą...

    Pewnie dobrze, pewnie wiele razy w zyciu Ci się sprawdziła, pewnie masz już sporą wprawę w pracowaniu mimo takiego stanu.

    Co do myslenia o tym co będzie - narzuć sobie bardzo rygorystyczną dyscyplinę: "nie będę teraz o tym myśleć bo nie jestem w stanie obiektywnie ocenić sytuacji - pomyślę o tym gdy przyjdą "lepsze czasy".

    A co do:

    > Postanowiłam, że będę pisać zdanie po zdaniu. Jedno zdanie na dziesięć minut.
    > Zdanie po zdaniu. To się musi udać. To się musi udać. Zdanie po zdaniu. Jedno n
    > a
    > dziesięć pieprzonych minut. Trochę dyscypliny i to się musi udać. Jedno zdanie
    > na dziesięć minut. kiedyś potrafiłam napisać stronę w pół godziny, więc jedno
    > zdanie na dziesięć minut musi się udać, choć nie potrafię, muszę to zrobić.

    To jest niemal dosłowny cytat z czasów gdy pisałam swoją pracę magisterską. Tak własnie sobie powtarzałam - jak mantrę.

    I i czytałam i liczyłam dziesięc razy to samo, i pisałam przez łzy jeden akapit w ciągu dnia - byle choć troszkę do przodu....
  • awanturka 20.03.10, 20:43
    No to ja trochę o swoim dniu -

    Budzę się rano - przypominam sobie, że mam po południu korepetycje ze studentką - trzeba coś poczytać, rozwiązać kilka zadań (dawno nie zagladałam do tego materiału - a scislej od czasu studiów).

    Przerażanie, niepokój - nie dam rady...

    Kołdra na głowę, spac jeszcze trochę, zapomnieć, ze musze to zrobić....

    Kiedyś trzeba będzie wstać....

    Wstaję w końcu - nie mogę znalesć zestawu zadań.

    Ryczę przerzucając sttosy kartek, robię przerwy - potem wracam do szukania

    ( w moich papierach jak jest źle ze mną panuje straszny chaos - albo sie w ogóle nimi nie zajmuję albo przerzucam w panice)

    Znalazłam. czytam.

    Przerażenie - nie dam rady.(

    (w innym stanie przerzuciłabym parę stron w dwóch-trzech podrecznikach i machnełam te zadania w pół godziny)


    Płacz. Ryczę. Wiem, że w tym momencie to nic nie da.

    Łóżko, kołdra na głowę.
    Może za godzinkę się pozbieram.

    Godzinka minęła.

    Przerażenie - trzeba znalesć jakieś książki, coś przeczytać. Okazuje się, że są o dziwo tam gdzie powinny być.

    Zabieram książki do łóżka.

    Przeglądam, nic nie widzę przez łzy, coś czytam, piszę, liczę ... tak trzy godziny, nastrój coraz gorszy.

    Coś tam zrobiłam...
    Ale i tak nie zdążę....
    Poczucie totalnej klęski

    SMS do studentki - przesuwam spotkanie na jutro.

    Spłakana - znowu nakładam kołdrę na głowę.
    Próbuję przespać najgorsze, nie udaje się, nie mogę zasnąć...

    (zresztą może dobrze - nie będę miała kłopotów z zaśnięciem w nocy)

    Jutro od nowa..

    (Ale muszę, w końcu z korepetycje to poza śmiesznie niską rentą moje jedyne żródło utzymania.)

    Ze wszystkich sił odganiam mysli co będzie jak już całkiem nie dam rady.... A są coraz bardziej natarczywe, wwiercają się w mózg aż do bólu...


    Trochę udaje mi się je trochę opanować (a może poprostu zepchnąć w podświadomość?) akurat w tym jestem niezła - lata treningu robią swoje.

    Siadam do kompa i ... czytam co napisałaś...

    Witaj młodsza siostro.


    -- awanturka



  • daikte 20.03.10, 21:01
    Dzięki, naprawdę wielkie dzięki.
    Przeczytałam, co napisałaś, i trochę się uspokoiłam (mam już 11 nowych zdań i
    jest lepiej).
    Bałagan w papierach - skąd ja to znamwink
    Staram się nie przekładać korepetycji - dają mi "kopa" i czuję się lepiej.
    Natomiast jeśli chodzi o pisanie - nie mam takiej praktyki w zmuszaniu się do
    pisania - nigdy przedtem nie miałam aż takich trudności jak dziś. Nigdy. Miałam
    różne przypadłości, ale dziś to było dno.
    Dlatego To, co napisałaś o pracy magisterskiej wzbudza mój wielki podziw, naprawdę.
    Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby przyszło mi pisać magisterkę w takich warunkach
    - tym większy szacunek dla Ciebie - starsza siostro.
    Dzięki!
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 22:11
    > Nie chcę ich martwić. Nie chcę nikogo martwić.
    > Przejem wszystko to, na co oni pracowali,
    > zniszczę wszystko, ale nie chcę ich martwić.
    > To ironia jest.

    Nie, to nie jest ironia. To jest mocno zachwiane poczucie własnej wartości w
    połączeniu z równie nierealistycznymi oczekiwaniami wobec samej siebie i dość
    destruktywną strategią radzenia sobie z problemami. Z pewnością wszystkim twoim
    bliskim zależy na tym, żebyś w imię nie zawracania im głowy była nieszczęśliwa.


    A w pozostałych kwestiach

    1) Jeśli boli cię głowa od czytania sumy teologicznej oraz masz wątpliwości w
    tłumaczeniu terminologii filozoficznej to widzę w tym raczej objaw zdrowia niż
    choroby wink

    2) Nie wydaje mi się, żeby znanie odpowiedzi na pytanie, czy Bóg istnieje lub
    czym jest było warunkiem koniecznym do czytania Tomasza, Platona czy
    Arystotelesa. Jeśli sądzisz, że ktoś tę odpowiedź zna, to imho jesteś w błędzie.

    3) Rozumiem, że próbujesz znaleźć na te pytania odpowiedź u Tomasza i wcale mnie
    nie dziwi, że można od tego ześwirować, w tej kwestii nie pomogę. Co do
    Arystotelesa, dla mnie objawieniem było wydanie KUL-owskie - znasz? Równolegle
    tekst grecki, łaciński i dosłowne tłumaczenie na polski. Słowo daję, po grecku
    Arystoteles jest cudownie zrozumiały wink, Leśniak zabił go dokumentnie, a raczej
    dobił to, co wcześniej wstępnie zabiła łacina.

    4) "przystoi" w znaczeniu "przysługuje", "jest przynależne", czyli właśnie "jest
    przymiotem"; mój nos mówi, że ksiądz wybiera wersję bardziej elegancką, bo
    "przystoi" kojarzy się z "wypada" (żeby panowie przepuszczali panie w drzwiach)
    a to nie o takie "przystoi" chodzi.

    4) tak, essentia zwykle tłumaczy się jako istota (w terminologii trynitarnej
    odpowiada gr. ousia)


    Z metapoziomu - czytając te posty mam wrażenie, że nie jest ci jednak ze sobą
    dobrze. Długo masz takie stany? Jak często? Ile trwają? Myślę, że terapia bardzo
    by ci pomogła.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 21.03.10, 00:48
    Tak, to prawda, że w oryginale Arystoteles jest o wiele bardziej zrozumiały i
    prostszy w odbiorze. Tłumaczenie Leśniaka irytuje mnie mniej więcej tak samo
    Platon w ujęciu Edwarda Zwolskiego razem z jego ulubionymi kradokąsaczami,
    bożycami i wszechludną Afrodytąwink
    Brak mi wprawy w czytaniu Sumy - a nie mam już czasu na to, by się wprawiać.
    Skończyłam tę pracę - jutro jeszcze ją przejrzę i pewnie wyślę, choć, rzecz
    jasna, obawiam się reakcji promotora. Mimo, że to studia podyplomowe i płatne,
    mogłam się lepiej postarać.

    Wszystko, co napisałam około 19 było bełkotem, za który przepraszam. Zwłaszcza
    nie powinnam była "rzucać mięsem", ale, niestety, z doświadczenia wiem, że kiedy
    jestem na dnie, tylko autoagresja pomaga mi się wziąć w garść.
    Wtedy naprawdę nie działają na mnie żadne pozytywne sugestie - próbowałam.
    Autoagresja natomiast wybawiła mnie parę razy z niezłych tarapatów - najgorzej
    było podczas jednego egzaminu - odpowiadałam prawie dwie godziny i w połowie
    kompletnie się załamałam. Gość pytał mnie o romans grecki. Uwielbiałam
    Theagenesa i Charikleę, naprawdę fajnie mi się to czytało, na własny użytek
    nazwałam to sobie "antycznym postmodernizmem", ale kiedy przyszło co do czego -
    kompletnie zgłupiałam. Nie byłam w stanie nawiązać z facetem rozmowy, a on
    zaczął wyrzucać, że tak to jest jak się nie czyta lektur, tylko streszczenia.
    Rozpłakałam się wtedy...
    On zadał mi następne pytanie - tym razem o Polibiusza.
    Musiałam się skupić i przez dobre pięć minut wymyślałam sobie od najgorszych.
    A potem zaczęłam mówić - i była to moja najwyżej oceniona odpowiedź podczas
    całego egzaminu.
    Co do "zjazdów" i różnych innych nieprzyjemnych stanów - cóż, datują się one od
    czasów liceum czyli tak z piętnaście lat.
    W liceum w ogóle było ze mną b. kiepsko - i aby nad sobą zapanować nie
    ograniczałam się do autoagresji werbalnej.
    Studia były ogólnie rzecz biorąc wspaniałym czasem (z małymi wyjątkami - quod
    erat demonstrandumwink
    Teraz znów jest beznadziejnie - heh, znów trafiłam do liceum - tym razem jako
    nauczycielwink
    Co do moich bliskich - ignorancja jest błogosławieństwem. Do tej pory dziękuję
    Bogu za wszystkie rzeczy, które udało mi się zataić przed rodziną - a jest ich
    b. wiele. Są szczęśliwsi nie wiedząc - Sokrates by się z tym nie zgodził, wiem.

  • drugikoniecswiata 21.03.10, 19:49
    Jesteś w stanie w przybliżeniu określić, jak długo trwa u ciebie taki depresyjny
    czas (ile dni/tygodni/miesięcy jednym ciągiem)? A jak długo czas, gdy czujesz
    się "nad kreską"? I czy coś jest pomiędzy?

    Co do rzucania mięsem to rzucaj sobie do woli, tylko to, co napisałaś, jest
    najlepszym dowodem na to, że należałoby potuptać na terapię. Niezależnie od
    tego, czy wszystko wokół jest idealne, czy nie, to autoagresja skądś się bierze.
    A depresja też jest jakąś jej formą.

    PS Czy nie jest tak, że dołki masz zwłaszcza wtedy, gdy deadline goni?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 22.03.10, 15:13
    Niestety, to się zmienia szybko - czasem z dnia na dzień. Np. w sobotę czułam
    się koszmarnie, niedziela upłynęła całkiem spokojnie, czułam się podniesiona na
    duchu.
    Teraz znów jest beznadziejnie. Dziś to już całkiem nic nie robię - nawet nie
    oglądam tv.

    Generalnie, mam wrażenie, jakbym cały czas trwała w depresji tylko co jakiś czas
    pojawiają się chwile większego lub mniejszego "uniesienia".

    Jeśli chodzi o deadline'y to z tym bywa b. różnie - kiedyś lubiłam, jak mnie
    goniły i czułam się nabuzowana, kiedy miałam mnóstwo spraw na głowie i wiele
    rzeczy działo się na raz.
    Teraz jest zupełnie inaczej - mam wrażenie, że wszystko mnie przerasta i wymyka
    się spod kontroli.
  • drugikoniecswiata 22.03.10, 16:07
    Wychodzi mi, że profity z hipomanii (?) raczej nie równoważą ci strat
    wynikających z depresji - czy się mylę?

    Czy w depresji twoim głównym problemem jest zabranie się do roboty, czy też
    nastrój, nastawienie do życia? Jeśli uczysz w szkole, do tego jeszcze piszesz,
    to życiowo chyba dosyć dobrze funkcjonujesz - pytanie, w jakiej formie psychicznej.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 22.03.10, 16:33
    Uczę w dwóch szkołach, ale mam bardzo mało godzin (obecnie 6 tygodniowo - to
    tyle, co nic - oprócz tego, jedna ze szkół, to szkoła wyższa i tam płacą co
    semestr;-(
    Generalnie jest tak, że im więcej mam pracy, tym właściwie czuję się lepiej,
    lekcje i zajęcia ze studentami dają mi "kopa"
  • drugikoniecswiata 22.03.10, 16:44
    To może powinnaś poszukać sobie więcej zajęć? Choćby korepetycji? Albo jakiejś
    pracy na kawałek etatu (nie takiej do wykonywania w domu)? To bardzo logiczne,
    że praca z ludźmi "przywraca do życia". Czasem depresja jest też wyuczoną
    reakcją na różne sytuacje, w tym napięcie czy nudę.

    A psychoterapię radziłabym tak czy siak. Myślę, że mogłaby ci bardzo pomóc.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 22.03.10, 18:00
    Ha! Nie napisałam o dobrodziejstwach hipomanii - to oczywiście pisanie, pisanie
    i jeszcze raz pisanie. Uwielbiam pisać i to nadaje mojemu życiu sens - to z
    myślą o pisaniu poszłam na studia filologiczne.

    Wiem, że, wbrew pozorom, potrafię pracować w domu - to wymaga dyscypliny, ale
    potrafię się zmobilizować - jeśli w perspektywie mam wydanie książki no i pieniądze.

    Myślę, że są trzy powody mojej obecnej "zapaści":
    1) 8 miesięcy temu wysłałam do 7 wydawców moją powieść i, ponieważ nie
    doczekałam się odpowiedzi, zaczynam się godzić z myślą, że "przepadła". Oznacza
    to, że muszę przepatrzeć tekst na nowo, wydrukować i wysłać do następnych
    wydawnictw. Wzbudza to moje obawy - boję się, że to, co napisałam, jest za
    słabe, zbyt dziwne, by mogło zostać zaakceptowane (a skoro jest to najlepszy
    tekst, jaki napisałam, boję się, że nigdy już nie stworzę niczego tak dobrego -
    innymi słowy obawiam się, że jestem grafomanką). Oczywiście, zamierzam wydać
    powieść tak czy inaczej - w ostateczności własnym sumptem lub wyślę to do RES
    NOVAE (właściwie na jedno wychodzi)

    2) W ciągu minionych miesięcy złapałam chałturę i choć, czasowo wyrobiłam się
    doskonale (skończyłam na tydzień przed terminem), tekst wciąż leży u wydawcy i
    kwiczy, a ja wciąż nie otrzymałam wynagrodzenia (napisałam książkę w miesiąc i
    tydzień, a oni od trzech miesięcy mi nie zapłacili). Mało tego - z tego, co
    wiem, redaktorki nawet nie popatrzyły na tekst, mimo, że co tydzień przesyłałam
    im świeże partie materiału - na ich życzenie. Teraz obawiam się ich uwag i krytyki.

    3)Z powodu chałtury odsunęłam w czasie pisanie pracy podyplomowej i zasiadłam do
    jej pisania mocno spanikowana - a efekty tego mogłaś podziwiać w sobotę.
  • drugikoniecswiata 22.03.10, 19:34
    O dobrodziejstwach hipomanii napisałaś w pierwszym poście, przyjęłam do
    wiadomości. Jednak przed chwilą twierdziłaś, że głównie jesteś pod kreską, a
    tylko od czasu do czasu buja cię na chwilę (?) w górę.

    Ja funkcjonowałam w takim rytmie przez ostatnie 3 lata (u mnie były to 2-3
    tygodniowe doły i parudniowe górki) i prawdę mówiąc mam go serdecznie dość - dla
    mnie "dobrodziejstwa" (hipo)manii nie były warte tygodni depresyjnych. Bo miej
    świadomość, że to jest jedno z drugim związane - depresja jest niejako ceną za
    manię. Organizm przez jakiś czas funkcjonuje na zwiększonych obrotach, a potem
    musi się po prostu zregenerować, oklapnąć. Taki self-regenerating system.

    Jeśli obecny rachunek życiowych strat i zysków wychodzi ci mimo wszystko na plus
    - to w sumie dobrze. Tyle, że nie dalej jak w sobotę twierdziłaś co innego. To
    co piszesz o przyczynach doła jest bardzo prawdopodobne i fajnie, że umiesz to
    powiązać. Pytanie, czy umiesz sobie z tym radzić.

    Nic to, poobserwuj się. Byłoby ci naprawdę łatwiej robić to z terapeutą, bo po
    pierwsze jest to ktoś, kto patrzy obiektywnie, a po drugie - co dwie głowy, to
    nie jedna. Ale do wszystkiego trzeba dojrzeć, a oczekiwanie, że ktoś zrobi to w
    tydzień jest pewnie nierealne. Oswajaj tę myśl.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 17.03.10, 00:51
    Psychiatra to jednak dla mnie pewien problem.
    Nie czuję potrzeby "przepracowywania" jakichś wspomnień z dzieciństwa, nie
    obwiniam rodziców za moje dzisiejsze problemy, przeciwnie - zaznałam od nich
    tylko miłości.
    Miałam szczęśliwe dzieciństwo - byłam wesołym, ekstrawertycznym stworzeniem,
    które spędzało mnóstwo czasu na powietrzu... Biegałam, jeździłam na rowerze i
    notorycznie rozwalałam sobie kolana.
    Od zawsze wymyślałam też różne historie - tworzyłam wymyślonych przyjaciół, inne
    światy, dziwne historie. Nie byłam samotna - zapraszałam do tej zabawy inne
    dzieciaki.
    Jedyne drama- i traumatyczne przeżycia z mojego dzieciństwa wiążą się z lekarzami.
    To lekarze jako pierwsi zakwestionowali:
    a) moją odwagę
    b) pracowitość
    c) zdolność do pracy nad sobą
    d) metody wychowawcze moich rodziców
    Czynili to niejako mimochodem, przy okazji, jako taki produkt uboczny stawianej
    diagnozy.
    Niektóre z tych diagnoz były błędne.
    Jeden z lekarzy okłamał mnie i moich rodziców, zatajając popełniony przez siebie
    błąd w sztuce.
    Potrzeba dużo czasu, żebym zaufała lekarzowi (nie jest to wszakże niemożliwe -
    ostatnio zaufałam dentyście).
    Jest jeszcze jedna rzecz - w moim mieście jest wielu lekarzy, za to mało dobrych
    lekarzy. Innymi słowy badania można robić u kogokolwiek, ale kiedy pojawiają się
    problemy, idą do konkretnego lekarza.
    Gdy chcę iść do kardiologa, idę do dr X
    Gdy chcę iść do dentysty, idę do dr Y
    Gdy chcę iść do okulisty, idę do dr Z
    Kiedyś krążyła taka zabawna plotka, dotycząca dobrego chirurga naczyniowego:
    Dr. XV co roku wyjeżdża na urlop wczesną wiosną. Biada temu, kto będzie
    operowany podczas jego nieobecności - w ciągu dwu tygodni liczba zgonów wzrasta
    o 20%.
    Nie mam pojęcia, do jakiego psychiatry mogę się udać w moim mieście. Wiem tylko,
    że nie do tego, który pracuje w miejscowym szpitalu - znajoma widziała go w
    akcji - nie poleca.
    Działają w naszym mieście weterynarze, do których za nic nie wzięłabym moich psów.
    Nie pójdę do pierwszego "z brzegu" lekarza z ogłoszenia - wiem, to nie fair, nie
    powinno się tak traktować ludzi, których powołaniem jest ratowanie naszego życia
    i zdrowia, ale nie potrafię nic na to poradzić.
    Wizyta u psychiatry będzie dla mnie bardzo stresującym przeżyciem i nie sądzę,
    by leki mogły tu coś zmienić (bo wizyty u lekarzy przerażały mnie na długo przed
    tym, nim zaczęłam cierpieć na jakiekolwiek zmiany nastroju).
    Pójdę do psychiatry tylko wtedy, gdy naprawdę nie będę mieć wyboru.
  • xsenia 16.03.10, 10:46
    mam prawie identycznie smile

    z tym, że ja się uzależniam od czytania i słodyczy

    mam diagnoze F33 - brak wyraźnych (hipo)manii- ale biorę neuroleptyk,
    więc na jedno wychodzi
  • daikte 17.03.10, 08:20
    No i poszłam sobie spać (postanowiłam, że będę się kłaść spać przed pierwszą)i
    nie zauważyłam, że pojawiły się jeszcze dwa nowe posty, za które pięknie dziękuję.

    Oczywiście, znów czeka mnie sprawdzanie maila i to po tym, jak upominałam się o
    pieniądze - Boże, sprawia mi to taką trudność!
    Na swój sposób to dość zabawne - ci ludzie najpierw skorzystali z mojej
    hipomanii (dostarczyłam teksty na tydzień przed terminem), a później z depresji
    - (dwa miesiące nie upominałam się o kasę, ewentualnie starałam się robić to
    "subtelnie" - "może dostarczę zdjęcia?", "Jak posuwa się praca?", "W razie
    wątpliwości, proszę pisać..." etc.)
    Przeczytałam raz jeszcze mój post o lekarzach - wydał mi się surowy i
    napastliwy. Zupełnie niepotrzebnie...
    Obudziłam się dziś dość nerwowa, ale dzień jest piękny i świeci słońce.
    Mam dziś mnóstwo do zrobienia i tęsknię za wczorajszą hipomanią do zobaczenia!
  • lolinka2 17.03.10, 08:33
    daikte, znam trud upominania się o płatności od nieuczciwców....
    niestety w moim zawodzie jest to czasem chleb powszedni... więc łączę
    się w bólu.
    można szukać uczciwszych... sprawdzać w tzw wywiadowniach branżowych na
    portalach, jakimi opiniami zleceniodawca się cieszy... i liczyć że tym
    razem będzie OK smile
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 17.03.10, 13:08
    Post o lekarzach ostry, ale widać ten temat budzi u ciebie duże emocje. Mam
    wrażenie że cały czas mylisz psychiatrę i psychoterapeutę, być może niesłusznie,
    ale nie do końca rozumiem.

    Nie chcesz iść do psychiatry, bo
    a) nie ufasz lekarzom w ogóle
    b) nie ufasz lekarzom w twoim mieście
    c) boisz się lekarzy i czujesz się nieswojo przed wizytą, której przebiegu nie
    umiesz sobie wyobrazić
    d) masz złe wspomnienia z wizyty u psychologa
    e) nie czujesz potrzeby grzebania w dzieciństwie?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 17.03.10, 20:37
    Dokładnie tak - trafiłaś w sedno!
    To najbardziej zwięzłe i konkretne streszczenie mojego stosunku do lekarzy,
    jakie mogę sobie wyobrazić.
  • drugikoniecswiata 18.03.10, 12:34
    Aha. Czyli wszystko to, co napisałam, jednocześnie? No to w takim razie
    spróbujmy rozbroić tę bombę po kolei.

    Punkty d) i e) odpadają, bo psychiatra, psycholog i psychoterapeuta to są trzy
    odmienne byty. Mam wrażenie, że cały czas nie widzisz między nimi jasnej różnicy
    (co jest bardzo częste), czy się mylę? To że wszyscy ma psych- w nazwie to
    jeszcze nic nie znaczy, hydro-masaż, hydro-for i hydra-ulik też mają ze sobą
    trochę wspólnego, ale nie wszystko wink

    W każdym razie wizyty mają inny cel, inny czas trwania, inną dynamikę. Żaden
    psychiatra w dzieciństwie grzebał ci nie będzie, zresztą - nikt nie będzie ci w
    niczym grzebał, jeśli nie wyrazisz na to zgody! I to jest chyba najważniejsza
    rzecz, którą należy sobie wbić do głowy. Zawsze możesz powiedzieć - "nie chcę
    odpowiadać na to pytanie", "nie czuję się gotowa do rozmowy na ten temat", "nie
    odpowiada mi to, że..." itd itp. NAPRAWDĘ.

    Co do punktu c) - rozumiem, to normalne, naturalne. Może po prostu parę osób
    mogłoby ci opowiedzieć, jak taka pierwsza wizyta wyglądała? Chyba nawet był
    kiedyś taki wątek. Oczywiście lekarze są różni, ale łatwiej się wtedy
    przygotować psychicznie. Pierwszej wizyty u ginekologa też się zwykle dziewczyny
    boją przecież, a na następne też nie chodzą dlatego, że im to sprawia przyjemność.

    Punkt b) ominąć też się da - po prostu pójść do lekarza gdzie indziej. Przecież
    nikt nie mówi, że musisz u siebie...

    Na a) wiele nie poradzę, ale tarczycę jakoś u kogoś leczysz. Czym się różni
    psychiatra od endokrynologa?

    Nigdzie nie musisz iść dziś. Ale spróbuj oswoić się z tą myślą i z tym strachem.
    Jeśli wiesz, czego się boisz, łatwiej ci się obronić, jeśli zachodzi potrzeba.
    Nie jesteś już małą dziewczynką, którą można bezkarnie skrzywdzić. Więcej
    zaufania do siebie...

    Jeśli wchodziłoby to w grę, namawiałabym cię na początek na wizytę prywatną u
    sprawdzonego lekarza. Realia polskie są jakie są, warunki są wtedy dużo
    przyjaźniejsze, więc może to jest sposób na zadbanie o komfort psychiczny?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 18.03.10, 20:43
    Tak, wszystko, co napisałaś, jest słuszne.
    Mimo to nie do końca rozwiązuje moje problemy.
    Naprawdę, nie wiem, jak to napisać - ja mam dłuugą tradycję unikania lekarzy...
    Ja nigdy w życiu nie byłam badana ginekologicznie...
    Biorąc pod uwagę mój wiek, może się to wydać... nienormalne - łagodnie mówiąc...
  • chattetoutenoire 18.03.10, 22:05
    Też mam swoje "urocze fobie" jak to gdzieś napisałaś i lekarska jest jedną z głównych... (ginekologa akurat jakoś zaliczyłam, chociaż minę babki na wieść, że nigdy nie miałam cytologii robionej zapamietam do końca życia tongue_out). Cóż, u mnie mama skombinowała namiary na "zaufanego" psychiatrę, zadzwoniła, umówiła mnie, przywiozła i nawet opowiedziała za mnie połowę mojej historii siedząc ze mną w gabinecie. Gdyby nie to, pewnie nigdy żadnego leczenia bym nie zaczęła, a kto wie czy już by mnie na świecie nie było.
    Może masz kogoś zaufanego kto mógłby Ci tak pomóc z załatwieniem lekarza? Wiem, że jak się nie odzywa do znajomych bo trudno telefon odebrać to jeszcze trudniej jest kogoś takiego znaleźć... Ale może jednak jest?
    --
    Gdy się miało szczęście, które sie nie trafia:
    czyjeś ciało i ziemię całą,
    a zostanie tylko fotografia,
    to-to jest bardzo mało...
  • drugikoniecswiata 18.03.10, 23:31
    ha, przypomniało mi się jeszcze, że pierwszą w życiu morfologię zrobiłam...
    uwaga uwaga... chyba na polecenie psychiatry po roku brania wenlafaksyny
    (kontrolnie). Czyli w wieku 25 lat. wink

    Gina zaliczyłam jak miałam 24 i jak zwykle w takich sytuacjach na wejściu po
    prostu zapowiedziałam "ja wiem że trochę późno ale proszę na mnie nie krzyczeć".
    Miałam jeszcze w zanadrzu patent mojej koleżanki, czyli tekst "bo wie pani, ja
    mam tę dziwną przypadłość, że wciąż jestem dziewicą", ale ta kwestia jakoś wtedy
    poszła gładko wink


    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 20.03.10, 10:29
    Dla mnie to nie byłby patent, tylko sama prawda, bo tak się składa, że jestem
    dziewicą (podejrzewam, że gdybym była aktywna seksualnie, musiałabym w końcu
    trafić do ginekologawink
    Nie oznacza to, że stronię od męskiego towarzystwa, wręcz przeciwnie - uwielbiam
    flirtować i po kilku głębszych robię się b. zalotna. Słownie zalotna.
    Pod względem języka i manier potrafię być najbardziej niepowściągliwą i
    bezpruderyjną osobą w towarzystwie, nawet wulgarną, jeśli ktoś chce. Jest tylko
    jedno ale - flirtuję wyłącznie z nieznajomymi i znajomość nie wychodzi poza
    jeden wieczór.
    Z drugiej strony, lubię też "pić z facetami", wyłącznie w męskim towarzystwie -
    wypróbowanych kolegów, dla których jestem kumpelą od kieliszka.
    Prawda jest taka, że unikam kontaktu fizycznego - jestem po prostu
    "niedotykalska" w takim stopniu, że to aż zastanawiające.
    Mogłabym to zrozumieć, gdybym jako dziecko była molestowana albo w jakikolwiek
    sposób dręczona przez dorosłych. Ale tak nie było.
    Co więcej - żyłam i żyję w szczęśliwej rodzinie, otoczonej przez inne szczęśliwe
    rodziny (podobne do siebiesmile
    Owszem, robię wszystko, co w mojej mocy, aby ukryć przed najbliższymi (częściowo
    też przyjaciółmi) prawdziwy stan mojego ducha.
    Przez kilkanaście lat udawało się to całkiem nieźle. Trafiłam na to forum,
    ponieważ ukrywanie tego sprawia mi coraz większą trudność (i zaczynam "zawalać"
    coraz więcej rzeczy).

  • daikte 20.03.10, 11:01
    Mam przyjaciół, ale staram się ich nie martwić - z dzwonieniem do nich nie mam
    problem, wręcz przeciwnie (no, dobra, raz - cztery lata temu, miałam problem,
    ale to minęło).
    Mam nawet przyjaciółkę, która przez jakiś czas cierpiała na depresję. Jest tylko
    jedna kwestia - zanim ona zachorowała ja zwierzałam się jej przez wiele, wiele
    lat. Robiłam to bez umiaru, po prostu nie myślałam.
    Kiedy ona wpadła w kłopoty, poczułam się tak, jakbym ją tym "zaraziła", jakbym
    przez całe lata karmiła ją moimi problemami.
    Do tej pory mam wrażenie, że jestem temu winna - bo ona to ona zawsze mnie
    słuchała, a ja nie zauważyłam, że tego, co się z nią działo. Gwoli
    sprawiedliwości - traf chciał, że w tym czasie ja również miałam "doła". To
    wtedy unikałam ludzi, nie odpowiadałam na maile i telefony.
    Ale ona zaliczyła w tym czasie o wiele głębszy zjazd - nie zauważyłam tego w
    porę. Do tej pory myślę, że gdybym nie była tak pochłonięta sobą, tak
    dominująca, może zdołałabym jej pomóc.
    Od tamtej pory staram się raczej słuchać, nie mówić.
    Ona wyszła z tego - wiem, że nie zażywa już leków, jej depresja spowodowana była
    stresującą pracą. Kiedy odeszła z niej i podjęła leczenie, poprawiło jej się.
    Od tej pory jest z nią dobrze, ale teraz już boję się jej zwierzać. Nie znaczy
    to, że tego nie robię, ale... jest trochę inaczej.
    To była jedyna osoba, której zwierzałam się tak do końca - i zachorowała...
    Boję się, że jestem tzw. osobowością toksyczną
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 22:20
    A ja się boję, że masz dość duże wyobrażenie o swojej mocy sprawczej...

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 21.03.10, 00:58
    Trzeba znać kontekst - mam przyjaciół od ponad dwudziestu lat. Są niemal jak
    rodzina - a nawet bliżsi - zdecydowanie wiemy o sobie więcej niż wie rodzina
    (choć nie wszystko).
    Więzy, łączące mnie z przyjaciółmi są bardzo mocne - czasem wydaje mi się, że
    oplatam ich niczym trujący bluszcz.
    Dlatego też staram się w miarę możliwości "dawkować siebie", "moją obecność" i
    "intensywność zwierzeń".
  • drugikoniecswiata 21.03.10, 18:36
    Kontekstu na pewno nie znam, ale zadziwiło mnie podejrzewanie związku
    przyczynowo-skutkowego między twoimi zwierzeniami a dołem przyjaciółki. To
    myślenie [nie obraź się] czterolatka, który wściekły o to, że pojawił się
    młodszy braciszek, po cichu życzy mu aby umarł, a gdy tamten zachoruje - wpada w
    panikę, że to przez niego.

    Mówisz, że gdybyś nie była tak zaabsorbowana sobą, to byś zauważyła - skąd ta
    pewność? Może przyjaciółka właśnie nie chciała robić ci kłopotu, obciążać cię,
    tak jak ty w tej chwili? Myślę, że istnieją opcje pośrednie między oplataniem
    jak bluszcz a udawaniem że jest ok po to, by nie martwić i nie obarczać sobą.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 21.03.10, 19:45
    Nie życzyłam niczego złego, wręcz przeciwnie.
    Po prostu jej choroba była dla mnie szokiem - ponieważ moja przyjaciółka zawsze
    wydawała mi się taka silna, opanowana, pogodna, pełna optymizmu. Miałam
    wrażenie, że ja czerpię z jej siły, z jej normalności, z jej pogody ducha. I tak
    pewnie było. Zbyt wiele "brałam", nie dając w zamian niczego pozytywnego,
    przeciwnie - obarczałam ją moimi problemami.
    To była (i jest) osoba, która najlepiej mnie zna i wie o mnie najwięcej, która
    widziała mnie podczas b. ostrych zjazdów w dół.
    To głównie dzięki niej przeżyłam liceum.
    Dlatego teraz to ja staram się podnosić ją na duchu, bo, czegokolwiek bym nie
    zrobiła, nigdy nie spłacę tego długu, który wobec niej mam - za te wszystkie lata.
    Owszem, przyszło mi do głowy, że nie chciała mnie martwić - myśl ta wzrusza mnie
    niepomiernie.
  • drugikoniecswiata 21.03.10, 20:44
    Nie podejrzewam cię o to, że życzyłaś jej źle; chodziło mi o mechanizm
    rozumowania, który jest bardzo częsty u małych dzieci - takie omnipotentne ja -
    potem ludzie zwykle schodzą na ziemię i dociera do nich, że omnipotentni nie są.
    Niektórzy robią to nieco później wink

    Nie sądzę, by przyczyną depresji twojej przyjaciółki były twoje zjazdy,
    nadawanie temu wymiaru przyczynowo-skutkowego jest w pewien sposób atrakcyjne,
    można się pobiczować, ale imho - bez sensu. Czym innym wdzięczność za okazane ci
    wsparcie, czym innym smutek, że nie wsparłaś przyjaciółki ty.

    Wyciągnęłaś z tamtej sytuacji konkretny wniosek - że nie chcesz tylko
    przyjmować, a także dawać - i ok. Ale mnie się wydaje [po lekturze twoich
    postów], że ty teraz w ogóle boisz się przyjmować, bo to nie daj Boże zaszkodzi
    przyjaciółce? Bo już wyczerpałaś limit wsparcia? Jest to jakaś logika, ale dla
    mnie trochę absurdalna. Życie i relacje międzyludzkie to nie apteka, nikt nie
    jest samowystarczalny.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • drugikoniecswiata 18.03.10, 23:21
    Co do gina, to to nie jest nienormalne. To bardzo częste, tyle, że totalnie
    nieodpowiedzialne - cytologię warto by jednak raz na jakiś czas zrobić,
    statystyki umieralności na raka szyjki macicy mówią same za siebie.

    A ogólnie - ja cię pod tym względem świetnie rozumiem, sama jak mogę unikam
    służby zdrowia i leków (nie biorę apapów na ból głowy i małego palca u nogi,
    antybiotyków, nie chciałam brać piguł anty, mam syfy na twarzy, bo odmawiam
    brania hormonów / antybiotyków, itd itp).

    Tak naprawdę psychiatra jest jedynym lekarzem, do którego regularnie chodzę, a
    psychotropy jedynymi pigułami, które łykam oprócz no-spy i aspiryny. Mniej
    regularnie, ale co jakiś czas bywam u dentysty i jest to dla mnie duży wyczyn.
    Całą resztę załatwiam przez telefon z moją siostrą wink

    W mojej rodzinie nie było tradycji ani chorowania, ani leczenia; nikt się nade
    mną jak byłam chora nie trząsł, jeśli nie miałam gorączki to musiałam chodzić do
    szkoły, nawet zaziębiona, ale i tak prawie nie chorowałam. I dlatego jest mi tak
    ciężko zaakceptować zarówno samą chorobę, jak i leczenie. Obcy element. Nie
    kojarzy mi się z żadnymi przywilejami, a wręcz przeciwnie.

    Do psychiatry dotarłam na granicy samobójstwa. Najpierw byłam u jednej pani,
    która odpytała mnie, zanotowała pieczołowicie co mówiłam i wypisała receptę.
    Wybiegłam stamtąd z płaczem i receptę podarłam. Potem poszłam do zaufanej
    lekarki, z polecenia, prywatnie. Wcale nie zamierzałam brać żadnych prochów - w
    mojej wizji zamierzałam przez godzinę porozmawiać z kimś mądrym po to, by
    ustalić strategię samouleczenia. Na całe szczęście pani Irena była na tyle
    ciepła i konkretna, że jej zaufałam. Nie znałam wtedy nikogo, kto by chodził do
    psychiatry i łykał antydepresanty. Teraz znam takich osób mnóstwo.

    Tak czy siak, nikt cię nie zmusi - możemy tylko namawiać. Jeśli masz ochotę
    pogadać o tym bardziej na żywo (spotkanie/tel), daj znać.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • lolinka2 19.03.10, 09:17
    fobie lekarskie to i ja mam, i ani chodzenie częste do ginekologa
    (pierwszy raz jako 14latka, bo się w trakcie zabiegu chir. okazało,
    że oprócz jelit jeszcze jajnik do reperacji...), ani żadna inna
    specjalizacja czy codzienne kontakty zawodowe z nimi nie sprawią, że
    to będzie lżejsze.... do gina idę ZAWSZE z duszą na ramieniu, mam 3
    gin. których toleruję, do reszty nawet nie ryzykuję się wybierać...
    kontakt z innymi specjalizacjami też jest stresogenny, niestety.... w
    moim przypadku to częściowo spuścizna niemal śmiertelnego wypadku na
    skutek błędu ewidentnego popełnionego przez personel, którego to
    wypadku skutki odczuwam do dziś. Trochę to uległo wzmocnieniu po
    epizodzie zapaści na bloku operacyjnym przy którymś tam zabiegu i
    podczas awantury którą mi zorganizowała bez sensu znieczulająca mnie
    innym razem anestezjolog (beknęła za to oczywiście, ale co z
    tego)....

    oprócz tych fobii, kilka innych też by się dało znaleźć smile cóż,
    należy pogodzić się z tym że jest to część mnie & mojego życia i
    funkcjonować mimo wszystko....
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • daikte 17.03.10, 08:45
    Szubrawcy! Szuje! Przez dwa miesiące nie tknęli tekstu - jakbym ja miała takie
    opóźnienie, pewnie zawyłabym się na śmierć z rozpaczy, a ci spokojnie sobie
    piszą o "opóźnieniach technicznych"!!! Domagali się, żebym, cytuję: "zrobiła
    książeczkę w miesiąc" i kręcili nosem, kiedy wytargowałam dwa tygodnie więcej!
    Ugrh... Teraz mam ochotę gryźć... Najchętniej... samą siebie za to, że pozwalam
    się tak traktować ludziom!
    Ale przynajmniej wezbrała we mnie wola walki i pracy!
  • lolinka2 17.03.10, 09:02
    mam takiego klienta: oczekują terminów dość pilnych, tekstu dają sporo,
    mija tydzień... dwa... trzy - i ja nawet potwierdzenia odbioru maila z
    załącznikiem nie mam. Pytam - i to samo co u ciebie słyszę.
    tyle tylko, że oni płacą z góry.... raz w roku spora kwota, a potem
    wykorzystują te "limity" kupionych u mnie usług przez rok.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • tader1965 19.03.10, 18:42
    cześć mam na imię
    Paweł mam to samo od 20 lat co ty,daje rade leżałem kilka razy w Drewnicy biorę
    leki,lit ,depakine,pernazinum.to mi nic nie daje te leki to gówno, jest mi
    dobrze ,jestem w górce od 5 lat
  • drugikoniecswiata 19.03.10, 20:31
    jeśli gówno, to po co bierzesz?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • dr.zabba 19.03.10, 20:40
    I., te słowa to naprawdę spod Twojej ręki?
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com

    kumaty.blogspot.com
  • drugikoniecswiata 19.03.10, 20:54
    no naprawdę, bo nie rozumiem logiki, lub raczej jej braku smile

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • drugikoniecswiata 19.03.10, 20:55
    a co cię tak zaszokowało?
    brzydkie słowo czy istota pytania?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • dr.zabba 20.03.10, 12:29
    istota pytania
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com

    kumaty.blogspot.com
  • drugikoniecswiata 20.03.10, 22:25
    Słowo daję, że nie rozumiem sensu łykania leków, jeśli uważa się je za nic nie
    warte. Albo jednak są coś warte [to wtedy pisanie, że nic nie dają jest
    nadużyciem], albo z jakichś powodów nie działają [to po co się nimi truć? dla
    idei?].

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
    Poszedł na przyprawę do północnego bieguna i znalazł bloga, najpierw jednego, a potem drugiego. Zajrzyj na bieguny,
    zostaw ślad!
  • daikte 20.03.10, 10:47
    Dwadzieścia lat?
    Jej, to strasznie długo. Jeśli nie to nie leki ci pomogły, to w takim razie co?
  • tader1965 20.03.10, 11:55
    chodzę cały czas obrotach , jak bym wypił z 10 red buli jest mi dobrze i nie mam
    zamiaru się leczyć mam 45 lat i jest ok pozdrawiam wszystkich z CHAD !!!!!!!!!
  • lolinka2 20.03.10, 13:03
    czyli to nie leki złe, tylko pacjent niewspółpracujący

    PATIENT COMPLIANCE - słowo klucz, rozpierdzieliło już niejedno badanie
    kliniczne.....
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka