Dodaj do ulubionych

Oferta pracy postdoc.Mam skorzystac? Czyli help me

19.08.07, 19:44
zupelnie "zielonej" w sprawach wyjazdu do USA

Przeczytalam posty z ostatnich miesiecy i chcialabym prosic Was o odpowiedzi -
porade osob, jak mam postapic.

Otrzymalam oferte pracy na jednym z uniwersytetow w Texasie na okres minimum 1
roku. Na razie jedyne co wiem (poza zakresem moich prac) to - oferta
wynagrodzenia 30k $ rocznie i wiza J-1. Ludzie roznie pisza na forum,
szczegolnie interesujacy byl watek
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=436&w=66198872
Czy to co w nim pisze Marcin to prawda?

I jeszcze dodatkowe pytania od zupelnie lub prawie zupelnie "zielonej":

1. Czy moge domagac sie od pracodawcy tzw. "benefits" (rozumiem, ze sa to
ubezpieczenia zdrowotne), czy tez sa one wliczone w place? Czy 401k to jakis
rodzaj ubezpieczenia szkolnego?
2. Czy wiza J-1 zawiera w sobie jakiekolwiek ubezpieczenie przez pracodawce?
3. Koszt samego mieszkania w campusie to okolo 500$ . Czy i jak mozna
zmniejszyc te koszty? Jakie sa koszty zycia w Teksasie, a szczegolnie w Austin?
4. Czy to prawda, ze mozna wyrobic/zdac amerykanskie prawo jazdy za cene 50$
(byl taki watek)?
5. O co moge jeszcze przed wyjazdem starac sie u przyszlego pracodawcy, czego
sie domagac?
6. Co powinnam zrobic po przyjezdzie do USA, jakie niezbedne formalnosci
zalatwic i w jaki sposob moge tam najtaniej przezyc, czego unikac, jakie
pierwsze kroki stawiac?
7. Z niektorych postow wynika, ze moj standard zycia bedzie podobny do tego, a
nawet nizszy niz osob pracujacych "na czarno", bo wiekszosc moich dochodow
pochlona (jakies) podatki, oplaty na mieszkanie i wyzywienie, nie bede mogla
nawet 2-3 razy na rok przyjechac do Polski do rodziny, a do tego po powrocie
do Polski bede musiala zaplacic zalegle podatki. Czy tak jest w rzeczywistosci?

Bardzo prosze o konkretne i rzeczowe odpowiedzi oraz wszelkie wskazowki.
Poczatkowo bardzo ucieszylam sie z oferty, ale teraz po przeczytaniu wielu
wypowiedzi na forum sama juz nie wiem.
Edytor zaawansowany
  • 20.08.07, 08:21
    mala_sarenka napisała:

    > Ludzie roznie pisza na forum,
    > szczegolnie interesujacy byl watek
    > forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=436&w=66198872
    > Czy to co w nim pisze Marcin to prawda?

    Trochę tak, trochę nie. Gdyby było tak źle, to, na przykład, ja bym nie wrócił
    do USA - spróbowałem po dłuższym tu pobycie popracowac w Polsce w ubiegłym roku,
    i po niecałym roku wiałem z powrotem. Spróbuję po kolei odnieść się do postu, do
    którego podałaś link:

    1. Co się robi. Otóż nie robi się, z reguły, rzeczy mało rozwojowych, które ktoś
    robić musi. Postdoc jest (przynajmniej w naukach przyrodniczych) de facto szefem
    projektu, albo nawet całego labu (taki executive officer, powiedziałbym). A to
    dlatego, że nie ma tu instytucji adiunkta, studenci są zieleni, a profesor
    zawalony uczeniem, pisaniem wniosków o granty i robotą administracyjną.

    2. Pieniądze. Z wyjątkiem takich rajów jak Boston czy LA, jakieś 30k rocznie
    wystarcza na zupełnie przyzwoite życie. O pracy na uczelniach ktoś powiedział,
    że "wprawdzie nigdy nie będziesz bogata, ale bniedna też nie". Pensja postdoca
    jest tego powiedzonka najlepszą ilustracją. Owszem, żywność jest nieco droższa,
    niż w Polsce (ale pamiętam, jak z przerażeniem obserwowałem polską galopadę cen
    w ubiegłym roku, i to z punktu widzenia kogoś dostającego kilka średnich
    krajowych). Towary przemysłowe są jednak dużo tańsze - spróbuj, na przykład,
    znaleźć w Polsce mikrofalówkę za równowartość $29. Dotyczy to praktycznie
    wszystkiego, od nici dentystycznej po drukarkę laserową (właśnie sobie kupiłem
    Brothera HL-2040 za 79 dolarów, czyli o ok. połowę taniej, niż zapłaciłbym w
    Polsce). Przyzwoite jeansy w Tesco czy Carrefourze - 70 złotych. W Wal-Marcie 10
    dolców (dzisiejszy kurs: 2.84, przelicz sama).
    Aha: tylko osioł chodzi do "taniego sklepu w murzyńskiej dzielnicy. Ekonomika
    handlu jest taka, że koszty "taniego sklepu" są, w przeliczeniu na sprzedany
    towar, wyższe niż takiego Wal-martu czy Smithsa, które są sklepami
    wielkopowierzchniowymi, o standardzie porównywalnym z Tesco czy Geantem.
    Minus Ameryki: mniejszy wybór smacznych wędlin, w porównaniu z polskimi
    sklepami. Mniejszy wybór nie oznacza jednak, że sie z głodu umiera albo je byle co.

    3. Pozwolenie na pracę - nie przerabiałem. Polskie studia: doktorat jest
    uznawany bez problemów, WSZĘDZIE. Zresztą, na tym poziomie już bardziej liczą
    się konkretne umiejętności i dorobek, niż papierek. Na uniwersytetach spytają o
    publikacje, w przemyśle o staż przemysłowy, a dyplomu doktorskiego pies z kulawą
    nogą nie będzie chciał oglądać. Jeśli o magisterium chodzi, to sytuacja może
    wyglądać gorzej.

    4. Bzdura. Na assistant professor się nie awansuje, tylko się startuje w
    konkursach. Jak się taką pozycję dostanie, to z reguły od razu się warto starać
    o zielona kartę. Procedura dla naukowców jest zaś taka, że jednocześnie można
    wystąpić o tzw. adjustment of status i (praktycznie obligatoryjnie) dostać
    pozwolenie na pracę.

    5. Bzdura. O zieloną kartę można wystąpić, jak uniwersytet zasponsoruje, a można
    i bez tego sponsorowania. I wcale nie trzeba czekać 5 lat.

    6. A co kogo obchodzi chcenie polskiego Urzędu Skarbowego?! :)

    7. Kredyty w Polsce, okresy składkowe itp. Oj, musielibyśmy mocno wejść w
    ekonomię, demografię itp., a już się boję, czy mi postu nie potnie, bo za długi.
    Krótko: a po co komu taki biznes? Płacić w Polsce POŁOWĘ (tak, tyle zdzierali z
    tego, co firma na mnie przeznaczała), żeby za 30 lat dostać emeryturę, która
    wystarczy na chleb z masłem najwyżej? Większa nie będzie, bo proporcja
    pracujących do pobierających świadczenia jest coraz gorsza, i nic nie wskazuje
    na odwrócenie się tendencji. Kredyty: też, po co mi dawać zarabiać polskim
    bankom, któe są wyjątkowo chciwe, w porównaniu z amerykańskimi?

    8. Nie wypowiadam się.

    9. Prawda, trzeba się nauczyć. Po nauczeniu jednak okazuje się, że formalności
    są prostsze niż w Polsce, urzędy przyjaźniejsze i przeznaczone do organizowania
    społeczeństwa, a nie do dawania pretekstu do oskubania petenta (przykład: w
    Polsce wymiana prawa jazdy: 70 złotych. W USA ostatnio płaciłem $15).

    10. Jasne, wróciłem do Polski wiosna 2006. Zimą 2007 wiałem z powrotem, aż się
    kurzyło.

    11. Prawda.

    12. Zależy, gdzie. Generalnie jednak nawet murzyńska dzielnica w Chicago wygląda
    lepiej od centrum Krakowa. A u mnie (Zachód), czysto, porządnie, i to norma, a
    nie wyjątek w dzielnicach zamieszkałych przez plutokrację.

    13. Klimat. W Teksasie musisz być przygotowana na gorąco latem. Jak lubisz, to w
    porządku. Jak nie, to pozostaje krycie się w klimatyzowanych pomieszczeniach
    (norma) i wychodzenie wieczorem.

    14. Nikt mi nigdy nie robił security screening ani testów na narkotyki.

    15. Owszem, miasta są mniej zatłoczone, niż centrum Warszawy, Krakowa czy Łodzi.
    Ja tam lubię przestrzeń, więc mi to nie przeszkadza. Dzięki temu, że ludzie nie
    są upchani jak szczury, są dla siebie uprzejmiejsi.

    16. Autor się plącze w zeznaniach: wcześniej pisze o powrocie do Polski po dwóch
    latach, teraz o zmianie mieszkania. Jak się wraca do Polski, to przeprowadzka
    nie grozi. A jak się nie wraca, to się kupuje dom, korzystając z dostępności
    kredytu. Co do noszenia pistoletu zaś, to mieszkam w miejscu, gdzie prawie każdy
    ma. I jakoś strzelaniny nie słychać.




    > I jeszcze dodatkowe pytania od zupelnie lub prawie zupelnie "zielonej":
    >
    > 1. Czy moge domagac sie od pracodawcy tzw. "benefits" (rozumiem, ze sa to
    > ubezpieczenia zdrowotne), czy tez sa one wliczone w place?

    Zależy. Mnie Szef, jak byłem postdokiem, opłacał ubezpieczenie zdrowotne
    (zresztą to nie kosztuje jakoś bardzo dużo).


    > Czy 401k to jakis
    > rodzaj ubezpieczenia szkolnego?

    To oszczędnościowe konto emerytalne, współfinansowane przez pracodawcę.

    > 2. Czy wiza J-1 zawiera w sobie jakiekolwiek ubezpieczenie przez pracodawce?

    Nie, wiza nie ma nic wspólnego z ubezpieczeniami.

    > 3. Koszt samego mieszkania w campusie to okolo 500$ . Czy i jak mozna
    > zmniejszyc te koszty?

    Mieszkając poza campusem. Żeby oszczędzić sobie stresu, warto na początek
    zamieszkac na kampusie, a po oswojeniu się z otoczeniem i rozejrzeniu dookoła,
    wynająć coś ładnego i tańszego.

    > Jakie sa koszty zycia w Teksasie, a szczegolnie w Austin?

    Może się znajdzie ktoś, kto wie dokładniej. Mnie się nie wydaje, żeby były
    szczególnie wysokie: Austin nie jest wielkim miastem.

    > 4. Czy to prawda, ze mozna wyrobic/zdac amerykanskie prawo jazdy za cene 50$
    > (byl taki watek)?

    Za mniej. Mnie prawo jazdy kosztowało chyba $20 za egzamin+$15 za dokument.
    Polskie prawo jazdy jest uznawane o tyle, że nie trzeba robić kursu, wystarczy
    zdać łatwiutki pisemny test (żeby było weselej, dają książeczkę z przepisami, z
    której podczas pisania można korzystać) i zaliczyć jazdę. Ale uwaga - nie
    gwarantuję, czy Teksas uznaje polskie prawa jazdy tak samo, jak mój stan.

    > 5. O co moge jeszcze przed wyjazdem starac sie u przyszlego pracodawcy, czego
    > sie domagac?

    Ja się da, to wynegocjować przyjazd nie na wizie J-1, tylko od razu na H-1B.
    Niech pracodawca nie ściemnia, dla uniwersytetów H-1B jest łatwa i tania do
    załatwienia. Można pracodawcę uświadomić, że J-1 może później spowodować
    komplikacje (tzw. 2-year home residency requirement, które w praktyce
    ograniczają Twoją woloność).

    Jesli nie da się przekonać do zaczęcie od H-1B, to niech tą wizę chociaż
    załatwia później, zamiast ewentualnego przedłużania J. A samemu spokojnie
    pozałatwiać formalności związanie z uchyleniem wspomnianego residency
    requirement - ias.berkeley.edu/siss/multiple_use/J-1_%202Y_requirement.php

    > 6. Co powinnam zrobic po przyjezdzie do USA, jakie niezbedne formalnosci
    > zalatwic i w jaki sposob moge tam najtaniej przezyc, czego unikac
  • 20.08.07, 08:22

    > 6. Co powinnam zrobic po przyjezdzie do USA, jakie niezbedne formalnosci
    > zalatwic i w jaki sposob moge tam najtaniej przezyc, czego unikac, jakie
    > pierwsze kroki stawiac?

    Właściwie nie pamiętam jakichś większych problemów, przed którymi warto by
    ostrzegać.

    > 7. Z niektorych postow wynika, ze moj standard zycia bedzie podobny do tego, a
    > nawet nizszy niz osob pracujacych "na czarno",

    Na podstawie własnego doświadczenia, nie potwierdzam.

    > Poczatkowo bardzo ucieszylam sie z oferty, ale teraz po przeczytaniu wielu
    > wypowiedzi na forum sama juz nie wiem.

    Fakt, przed wyjazdem ma się mieszane uczucia.
    Pozdrowienia,
    B.
  • 20.08.07, 14:04
    Tytaniczna praca Behemot. Doczytam w domu.

    A przy okazji to stopien doktora jakis tam nauk warto miec. Nie
    trzeba potem paperka przy kazdej okazji pokazywac, ale fakt sie
    jednak liczy.
  • 20.08.07, 22:34
    Skutki siedzenia po nocach i czekania, aż się sesja giełdowa zacznie. :)
    A poważniej: wypowiadają się na forach tak i siak, generalnie punkty widzenia
    zależą od miejsc siedzenia, i zamiast rzeczowej dyskusji są racjonalizacje
    własnego wyboru. A ponieważ ja sprawdziłem, i to niedawno, obydwa wybory, mogę
    (mam nadzieję) Koleżance odpowiedzieć w miarę obiektywnie.

    Co do posiadania stopnia doktora - racja, że warto mieć i nie robić z tego przed
    pracodawcami tajemnicy.
  • 21.08.07, 11:33
    W miedzyczasie poszperalam troche w necie i hmmm ... zaczynam byc (jednak)
    sceptyczna do wyjazdu. Poprawcie mnie, jesli sie myle.

    1. Na czas wyjazdu (zakladam 2 lata) musze wziac na mojej uczelni urlop
    bezplatny, mam w tym czasie okres bezskladkowy.

    2. W USA proponuja mi 30k/rok, co daje 2500$/ miesiac. Z tego bede musiala
    oplacic mieszkanie ok. 500$/miesiac. Na pewno mozna troche taniej, ale z drugiej
    strony jesli mam tam PRACOWAC, to w miare niekrepujace samodzielne mieszkanie to
    podstawa, jesli mam charowac calymi dniami. Wyzywienie - opinie sa rozne,
    powiedzmy ze 25-30$/dzien wystarczy by "normalnie" zjesc obiad a do tego cos
    dokupic. Daje to maks. 900$/miesiac. Jakies dodatkowe koszty (trzeba cos dokupic
    itd.) powiedzmy 200$. To razem daje 1600$.

    3. Przy proponowanej mi stawce zarabiam okolo 13-14$/godzine czyli tyle ile
    "przecietny" amerykanski technik, a z informacji ktore otrzymalam czeka mnie tam
    praca od rana do wieczora (mam poprowadzic prace badawcze i postawic na nogi
    pewne sprawy).

    4. Z Polski nie moge "uciec" wiec jesli dobrze zrozumialam system podatkowy to
    bede musiala zaplacic w polskim urzedzie skarbowym podatek od wynagrodzenia w
    Stanach. Z 30k $ przekrocze w Polsce 3 prog podatkowy, czyli bede musiala po
    powrocie zaplacic minimu podatek w wysokosci 20 000 zl. Nie uda mi sie raczej
    ukryc faktu, ze tam pracowalam (dokumenty itd.), czyli dodatkowo musze odlozyc
    miesiecznie ok. 550$, by zaplacic podatki po powrocie.

    5. Wynika wiec, ze z 2500$ musze wydac miesiecznie okolo 2100$. Czyli
    zaoszczedze 400$ = 1200 zl.

    6. Zeby przynajmniej 2 razy w roku odwiedzic rodzine/narzeczonego lub odwrotnie
    musze miec ok. 6000 zl. czyli 2000$, a to znaczy ze jesli nie zachoruje, nie
    padnie mi laptop, nie bede kupowala ciuchow, kosmetykow itp. itd. to rocznie
    zaoszczedze okolo 2800$ czyli 8400 zl./rok czyli 700 zl./miesiac!!!

    Tyle, ze taka kwote moge spokojnie zaoszczedzic miesiecznie w Polsce!!!

    Oczywiscie argumentacja jest zdobycie doswiadczenia i podszlifowanie jezyka, byc
    moze publikacje itd. itp., ale jestem po przeczytaniu tych informacji w lekkim
    szoku. Bo wynika z tego, ze:

    1. najlepiej wyjechac na czarno - unika sie placenia podatku i ubezpeczen, choc
    to bezprawne

    2. wyjezdzac maja ludzie nie majacy nic do stracenia liczacy na to, ze po ilus
    latach zmiany wiz zostana wreszcie obywatelami z prawem stalego pobytu, a w
    miedzyczasie sa prawie niewolnikami bo kazde potencjalne wejscie w konflikt z
    prawem, pracodawca, amerykanskim urzedem skarbowym grozi wydaleniem

    3. wyjezdzac moga ludzie, ktorzy po latach wyrzeczen w Polsce by osiagnac jaka
    taka pozycje na polskiej uczelni maja od poczatku znowu przez kilka lat
    "glodowac" liczac na laske tym razem uczelni amerykanskiej.

    Czekam na Wasze opinie
  • 21.08.07, 13:03
    1. Wyliczenia. $900 na jedzenie? Pewnie, można, stołując się codziennie w dobrej
    restauracji. Policz, ile by to w Polsce wyniosło, i jak by się porównywało z
    pensją adiunkta. Mnie, podczas 'postdokowego' okresu, spokojnie zostawało
    $1,000/miesiąc, przy tym startowałem z niższego wynagrodzenia. Mieszkałem na
    kampusie (kuchnio-jadalnia i dwie sypialnie), nie oszczędzałem na jedzeniu.
    2. Alternatywy. Jako pozytywy podajesz publikacje. Stąd wynika, że obecnie, w
    Polsce, jest z nimi nie za bardzo. Pozostaje spytać o poziom Twoich ambicji
    zawodowych. Jeśli chcesz coś zrobić, to pora wiać. Jeśli wystarczy Ci skromna
    pensja adiunkta i uczenie studentów, to lepiej zostać w Polsce. A na decyzję
    czas jest teraz, bo 'okno' na postdoca nie trwa długo. Jeśli wyjedziesz, to
    (przynajmniej teoretycznie) masz wybór powrotu i następnego wyjazdu, w
    zależności, jak zdecydujesz. Jesli nie wyjedziesz, to za parę lat będzie dużo
    trudniej: inaczej się ocenia człowieka tuż po doktoracie, a inaczej kogoś, kto
    ileś lat już pracuje, a chciałby nagle jechać na postdoka.

    Podsumowując: ja uważam, że warto jechać, choćby po to, żeby nie zamykać sobie
    możliwości wyboru na przyszłość. Oczywiście, pamiętam też, jak mnie Szef musiał
    do tych USA wykopać, bo sam na wyjazd nie miałem ochoty! :)
  • 21.08.07, 20:32
    1. Z informacji na forum wynika, ze wyzywienie bez zadnych szalenstw kosztuje:
    a/ 60$/tydzien,
    b/ od 30-50$ na dzien,
    c/ 25-35$ na dzien /wg przewodnika Pascala/

    Wiec KTORA wersja wersja jest PRAWDZIWA dla zycia w "normalnym" kampusie ?
    "Porzadny" obiad w moim miescie mozna zjesc za 13-20 zl. w malych
    restauracyjkach czystych, ktore ostatnio jak grzyby po deszczu. W stolowce
    uczelnianej 10 zl.

    2. Jesli gdziekolwiek publikujesz to dobrze wiesz jak wyglada problem
    publikacji. I tych krajowych i tych zagranicznych. Ze i tu i tam trzeba miec
    znajomosci, najczesciej (tam) piszesz jako 2 lub 3 pod "profesorami" lub szefami
    laboratoriow, a niektore na "swiatomwym" poziomie publikacje to zwykly chlam,
    czasem notki 1,2 3-stronicowe z ktorych nie wycisniesz zbyt wiele. A jesli
    jeszcze zaczniesz je SPRAWDZAC krok po kroku to nagle wylapujesz BLEDY.

    3. Zrobic mozna wiele i tu i tam. Jesli sie chce i ma sie wiedze i pracowitosc.
    I dlatego, ze mozna zrobic wiele i TU nie chce w "ciemno " jechac TAM bys
    skonczyc jako wieczny niewolnik odwalajacy panszczyzne za "profesorow".

    4. Naukowcow ocenia sie nie na podstawie lat, jakie uplynely od uzyskania
    stopnia doktora ale dorobku, pracy naukowej i pomyslow na nowe badania.

    5. Szefowie "wykopuja" za granice doktorantow i doktorow czesciowo dlatego, ze
    samym im nie wypada wystepowac w roli "petentow" w innych placowkach
    badawczych. Sama bylam kilkakrotnie na takich "zwiadach". Zyskalem wiele, ale
    naprawde to moj szef zebral smietanke.

    Chcialabym po prostu uslyszec opinie ludzi/naukowcow ktorzy MAJA wybor, tzn. sa
    porzadnymi naukowcami w kraju i maja/mieli potencjalna mozliwosc wyjazdu (i nie
    z punktu "zebraka" proszacego o przyjecie na uczelnie w USA) na temat
    zaproponowanych mi warunkow.

    6. Skoro mowisz, ze kiedys miales niska pensje to jaki i po ilu latach jest TWOJ
    status, stan posiadania i perspektywy tam w USA i co straciles a co zyskales.

    Licze na szczera odpowiedz, ne taka jak polskich muzykow "mielismy koncerty w
    USA, tyle ze tak naprawde na stacji metra" ;) :P.
  • 21.08.07, 20:54
    > 1. Z informacji na forum wynika, ze wyzywienie bez zadnych szalenstw kosztuje:
    > a/ 60$/tydzien,
    > b/ od 30-50$ na dzien,
    > c/ 25-35$ na dzien /wg przewodnika Pascala/
    >
    > Wiec KTORA wersja wersja jest PRAWDZIWA dla zycia w "normalnym" kampusie ?

    Potraktuj te wersje nieco krytycznie, szczególnie tę ostatnią. Przewodnik opiera
    się na założeniu, że jesz w restauracjach, od sniadania, do kolacji. I to w
    droższych, bo jeśli pójdziesz, na przykład, do mojej ulubionej (jeśli już idę do
    restauracji) China King, to masz bufet za 8 dolarów.

    Co zaś do gotowania samemu, to z praktyki wiem, że jak zrobisz za stówę zakupy
    na tydzień to jesz smacznie i bez oszczędzania. $60 to byłoby zdrowo, ale z
    kompromisami (jakieś tańsze wędliny, parówki, poświęcanie większej uwagi
    produktom o obniżonej cenie - tu uwaga: w USA obniżki cen są znacznie
    popularniejsze i większe niż w Polsce).

    2. Publikacje i praca - napiszę Ci za chwilę słówko na adres na gazeta.pl, bo
    nie mam upoważnienia kogoś, żeby cytować jego opinie publicznie.

    > 4. Naukowcow ocenia sie nie na podstawie lat, jakie uplynely od uzyskania
    > stopnia doktora ale dorobku, pracy naukowej i pomyslow na nowe badania.

    Nie w realnym świecie. W hipotetycznej sytuacji, gdy ktoś, kto jest 5-6 lat po
    doktoracie (z jedną, dwiema publikacjami w Polish Jopurnal of Chemistry czy
    czyms podobnym) nagle pisze do profesora w USA, że chciałby jechać do niego na
    postdoca (domyslam się, że w tym kontekście należy czytać Twoją uwagę), a
    pomysły ma takie a takie, to po prostu jest niewiarygodny.

    Jeśli jest tuz po doktoracie, to daje mu się benefit of doubt i przyjmuje do
    zespołu, licząc się z tym, że w najgorszym razie trzeba go będzie nieco doszkolić.

    5. Co do wykopywania - będzie więcej w emailu, bo to ten sam temat. Podobnie jak
    nieco o moim statusie, skoro o to pytasz.

  • 21.08.07, 21:20
    Nie daje się wysłać maila na Twoje konto na gazeta.pl.
  • 22.08.07, 10:50
    ann_poland(a)o2.pl
  • 21.08.07, 21:01
    Sarenka,

    Ty chesz jechac na postdocka w celach rozwojowo-naukowych czy
    rozwojowo-finansowych? Czasy, kiedy to po rocznym pobycie mozna bylo
    sobie kupic mieszkanie w Polsce niestety bezpowrotnie minely.

    Rozwinac sie naukowo jeszcze mozna, ale zalezy gdzie sie trafi i co
    sie bedzie robic. Nie nalezy jechac gdziekolwiek, ale w dobre
    miejsca i robic rzeczy na poziomie.

    W Polsce oczywiscie tez mozna sie rozwijac, ale porownujac poziom z
    mojej dziedziny (chemia organiczna i medyczna) to nasza nauka jest
    daleko w tyle i tyle.

  • 21.08.07, 22:03
    ex-rak napisał:

    > Sarenka,
    >
    > Ty chesz jechac na postdocka w celach rozwojowo-naukowych czy
    > rozwojowo-finansowych? Czasy, kiedy to po rocznym pobycie mozna bylo
    > sobie kupic mieszkanie w Polsce niestety bezpowrotnie minely.

    Dokładnie.
  • 22.08.07, 10:50
    Mam trafic na jedna z lepszych uczelni. Ale z badaniami, ktorymi sie zajmuje sa
    daleko w tyle i praktycznie zaczynaja od zera. Tzn. maja sprzet, ale zeby
    wypracowac metodyke badan musieliby poswiecic na to kilka lat. Ja moge im to
    zrobic w np. w 2 lata.

    Wiec jezeli mam im "sprzedac" jakas wiedze to chce miec cos z tego. Moze sie np.
    okazac, ze bede doskonalym wiecznym wyrobnikiem, bo bede pracowala w
    laboratoriach - to akurat wychodzi mi doskonale, wiec chcialabym miec
    przynajmniej mozliwosc po powrocie do Polski nie bycia stratna finansowo.

    Czynnik finansowy stal sie TERAZ dla mnie najwazniejszy:
    - bo jesli juz teraz wiem, ze bede tracila (w stosunku do mozliwosci zarobienia
    w Polsce),
    - mniej bede sama czerpala wiedzy, niz sama jej otrzymywala (stosunek okreslam
    mniej wiecej jak 1:5)

    to wlasnie gratyfikacja finansowa jest dla mnie najwazniejsza. Bo NIKT MI NIE
    ROBI ŁASKI, z tym wyjazdem.

    I mysle, ze stad wynika niezrozumienie mnie przez niektorych uczestnikow na tym
    forum.
  • 22.08.07, 03:21
    Dziwnie piszesz Sarenko, przynajmniej jak dla mnie. Jestem w zupełnie innej
    sytuacji na dobrze płatnej i ciepłej posadce a jednak myśl o spędzeniu roku w
    Austin, na jednym z lepszych i większych uniwersytetów (domyślam sie że chodzi o
    UT), wprawia mnie w marzenia. Austin jest wspaniałym miastem. Ciepło, ale nie
    jak w Dallas bo klimat złagodzony rzeką Colorado. Tex-Mex, muzyka itp. itd.
    Gwarantowane poszerzenie horyzontów jeżeli tylko się na to pozwoli. Charówka,
    nie badania? Pensja żebracka? Nie rozumiem.
  • 22.08.07, 11:24
    Mhm.
    Mysle, ze na tym tez polega problem niezrozumienia mnie na tym forum.

    Ja NIE CHCE JECHAC NA WAKACJE, ZEBY ZWIEDZIC KRAJ (tak jak np. traktowane przez
    wiekszosc studentow sa wyjazdy w ramach Socratesa - ni to pies ni to wydra).

    1. CHCA, zebym przyjechala u nich pracowac przez okres 2 lat. Musze na uczelni w
    Polsce wziac urlop bezplatny, wypadne z obiegu prac badawczych przez te 2 lata,
    bede musiala zaplacic zalegle podatki.
    WYJASNIAM ponownie JA nie jestem w sytuacji stracenca.

    2. To JA bede musiala ich (mowiac wprost) nauczyc, nie oni mnie, tak?

    3. O ile tutaj na uczelni mam (wywalczylam sobie) pewna niezaleznosc badawcza i
    naukowa to tam (na tych warunkach - stan wiedzy na dzien dzisiejszy) bede NIKIM
    na lasce/nielasce mojego szefa.

    4. Jesli pojade to TYLKO, by COS zrobic, tak? To oznacza charowke. Od rana do
    nocy. Bo jesli chce sie COS zrobic to to dokladnie oznacza charowke. (Ja nie
    potrafie inaczej). Tylko, ze coraz lepiej zdaje sobie sprawe z kosztow takiego
    zycia. Dlatego to dla mnie nie bedzie "spedzenia czasu". Bedzie to walka o kazdy
    kolejny eksperyment, aparature, material badawczy itd. Czyli tak samo, jak tutaj
    w Polsce. A pensja wynika z tego, ze JEST zebracka, jesli chce zyc TAM na
    (nizszym) poziomie niz teraz TUTAJ.

    Mam dostawac 2500$ miesiecznie, tak?
    Miesiecznie
    530$ mieszkanie w kampusie
    550$ odlozyc na splate podatkow w Polsce
    600$ jedzenie (jesli bede polowala na zywnosc z przeceny itd. - zalosne)
    200$ odlozyc na 2 przyloty w roku do Polski (rodzina, chlopak - lub ich przylot
    do USA, chyba ze z gory kladzie sie na wszystko kreche, ale w sumie, co to za
    zycie jesli nawet nie stac Cie na odwiedzenie w swieta kraju, nie mowiac o
    "wakacjach")
    200$ wydatki inne srodki czystosci, jakies ciuchy, itd.
    To daje razem okolo 2100$/ miesiac
    Zostaje 400$, ale z tego dojdzie na pewno cos jeszcze, benzyna, bilety, jakas
    wizyta u lekarza, dodatkowe ubezpieczenie, tez chcialoby sie np. wyjsc do kina,
    knajpy 2-3 razy w miesiacu, to daje kolejne ok. 100$.

    A to oznacza, ze przy sprzyjajacych wiatrach zaoszczedzisz 300$ miesiecznie.

    Oczywiscie, w pierwszej chwili, a dokladnie przez 1,5 dnia skakalam z radosci.
    Gosc pisze badania, projekty i za to 30k/rok. Super. Tyle, ze po tych wszystkich
    kalkulacjach "tam" 2500$/miesiac odpowiada poziomowi zycia za max. 2500 zl.
    netto. Nie uwzgledniajac kosztow innych "strat".
  • 22.08.07, 14:53
    Tak naprawdę to ja rozumiem choć piszę że nie.
    I chodziło mi głównie o to poszerzanie horyzontów.
  • 22.08.07, 15:29
    Jaka?

    Przedstawilam potencjalnemu szefowi w Stanach moj punkt widzenia wraz z
    kalkulacja zyskow/strat i zaproponowalam, by znalazl rozwiazanie (jesli mu
    zalezy). W koncu to ja mam w tej sytuacji wiecej do stracenia, niz on :P.
    I szczerze mowiac, jesli nie zaproponuje jakichs sensownych rozwiazan - nie bede
    zalowala.

    Liczylam na tym forum oraz na "USA i Kanada" na rzeczowe wypowiedzi, jaki jest
    poziom zycia, co osiagneli, w jakim okresie czasu, jak byli/sa traktowani, jak
    rozwija sie ich zycie naukowe, na jakim poziomie mozna tam zyc za takie
    pieniadze i sie troszke zawiodlam. Bo jesli przesiac te informacje to - nic
    konkretnego. Kazdy lawiruje albo oburza sie, ze kwestionuje wyroznienie mnie
    faktem mozliwosci podjecia pracy w USA.

    Naprawde rozumiem, ze taki wyjazd to "WSPANIALA mozliwosc poszerzenia
    horyzontow, zyskania wiedzy, nawiazania kontaktow itd. itp." Tyle, ze w mojej
    sytuacji koszt jest zbyt duzy.
  • 22.08.07, 16:55
    > Jaka?
    >
    > Przedstawilam potencjalnemu szefowi w Stanach moj punkt widzenia
    wraz z
    > kalkulacja zyskow/strat i zaproponowalam, by znalazl rozwiazanie
    (jesli mu
    > zalezy). W koncu to ja mam w tej sytuacji wiecej do stracenia, niz
    on :P.
    > I szczerze mowiac, jesli nie zaproponuje jakichs sensownych
    rozwiazan - nie bed
    > e
    > zalowala.

    OK. Życzę zrozumienia. Może on nie zdaje sobie sprawy z Twojej
    pozycji. No bo zaproponował postdoca (dla tych na dorobku) a nie
    sabbatical (dla tych z dorobkiem, specjalistów). Domyślam się że z
    kolei Ty skoro nie masz doświadczenia z USA, nie orientujesz się też
    jak nauka tutaj działa, czyli w tym konkretnym przypadku jak on
    podchodzi do spraw.

    > Liczylam na tym forum oraz na "USA i Kanada" na rzeczowe
    wypowiedzi, jaki jest
    > poziom zycia, co osiagneli, w jakim okresie czasu, jak byli/sa
    traktowani, jak
    > rozwija sie ich zycie naukowe, na jakim poziomie mozna tam zyc za
    takie
    > pieniadze i sie troszke zawiodlam. Bo jesli przesiac te informacje
    to - nic
    > konkretnego. Kazdy lawiruje albo oburza sie, ze kwestionuje
    wyroznienie mnie
    > faktem mozliwosci podjecia pracy w USA.

    Chyba chciałabyś tak z szablonu podejść do osiągnięć naukowych, oraz
    wyciągnąć średnią z przykładów napisanych na forum. Upraszczasz.

    >
    > Naprawde rozumiem, ze taki wyjazd to "WSPANIALA mozliwosc
    poszerzenia
    > horyzontow, zyskania wiedzy, nawiazania kontaktow itd. itp." Tyle,
    ze w mojej
    > sytuacji koszt jest zbyt duzy.

    O kosztach moglibyśmy więcej porozmawiać. Są koszty pojechania
    gdzieś oraz nie pojechania gdzieś. Indywidualna sprawa. Szanuję
    Twoje wybory.

  • 22.08.07, 22:33
    Ja nawet chcialem wstrzymanie zasugerowac.

    Jesli masz w Polsce rozgrzebana habilitacje, robisz naprawde ciekawe
    rzeczy to rzeczywiscie nie ma sensu jechac i robic cos do czego sie
    nie ma przekonania. Postdoc to wyjazd zaraz po doktoracie, przed
    rozpoczeciem wlasnej praktyki naukowej. Pozniej sie wyjezdza jako
    visiting professor.

    Mysle, ze finansowo bys nie stracila. Stypendium wystarcza na
    normalne naukowe zycie. Glowa w chmurach, cialo w labie, zupki z
    puszki, rowerkiem po kampusie. Ekskluzywne hotele i restauracje,
    szybkie samochody, kluby polo lub golfowe mniej wchodza w rachube.
    Ale w Polsce z pensji asystenta tez na wiele sobie pewnie nie mozesz
    pozwolic. To tak na przykladach moich kolegow, ktorzy zostali w
    kraju.

    Co do opinii z forum to te sprawy (poziom zycia, oczekiwania,
    aspiracje itd.) sa tak indywidualne. Co dla jednych moze byc bialym
    i prostym, tobie moze czarnym i skomplikowanym sie wydawac.
  • 23.08.07, 09:52
    Otrzymalam odpowiedz. Zaproponowano mi "podwyzszenie" stawki do 33k$/rok. Tyle,
    ze to niczego nie zmienia, bo z kolei napisano, ze uczelnia bedzie pobierac na
    pakiet ubezpieczen standardowy u nich 10k$/rok a to daje ... okolo 830$/miesiac
    !!!!!! Czyli reasumujac. Dochod 2750$/miesiac - 830 ubezpieczenia - 630 podatek
    (do zapalacenia w Polsce) - 530 kampus - (powiedzmy) 600 wyzywienie

    RAZEM 2570$ !!!!
    Mozliwosci oszczednosci: zakwaterowania powiedzmy o 200$ i ewentualnie
    indywidualny pakiet ubezpieczen.

    Swoja droga, jak to jest ze na tym forum tylko jedna osoba pisala, ze
    ubezpieczenia sa tak drogie (pisala wtedy o okolo 790$/miesiac, ale uzasadniala,
    ze ma prywatna firme). Pozostali pisali, ze ich ubezpieczenia kosztuja max. 200$
    i sa to jakies (juz) super-hiper.

    Oczywiscie facet napisal, ze stopniowo bede zarabiala wiecej, ale gwarancji
    zadnych nie mam. Tym bardziej, ze bedac na wizach tymczasowych jestem zupelnie
    zdana na jego laske.

    >> do ex-rak

    1. Finansowo bym stracila. Te sumy "tysiecy dolarow" robia wrazenie, ale koszty
    zycia sa (moim zdaniem proporcjonalnie wyzsze). W Polsce mieszkanie/czynsz
    powiedzmy 600 zl., minimalne wyzywienie (bez szalenstw ale i bez polowania na
    przeceny) 1000 zl., do tego jakies ubezpieczenia/polisy (skromnie) 150 zl. daje
    okolo 1800 zl. Wiec jesli masz podstawowa place np. 2200 netto (po oplaceniu
    podatkow i zusu), a dodatkowo starasz sie uczestniczyc w pracach badawczych itd.
    to nie zginiesz. Wiec w USA, zeby zyc na takim samym poziomie musialabym
    zarabiac 3500-4000$/miesiac.

    2. Mysle, ze prawda jest to co napisales:

    > Postdoc to wyjazd zaraz po doktoracie, przed
    > rozpoczeciem wlasnej praktyki naukowej. Pozniej sie wyjezdza jako
    > visiting professor.
    Na uczelniach w Stanach przyzwyczaili sie do przyjmowania naukowcow z Azji i
    Afryki, a dla nich odlozone nawet miesiecznie tylko 100$ i przeslanie do rodziny
    na prowincji to majatek.

    3. Wiem co to normalne naukowe zycie. Tyle, ze w koncu ilez mozna. Spotkalam
    wielokrotnie takich tulaczy. Sa oczywiscie swietnymi fachowcami, wiecznymi
    nomadami przenoszacymi sie z uczelni na uczelnie, jednostki badawczej bez domu,
    bliskich, dla ktorych praca badawcza stala sie jedyna trescia. Snuja sie po
    barach na konferencjach bo to ich drugi dom i jedyna "rodzina". Po ilus latach,
    kiedy stopniowo wypadaja z obiegu nie maja juz nic.

  • 11.10.07, 17:55
    Syrenko, ja Ciebie doskonale rozumiem, tylko, ze Uniwersytet pewnie
    ma min i max zarezerwowane dla pozycji postdoca. To w zrozumialy
    sposob limituje Twoje wynagrodzenie. moim zdaniem staraj sie o
    zmiane tytulu, na przyklad na Associate Research Scientist wtedy
    mozliwe bedzie wyzsze wynagrodzenie. Poza tym twoja stawka roczna
    jest ekstremalnie niska nawet jak na postdoca.
  • 23.08.07, 20:34
    Juz rozmawialismy o pieniadzach na postdokach i jakos wszyscy doszlismy do
    zdania, ze majatku sie dorobic nie da, ale na spokojne zycie wystarczy.
    Wyliczenia (jakiekolwiek) z gory sa obarczone duzym bledem, wiec raczej warto
    sie oprzec na doswiadczeniach ludzi.
    Trudno jest ocenic czy warto pojechac czy nie nie wiedzac w jakiej dziedzinie
    bedziesz pracowac. W mojej dziedzinie (biologia molekularna) praktycznie
    wszedzie (na Zachodzie) lepiej niz w Polsce, bo jest zdecydowanie wiecej
    pieniedzy na nauke. Ale jesli praca ma byc oparta na jednej maszynie, ktora jest
    dostepna tak samo w Polsce jak i w USA i nic wiecej nie potrzeba, zeby sie super
    opublikowac to moze rzeczywiscie nie warto wyjezdzac i wyrywac sie z korzeniami
    z cieplego gniazdka.
    Poza tym nie moge sie oprzec wrazeniu, ze autorka watku szuka w nas uzasadnienia
    dla decyzji, ktora podjela. Jest co conajmniej zabawne chocby dlatego, ze my
    wszyscy (bedac "polskimi naukowcami za granica") wlasnie zrobilismy to czego
    autorka nie chce zrobic. I zdecydowalismy sie z roznych pobudek
    (wyszczegolnionych w osobnym watku) na ta tulaczke :-) I oczywiscie moze nie
    jestesmy swietnymi fachowcami (albo jestesmy), ale nie wszyscy sie tulamy i nic
    nie osiagamy :-) To tak tylko dla przemyslenia.
    Ja przynajmniej jestem zadowolona, ze jestem tu gdzie jestem i robie to co
    robie. Wiem, ze w Polsce byloby mi gorzej. Na razie. Jeszcze sie chwile potulam
    z moja rodzina i zobaczymy co bedzie dalej. Moze w miedzyczasie uda mi sie cos
    jednak osiagnac :-))))) (szczery usmiech).
    A malej sarence zycze powodzenia.
    --
    Pzdr.
    sqtek
  • 23.08.07, 22:11
    Zastanawiam sie mala sarenko, jakie masz wyobrazenie o pracy i placy
    postdoka w Stanach. Moge cie jednak zapewnic, ze w labach mozna tez
    spotkac "tubylcow" i ludzi z Europy Zach. a nie wylacznie Chinczykow
    czy Rosjan i Polakow, i cala ta masa ludzi narzeka, jak malo
    zarabia, ze nie stac ich na zakup wlasnego domu itd, itp (mozna
    nawet powiedziec, ze narzekaja tak jak w Polsce :)). Decyduja sie
    jednak pracowac w Stanach, bo licza, ze sie czegos nowego naucza i
    ze spedzenie paru lat tutaj zaowocuje lepsza pozycja zawodowa po
    powrocie w rodzinne strony. Poza tym licza na nawiazanie nowe
    znajomosci i wspolprace w przyszlosci, co chyba tez jest wazne dla
    wlasnego rozwoju. Mam tez wrazenie, ze duzo latwiej wyjechac na
    jakas konferencje (chociaz to zalezy w duzym stopniu od szefa).
    Jesli wiec pominac powod finansowy, to jest chyba sporo powodow,
    zeby jednak pojechac :). Jednak jak czytam twoje posty, mala
    sarenko, to tak jak sqtek mam wrazenie, ze nie masz ochoty wybrac
    sie do Teksasu i prawdopodobnie szukasz argumentow, ktore tylko cie
    utwierdza, ze dobrze robisz zostajac w domu. Nie bardzo tez
    rozumiem, z jakiego powodu chcesz wyjechac z Polski na postdoka.
    Jesli zmusza cie do wyjazdu szef z Polski, to moze z nim porozmawiaj
    i wytlumacz z jakich powodow ten wyjazd ci sie nie oplaca (nie wiem
    czy zrozumie powody finansowe ale perspektywa braku rozwoju powinna
    go przekonac, bo pewnie spodziewa sie, ze na twoim wyjezdzie zyska
    tez cala wasza grupa (nowe techniki i metody pracy, itd)). Jesli
    szefowi bardzo zalezy na twoim wyjezdzie, to moze lepiej niech
    poczeka, az znajdziesz lepsze miejsce? Jesli zas sama chcesz
    wyjechac a propozycja z Teksasu ci nie lezy, to szukaj dalej. A temu
    szefowi ze Stanow po prostu podziekuj, wydaje mi sie, ze zrozumie i
    bedzie szukal dalej. Nie ma przymusu pracowania w pierwszym lepszym
    miejscu, w ktorym zaproponuja ci prace, nawet jesli to jest
    najlepszy uniwersytet na swiecie :). Wydaje mi sie, ze jest sporo
    powodow, zeby skorzystac z oferty, ale decyzje musisz niestety
    podjac sama, biorac pod uwage mozliwe konsekwencje decyzji na tak i
    na nie. Niezaleznie jak wybierzesz, to najwazniejsze, zebys byla
    przekonana, ze to twoj wlasny wybor i robisz to, co uwazasz jest w
    tym momencie dla ciebie najlepsze. Powodzenia :).

    (PS Nie za bardzo rozumiem o co chodzi z tym "zebraniem o przyjecie
    na uczelnie". Czy wyslanie cv i rozmowa z potencjalnym szefem to wg
    ciebie zebranie o prace? Jakos nie chce mi sie wierzyc, ze PI
    przyjmie kogos do swojej grupy, bo mu sie "zal zrobilo biednego
    doktora z Chin czy Europy Wschodniej". Chyba bardziej bedzie
    zainteresowany, co taki delikwent umie i jak dana grupa skorzysta na
    obecnosci takiej osoby. Co zreszta widac w twoim poscie - szef chce
    cie zatrudnic, bo zdaje sie, ze umiesz cos czego oni jeszcze dobrze
    nie opanowali, a nie dlatego, ze jestes z Polski.)
  • 22.09.07, 06:58
    Postdoc jak sama nazwa wskazuje to pozycja dla mlodych ludzi zaraz
    po doktoracie, ktorzy musza sie usamodzielnic i czyms wykazac zanim
    dostana stala pozycje. Postdocy stosunkowo duzo pracuja i malo
    zarabiaja niezaleznie od tego skad przyjechali, jakiego sa koloru i
    jaki maja akcent. Takie sa prawa buszu.
    Na postdocu z definicji trudno cos odlozyc. Jak ci sie ten postdoc
    nie "oplaca" z punktu widzenia rozwoju naukowego to nie masz sobie
    po co zawracac glowy.
    Jak masz juz ustalona pozycje w swojej dziedzinie to mozesz byc
    byc "visiting scientist" i dostawac wiecej. Jedyna metoda
    udowodnienia ze jestes dobra i nalezy ci sie wiecej forsy sa
    publikacje w dobrych czasopismach.
  • 17.10.07, 18:06
    Pewnie juz wyjechalas ale jak nie to chce ci napisac o pieniadzach.35K mojego
    meza dawalo mu w zeszlym roku 1900$ na reke ,po odjeciu ubezpieczenia
    zdrowotnego-dosc przyzwoitego(i na tym nie oszczedzaj raczej)dla nas
    dwojga(pokrywanego w 50% przez uczelnie).W praktyce jako postdoc przez 2
    pierwsze lata podatkowe(jesli zadeklarujesz ze po nich wyjedziesz ze stanow)nie
    placisz podatkow w stanach, przynajmniej federalnych ale nie pamietam juz.NIby
    powinnas je placic w Polsce ale nikt ze znanych mi osob nie placi.Wiec przez te
    2 lata masz ze 300$ na reke wiecej.Jak przedluzysz pobyt to tez maja to w
    dupie.Po prostu nie chwal sie w polskim US ,ze pracowalas gdzie indziej.Bo jest
    jeszcze cos takiego jak rezydentura podatkowa, ktora zglaszasz w miejscu pobytu
    ale sie nie oplaca na j1 dla naukowcow.
    Powodzenia.
  • 14.12.07, 20:32
    Ja też byłem na postdoku w USA. Nie wiedziałem że ubezpieczenie się płaci
    samemu, więc byłem święcie przekonany że mi uniwerek płaci. Znacznie później
    okazało się, że nie. Więc od razu kilka tys. $ do kieszeni. Potem zapoznałem
    księgową i pewnego dnia 'pomyliła' się na moją korzyść. Jak już miałem
    wyjeżdżać, zdebetowałem karty kredytowe i opuściłem mieszkanie nie płacąc
    czynszu. Widokówkę z kluczami wysłałem już z Paryża.
    Pozdrawiam
  • 19.01.08, 16:35
    Mam nadzieje, ze dzieki temu forum uda mi sie znalezc
    kontakt z osobami ktore poprzez wyjazd na postdoc
    moga/mogly nabawic sie problemow z polskimi urzedami
    skarbowymi. Ze swieczka w reku mozna szukac pracownika
    urzedu skarbowego ktory slyszal slowo postdoc i wie w
    ogole co to jest. Nie mniej jednak twierdza one ze
    skoro jestesmy zameldowani w Polsce, to nalezy od
    dochodow uzyskanych za granica zaplacic w Polsce
    podatek. Wedlug obecnie panujacych przepisow mozna
    odliczyc sobie jedynie 30 diet (w przypadku USA to 46$
    za dzien pobytu) lub rownowartosc 30% diety na kazdy
    dzien pobytu na postdocu. I nic wiecej - ani kosztow
    przelotu, ani kosztow zakwaterowania i dojazdu na
    uczelnie, ani podstawowych rachunkow. Doslownie nic. Po
    odjeciu diet caly dochod jest przeliczany na zlotowki,
    co robi z nas osoby bardzo dobrze zarabiajace w Polsce
    i moze tak by bylo gdybysmy postdoc odbywali w Polsce.
    My jednak odbywamy postdoc za granica i w takiej
    sytuacji diety ktore pozwala sie nam odliczyc sa
    smieszne w porowaniu z rzeczywistymi wydatkmi
    poniesionymi na podstawowe koszty utrzymania sie za
    granica. Dochodzi do sytuacji, ze postdoc zarabiajacy w
    Stanach 24000-26000$ rocznie nie ma z czego po powrocie
    do Polski zaplacic podatku, malo tego staje sie
    niewyplacalny i musi zaciagnac kredyt aby splacic
    podatek nalezny polskiemu urzedowi skarbowemu. Sumy
    jakich zadaja urzedy skarbowe za taki wyjazd naukowy sa
    sumami niewyobrazalnie wysokimi.
    Nie wiem czy pomysl nieprzyznania sie do takiego
    wyjazdu jest dobrym pomyslem. Stany Zjednoczone sa na
    przyklad krajem ktory intencyjnie, to znaczy sam z
    wlasnej i nieprzymuszonej woli, przysyla informacje o
    dochodach uzyskanych przez polskich obywateli na
    terenie USA. Informacje takie docieraja do Polski, ale
    z pewnym opoznieniem.
    Co zatem zrobic, jezeli bedziemy uczestniczyc lub
    uczestniczylismy w takim wyjezdzie? Czy istnieje
    mozliwosc jakiegos umorzenia podatku od takiego
    wyjazdu, skoro rzeczywiste koszty utrzymania tam sa
    przeogromne w porownaniu z dietami ktore mozna sobie
    odliczyc i w efekcie wyjazd taki sprowadza sie do
    niewyplacalnosci osoby wyjezdzajacej na postdoc? Na
    jakiej podstawie uwaza sie, ze jest to wyjazd typu
    praca za granica lub wynikajacy ze stosunku pracy? W
    przypadku USA postdocy otrzymuja wize wymiany naukowej
    J-1, a nie wize pracownicza typu H. O ile dobrze wiem w
    USA nie mozna podjac pracy na wizie J-1, trzeba miec
    wize pracownicza lub green card.
    Przez dlugi okres czasu nie mozna bylo znalezc w
    slownictwie polskim tlumaczenia slowa postdoc. W chwili
    obecnej wiele polskich organizacji przyznajacych
    stypendia podoktorskie na wyjazdy zagraniczne podaje
    ich odpowiednik w jezyku angielskim czyli postdoc.
    Tlumaczenie takie mozna rowniez znalezc na stronie
    wielu polskich uczelni. A zatem mozemy je chyba
    zastosowac w sytuacji w ktorej wyjazdu nie sponsorowala
    nam zadna polska fundacja naukowa, tylko profesor z
    zagranicznej uczelni i wyraznie jest zaznaczone zrodlo
    naszego finansowania ktorym byla na przyklad jedna z
    amerykanskich fundacji naukowych. Czy polskie urzedy
    skarbowe maja prawo uwazac ze postdoc za granica jest
    praca lub stosunkiem pracy, jezeli w Polsce identyczny
    wyjazd za granice ale finansowany przez jakas fundacje
    polska nazywany jest stypendium podoktorskim?
    Niestety, nie udalo mi sie znalezc informacji czy
    stypendia podoktorskie na wyjazdy zagraniczne
    otrzymywane od polskich fundacji ulegaja opodatkowaniu
    w Polsce czy tez nie. Jezeli tak, to na jakich
    zasadach? Wiem ze po zmianie przepisow bylo strasznie
    duzo szumu co do opodatkowania stypendiow (od nich
    wedlug nowych przepisow rowniez mozna odliczyc sobie
    tylko diety) bo takie rozliczenia doprowadzaja do
    niewyplacalnosci studentow i ich rodzin. W zwiazku z
    tym po zmianie przepisow wiele stypendiow zagranicznych
    zwolniono z podatku. Czy stypendium podoktorskie
    (postdoc) finansowane przez strone polska jest rowniez
    opodatkowane?
    Poszperalam troche w internecie i wiem, ze problem z
    podatkiem za postdoc ma wiele osob w Polsce. Szukaja
    porady co z tym fantem zrobic, jakiegos wyjscia z tej
    trudnej sytuacji. I az trudno mi uwierzyc ze nie ma
    zadnego wyjscia z tej sytuacji, bo to oznaczaloby
    niewyplacalnosc takich postdocow.
    Czy komus z Was udalo sie w jakis sposob rozwiazac ten
    problem?
  • 19.01.08, 23:40
    > Czy komus z Was udalo sie w jakis sposob rozwiazac ten
    > problem?

    Owszem. Udawałem, że nie istnieje, aż się cała sprawa przedawniła (5 lat).
    Polski fiskus nie został o niczym poinformowany i się nie czepiał. Aha - samo
    zameldowanie nie wystarcza do określenia tzw. rezydencji podatkowej. Trzeba w
    Polsce mieć tzw. centrum spraw życiowych.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.