Dodaj do ulubionych

Do jola23061978

12.04.08, 08:42
Witaj, przeczytałam na pięcioraczkach, ze rodziłaś we Wrocławiu.
Proszę powiedz, w którym szpitalu urodziłaś Oliwię, w którym malutka
leżała na oddziale neonatologii? Mój synus urodził sie na
Chałubińskiego, potem został przewieziony na OITD na M. Curie
Skłodowskiej (cudowny oddział i ludzie!), a potem z powrotem na
Chałubińskiego. Chałubińskiego to koszmar, zarówno porodówka jak
i "neonatologia". Czasem mam ochote wykrzyczeć jak nas tam
traktowano. Warto to zrobić, bo przecież nikt mnie lepiej nie
zrozumie niż Wy.
Edytor zaawansowany
  • bijou82 12.04.08, 11:29

    czesc wiem ze to do joli,ale ja tez urodzilam na chalubunskiego
    (09.01.2007,godz.3.30) madzia 26tydz,830g,zakazenie
    wewnatrzmaciczne.najgorsze bylo tam to ze jak rodzilam to mi
    brutalnie powiedziano ze nie ratuja dziecka tylko mnie i ze madzia i
    tak umrze zaraz po porodzie wiec mam nie plakac tylko przec - to byl
    dla mnie najwiekszy szok i jak sie zbuntowalam to powiedzieli ze
    jesli nie bede parla to zrobia cesarke (ciekawe jak skoro madzia juz
    wychodzila,co za bzdura)-chcieli mnie postraszyc.po porodzie madzia
    byla reanimowana - i ochrzczona.o 6 rano znowu byla reanimowana-
    dowiedzialam sie tego od jednej z mam -ktora podeszla i powiedziala-
    tak mi przykro,jestem z toba -lekarze nie raczyli mnie poinformowac -
    bo bym przeszkadzala w reanimacji i napewno chciala wejsc na
    sale!!!! idiotyzm!!! o 13 przewiezli madzie do szpitala dzieciecego
    korczakana ul.kasprowicza na oddzial "r", mowiac ze nie maja lekow
    dla madzi!!!!!!!!!!!! ciesze sie ze byla w korczaku-tam tez wiele
    gorzki slow uslyszalam,nietaktownych-ale robili co mogli by madzia
    przezyla.a na oitd na sklodoskeij madzia lezala (05.04.2007-
    07.04.2007) po operacji jelitka.ludzie bardzo mili-szczegolnie
    p.ordynator-takich informacji fachowych nigdyu nigdzie nie
    uslyszalam.niestety zawiodla jedna z pielegniarek i madzia
    zachorowala na zapalenie pluc w 2dzien po operacji-bo lezala cala
    noc nie przykryta w "kwoce" - i zdecydowalam sie przewiesc ja
    ponownie do korczaka.z tego powodu nie wspominam dobrze oitd.ale
    jesli chodzi o reszte personelu - to sa wspaniali i ta ksiega wpisow
    jest tam rewelacyjna-niestety nie zdarzylam sie wpisac i podziekowac
    za przeprowadzenie operacji i opieke.
    ok juz sie nie wcinam w nie swoje posty wink
    pozdrawiam!!!
    --
    stronka mojej MADZI- smyki.pl/domeny/dzidzi.pl/madziazosia/index.php

    fotki Madzi- 26tyg/830g/33cm - fotoforum.gazeta.pl/5,2,bijou82.html
  • ann130 12.04.08, 12:16
    Bijou, dziękuje za posta. Wiem przez co przeszłas, od poczatku
    sledze Wasze losy. Miszkam w Poznaniu i do Wroclawia pojechałam w
    odwiedziny do rodzicow i na Wszystkich Swietych. Groby odwiedzilam
    przed czasem, jakby przeczucie.... Na patologie ciazy trafilam w
    niedziele z objawami brunatnych plamien. Przyjeli mnie bo mieli
    akurat wolne lozko. To byl 30 tc. Dodam, ze na patologii nie ma
    ordynatora, kazdy sobie rzepke skrobie. Ja trafilam do beznadziejnej
    Pani doktor. Przebadala mnie i stwierdzila, ze grozi mi przedwczesny
    porod, nic wiecej: co i jak, dlaczego, kiedy? Kazala zakupic
    lekarstwo niemieckie na powstrzymanie skurczy (nie bylo ich, bo
    ilekroc mnie podlaczano do ktg-nie wykazywalo skurczy). Lekarstwo
    bylo dostepne w Niemczech, na zamowienie w aptece. Mialo byc do
    odbioru 1 listopada. We wtorek zaczal mnie bolec brzuch, fenoterol,
    magnez-bez efektu. W srode podobnie, a w czwartek (1 listopada) od
    rana bylo super, brak bolu, plamien. Powiedzialam nawet rodzinie, ze
    byc moze przed weekendem wyjde. Niestety po 12 w poludnie odszedl mi
    czop sluzowy, potem zaczely sie bole i walka mojego dziecka. Czulam
    jak chce wyjsc z brzuszka, bardzo napieral, a ja nie moglam nic
    zrobic. Oczywiscie skutecznie powstrzymywano akcje porodowa podajac
    mi leki przeciwskurczowe. Przyjechala rodzina w odwiedziny-kazalam
    im wyjsc, zeby nie patrzyli jak wbijam pazury w lozko. Pielegniarki
    do mnie przychodzily, lecz nie zawolaly lekarza, kazaly mi
    wytrzymac. Zupelnie nie wiedzialam co sie dzieje, tylko pokazywalam,
    ze tu jest pupa mojego dziecka i ono chce wyjsc. Ok. 16-ej poczulam,
    ze cos we mnie peklo i chlusnelam krwia. Pozniej akcja potoczyla sie
    blyskawicznie. Sala porodowa (cale szczescie bya wolna), decyzja
    lekarza, ze robimy cesarke i zniesmaczona mina Pani ordynator, ze
    nie dostalam lewatywy...Na wozku mnie ubierano w koszule, dzwonilam
    do meza (byl w Niemczech), rodzina natychmiast przyjechala. A potem
    miła doktor pediatra poinformowala mnie, ze z dzieckiem moze byc
    roznie, ze wazne jest aby oddychało. Jak mi malutkiego wyciagnieto z
    brzuszka uslyszalam jego cichutki glosik, kwilil jak pisklaczek.
    Oddychal... niestety nie za dlugo. Podlaczono malego do respiratora
    i wezwano karetke, aby go przewiezc do OITD. Dzis wiem, ze to moj
    Aniol Stroz sprawil, ze malutki trafil na OITD. Tam pracuja
    Aniolowie. Ja pozostalam na Chałubinskiego bez dziecka, prze kilka
    kolejnych dni wloczylam sie po korytarzu ciagle placzac. Sciany
    korytarza mi zbrzydly do tego stopnia, ze siedzialam w kaplicy
    calymi dniami. Zreszta nie moglam zniesc placzu niemowlat i radosci
    rodzicow. Brakowalo mi opieki psychologa. Jedna pilegniarka
    powiedziala mi, ze mam cichaczem wyjsc ze szpitala i isc do malego.
    W drugiej dobie po cesarce tak tez zrobilam, a od malego pojechalam
    do rodzicow na caly dzien, byle dalej od szpitala-tego szpitala. Maz
    odwiedzal malutkiego, byl pod respiratorem. Dodam, ze wazyl 1750 g i
    dostal 5 i 6 pkt Apgar. Czyli nie tak zle, zwazywszy Wasze historie.
    Po wyjscie ze szpitala cale dnie spedzalam u malego. Po tygodniu od
    urodzenia malutki zostal odlaczony od respiratora i moglam go wziac
    na rece. Przytulalismy sie caly dzien. Dawalam mu cycusia, pozwalano
    mi go przebierac, karmic, uczyc ssac, a nawet kapac. Bylam u niego
    od 9 rano do 22. Jak jego stan byl stabilny przekazano nas na
    Chałubinskiego i tu zaczal sie koszmar. Zabroniono mi dotykac
    synka,polozono go w zamknietym inkubatorze (na OITD byl juz w
    lozeczku). Nie udzielano informacji co do metod leczenia. Wysmiewano
    mnie jak lecialam po pielegniarke kiedy alarm w aparaturze sie
    wlaczal. Pewnego dnia alarm wlaczal sie od rana. Pielegniarki kazaly
    wylaczac go salowej, nawet nie sprawdziwszy co sie dzieje. W
    poludnie maly dostal goraczki i okazalo sie, ze przechodzi martwicze
    zapalenie jelit i posocznice. Na OITD wykluczono NEC, bo tez go
    podejrzewano. Tu na Chałubinskiego karmiono malego na sile, przez
    sonde, byle osiagnac mase 2 kg. Bylam przerazona. Nastpnego dnia, od
    kolezanki dowiedzialam, sie, ze jedno dziecko na oddziale, w nocy
    umieralo. Tak jej powiedziala dyzurujaca pani doktor. Dlaczego, mi
    matce nikt tego nie powiedzial. Załamałam sie zupelnie. Lekarze
    nagminnie lamali tajemnice lekarska mowiac co dolega danemu dziecku,
    wymieniajac je z imienia i nazwiska. Wiecej informacji przekazywali
    osobom postronnym niz lekarzom. Dla mnie najtrudniejszym okresem
    bylo odseparowanie mnie od dziecka. Nasza bliskosc zostala nam
    odebrana. W dniu kiedy zdecydowano synka wyciagnac z inkubatora
    bylam zmeczona psychicznie, ze powiedzialam, ze nie chce. Balam sie,
    ze znowu mi go zabiora. Uwazam, ze kadra pracujaca na Chałubinskiego
    nie jest przygotowana do zajmowania sie trudnymi przypadkami, w tym
    wczesniakami. Brak im odpowiedniego zaangażowania i empatii.
    Pilegniarki byly bardzo zdziwione kiedy przyjezdzalam kilka razy w
    nocy, zeby przywiezc mojemu synkowi swiezy pokarm. Nie bylam w
    stanie sciagnac na zapas, a zalezalo mi zeby synus po NEC dostawal
    tylko moj pokarm. Nienawidze tego szpitala za brak
    wykwalifikowanewgo personelu, brak zrozumienia dla rodzicow
    wczesniakow, brak empatii, brak zaangazowania w prace, brak srodkow
    czystosci, brak psychologa. Ale sie wyzalilam, nadszedl ten czas.
    Dzis synus ma skonczone 5 m-cy, rozwija sie prawidlowo, wazy juz
    6540 i mierzy 68 cm. Kocham Go przeogromnie.
    Dodam, ze przyszedl na swiat 1 listopada, w terminie przyjscie na
    swiat naszego pierwszego dziecka, ktore odeszlo w 6 tc.
  • mamaigiiemilki 12.04.08, 14:28
    przepraszam, ze i ja sie wtrace w ten watek...ale jak go czytalam, to dreszcze mnie przechodzily- wspolczuje ci bardzo tych przezyc...nawet sobie nie jestem w stanie wyobrazic, co czulas...najwazniejsze, ze wszystko dobrze sie skonczylo; pozdr.
    --
    Emilka i Iga mają już...
  • bijou82 12.04.08, 17:03
    ann to straszne co przeszlas...ja nigdy nie daruje lekarzowi
    ginekologowi z chalubinskiego łątkowskiemu,że nie rozpoznał u mnie
    zakażenia...02.01.2007 byłam na badaniu gin i usg 3d,powiedział że
    wszystko ok,a na moje bakterie w moczu kazał brać furagin zamiast
    antybiotyku.i po tygodniu było już takie zakażenie i leukocytoza
    28tys że nie było na co czekać...jak to wspominam.i jeszcze coś
    napiszę,jak madzię przewieziono do korczaka to ja chciałam wyjść ze
    szpitala aby być przy niej-a pani dr mówi do mnie że umrę na
    ulicy!!! jak tak można mówić.powiedzieli mi że madzia nie przeżyje
    do rana - więc co miałam robić-patrzeć i leżeć w sali z 2 matkami i
    ich dziećmi?? więc wyszłam na żądanie do domu po 10 godz od porodu i
    ostatnie co usłyszałam od lekarza po podpisaniu papierów,że to nie
    jest warte niczego,że robię głupotę,bo madzia i tak umrze..a może i
    ja też...ale dzieki Bogu obie żyjemy i cieszę się ze tak
    postąpiłam.aha, o godz 11 chciałam się wykąpać..poszłam pod
    prysznic,krew się ze mnie leje-odkręcam wodę a tam nic..wołam męża-
    mąż idzie do pielęgniarki-a ona mówi że woda będzie wieczorem-
    zakręcają bo oszczędności.rodziłam o 3.30 w nocy i co do wieczora
    miałam być "brudna"..no coz...i tak byłam -bo pojechałam do korczaka
    i tam siedziałam przy madzi do 21,ale za to mogłam się wykąpać w
    domu-czystym,spokojnym i bez płaczu dzieci.pozdrawiam Cię bardzo
    bardzo serdecznie i całuski dla dzielnego maleństwa!!!!
    --
    stronka mojej MADZI- smyki.pl/domeny/dzidzi.pl/madziazosia/index.php

    fotki Madzi- 26tyg/830g/33cm - fotoforum.gazeta.pl/5,2,bijou82.html
  • jola23061978 14.04.08, 05:49
    Ja rodziłam na Dyrekcyjnej. Mieszane uczucia. Jak chlusnęły wody
    karetka zawiozła mnie na Dyrekcyjną a tam mówią brak miejsc ale pan
    z karetki uparł się że nie zgłosili braku miejsc i mają coś znaleźć.
    Dłuugo szukali łózka a ja z tą mokrą pupą czekałam. Znaleźli, potem
    myślałam że szybko akcja zabiorą mnie ratowac dzieci. Nic mylnego-
    wypełnianie papierów , bzdurne pytania, a ja siedze w szoku bo nie
    wiem co się dzieje w brzuchu.
    NAjpierw po długim oczekiwaniu przyszedł mnie ktoś zbadać i poszedł
    a ja myślałam że dzieci wychodzą bo czułam coś ruszającego się
    k/nóg - to tylko lekarz zostawił instrument do badania we mnie i
    sobie gdzieś poszedl ?
    Jak mnie położyli na łóżku - pokrzyczeli żebym się nie ruszyła bo
    pogubie dzieci.
    Sprawdzali KTG ale maszyna się psuła dzieci im uciekały - sprawdzała
    jakaś studentka aż po długiej chwili jak nie mogła złapać bliźniaków-
    przełożona nakrzyczała żeby mi tyle nie masowała brzucha bo
    przyspieszy poród.
    Podali fenoterol, nie pomógl skurcze nie ustawały, lekarz kazał
    podać inny ale pielegniarka mówi ze nie ma i trzeba wypełnić druki
    żeby domówić.
    Mój mąż pyta czy może coś samemu trzeba dokupić - powiedzieli że nie.
    Na drugi dzień po 3 kroplówkach (fenoterol, isoptin)przy CRP 23 i
    skurczach i moich wymiotach zadecydowano cesarka bo dzieci zbyt duże
    na poród i infekcja i skurcze nieopanowane.
    Cesarka przy znieczleniu zewnątrzoponowym - słyszalam śmiechy,
    żarty lekarzy, jak pani co pomaga lekarzowi coś tam pospadaly
    instrumenty na podłogę , niemogla czegoś znaleźć i mówi że ma dość
    już tej partyzantki w tym szpitalu, potem płacz dziewczynek...

    Mąż widział jak biegną z naszymi zawiniątkami piętro wyżej bo nie
    było wolnych inkubatorów transportowych.
    Wychodzi lekarz - mąż pyta czy PAn operował moją żonę - on żartem -
    a nie widać ?

    Po cesarce koszmar - potrząśnietą mną żeby obudzić i poinformowano:
    dzieci w stanie krytycznym , proszę o imiona bo trzeba ochrzcić i
    bez słowa co i jak pani odeszła.
    Wystraszona podałam nawet nieplanowane imiona i z wielkimi
    przestraszonymi oczami zostawiono mnie samą sobie. Co się dzieje w
    głowie - wiecie same.
    Jak tylko mogłam wstać po paru godzinach doczołgałam się na góre.
    Moje laleczki w otwartym inkubatorze: Kasia w białym kapelusiku z
    falbanką (pełna buzia, jakby opalona skóra), Oliwia w żółtym
    kapelusiku (różowa, mniejsza, jakby taka zadziorna pewna siebie -
    jakoś na początku nie bałam się o nią, czułam że sobie poradzi)
    Oliwia miała w Apgar: 4,5,6 pkt.
    Potem to leżenie ze szczęśliwymi mamami zdrowych dzieci i strach o
    każde wejście pielegniarki która na forum wygłasza że źle itp.
    Zawołano mnie, że ich możliwości się wyczerpały żebym poszła na
    OIOM - nikt wprost nie powiedział, że Kasia umiera albo już umarła
    (nie wiem), że mogę ją wziąć na ręce, do dziś żałuję, że nie miałam
    jej na rękach.

    OIOM i neonatologie wspominam z mieszanym uczuciem - przez te 4 m-ce
    było kilka miłych chwil i parę dobrych pielęgniarek, które dobrze
    opiekowały się Oliwią.
    To co źle wspominam to:
    -brak informacji (o wylewach , o tym , że nie widzi)
    - niedopatrzenia i niedociągniecia (sprzątaczki myjące zimą okna
    przy otwartym inkubatorze Oliwii, nie chronienie oczu , nie
    zrobienie transfuzji przy bilirubinie 28, wyłączanie alarmu przez
    sprzątaczki, nie reagowanie na spadki saturacji nawet do 30
    (usłyszałam nawet raz że Oliwia jest do takich spadków
    przyzwyczajona; pierwsza próba odłączenia od respiratora po 3 m-
    cach, zabieranie płaczącej OLiwii do dyżurki - kiedyś myślałam,że
    miała super dziś wiem że każde niedotlenienie jest zabójcze dla
    mózgu)
    -odłączanie respiratora do kąpieli pod kranem, pielęgnacji
    - niechęć do dawania mamie dziecka do kangurowania " bo to za duży
    szok dla dziecka"
    -lekarze zapytani o stan zdrowia - jakby uciekali od odpowiedzi, nie
    mieli czasu, odpowiadali jakby z pretensją w głosie, czułam się jak
    intruz
    - znieczulica wobec rodziców umierających czy chorych dzieci -
    często sama podchodziłam do zapłakanych mam, obsuwających się przy
    inkubatorze i okazywało się że one bardzo potrzebują rozmowy bo nie
    wiedziałam ,czy chcą same przeżywać swoją tragedię.
    - inne perypetie: komornik miał zamknąć szpital, sanepid miał
    zamknąć szpital (Epidemia Klebsielii)

    Ale nie mogę nie pamiętać kilku sympatycznych pielęgniarek, które
    troskliwie opiekowały sie Oliwią, traktowały ją i jej matkę jak
    człowieka a nie kolejny cięzki przypadek.

    pozdr

    Jola
  • traganek 14.04.08, 07:55
    Jolu to co piszesz jest straszne ale tak niestety w większości
    wygląda start naszych wcześniaczków. U nas w wielu punktach było
    podobnie. Wydaje mi się, że lekarze i pielęgniarki w Polsce nie mają
    jeszcze doświadczenia w ratowaniu wcześniaków. Ratują jak
    najmniejsze, żeby poprawić ranking ale poza odebraniem porodu
    kiepsko sobie radzą z resztą. Na początku myślałam, że cała opieka
    nad moimi dziećmi jest idealna ale z czasem jak się dowiadywałam
    więcej o wcześniakach zaczynałam rozumieć, że niektóre leki nie były
    odpowiednio dobierane, niektóre pielęgniarki nie zdawały sobie
    sprawy że krzywdzą moje dzieci. wyłączanie pulskosymetru- przez co
    zdarzały się bezdechy, noszenie moich dzieci po korytarzu (bo tak
    niby lepiej zasypiały) w efekcie spadki saturacji, karmienie na siłę
    butelką bez podawania tlenu (jedna pielęgniarka chwaliła mi się raz,
    że Zosia miała w czasie takiego karmienia saturację 27!!!!) i wiele
    innych spraw, na które kiedyś nie zwracałam uwagi a mogą rzutować na
    całe życie moich dzieci. Szkoda słów.
    --
    Nasze zdjęcia
  • mimi0080 14.04.08, 09:15
    Jaś miał intuicję i wyczuwał, która z pilęgniarek to
    jędza...pamiętam jedną małpę...karmiła Jaśka sondą...zaczęła prawie
    na niego krzyczeć, że mleko nie schodzi ze strzykawki jak ona by
    sobie tego życzyła...złapała malutkiego za głowę i zaczęła kręcić
    żeby szybciej szło...całe ciałko się skręcało, a on tak mocno
    płakał...
    --
    Nasze zdjęcia
  • mama-cudownego-misia 14.04.08, 10:53
    Ja rodziłam na Klinikach na Curie-Skłodowskiej. Traktowana byłam dobrze, w sumie
    wszyscy byli mili, chociaż subiektywne przeżycia są bardzo ciężkie.
    Lekarka prowadząca mnie na patologii ciąży po główce nie głaskała, raczej była
    dość surowa w kontakcie, ale zajęła się mną profesjonalnie, załatwiła
    konsultację kardiologiczną, a potem jeszcze wypisała zwolnienie, żeby mi czas
    przeleżany na patologii nie "zjadł" macierzyńskiego. Nie było okazji jej
    podziękować, a szkoda sad. Przemiły był lekarz, który mi robił cięcie, dr
    Murawski. Przyszedł się potem zapytać, co z małą, a inne mamy mówiły, ze do nich
    też przychodził. Dusza człowiek. Przemiłe były położne i pielęgniarki, właściwie
    oberwało mi się tylko od jednej za "nadużywanie leków przeciwbólowych po cięciu".
    Ewidentnie natomiast brakuje w takich wypadkach rozmowy z psychologiem oraz
    środków uspokajających. Myślę, że oszczędziłoby mi to wiele bólu i właśnie tego
    nadużywania środków przeciwbólowych. Szczerze mówiąc aż mi trochę wstyd, ale jak
    małą reanimowali, a potem wywozili do Korczaka, wyłam na cały regulator, chyba
    głośniej, niż rodzące. Pierwszą noc przetrwałam właściwie dzięki mamie
    chłopczyka urodzonego tego samego dnia, która ze mną przegadała całą noc, i
    ułatwiła dojście do siebie.

    W Korczaku oddział reanimacji super. Cudowne pielęgniarki, lekarze kontaktowi,
    sprzęt nowy, nie oszczędza się na lekach, trochę brak stołeczków przy
    inkubatorach (spróbujcie długo stać po cięciu!), no i brak tradycji kangurowania.
    Na patologii noworodka już bardziej widać, że to jednak stary budynek i polski
    szpital. Nie ma miejsca, wiele mam musi warować przy dziecku na stołeczkach,
    zimno, jedna toaleta, jedna łazienka, brak kuchenki do odgrzania jedzenia
    (chociaż pielęgniarki po cichu pozwalały podgrzać na kuchence do grzania
    butelek). Personel zupełnie ok, chociaż po główce nie głaska. Ordynator do tej
    pory mi prowadzi małą, bo ją zna, a ja mam do niego zaufanie. Większość
    pielęgniarek bardzo miła, bardzo pomocna (aż żałuję, ze się nie stosowałam do
    rad o przystawianiu do piersi, wtedy była jeszcze szansa). Ścięłam się właściwie
    tylko z dwoma: jedna w tych samych rękawiczkach opatrzyła dziecku zropiały
    pępek, a potem z łapami do inkubatora, druga zaś nie dokręciła kroplówki, która
    zasysała powietrze, i jeszcze mnie zwymyślała, jak zatrzymałam pompę infuzyjną,
    żeby 5cm pęcherzyk nie poszedł do krwiobiegu. Potem już sobie sama dokręcałam i
    spuszczałam te pęcherzyki, bo jej się "zdarzało" notorycznie. No ale to były
    raczej drobiazgi. Jeśli chodzi o ludzi, miałam szczęście... No i pewnie pomógł
    fakt, że moja matka jest lekarzem i wszystkich zna.

    --
    Miś smile
  • tunelinda 15.04.08, 21:08
    Jolu i Bijou82 jesteście strasznie dzielne a wasze Maleństwa to mali herosi, to
    co przeszłyście to zgroza i zastanawiam się dlaczego w tym kraju lekarze nie
    ponosza odpowiedzialności za swoje zaniechania, ignorancję, brak poszanowania
    praw pacjenta, zupełną znieczulicę i dlaczego mogą się mylić bezkarnie narażając
    zdrowie i życie nasze i naszych dzieci. Ja rodziłam na Dyrekcyjnej (X.2007) i
    miałam duzo szczęścia, bo trafiłam tam, na dobrych i życzliwych lekarzy
    położników (dr Kłósek, dr Fusch) i super położne. Na Dyrekcyjną przewieziono
    mnie z Kamińskiego. Patologia ciąży i Izba Przyjęć na Kamińskiego to koszmar,
    trafiłam tam w 26 tc z rozwarciem 2 cm, lekarze mówili, że jest b. źle i nie ma
    szans, aby Alek przeżył, ale nie podawali żadnych konkretów, a ja ryczalam, bo
    nikt mi nie chciał pomóc,a dr Zapolska tylko warczała i stwierdziła, że mam
    wytrzymać do 30 tc, a to co mi się sączy to nie wody, a jak sie urodzi wcześniak
    to dopiero się zacznie. Na całe szczęście zca ordynatora podjął decyzje, że
    przewożą mnie na Dyrekcyjną, bo takie są przepisy, a ich pediatrzy nie podejmą
    sie ratowania takiego wczesnego wcześniaka. Na Dyrekcyjnej trafilam od razu na
    małą porodówkę po badaniu i usg, zakazano chodzenia i siedzenia, bo rozwarcie
    było juz 4 cm, wiec dwa dni leżałam głową w dół na małej porodówce, aż podjeto
    decyzję o założeniu szwu. Dwa tygodnie leżałam na patologii ciąży. Z powodu
    podwyższonego CRP i stanu podgorączkowego cesarka - 29 hbd i 2 dni,. Decyzcja
    byla w 15 min na obchodzie porannym, więc szok i płacz. Pocieszono mnie, ze
    szanse synka na przeżycie są bardzo duże i, że jest wolny inkubator na OITN,
    uprzedzono, że będzie miał zapalenie płuc. Alek urodził sie 03.10.2007, dostal 6
    pkt, stan średni, jak poinformowala mnie pediatra na sali wybudzeń. Zobaczylam
    go dopiero na drugi dzień, bo nie bylam w stanie wstać i do niego pójść. Zresztą
    na oddział zawieziono mnie wózkiem, bo schodów bym nie pokonała. Stan synka na
    drugi dzień był ciężki, po rtg go zaintubowano, bo miał zmiany w płucach. Na
    OITN bylam w stanie wytrzymac 3 min, bo robilo mi się slabo. Przez 2 tygodnie po
    cesarce brałam 3 antybiotyki, mialam gorączke, rana mi sie paprała. Trzeciego
    dnia przyszla lekarka i powiedziala o Alku,że nie wiadomo czy przeżyje i wyszła.
    Wtedy cały świat mi się zawalił. Na całe szczęście w tym natrudniejszym okresie
    zajęła się Alkiem dr Szafrańska, która zawsze udzielała mi wyczerpujących
    informacji o jego stanie (niestety na początku były to głownie złe informacje),
    odpowiadała na pytania rzeczowo i konkretnie, nie zbywała. Jeszcze, jak Aluś był
    na respiratorze pozwoliła mi go kangurować, co nie podobało się szczególnie
    jednej pielęgniarce - słyszałam, co to za wyciaganie dziecka z inkubatora,
    czułam sie jakbym robiła mu krzywdę. Raz w czasie kangurowania starsznie spadala
    saturacja, ale nikt do mnie nie podszedł, a jak wreszcie sie zjawiła ww.
    pielegniarka to już był siny i trzeba bylo użyć ampu, usłyszalam, ze to moja
    wina. Inni lekarze erkowi to brak empatii, zdawkowe informacje a pod dyżurką
    pediatrów zagubieni rodzice, odsyłani co chwilę. Warunki sanitarne, jak i
    lokalowe OITN złe, mycie inkubatorów chemikaliamii przy otwartych inkubatorach z
    dzieciaczkami. Czasami wydawało mi sie, że większy dostęp do synka mają studenci
    i salowe niż ja. Nadgorliwa zmiana pielegniarek, która kąpała dzieci drugi raz
    wieczorem pod kranem, a te maluszki przecież tak łatwo się wyziębiają. Ale
    generalnie większość pielęgniarek była życzliwa i z sercem, służyła radą,
    martwiła się, jak pojechaliśmy na operację serduszka.Szczególnie ciepło
    wspominam siostrę Paulinę i Martę oraz rehabilitantkę Panią Magdę. Aluś pomimo
    wylewów III st rozwija się dobrze, ale inaczej wspomina się ten trudny czas, gdy
    maleństwo zdrowieje i powoli wychodzi na prostą. Czytając ze łzami w oczach
    wasze historie zrozumiałam, jakie mieliśmy szczęście i podziwiam was dziewczyny
    za to jak jesteście dzielne i jakie cudowne mamy mają wasze kochane córeczki.
    Ściskam was mocno.
    Ola

  • mirkad 14.04.08, 09:42
    boże, ciarki po prostu mnie przechodzą jak to czytam! widzę że
    miałam dużo szczęścia jeśli chodzi o lekarzy i pielęgniarki.
    rodziłam "awaryjnie"- po przeniesieniu z Tychów - w Ligocie w CSK;
    lekarka która mnie przyjęła+anestezjolog+pielęgniarki i połozne - w
    całej sytuacji taktowne, miłe i udzielajace pełnych wyjaśnień; po
    porodzie pediatra wszystko dokładnie wyjaśniła mężowi co jest z
    Milenką i pozwoliła ja zobaczyć, siedziała przy małej 3 godz. i
    odpowiednio dawkowała tlen, tak że nie było potrzeby intubacji; po 3
    godz. Milenke przewieziono do GCZDiM: pełna informacja od lekarza
    prowadzącego - każde dziecko miało swojego, zawsze wiedzieliśmy
    wszystko, choć jedno co mnie strasznie denerwowało to nastawianie
    nas na najgorsze, ani razu nie pozwolono nam się cieszyć; po
    przejściu na patologię zmienił nam sie lekarz prowadzący na panią
    doktor Jadamus - po prostu rewelacyjna w kontaktach, od początku
    namawiała nas na kangurowanie i mieszkanie w szpitalu z Milenką;
    mamy z nią kontakt do dziś- osobisty i mailowy; i wiem że nie
    tylko w stosunku do nas była tak serdeczna; jedyne zastrzeżenia
    budzą u mnie tylko niektóre pielęgniarki, szczególnie jedna którą do
    dziś wspominam jak najgorzej: zawsze wiedziała lepiej od lekarza ile
    możemy kangurować, jak przyszliśmy to nie wyjmie Milenki bo akurat
    Milenka trawi, bo odpoczywa itp. a w ogóle to po co mi
    kangurowanie?!! Byliśmy po prostu problemem dla niej - bez naszych
    wizyt mogła siedzieć i pić kawę, dzieciaczki w inkubatorze i spokój;
    ale i tak złego slowa nie powiem na Ligotę, tym bardziej na tle
    waszych historii
  • ann130 14.04.08, 10:02
    Jolu, koszmar to co przeszłaś. Aż mi się wyć z bólu chce, bo do
    końca życia pozostanie to w Twojej głowie. I niestety pewnie często
    wraca niczym bumerang. O Dyrekcyjnej słyszałam dużo złego i jak
    widać potwierdza się. Buziaczki dla Was.
  • kamapyp 14.04.08, 13:02
    Hej, ja też rodziłam na Chałubińskiego. I jak czytam wasze posty to tak jak bym
    ja to pisała. Oczywiście za każdym razem gdy przychodziłam do córki jak leżała
    na patologii noworodka w inkubatorze czułam się jak intruz, co chwilę mnie
    wypraszano bo badania, bo mycie,itd. A jak o cokolwiek pytałam w zwiąku z
    karmieniem dziecka, jego stanem zdrowia to pielęgniarki i lekarki robiły
    zdziwione oczy o co ja pytam, to przecież takie oczywiste sprawy...Wielu rzeczy
    o stanie zdrowia mojej Magdy dowiedziałam się dopiero jak poprosiłam o ksero
    dokumentacji szpitalnej mojego dziecka. A jeśli o opiekę pielęgniarek to totalny
    brak wyczucia, m.in. w trakcie naszego pobytu urodziło się dziecko z hiv, a
    jedna z pielęgniarek powiedziała do mnie o tym dziecku"i po co nam tu taki
    bachor z jakimś syfem". A ja sobie wtedy pomyślała że ciekawe w takim razie co o
    ta pielęgniarka mówi o moim dziecku...Brak słów.
    --
    Nasza kochana córeczka
  • ann130 14.04.08, 19:44
    Kamapyp- ja w pierwszym dniu pobytu synka na Chałubinskiego (po
    pobycie na Oiomie) usłyszałam od pielegniarek, ze wcześniaków nie
    powinno się w ogóle ratować. Byłam w szoku, nie wiedziałam co robić,
    ryczałam na korytarzu i nie wierzyłam, nadal nie wierzę, że z takim
    nastawieniem pielęgniarka może zajmować się dzieckiem-pacjentem. Ja
    o tym co dolega mojemu synkowi dowiadywałam się podczas odwiedzin
    studentów na oddziale - Chałubińskiego to kliniki wrocławskie.
    Lekarze przedstawiali stan kliniczny studentom i wówczas
    dowiadywałam się co dzieje się z moim dzieckiem. Pamietam też
    feralny piatek kiedy moje dziecko miało wysoką gorączkę co było
    pierwszym objawem NECu, lekarz dyżurujący powiedział, żeby
    pielęgniarki go nie wołały bo on nie jest lekarzem prowadzącym i nie
    zna dziecka, więc nie będzie decydował o leczeniu. Wyszłam z
    oddziału, a raczej uciekłam zapłakana i płakałam całą noc-byłam taka
    bezradna wobec całej sytuacji. Jak tylko mały był w łóżeczku
    wyjeżdzałam z nim poza oddział, oby jak najdalej od tych bezdusznych
    pielęgniarek.
  • kamapyp 14.04.08, 22:07
    ja też byłam szczęśliwa jak moją córkę przenieśli do łóżeczka, oczywiście przede
    wszystkim dlatego, że praktyczne cały czas mogłam ją mieć przy sobie ale też
    dlatego że moja malutka była z daleka od tych pielęgniarek.
    Na Chałubińskiego spotkałam się nieraz z przejawami totalnej ignorancji i braku
    zrozumienia, przed pobytem po urodzeniu Magdy byłam tam na patologii ciąży rok
    wcześniej. Ja miałam poronienie w toku a oni umieścili mnie na sali z dwiema
    babkami w zaawansowanej ciąży, sala mieściła się obok porodówki. Przez całą noc
    słyszałam odgłosy porodów i płacz noworodków, koszmar.. ale to nie na to forum...
    --
    Nasza kochana córeczka
  • monikamadzia 14.04.08, 14:26
    Cześć Dziewczyny jak tak wasze posty przeczytałam to jestem w szoku co
    przeszłyście, naprawdę aż brak mi słów ja to miałam bardzo dobrą opiekę zarówno
    na patologi jak leżałam i jak moja Madzia leżała na intensywnej a później na
    patologi noworodka,opiekę miałam super zarówno ze strony lekarzy jak i
    pielęgniarek. Moja Madzia miała dużo szczęścia że trafiła na tak moim zdaniem
    fantastyczny odział na Biziela w Bydgoszczy i dziękuje wszystkim pielęgniarkom i
    lekarzom a w szczególności dr Kazmierczak. Jedynie co mi sie nie podobało to to
    że matki wcześniaków leżą razem z mamami dzieci urodzonych o czasie, dostawałam
    w głowę odwiedziny tych rodzin i patrzenie gdzie ma dziecko nawet pani z gazety
    była robić zdjęcia i te pytania i spojrzenia wiec wypisałam sie na własne
    żądanie z wysokim ciśnieniem że jak przyjechałam do domu to miałam 190 120 ale
    szybciutko tabletki i leżałam cicho bo mój mąż do szpitala chciał mnie zawieźć z
    powrotem, podziwiam was i wasze maluszki pozdrawiam.
    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1146426,2,13.html
  • souli 15.04.08, 10:25
    Przykre to wszystko bardzo. Czytam i łzy same cisną się do oczu.
    Zadaje sobie pytanie...jak tak można?
    Czytam i myślę sobie, że ja i mój synek mieliśmy wiele, wiele
    szczęścia. Otrzymałam ogromne wsparcie od całego personelu bloku
    porodowego, szczególnie na sali operacyjnej. Czułam w nich wielkie
    wsparcie, patrzyłam na ich rewelacyjną walkę o życie mojego dziecka,
    na roztrzęsionego anastezjologa, który miał problemy z moim
    znieczuleniem-a liczyła się każda chwila, bo serce dziecka
    przestawało bić. Dostałam srodek uspokajający, bo położnik, który
    mnie operował zauważył, że jestem przerażona. Pamiętam radość całej
    sali operacyjnej, gdy okazało się że dziecko oddycha samo i słowa
    lekarza "niebywałe 10/10, dziewczyno, czy ty rozumiesz 32 tydzień i
    10/10 pkt apg." Pamiętam...wspaniałą panią ordynator patologii
    noworodka, profesor Kornacką, biegającą po korytarzu z wynikami
    badań dzieci. To był szpital na Karowej. Poprostu mieliśmy dużo
    szczczęścia. W tym szpitalu moja najukochańsza babcia urodziła w
    sierpniu 1939r, mojego tatę. Cały czas miałam wrażenie jakby Ona
    czuwała nade mną i moim synkiem...
  • matiti2 15.04.08, 23:28
    no to ja tez sie dopisze...
    rodziłam na kaminskiego ( 34/35 tc ciąza bliźniacza ). i tam tez
    lezałam na patologii dosc długo, w sumie jakies 3 m-c.
    patologie wspominam bardzo dobrze ( procz niektorych pielegniarek ).
    zreszta jak tam długo lezałam to wszyscy lekarze traktowali mnie jak
    swojego pacjeta czyli super. oprocz ordynatora i zastepcy, ktory
    uwazali, ze niepotrzebnie tu leze i zajmuje łózko. na dwa dni przed
    porodem, ordynaotr ostentacyjnie nie chciał podejsc do mnie na
    wizycie, a dzien przed zastepca smiał sie z moich opuchnietych nog!!
    porod rewelacja, opieka po porodzie tez ( chodzi o mnie )
    dzieci trafiły do inkubatora na OIOM i zaczął sie hororr przez
    pielegniarki....
    nie pozowolono mi dotykac dzieci ( o kangurowaniu nie wspomne )
    raz jak do nich mówiłam, pielegniarka opierniczyła mnie ze je budze
    ( a nie spały )
    smiały sie ze mnie jak mowiłam do moich córek, bo lezały w
    inkubatorze
    nie pozwolono mi byc przy kapaniu i obchodzie
    ma poczatku nie miałam mleka, a kiedy przyniosłam pierwsze 10mil, to
    wysmialy mnie ze tak mało i musza to dzieli na dwa
    były złe jak przynosiłam mleko w nocy
    dawaly mleko z buteli z bardzo duza dziura, przez co nie miałam
    szansy nauczyc je jesc z piersi
    kiedy okazało sie ze maja zapalenie płuc, pielegniarka powiedziała
    ze to JA powinnam to zauwazyc i co ze mnie za matka!!
    tata musiał miec pozowolenie od ordynator na widzenie dzieci,
    fotografowac zakazano
    potem jak przeszłysmy na patologie, było jzu lepiej, ale i tak
    musiałam walczyc o to by byc przy dzieciach....

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka