mieszkać razem, czy osobno...trudny orzech do... Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • chciałabym Was zapytać o to, czy żałujecie, że mieszkałyście/mieszkaliście z
    waszym facetem/ kobietą przed ślubem?? Czy komuś z was przez takie "mieszkanie
    na kocią łapę" rozpadł się związek?? Otóż, od ok. pół roku mieszkamy razem, a
    ja coraz bardziej żałuję tej decyzji...do związku wkradła się rutyna, nie jest
    już tak jak za czasów "chodzenia". Jakie macie doświadczenia w tym temacie??
    • > chciałabym Was zapytać o to, czy żałujecie, że
      mieszkałyście/mieszkaliście z
      > waszym facetem/ kobietą przed ślubem?? Czy komuś z was przez takie
      "mieszkanie
      > na kocią łapę" rozpadł się związek?

      Mieszkalam z facetem 1,5 roku, po zamieszkaniu razem bylo jeszcze
      lepiej niz przed.
      Ostatecznie sie rozpadlo, ale ani nie przez rutyne, ani nie przez
      wspolne mieszkanie.

      A za dwa miesiace wprowadzam sie do mojego mezczyzny i nie moge sie
      doczekac:)

      > chciałabym Was zapytać o to, czy żałujecie, że
      mieszkałyście/mieszkaliście z
      > waszym facetem/ kobietą przed ślubem?? Czy komuś z was przez takie
      "mieszkanie
      > na kocią łapę" rozpadł się związek??

      Lepiej zeby rozpadlo sie po pol roku wspolnego mieszkania, przed
      slubem, niz pol roku po slubie. Nie wyobrazam sobie wyjsc za faceta,
      z ktorym wczesniej nie mieszkalabym x czasu.
      --
      cala ja dwa lata pozniej

      cala ja
    • Ja uważam, że mieszkać.
      Z byłym mężem zamieszkałam chyba jakieś 3 miesiące przed ślubem...za
      krótko...koszmarnie nam szło ułożenie tego zamieszkiwania, aż nie wyszło, albo
      aż rozwód wyszedł.
      Z obecnym partnerem pomieszkiwaliśmy od samego początku, szybko zamieszkaliśmy
      razem (po jakiś 4 miesiącach). I tak jesteśmy już razem 4 lata zgodnie i miło,
      wiem że jakby był ślub to nic by się nie zmieniło.

      Jak chcesz mieć cały czas jak "za czasów chodzenia", to musisz co około 3 lata
      zmieniać partnerów i zapomnieć o ślubach i rodzinie. Życie to nie jebajka :P
    • Zwiazek nie rozpada sie przez mieszkanie na kocia lape, tylko z powodu
      niedopasowania partnerow. I lepiej to ewentualne niedopasowanie wykryc przed
      slubem, czyz nie?
      --
      Ramen!
      http://www.dreamviews.com/community/customavatars/avatar23156_1.gif
      • a takiego niedopasowania nie da się wykryć bez mieszkania razem ? chyba cechy
        typu 'rozrzuca skarpetki gdzie popadnie' albo, że partner nie jest człowiekiem
        kompromisowym i ciężko będzie w codziennym życiu itd., da się poznać po prostu
        będąc w związku bez mieszkania razem.

        a jeśli ktoś powie, że w związku można się dobrze kamuflować, a podczas
        mieszkania to wszystko wyjdzie na jaw, to nie do końca - podczas mieszkania
        przed ślubem też można się dobrze kamuflować, mając świadomość, że teraz jeszcze
        łatwo jest po prostu zastać walizki wystawione za drzwiami, co po ślubie nie
        byłoby aż takie proste.

        ale w normalnym, zdrowym związku ludzie się nie kamuflują i będąc ze
        sobą/nocując/wyjeżdżając wspólnie można poznać dobrze człowieka przecież..
        --
        lucy was a semi-horny bitch without ambitions and i guess that was the only
        thing we ever had in common
    • Zapewne tak,ale z drugiej strony czy to nie jest taka forma "sprawdzenia"-pasuje
      to ok, biorę, a jak nie to dziękuje, miło było (działa to w obie strony). Kiedyś
      ludzie najpierw sie pobierali, a później "dopasowywali", a teraz młodzi ludzie
      kłócą sie o drobiazgi i szybciej rezygnują ze wspólnego życia.Ponadto,
      mieszkanie razem wydluża czas podejmowania ważnych decyzji, np.o malżeństwie.
      • > Kiedyś
        > ludzie najpierw sie pobierali, a później "dopasowywali", a teraz
        młodzi ludzie
        > kłócą sie o drobiazgi i szybciej rezygnują ze wspólnego
        życia.Ponadto,
        > mieszkanie razem wydluża czas podejmowania ważnych decyzji, np.o
        malżeństwie

        Kiedys ludzie tez sie tak szybko nie rozwodzili, bo bylo to
        skomplikowane i spolecznie nieakceptowane/trudno akceptowane.

        Mamy XXI wiek, czas sie dostosowac...
        --
        cala ja dwa lata pozniej

        cala ja
        • zgadzam się, ze kiedys dla ludzi to bylo nie do pomyslenia zeby sie
          rozstac i ludzie tkwili w zwiazkach koszmarnych- znam wiele taki z
          poprzednich pokolen. wiadomo, ze czesc sie dopasuje, ale to dlatego
          ze jednak jakos im to zycie pasuje...a czesc sie po prostu
          przyzwyczai ze ich malzenstwo jest pomylka i trzeba zyc tak jak jest

          z moim juz mezem zamieszkalismy razem dosc szybko, a wczesniej,
          praktycznie po pol roku mieszkalismy nieoficjalnie- czyli np 3 dni w
          tyg u niego, 2 dni u mnie, dwa oddzielnie

          jak zamieszkalismy razem to nie bylo zaskoczenia, bo spedzalismy
          tyle czasu ze soba ze widzialam jego wady a on moje

          ale bardzo dobrze nam się mieszka razem i tworzymy dobrze dobrana
          pare- choc nie oznacza to ze nie krzycze o to zeby nie rozrzucal
          skarpetek w lazience;)
      • Wspólne życie nie składa się nie tylko z drobiazgów (jak słynna klapa do kibla
        czy skarpety na podłodze i gary w zlewie) lecz również ze spraw kluczowych
        funkcjonowania dla naszej psychiki. Życie z kimś kto nie pasuje, kto jest taki
        że nasza psychika długofalowo jest narażona na uszczerbek to katorga i żadna
        miłość tego nie zmieni...ona tylko umrze. I nie potrzeba tu żadnej przemocy,
        wystarczy mieć np inne granice osobistej intymności lub po prostu różnić się w
        jakieś sferze. Są sprawy, które wychodzą dopiero po zamieszkaniu razem.
      • magiczkam napisała:
        >Ponadto,
        > mieszkanie razem wydluża czas podejmowania ważnych decyzji, np.o
        malżeństwie.

        To nie wspolne zamieszkanie wydluza czas takich decyzji tylko
        niedojrzalosc do nich. I nie ma ona nic wspolnego z mieszkaniem razem
        czy nie.


        --
        "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
        jadłaby dżem..."

        erillsstyle.wordpress.com/
      • Jest to forma sprawdzenia partnera i właśnie dlatego powinno się
        pomieszkać trochę ze sobą przed ślubem. Przecież to właśnie o to
        chodzi, żeby się sprawdzić.
        --
        ---------
        Ta, co się nie boi
    • moje ostatnie doswiadczenia sa takie ze tak dlugo zwlekalam z
      wszelkimi deklaracjami wlacznie ze wspolnym mieszkaniem ze caly
      zwiazek sie sperwolil. oczywiscie jak sie sperwolil to natychmiast
      zdalam sobie sprawe czego chce ale teraz byly potrzebuje czasu zeby
      sobie wszystko poukladac (wlacznie z tym 'drobnym' faktem ze
      niedawno wrocil z wojny i nie bardzo wie czego chce). tak wiec
      mieszkam sobie sama i czekam az sie wszystko pouklada (takze w moje
      glowie :-) i nie wiadomo co z tego wyjdzie.

      nie wiem jaki jest moral tej historii poza tym ze dopoki sie sama
      nie przekonasz jak cos smakuje to nie wiesz...
    • Masz recje, dopóki się człowiek nie przekina, nie bedzie wiedział. Ja mieszkam
      ze swoim partnerem od ponad pól roku, nie jest źle,ale tak jak pisalam w
      pierwszym poście-przytłacza mnie troche ta rutyna i fakt, ze pomimo braku slubu,
      czuje sie jak zona ze stazem,a nie jak dziewczyna. Ale chyba taka kolej rzeczy,
      jak tu ktos napisał zycie to nie jebajka:P
      • Ale ta rutyna chyba wynika z Waszego stylu bycia?
        Jesli kazde wciaz potrafi zyc wlasnym zyciem, miec pasje
        (niekoniecznie te same) i je pielegnowac, a wspolne spedzenie
        wieczoru wciaz traktowac jako cos wyjatkowego, to o rutyne trudno.

        Ja z moim facetem spedzalam wspolnie gora 3-4 wieczory tygodniowo.
        W pozostale dni wychodzilismy osobno (np. ja spedzalam wieczory na
        jodze badz w barze ze znajomymi, on z paczka facetow na rowerach
        gorskich), albo wracalismy z pracy/zajec tak padnieci, ze szlismy
        jedynie na polgodzinny spacer, gralismy w Jenge i potem do lozka:)

        W weekendy jeden dzien wspolnie - a drugi kazde planowalo po
        swojemu:)




        --
        cala ja dwa lata pozniej

        cala ja
    • Bardzo dobre doświadczenia mamy.
      Mieszkaliśmy razem przed ślubem 5 lat. Nie zauważyłam by wkradła się rutyna.
      Powiem więcej, dotarliśmy się, poznaliśmy się lepiej będąc razem w zdrowiu i
      chorobie, w chwilach dobrych i tych kiedy "bez kija nie podchodź".
      Utwierdzilismy się w przekonaniu, że dobrze nam razem :).


      --
      http://img.flowergame.net/flower/2868.pnghttp://img.flowergame.net/flower/2869.pnghttp://img.flowergame.net/flower/2990.pnghttp://img.flowergame.net/flower/3097.pnghttp://img.flowergame.net/flower/3261.pngkliknij
      w roślinki:)

      "Lubię Twoje to i lubię też tamto, kiedy tamto wstaje ja się staję nimfomanką..".
    • Jakie macie doświadczenia w tym temacie??

      Pierwsza próba mieszkania razem skończyła się w naszym wypadku rozstaniem.
      Przyczyny zostały rozpoznane i wyeliminowane. ;P
      Jeśli już rozpoznałaś przyczynę (rutyna) to powiedz o tym facetowi i starajcie
      się to zmienić.



      --
      http://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/nc/ci/deyd/J2E8RrUg1aPu29AKmX.jpg
    • Otóż, od ok. pół roku mieszkamy razem, a
      > ja coraz bardziej żałuję tej decyzji...do związku wkradła się rutyna, nie jest
      > już tak jak za czasów "chodzenia"


      bez sensu,to co sądzisz,że jeśli wzięłabyś z nim ślub nie żyłabyś na kocią
      łapę,to rutyna by się nie wkradła?Nie no ,na prawdę genialna logika...
      Uważam,że dobrze z sobą mieszkać,bo właśnie można sprawdzić czy pottaficie razem
      funkcjonować,czy też dzieje się tak jak w Twoim przypadku i raczej nic z tego
      nie będzie.
      Tak mieszkałam ze swoim ex,nie żałuje -udowodniło mi to,że po prostu nie
      nadajemy się do wspólnego życia i skończyłam ten fajnie zapowiadający się związek :)
      --
      http://dragcave.net/image/tgFV.gif
    • mieszkam z chłopakiem już 4 rok - wspólne mieszkanie pozwala nam na
      lepsze poznanie się, znam wszystkie jego wady i zalety, a on moje.
      ślubu nie bierzemy, bo nie mamy kasy. oboje jesteśmy na etapie
      zmieniania pracy itp itd więc nasza sytuacja nie pozwala nam na wieksze
      wydatki.
      mimo to kochamy się i chcemy być ze sobą, nieważne czy ze ślubem czy
      bez :)
    • Razem. Chcesz zyc z facetem i nie wiesz czy razem zamieszkac? Ze niby slub cos zmieni w jego zachowaniu?

      --
      "Milczenie to tekst, który niezwykle łatwo jest błędnie zinterpretować."
    • Mieszkaliśmy przed ślubem 3 lata razem. Kasa już w pierwszym tygodniu zrobiła
      się wspólna, żadnych wyliczeń na moje, twoje. Była i choroba, i bezrobocie, i
      inne problemy - jeszcze przed ślubem. Zobaczyliśmy więc, że radzimy sobie we dwójkę.

      Jesteśmy razem już 11 lat i jak nie było nudy przed ślubem, tak nie ma jej teraz
      - my się po prostu - poza tym, że się kochamy - bardzo lubimy. Ślub niczego nie
      zmienił, po weselu wróciliśmy zwyczajnie do domu:)

      Mieszkac razem bezwzględnie:)))
      --
      A person can be smart but people are usually stupid.
      • Ja mieszkam z moim chłopakiem od 1,5 roku, ani razu nie żałowałam, że podjęliśmy
        tę decyzję. Wiadomo, że nie codziennie jemy kolację przy świecach, nie zawsze
        jest super, hiper romantycznie, ale nie nudzimy się, jest nam razem dobrze,
        kochamy się.
        Jeśli czujesz, że do związku wkradła się rutyna, dlaczego tego nie zmienisz? Nie
        zabierzesz faceta na piknik na dachu jakiegoś wieżowca? Na wycieczkę za miasto?
        Sa tysiące możliwości, o związek trzeba dbać codziennie.
    • >Czy komuś z was przez takie "mieszkanie
      na kocią łapę" rozpadł się związek?? Otóż, od ok. pół roku mieszkamy razem, a ja coraz bardziej żałuję tej decyzji...do związku wkradła się rutyna

      I myslisz, że gdybyście zamieszkali razem dopiero po slubie to rutyna by się nie wkradła?
    • ja mieszkałam z moim mężem przed ślubem, ale nie sądzę, aby to było,
      w moim przypadku powodem rozpadu, moje małżeństwo i tak by się
      rozpadło
    • ja z moim M jestem ponad 2 mce, z powodu mieszkania w innych miastach, po 3 weekendach spędzonych wspólne po prostu został u mnie :)

      w zeszłym tygodniu zmieniliśmy mieszkanie na większe i nasze :)

      z dnia na dzień jest coraz lepiej :)

      a jak zostawia "skarpetki" czy inne "gadżety" po prostu je zgarniam sama, żal mi czasu na upominanie go i tak zrobi zaraz to samo :)

      klucz do dobrego wspólnego życia razem jest prosty: olejmy pierdoły, które nas wkurzają, zróbmy sami to na co mielibyśmy strzępić jęzory :)

      zamiast tego pamiętajmy o miłych słowach, buziakach i rozmowach :)
    • zamieszkanie razem-to przedsmak małżeństwa.A małżeństwo to rutyna i
      nudaaa.Obiadki na czas,zakupy,pranie,sprzątanie a potem
      zaprowadzenie dzieci do przedszkola,pomaganie w nauce itp. w ten
      sposób upływają najlepsze lata życia.I to wszystko za cenę seksu 3
      razy w tygodniu i jednej wypłaty która idzie na spłatę kredytu;)
      hahahaha
    • Ja zamieszkałam ze swoim chłopakiem po 4,5 roku znajomości a po 0,5 bycia
      razem.Taką decyzję podjęliśmy ze względu na to, że u siebie w mieszkaniu chłopak
      bywał średnio raz w tygodniu i stwierdziliśmy, że nie ma sensu opłacać 2
      mieszkań. Pierwszy rok powiem szczerze koszmar, ciągłe kłótnie awantury o
      wszystko, ale z czasem było już coraz lepiej. Zdarzały się oczywiście jakieś
      kryzysy ale jeśli go kochasz bądź wytrwała. Teraz mieszkamy ze sobą już 3 lata i
      wiem że to była słuszna decyzja. Wspieramy się, dzielimy obowiązkami i mamy
      pieniądze na wakacje :) A co do kłótni i awantur to może jakaś wymiana zdań raz
      na 2 miesiące. Bądźcie wytrwali musicie się dotrzeć, wszystko będzie dobrze pod
      warunkiem, że się kochacie :)
    • Ja jestem przeciw. Przed ślubem zazwyczaj ludzie parę lat się znają i jednak
      trochę ze sobą przebywają, to jeśli chcą mogą się wystarczająco poznać. Jeśli
      kobiecie zależy na ślubie i na założeniu rodziny z tym a nie innym osobnikiem to
      może potem tego żałować, bo logicznie myślący facet ma już wszystko co trzeba i
      często plany ślubu nagle się oddalają. Poza tym gdy mieszka się oddzielnie i co
      jakiś czas spędza parę dni i utrzymuje się taki stan długo to potem nie ma
      problemu, że dla pary jedyną formą spędzania wolnego czasu jest leżenie przed
      tv. Ja mam takie doświadczenie, że ze sobą chodzimy 5 lat i jest super, teraz
      planujemy ślub i nie możemy się doczekać na nowy etap w naszym życiu :) znam
      parę która mieszka razem i chodzi ze sobą ponad 10 lat i dziewczyna skrycie
      marzy o ślubie a chłopak jakoś się do tego nie śpieszy. Pozdrawiam
      --
      "Widzę i chcę wiedzieć"
      • bo_gna napisała:

        > Ja jestem przeciw. Przed ślubem zazwyczaj ludzie parę lat się znają
        i jednak
        > trochę ze sobą przebywają, to jeśli chcą mogą się wystarczająco
        poznać.

        Nieprawda. Wystarczy ze jedna ze stron bedzie chciala cos ukryc (np.
        jakies uzaleznienie) to chodzenie ze soba przez 5 lat tego nie
        ujawni. Poza tym przez kilka godzin bycia ze soba mozna sobie wlaczyc
        opjce "nie mam wad, humorow, nawykow".. ale na codzien juz sie nie da
        tego ukryc. Moja mama ktora wlasnie nie mieszkala z mim ojcem przez
        slubem (rozwod po 5 latach) mowila mi, ze zaluje, ze nie miala okazji
        dowiedziec sie jak wyglada jej malzonek przed slubem i dopiero kiedy
        z nim zamieszkala oczy otworzyly jej sie nie zdumienia z kim ma do
        czynienia.


        > Jeśli
        > kobiecie zależy na ślubie i na założeniu rodziny z tym a nie innym
        osobnikiem t
        > o
        > może potem tego żałować, bo logicznie myślący facet ma już wszystko
        co trzeba i
        > często plany ślubu nagle się oddalają.

        Nieprawda. Jesli oboje partnerzy chca byc ze soba to fakt
        zamieszkania ze soba nie sprawia, ze nagle ona chce bardziej a on juz
        nie. Operujesz stereotypem ktory coraz rzadziej ma pokrycie w
        rzeczywistosci. Jesli facet chce miec kobiete za zone to zamieszkanie
        razem potraktuje jako docieranie sie do dalszego zycia a nie jako
        odwleczenie decyzji o slubie. Jesli nie chce sie hajtac to bez
        wzzgledu na to czy ze soba zamieszkaja czy nie; bedzie tego unikal.


        > Poza tym gdy mieszka się oddzielnie i co
        > jakiś czas spędza parę dni i utrzymuje się taki stan długo to potem
        nie ma
        > problemu, że dla pary jedyną formą spędzania wolnego czasu jest
        leżenie przed
        > tv.

        Ale bzdura.
        Jesli ludzie lubia gdzies wyjsc, ruszyc sie to beda to robic bez
        wzgledu na to czy mieszkaja ze soba czy nie. tak samo z ogladaniem
        TV. Zas mieszkanie razem daje bardzo dokladny poglad na to jak oboje
        lubia spedzac czas wolny po pracy. Nie kiedy sie nastawia, ze
        "dzisiaj wychodze bo dzisiaj sie widze z dzieczyna". Tylko jak sie
        czuje na silach po ciezkim dniu pracy, etc.


        >Ja mam takie doświadczenie, że ze sobą chodzimy 5 lat i jest super,
        teraz
        > planujemy ślub i nie możemy się doczekać na nowy etap w naszym
        życiu :)


        Mam nadzieje, ze nie bedziecie kolejna para ktora sie gorzko
        rozczaruje zyciem po slubie po przeciez "chodzilismy ze soba tyle
        czau i bylo super, co soe stalo?????"

        > znam
        > parę która mieszka razem i chodzi ze sobą ponad 10 lat i dziewczyna
        skrycie
        > marzy o ślubie a chłopak jakoś się do tego nie śpieszy.

        Ale to nie jest kwestia tego, ze oni mieskzja ze soba 10 lat ale
        tego, ze ona nie mowi co chce a on sie nie domysla. Problemem nie
        jest wspolny adres zamieszkania tylko ich niedojrzalosc.


        --
        "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
        jadłaby dżem..."

        erillsstyle.wordpress.com/
    • Mieszkać, oczywiście jeśli komuś nie przeszkadza światopogląd, czy wyznawana
      religia. Aczkolwiek, mój chłop, katolik autentycznie wierzący i praktykujący,
      uważa, że Bóg byłby dziwny, gdyby miał coś przeciwko ludziom kochającym się,
      planującym wspólne życie i jednocześnie mieszkającym razem PRZED ślubem. Ja się
      nie czuję kompetentną, by się wypowiedzieć w tej kwestii (religijnej) bo jestem
      ateistką z krwi i kości.

      Uważam jednak, że mieszkać przed ślubem, który jest jednak ważnym krokiem,
      warto. Pomieszkiwanie łikendowe,choćby i trwało lat naście, nie da pełnego
      obrazu przyszłego współmałżonka. Mój pierwszy poważny facet, z którym się
      spotykam 5 lat, spotykał się także z 4 innymi dziewczynami równocześnie...Gdybym
      z nim mieszkała, raczej nie umknąłby mi ten fakt. Choć prawda, że maskował się
      niesamowicie, NIGDY (sic!) nie został przyłapany na mataczeniu, plątaniu się w
      wypowiedziach, zawsze miał czas na spotkanie... Geniusz zdrady istny. Jego
      siostra się kapnęła pierwsza i się z dziewczynami spotkałyśmy...

      Czasem problemem mogą być naprawdę zwykłe duperele, że deska do krojenia leży na
      blacie, a nie jest schowana, etc. Wiem to po sobie, jakoś w łikendy nie
      przeszkadzał mi stos ubrać lubego na krześle, teraz kiedy mieszkamy już na stałe
      razem, dostaję czasem szału, że ta kupa znowu leży, a on nie sprząta. Ja też mam
      swoje przyzwyczajenie z samotnego życia i facetowi tez niektóre z nich
      przeszkadzają. Lepiej żebyśmy się "dotarli" teraz niż po imprezie. Przy okazji
      sprawdzamy też, czy nasze nawyki jednak nie są barierą nie do przejścia. W razie
      co, (choć nikt z nas tego nie zakłada) łatwiej jednak będzie nam rozejść się bez
      ślubu. A tak, bez tego wspólnego mieszkania, może się okazać, że ślub biorę z
      kompletnie nieznaną mi osobą! Teraz już nie jest tak, że jak się złapie
      męża/żonę, to całe życie ustawione. Że można być skończonym s....synem albo
      heterą i jakoś to będzie, bo jesteśmy PO ŚLUBIE. Misiu/misia się nie zmieni...



      --
      "You talkin' to me? You talkin' to me? You talkin' to me? Then who the hell else
      are you talkin' to? You talkin' to me? Well I'm the only one here. Who the fuck
      do you think you're talking to?"
      • wg mnie mieszkanie razem przed ślubem powinno być obowiązkowe dla
        wszystkich planujących wzięcie ślubu. taki wymóg jak nauki
        przedmałżeńskie :)
      • Skoro to był taki geniusz zdrady to nawet z nim mieszkając nie wiadomo czy byś
        się zorientowała po jego zachowaniu. Jeśli ludzie by się rozwodzili z powodu
        rozrzuconych skarpetek albo okruszków na blacie to wtedy rzeczywiście wspólne
        zamieszkanie przed powinno być obowiązkiem. Ja przy narzeczeństwie ewentualnie
        bym na to pozwoliła, jednak przy zwykłym chodzeniu to tylko brak możliwości
        uwolnienia się od partnera bo przecież wspólnie mieszkamy i jest taniej. Każdy
        się zmienia i wspólne zamieszkanie przed nie gwarantuje, że nagle po ślubie
        zacznie się nie układać. Ale ja ograniczona jestem swoimi przekonaniami, każdy
        niech robi jak chce :)
        --
        "Widzę i chcę wiedzieć"
    • Mieszkac jak najbardziej. Ja z moim pierwszym mezem nie mieszkalam
      (chcialam, ale moja katolicka rodzina sie nie zgadzala) i po slubie
      okazalo sie, ze jest psychopata i skonczylo sie rozwodem. Mysle, ze
      jakbym pomieszkala z nim przed slubem, to bym sie zorientowala co to
      za czlowiek.

      Z drugim mezem mieszkalam 1,5 roku przed slubem i nie bylo i do tej
      pory (4 lata po slubie) nie ma zadnej "rutyny" w sensie negatywnym.

      • skąd wiesz, że podczas mieszkania razem nie kamuflowałby się nadal tak, jak
        podczas okresu chodzenia/narzeczeństwa? przecież ten kamuflaż miał na celu
        'usidlić' Cię - czyli pobrać się z Tobą. więc mieszkanie razem raczej też byłoby
        okresem udawania kogoś innego, a psychopata z niego raczej wyszedłby i tak po
        ślubie :>
        --
        lucy was a semi-horny bitch without ambitions and i guess that was the only
        thing we ever had in common
        • rozleniwiona napisała:

          > skąd wiesz, że podczas mieszkania razem nie kamuflowałby się nadal
          tak, jak
          > podczas okresu chodzenia/narzeczeństwa? przecież ten kamuflaż miał
          na celu
          > 'usidlić' Cię - czyli pobrać się z Tobą. więc mieszkanie razem
          raczej też byłob
          > y
          > okresem udawania kogoś innego, a psychopata z niego raczej
          wyszedłby i tak po
          > ślubie :>

          Dla wielu facetow usidlenie znaczy - kobieta w domu. Nie chodzi o
          slub. A sam fakt, ze jest laska w domu do ktorej sie mozna przytulic,
          ktora popsprzata, wstawi pranie i z ktora mozna wyjsc na impreze z
          kolegami i chelpic sie ze upolowalo sie taka super dupe.

          Facet moze "deklarowac" checi posiadania rodziny ale po zamieszkaniu
          razem nagle sie okazuje, ze on zasadniczo jest przeciw maleztnstwom..
          Mialam okazje odbic sie od takiego przypadku wlasnie.. Tu wielkie
          gadki o zyciu razem.. o wspolnocie.. o tym jak to wazne isc razem
          przez zycie.. a wprowadzilam sie i wystarczylo kilka miesiecy by
          wyszlo ze mam do czynienia z czlowiekiem anty nastawionym do
          malzenstwa, dzieci to byc moze w dalekiej przyszlosci, a generanie
          jego staranie sie o zwiazek skonczylo sie jakis kwartal po moim
          sprowadzeniu sie.. walczylam przz pol roku i odpuscilam.. bo jego
          postawy sie zacietrzewialy w domu.. zas wsrod znajomych potrafil mnie
          przedstawiac "narzeczona"/"przyszlazona" mimo, ze sie nie oswiadczyl
          ;)
          Zalezy na kogo trafisz ;) Czasem sie trafi dobrze a czasem na
          palologie z ktorej trzeba sue predko ewakuowac.

          --
          "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
          jadłaby dżem..."

          erillsstyle.wordpress.com/
    • Dla mnie ideałem byłby dom-bliźniak z dwoma wejściami, rzecz jasna :)
      A tak na serio, to jestem chyba na tyle niezależna, że nie bardzo wyobrażam
      sobie dzielenie z kimś domu. Pomieszkiwanie, nocowanie - tak. Ale wolałabym
      zachować swój azyl, w którym mogłabym się zaszyć w razie potrzeby.

      --
      "Co to jest kokieteria? Można by chyba powiedzieć, że jest to takie zachowanie,
      które ma temu drugiemu dać do zrozumienia, że zbliżenie seksualne jest możliwe,
      przy czym ta możliwość nie może nigdy wyglądać jak pewność." M. Kundera
      • qw994 napisała:

        > Dla mnie ideałem byłby dom-bliźniak z dwoma wejściami, rzecz jasna :)
        > A tak na serio, to jestem chyba na tyle niezależna, że nie bardzo wyobrażam
        > sobie dzielenie z kimś domu. Pomieszkiwanie, nocowanie - tak. Ale wolałabym
        > zachować swój azyl, w którym mogłabym się zaszyć w razie potrzeby.
        >

        A pokój będący taki azylem nie wystarczy? ;)
        Ja mam taki swój "kąt", tylko mój :).


        --
        http://img.flowergame.net/flower/2868.pnghttp://img.flowergame.net/flower/2869.pnghttp://img.flowergame.net/flower/2990.pnghttp://img.flowergame.net/flower/3097.pnghttp://img.flowergame.net/flower/3261.pngkliknij
        w roślinki:)

        "Lubię Twoje to i lubię też tamto, kiedy tamto wstaje ja się staję nimfomanką..".
        • Nie wystarczy, bo jednak słyszysz drugą osobę, wiesz, że jest obok i że w każdej
          chwili będzie mogła do tego pokoju wejść :)

          --
          "Co to jest kokieteria? Można by chyba powiedzieć, że jest to takie zachowanie,
          które ma temu drugiemu dać do zrozumienia, że zbliżenie seksualne jest możliwe,
          przy czym ta możliwość nie może nigdy wyglądać jak pewność." M. Kundera
          • qw994 napisała:

            > Nie wystarczy, bo jednak słyszysz drugą osobę, wiesz, że jest obok i że w każde
            > j
            > chwili będzie mogła do tego pokoju wejść :)
            >

            O przepraszam! Zakaz jest zakazem, mówię "nie wchodzić" i wola moja jest
            respektowana ;).

            --
            "Lubię Twoje to i lubię też tamto, kiedy tamto wstaje ja się staję nimfomanką..".
    • magiczkam napisała:

      > ja coraz bardziej żałuję tej decyzji...do związku wkradła się rutyna, nie jest
      > już tak jak za czasów "chodzenia".

      ale gdybyście od razu wzięli ślub byłoby inaczej :) co za głupawe dziewuszysko

      --
      Nie zniosę tego dłużej
    • Otóż, od ok. pół roku mieszkamy razem, a
      > ja coraz bardziej żałuję tej decyzji...do związku wkradła się
      rutyna, nie jest
      > już tak jak za czasów "chodzenia". Jakie macie doświadczenia w tym
      temacie??

      no więc doświadczenia mamy takie, że małżeństwo znacząco różni się od
      "chodzenia", więc jeśli na "chodzeniu" ci zależy, to raczej nei
      wychodź za mąż (a co za tym idzie, bez sensu jest mieszkanie na
      próbę).
      • policjawkrainieczarow napisała:

        > no więc doświadczenia mamy takie, że małżeństwo znacząco różni się
        od
        > "chodzenia", więc jeśli na "chodzeniu" ci zależy, to raczej nei
        > wychodź za mąż (a co za tym idzie, bez sensu jest mieszkanie na
        > próbę).

        małżeństwo nie różni się od "chodzenia". za to wspólne mieszkanie
        znacząco różni się od mieszkania osobno. Małżeństwo nic nie zmienia,
        ale zamieszkanie razem zmienia wszystko. Związek staje się
        dojrzalszy. Jeśli wiąże się przyszłość z kimś to wspólne mieszkanie
        jest wręcz konieczne.
        • Ale w jakim celu? Związek Woody'ego Allena i Mii Farrow trwał latami pomimo
          oddzielnych mieszkań. Frida Kahlo i Diego Rivera też w pewnym momencie mieli
          sąsiadujące, ale oddzielne mieszkania. Wszystko zależy od tego, jakie obie
          strony mają oczekiwania. Nie rozumiem tezy, że mieszkanie razem oznacza, że
          związek jest dojrzalszy. Patrząc na niektóre pary mam wrażenie, że może być
          dokładnie odwrotnie. Nie muszę z kimś dzielić całego lub prawie swojego wolnego
          czasu, żeby tworzyć udany związek.

          --
          "Co to jest kokieteria? Można by chyba powiedzieć, że jest to takie zachowanie,
          które ma temu drugiemu dać do zrozumienia, że zbliżenie seksualne jest możliwe,
          przy czym ta możliwość nie może nigdy wyglądać jak pewność." M. Kundera
          • Johnny Depp i Vanessa Parasis - jak donoszą plotkarskie gazety:) też twierdzą,
            ze ich związek jest tak udany, bo rzadko się widują...
            Kolejnym małżeństwem mieszkającym osobno na naszym rodzimym podwórku byli
            Agnieszka i Marek Perepeczko.

            Dla mnie bzdurą jest, że tylko mieszkając razem można np. zauważyć czy ktoś jest
            uzależniony. Wystarczy wnikliwa obserwacja...
            --
            miastyl.blogspot.com
            • No to kupa luda, rzeczywiście. Wliczając parę z poprzedniego postu,
              to wypada aż jedna taka osoba na miliard :P i to tylko, jeśli wierzyć
              plotkarskim gazetom.

              > Dla mnie bzdurą jest, że tylko mieszkając razem można np. zauważyć
              czy ktoś jes
              > t
              > uzależniony. Wystarczy wnikliwa obserwacja...

              to zależy, jak często i w jakich okolicznościahc u siebie bywają.
              • policjawkrainieczarow napisała:

                > No to kupa luda, rzeczywiście. Wliczając parę z poprzedniego postu,
                > to wypada aż jedna taka osoba na miliard :P

                Ale jednak są takie przypadki:) Po prostu jak dla mnie nie ma reguły, że trzeba
                mieszkać razem, żeby związek był trwały, udany i dojrzały. W przypadku osób z
                potrzeba posiadania własnej przestrzeni życiowej może to być wręcz niewskazane:)
                i to tylko, jeśli wierzyć

                > plotkarskim gazetom.
                >

                Bo w każdej plotce podobno jest ziarenko prawdy!

                > to zależy, jak często i w jakich okolicznościahc u siebie bywają.

                Wiadomo, ale chyba nie piszemy tutaj o "chodzeniu" ze sobą na zasadzie
                spotykania się w piątkowe wieczory.

                A odpowiadając na pytanie założycielki wątku- skoro teraz już jest rutyna to
                byłaby i ze ślubem.


                --
                miastyl.blogspot.com
              • > No to kupa luda, rzeczywiście. Wliczając parę z poprzedniego postu,
                > to wypada aż jedna taka osoba na miliard :P i to tylko, jeśli wierzyć
                > plotkarskim gazetom.

                A nie sądzisz, że tutaj mogą wchodzić w grę kwestie ekonomiczne? Mało kogo jest
                stać na utrzymywanie dwóch mieszkań i spłacanie dwóch kredytów. Myślę, że gdyby
                ludzie mieli dużo pieniędzy, par mieszkających oddzielnie byłoby więcej.
                Poza tym - istnienie nawet jednej takiej pary na świecie jest dowodem na to, że
                taka formuła może się sprawdzać.


                --
                "Co to jest kokieteria? Można by chyba powiedzieć, że jest to takie zachowanie,
                które ma temu drugiemu dać do zrozumienia, że zbliżenie seksualne jest możliwe,
                przy czym ta możliwość nie może nigdy wyglądać jak pewność." M. Kundera
            • kum-nye napisała:

              > Johnny Depp i Vanessa Parasis - jak donoszą plotkarskie gazety:)
              też twierdzą,
              > ze ich związek jest tak udany, bo rzadko się widują...
              > Kolejnym małżeństwem mieszkającym osobno na naszym rodzimym
              podwórku byli
              > Agnieszka i Marek Perepeczko.

              Ale plisss.. podajecie przykzlady ludzi ktorych zawody wymagaja od
              nich czestego bywania poza domem de facto..
              Ile jest ludzi ktorzy siedza na planie 4 miesiace gdzies nad morzem
              na przyzklad mieszkajac w poznaniu?


              > Dla mnie bzdurą jest, że tylko mieszkając razem można np. zauważyć
              czy ktoś jes
              > t
              > uzależniony. Wystarczy wnikliwa obserwacja...

              LOL!
              WIesz ja tez tak sie ludzilam, ze wystarcz "wnikliwa obserwacja".
              Problem wielu uzaleznionych polega na tym, ze do perfekcji opanowali
              sztuke urkywania problemu.
              Teoretyzowac to sobie moge. Doswiadczenia moje i innych osob ktore
              sie tak przejechaly niestety ta teorie burza.


              --
              "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
              jadłaby dżem..."

              erillsstyle.wordpress.com/
            • Wnikliwa obserwacja może pomaga, ale to za mało.
              Wyobraź sobie, że rozważasz zostanie marynarzem życie na morzu, a decyzja ma być
              na całe życie. Nie zaobserwowałaś u siebie choroby morskiej...jak dotąd. Pływasz
              na statku prawie codziennie przez kilka godzin i kilka razy pływałaś cały
              weekend i z twoim zdrowiem jest ok. I masz opcje popłynąć na pół roku i zobaczyć
              czy to życie dla Ciebie czy nie, albo decydujesz się od razu ale z ryzykiem, że
              może się okazać, że twój błędnik ma wytrzymałość na bujanie przez miesiąc lub
              dwa, a resztę życia spędzasz zmagając się ze skutkami choroby morskiej.
              Po prostu nie wszystkie cechy partnera da się poznać bez mieszkania razem i nie
              zawsze da się poznać swoją odporność na cechy których jesteśmy świadomi.
              Niektórym może się wydawać, że wytrzymają np z pedantem, a na później okazuje
              się, że po pół roku bycia pouczanym w temacie porządków mają zszargane nerwy i
              stany lękowe...ktoś inny będzie z pedantem szczęśliwie żył latami. Albo np
              randkując jest ciężko wykryć osobowość wymagająca stałej uwagi, bo randki czy
              wspólne weekendy właśnie służą do skupiania się na partnerze i nie widzimy w tym
              nic niepokojącego...pierwsze miesiące zamieszkiwania też nam to nie przeszkadza,
              bo miodowy miesiąc i tacy zakochani jesteśmy...a później zaczynamy się czuć jak
              zaszczuci, bo żeby pobyć sami ze sobą musimy zamykać się w kiblu na klucz,
              słuchając z drugiej strony "bo ty mnie już nie kochasz".
              Jest wiele cech drobnych, do których można przywyknąć, ale są też takie, które
              naszą konkretnie ukształtowana już psychikę mogą zniszczyć, a w tedy i z miłości
              i ze związku zostają zgliszcza.
          • Nie muszę z kimś dzielić całego lub prawie swojego wolnego
            > czasu, żeby tworzyć udany związek.

            mieszkanie razem wcale nie oznacza dzielenia calego czasu razem.
            a w jakim celu? panna napisala o mieszkaniu PRZED SLUBEM czyli zaklada,
            ze jakis slub w przyszlosci bedzie, a nie cos na ksztalt bohemy.
            • Ale ja się nie odnosiłam w swoim poście bezpośrednio do mieszkania przed ślubem,
              tylko ogólnie do zjawiska par mieszkających oddzielnie.


              > mieszkanie razem wcale nie oznacza dzielenia calego czasu razem.

              Napisałam "całego lub prawie całego WOLNEGO czasu". Przecież wracasz z pracy do
              domu i druga połówka też wraca z pracy do domu. Chyba że przez 5 dni w tygodniu
              biegacie na jakieś oddzielne zajęcia, a weekend wyjeżdżacie gdzieś osobno. Albo
              jedno z was pracuje do nocy.


              --
              "Co to jest kokieteria? Można by chyba powiedzieć, że jest to takie zachowanie,
              które ma temu drugiemu dać do zrozumienia, że zbliżenie seksualne jest możliwe,
              przy czym ta możliwość nie może nigdy wyglądać jak pewność." M. Kundera
        • szalenstwo.mam.we.krwi napisała:

          > małżeństwo nie różni się od "chodzenia".

          no fakt, związek trzynastolatki z czternastolatkiem, którą on
          poprosił o "chodzenie" a ona się zgodziła i poszli do kina a
          następnie na lody, które on stawiał, a potem on ją odprowadził do
          domu przed dziewiątą i musnął ustyma jej policzek ale tak, żeby tata
          nie widział, a jej serce zabiło żywiej, niczym się od małżeństwa nie
          różni. LOL
    • chyba nie jesteś do tego zmuszana?
    • a ja myślę, że najlepiej jest zacząć ze sobą mieszkać na poważnie - na stałe - właśnie po ślubie.

      może dlatego, że dla mnie ślub jest momentem, kiedy obie strony deklarują, że nieodwołalnie biorą odpowiedzialność za związek. i że tego właśnie chcą, do końca życia. sytuacja jest czysta i jasna, a pewność, że oboje jesteśmy w równym stopniu zaangażowani, pomaga poradzić sobie z mniejszymi lub większymi upierdliwościami dnia codziennego.

      a może dlatego, że osobiście miałam szczęście i taki układ idealnie się sprawdził.

      mieszkanie latami "na próbę" przerażałoby mnie - ogromna inwestycja czasu, sił i środków, a efekt niepewny. w końcu rozwody zdarzają się i po dwudziestu latach małżeństwa. a co, jeśli się okaże, że partner przechytrzył nas i ukrywa jakąś wadę, mimo, że dzień i noc poddajemy go obserwacji?
      to już lepiej może zamówić pełny raport u dobrego detektywa - w sumie pewnie wyjdzie taniej...

      wszyscy zdają się popierać pomysł mieszkania razem przed ślubem - wszyscy, oprócz dziewczyn, które zakładają na tym samym forum wątki pod tytułem "zamieszkaliśmy razem, od lat piorę mu gacie, a on ciągle mówi, że nie dojrzał do decyzji o ślubie, co robić", albo, co gorsza "zamieszkaliśmy razem, wspólnie spłacaliśmy kredyt za mieszkanie, a on nagle mówi, że wszystko jest jego i tylko jego, i każe mi się wynosić, co robić."
      --
      ważny jest wydech i wdech
      • > wszyscy zdają się popierać pomysł mieszkania razem przed ślubem - wszyscy, opró
        > cz dziewczyn, które zakładają na tym samym forum wątki pod tytułem "zamieszkali
        > śmy razem, od lat piorę mu gacie, a on ciągle mówi, że nie dojrzał do decyzji o
        > ślubie, co robić", albo, co gorsza "zamieszkaliśmy razem, wspólnie spłacaliśmy
        > kredyt za mieszkanie, a on nagle mówi, że wszystko jest jego i tylko jego, i k
        > aże mi się wynosić, co robić."

        Poniekąd oczywiście masz rację, ale wydaje mi się, że błąd omawianych przez
        Ciebie pań nie polega na zamieszkaniu razem bez ślubu, tylko na niepoczynieniu
        odpowiednich ustaleń. PRZED zamieszkaniem razem należy ustalić czy instytucja
        małżeństwa stanowi wartość dla naszej drugiej połowy. I również przed należy
        ustalić, że za 6 miesięcy, rok, dwa (jak komu pasuje) podejmujemy decyzję - albo
        ślub, albo każdy w swoją stronę. Tylko do tego trzeba nie wstydzić się mówić
        głośno o swoich oczekiwaniach (co dla wielu jest problemem) oraz mieć na tyle
        jaj i godności osobistej, żeby po tym umówionym czasie umieć zdecydować, że wóz
        albo przewóz, nawet jeżeli miałoby to być bardzo, bardzo bolesne.
        • no fakt.
          myślę, że niedomówienia biorą się stąd, że ludzie chcą, by wszystko "wyszło naturalnie", odbywało się we wzajemnie zgodnym rytmie. poznanie się, zbliżenie się do siebie, chęć wspóólnego życia, oświadczyny, ślub, dzieci...
          żeby nie trzeba było odgórnie ustalać grafików.
          ja osobiście czułabym się fatalnie, gdyby ktoś powiedział mi "daję ci pół roku, a potem zdecyduję, czy cię chcę, czy nie." i trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której ja mówię tak komuś, kogo kocham.

          no ale ja taka naiwna dziunia jestem.
          --
          ważny jest wydech i wdech
          • Nie w tym rzecz. Oczywiście, że to powinno wyjść naturalnie. Ale jeżeli kobita
            głośno deklaruje, że misio jest całym jej światem i jej nie trzeba papierka, a w
            skrytości ducha marzy o zamęściu, to sama sobie strzela w stopę. Nie rozumiem
            dlaczego kobiety wstydzą się (?) mieć oczekiwania. Już po kilku miesiącach
            randkowania (najpóźniej) jest dobrym momentem, żeby powiedzieć, że dla mnie
            małżeństwo jest wartością taką to a taką, jest dla mnie ważne, bo (....) i tego
            właśnie oczekuję. Jeżeli spotka się to z gwałtownym "nie", to znaczy, że
            szczęścia należy szukać gdzie indziej i nie czekać na to, że on zmieni zdanie.
            Co do "grafiku", to może warto sobie powiedzieć na początek, że nie "dajemy
            sobie pół roku próby", ale raczej, że "jeśli wszystko się układać będzie nam tak
            świetnie jak do tej pory to za pół/rok/dwa się zaręczamy". Jeżeli ten czas minie
            a strony pozostaną na swoich pozycjach, to znaczy, że trzeba swoje poglądy
            zweryfikować.
            Ze wszystkich względów opisanych powyżej przez poprzedników jestem za wspólnym
            mieszkaniem. Natomiast nie można też się dać wpędzić w wieloletnie jak
            napisałaś "pranie jego gaci" i czekanie na łaskawą deklarację (jeżeli kobiecie
            oczywiście na tej deklaracji zależy. Mieszkanie bądź niemieszkanie razem nie
            będzie żadną gwarancją niczego. Najważniejszy jest złoty środek.
          • a ja sobie nie wyobrażammieszkać z kimś bez ustaleń kto co robi i
            jak to będzie. zanim zamieszkałam ze swoim partnerem ustaliliśmy
            wszystkie szczegóły i mieszka nam się idealnie. owszem - ja piorę
            gacie ale za to nie tykam zmywania, nie myję podłóg i łazienki, nie
            wynoszę śmieci. cos za coś. wszystkie znajome się dziwią jak ja to
            zrobiłam? grunt to ustalić pewne rzeczy wcześniej
            • nie wszystko można ustalić, bo w życiu zdarzają się rzeczy bardziej nieprzewidywalne, niż to, że podłoga się ubrudzi, a w worze na brudną bieliznę pojawią się nieświeże gacie...

              JA OSOBIŚCIE wolę stawiać czoła nieprzewidywalnemu u boku kogoś, od kogo usłyszałam, że w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do śmierci, czy jak to tam szło.

              rzecz oczywista, wychodząc za mąż ryzykuje się... co najmniej rozwód. zawsze zaufanie drugiemu człowiekowi niesie ze sobą ryzyko, nie przeczę temu.
              ale jeśli dwoje ludzi z pełną świadomością chce zaryzykować złożenie całego życia w ręce drugiej osoby, to taka decyzja ma w sobie wielki potencjał, tak myślę.

              bo, jak już mówiłam, naiwna dziunia jestem

              --
              ważny jest wydech i wdech
              • stephanie.plum napisała:

                > ale jeśli dwoje ludzi z pełną świadomością chce zaryzykować
                złożenie całego życ
                > ia w ręce drugiej osoby, to taka decyzja ma w sobie wielki
                potencjał, tak myślę

                nie trzeba mieć ślubu żeby składać takie deklaracje :)

              • stephanie.plum napisała:
                > JA OSOBIŚCIE wolę stawiać czoła nieprzewidywalnemu u boku kogoś, od
                kogo usłysz
                > ałam
                , że w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do
                śmierci, czy jak t
                > o tam szło.

                Widzisz roznica miedzy Toba a na przyklad mna polega na tym, ze ja
                jeszcze nie uslyszlama tej deklaracji (ale to za 4 tygodnie sie
                zmieni :p) ale za to mialam sie okazje przekonac we wspolnej
                codziennosci w czynach, ze taka deklracja mimo nie wygloszenia jej
                slownego jest, trwa i nie konczy sie na slowach :)
                Owszem jeszcze nie mamy slubu ale juz zdazylismy byc ze soba w
                trakcie chorby, kryzysow, gorszych chwil, wielkiego zap*** gdy nie ma
                sie czasu spac, rozczarowan czy innych sytuacji. I mimo braku tej
                deklracji wtedy nie odczuwalam ze przez to moge polegac na nim mniej.
                Podejrzewam, ze po slubie, wrocimy do domu i bedzie tak jak bylo.
                Dalej bedziemy sie wspierac, pomagac sobie, trwac, docierac sie, zyc
                wspolnie :)


                > rzecz oczywista, wychodząc za mąż ryzykuje się... co najmniej
                rozwód. zawsze za
                > ufanie drugiemu człowiekowi niesie ze sobą ryzyko, nie przeczę
                temu.
                > ale jeśli dwoje ludzi z pełną świadomością chce zaryzykować
                złożenie całego życ
                > ia w ręce drugiej osoby, to taka decyzja ma w sobie wielki
                potencjał, tak myślę
                > .

                jasne.. tylko, ze od deklaracji, potencjaly czy decyzji jest jeszcze
                calkiem spora droga do realizacji i czyznow ktore ja popieraja :)

                >
                > bo, jak już mówiłam, naiwna dziunia jestem
                >

                Ale bez tej zbednej kokieterii bym prosila.
                --
                "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
                jadłaby dżem..."

                erillsstyle.wordpress.com/
            • szalenstwo.mam.we.krwi napisała:

              > a ja sobie nie wyobrażammieszkać z kimś bez ustaleń kto co robi i
              > jak to będzie. zanim zamieszkałam ze swoim partnerem ustaliliśmy
              > wszystkie szczegóły i mieszka nam się idealnie. owszem - ja piorę
              > gacie ale za to nie tykam zmywania, nie myję podłóg i łazienki, nie
              > wynoszę śmieci. cos za coś. wszystkie znajome się dziwią jak ja to
              > zrobiłam? grunt to ustalić pewne rzeczy wcześniej


              I ja chyba popełniłam błąd, nie ustalając co kto robi. Życie płynie z dnia na
              dzień-praca-studia-praca i obowiązki domowe, ktore wcale nie sa podzielone. Moze
              w tym tkwi caly problem, ze ja czuje sie przemeczona i przytloczona wizja
              robienia wszystkiego w domu sama. Facet przychodzi z pracy zmeczony-ma prawo ja
              wszystko rozmumiem-ale ja tez nie jestem od robienia wszystkiego!!!
              Szalenstwo.mam.we.krwi-poradz jak Ci sie udalo ustalic to wszystko ze swoim
              partnerem, bez wysluchiwania, ze on jest zmeczony i jest czas zeby zrobic to czy
              tamto....
              • zanim zamieszkaliśmy razem przedyskutowaliśmy kwestię obowiązków
                domowych. nie wyobrażam sobie że miałabym robić wszystko w domu i
                jeszcze pracować. obecnie robimy mniej więcej na pół z wyjątkami.
                obiad robi ten kto pierwszy wróci do domu. jeśli mąż idzie do pracy
                w sobotę a ja nie to wiadomo ze sprzątam więcej ale "dla zasady"
                zawsze coś mu zostawiam, np umycie naszej malutkiej łazienki (15
                min).
                spróbuj z nim pogadać. powiedz ze też jesteś zmęczona. nawet jeśli
                mniej niż on ale to nie znaczy że masz robić wszystko. niech w
                weekend umyje łazienkę albo posprząta kuchnię - na początek. albo
                niech wynosi śmieci - mało pracochłonne. i tak małymi kroczkami.
                jeśli się zgodzi ale później będzie się ociągał ze sprzątaniem to
                przypadkiem nie rób tego za niego. zagryź zęby i czekaj. a jeśli
                mimo to nie zrobi nic. to odpuść sobie np pranie (oczywiście jego
                rzeczy), aż skończą mu się czyste koszulki czy skarpetki. powiedz że
                byłaś zmęczona i no niestety nie zrobiłaś prania. albo nie ugotuj
                obiadu i idz po pracy gdziekolwiek a jemu powiedz że musiałaś zostać
                w pracy. faceta trzeba przetrzymać. może wtedy zrozumie że Ty też
                nie leżysz do góry brzuchem a w domu się wszystko samo nie robi.
              • Nie ty popełniłaś błąd, tylko mamusia ;)

                Czy Twój facet mieszkał jakiś czas sam? Miał okazję, żeby się wdrożyć w
                obowiązki domowe? Ja bym postawiła sprawę ostro jak najszybciej, zanim zły
                schemat jeszcze bardziej się utrwali...albo pan robi swoją działkę obowiązków
                domowych, albo sponsoruje panią do sprzątania, bo partnerka nie jest darmowa
                siła roboczą.
                U mnie jest tak, że sprzątamy tylko razem.
              • magiczkam napisała:


                >
                >
                > I ja chyba popełniłam błąd, nie ustalając co kto robi. Życie płynie z dnia na
                > dzień-praca-studia-praca i obowiązki domowe, ktore wcale nie sa podzielone. Moz
                > e
                > w tym tkwi caly problem, ze ja czuje sie przemeczona i przytloczona wizja
                > robienia wszystkiego w domu sama.

                To dlaczego robisz wszystko sama? Dlaczego nie powiesz: "Ja ugotowałam obiad, to
                Ty pozmywaj"? albo: "Trzeba sprzątnać to, to i to, jak się dzielimy"? To takie
                trudne rozmawiać?
                • > > I ja chyba popełniłam błąd, nie ustalając co kto robi. Życie płynie z dni
                  > a na
                  > > dzień-praca-studia-praca i obowiązki domowe, ktore wcale nie sa podzielon
                  > e. Moz
                  > > e
                  > > w tym tkwi caly problem, ze ja czuje sie przemeczona i przytloczona wizja
                  > > robienia wszystkiego w domu sama.

                  eeee wszystko jest do odkrecenia :) wystarczy, ze powiesz, ze fajnie bylo, ale
                  nie tak sobie wyobrazasz swoje zycie w przyszlosci, zwlaszzca, jesli w
                  miedzyczasie pojawia sie jakies dzieci i albo sobie przedyskutujecie pewne
                  reguly, albo Ty sie wypisujesz.
          • > ja osobiście czułabym się fatalnie, gdyby ktoś powiedział mi "daję ci pół roku,
            > a potem zdecyduję, czy cię chcę, czy nie." i trudno mi wyobrazić sobie sytuacj
            > ę, w której ja mówię tak komuś, kogo kocham.

            ale przeciez to mozna ustalic na zasadzie "wynajmijmy mieszkanie na pol roku",
            albo "wyjedzmy do Anglii popracowac przez rok" albo jakos tak, zeby mimo
            wszystko bylo to wyjscie w postaci deadlinu na pdjecie dalszej decyzji.
            Muzulmanie maja cos takeigo jak bodajze 4-miesieczne malzenstwo na probe i nie
            jest to takie glupie.

            Poza tym zawsze mozna powiedziec "pomieszkajmy razem na probe przez pol roku, bo
            nie wiem, czy TY wytrzymasz z moimi nawykami" ;)
          • Ale nie chodzi o ustalenie "grafiku" sensu strike tylko o jasne
            wyrazenie swoich oczekiwan, planow, nadzieji i innych rzeczy ktore sa
            cholernie wazne w zyciu dwojga ludzi ktorzy decyzuja sie ze soba
            zamieszac.
            Czy chodzi o dotarcie sie planuajac slub czy chodzi o wzglad
            ekonomiczny czy czysto wygodnicki..
            A nie, ze ona z nim zamieszka z nadzieji ze on sie domysli, ze ona "w
            zamian" za ta decyzje sie jej oswiadczy. Nikt nikomu w myslach nie
            czyta. A pretensje i frustracje z naiwnej wiary w to rosna..
            --
            "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
            jadłaby dżem..."

            erillsstyle.wordpress.com/
      • stephanie.plum napisała:

        > może dlatego, że dla mnie ślub jest momentem, kiedy obie strony
        deklarują, że n
        > ieodwołalnie biorą odpowiedzialność za związek. i że tego właśnie
        chcą, do końc
        > a życia. sytuacja jest czysta i jasna, a pewność, że oboje
        jesteśmy w równym st
        > opniu zaangażowani, pomaga poradzić sobie z mniejszymi lub
        większymi upierdliwo
        > ściami dnia codziennego.

        bez ślubu też można być zaangażowanym i świetnie rozwiązywać
        problemy. ślub nie jest gwarancją że się będziecie świetnie
        dogadywać. zarówno ze ślubem jak i bez można się rozstać po pół roku
        wspólnego mieszkania z powodu niedopasowania, więc chyba lepiej się
        sprawdzić zanim się wyląduje przed ołtarzem?
        >
        > a może dlatego, że osobiście miałam szczęście i taki układ
        idealnie się sprawdz
        > ił.
        gdybyś takiego szczęścia nie miała i Twój facet okazałby się nie do
        życia, pewnie byś się z nim rozstała po ślubie. Lepiej takie rzeczy
        wiedzieć wcześniej. " nie kupujesz kota w worku"
        >
        > mieszkanie latami "na próbę" przerażałoby mnie - ogromna
        inwestycja czasu, sił
        > i środków, a efekt niepewny.
        A niby po ślubie efekt jest pewny. No prosze Cię. Nikt nie da Ci
        gwarancji że będziesz z kimś do końca życia czy Twoje małżeństwo nie
        rozpadnie się po pół roku.
        >
        > wszyscy zdają się popierać pomysł mieszkania razem przed ślubem -
        wszyscy, opró
        > cz dziewczyn, które zakładają na tym samym forum wątki pod
        tytułem "zamieszkali
        > śmy razem, od lat piorę mu gacie, a on ciągle mówi, że nie dojrzał
        do decyzji o
        > ślubie, co robić",
        czyli co? będę Ci prała gacie jak się ze mną ożenisz? w życiu bym
        nie chciała zeby ktoś ze mną był, bo piorę mu gacie. o matko! mamy
        XIX wiek.

        >albo, co gorsza "zamieszkaliśmy razem, wspólnie spłacaliśmy
        kredyt za mieszkanie, a on nagle mówi, że wszystko jest jego i
        tylko jego, i k
        > aże mi się wynosić, co robić."
        Kto normalny spłaca cudzy kredyt?! albo się miszkanie spłaca razem,
        albo w ogóle. w życiu nie zgodziłabym się na spłacanie kredytu za
        nie moje mieszkanie. małżonek też Cię może wygonić. moi znajomi się
        rozwiedli, mają razem 4 dzieci, mieszkali w domu po jego rodzicach i
        to ona z dziecmi wynajmuje teraz mieszkanie bo nie ma gdzie
        mieszkać. i mąż i nie mąż tak samo może Cię okantować :/
        • rozstać się po pół roku z powodu niedopasowania?

          dla mnie to jest jakieś nieporozumienie.
          a całe to dopasowanie - nie dopasowanie, to mit.
          nie wierzę, że są pary idealnie dopasowane.
          nie wierzę, że pół roku wystarczy, by się dopasować, a potem już wszystko idzie jak po masełku i życie jest usłane różami.

          wierzę, że dopasowywać się do siebie nawzajem trzeba codziennie, przez całe życie.
          po pierwsze, przynosi to niespodziewanie dużą satysfakcję.
          po drugie, dobro miedzy ludźmi potrzebuje cierpliwości i wytrwałości, żeby mogło wzrastać.

          uważam, że nie trzeba x lat mieszkać razem, żeby zdecydować, że ktoś nadaje się lub nie do takiej ryzykownej życiowej eskapady.

          poza tym - jest ryzyko, jest zabawa ;)
          --
          ważny jest wydech i wdech
          • dopasowanie niedopasowanie to oczywiście bzdura. nie ma czegoś
            takiego. mam na myśli to ze osoba z którą zamieszkasz może okazać
            się nie do życia, będzie się non stop kłócić, albo nie będzie
            chciała sprzątać, bałagan nie będzie jej przeszkadzał, a Tobie
            owszem. i to ze Ty będziesz chciała się "docierać" nie znaczy że ta
            druga osoba też i po paru miesiącach moze trzasnąć dzwiami i to
            niekoniecznie musi mieć miejsce po przed ślubem.
            ludzie się rozwodzą niekoniecznie po 20 latach. po prostu jak
            się razem zamieszka to można lepiej poznać człowieka i wychodzą
            rzeczy, których o sobie nie wiedzieli. niektóre rzeczy mogą byc nie
            do przeskoczenia choćby nie wiem jak ludzie się starali.
          • stephanie.plum napisała:
            > a całe to dopasowanie - nie dopasowanie, to mit.

            Przez ten twoj mit to moja mama rozwiodla sie z moim ojcem.
            Tez nie mieszkali ze soba przez slubem..

            > nie wierzę, że są pary idealnie dopasowane.

            Nie ma par idealnie dopasowanych bo nie ma idealnych ludzi.

            --
            "..Langusta żywi się wyłącznie owocami morza; lecz gdyby mogła..
            jadłaby dżem..."

            erillsstyle.wordpress.com/
        • > Kto normalny spłaca cudzy kredyt?! albo się miszkanie spłaca razem,
          > albo w ogóle. w życiu nie zgodziłabym się na spłacanie kredytu za
          > nie moje mieszkanie.

          wiele jest kobiet, ktore daly sie wyrolowac na zasadzie "ona kupuje jedzenie i
          placi rachunki, on splaca kredyt" i jak przyszlo do rozstania to wychodzi na to,
          ze mieszkanie jest pana, bo kupione na niego i kredyt na niego, a ona to tak
          tylko u niego mieszkala, a oszczednosci nie ma zadnych, bo karmila misia, ktory
          zmyslnie nie wydawal nic na zycie tylko se inwestowal w swoja chate.

          moi znajomi się
          > rozwiedli, mają razem 4 dzieci, mieszkali w domu po jego rodzicach i
          > to ona z dziecmi wynajmuje teraz mieszkanie bo nie ma gdzie
          > mieszkać. i mąż i nie mąż tak samo może Cię okantować :/

          chyba mieszasz dwie rzeczy. jesli malz odziedziczyl ta chate, to ona sie nie
          sklada na wspolnote majatkowa i zona niestety moze mu naskoczyc.
          jesli zas kupuja chate jako malzenstwo to ona jest ich wspolna i nie da sie przy
          rozwodzie ot tak jednej strony wygonic.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.