Re: Wielkie swieto wciagania
Hmmm... to na pewno jakiś spisek:-) zwłaszcza, że to wlasnie ja trafiłam dziś na udanego irysa:-)
Musiałam Twoją uwagę zatem od irysów odwrócić...
No ale święto bylo bardzo udane. Nawciągalyśmy się uczciwie. Ile to poszlo fiolek? Kilkanaście na pewno:-)
Moim irysowym faworytem stal się Iris d'Argent Keiko Mecheri.
Iris Pourpre nie pojęlam w ogóle. Ty czulaś śliwkę, ja jakieś pomieszane kwiaty i owoce, ani to pies ani wydra, kwiatu pomarańczy który jest w składzie, żadna z nas nie czuła:-) a irys chował się bardzo skutecznie.
Za to Iris d’Argent bardzo mnie ująl. Nuta irysa nie ma tu prawie tej swojej specyficznej surowości ani ziemistości (choć ja akurat bardzo je lubię), nie jest też ani trochę "marchewkowa". na mnie od razu (może to wlasnie zasluga cedru, który na mojej skórze leży jak mruczący kot) jest niesamowicie miękki i jedwabisty. Efekt końcowy bardzo podobny do Hiris, tylko bez odsłony marchewki na początku. Jest czysty, miękki i bialy. Odrobinę chlodny...
Drugi irys, który mnie zaciekawil – Heeley’a, to suche uderzenie w stylu Apres L’ondee. Wyraźnie bardzo idzie mi tu ten tercecik: irys (w wydaniu gorzkawym) fiolek i heliotrop, choć ostatniego w skladzie nie ma, ale zachowuje się to na mojej skórze, jakby był tam w 100 proc., zwłaszcza że na zakończenie zapach idzie w stronę migdałów. Apres l'ondee nie mogę nosić, choć doceniam, robi się na mnie potwornie suche. Tu jest lepiej:-) i coraz bardziej mnie ten zapach zaciekawia.
Milutki (miękki i fiołkowy) byl Odori Iris. Tu z kolei heliotrop jest:-) jest też w skladzie sporo takich rzeczy, za którymi nie przepadam, choćby anyż (nie ma za to fiolka), ale na szczęście ich nie czuję, a fiolek tak. Wcale się nie martwię tą zamianą:-) To w sumie taki poprawny zapach, bez fanfar ale milo powąchać.
W ogóle, zobacz jakie różnice w odbiorze na skórze:-) Na mnie suchy byl wlasnie Heeley, a czysty i miękki Iris d'Argent...
Z Havana Vanille wrażenia mialyśmy podobne. Mnie osobiście noszenie wanilii idzie ciężko, ale wąchać lubię. Ta jest nieprzesłodzona, miękka i kremowa. Obie miałyśmy wrażenie, ze jest „tłusta” – jak masło ucierane powoli z cukrem i wanilią, na krem lub ciasto. Niestety, na mnie wiele więcej z tego zapachu nie wyszło. Jeśli rum i cytrusy, których teraz dopatrzylam się w skladzie, to tylko jakiś ulotny cień, może kropla lub nieco utartej skórki dodane do ciasta dla zapachu:-). Gdyby HV była czymś do jedzenia, to na pewno należałaby do grupy tzw. comfort food:-). Bawi mnie szalenie ten maślany efekt. Grube tysiące kalorii, dobrze, że tylko z fiolki...
Co do „elektryka”, to ciągle go rozgryzam, dziś chyba niewiele napiszę. Raz mi z nim gorzko, raz slodko, raz miękko, raz szorstko, a teraz jak powąchałam rękę po kolejnej aplikacji, to nagle coś kwaśnego wylazło. Ale to chyba ta zielona nuta tak szaleje. Teraz znów mi słodko, ale z domieszką goryczy...
Kończę bo miesza mi się w glowie:-) dziękuje Ci za przemily dzień!
--
Rozpostarta płachta nieba zawsze daje to, co trzeba,
przez tę płachtę, pod sam kręgosłup, prześwituje cała wiedza.
Kiedy zbieram z niej bez wahań, zwykle trafiam w to, co czuję...(J. Kleyff)