Dodaj do ulubionych

a ja poczułam się zraniona

07.01.11, 19:10
Piszę "a ja", stając w opozycji do entuzjastycznego wątku Kamyczka.
Ale poza tym, że dotyczą terapii, nic ich więcej raczej nie łączy.

Poczułam się dzisiaj zraniona przez moją terapeutkę
Potrafię dostrzec trzy możliwości:
1. Celowa prowokacja z jej strony "dla dobra terapii".
2. Słowa jak każde inne w czasie sesji, materiał do analizy, dlaczego mnie to tak dotknęło.
3. Takich rzeczy terapeuta mówić nie powinien - czas się pożegnać.

Co powiedziała?
Że przychodząc do niej wyolbrzymiłam swoje problemy, przedstawiłam się dużo "gorzej" niż się sprawy faktycznie mają.

Boli mnie to, ale czekam z dumaniem na ten temat na wieczorną rozmowę z mężęm...
No i Wam się tutaj skarżę.

--
razemnabiegunach.blogspot.com
zapiski z paranoi
Edytor zaawansowany
  • sensi41 07.01.11, 19:16
    dr.zabba napisała:
    > Co powiedziała?
    > Że przychodząc do niej wyolbrzymiłam swoje problemy, przedstawiłam się dużo "go
    > rzej" niż się sprawy faktycznie mają.

    Przedstawiałaś problemy takimi jakimi je widziałaś-przecież to odczucia subiektywne.



    --
    Przychodzi baba do lekarza i mówi:
    - Jak mnie pan wyleczy, to chyba umrę ze szczęścia!
  • kamyczek_0 07.01.11, 19:36
    Otóż to. Sensi ma rację. Drążyłaś dalej temat?
    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • beatrix-kiddo 07.01.11, 19:42
    Zgadzam się z Sensi i z Kamyczkiem. Pacjent przychodzi z problemami, które _dla niego_ są ważne i przedstawia je tak, jak to on sam je widzi. Wydaje mi się, że rolą terapeuty nie jest tu ocenianie skali ważności tych problemów. Prywatnie, to on sobie może pomyśleć, co chce, ale w terapii mu tego nie wolno ujawnić, bo to nieprofesjonalne.
    --
    Leki są dobre tylko ludzie do dupy - copyright by Euforyk
    Pomóż zwierzakom
  • dr.zabba 07.01.11, 20:06
    Zdarzyło się raz i drugi w trakcie terapii, że ona odnosiła się do tego, co było mówione na konsultacjach. I ciekawe:
    zawsze wydawało mi się, że usłyszała co innego, niż ja starałam się przekazać. Odniosłam wrażenie, że ona źle zrozumiała i wyolbrzymia. próbowałam czasem wyprostować, ale z niewielkim skutkiem. Przykład:
    Ja mówiłam, że czasem wsiadam do samochodu i jeżdżę po mieście bez celu, jeżdżę szybko i dynamicznie. (zdarza się to w okresach okołomaniakalnych) Ona kiedyś nawiązała i powiedziała "ryzykowna jazda samochodem" - wyjaśniłam, że to nie to samo.
    Podobnie alkohol. Ja mówiłam o mniejszym "problemie", ona jakby "miała nadzieję" na większy i dziś mi zarzuciła(?), że powiedziałam, że mówiłam o problemach z alkoholem, a "wcale" ich nie mam....

    Nie wiem, co o tym myśleć.
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • 36.a 07.01.11, 20:13
    Np. jak Pollyanna ucieszyć się, że "nie jest wcale tak źle"

    (pisałaś ostatnio 3-8 watków niżej, ze jesteś szczęśliwa, więc czuję się skołowana)

    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • dr.zabba 07.01.11, 21:30
    Wolałabym tańsze powody do pollyannowskiej radości.
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • lolinka2 07.01.11, 21:23
    Uciekaj od niej. Mówię z doświadczenia.
    Moja poprzednia terapeutka to ten typ. Człowiek który sam nie przepracował tego, co ma za skórą, więc ustawia się w opozycji, rywalizacji z klientem-pacjentem. Ta moja prowadziła tą metodą ze mną jakąś dziwną wojnę.... skołowana byłam i nie wiedziałam o co chodzi.
    Jak wygląda terapia, jak wygląda prawdziwa, dobra relacja terapeutyczna dowiedziałam się, gdy się z nią pożegnałam i tydzień później poszłam do obecnego terapeuty (i to było równo rok temu).
    I okazuje się, że facet świetnie rozumie, o czym do niego rozmawiam. Pamięta fakty z mojego życia, imiona ważnych dla mnie osób, ważniejsze zdarzenia... potrafi współczuć i nie zdołować, cieszyć się ze mną, smucić ze mną... bardzo fajnie pełni tę rolę lustra. I bardzo, bardzo się stara widzieć rzeczy moimi oczyma, zrozumieć moje poglądy na różne sprawy, choć z powodu dość oczywistych różnic (jest księdzem katolickim) może być to utrudnione.
    I tak niepostrzeżenie w ciągu roku stał się dla mnie ważną osobą. Tak, to jest ważna i dobra relacja. I ciepło o nim myślę. Dużo mi ta relacja dała. Ogromną pracę nad sobą wykonałam przy jego wsparciu.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • dr.zabba 07.01.11, 21:31
    Wietrzę nosem dłuższą przerwę w terapii. Chyba, że zacznę przyjeżdżać dwa razy w tygodniu do Wa - wy big_grin
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • lolinka2 07.01.11, 21:59
    to się streszczaj, bo niedługo będziesz musiała do Lublina albo Rzeszowa (w czerwcu naczalstwo go przenosi z okolic W-wy w okolice Rzeszowa) big_grin
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • poetkam 07.01.11, 21:33
    Tak jak już wcześniej dziewczyny pisały- ona nie powinna była tego mówić, co najwyżej pomyśleć. A Ty masz prawo czuć, tak jak czujesz.
    Przegadaj z nią o tym, ale chyba lepiej zrobisz, jeśli ją pożegnasz. Tak myślę, bardzo subiektywnie.
    --
    Codziennie na nowo uczę się żyć
    ---
    poetkowewiersze.blox.pl/html
  • 36.a 07.01.11, 21:39
    Podczepię się tu: zwariowałyście?
    Prawda w terapii BOLIIIIIIIII.
    Mój psychoanalityk czasem se wrzeszczał, żeby do mnie dotarlo. Pewnie i wykonałby mostek ze spadu, gdyby miało pomóc.
    "Przegadam z mężem"? To przedszkole? Czy własna osobista terapia? Czyli ciężka praca nad sobą.

    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • lolinka2 07.01.11, 21:58
    nie, to nie przedszkole. to prawdziwy przyjaciel i rzeczywiste wsparcie na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie... mam nadzieję, że kiedyś też będziesz takiego miała.

    terapeuta nie ma prawa podnieść głosu.
    prawda w terapii boli, ale prawdę może przekazać nienawidzący cię cham, albo grający z tobą na jednych falach dobry człowiek. Osobiście wolę drugie, acz są tacy co ich ból i cierpienie podnieca....tongue_out


    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • 36.a 07.01.11, 22:08
    1 terapeuta nie jest przyjacielem, nie może być
    2 ja chcę pomocy, nie glaskania po głowie
    3 jesli napiszę teraz "wspołczuję zabbie" - zaszkodzę
    4 na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie - od tego przecie partner/ka, nie terapeuta...
    5 lacanista krzyknął, ja nie mimoza, nie umarłam od tego. nie krzyknął na mnie, ale do mnie.
    6 metody w terapiach są różne, łącznie z olewaniem klienta aż wyda się z siebie pierwotny krzyk (nie chce mi się szperać w podręcznikach, nazwisko chyba Janov) - aż taka frustracja nie dla mnie, ale kto wie, może i ludziom pomogło

    Do księdza katolickiego akurat pójść bym nie mogla, nie pojąłby całkiem kilku kwestii. No i seksualność. Dziekuję, nie... Ale OK, Tobie pomaga.

    Zarzucasz mi masochizm (F), a ja nie rozumiem wspólczucia, ktore jest juz prawie litoscią i szkodzi...




    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • lolinka2 07.01.11, 22:21
    1. zgadzam się
    2. ja też
    3. nie, dlaczego? dobre słowo zawsze leczy niekoniecznie sprowadza do upadku
    4. ja mówiłam o mężu właśnie - o tym przegadaniu z nim tematu, które nazwałaś "przedszkolem"
    5. a ja mimoza - i umarłabym. Boję się krzyku.
    6. wiem... dlatego sporą liczbę metod uznaję za szarlatańskie smile

    A ksiądz katolicki (ten konkretnie) seksualność rozumie zaskakująco dobrze tongue_out I parę innych kwestii - nawet tych, w których się nam światopogląd rozjeżdża. Dlatego mówię, że widzę, iż chce aktywnie zrozumieć moje widzenie świata.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 08.01.11, 02:29
    Z podanych opcji wybieram nr 2

    Przypominając, że ogólnie byłaś z pani Ż zadowolona
    Nawet jeśli zrobiła coś nie tak, to czy w życiu też skreślasz człowieka za pojedyncze wpadki? Terapeuta to nie komputer. Tylko komputer byłby w 100% profesjonalny.

    Co do tekstu lolinki "uciekaj od niej" to napiszę tylko, że mnie wkurwił. Jakim prawem oceniasz człowieka, którego nigdy nie widziałaś, tylko dlatego, że zacytowane wyrwane z kontekstu trzy zdania przypominają ci terapeutkę, której nie lubiłaś?????
    Dziewczyno, kochasz swojego terapeutę i twoje zbójeckie prawo.
    Ale on nie jest jedyny na świecie - naprawdę nie.
    Nie rób ludziom wody z mózgu.

    Przerwę w terapii radziłabym również planować dorośle, czyli obgadać z terapeutą, a nie tylko poinformować go o tym fakcie.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 08.01.11, 02:37
    huhuhu - i wychodzi na to, że opinie drugikoniecswiata są po prostu subiektywnymi opiniami z prawem do ich wygłaszania, a subiektywne opinie lolinki2 są wqr... tekstami co robią ludziom wodę z mózgu.

    A my, przepraszam, z innej gliny, że takie różnice????

    Terapia to W MOIM ODCZUCIU I SUBIEKTYWNEJ OCENIE takie zwierzę, gdzie jak nie ma porozumienia między terapeutą a klientem/pacjentem, to nic z tego nie będzie, bo się obie strony będą ze sobą męczyć. Jeśli zabba mówi, a baba nie rozumie, to sorry vinnetou - obie się spalą i wściekną... i nic. Choć osobno, bądź w konfiguracji z innym interlokutorem obie mogą być rewelacyjne. Ja nadal uważam że pani M.N. ma spory potencjał do zaoferowania swoim pacjentom ... tylko nam było TOTALNIE nie po drodze. Nie zagrało między nami, a wręcz huczało i wrzało, w tym niedobrym znaczeniu.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • ergo_pl 08.01.11, 04:30
    > Terapia to W MOIM ODCZUCIU I SUBIEKTYWNEJ OCENIE takie zwierzę, gdzie jak nie m
    > a porozumienia między terapeutą a klientem/pacjentem, to nic z tego nie będzie

    Dokładnie.

    >6 metody w terapiach są różne, łącznie z olewaniem klienta aż wyda się z siebie pierwotny >krzyk (nie chce mi się szperać w podręcznikach, nazwisko chyba Janov) - aż taka frustracja >nie dla mnie, ale kto wie, może i ludziom pomogło

    I z tym też się zgadzam. Wszystko zależy od osobowości pacjenta, czym się do niego trafi.

    Czasem pomoc polega na pogłaskaniu, a czasem na potrząśnięciu. Jednej i tej samej osoby.

    Drugikońcu - jak mi radziła 36a. - weź dystans.

    A z tego, co wiem, w psychodynamicznej mogą być takie wnerwiające teksty, żeby wyzwolić emocje.

    Żabbo - co nagle, to wiadomo. Zawsze możesz zmienić.







  • drugikoniecswiata 08.01.11, 15:17
    > A my, przepraszam, z innej gliny, że takie różnice????

    Z innej gliny nie, ale odnoszę wrażenie, że trochę inną mamy kulturę wysławiania się i to nie po raz pierwszy mnie wkurza, bo nierzadko w swoim ekstremizmie i bezpardonowości przekraczasz granice mojej tolerancji.

    > Terapia to W MOIM ODCZUCIU I SUBIEKTYWNEJ OCENIE takie zwierzę, gdzie jak nie m
    > a porozumienia między terapeutą a klientem/pacjentem, to nic z tego nie będzie,
    > bo się obie strony będą ze sobą męczyć.

    Jest kolosalna różnica między komunikatem, który zawarłaś w tym poście, a tym, który był w poprzednim "uciekaj od niej, bo nic z tego nie będzie". Tu przedstawiasz swoje rozumienie procesu terapii, tam oceniłaś jakość porozumienia, utożsamiłaś je z własnym doświadczeniem i powiedziałaś żabbie, co ma robić.

    > Jeśli zabba mówi, a baba nie rozumie,
    > to sorry vinnetou - obie się spalą i wściekną... i nic.

    A skąd ty wiesz, co między nimi będzie? Wróżką jesteś czy samym Panem Bogiem? To, co powiedziała żabba w tym konkretnym wątku nie jest jedyną rzeczą, jaką powiedziała na temat tej terapii, a nawet jeśli zebrać do kupy wszystko, co powiedziała, to jest jeszcze to wszystko, czego tu NIE powiedziała. I to jej, a nie tobie oceniać, czy porozumienie jest, czy go nie ma, a jeśli czasem jest, a czasem nie ma, to czego jest więcej i jaki jest bilans strat i zysków.

    Nie wkurwiają mnie subiektywne opinie na temat procesu.
    Nie wkurwia mnie opowiadanie o własnych doświadczeniach.
    Wkurwia mnie ocenianie sytuacji i relacji, którą zna się wyłącznie z relacji na forum.
    Bo takie relacje są niemiarodajne: raz, że wyrwane z kontekstu, dwa, że jednostronne.
    Dotyczy to wszystkich wątków, nie tylko tematu terapii.

    Dlaczego Ann radzisz wyjaśnienie sprawy recept z lekarzem, a żabbie ucieczkę gdzie pieprz rośnie? Czym jedno się różni od drugiego, oprócz tego, że tym, że znasz tego lekarza, a terapeutki żabby nie?

    I wkurwia mnie twoje idealizowanie pana xiędza jako autora jedynego słusznego modelu relacji terapeutycznej, a terapii psychodynamicznej jako najlepszego nurtu terapeutycznego. Ponieważ pan xiądz nie ma swojego klona, a ty też nie jesteś multiplikowalna, to żadna inna relacja pacjenta z terapeutą nie będzie wyglądała tak, jak twoja z nim, i żadna inna terapia psychodynamiczna nie będzie się odbywać dokładnie tak, jak twoja, bo kształt terapii nadaje osoba terapeuty, a nie odwrotnie. Wkurwia mnie to, że zdajesz się tego nie rozumieć.

    Tyle o moim wkurwie.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 08.01.11, 21:30
    hu-hu-ha
    hu-hu-ha

    zaaaazdrooość huuulaaaaaaa smile

    tylko o co??
    o dobrą relację terapeutyczną? że moja j.e.s.z.c.z.e jest? czy o coooo?

    bo tak słychać to z tej strony....
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 09.01.11, 21:57
    karolina, litości
    miałam bardzo dobrą terapeutkę jedną
    teraz mam całkiem niezłą drugą
    czego niby miałabym ci zazdrościć?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 09.01.11, 22:04
    Wyloniła się tu elita pn. mamy lepiej.
    Lolinka, Agao, Zabba, czareg, poetkam też...
    Mamy zazdrościć.
    Ja mam ubaw.

    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • lolinka2 09.01.11, 23:51
    etam zaraz elyta

    po prostu daleko nam do wertera i innych co "za miliony kochają i cierpią katusze".
    my sobie po prostu kochamy, po prostu żyjemy, pracujemy czasem jakoś, no takie po prostu....


    a jak komu to elyta to ja, panie, nic na to nie poradzę smile
    jaki kraj, tacy terroryści. I elyta widać też.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 10.01.11, 13:08
    Boże, dziewczyny, o co wam biega????????????
    Elyta. Zazdrość. Żółć.
    Projekcja?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 09.01.11, 23:49
    no właśnie nie wiem, ale jadem i żółcią mi wczoraj zawiało.... to tak sobie popukałam coby sprawdzić, z której strony się nożyce odezwą....

    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 10.01.11, 13:09
    och, jak ty subtelnie pukasz!
    wink)))))))

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 10.01.11, 13:15
    ja cała jestem subtelna jak RUDY 102 smile

    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 10.01.11, 14:02
    ale jak przywalisz młotkiem bez zastanowienia, to czasem zamiast w muchę możesz trafić w palec. swój lub czyjś. albo w cenną filiżankę. możesz coś trwale rozpieprzyć, chcąc tylko zapukać. jakbyś czasem o tym pamiętała................. kiss

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • dr.zabba 08.01.11, 11:01
    Odpisuję po troszku wszystkim.
    !. Jak się pewnie domyślacie, powyższemu przytoczeniu brakuje kontekstu.
    2. Terapeutka ma coś, czego nie mieli psycholodzy, z którymi miałam do czynienia wcześniej: nie umawia się na czas (tzw. kontrakt), daje możliwość zakończenia/przerwania/zmniejszenia liczby spotkań w dowolnym momencie. Dopuszcza przerwanie i powrót po przerwie.
    3. Ale dlaczego przedszkole??? W takiej sytuacji Wy, Ann, jesteście moimi współprzedszkolakami, mąż przedszkolanką. Rozmawiać na forum - dobrze, rozmawiać z mężem - źle? Ann, masz inną perspektywę, jak już pisałam.
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • kamyczek_0 08.01.11, 11:24
    Na mnie podnoszenie tonu nie działa. Gdyby terapeutka podnosiła ton w naszej rozmowie to szybko uciekłabym gdzie pieprz rośnie. To nie jest szef, którego musimy tolerować. Oczywiście terapeuta ma prawo mówić...stwierdzać coś co wg. niego jest prawdą, która może nas boleć. Ale może stwierdzać coś na spokojnie, bez nerwów. Miałam dosyć krzykui podnoszonego tonu w dzieciństwie.
    Mnie zabolało to jak powiedziała, że jestem nieszczęśliwa. Stwierdziła fakt, którego nie dopuszczałam do siebie.
    Tak jak mówię nerwowy, podniesiony ton powoduje, że się zamykam. Odnosi odwrotny skutek niż wydawałoby się terapeutce.

    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • ergo_pl 08.01.11, 12:05
    > Na mnie podnoszenie tonu nie działa. Gdyby terapeutka podnosiła ton w naszej ro
    > zmowie to szybko uciekłabym gdzie pieprz rośnie.

    O, to, to. Dlatego, Bogu dzięki, że trafiłam na właściwą dla mnie smile
  • 36.a 08.01.11, 14:58
    W jednym z dość starych filmów "Dom" może nie pamiętam, lekarz podniesionym głosem do pacjenta, którego gra Barciś, chromego pacjenta: - WSTAŃ!
    I on zaczyna chodzić.
    To tego rodzaju krzyk.
    Który otwiera klapki w głowie.
    Jeden z celów psychoanalizy jest dodawanie pacjentowi odwagi. Courage.
    Krzyk do, nie na - chcę być dobrze zrozumiana.

    Odnosząc się do pytania Zabby - terapia to coś tak intymnego, że nie do omawiania z rodziną.
    Obawiam się, że z nikim. Anegdotki ze swojej terapii mogę robić dziś, wiele lat po.
    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • 36.a 08.01.11, 15:04
    kurde, nie chromy. po prostu niechodzącego, o. teraz jest dobrze.

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • beatrix-kiddo 08.01.11, 15:15
    36.a napisała:

    > kurde, nie chromy. po prostu niechodzącego, o. teraz jest dobrze.
    >

    Wydaje mi się, że chromy, to ktoś z krótszą lub niesprawną nogą, a niechodzący - to jak nazwa wskazuje - z obiema nogami niesprawnymi. No chyba że się mylę.
    --
    Leki są dobre tylko ludzie do dupy - copyright by Euforyk
    Pomóż zwierzakom
  • sensi41 08.01.11, 16:34
    A nie było to w Doktorze Wilczurze?wink
    --
    Przychodzi baba do lekarza i mówi:
    - Jak mnie pan wyleczy, to chyba umrę ze szczęścia!
  • kamyczek_0 08.01.11, 17:51
    Tak w Doktorze Wilczurze smile
    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • czareg 08.01.11, 21:29
    36.a 08.01.11, 14:58
    W jednym z dość starych filmów "Dom" może nie pamiętam, lekarz podniesionym głosem do pacjenta, którego gra Barciś, chromego pacjenta: - WSTAŃ!
    I on zaczyna chodzić.
    To tego rodzaju krzyk.
    Który otwiera klapki w głowie.
    Jeden z celów psychoanalizy jest dodawanie pacjentowi odwagi. Courage.
    Krzyk do, nie na - chcę być dobrze zrozumiana.
    .....

    36.a 08.01.11, 15:04
    kurde, nie chromy. po prostu niechodzącego, o. teraz jest dobrze.

    sensi41 08.01.11, 16:34
    A nie było to w Doktorze Wilczurze?

    kamyczek_0 08.01.11, 17:51
    Tak w Doktorze Wilczurze


    To wyciskacz łez dla pomocy kuchennych z dwudziestolecia międzywojennego wyznacza trend psychologiczny teraz?
    Śliczna wkrętka 36.a, prześliczna. Zawiść mnie zżera.
    --
    <policja> Wie pan za co pana zatrzymujemy?
    <zatrzymany> Za pieniądze podatników?
  • 36.a 08.01.11, 22:00
    Cześć, kopę lat. Przyznaję, że ja też nie przepadam za Tobą. To wzajemne.

    A teraz ad rem.
    Tak, pewnie i Doktor Wilczur, ogladałam jako dziecko i też chyba nie w całości.
    Wrażenie zrobiło to WSTAŃ

    I tylko "to" w tej historyjce jest ważne. Nic innego.
    Katolickie "Powiedz tylko jedno słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja" jest analogiczną wkrętką?
    Czemu się mówi "talking therapy"? Ew. dlaczego mówienie uwalnia? I niepotrzebna jest wcale terapia, niektórzy mają szczęście do mądrych przyjaciół, względnie krewnych. Dalej. wysoko cenię trynd zwany artterapią i nie mam teraz na myśli lepienia koślawych garnków czy też pieczenia ciasteczek, ale uwalniające działanie ambitnych i owszem filmów, czytania ksiażek, które poruszają i wcale nie musi temu towarzyszyć katharsis.
    Tak, cholernie cenię terapeutów popychających swoich pacjentów w kierunku Życia (oczywiście, pacjent jest przygotowany). Nie cackających się.

    Nie chce mi się szukać wiersza, francuskiego:

    Mówimy im, lećcie....itd.

    Też jest o dodawaniu odwagi.
    Jak cudne sa matki wspierające w rozwoju, dodające dzielności już kilkunastomiesięcznym dzieciom, nie podcinające skrzydeł.

    Trafiamy na terapię często przez głupich, nieszczęśliwych rodziców, podcinających skrzydła.

    Miłego wieczoru.
    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych burz
  • dr.zabba 08.01.11, 20:03
    A czy nie byłoby lepiej, dla mnie mniej obciążająco, gdybym pomyślała sobie po prostu:
    oż kurde bele, co to zezowate babsko mi tu gada!?

    Czyli złość?
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • kamyczek_0 08.01.11, 20:37
    A może zapytaj się jej o co jej chodziło. Ciekawe, co ci powie.
    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • 36.a 08.01.11, 21:26
    Nie...

    Raczej zastanowić się, że może mieć rację. Że przerysowałaś być może. Że być może to jej celowy zabieg, aby pokazać Ci, że właśnie JEST CAŁKIEM DOBRZE.

    (gdybam sobie)

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych burz
  • czareg 08.01.11, 22:33
    Miałem do czynienia z paroma psychologami, psychiatrami - tych którzy prowokowali mnie, bo lepiej wiedzieli ode mnie co się dzieje, błyskawicznie skreślałem. Nie ważne czy mieli rację (a często mieli - co czasem przyznaję przy retrospekcji), uznawałem to za zerwanie współpracy. Nadal w głowie mi się nie mieści, że wciskanie kitu i przedmiotowe traktowanie jest dla MOJEGO DOBRA.
    Co mądrzejsi odpuszczali błyskawicznie (wyczuwając moją rezerwę) i przekazywali innym pod opiekę. Ale zdarzyła się lekarka na dziennym, która opiekowała mną się jeszcze 6 tygodni po tym, jak mnie całkiem zjeżyła swoimi manipulacjami. I nie zauważyła tego. Mało tego, reszta terapeutów też tego nie zauważyła - wszyscy byli bardzo zdziwieni, gdy na pożegnalnym spotkaniu stwierdziłem, że pobyt nic mi nie dał.
    Trochę mniej byli już zdziwieni, gdy w tym samym szpitalu pojawiłem się dwa tygodnie później po próbie samobójczej (psychotropy uzyskane od psychiatry wykorzystałem do mojej najbardziej udanej próby - na tydzień film mi się urwał).

    Ta długa historia ma pokazać, że podstawą udanego leczenia (terapii) jest zaufanie do lekarza (psychologa). Ale jeżeli pacjent ma wątpliwości czy opiekujący się nim w ogóle go słucha, to o zaufaniu nie ma mowy. O współpracy zapomnij.
    Więc konfuzja Dr Zabby mnie nie dziwi. Mam taką samą radę jak lolinka, może tylko bardziej umotywuję - to terapeuta zbrojny w wiedzę teoretyczną (studia + literatura) i praktyczną (dotychczasowa praktyka w zawodzie), ma pomóc odnaleźć się w życiu/społeczeństwie klientowi, który sobie nie radzi.
    Podstawą jest zaufanie do terapeuty - a Dr Zabbie wyraźnie go brak.
    Więc na moje oko z tego pieca chleba nie będzie, więc tylko żal czasu i nerwów.

    Z terapeutą jak z każdym spotkanym osobnikiem w życiu - czasami łapiesz kontakt, czasami nie. Czasami trzeba spróbować parę razy, nim trafi się na "swojego".
    --
    <policja> Wie pan za co pana zatrzymujemy?
    <zatrzymany> Za pieniądze podatników?
  • kara.mija 09.01.11, 13:33
    Doszłam do przepychanek i nie czytam dalej chociaz pewnie i stracę ważne opinie.
    Moja opinia: Moja terapeutka nigdy by tak nie powiedziała bo to byłoby badatelizowanie wprost problemów pacjenta. Owszem potrafi w rozmowie mi udowodnić, że coś co mi się wydaje ogromnym problemem jest małym problemem albo wcale nie jest problemem. Ale robi to poprzez rozmowę naprowadzając mnie na właściwe wnioski. Terapia owszem boli ale myślę, że to nie ma być ból wywołany przez zachowanie terapeuty ale ból w związku z ważnymi "odkryciami" które wywołuje. Gdybym poczuła się tak jak Ty Żabbo to moja T oczekiwała by ode mnie, że jej to powiem i że sobie z nią tą całą sytuację wyjaśnię. Może Twojej też chodzi o jakąś konfrontację. Może uważa, że coś zaczęłaś spłycać lub nie mówisz całej prawdy. Tak własnie myślę chociaż może tak wcale nie jest. Nie mniej jednak jeśli nie zapytasz, nie porozmawiasz to się nie dowiesz. Masz prawo poprosić o szczegółowe wyjaśnienie dlaczego tak sądzi. Ja bym tak zrobiła.
    --
    Apetyt mam wielki - zjadam i przestawiam literki.
    Mały Maciek i Wielcy Czarodzieje
  • 36.a 09.01.11, 18:25
    "a często mieli rację"

    Cóż, w ten sposób można zaliczyć n terapii i wreszcie trafić na kogoś, kto będzie mówił to, co chcemy slyszeć.

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • czareg 09.01.11, 20:59
    Czepiasz się jednego zwrotu by wykazać ile to racji masz?
    Nie podbudujesz swego ego wykłócając się o każde słowo w pyskówce - w każdym razie nie trwale.
    Twoja niska samoocena zaczyna przeszkadzać Ci w kontaktach społecznych.
    --
    <policja> Wie pan za co pana zatrzymujemy?
    <zatrzymany> Za pieniądze podatników?
  • 36.a 09.01.11, 21:55
    Ojjjjj, aż takie rzeczy usłyszałeś?

    To raczej ludzie zza silnymi mechanizmami obronnymi bedą spacerować od terapeuty A do terapeuty Z, obwieszczając po drodze "Gówno mi dała pani praca".
    - Na złość mamie niech mi uszy zmarzną?

    Dzięki, Twój post mnie rozbawił.
    I przepraszam, mimo wszystko.

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • czareg 10.01.11, 08:42
    Czytam.
    Prawie w każdym wątku dorzucasz swoje 3 grosze. Są to krótkie, impulsywne wpisy. ale nie daj boże, by ktoś miał zdanie odmienne - idziesz na noże i dopóty piszesz, dopóki "oponent" zmęczony nie zrezygnuje z "wymiany poglądów".
    Trollem nie jesteś- więc skąd takie zachowanie?

    Oponent w cudzysłowie - bo chciał tylko napisać co myśli a nie podważać Twoje opinie.
    Wymiana poglądów w cudzysłowie - bo zależy Ci tylko by twój wpis był ostatni (a to ja miałam ostatnie słowo).
    --
    <jacuss> Mnie to chociaż po politechnice do łopaty wezmą,a ty co po ASP będziesz robił?
    <Olo> Pasy malował smile
  • balbina_alexandra 09.01.11, 15:19
    Mam trochę mieszane uczucia po przeczytaniu tego wątku. Ale ja prawie zawsze mam mocno mieszane uczucia gdy wypływa temat terapii, mimo iż sama uczestniczyłam - z sukcesem w kilku, znam to od strony praktycznej, a od dawna staram się to zgłębić teoretycznie, czytając, drążąc, aż w końcu poszłam studiować psychologię. Choć ja osobiście terapeutką być nie zamierzam, niby nigdy nie mów nigdy i błota się wyrzekać nie będę... ale nie, chyba nie.

    Po pierwsze - znamy to wszystko tylko z relacji jednej strony, z relacji Żabby, a to już wyklucza obiektywność. Secundo - terapia rzadko kiedy jest łatwa i przyjemna. Tertio - są rzeczy, których oczywiście żaden terapeuta mówić nie powinien. Ale w tym przypadku nie mamy z tym do czynienia. Tzn, terapeuta może pewne rzeczy ubrać w inne słowa, może przedstawić to w delikatniejszy sposób = ale zawsze ma obowiązek pewne wnioski przedstawić pacjentowi, jeśli niosą one korzyść terapeutyczną.
    Dziś mocno zatarła się granica pomiędzy terapią a coachingiem (ja jestem z tej drugiej bajki). Coach nie tylko może krzyczeć, on bardzo często posługuje się krzykiem, stosuje prowokację często bardzo niskich lotów - moim oczkiem w głowie jest nie tylko life coaching, który jest nieco inaczej zwaną formą terapii, ale np. political coaching - jeśli kiedykolwiek w przyszłości zmienię zawód, to tylko na taki smile Nie tylko krzyk, ale np. obelgi - można pacjenta/klienta (cieżko to już tu rozgraniczyć jednoznacznie) wyzwać od najgorszych, wlaśnie w celu pobudzenia w nim pewnych mechanizmów. Ma się bronić. Ma się przeciwstawić, ma zacząć myśleć, a nie tylko usiąść w kąciku i płakać. Ergo - naprawdę (prawie) wszystkie chwyty sa dozwolone w celu osiągnięcia pożądanego efektu terapeutycznego.

    No właśnie, ale najpierw trzeba sie zapytać jaki jest ten efekt? Nie każdy nadaje się do każdej terapii. Chyba już kiedyś pisałam na tym forum, że nie jestem specjalną zwolenniczką t. psychodynamicznej - ale to ja, to moje prywatne zdanie, są osoby, dla których jest to idealna forma. Każdy kto się decyduje na tę konkretną terapię, musi mieć świadomość wszystkich plusów i minusów tego podejścia, m.in tego, że to terapeuta jest centralną postacią i od jego dość subiektywnej interpretacji zalezy dalszy rozwój terapii i nasze postępy (albo ich brak).

    Co ja bym zrobiła na miejscu Żabby? Nie uciekałabym na pewno. Nie byłby to dla mnie powód do przerwania terapii. Pierwsza reacja - to żal, wściekłość, ryk, wychodzę, trzaskam drzwiami. Ale potem w domu myślałabym... i pewnie wróciłabym.

    Jedno jest dla mnie pewne: nie powinno się kwestii poruszanych na terapii analizować z innymi ludźmi, z którymi pozostajemy z bliskich relacjach - vide mąż. To jest dla mnie kwestia bezdyskusyjna. Nie wątpię, e jest Ci ciężko. Ale czasem bywa tak, że źródłem wielu toksycznych zachowań jest właśnie związek, choć może sobie tego nie uświadamiamy. Dla mnie - od razu mówię, że nie mam pojęcia, jak było naprawdę, nie chcę stawiać żadnych diagnoz, to moje subiektywne odczucie: terapeutka przedstawiała Ci pewną prawdę, nieprzyjemną i niewygodną dla Ciebie,chcesz się od niej za wszelka cenę uwolnić, szukasz jakiegoś mechanizmu, pytasz na forum, chcesz opinii męża- podświadomie chcesz by wszyscy powiedzieli Ci "to nie do przyjęcia, to nieprofesjonalne, zostaw ją". Jeśli dodatkowo jest jakiś głębszy problem ukryty w relacjach między Tobą a mężem - to znamienne, że chcesz porozmawiać właśnie z nim, a nie z siostrą, najlepszą przjaciółką, drugą terapeutką itd - zniweczysz cały dotychczasowy wysiłek włożony w terapię.

    --
    This thing is slowly taking me apart.
    Grey would be the color if I had a heart.
  • lolinka2 09.01.11, 15:48
    balbino, ale ona oprócz pracy na terapii nad wnętrzem, codziennie pracuje w domu z tym właśnie mężem, nad tym, żeby im razem było co najmniej tak dobrze, jak jest teraz.... czyli po prostu relacja między nimi, jest dla obojga Żabostwa smile ważna.

    ja znam tę bajkę, bo swoją terapię też "przegaduję" z chłopem. To już tradycja: 21.20 koniec sesji, 21.30 dzwoni chłop "jak było? jakie wnioski na dziś?" - i gadamy, dokańczamy w domu - i tak kolejne 6 dni.

    z jakichś powodów osoby na forum pozostające w dobrych związkach (poetkam, czareg, ja, agao_72 - sorry jeśli kogoś pominęłam) nie potępiły praktyki przegadywania terapii po sesji z ukochaną osobą, jeśli dana osoba ma taką potrzebę.... ja odnoszę wrażenie, że ty po prostu nie rozumiesz, że mąż może nie być źródłem toksyny a właśnie osobą bliższą i lepszą niż tzw najlepsza przyjaciółka czy druga terapeutka (po kija komu druga terapeutka - nieznana zapewne - żeby się przed nią z mety otwierać....?)

    balbino, a propos metod, to nie chemioterapia. Chemioterapia najpierw prawie zabije żeby potem pomóc - bo chodzi o ratowanie życia, które jest bezpośrednio zagrożone. Terapia nie jest działaniem "na ostro", takim ratunkowym typu "emergency". Bardziej jak leczenie choroby przewlekłej o niezaostrzonym przebiegu. Ma powoli generować zmianę i nie upośledzać codziennego funkcjonowania pacjenta. Co komu po najlepszej terapii, jeśli wraca klient po sesji na której mu nawrzucano i się zabija??? Albo wpada w doła i zalicza L4 przez 6 kolejnych miesięcy?
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • 36.a 09.01.11, 18:24
    balbina_alexandra napisała:


    > Co ja bym zrobiła na miejscu Żabby? Nie uciekałabym na pewno. Nie byłby to dla
    > mnie powód do przerwania terapii. Pierwsza reacja - to żal, wściekłość, ryk, wy
    > chodzę, trzaskam drzwiami. Ale potem w domu myślałabym... i pewnie wróciłabym.

    Ja kopałam kamienie. Szłam sobie i kopałam. W metrze siedziałam i myślałam, czasem przychodziło ukojenie. W domu włączałam komputer i pisałam, pisałam. Podkreślałam metonimie i inne ważne frazy. Opowiadać o tym innym? Nie byłam wtedy w żadnym związku, czy dziś przyszłoby mi do głowy opowiadać ważne rzeczy partnerowi? Zachowanie, zmiana zachowań często są lepsze niz słowa. Ale wtedy nie dzieliłam się tą tajemną wiedzą o sobie z nikim. Byłam zafascynowana tym, co się działa. Chociaż dosyć często wkurzona do granic. Ale mamie opowiadać? Po co? O rodzicach wspominałam w terapii. I miałabym opowiadać im, wypominać im krzywdy? Zrobiłam to parę lat po terapii. Dwa zdania w zwyczajnej rozmowie. Ojcu chyba było wstyd. Mało znam z autopsji inne terapie, terapeuta dowiaduje sie o nas rzeczy, których nie ujawnimy nikomu innemu. I za przeproszeniem wywalać to innym? Brak szacunku do siebie samego.

    Lolinka pisze o dobrych związkach i wymienia. O tym mogą powiedzieć zainteresowani, a słów to mozna sobie słuchać i wierzyć bądź nie. I chyba zainteresowani bezpośrednio wiedzą, jak jest naprawdę. Krowa, która dużo ryczy...




    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • lolinka2 09.01.11, 20:36
    wymieniłam tych, co do których jestem pewna, że im razem dobrze. Tych, co ich znam osobiście a nie tylko z forumowej twórczości.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • agao_72 09.01.11, 21:03
    jest nam dobrze, rozmawiamy ze sobą, a nawet rodzinnie chodzimy do psychiatry. chodzimy razem w wiele miejsc, a nawet jeździmy, a co gorsze latamy. dyskutujemy, spieramy się. przytulamy się, sypiamy razem, a czasami we trójkę. Michał kupuje mi różne cudka do mojego hobby, a ja dostarczam mu książki.

    nuda.

    ale chyba dla radości co niektórych nie powinnam się do tego przyznawać.
    --
    Kołysz się w miętowej mgle...

    Świat widziany kocim okiem. Zapraszam do kociej kuchni.
  • 36.a 09.01.11, 22:01
    A pisz sobie, na zdrowiesmile

    Klasyczne z teorii gier "A MNIE JEST LEPIEJ NIŻ TOBIE, KU*WA, NAJLEPIEJ".

    Nie ma we mnie zazdrości.
    Nie ma domku bez ułomku...

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • dr.zabba 09.01.11, 21:07
    Terapeutka często nie wie, nie orientuje się, mówi rzeczy, których nie powinna. Nie orientuje się za bardzo na czym polega chad. Mylą jej się fakty z mego żywota, o których wcześniej mówiłam. Te rzeczy, co to nie powinna, to: "to DOBRZE, że odchodzi pani od kościoła katolickiego", "pani CHOWA się za lekami (???)". Puszczam te rzeczy mimo uszu, nie poświęcam im uwagi. Wydaje mi się, że jestem wystarczająco dużą dziewczynką i że moja remisja jest w tej chwili na tyle stabilna, że mogę do tego nie przywiązać wagi.

    Wydaje mi się także, że aby była w miarę dobrą terapeutką, nie musi się znać na powyższym, ważne jest jak prowadzi rozmowę. A prowadzi dość dobrze.

    Zakładając wątek wybrałam tytuł: POCZUŁAM SIĘ zraniona.... Całkowity subiektywizm. Dźgnęło mnie to samego wnętrza. Myślę, że właściwe jest rozwiązanie nr 2, choć oczywiście nie wyklucza rozwiązania nr 3.

    Błahe dla mnie błędy popełniane przez terapeutkę, opisane wyżej, miałyby zapewne całkiem inny wymiar, gdybym była w depresji (coś podobnie jak opisał czareg) albo w manii (pani chowa się za lekami).

    Złoszczą mnie wszystkie autorytarne i na wskroś generalizujące sądy dot. terapii (w żadnym wypadku nie omawiać z partnerem) Po raz setny napiszę swoje zdanie: terapia nie jest świetą krową. I mimo wszystko dla mnie jest produktem, który kupuję, słono za to, niestety, płacąc.
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • agao_72 09.01.11, 21:10
    ała, za chowanie się za lekami byłabym zła, bardzo zła.

    dziwna pani
    --
    Kołysz się w miętowej mgle...

    Świat widziany kocim okiem. Zapraszam do kociej kuchni.
  • lolinka2 09.01.11, 21:13
    bo jest - jest prostytucją więzi

    w życiu nie pójdziesz po raz kolejny do prostytutki, co nie zrobi ci dobrze i jeszcze zacznie w kompleksy wganiać (że masz za małego) tongue_out

    to samo z terapią.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • dr.zabba 09.01.11, 21:20
    To może ci, co sie najintensywniej prostytuują, mają taki opór, zeby opowiadać o tym partnerom?
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • 36.a 09.01.11, 21:58
    Zapewne...

    Pasuję, bo robi się z tego bicie piany.

    Proponuję poczytać o terapiach, popytać terapeutów, czy terapia jest do drobiazgowego omawiania z partnerem, z innymi ludźmi, z wyciaganiem każdej przepraszam pierdoły z terapii na forum.

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • balbina_alexandra 09.01.11, 22:38
    Ja tylko na chwilę, bom się wyspała i zabieram się intensywnie za robotę:
    Lolinko: nigdy nie imputowałam, że to akurat związek musi być przyczyną problemów. Wielu pacjentów żyje w ustabilizowanych związkach. Ale psychodynamiczna jest mało obiektywna niestety i dziwnym trafem bardzo często kręci się albo wśród rodziców, albo wśród związków.
    Nie neguję istnienia dobrych wspierających związków. Po prostu, z punktu widzenia sensu terapii, nie widzę sensu rozstrząsania tego co było co sesji z KIMKOLWIEK. Owszem, rozmowy! Po to jest terapia, żeby wyprostować pewne kwestie. I dlatego warto rozmawiać z partnerem, to co przemyślimy, przeanalizujemy. (Straszne banały piszę, wiem...). Ale to co się dzieje między mną a terapeutką zostaje za zamkniętymi drzwiami gabinetu. I już. Ponieważ spotkałam się już z nieetycznym zachowaniem terapeuty, dopuszczam rozmowę z innym terapeutą - bez wdawania się w zbędne szczegóły - aby dopytać się takie zachowanie jest etyczne i akceptowalne. Finito. Dyskutowanie z kimkolwiek na temat własnej terapii nie jest wg mnie właściwie, jest to po prostu kolejny mechanizm obronny (zapewnie nieświadomie stosowany). Oczywiście wyjątkiem jest terapia par.

    Secundo - co do krzyku i kontrowersyjnych metod, nie miałam na myśli klasycznej terapii, tylko COACHINGU. A to zupełnie inna bajka. Na life coaching nie kwalifikują się osoby w depresji, tylko zdrowe, z konkretnymi interpersonalnymi problemami. Nikt pacjentowi w depresji nie będzie serwował radykalnych metod, wierz mi. Znam to i ze strony praktycznej i teoretycznej.

    Żabbciu - pod wpływem tego co napisałaś, nieco zmienia mi się optyka. Jeśli pani nie wie, czym, jest chad, myli pewne oczywiste fakty z Twojego życia, to jednak rzecz jest warta zastanowienia. Znów bardzo ale to bardzo subiektywnie dodam, że dla mnie terapeuta idealny musi się bardzo dobrze orientować na czym polega istota naszej choroby. Zwrot "chowanie się za lekami" jest nawet już nie tyle co idiotyczny, jest po prostu niedopuszczalny. Ja nie jestem autorytarna - jestem tylko małym szarym robaczkiem, który przeszedł przez rózne piekiełka i został przewałkowany na wszystkie strony na różnych terapiach, aż sama zaczęłam czytać usiłując wyciągnąć jakis common ground z tego wszystkiego. A potem sama wpadłam na pomysł, że może jak zacznę studiować psychologię to coś mi się bardziej rozjaśni. To co piszę, to moje subiektywne odczucia. Nie bujałabym się z kimś, kto nie byłby specjalistą od zaburzeń na jakie cierpię.

    A co do reszty, to Ann ma rację, bicie piany. Znikam to mojej pisaniny, póki jeszcze mnie mdłości nie chwyciły na dobre, trzymajcie kciuki!


    --
    This thing is slowly taking me apart.
    Grey would be the color if I had a heart.
  • lolinka2 09.01.11, 23:56
    dla mnie to nie tyle mechanizm obronny, co "przedłużka" terapii

    jak sobie gadam to mi się prostuje, nowe wnioski docierają, nowe skojarzenia się budują...
    no to ruszam temat z terapeutą, kontynuuję z chłopem, z wnioskami wracam do terapeuty - on się zresztą śmieje, że u mnie terapeutów pod dostatkiem: sama się analizuję, chłop mnie analizuje... i do niego co tydzień wracam.
    zresztą nie zdarzyło mi się, żeby na terapii padł temat, który nie byłby "dla uszu" chłopa. On i tak wszystko o mnie wie. No taka prosta baba jestem. Bez tajemnic. Jeśli coś jest o mnie tajemnicą dla chłopa, to tylko dlatego, że sama jeszcze tego o sobie nie wiem.

    I tak to sobie się "terapeutyzuję o niego" w międzyczasie smile
    Z wzajemnością - analizujemy też chłopa zbiorowo smile
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • lolinka2 09.01.11, 23:57
    zabba, dobre, dobre.....
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 10.01.11, 14:00
    > Nie orientuje się za bardzo na czym polega chad.

    Myślę, że rozumiem, co masz na myśli, choć może się mylę. Opowiem o sobie. Czułam się tak czasem przy mojej terapeutce. Nie była specjalistką od terapii chad ani lekarzem psychiatrą. Choć wiem, że przez jakiś czas pracowała na jakimś oddziale (staż?) i w poradni - nie wiem czy pacjentów z chad miała w swoim gabinecie na długoterminowej terapii. Z depresją na pewno tak, czy z chad - nie wiem. Ale to ona mi ten chad zdiagnozowała!

    Miała skrzywione podejście: terapeutycznie skrzywione, tak jak lekarze mają często skrzywione lekarsko. Były momenty, kiedy myślałam: czemu nie rozumie? A potem zrozumiałam, że wymagać, by sama nie mając tego gówna ani nie przestając z nim na co dzień rozumiała tak dobrze i mocno jak ja - to absurd. Nie rozumie tak samo, jak nie rozumieją moi znajomi i rodzina. Ma wiedzę teoretyczną, większą od niektórych, a od niektórych nie, zrozumieć próbuje, ma ku temu narzędzia, trochę jej się udaje, a trochę nie.

    Jej skrzywiona perspektywa (nie powiedziała mi nigdy, że się chowam za lekami, ale generalnie szło w tę stronę, bo terapeuci zwykle należą do obozu, który +/- mówi to, że przyczyną choroby jest przerost szkodliwych mechanizmów obronnych, a mechanizm zmiany leży w rekach pacjenta) - więc ta jej skrzywiona perspektywa Z CZASEM wniosła dużo w moje rozumienie choroby. Z czasem, bo na bieżąco - bolała. Nie przejęłam jej całkiem, ale dzięki niej złapałam dystans do drugiego ekstremum, czyli pojmowania chad czysto biologicznie. Powiedziała np "pani Izo, szpitale psychiatryczne pełne są ludzi, którzy ciągle do nich wracają, bo uważają, że to tam znajdą ocalenie, to jest ślepa uliczka" - wtedy mnie to oburzyło i dotknęło, bo skierowanie do psychiatryka na własną prośbę miałam w torebce: ja też szukałam ocalenia. Dziś sądzę, że miała dużo racji. Nie całą, ale bardzo dużo.

    > Mylą jej się fakty z mego żywota, o których wcześniej mówiłam.

    Może nie jest pluszowym komputerem? Mogłaby siedzieć i notować, ale w moim odczuciu to nie sprzyja nawiązaniu więzi.

    > Te rzeczy, co to nie powinna, to: "to DOBRZE,
    > że odchodzi pani od kościoła katolickiego", "pani CHOWA się za lekami (???)".
    > Puszczam te rzeczy mimo uszu, nie poświęcam im uwagi.

    A może tu jest błąd? Może dorosła konfrontacja byłaby lepsza, niż zamykanie oczu na rzeczywistość? Nie po to, by rozliczyć ją z profesjonalizmu lub jego braku, tylko po to, by uczyć się komunikować uczucia oraz słuchać drugiej strony? "Kiedy ocenia Pani moje decyzje i postępowanie, po pierwsze mnie to boli, bo nie lubię być oceniana, a po drugie czuję się porządnie zaniepokojona, bo wydaje mi się, że nie taka jest rola terapeuty. Czy może Pani powiedzieć, dlaczego to robi?" - to byłoby moje wyjście. W tej chwili, po 4 latach. Ale sięgając pamięcią wstecz - twoje doskonale rozumiem. Nie chodzi mi o to, żeby powiedzieć, że jestem mądrzejsza. Przeszłam moją drogę i widzę jej ewolucję. Oceniam, że azymut był właściwy.

    > Wydaje mi się, że jestem
    > wystarczająco dużą dziewczynką i że moja remisja jest w tej chwili na tyle stab
    > ilna, że mogę do tego nie przywiązać wagi.

    Tylko moim zdaniem ono donikąd nie prowadzi. Zbierasz w sobie złość, zamiast się jej od razu pozbyć. Potem się kumuluje i przy każdym następnym błahym powodzie odczuwasz ją podwójnie, potrójnie, poczwórnie... Jeśli kiedyś przebierze się miarka, to wcale niekoniecznie dlatego, że terapeutka jest nieprofesjonalna (to też jest możliwe, ale nie pewne, bo gdzie jest granica profesjonalizmu i cyborgowatości?) - może również dlatego, że uzbierasz za dużo tej złości (poirytowania) i nie będzie już jak go udźwignąć. Trzeba coś będzie rozpieprzyć, ot i co.

    > Wydaje mi się także, że aby była w miarę dobrą terapeutką, nie musi się znać na
    > powyższym, ważne jest jak prowadzi rozmowę. A prowadzi dość dobrze.

    Ja się z tym zgodzę. Choć rozumiem, że tęskni się za tym, by lekarz i terapeuta rozumieli WSZYSTKO. Ja też tęsknię. Teraz przerabiam to na psychiatrze. I rozumiem, jak boli, gdy człowiek czuje się niezrozumiany. Można robić trzy rzeczy: dusić w sobie, żalić się na zewnątrz lub wyjaśniać z delikwentem dążąc do zrozumienia.

    > Zakładając wątek wybrałam tytuł: POCZUŁAM SIĘ zraniona.... Całkowity subiektywi
    > zm. Dźgnęło mnie to samego wnętrza. Myślę, że właściwe jest rozwiązanie nr 2, c
    > hoć oczywiście nie wyklucza rozwiązania nr 3.

    Powiem jeszcze raz: rozumiem. Zostać ocenionym nie jest fajnie. Jeśli nie wyraziłam tego w pierwszym poście, to mówię trzy razy teraz.

    > Błahe dla mnie błędy popełniane przez terapeutkę, opisane wyżej, miałyby zapewn
    > e całkiem inny wymiar, gdybym była w depresji (coś podobnie jak opisał czareg)
    > albo w manii (pani chowa się za lekami).

    A skąd wiesz, że w depresji lub w manii poczęstowałaby cię takimi wnioskami? Moja pani M. potrafiła jakoś dostosować komunikaty do mojego stanu psychicznego. W większości tak. 100% nie oczekiwałam, bo wiedziałam, że nie jest cyborgiem. W depresji głównie mnie wspierała i zachęcała do rozwiązań wspierających (np. pójścia na zwolnienie), w manii... no, ja dużych manii nie miewam, ale jak jej kiedyś wygłosiłam, że oto w takim stanie jestem fajna i wszyscy postrzegają mnie jako błyskotliwą i inteligentną, to odparła brutalnie "trudno mi się z tym zgodzić, bo mam wrażenie, jakbym od godziny mówiła do ściany" wink Może niektórych to oburzy, my nadawałyśmy na tych samych falach i miałyśmy to samo poczucie humoru. Wbił mnie ten tekst w fotel, spojrzałam na nią wkurzona, ale przemyślałam. A ona mi za chwilę zaczęła zaprzeczać temu, że jestem w manii. Pomyślałam sobie "kobieto, litości, zdecyduj się" - i to wtedy wysnułam wniosek, że chyba niestety nikt, kto nie przeżył, NIE zrozumie. Może mniej bądź bardziej oswoić, ale nie zrozumie. Nie da się tego nauczyć teoretycznie, tak jak nie da się teoretycznie nauczyć rodzić dzieci lub umierać. Ale to są moje wnioski, moja subiektywna prawda.

    Nie skreśliłam mojej terapeutki za to, że nie była doskonała, bo to, co od niej dostawałam, przeważało nad tym wszystkim, co być może potencjalnie dostać mogłam. Wtedy zapewne nie dostałabym części tego, co miałam u niej. Tak przebiegało moje rozumowanie.

    > Złoszczą mnie wszystkie autorytarne i na wskroś generalizujące sądy dot. terapi
    > i (w żadnym wypadku nie omawiać z partnerem) Po raz setny napiszę swoje zdanie
    > : terapia nie jest świetą krową. I mimo wszystko dla mnie jest produktem, który
    > kupuję, słono za to, niestety, płacąc.

    Postrzeganie spotkania z drugim człowiekiem jako produktu nigdy nie wzbudzi mojego entuzjazmu - niezależnie od tego, czy jest to spotkanie z terapeutą, korepetytorem czy dentystą. Dla mnie żadna z świadczonych przez te osoby "usług" nie jest produktem i jako nauczycielka nie lubię być traktowana jak dostawca. Ale rozumiem, że niektórzy mogą tak sądzić. Wydaje mi się to smutne.

    Co do omawiania z partnerem - ludzie, którzy to robią, często pozostają w związkach tzw. symbiotycznych, gdzie granice między partnerami pozostają mocno zatarte. Oddychają tym samym powietrzem. Nie zawsze, ale często. Terapia powinna wzmocnić ich autonomię, bo autonomia sprzyja zmianom na lepsze: czy to w związku, czy poza nim. Gdy dopuszcza się do niej partnera, to symbioza nadal trwa - partner raz jest przedłużeniem pacjenta, raz staje się przedłużeniem terapeuty. Nie zawsze symbioza w związku jest zła. Ale za duża czasem szkodzi i warto pracować, by ociupinę się usamodzielnić. Temu m.in. służy rada, żeby to, co dzieje się w gabinecie zostawić dla siebie. Tak jak napisała balbina, nie chodzi o wnioski, przemyślenia czy ogólny kierunek rozumowania. Chodzi o sam proces i jego składowe. W terapiach grupowych często jest to zasadą. Oczywiście, ekstrema są groźne - w każdą stronę.

    To mówię ja, która za każdym razem obiecuje sobie, że nigdy więcej w wątku dotyczącym terapii wypowiadać się nie będzie
  • lolinka2 10.01.11, 14:10
    a tu mówię ja, która cię zupełnie bezproblemowo w tym wpisie zrozumiałam

    i podziwiam twoją cierpliwość: terapeuta skreślający możliwości i osiągnięcia psychiatrii jest u mnie skreślony, tak jak psychiatra skreślający możliwości i osiągnięcia terapii jest u mnie skreślony....
    kurczę, łatwo skreślam ludzi w sensie zawodowym i uznaję za nieprofesjonalnych i niepoważnych....

    terapeuta który jest OK ma mnie znać, rozumieć, pamiętać. I kropka. Inni są be.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 10.01.11, 23:56
    Gdybym miała odpowiedzieć w Twojej retoryce, to brzmiało by to tak:

    laska, teraz jesteś w przeniesieniu pozytywnym
    czekaj sobie cierpliwie na negatywne
    potem ściągnij xiędza na ziemię i zintegruj
    a potem pogadamy

    I byłaby to chyba łagodna odpowiedź.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 11.01.11, 12:27
    moja droga, ale ja nie jestem tylko i wyłącznie in plus w terapii - i tak ciurkiem ponad rok....

    Fazę "jest tylko dobrze" zaliczałam jakiś (dłuższy) czas temu, teraz jest i tak, i tak...
    "momenty" z tupaniem nogami, buntem i wieeeeeelką złością były też.

    A nie może być tak, to jest twoim zdaniem nierealne, że po prostu j.e.s.t nieźle? niezły terapeuta? niezła relacja? noooo... tak pozytywnie ogólnie?
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 11.01.11, 12:52
    Zlituj się.
    Czy ja k.i.e.d.y.k.o.l.w.i.e.k i g.d.z.i.e.k.o.l.w.i.e.k powiedziałam, że tak nie jest?

    Mówię tylko, żebyś się od... od oceniania terapeutów innych ludzi, których nie znasz i nigdy na oczy nie widziałaś, bo twoja relacja nie jest jedyną słuszną i dobrą, a tego, czy inne są dobre, nie mierzy się tym, czy i jak bardzo są podobne do twojej.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 11.01.11, 13:02
    no jak nie jest, jak jest? - przecież jest n.a.j.m.o.j.s.z.a big_grin big_grin big_grin
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • dr.zabba 11.01.11, 07:57
    Jedno jest w tym wszystkim pewne: poruszyć na forum temat terapii, to jak wlać oliwę do ognia.
    Sięga do żywego, porusza do głębi... To momentami przypomina fanatyzm religijny.

    Jest coś jednak, co mnie ciekawi. Są osoby, które twierdzą, że terapii nie należy omawiać właściwie z nikim. Jakie sankcje grożą za omówienie sesji powiedzmy z mężem? Czemu to zaszkodzi? Czy umniejsza to skuteczność terapii? Czy szkodzi mi, jako osobie? Zagraża związkowi?
    No bo chyba nie: nie bo nie?
    --
    razemnabiegunach.blogspot.com
    zapiski z paranoi
  • drugikoniecswiata 11.01.11, 12:58
    Żabba - ja się na to pytanie starałam chyba odpowiedzieć?
    Sankcje na terapii pacjentowi raczej nie grożą, bo to wolny kraj i hulaj dusza.
    Grożą co najwyżej terapeucie, jeśli będzie cię molestował.

    Na terapii grupowej może być tak, że jeśli ktoś rażąco łamie kontrakt, to wylatuje - ale nikt mu raczej podsłuchu w domu nie zainstaluje, myślę, że bardziej chodzi o zachowanie typu picie alkoholu w trakcie terapii DDA albo notoryczne opuszczanie sesji. Zresztą ktoś, bodaj majagor (?), pisała o tym, że naruszyła kontrakt i jej terapeutka zakończyła z nią współpracę. W indywidualnej.

    PS źle identyfikujesz problem. fanatyzm jest tam, gdzie ann, iza i karolina nie zgadzają się co do istotnej dla nich trzech kwestii wink dla kogoś, kto ją przeszedł bądź jest w trakcie, terapia jest zwykle kwestią istotną.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 11.01.11, 13:46
    Prostodusznie:

    Gdy mam problemy, najpierw zasięgam języka u rodziny, bliskich, znajomych (Internet raczej nie wyleczy, jakakolwiek grupa wsparcia popchnie do szukania realnej pomocy, kopnie delikwenta w cztery by tę pomoc skutecznie znalazł). I na terapię trafia się jak do ostatniej deski ratunkowej. Z pewnym wstydem. Omawia się z terapeutą obszary oznaczone kolorem czerwonym. Jeśli nie = pływanie po powierzchni problemu.

    Prostoduszny wniosek: skoro z mężem mówi się później o terapii, może terapia wcale nie jest potrzebna. Co wtedy (myślę, że nierzadkie, któraś z Was pisała o związku jako źródle toksyn), gdy śnisz, że zabijasz męża. Opowiesz mu potem o tym? Terapia często wywraca życie do góry nogami, bywa, że rozwala związki (słowa doświadczonego terapeuty). Wyobrażam sobie to w ten sposób, że umocniona terapią osoba, wolna, poszukuje tego, co dla niej naprawdę dobre. Obgadywanie problemów ma służyć trzymaniu ręki na pulsie? Przyznaję: bałabym się, gdyby mój partner był w terapii (ufff, dwóch z kilku powiedziało, że nie zamierzają w zyciu iść do psychologa; nie wiem, czy terapia jest niemęska. Panowie wolą barmana, a niepijący milczą, pewnie kosztem zdrowia). Nie doswiadczyłam zachowań nieetycznych ze strony terapeuty, bardziej chodzi o to, że człowiek odkrywa w sobie obszary, o jakie siebie nie podejrzewał. I uczciwie opowiedzieć o nich partnerowi?
    Społeczeństwo oczekuje od nas moralnego prowadzenia się, co wtedy, gdy w terapii odkrywa się w sobie "dziwkę", jakkolwiek by jej nie nazwać? I że najchętniej rzuciłoby się w diabły życie rodzinne i powędrowało przed siebie. Przesadzam?
    Co wtedy, gdy przykładna pani domu, dla której mąż jest pierwszym albo drugim partnerem odkrywa, że chce się zwyczajnie i w końcu (bo kiedyś trzeba) "wyszumieć"? Opowie o tym mężowi? Głęboko sięga psychoanaliza, może inaczej jest w płytkiej beh-pozn, gdy ma się zmienić nawyki myślowe i zwyczajnie poprawić komfort życia.

    Prostytuowanie się w gabinecie. Dobre słowo. Byłam wtedy osobą wolną, nie krzywdziłam nikogo tym, co robię dzięki wiedzy uzyskanej w psychoanalizie.
    W dalszym ciagu jestem na "nie" i (patyk w mrowisko), proponuję zamienić kosztowne sesje na uczynienie męża terapeutą.
    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • drugikoniecswiata 11.01.11, 13:54
    wstyd z racji tego, że potrzebuje się pomocy / pragnie rozwoju?
    ?
    ?
    ?

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 11.01.11, 14:05
    Aj, ucięłam akapit, gdzie pisałam jaki był cel mojej psychoanalizy: rozwiązanie kilku dokuczliwych symptomów (zahaczały o fobie społeczną. takie symptomy rozwiązać łatwo i dzieje się tak w poczatkowej fazie terapii). Tak, wstyd. Miałam 24 lata i było mi wstyd.

    "Pragnienie rozwoju", wiesz dobrze, że się teraz uśmiecham. To straszliwie drogi rozwój i można płacić dopiero wtedy, gdy doszło się do ściany. Płacić za rozwijąjące pogawędki? Rozrywka dla krezusa.
    Dla rozwoju są studia, lektury, cała szeroko pojęta kultura, jednak nie ta masowa.
    Płaciłam, bo bolało. Ale stop o tym. Masz swoją prawdę, szanuję ją.
    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • kamyczek_0 11.01.11, 14:34
    Ja nie omawiam z mężem terapii. Mężem jest bardzo dobrym, ale nie jestem na to gotowa. On się pyta jak było, podpytuje też o czym rozmawiałyśmy. Nie tyle na zasadzie, żeby wiedzieć wszystko, czyt. spowiedź, ale raczej dlatego, żebym czuła jego zainteresowanie w tej kwestii. Tak ja to przynajmniej rozumiem i odczuwam. Dwa razy przyszłam do domu zapłakana. Ciężko komuś, kto nie jest w temacie zrozumieć, że jego żona płacze przez kogoś (albo inaczej na skutek rozmowy z kimś), komu płaci się za to kasę. Wtedy wytłumaczyłam mu, o co w tym wszystkim chodzi. Ale tak jak mówię, nie chcę na razie z nim na ten temat rozmawiać na razie. On to szanuje.
    Co do "pragnienia rozwoju" to myślę, że terapia może być rozwojowa. Idziesz z plecakiem pełnym zbędnych rzeczy, zapakowanym na maksa, uwierającym w plecy, ciężkim jak jasna cholera. Rozpakowujesz go powoli i długo. Niektóre rzeczy wyrzucasz, niektóre pierzesz i wkładasz porządnie i poprawnie (niczym u Joli Kwaśniewskiej) ponownie do plecaka. Tym razem nie uwiera nigdzie, kręgosłup nie boli, a łopatki nie urywają się pod jego ciężarem. Idziesz dalej pewniej, lżej.
    Cóż studia też kosztują i to na państwowych uczelniach (zaoczne).
    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • drugikoniecswiata 12.01.11, 17:12
    Moje znaki zapytania nie dotyczyły tego, czy TY się wstydziłaś; to, z czym trafiłaś, pamiętam z innych wątków. Dotyczyły sformułowania "I na terapię TRAFIA SIĘ jak do ostatniej deski ratunkowej. Z pewnym wstydem".

    Dla mnie forma "się" = sformułowanie ogólnej reguły. Protestuję. Na terapię nie trafia SIĘ z wstydem. Na terapię jedni trafiają z wstydem, inni z bólem, jeszcze inni z problemem do rozwiązania, ktoś z samotnością, a ktoś z pragnieniem rozwoju. Opcji jest nieskończoność, tak jak ludzi. Próba ustalenia, co jest właściwe i kiedy należy, a kiedy nie jak dla mnie jest tak samo groźne, jak każdy inny normatywizm. Kojarzy mi się - powiem brutalnie, nie ad personam, tylko o zjawisku i moich skojarzeniach - albo z wyprawami krzyżowymi, albo z Hitlerem.

    Przecież to jest wolny kraj. Jedni wolą kupić samochód, inni nauczyć się francuskiego, jeszcze inni skakać na bugee, a ktoś - zapłacić za terapię. Tak jak mogę zachęcać kogoś do jeżdżenia samochodem, doświadczywszy, że jest to fajne, wygodne, upraszcza życie, a czasem je umila, tak samo mogę ZACHĘCAĆ do terapii jako drogi rozwoju - bo sama doświadczyłam, że nią jest i jestem o tym głęboko przekonana. Próba ROZSTRZYGNIĘCIA, czy ten, kto nie jeździ samochodem, jest idiotą albo frajerem, czy nie, jest dla mnie absurdalna. Nie te kategorie.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 12.01.11, 18:23
    Przemyślę sprawę fanatyzmu, ale powtórzę - trafienie na drogą albo b. drogą terapię "DLA ROZWOJU" jest zabawą dla krezusa. Nie mój biznes, rzecz jasna. I...skąd wiadomo, że terapeta na tyle mądry, że ROZWINIE klienta?

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • drugikoniecswiata 13.01.11, 07:21
    Ann! BMW też jest dla krezusa, jeśli można jeździć polonezem, i po co komuś domek jednorodzinny, jeśli w dwóch pokojach w cztery osoby też można się zmieścić. Czy uważasz wszystkich posiadaczy BMW i domków jednorodzinnych za debili?

    Powiem gorzej: czy hazard i papierosy nie są rozrywką dla krezusów? Przecież można nie grać i nie palić. Mój ojciec pali 2 paczki extra mocnych dziennie (tzn. teraz już co innego, bo extra mocne przestali produkować) i choć czasem mówi "trzeba by przestać", to dobrze wie, że wcale przestać nie chce. "Na coś trzeba umrzeć" - mówi potem, a ja, choć wcale nie chcę, żeby umierał, szanuję jego prawo do wyboru i życiowej przyjemności. Płaci za to cenę - i pieniędzmi, i zdrowiem. Ale czy to nie jego pieniądze i nie jego zdrowie?

    Wyprawa w Himalaje zakrawa zaś na czysty idiotyzm, bo kosztuje fortunę, a jeszcze się trzeba namęczyć i mocno ryzykuje się życie. Moim zdaniem terapia jest taką wyprawą - jeśli nie w Himalaje, to przynajmniej na Kilimandżaro. Niektórzy czują zew. Nie wiem, czy chodzisz po górach, nie wiem, czy ktoś, kto nie chodzi, potrafi to zrozumieć. Pozwólmy im go czuć, nawet jeśli nie rozumiemy.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • drugikoniecswiata 13.01.11, 07:29
    Chodzi mi o to. Nie mam nic przeciwko temu, jeśli napiszesz "w mojej hierarchii wartości terapia stoi niżej niż inne sprawy, na które muszę bądź chcę wydać pieniądze, więc jeśli mogę wybierać, to JA wybieram inne drogi rozwoju, bo ta nie jest dla mnie warta takiej ceny". To jest dla mnie ok. "Terapia jako droga rozwoju to rozrywka dla krezusów" - nie, to mi się nie podoba. Komu oceniać, jakie formy rozrywki są właściwe i dostosowane do możliwości finansowych? Czy to się da ocenić.

    Last but not least - czy terapia nie BYŁA dla ciebie drogą rozwoju? Nie pytam o to, czy po to na nią trafiłaś, tylko o to, czym się okazała.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 13.01.11, 09:43
    Ale nie nerwuj, czemu wywołuje to w Tobie aż takie emocje?

    Metafora z Himalajami piekna, ale nie do końca celna. Pasjonatow cenię i chociaż nie do końca czuję, dlaczego w dużej większości idą w końcu po pewną śmierć (ten aspekt zostawmy), oni wyprawę DOKOŃCZĄ, wejdą na te swoje ośmiotysięczniki. Krezus terapię zacznie, bo trzeba się rozwijać, bo kozetka "taaaaka modna", ale czy skończy? Uczepiłam się jak rzep tego "kosztowna terapia dla rozwoju" bo to jakby chybiony pomysł... Zalatuje Prozacem, tabletką szczęścia.
    Izo, tylko się przyglądam, mam prawo do swojej opinii, Twoja inna i w porządku.

    A propos hazardu (wrzuciłaś sobie kamyczek do mojego ogródka) - nie oszalałam i nie twierdzę, że mnie ROZWIJA. Nie, strata czasu, kasy, ale czasem doskonale znieczula i pozwala wyłączyć myślenie. Taki jest mój odbiór. Wytrawny pokerzysta będzie mówil o emocjach, taktyce itp.

    Tak, terapia dała rozwój, ale to skutek uboczny. Przy okazji. Wiele osób w tych Twoich "Himajach" odpadało. Bo kasa na serio nie wystarczy do rozwoju. Determinacja ważniejsza. Książka się również sama nie przeczyta. Są na serio ciekawsze rozrywki niż terapia. Popadam w banał, więc stopwink

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • 36.a 13.01.11, 09:56
    Jeszcze dopiszę.
    Rozumiem czytanie dla rozwoju. Można w ten sposób "przelecieć" całego Freuda, Fromma, całe półki w bibliotekach. Można dla sportu czytać podręczniki akademickie. I tu moje pełne zrozumienie. Uwielbiam laików szczerze zainteresowanych tematem, którego nigdy nie studiowali.
    Terapeuta zwykle pyta: Z czym Pan/i do mnie przychodzi?

    Odpowiedź "dla rozwoju" jest delikatnie mówiąc groteskowa. Przychodzi się, bo się cierpi. Jakiego materiału do pracy na terapii dostarczy taki pacjent? Przemyślenia z lektur? Własne obserwacje?
    Spróbuj mnie przekonać.

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • ergo_pl 13.01.11, 10:10
    > Przychodzi się, bo się cierpi.

    Oczywiście. Przychodzi się po pomoc.
    Chyba że "dla rozwoju" potraktujemy jako metaforę.



  • lolinka2 13.01.11, 10:58
    z własnego przykładu: cierpiałam, gdy szłam na CBT 6 tygodniową w 2008 bodajże. I tu mój motyw przewodni to "ulżyć sobie w cierpieniu, bo pęknę". Ulżyło. I terapia dobiegła końca.

    Gdy decydowałam się na psychodynamiczną, funkcjonowałam bez cierpień. Pracowałam z coraz większymi sukcesami. W rodzinie OK. Żadne zmory mnie po nocach nie ścigały etc. To tylko ja uznałam (w mniemaniu pierwszej terapeutki to było "poprzewracanie w dupie" - chyba myślała jak ty, 36.a), że do wspięcia się na wyższy poziom rozwoju (i stania człowiekiem wg mojej własnej definicji) potrzebuję kontaktu z emocjami, które perfekcyjnie schowałam, wyparłam i bez których funkcjonowałam równie perfekcyjnie. Tak, przyszła taka dziana paniusia na szpileczkach i powiedziała "dzień dobry, widzi pani... ja tak sobie żyję "na rozum" a chciałabym "na rozum i serce".... no i źle o sobie myślę, bo przecież do funkcjonowania to ogranicza się życie zwierząt, a od człowieka wymaga się czegoś więcej... mi tego czegoś więcej brakuje....". A pani zabiła mnie śmiechem. I zabijała przez kolejne 4 m-ce. Jak się wkurzyłam dostatecznie mocno, podziękowałam tej pani za współpracę, mając jednocześnie dużo złości w sobie, żeby szukać dalej. Równo 7 dni później szłam na pierwszą konsultację do obecnego terapeuty.

    Obecnemu terapeucie powiedziałam to samo. Zapytał o szczegóły, bez zabijania śmiechem...
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • 36.a 13.01.11, 12:51
    Kręcę głową. Uznałam to, co wcześniej napisałaś. Z cyborga chcialaś stać się czującym człowiekiem. To tej pani się tu i tam poprzewracalo, że nie zauważyła, iż z terapii wypuszcza kogoś z wypartymi emocjami. Przepraszam, głupia czy jak?
    Nie wiem, czy jesteś dziana, w szpileczkach Ciebie nie widziałamwink ale to nie jest dobry przykład.

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • lolinka2 13.01.11, 12:58
    moment, gdy szłam na pierwszą psychodynamiczną to moment, gdy zasuwałam w szpileczkach, wąskich jeansach albo krótkich spódniczkach.

    teraz mi się zmieniło smile

    opis miał być złośliwą relacją o mnie widzianej oczyma mojej terapeutki wtedy smile

    a pani... nie ma certyfikatu (mea culpa, powinnam nie iść...). Nie ma terapii własnej. Ma dominującą matkę, która trzęsie taką jedną niszową specjalizacją w medycynie na całą Polskę. Ja jestem z natury dominująca... resztę dopowiedz sobie sama smile
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • 36.a 13.01.11, 13:45
    Trafiłaś do rzeźnika...

    KAŻDY TERAPEUTA MA OBOWIĄZEK PRZEJŚĆ WŁASNĄ TERAPIĘ.

    Pogryzłyście się? Wiem - matkowałaś jej. Albo zrobiłaś jej terapię.

    --
    Nieważne ile przed nami zim
  • lolinka2 13.01.11, 14:14
    ja w sumie nawet nie chciałam z nią walczyć....

    ona gryzła.

    ja milczałam (im trudniejszy wątek, tym bardziej milczę) - ona szła w zaparte "jak pani tak, to posiedzimy w ciszy" - i 50 minut milczenia....

    ja ją prosiłam "niech mi pani pomoże, niech mi pani ułatwi mówienie, nie idzie mi, niech pani pociągnie za sznurek, błagam........" NIC. No bo w imię czego, skoro ja NIE CHCĘ.

    Obecny terapeuta ciszę zafundował mi raz. Na pierwszej sesji po kontrakcie (czyli po 3 spotkaniach konsultacyjnych). Po 90 sekundach ja dostawałam już szału, on patrzył i powiedział: "nie wytrzymuje pani ciszy. Dobrze, to możemy ją skracać...z czym kojarzy się pani cisza...?" a ja poczułam ulgę.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 10:59
    Ty poczekaj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Ty chodziłaś do juniorki???????????
    Magdaleny????????????????????????

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 16.01.11, 11:45
    tak, do juniorki.
    A co???
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 12:03
    ehhhhhhhhhhhh
    myślałam że do ireny
    a jako lekarki też jej (M) nie widzisz?
    bo to była moja ostatnia koncepcja
    buliłaś jej porządnie, nie?

    z certyfikatem to przeginasz: W 2006 r. uzyskała certyfikat z psychoterapii przyznany przez Sekcję Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

    podobnie z terapią - bez tego by jej nie dali

    co nie zmienia faktu, że rozumiem, że się nie zgrałyście. tylko nie doszukiwałabym się CAŁEJ winy w tej pani.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 16.01.11, 12:14
    polskie tow. psychiatryczne ma chyba inne zasady przyznawania, coś kiedyś czytałam....

    buliłam jej całe 130

    totalnie nam było nie po drodze razem... ba - bardziej niż totalnie smile
    wiesz, zafundowała mi parę momentów takich, że wolę o nich nie pamiętać... posłuchałam o poprzewracaniu się w tyłku i kokieterii (znaczy, że jeśli na spokojnie mówię, co mi jest, to kokietuję - niech to szlag), jako lekarza nie umiem jej ocenić, bo w tej branży z usług nie korzystałam.

    Żeby było śmieszniej, moim zdaniem jako terapeutka powinna była rozpoznać najprostsze przeniesienie jakie zaistniało i na nim popracować, zamiast dość dziecinnie wchodzić ze mną w rywalizację. Tu dała ciała zawodowo - tak to widzę z perspektywy czasu. Natomiast siedząc tam u niej zawsze miałam wrażenie (a wrażenia to ja miewam raczej rzadko), że ona ma zarąbiście duży potencjał, który może wykorzystać do pomagania komuś, a który z jakiegoś powodu zamyka przede mną. I to wrażenie towarzyszyło mi od pierwszego do ostatniego spotkania....
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 11:19
    > Jeszcze dopiszę.
    > Rozumiem czytanie dla rozwoju.

    Ale dlaczego? Książki wszak też kosztują! Czy zaczniesz oceniać, czy czytanie w bibliotece jest lepsze niż kupowanie, czy paperbacki lepsze od twardych okładek? Właśnie, a krezus czytający w jacuzzi Freuda oprawionego w skórę jeszcze się może rozwijać, czy już nie?

    > Można w ten sposób "przelecieć" całego Freuda, F
    > romma, całe półki w bibliotekach. Można dla sportu czytać podręczniki akademick
    > ie. I tu moje pełne zrozumienie. Uwielbiam laików szczerze zainteresowanych tem
    > atem, którego nigdy nie studiowali.

    Pytanie kluczowe jest - czy ty zakładasz, że te książki mogą ich naprawdę rozwinąć, czy tylko że wzbogacą ich intelektualny horyzont? Bo rozwój nie jest dla mnie tożsamy z rozwojem intelektualnym, może tu się nie rozumiemy?

    > Terapeuta zwykle pyta: Z czym Pan/i do mnie przychodzi?
    > Odpowiedź "dla rozwoju" jest delikatnie mówiąc groteskowa.

    Dla mnie nie jest.
    Niektórych śmieszą antysemickie dowcipy, a mnie nie śmieszą.
    Dla niektórych Sapkowski jest genialny, a mnie nie zachwyca.
    I nawet Pratchett też nie.

    > Przychodzi się, bo się cierpi.
    > Spróbuj mnie przekonać.

    Jeśli chcesz, bym cię przekonywała, proszę o przeformułowanie tego komunikatu tak, by nie było w nim kwantyfikatora ogólnego i stosowanie się do tej zasady w reszcie rozmowy. Bez tego odmawiam współpracy. To nie jest szantaż, to są warunki brzegowe.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • drugikoniecswiata 13.01.11, 14:48
    > Ale nie nerwuj, czemu wywołuje to w Tobie aż takie emocje?

    hihi, dopiero zauważyłaś? wink wink wink
    nie będę na to pytanie odpowiadać, co nie znaczy, że się nad nim nie zastanawiam.

    > Metafora z Himalajami piekna, ale nie do końca celna. Pasjonatow cenię i chocia
    > ż nie do końca czuję, dlaczego w dużej większości idą w końcu po pewną śmierć (
    > ten aspekt zostawmy), oni wyprawę DOKOŃCZĄ, wejdą na te swoje ośmiotysięczniki.

    przecież za chwilę piszesz, że wcale niekoniecznie. poza tym - nie zostaną na szczycie. pójdą po nowy. tak samo jest z rozwojem. osiągniesz jakiś etap, a potem znowu słyszysz zew.

    > Krezus terapię zacznie, bo trzeba się rozwijać, bo kozetka "taaaaka modna", al
    > e czy skończy?

    Ale dlaczego uważasz, że wszyscy krezusi są głupi i chcą tylko szpanować? a jak ktoś się po prostu bogato urodził? Albo odziedziczył fortunę? Albo wygrał w totka? Albo uczciwie zapracował duże pieniądze nie tracąc przy tym rozumu?

    Moja ex-nauczycielka, a teraz serdeczna przyjaciółka ileś lat temu wyjeżdżała do Brukseli pracować w szkole europejskiej. Powiedziałam jej wtedy: "szkoda. Będziesz tłuc kasę i bogate dzieci uczyć, a w normalnych szkołach tak potrzeba dobrych nauczycieli..." A ona mi na to - "Iza. Dzieci są takie same. I te bogate, i te biedne potrzebują ciepła i mądrości. A ja - 20 lat przepracowałam za grosze. Uważam, że do uczciwego tłuczenia kasy też mam prawo." Bardzo mi ta odpowiedź zapadła w pamięć. To mądra, dobra kobieta.

    > Uczepiłam się jak rzep tego "kosztowna terapia dla rozwoju" bo t
    > o jakby chybiony pomysł... Zalatuje Prozacem, tabletką szczęścia.
    > Izo, tylko się przyglądam, mam prawo do swojej opinii, Twoja inna i w porządku.

    > A propos hazardu (wrzuciłaś sobie kamyczek do mojego ogródka) - nie oszalałam i
    > nie twierdzę, że mnie ROZWIJA. Nie, strata czasu, kasy, ale czasem doskonale z
    > nieczula i pozwala wyłączyć myślenie. Taki jest mój odbiór. Wytrawny pokerzysta
    > będzie mówil o emocjach, taktyce itp.

    Ale ja nie po to to napisałam, żeby powiedzieć, że hazard czy papierosy rozwijają. Chodziło mi o to, że każdy sam decyduje na co wydaje pieniądze. Przy hazardzie - tak, trochę pomyślałam o tobie, ale trochę też o Chmielewskiej i jej książkach. Ona nigdzie nie mówiła, że traci kasę. Ona ją uwielbiała na te konie wydawać. Co w tym złego, jeśli nikomu nie dzieje się krzywda? Znów chodziło mi o to, że autorytarnie stwierdzasz, co jest dobre bądź złe dla wszystkich.

    > Tak, terapia dała rozwój, ale to skutek uboczny. Przy okazji.

    No i tu jest fundamentalna różnica między nami. Bo ja uważam, że terapia daje mi przede wszystkim rozwój, a skutkiem ubocznym jest zniknięcie bądź osłabienie dokuczliwych symptomów. Różnica w priorytetach. Ja się chcę rozwijać. Ty chcesz mniej cierpieć. Rozumiem cię i nie oceniam, czy to dobrze, czy źle. To ty nie oceniaj mnie, co? Formułując ogólną opinię o krezusach, o tym z czym się trafia na terapię i o tym, co ona daje - oceniasz mnie. Bo ja należę tych ludzi, o których mowa, choć nie jestem krezuską. Dlatego mnie to tak denerwuje, że wrócę do pytania z początku postu.


    > Wiele osób w tych
    > Twoich "Himajach" odpadało. Bo kasa na serio nie wystarczy do rozwoju. Determi
    > nacja ważniejsza. Książka się również sama nie przeczyta.

    O tym było wyżej - dlaczego zakładasz, że ludzie bogaci pozbawienie są determinacji?

    > Są na serio ciekawsze
    > rozrywki niż terapia. Popadam w banał, więc stopwink

    DLA CIEBIE, o czym już wielokrotnie napisałam.
    "Ja na serio wolę inne rozrywki niż terapia" - ok.
    "Są na serio ciekawsze rozrywki niż terapia" - mnie złości.
    Komunikat "ja".

    Popadam w banał, więc stop wink


    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 13.01.11, 15:05
    Wkurza mnie to, co piszeszsmile Tym bardziej, że Twoje "terapia dla rozwoju" miałoby być szczytniejsze od "mniej cierpieć". Ocena.
    Prędzej jestem w stanie zrozumieć jakies "Dojrzewalnie róż" - dla rozwoju. Od zawsze wolałam indywiduwalną ścieżkę. Nie cenię, ale są. Myślę, że sa potrzebne. I na tych "warsztatach rozwojowych" wymagany jest m.in. brak głębszych zaburzeń u uczestników. Bo to nie miejsce i pora, aby taka pani się "rozleciała się" na czynniki pierwsze. Może się bezpiecznie rozlecieć, ale u terapeuty.
    Krezusem nazywam kogoś zmanierowanego, kto wydaje ciężką kasę, "by się rozwinąć". Na owej terapii.
    Nie tę nauczycielkę, o której mówisz. Nie sądzę, aby była zmanierowana.
    Piszę o rozrywce, bo tak sobie wyobrażam zmanierowanego krezusa. Konie, droga szkoła dla dziecka, no to siup - droga terapia. Dla rozwoju.
    Dalej myślę, że rozwój jest czymś ważnym w terapii ale WTÓRNYM.
    I odpowiedz na pytanie, z czym przychodzi taki człek na terapię?
    Bo jak na mój gust - z niczym.


    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych burz
  • lolinka2 13.01.11, 15:12
    wierzysz w to, że są na świecie normalni?

    Pokaż mi człowieka, a ja mu znajdę "F"-kę smile
    Bogaci też - kasa nie jest gwarantem normalności. Ktoś chce się rozwinąć (oficjalnie), a pod skórą siedzi COŚ - co wyjdzie po roku rozwijania (o ile rozwija się u mądrego terapeuty).
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 11:20
    o! święte słowa! dzięki, lolinka wink

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 10:53
    > Wkurza mnie to, co piszeszsmile Tym bardziej, że Twoje "terapia dla rozwoju" miał
    > oby być szczytniejsze od "mniej cierpieć". Ocena.

    Jeśli tak to odebrałaś, to śpieszę wyjaśnić, że nie miało to być moją intencją. Nie oceniam. Nie chodzi mi o szczytność, tylko o to, że fundamentalnie się różnimy rozumieniem tej kwestii. Jest to perspektywa filozoficzna, z którą się utożsamiam, ja. Z twoją nie. Ja. Wiara w Boga nie jest dla mnie bardziej szczytna niż niewiara w niego, ani odwrotnie, niezależnie czy sama wierzę, czy nie. Traktuję świadomy ateizm równie poważnie i z równym szacunkiem jak świadomą wiarę. Wielu ateistów i wiele osób wierzących nie utożsamia się z tą perspektywą i nawzajem obrzuca błotem, w mniej (Radio M) bądź bardziej (Dawkins) białych rękawiczkach. A czasami bardzo, bardzo białych (Dominus Iesus). Wkurzało mnie to na każdym etapie mojego duchowego rozwoju i nadal wkurza. Dokładnie tak samo, jak to, że w swoich postach odmawiasz bogatym człowieczeństwa.

    Więc: rozwój nie jest dla mnie bardziej szczytny od cierpienia. Uważam, że w rozwoju zawiera się cierpienie, jest jego nieodłączną składową, bo żeby coś się urodziło, to coś musi umrzeć (więc ten krezus, co przyjdzie, to jeśli będzie prawdziwie pracował, to prawdziwie też pocierpi, ludzie bogaci i biedni cierpią po równo). Jest też odwrotnie: cierpienie może przynieść rozwój. To, jeśli dobrze rozumiem, jest twoja perspektywa. Zgadzam się z nią w pełni. Ona się nie wyklucza z moją filozofią.

    Tyle, że moim zdaniem, o ile nie ma rozwoju bez cierpienia, o tyle cierpienie bez rozwoju na płaszczyźnie psychologicznej zdarza się niestety dość często: jest to cierpienie neurotyczne. To nie znaczy, że samo cierpienie jest mniej szczytne od cierpienia z rozwojem w pakiecie, a cierpienie neurotyczne mniej szczytne od cierpienia nieneurotycznego. Nie. Tak jak topola nie jest mniej szczytna od dębu, ani dąb od baobabu. Baobab zaś nie jest ani mniej, ani bardziej szczytny od krokusa.

    Taka mi metafora przyszła do głowy. Powiedzmy, że coś, co umownie nazywamy "terapią dla rozwoju" jest jak tatuaż. Kolczyk w języku czy jeszcze gdzie indziej. Idę i mówię, że chcę go tak bardzo, że zagryzę zęby i wytrzymam ból. Czy to, ile mam pieniędzy, sprawi, że będzie bolało inaczej? Inaczej się goiło? Czy na skórze biednej tatuaż będzie lepszy niż na bogatej? Czy biedak będzie lepiej wyglądał z tatuażem niż bogaty? To jest moja perspektywa. Granica nie przebiega przez portfel.

    Nie odmawiam nikomu prawa do robienia sobie tatuaży czy kolczykowania się w egzotycznych miejscach i nie uważam wytatuowanych za głupków. Nie oceniam też, czy roztropne jest wydawanie na tatuaż pieniędzy. Szanuję ich prawo do odmiennego gustu i fundowania sobie cierpienia w imię "rozrywki". I wkurza mnie, gdy ktoś tego nie robi, bo czuję się wtedy, jak by potencjalnie odrzucał mnie. Potencjalnie, bo choć nie mam tatuażu, to czasem kusi mnie, żeby sobie go zrobić i nie chcę wtedy zostać oceniona. Ja też poszłam na terapię, by nie cierpieć. Jak większość. Ale w trakcie mi się przeformułowało. Nie wiem więc, w której z dwu kategorii się dla Ciebie mieszczę.

    > Prędzej jestem w stanie zrozumieć jakies "Dojrzewalnie róż" - dla rozwoju. Od z
    > awsze wolałam indywiduwalną ścieżkę. Nie cenię, ale są. Myślę, że sa potrzebne.
    > I na tych "warsztatach rozwojowych" wymagany jest m.in. brak głębszych zaburze
    > ń u uczestników. Bo to nie miejsce i pora, aby taka pani się "rozleciała się" n
    > a czynniki pierwsze. Może się bezpiecznie rozlecieć, ale u terapeuty.

    No i podcinasz własną gałąź. Bo co według Ciebie ma zrobić zaburzona, ale chcąca się rozwijać krezuska? Nie dopuszczasz tego, że kategorie "zaburzenie", "potrzeba rozwoju" i "zasobność portfela" się nie wykluczają, tylko zachodzą na siebie? I że każdy może je uszeregować po swojemu, i wara nam od narzucania jedynie słusznej hierarchii?

    > Krezusem nazywam kogoś zmanierowanego, kto wydaje ciężką kasę, "by się rozwinąć
    > ". Na owej terapii. Nie tę nauczycielkę, o której mówisz. Nie sądzę, aby była zmanierowana.

    1) Nie twierdziłam, że Monika jest zmanierowana. Twierdziłam, że w swoim głębokim i prostym braku zmanierowania nie odbiera zmanierowanym dzieciom prawa do bycia dziećmi, i nie traktuje zmanierowanych dzieci gorzej niż dzieci niezmanierowanych. Zaimponowało mi to i głęboko wryło się w pamięć.

    2) Słowo "krezus" oznacza w polszczyźnie wyłącznie "człowieka bogatego", aż patrzę do Kopalinskiego, "bogacz, milioner" - nic więcej. Wniosek: albo definiuj pojęcia, albo pisz "zmanierowany krezus", bo inaczej sama na to nie wpadnę smile

    > Piszę o rozrywce, bo tak sobie wyobrażam zmanierowanego krezusa. Konie, droga s
    > zkoła dla dziecka, no to siup - droga terapia. Dla rozwoju.

    No dobrze, ale dlaczego na konie mu pozwalasz, a na drogą terapię nie? Jeśli spadnie z konia raz i się zniechęci, to odpadnie. Jeśli spadnie trzy razy i się zniechęci - też. Jeśli pospada i się nie zniechęci, to nauczy się jeździć. Jeden troszkę, drugi bardziej, inny po mistrzowsku. Wobec konia biedak i krezus są tym samym, tak samo wobec terapii. Jest sprawdzian. Biednego i bogatego tyłek od spadania boli tak samo i tak samo łamią się ręce i nogi. Od tego, że szkoła jest dobra, nie znaczy, że można się w niej nie napocić i wiedza sama wpadnie do łebka. Ani też nie znaczy to, że ona do niego nie wpadnie. Co to ma wspólnego z tym, ile wynosi czesne? Jeśli tylko zmanierowany krezus wszedł w posiadanie swych milionów uczciwą drogą, to niech sobie je marnuje na co chce, co Ci do tego, jeśli to nie twoje pieniądze? Dlaczego musisz to oceniać?

    > Dalej myślę, że rozwój jest czymś ważnym w terapii ale WTÓRNYM.

    Dla mnie to jest jajko i kura, Ann. Jeden zacznie od jajka, inny od kury i bitwa o to, od czego TRZEBA zaczynać, jest dla mnie dla głupia. I jeśli wykluczasz jedną z tych opcji, to mnie to wkurza, bo jest to krzywdzące: albo dla jajek, albo dla kur. Od tego, że nie każda kura znosi jajka, i że nie z każdego jajka wykluje się pisklak, nie możemy moim zdaniem odbierać potencjału ani jednemu, ani drugiemu. Nie bardzo też widzę możliwość, by je od siebie oddzielić, ani - by rozstrzygnąć tę kwestię.

    > I odpowiedz na pytanie, z czym przychodzi taki człek na terapię?
    > Bo jak na mój gust - z niczym.

    Nie mam pojęcia, z czym przychodzi, tak samo, jak nie mam pojęcia, z czym przychodzi każdy inny człowiek. Dopóki mi tego nie powie. Każdy przychodzi z życiem. Tylko i aż. Każde życie jest inne i w każdym życiu, czy to biednym, czy bogatym, czy chorym, czy zdrowym, zawiera się porcja cierpienia, podobnie jak w każdym jest miejsce na radość i miłość. Czy pieniądze pozbawiają ludzi człowieczeństwa? Czy zmanierowanie też ich tego pozbawia?

    Ann, jedziesz po bandzie. To taki sam stereotyp jak ten, że ludzie psychicznie chorzy są niebezpieczni dla otoczenia. Niektórzy są. Odsetek tych, którzy są, w całej populacji wariatów jest równy lub mniejszy od odsetka osób niebezpiecznych w całej populacji. Poza tym nawet ci niebezpieczni zasługują na to, by traktować ich z godnością, po ludzku, na równi. By dać im szansę. Jak dla mnie.

    NIEKTÓRZY Żydzi są skąpi, podobnie jak niektórzy Polacy i niektórzy Portugalczycy, NIEKTÓRZY Polacy chlają na umór, tak jak niektórzy Rosjanie i niektórzy Japończycy, NIEKTÓRZY katolicy są antysemitami, tak jak niektórzy muzułmanie lub hinduiści NIEKTÓRZY Świadkowie Jehowy na chama nawracają wszystko, co się rusza, podobnie jak niektórzy katolicy i niektórzy muzułmanie.

    Ja nigdzie nie twierdzę, że każdy zmanierowany krezus wyniesie z terapii pożytek. Nie. Podobnie jak nie każdy cierpiący biedak go wyniesie. W Himalajach pieniądze przestają mieć znaczenie, tak jak w dobrej szkole i na końskim grzbiecie. Albo odpadniesz, albo pójdziesz dalej i protestuję przeciwko twierdzeniu, że granica wytrzymałości nie przebiega przez portfel. Dyskryminacja jak każda inna. Fuj.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zagląda
  • drugikoniecswiata 16.01.11, 12:11
    W genialnym, mocnym tekście "My Żydzi polscy", napisanym w 1945 roku w Ameryce i poświęconym problemowi tożsamości polsko-żydowskiej, mój ukochany Tuwim pisze tak:

    "Nie dzielę Polaków na "rodowitych" i "nierodowitych", pozostawiając to rodowitym i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom. Dzielę Polaków jak Żydów i jak inne narody, na mądrych i głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, interesujących i nudnych, krzywdzonych i krzywdzących, gentlemenów i nie-gentlemenów itd. Dzielę też Polaków na faszystów i kontrfaszystów".

    Na tej samej zasadzie ja nie dzielę ludzi na bogatych i biednych, pozostawiając to poborcom podatków.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 16.01.11, 14:36
    To jest tak, że nie odmawiam prawa tej bogatej pańci pójść na terapię, bo ona "chce się rozwijać". A niech ona robi sobie co chce. Tylko, dalibóg, odpowiedz w końcu, co ona powie: Przyszłam do Pana, bo chcę się rozwinąć?
    To jest jedno z pierwszych pytań. Po co. Terapia przeczołguje, wyżyma i piękne: dla rozwoju?
    Bliski jest mi zen. I on także (kiedyś zdarzyło mi się porównać lacanizm do zen, koany brzmiały mi podobnie jak podkreślenia analityka, równie na początku mało zrozumiale) nie jest "dla rozwoju", ale żeby "mniej cierpieć". I Tobie moja płaska jak naleśnik motywacja może wydawać się zabawna, ale w takim ukladzie "DLA ROZWOJU" (Twoje) jest mocno nieprawdziwe.
    Terapia często oznacza ból i świadome "Przyszlam do Pana, żeby pobolało"? Jest raczej: niech poboli, a potem niech przestanie.

    Nie czuję się winna, że chcę mniej cierpienia. Skądinąd uwolnienie się od pragnień (buddyjskie) ma wyzwolić od cierpienia. Rozwój, współczucie znowu są skutkami ubocznymi.

    Zakończmy ten temat.

    --
    W ogrodzie naszym/Gałęzie drżą
  • drugikoniecswiata 17.01.11, 23:49
    Ann, projektujesz

    nigdzie nie powiedziałam, że twoja motywacja jest płaska jak naleśnik, i nie wciskaj mi tego dziecka w brzuch. wręcz przeciwnie, parę razy mówiłam, że tak nie jest - ostatnio próbując pytać, czy krokus jest bardziej płaski od baobaba. możemy zakonczyć, ja chętnie, tylko na miłość boską czytaj to, co piszę, a nie to, co mi przypisujesz. za nadinterpretacje nie odpowiadam.

    jeśli postrzegasz świat w kategoriach zen, to może się okazać, że to, co ja nazywam rozwojem, ty nazywasz uwolnieniem od cierpienia i problem jest czysto językowy.

    nie mam pojęcia co powie pańcia, bo nie jestem pańcią. nie widzę powodu dla którego terapeuta miałby odrzucić motywację "dla rozwoju", nawet jeśli jemu wydawałaby się zabawna. na tej zasadzie podejrzewam że musiałby odwalić wielu pacjentów, w których coś go śmieszy. to chyba nie ta półka. ale powiedziałam to już 5 razy, więc chyba faktycznie czas zakończyć. widać nie idzie się porozumieć.


    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • 36.a 16.01.11, 14:23
    Ostroznie zapytam: masz hipomanię, prawda?
    Wielopiśmienność, kojarzenie dość odległych tematów etc.
    Tylko 2 zdania, bo więcej mi się nie chce:

    Psychoanalityk kazdego zjawiajacego się u niego bez wzgledu na wkładane przyczyny nazwie NEUROTYKIEM.
    A na obracających fortunami spojrzę z szacunkiem, jeśli pozostali ludźmi, nie krezusamiwink
    I jeszcze coś, jednak zdanie 3: Nie wyświetliłam tu nigdy swojego światopoglądu, skąd zatem daleko posunięta ocena?
    Stawiam na hipo, nie gniewaj się.

    --
    Nie oczekuję już/Od życia samych róż
  • drugikoniecswiata 17.01.11, 23:53
    1) oceniam to, co wypływa z twoich słów - to, że nie głosisz światopoglądu w formie expose nie oznacza, że twoje posty go nie odzwierciedlają
    2) za hipo się nie gniewam, koń jaki jest każdy widzi - coś mam, ale diabli wiedzą, co, jest dalekie od jednoznaczności. nie oznacza to jednak, że treści, które piszę, nie są moimi treściami. Są.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...
  • lolinka2 11.01.11, 16:28
    jeśli ma się związek będący źródłem toksyn i do terapeuty trafia sfrustrowana mężatka na zakręcie - pewnie nie omawia z mężem tego, co na terapii się dzieje.

    jeśli do terapeuty idzie osoba, dla której nie jest to "ostatnia deska ratunku" tylko po prostu sposób na uczłowieczenie się (z cyborga), trafia na porządnego terapeutę (co po 7 innych jest miłą odmianą...), ma fajnego męża (a warunkiem uznania przez tę osobę, że mąż jest fajny było zaakceptowanie jej ze wszystkim co wnosi "w posagu" - czyli przeszłości, pokaleczonego dzieciństwa, opowieści dziwnej treści etc. i wszystkiego co wnoszone na bieżąco również), to ja pytam: w czym problem?

    Poszłam do terapeuty bez wstydu. Poszłam z lękiem. I ciężarem, z którym chodziłam "od zawsze". Jak się okazało, że terapeuta chce i potrafi ten ciężar ze mną dźwigać, zrobiło mi się lżej (fizycznie urosłam o 2 cm).

    Pytasz o sny? Hah... był moment, że miałam sny erotyczne... natrętne wręcz... z różnymi osobami w roli głównej. Tak, ponieważ czułam, że ma to związek z czymś co się zadziało na sesji, mówiłam chłopu na bieżąco smile Łatwiej mi było chłopu opowiedzieć niż terapeucie, bo chłop jest mi naturalną koleją rzeczy bliższy... co jeśli odkrywam swój Cień? Powiem mu o tym, przecież on mnie z tym Cieniem razem kocha....a nie tylko piękną, akuratną i wyjątkowo dobrą smile Bycie razem było decyzją dość świadomie podjętą. Fajną i dobrą decyzją. To, że odkrywam siebie, nie stanowi zagrożenia dla dobrego związku - może mu kolorków dodać big_grin I partner który jest pewny drugiej osoby, nie będzie uciekał przed emocjami, psychologami, terapiami, wnioskami z nich.... bo ta druga osoba jest fajna, dobra i kochana z gruntu. A jak się dokopie do innych odcieni swojego ja, no to super. Będzie bardziej... zróżnicowana sama w sobie smile

    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • kamyczek_0 11.01.11, 16:47
    Zauważyłam, że stałam się bardziej zamknięta od jakiegoś czasu. Od roku mniej więcej. Kiedyś nie miałam z tym problemu, coś mnie dręczyło-mówiłam. Teraz nie potrafię. Zaufanie, jakość związku nie ma tu znaczenia. W tej kwestii nic się nie zmieniło, wszystko jest super. Nie wiem dlaczego tak się zmieniłam.
    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • lolinka2 11.01.11, 16:56
    "tryb oszczędnościowy"??? - u mnie oznacza depresję lub/oraz... preludium wglądu. Na trybie oszczędnościowym dochodzę do najtrudniejszych i najważniejszych wniosków na swój temat. Odwarkuję, komunikuję się dwuwyrazowo max, tak przez tydzień-dwa-trzy... i BUM. Wnioskami natomiast się dzielę...
    I tak do następnego razu...
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • kamyczek_0 11.01.11, 17:31
    Ja się generalnie mało społeczna zrobiłam. Duszę w sobie emocje, jeszcze do niedawna wykrzyczałabym (głośno mówię) wszystko. U mnie BUM-y są o wiele rzadsze. Plusy dodatnie i plusy ujemne wink Źle-bo duszę w sobie, dobrze-nie wybucham jak granat. Hmm..., a może chcę oszczędzić mu zmartwień. Siebie uważam za zmartwienie. Jak to brzmi uncertain Gdyby nie był taki dobry to pewnie nie szczypałabym się i miała w d. jego uczucia. Ja wiem, że jak mi jest źle, to jemu też, bo...mi jest źle, a mnie kocha. Ja nie chcę być dla nikogo ciężarem, w sensie żeby nikt się o mnie nie martwił. Nie wiem dlaczego postrzegam siebie jako ciężar (?).


    --
    Najbardziej wyniszczająca wojna, to bitwy twoich myśli.
  • drugikoniecswiata 12.01.11, 17:16
    W czym problem? Cóż, jak dla mnie tu gdzie zawsze. "Wszystkie uogólnienia są niebezpieczne. Nawet to" - mówił Lec.

    --
    Im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka