Dodaj do ulubionych

Po prostu brak slow

18.06.15, 10:35
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,138764,18133363,Moja_corka_walczy_o_zycie__bo_lekarz_spal_kilka_pokoi.html?lokale=local#BoxNewsLink
Edytor zaawansowany
  • 18.06.15, 12:40
    Ojj... nie rozpędzałabym się tak z ocenami. Nam bardzo łatwo oceniać krytycznie lekarzy, bo pewnie większosć z nas jest bardziej lub mniej uzasadnienie wściekła na swoich, ale aż trudno uwierzyc, ze lekarz na dyzurze ryzykuje karierę, żeby sobie pospać i nie pozwala się budzić pielęgniarkom, szczególnie na oddziale, gdzie nocne budzenia są pewnie na porządku dziennym. Do tego ten 26 t.c., pośladkowe ułożenie, mogło się coś zadziać błyskawicznie... To, że lekarz ironicznie cos powiedział, też bym podzieliła przez dwa, bo matka wściekła. Generalnie jednostronnie przedstawiona sytuacja o obrzydliwie chwytliwym tytule (bo akurat by ta mała nie walczyła o życie, jakby zrobili cesarkę...). Niech prokuratura robi swoje, i oby biegli obiektywnie ocenili sytuację.
  • 18.06.15, 18:59
    Ja zakladam, ze opisana sytuacja jest prawdziwa. Sam mam bardzo dobre doswiadczenia w szpitalu,ale tutaj o spaniu lekarza nie ma mowy,na dyzurach cyrkuluja po korytarzach.

    Natomiast 26 tyg to juz taki czas,ze prawie strona swiatla,wiec przy prawidlowym cc wczesniak powinien byc w formie. I to mnie zszokowalo. Plus pytanie ' czy przerywamy ciaze?´,tak jakby sama pacjentka byl adekwatnym organem decyzyjnym. Ale mi cisnenie skoczylo,bo mi sie przypomniala moja noc - rodzimy czy nie rodzimy, i jak caly zespol z napieciem w oczach biegal, dwoil sie i troil sprawdzajac brzuch i crp,az klapka zapadla i od decyzji o cc do cc minelo niecale 30 min i krzykacz byl na swiecie.
  • 18.06.15, 20:03
    Ja bym nie zakładała, że cos jest prawdą... Dziennikarzom zależy na klikalności. Na pewno jest to jakaś wersja prawdy, ale czy pełna?

    26 tc. wbrew pozorom rzadko bywa w formie. To jest taki właściwie pierwszy tydzień, w którym większosć przeżywa, ale nie jest to jakaś oszałamiająca większość. "W formie" bywa 29-30 t.c.

    Za to masz rację, że pytanie, czy kończymy ciążę, jest okrutne. Też je usłyszałam, i wiem z relacji rodziców, że nie tylko ja. Nie wydaje mi się, żeby nagle chciano w ten sposób "upodmiotowić" pacjentkę, która ogólnie jest numerkiem, jednostką chorobową i algorytmem, z doczepionym do dokumentacji kłopotliwym człowiekiem, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić, bo zawraca głowę jakimis pytaniami i potrzebą wsparcia.
    Ale z drugiej strony... To chyba nie jest tylko manipulacja, próba przerzucenia odpowiedzialności na barki rodzica i zabezpieczenia się przed ewentualnymi pretensjami, bo przecież to rodzic decydował, a lekarz tylko przedstawiał opcje. Pamiętam, że lekarz, który mi robił CC, strasznie się stresował, czy mała, hipotrofik, jest w stanie w ogóle przeżyć, jaką decyzję podjąć. Siedział, przeglądał w tę i wewtę papiery, trzaskał nimi o stół, warczał na mnie, że nie wie, jaki jest stan płuc i że jak mogę już nie pamiętać daty ostatniej miesiączki... Dla niego to też był ogromny stres, nie tylko ze względu na osobiste konsekwencje w razie popełnienia błędu. Może za dużo wymagamy, wtłaczajac lekarzy w role panów życia i śmierci, którzy mają za nas podejmować wszystkie decyzje. Więcej! Podejmować je omnipotentnie tak, żeby wyszło dobrze, nawet jeśli każda alternatywa jest zła. Nie wiem, dla mnie to wszystko nie jest wcale takie biało-czarne...

    Na pewno pewną przesłanką jest to, że szpital zawiesił lekarza, ale równie dobrze może to być zabieg PR-owski. Dlatego nie wieszam psów na lekarzu na podstawie jednego artykułu, bo tak naprawdę nie wiemy, jaka była sytuacja.
  • 18.06.15, 20:25
    Ja zakladam, ze 26 tydzien to juz niezle, szczegolny nacisk kladac na fakt lezenia w szpitalu czyli pewnie wyniki miala, badania miala na biezaco,kortykoidy dostala ktore po kilku dniach dzialaja juz super - nasz causus jako jednostkowy przyklad,ale jest ich wiele.

    Z moich nieformalnych obserwacji to 26 tydzien dobrze zaopiekowany do jest juz naprawde dosc ok,po czym powtarzam,ze mowie o 26 tc i porodzie przygotowanym,nie z marszu.

    Dla mnie sytuacja jest bialo-czarna, wrecz czarnusienka,bo wlasnie tym pytaniem lekarz ujawnil swoja prawdziwa postawe. Jak zywo,nie pamietam zeby ktos sie referowal sie slowem "ciaza",bylo tylko ciagle bebe,bebe,bebe, bebe va bien, bebe va pas bien.

    Pytanie czy przerywamy ciaze, kompromituje calkowicie lekarza na calej linii, i jest bardzo znamienne dla olewaczy. To nie jest 2-3 miesiac,gdzie jeszcze mozna pogadac o ciazach i plodach,i jest to najwyrazniej oczywiste dla normalnych lekarzy,i to tutaj, w kraju w ktorym aborcja na zyczenie jest refundowana,a terminacja medyczna stosowana do ostatniego dnia i terminu.

    Wiec postawa lekarza - ja nadal zakladam ze rodzice ktorzy wniesmi zawiadomienie do prokuratury- nie konfabuluja, jest karygodna i nieludzka, i po prostu krew mnie zalewa i ryczec se chce jak mysle o maluchu uwiezionym w drogach rodnych matki i o tym co teraz musi przezywac w inkubatorze.

    Normalnie jestem raczej typem racjonalnym,ale tutaj mnie scielo.
  • 18.06.15, 21:14
    Choć mam duży dystans do doniesień prasowych napisanych w taki sposób, by pokazać winnego i wywołać wzburzenie, to niestety tutaj nietrudno mi uwierzyć, że to prawda.
    Czy lekarz ryzykowałby karierę śpiąc na dyżurze? Cóż...jeśli był na przykład po trzech dniach pracy bez przerwy i drugim dyżurze z rzędu...
    To jest naprawdę realny problem. Nie ma siły. Organizm ludzki ma swoje ograniczenia i jeśli taki lekarz pracuje "ile się da" (etat w szpitalu, dyżury, prywatna praktyka) to w końcu zdarzy się zaniedbanie, błąd, zlekceważenie - nieraz tragiczne w skutkach.
    Byliśmy kiedyś z dzieckiem w poradni. Prowadzi nas bardzo dobry lekarz. W rozmowie, od słowa do słowa, przyznał, że nie spał od ponad 24 h (dyżur + praca w innym szpitalu). Uwierzcie mi - to było widać. Ta wizyta nie wniosła nic. Człowiek na takim poziomie zmęczenia nie jest w stanie, choćby i chciał, konstruktywnie i trzeźwo myśleć. W naszym przypadku, na szczęście, była to tylko strata czasu naszego i pana doktora.
    Dopóki jednak ktoś takich praktyk nie ukróci to podobne tragedie jak ta opisana w powyższym artykule będą się zdarzały.
  • 19.06.15, 18:07
    Czyli kasa kasa kasa, praktyka prywatna i sen na panstwowej zmianie, a interes pacjentki w czarnej czelusci.

    zgadzam sie calkowicie z twoja konkluzja.
  • 18.06.15, 22:03
    > Normalnie jestem raczej typem racjonalnym,ale tutaj mnie scielo.
    Nie rozstrzygam, kto ma rację i czy można w ogóle mówić o racji w naszej dyskusji. Tak mnie tylko naszło może błędne wrażenie, że bardzo, bardzo mocno się identyfikujesz z tymi rodzicami, przeżywając ich sytuację.

    Wiesz, zdarza mi się ostatnio wracać do postów sprzed 7 czy 6 lat tak po prostu, żeby spotkać siebie z tamtych czasów - usiłującą siebie i wszystkich dookoła przekonać, że jestem superkompetentna i wiem wszystko (bo gryzła bezsilność i niepewność, czy podejmuję dobre decyzje), zastrzegającą na każdym kroku, że lekarze się mylą (bo mi nie pomogli i byłam na nich wściekła bez względu na to, czy byli w stanie pomóc), chwalącą się każdym dokonaniem dziecięcia, nawet takim głupim, że zjadło gryza kanapki (bo tak się bałam, że nie będzie się czym chwalić), negującą wcześniactwo młodej, bo skoro wyżyła Amelia z 22 t.c., ważąca tyle co iphone, to jak mój kilogramowy kolos miałby sobie nie poradzić.... Bardzo wiele z siebie i ze swoich emocji wtedy wkładałam w sytuacje innych rodziców.
    Może nadinterpretuję, bo takie a nie inne mam doświadczenia, a może Ty też w jakiś sposób przeżywasz siebie w historii tych rodziców. I stąd takie wburzenie, takie przekonanie, że ten 26 t.c. zwykle jest ok, i taka właśnie czarno-biała ocena sytuacji...

    Tak czy siak, dla rodziców to straszna tragedia i wcale im się nie dziwię, że chcą znaleźć winnego. Chciałabym wiedzieć, jak się ta cała sprawa skończy - i jeśli chodzi o maluszka, i w kontekście decyzji prokuratury.
  • 19.06.15, 17:59
    Tak,znam to a autopsji, jak czytam swoje dawne teksty to ogarnia mnie pusty smiech. Doskonale rozumiem,co Toba kierowalo, mechanizmy obronne i koniecznosc oparcia sie na czyms.

    Nie utozsamiam sie z rodzicami, byloby to sporym naduzyciem z mojej strony,poniewaz nam jednak los pomogl i bylo szybkie cc, dzieki ktoremu moj synek nie musial przechodzic tego co mala Karolinka dzisiaj. Nie ukrywam jednak, ze z pewnoscia jestem bardziej uwrazliwiona na wszystko co wiaze sie ze slowem inkubator, z pewnoscia gdymym sama nie doswiadczyla tego na wlasnej skorze, nie milabym dosc informacji,zeby reagowac gwaltownie. Wyszlismy z wczesniactwa obronna reka,jak na razie, ale los nnych nie jest mi obojetny. Takich lekarzy jak ten spotkalam tylko jednego, na moich oczach zamknal drzwi pokoju w ktorym wyl alarm zbyt nagrzanego inkubatora. Po wyjsciu z neonatu poinformowalm odpowiednie wladze na ten temat,ale solidarnosc zawodowa wziela oczywiscie gora. Dzisiaj zaangazowalam sie jako antena lokalna sos prema, szpital jest 10 min ode mnie i okazalo sie ze moj kierunek studiow moze im sie okazac dosc przydatny. Czeka mnie wiec pewnie wiecej sytuacji sciecia.

    Ps co do dziennikarzy, to zalezy, jak czytam internetowe darmowe info,to noz mi sie w kieszeni otwiera dosc czesto, ale w papierowycg wydaniach dziennikarstwo i artykuly sa na innym poziomie, niz pisane gratis prze stazystow ( sama swego czasu bylam stazystka w wyborczej i takiego chlamu jak trzeba bylo produkowac do tej pory nie zapomnialam)
  • 20.06.15, 18:08
    > Dzisiaj zaangazowala
    > m sie jako antena lokalna sos prema, szpital jest 10 min ode mnie i okazalo sie
    > ze moj kierunek studiow moze im sie okazac dosc przydatny. Czeka mnie wiec pew
    > nie wiecej sytuacji sciecia.
    Super, gratulacje smile Ciekawe tylko, że pomyślałaś o swojej roli w SOS Prema jako o ścinaniu się. Mam od paru lat podobnie, bo kilku neonatologów daje mój nr rodzicom, zdarzają się też tacy, co trafiają przez fundację, ale zwykle nie potrzebują pośrednictwa w tej kwestii. Szczerze mówiac najczęściej poza oczywiście wysłuchaniem, urealnieniem poczucia winy i zaktywizowaniem do robienia tego, co zrobić mogą, potrzebują jednak raczej pomocy w radzeniu sobie ze wściekłością na cały świat i na lekarzy szczególnie - poszukania mniej paranoicznych wyjasnień zachowań personelu i zwiększenia wyrozumiałości dla nich, bo darcie sie na lekarza, który o 6.50 po ciężkim dyżurze nie chce telefonicznie udzielić szczegółowej (!) informacji na temat stanu dziecka, bywa na porządku dziennym. Ale może en France jest inaczej, w końcu jednak Francuzi nie rzucają mięsem w charakterze przecinka i w ogóle są bardziej kulturalni, mam wrażenie...
    W każdym razie pomysł świetny, możesz zrobić wiele obrego dla innych rodziców, a przy okazji jakoś konstruktywnie poradzić sobie z sytuacją. Super raz jeszcze!
  • 22.06.15, 10:12
    W sumie odpowiedzialnosc mnie troche przeraza. A nawet bardzo. Polska i Francja to oba kraje ponic bardzo dobrze wyspecjalizowane w prowadzeniu wczesniakow, problemy sa podobne,ale we Francji istnieje pewne kwestwie raczej rzadko spotykane w Polsce, i to wlasnie mialaby byc moja dzialka. Generalnie kwesta rodzicow mowiacych slabo po francusku, rodzicow z bardzo ubogich srodowisk i samotnych matek. To tak naprawde byla wiekszosc na naszym oddziale rea. Te kwestie powoduja duza doze nieufnosci w stosunku do lekarzy, sa tez oczywiscie kwestie religijne - mama w hidzabie ktora nie chce kangurowac par example.

    Dziala to tez w druga strone, rodzice ze srodowisk uprzywilejownych niechetnie ufaja lekarzom np nasza pediatra jest z Rumunii i jej francuski jest dosc dobry,ale jednak ewidentnie brakuje jej okreslonych sformulowan.

    I do tego w sumie ogranczalaby sie moj rola,do mediacji konfliktow miedzykulturowych i miedzyklasowych, bo ja stoje posrodku,zdaniem pani,ktora mnie wylapala. Jestem wiarygodna bo sama jestem mama skrajnego wczesniaka, wiec WIEM, nie sobie wyobrazam, jestem obcokrajowcem,wiec WIEM jak to jest czuc sie tym obcym, i jednoczesnie naleze do klasy tzw faworyzowanej,wiec rozumiem dlaczego niektorzy Francuzi maja problem z zaufaniem lekarzowi ze srodka Afryki,ktore chociaz dobrze leczy to jego zasob slownictwa jest mocno ograniczony.

    Ja ze swojej strony nie mam zadnego przygotowania psychologicznego i generalnie nie jestem do rany przyloz jako osoba,wiec ta misja mnie troche przeraza. Chce pomoc,ale moja pomoc do tej pory sie ograniczala do przelewow do roznych organizacji,ne jestem typem terenowym.

    Nie wiem jak Ty dajesz sobie rade w fundacji,jak funkcjnujesz,jak tak naprawde mozna pomoc poza wysluchaniem... Bo ja akurat w sluchaniu tez jestem kiepskasmile
  • 22.06.15, 15:38
    Nie musisz być od razu wytrawnym psychologiem wyspecjalizowanym w interwencji kryzysowej i mediacjach, z czasem sie nauczysz.

    Na pewno nie warto bezpośrednio pośredniczyć między rodzicami a lekarzami, chyba że bariery niezrozumienia sa takie, że inaczej się nie da. Nie dość, że wejdą Ci na głowę i szybko się wypalisz, to jeszcze przynajmniej jedna ze stron Cię znielubi - pół biedy, jeśli to rodzic, ale z lekarzami będziesz sie stykała przy okazji towarzyszenia kolejnym rodzicom, co zaszkodzi im i Tobie.

    Za to zachęcać, mobilizować, wspólnie szukać rozwiązań warto bardzo. Tak samo jak warto aktywizować mamy i dawać im poczucie jakiejś sprawczości w tej sytuacji przymusowej bezsilności - najpierw zachęcać do utrzymania laktacji (jeśli chcą!), kangurowania, czytania bajek i zadbania o siebie, a potem, jak dziecko samo oddycha i wiadomo, że raczej wyżyje - do zakupów dzieciowych i wicia gniazdka, u większych do odpowiedniego żywienia...

    Słuchanie wcale takie trudne nie jest - sama wyczujesz, że niektórzy rodzice chcą i potrzebują rad albo usłyszneia, że nie tylko oni to przechodzą i że mogą mieć nadzieję, a drudzy reaguja na nie irytacją. Oni potrzebują po prostu poopowiadać o tym, co ich spotkało, i to jest ich sposób radzenia sobie z sytuacją.

    Mi największą trudność sprawia zaakceptowanie wyborów rodziców, na które wewnętrznie nie mam zgody - od różnych dziwnych pseudoterapii typu kraniosakralna czy podduszanie CO2, wybór altmedu zamiast medycyny konwencjonalnej po zaniechanie rehabilitacji czy np. profilaktyczne oddawanie kota do schroniska ze strachu przed ewentualnie możliwą przyszłą alergią. To naprawdę (niestety!) jest wybór rodzica. Wybór durny, ale takie jego prawo. Oczywiście swoje zdanie wyrażam, bo czemu miałabym tego nie robić. Czasem dają się przekonać.

    Tak samo jest w przypadku muzułmanki, która nie chce kangurować, bo nie może pokazywać ciała... Skoro dla niej to niemożliwe i sie nie przełamie nawet jak otrzyma informację na ten temat, to trudno, niech trzyma na dziecku rękę, niech mówi albo mu czyta, niech nagra bicie swojego serca i mu puszcza...

    No i dla własnej higieny emocjonalnej - nie zabieraj za bardzo do domu tego, co zobaczysz i usłyszysz. Potem się obrywa mężowi, dziecku, kotom i sprzedawczyni w sklepie wink I tak bedziesz o tym myśleć, bo w rodzicach będziesz przeżywała siebie i to tę mniej racjonalną - wściekłą na cały świat, że wyszło jak wyszło i że nie tak miało być. Ale im mniej tego przeżywanie siebie będzie i im bardziej będziesz świadoma tego, że możesz być nieracjonalnie wściekła na siebie, swojego partnera, lekarzy czy nawet dziecko, tym będzie Ci łatwiej.

    Zawczasu też znajdź sobie i zapisz w komórce kontakt do jakiejś dobrej organizacji, która zajmuje się rodzicami po stracie. Niestety nie raz Ci się to przyda.
  • 22.06.15, 15:50
    ps. i to nie jest tak, że pracuję dla fundacji. Po prostu czasem jakis rodzic dostaje mój nr albo maila, zresztą ostatnio cześciej od lekarzy na oddziałach. Zwariowałabym, gdybym miała więcej niż 1-2 rozmowy w tygodniu, bo one potrafią trwać i 2-3 godziny, emocji w nich bywa tyle, że zdarza mi się łyknąć beta-bloker, bo się nie mogę wyciszyć, i w ogóle marzy mi się, żeby kiedyś powstał w każdym województwie telefon zaufania. Jeden już się rozkręca na Śląsku, przy Centrum Wcześniaka i Małego Dziecka. Fantastyczna sprawa... SOS Prema też chyba kiedyś miało tel. zaufania, nie?
  • 23.06.15, 08:20
    Mysle intensywnie,i gadam sama ze soba w swojej glowie, pewnie znasz te wielogodzinne niekonczace sie dyskusje w glowie prze dsnem i w czasie dnia zreszta tez.
    Jednak coraz czesciej dochodze do wniosku ze moge bardziej zaszkodzic niz pomoc, naprawde jestem na drugim biegunie siostry milosierdzia. Poza tym, trafilas w sedno piszac o stracie,mysle ze nie ja sama nie radze sobie z tematem straty,mam bardzo mala,poza tym sklocona i rozbita rodzine i temat smierci zawsze byl tematem tabu,w swoim zyciu bylam na 2-3 pogrzebach i to raczej dziadkowo-znajomych,nikogo tak naprawde blskiego. Nie wybrazam sobieco moglabym powiedziec rodzicom, rowniez z pewnego rodzaju weodzonej uczciwosci, bo pamietam dobrze ze tuz przed moim porodem wiedzialam,ze jak maly nie przezyjétôja tez nie bede miala po co zyc. Bref.

    O metodch leczenia alternatywnego jeszcze nie slyszalam,ale ja z tych co wierza w nauke i medycyne wiec pewnie nie mam w gronie znajomych nikogo specjalnie nawiedzonego. Poza weterynarzem,ale jemu ostatnio prawie odgryzlam glowe jak przepisal'kotu lekarstwo homeopatyczne za 40 ? i zoroentowalam sie dopiero w kociej aptece.

    Mysle caly czas mysle, bje sie z myslami. Na dnach wybieram sie do szpitala na rea z tablo dziekczynnym dla personelu i zdjeciami dla przyszlych rodzicow, pamietam ze jak sama odwiedzilam oddzil prze porodem to mi to dodalo troche odwagi , zobacze jak zareaguje na oddzial, do tej pory nie zapomnialam tego swidrujacego slodko-mdlego zapachu reanimacji.

    Wracajac do tematu, zastanawiam sie czy mama malej Karolinki nas czyta, jesli tak, to nich wie,ze bardzo mocno trzymamy kciuki za was.

  • 23.06.15, 16:04
    Nic na siłę. Jeśli wolontariat w SOSPrema ma Ci dać poczucie, że robisz coś sensownego i potrzebnego i że ma to sens, to Ci dobrze zrobi. Jesli ma być obciążeniem psychicznym i wbijać Cię w dołki, to sensu nie ma. Pewnie będzie czymś pośrodku, ale bilans zawsze się na jedną stronę przechyla.

    A rodzice po stracie... Tu chyba nie ma dobrych odpowiedzi. Ja się staram kierować gdziekolwiek, gdzie będe miała poczucie, że ktoś się nimi zajmie - na forum serwisu Dlaczego (ale ostatnio się jedni rodzice skarżyli, że jakoś tych nowych średnio ogarniają), do księdza, mężowi tłukę do głowy, że przydałoby się przynajmniej żonę do psychologa, jak czuję, że rodzic leci siłą rozpędu i ma taki napęd organizacyjny, to wspominam o następnym dziecku, bo może się uchwyci tej myśli, jak ma inne dzieci, to o nich rozmawiamy... Ale ogólnie szybko się wycofuję. Lubię myśleć, że z szacunku i żeby nie kłuć w oczy tym, ze mojemu dziekcu się udało, ale może po prostu nie potrafię długo wytrzymać kontaktu z taką rozpaczą i złością, a i z rozmowami o aniołkach i życiu pozagrobowym mam problem.

    Reakcje na oiom to inna sprawa - niby już tyle lat minęło, żaden pikający monitor czy neonatolog mnie nie rusza, ale jak poczuję zapach oliwki bambino, to się pode mną nogi uginają. Ciekawe, jak długo mi tak zostanie smile
  • 23.06.15, 21:37
    oliwka bambino powiadasz... Proustowska magdalenka w oiomowym wydaniu smile

    Mnie skreca ciagle sygnal karetki, niektore slowa wlaczaja scisk zoladka, préma, spioszki préma,krem dla préma etc na oddzial wracam,bo dalam slowo ze wrocimy,wiekszosc rodzicow nie wraca.

    Za pozwoleniem,bede pisac na priv.
  • 24.06.15, 06:23
    Masz mój adres z imieniem i nazwiskiem? smile Tyle, że z góry przepraszam, jeśli będę odpowiadać w kratkę - zachciało się na stare lata studiować psychologie, i teraz mam sesję. Poprawię sie po 12.07 smile
  • 24.06.15, 08:48
    Sesja powiadasz... Odlegle wspomnieniasmile in bocca al lupo!
  • 19.06.15, 18:08
    No co ty, kawalek kanapki samodzielnie polkniety to super osiag !smile
  • 18.06.15, 21:26
    Macumi u mnie też się zastanawiali. Co drugi dzień trafiałam na porodówkę i z powrotem na patologię ciąży. Jeden lekarz na nocnym dyżurze obudził mnie w środku nocy i zabrał na usg, bo przejrzał papiery i mu się coś nie podobało. Zresztą któregoś razu usłyszałam, że przeze mnie nikt nie chce brać nocnych dyżurów bo się boją. Wiem, że to ogromna odpowiedzialność.
    Ale tutaj jest mowa o zupełnie innym przypadku.
  • 18.06.15, 22:09
    Maju, tego tak naprawdę mimo wszystko nie wiemy. Wiemy, co dziennikarz napisał. Uczyłam kiedys przyszłych dziennikarzy i... hmm... Czasem się zastanawiam, jak to jest, że na te studia idzie kwiat młodzieży o najlepszych ocenach, a po pięciu latach niewielu jest takich, którzy rzetelne dziennikarstwo cenią sobie ponad efekciarstwo i zapewnianie rozrywki bez względu na koszta ludzkie. Do tej pory pamiętam taka dyskusję z jedną grupą, w trakcie której omawialiśmy serię artykułow ujawniających wielki przekręt, którego jak się okazało nie było, ale które skazały pewnego gościa na totalny społeczny ostracyzm, łacznie z malowaniem mu sprayem brzydkich słów na aucie czy pobiciem w szkole jego dzieci. Oni zupełnie nie kumali, w czym problem, cały czas padało "no i co? przecież mozna dać sprostowanie, jeśli sąd każe".
    No i kurcze, od tego czasu nie potrafie ufać newsom, w których się wszystkie strony nie wypowiedzą.
  • 22.06.15, 01:28
    Popieram MCM w stu procentach . Marne szanse żebyśmy dowiedzieli sie calej prawdy z ust dziennikarza.
    --
    Hania 29.05.2011, 26t.c., 750gram, 35cm.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.