Mąż mnie nie szanuje - druga strona medalu Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne


  • Tak wiele z Was żali się na tym forum i pisze historie z cyklu „że
    mąż mnie nie szanuje”. Jako mąż (jeszcze) jednej z takich
    nieszanowanych żon postanowiłem zabrać głos w dyskusji.

    Mąż nie szanuje, tak? A może to wasza „zasługa” jak jesteście tak
    traktowane przez waszych mezów?

    Moja żona również mogłaby dołączyć do żali na tym forum. Gdyby
    przedstawiła swoja wersję. Tylko, ze jest jedno „ale”. Sama do tego
    doprowadziła prze kilka lat.

    Jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Przez pierwsze 3 lata miała
    najlepszego meza pod słońcem. W tym czasie normalnie było tylko
    przez rok po ślubie, choć nawet już zaraz po slubie pokazywała
    pazurki. Najgorsze zaczeła się jednak, kiedy była w ciązy i potem. W
    tym samym czasie sama zachowywała się jak wariatka . Dosłownie.
    Wpadała nieraz w coś jakby białą gorączkę i zaczynała histeryzować.
    W czasie awantur dowiadywałem się coraz to nowych rzeczy o sobie, a
    to że jestem chamem zbolałym, a to sku...elem. A to się wyprowadzała
    do mamusi (słownie, nie w rzeczywistości), a to wymyślała jakieś
    inne cuda. na przykłąd przed świętami z zegarkiem w ręku można było
    przewidzieć, że ok. 10 dni wczesniej zacznie wymyślać, ze nie
    pojedzie do mnie do rodziny na świeta, bo nie chce jechac do starego
    dziada (znaczy mojego dziadka), a to że jej nikt nie zapraszał
    (oczekiwała jakiegoś specjalnego zaproszenia) i inne tego typu
    historie. Ja tymczasem jak człowiek jechałem do niej bez zadnego
    gadania, nie czekałem na jakieś zaproszenia, nie obrazałem jej
    rodziny i zachowywałem się jak normalny człowiek. Ale to było za
    mało! Jak pojechaliśmy kilka lat temu do jej rodziny na święta, to
    potrafiła robic mi awanturę, ze mam złożyć i ubrac chinke u jej
    rodziców w domu.

    Kiedy przychodził do nas mój brat, to wpadała w histerię, że „może
    przychodzic tylko raz na dwa tygodnie, a częściej to spotykaj się z
    nim na miescie albo u niego”. Najśmieszniejsze jest to , że on
    przychodził na góra dwie godziny raz na miesiąc albo dwa, więc nie
    wiem skąd wzięły się te dwa tygodnie. Przez jakiś miesiąc mój brat
    miał mieszkać u nas, bo miał odebrac mieszkanie, ale nie doczekał
    miesiąca, bo w tym czasie moja zona wyprawiała takie histerie, ze
    się wyprowadził po dwóch tygodniach. Jeszcze żona awanturowała się,
    ze ma zabrac rzeczy w ciągu tygodnia, bo je wystawi za drzwi.

    Za to jak kilka lat później jej siostra (młodsza, dlatego kilka lat
    później) przyjechała na studia i przesiadywała u nas całymi
    tygodniami, dzień w dzień, i wszystko było ok., ja nie robiłem żonie
    takich awantur, a żona jeszcze potrafiła się do mnie rzucac, że nie
    odprowadzam jej siostry na przystanek, a jest późno. Siostra żony
    mieszkała tez u nas ponad 6 miesiecy, bo nie miała mieszkania, i
    wszystko tez było z mojej strony ok., a zona jeszcze potrafiła
    wymyślic, że powinniśmy płacic jej siostrze 2 tys. , bo pomaga
    zajmowac się naszym synkiem.

    Pech chciał, że straciłem pracę. To były czasy, gdy cieżko było z
    pracą, nie to co teraz. Nie miałem stałej pracy, ale jednak
    zarabiałem na boku jakieś pieniądze. No i zaczęło się. W tym czasie
    żona zarabiała dużo więcej, z 5 tys. miesięcznie netto. Ja z
    przepisywania, jakiś innych chałtur ze 2 tys. No i wtedy moja żona
    nabrała wiatru w żagle. Okazałem się nieudacznikiem, dziadem, no i
    oczywiście tradycyjnie dalej byłem sku...elem i zbolałym chamem,
    tylko przypominała mi o tym znacznie czesciej. Któregos dnia
    powiedziała, że od dziś nie będzie za nic płacić i że ją nic nie
    obchodzi, bo więcej dokładała do wspólnej kasy. Zapomniała tylko, że
    dwa lata wczesniej nie pracowała, bo zajmowąła się dzieckiem, a
    potem pracowała za 750 zł, a wiecej kosztowała niania i że to ja
    wtedy dokładałem dużo więcej do wspólnej kasy. I że aktualnie mam
    mniejsze dochody, ale zajmuje sie dodatkowo dzieckiem. Swoją droga
    nasz synek najpierw umiał mówić "tata" :)

    Mimo to uniosłem sie honorem i zgodziłem się, że przez rok sam
    płaciłem wszystkie rachunki i kredyt, żeby „wyrównał się” nasz wkład
    do wspólnej kasy. Przestaliśmy żyć jak mąż i żona, byliśmy dla
    siebie tylko lokatorami we wspólnym mieszkaniu, z oddzielnym
    jedzeniem w lodówce, oddzielnymi kontami i oddzielnymi zakupami. Jak
    to określiła żona w trakcie jakiejś awantury łączy nas tylko dziecko
    i kredyt na mieszkanie.

    Od tamtego czasu los się odmienił. Ona straciła jedną pracę. Ja
    tymczasem mam dobre prace, kupiłem samochód za 100 tys. i mieszkanie
    na wynajem. Kiedy sytuacja się odwróciła diametralnie, ona
    zaproponowała, że może niech będzie jak dawniej, wspólne pieniądze
    itd. Nie zgodziłem się, skoro sam płaciłem przez rok rachunki i
    pieniądze były odzielne. Wprowadziłem tez zasadę wzajemności na inne
    sprawy. Skoro żona nie umiała zachowac się na świętach u mojej
    rodziny (np. robiła awantury, ale tylko przy mojej rodzinie), to
    przestałem ją zabierac do swojej rodziny na świeta i jednoczesnie
    jeździc do niej.Skoro wymyślała, ze mój brat nie może przyjeżdżać,
    choć jej siostra przesiadywała całymi miesiącami u nas łącznie z
    nocowaniem, to wprowadziłem zasade wzajemności, czyli jej siostra
    nie czesciej niż raz na 2 tygodnie. Skoro wyzywała mnie, wiec
    wprowadziłęm zasade wzajemności, czyli dwa lata po tym jak
    wysłuchiwałem wyzwisk pod swoim adresem moja żona została cholerą i
    fałszywą żmiją. Skoro przy każdej większej awanturze groziła, że
    chce rozwodu, i tak przez kilka lat, to spisałem z nią na piśmie, ze
    bierzemy rozwód i sprzedajmy mieszkanie. Wtedy się wystarszyła, ze
    może jednak nie rozwód, że przeciez dziecko, i się troche uspokoiła.


    Teraz nie mam szacunku do żony, traktuję ją tak, jak ona mnie
    traktowała. Jest mi z tym źle, ale nie da się cofnąc czasu i
    zapomniec tego co było. Po tym wszystkim (o wielu innych rzeczach
    nie pisałem w poście) nigdy nie będzie, tak jak kiedyś. Nie mam do
    niej zaufania, nie mam do niej szacunku. Wiele sytuacji z
    przeszłosci tkwi we mnie jak drzazgi.

    Gdyby moja żona napisała na tym forum post, to byłby to kolejny post
    o niedobrym mezu, który nie szanuje zony. Często jest jednak również
    druga strona medalu i z punktu widzenia tego niedobrego meża sprawa
    wygląda zupełnie inaczej.
    • współczuje :(
      Trzeba było kopnąć ją w dupę.
    • było przetestowac egzemplarz przed podpisaniem cyrografu
      teraz jestes gleboko umoczony
      jedyny ratunek to olac taka kreature
      ale prawa rodzicielskie ona dostanie na bank
      a jeszcze bedziesz jej musial alimenty placic

      po takich lekturach i obserwacji otoczenia coraz bardziej sie utwierdzam ze 30 na karku ale zenic to ja sie nie zamierzam
    • przed ślubem jaka była?
      I kiedy zaczęły się jej histerie?
      Tzn. ile po slubie?
    • podobnie jak zona. ani o cal od niej nie lepszy. siebie warci po prostu.
      • Nie pisałem , że jestem lepszy. Teraz jestem taki sam, a czasem
        nawet gorszy. Jak rzucasz kamieniami w psa, to nawet dobry piesek
        zacznie w końcu gryźć, prawda?

        A odnośnie innego postu, kiedy żona się zaczęła tak zachowywać. No
        cóż, sytuacja klasyczna, zaraz po ślubie. Przykłady jakie podałem sa
        aż smieszne, ale o tych znacznie wiekszego kalibru nie pisałem, bo
        forum to nie konfesjonał.
        • septemberro napisał:


          >
          > A odnośnie innego postu, kiedy żona się zaczęła tak zachowywać. No
          > cóż, sytuacja klasyczna, zaraz po ślubie. Przykłady jakie podałem sa
          > aż smieszne, ale o tych znacznie wiekszego kalibru nie pisałem, bo
          > forum to nie konfesjonał.


          Trzeba było zostawić ją, a nie się teraz męczysz.
        • wprost nie piszesz ale z postu az bije postawa- "zobaczcie- udawadniam!,
          istnieje ta druga strona medalu! (jakby to była wielka tajemnica...).
          co do psa, kamienia i gryzienia- rozumiem ze to twoja zona "stworzyła potwora"?
          cóż za podła baba z niej....
          • Postawa autora nie jest może godna pochwały, ale absolutnie nie
            dziwię mu się, że nie zdzierżył i zaczął odpowiadać pięknym za
            nadobne. Lepszym rozwiązaniem byłby jednak rozwód. Najbardziej w
            całej sytuacji ucierpiało zapewne dziecko, które "trzymało" tę parę
            razem.
    • przykre to....
    • Straszne to, co robiła Twoja żona...jak się zachowywała...jak Ciebie
      traktowała...:(
      Aż nie wiem co Tobie napisać...
      Wierzyć mi się nie chce, że tak można...
      Nie chodzi o to, że to kobieta, tak jak ja...i, że nie wierzę w to,
      co napisałeś...ale...traktowanie drugiego człowieka w taki sposób
      jest karygodne...niewybaczalne...godne potępienia!

      W każdym związku, w którym jest kryzys, winę ponoszą obydwie
      strony...ale...TO? O raju! To wywołuje we mnie złość i smutek
      jednocześnie...:(
    • przecież te zagrywki z jej i twojej strony są przykrywką na zupełnie co innego
      niż nocowanie rodzeństwa, płacenie za rachunki itp itd. Macie problem, więc
      postąpcie jak dorośli ludzie i postarajcie się to wypracować, są od tego
      specjaliści. Jak wszystko inne zawiodło to co macie do stracenia?
      A co do szanowania, nieszanowania o twoja postawa jest obronną odpowiedzią na
      jej zachowanie-i koło się zamyka.
    • No coz , kobiety rzadko kiedy zachowuja sie normalnie, potrafia wypomniec po 10
      latach, ze kiedys nie przybiles jakiejs listwewki.
      Ja mysle, ze to hustawka hormonalna je tak nakreca, ze zachowuja sie jak wariatki.
      PZDR
    • Współczuje Ci, trafiłeś na wredną babę, która męża uważa za przedmiot, a nie
      partnera. Niestety, takie życie. Trzeba się rozwieźć i szukać normalnej kobiety.
      Szkoda czasu na taką farsę. Trzymaj się
    • Ja tylko nie rozumiem po co utrzymujesz to małżeństwo. Byłeś zdecydowany na
      rozwód, czy po prostu chciałeś żonę utemperować? Jeśli to drugie, to uważaj, bo
      to może zadziałać ze dwa trzy razy, a potem będziesz musiał szukać czegoś
      mocniejszego...
    • taka jednostronnie opowiedziana historia nie moze byc wiarygodna,
      nie rozumiem dlaczego zona najlepszego czlowieka pod sloncem mialaby wpadac w
      biala goraczke, zakladajac ze jest przy zdrowych zmyslach,
      jakie byly powody klotni, jej wybuchow i pretensji? czasem mezczyzni uwazaj, ze
      problemy kobiet sa wydumane i nieistotne, dlaczego wybuchala przy Twojej
      rodzinie? ot tak,calkiem bez powodu? tam gdzie sie czlowiek dobrze czuje i jest
      milo przyjmowany takie sytuacje sie nie zdarzaja.
      Czy mieszkanie brata u was uzgodniliscie wspolnie? czy Twoja zona sie zgodzila?
      Przy kazdym akapicie mozna postawic tyle pytan.Nie osadzam,po prostu nie wierze
      w takie historie, jaka ona zla, a ja bez winy
      • Ale bez skrupułów przełkniesz wersję "on taki zły, a ona bez winy",
        prawda? Na forach jest od metra tak samo jednostronnych opowieści
        serwowanych przez kobiety - i jakoś ich jednostronnośc przechodzi
        bez echa... Ot, ciekawostka taka.
        --
        +++ Lasciate ogni speranza and have a nice day +++

      • michunia napisała:

        > taka jednostronnie opowiedziana historia nie moze byc wiarygodna,

        Rozumiem cię, ja też bym nie uwierzył, gdyby mi to ktoś powiedział.


        > nie rozumiem dlaczego zona najlepszego czlowieka pod sloncem mialaby wpadac w
        > biala goraczke, zakladajac ze jest przy zdrowych zmyslach,
        > jakie byly powody klotni, jej wybuchow i pretensji?

        Co do jej zdrowych zmysłów, to mam wątpliwości. Ma problemy z tarczycą, bierze
        eutyrox, więc to może też ma jakiś wpływ. jakies tabletki na uspokojenie też
        widziaem, że bierze. Albo ma po prostu taki charakter. Na zewnątrz tez nie moze
        żyć bez wroga. Musi miec jednego wroga wśród sasiadów i w pracy. Mieszkaliśmy w
        4 miejscach, i w 3 takim wrogiem nr 1 byli sąsiedzi z boku lub z góry. Bo
        hałasują, bo przetrzymuja windę, bo się chwalą, że coś tam coś tam. Oficjalnie
        dla ludzi jest miła itd, ale tylko przy bliższym poznaniu, jak kogos pozna to za
        plecami obmawia. A jak się wyda, to płacze i przeprasza. A potem znow to samo.

        Odpowiedziałem na ten post, na inne już nie będe odpowiadał, bo nie chodzi mi o
        publiczne pranie brudów, tylko chciałem tym postem pokazać, że czsem to żona
        sama doprowadza do tego, że maz jej później nie szanuje.
        • To co napisales o jej chorobie stawia wszystko w innym swietle. Dla wielu moze
          wydac sie to niewystarczajacym wytlumaczeniem,ale mam w bliskiej rodzinie
          przypadek z nadczynnoscia tarczycy, znam nagle wybuchy, wahania nastroju,
          nerwowosc, tak jak to opisywales. Moj tata zmienil sie dopiero po usunieciu
          tarczycy, lekami nie dalo sie tego ustawic.
          Rozumiem tez, ze moze dla Ciebie po tylu ciezkich latach to nic nie zmienia, ze
          nie kochasz i masz dosyc.Ale moze latwiej Ci bedzie zrozumiec dlaczego tak jest.
          Na forum o chorobach tarczycy mozna poczytac o tym, jak mecza sie ludzie wlasnie
          z dolegliwosciami psychicznymi
    • To już nie jest żona, to tylko lokator i matka Twojego dziecka. Nie ma na co
      czekać, odejść i poszukać innej miłej kobiety z którą będziesz szczęsliwy. Póki
      jeszcze masz czas, pózniej będzie trudniej i odejść i znalezc kogoś innego.
    • Ale co ci daje to "oko za oko, zab za zab"? Fajnie się tak zyje??
      NIe lepiej dość do porozumienia, dac jej szanse i spróbowac zyc jak
      małżęństwo (moze juz nauczke miała. A jak nie to chyba lepiej zey na
      takie chore akcje dziecko nie patrzyło...
    • he he popieram cię człowieku, tak trzymać
      --
      ********()********
    • metoda oko za oko zab za zab wydaje mi sie byc smieszna i dziecinna
      w przypadku doroslych ludzi bedacych w dodatku malzenstwem
      Widac ze nie zalezy Ci na rozwiazaniu konfliktu z zona, wiec po co
      te gierki? Odkrywaja sie tylko dzieci. Jesli zona stala sie Twoim
      wrogiem to skoncz ta relacje a nie zatruwacie sobie zycie w dalszym
      ciagu. Do czego to zaprowadzi? Co chcesz w ten sposob uzyskac? -
      Sprawic ze zona poczuje sie tak jak Ty wtedy? I myslisz ze to
      wplynie na nią ze z wrednej baby zmieni sie w aniola? Szczerze
      watpie. Jesli zalezalo Ci kiedys na niej a ona byla nie do
      zniesienia, trzeba bylo wtedy madrze reagowac a dzis juz za daleko
      zaszliscie w swojej nienawisci, zeby to odkrecic. Trzeba bylo wtedy
      nia potrzasnac zeby sie opamietala - a jesli by to nie poskutkowalo
      to Ciao! Oboje zachowujecie sie okropnie i ja bym chwili nie tkwila
      w czyms tak chorym. Sami teraz nakrecaci spirale nienawisci.


      --
      "Niebezpiecznie jest wierzyc w to, ze cos trwa wiecznie..."

      • --
        "Niebezpiecznie jest wierzyc w to, ze cos trwa wiecznie..."
      • Miałem juz nie pisać, ale post całej_w kwiatkach musze skomentować. jest to
        najrozsądniejszy post w tym temacie.

        cala_w_kwiatkach napisała:

        > metoda oko za oko zab za zab wydaje mi sie byc smieszna i dziecinna
        > w przypadku doroslych ludzi bedacych w dodatku malzenstwem

        Zgadzam się z Tobą, ale co innego mi zostało? Latami prosiłem, przemawiałem do
        rozsądku, ale z moją żoną nie mozna rozsądnie rozmawiać. Jak jej coś zaskoczy,
        to nie myśłi co mówi i co robi. Przeciez nawet w odniesieniu do ww. przykładów,
        gdyby myślała rozsądnie, to skalkulowałaby sobie, że skoro mój brat odwiedza nas
        nawet raz na kilka m-cy, to jest to do zniesienia w sytuacji, gdy jej siostra
        siedzi praktycznie codziennnie. Ale nie, żaden racjonalny argument do niej nie
        przemawia.

        > Widac ze nie zalezy Ci na rozwiazaniu konfliktu z zona, wiec po co
        > te gierki?

        Zależało mi przez wiele lat. Po kilku latach miałem dość.

        Odkrywaja sie tylko dzieci. Jesli zona stala sie Twoim
        > wrogiem to skoncz ta relacje a nie zatruwacie sobie zycie w dalszym
        > ciagu. Do czego to zaprowadzi? Co chcesz w ten sposob uzyskac? -
        > Sprawic ze zona poczuje sie tak jak Ty wtedy? I myslisz ze to
        > wplynie na nią ze z wrednej baby zmieni sie w aniola? Szczerze
        > watpie. Jesli zalezalo Ci kiedys na niej a ona byla nie do
        > zniesienia, trzeba bylo wtedy madrze reagowac a dzis juz za daleko
        > zaszliscie w swojej nienawisci, zeby to odkrecic. Trzeba bylo wtedy
        > nia potrzasnac zeby sie opamietala - a jesli by to nie poskutkowalo
        > to Ciao!

        Z dzisiejszej perspektywy widzę, że mogłem bardziej dążyc do porozumienia.
        Pewnie byłoby źle, ale o wiele mniej. Tylko co za różnica czy jest bardzo źle,
        czy bardzo bardzo źle? Ile mozna rozmawiać z kimś, kto dziś się przytula i "chce
        żeby było miło" a jutro znowu cię wyzywa, bo cos wyszło nie tak, albo kłamie, bo
        ma w tym interes? A potem mówi, że wcale tak nie myślała, albo nie chciała
        czegoś tam zrobić i jest jej przykro, a za jakis czas znów robi tak samo.

        >Oboje zachowujecie sie okropnie i ja bym chwili nie tkwila
        w czyms tak chorym. Sami teraz nakrecaci spirale nienawisci.

        Zgadza się. Na dniach spłacamy kredyt i bedzie nas łączyć tylko dziecko. Żona
        płacze (umie to robić na zawołanie) i mówi, że juz nie chce sprzedawać
        mieszkania i że możemy jakoś razem żyć, tylko co z tego, skoro słyszałem to już
        z 1000 razy i wczesniej czy później znowu było to samo. Dobranoc.
        • Witam, mam do Ciebie pytanie... powiedzmy osobiste i byłabym
          wdzięczna za odpowiedź. Dotyczy to starej sprawy, natomiast być może
          jest to dla mnie okazja żeby zrozumieć punkt widzenia faceta i jakoś
          to sobie uporządkować.
          Otóż pisałeś, że kochałeś żonę przez wiele lat, natomiast później
          miałeś już dość. U mnie było podobnie. Nie było tak drastycznie i
          wrogość nie była jednostronna, ale także w moim małżeństwie
          nakręcała się spirala nienawiści, a właściwie wzajemnych pretensji,
          przez co zatraciliśmy bliskość. Choć na początku bardzo się
          kochaliśmy i byliśmy ze sobą wbrew wszystkim.
          Fakt, sytuacja była inna, bo byliśmy baaardzo młodzi i niedojrzali,
          ale też mieliśmy dziecko (4-letnie w momencie rozstania) i
          przeżyliśmy razem 7 lat. Nasz związek był bardzo burzliwy, co było
          dla obu stron męczące, ale były chwile bardzo złe i bardzo dobre.
          Ostatecznie zakończył wszystko mój Ex mąż, wyprowadzając się z domu.
          Później okazało się, że pojawiła już sie inna kobieta, ale nie o to
          chodzi. Ważne, że on na tą chwilę miał dość i twierdził, że coś w
          nim pękło (po jednej z kolejnych kłótni). Jego uczucie poprostu się
          skończyło. Rozeszliśmy się. Później wiele razy analizowłam nasz
          związek i błędy, ktore oboje popełnialiśmy. I tu pytanie do Ciebie:
          zastanawiałam się czy po tym jego "coś we mnie pękło" jest jeszcze
          szansa na ratowanie związku, czy jeszcze można go "reanimować"
          zakładając oczywiście zmianę relacji o 180 st.? Jak Ty czujesz? Czy
          wogóle powrót uczucia do Twojej żony jest jeszcze możliwy, gdybyście
          oczywiście oboje zmienili zachowanie w stosunku do siebie?
          Powiem Ci na swoim przykładzie, że musi nastąpić pewien reset,
          przełomowe wydarzenie, które wstrząśnie Wami tak, że będziecie
          gotowi na te zmiany. Najczęściej, tak myślę, pomaga w tym czasowe
          rozstanie się i przemyślenie wszystkiego.
          Powiem Ci, ze mój Ex mąż po takim właśnie rozstaniu (2 miesiące)
          zaczął na nowo się starać, a i ja byłam gotowa na zmiany - mieliśmy
          wrócić do siebie. Los jednak spłatał figla, bo nowa Pani Exa zaszła
          w ciąże, co wykluczyło nasze dalsze bycie razem.
          U Was nie ma tak ostatecznej sytuacji, więc zawsze możecie jeszcze
          spróbować, o ile uważasz za możliwe pokochanie na nowo swojej żony.
          Teraz, kiedy oboje jesteście "kwita" może Wam się to udać, może do
          niej już coś dotarło przez te lata, ale skoro Ty też zacząłeś się
          tak zachowywać, to i ona dalej to ciągnie? Ludzie często żałują
          wielu rzeczy, niestety przeważnie zawsze już po fakcie.
          • mini_mini26 napisała:

            > Witam, mam do Ciebie pytanie... powiedzmy osobiste i byłabym
            > wdzięczna za odpowiedź. Dotyczy to starej sprawy, natomiast być
            może
            > jest to dla mnie okazja żeby zrozumieć punkt widzenia faceta i
            jakoś
            > to sobie uporządkować.
            > Otóż pisałeś, że kochałeś żonę przez wiele lat, natomiast później
            > miałeś już dość. U mnie było podobnie. Nie było tak drastycznie i
            > wrogość nie była jednostronna, ale także w moim małżeństwie
            > nakręcała się spirala nienawiści, a właściwie wzajemnych
            pretensji,
            > przez co zatraciliśmy bliskość. Choć na początku bardzo się
            > kochaliśmy i byliśmy ze sobą wbrew wszystkim.
            > Fakt, sytuacja była inna, bo byliśmy baaardzo młodzi i
            niedojrzali,
            > ale też mieliśmy dziecko (4-letnie w momencie rozstania) i
            > przeżyliśmy razem 7 lat. Nasz związek był bardzo burzliwy, co było
            > dla obu stron męczące, ale były chwile bardzo złe i bardzo dobre.
            > Ostatecznie zakończył wszystko mój Ex mąż, wyprowadzając się z
            domu.
            > Później okazało się, że pojawiła już sie inna kobieta, ale nie o
            to
            > chodzi. Ważne, że on na tą chwilę miał dość i twierdził, że coś w
            > nim pękło (po jednej z kolejnych kłótni). Jego uczucie poprostu
            się
            > skończyło. Rozeszliśmy się. Później wiele razy analizowłam nasz
            > związek i błędy, ktore oboje popełnialiśmy. I tu pytanie do
            Ciebie:
            > zastanawiałam się czy po tym jego "coś we mnie pękło" jest jeszcze
            > szansa na ratowanie związku, czy jeszcze można go "reanimować"
            > zakładając oczywiście zmianę relacji o 180 st.? Jak Ty czujesz?
            Czy
            > wogóle powrót uczucia do Twojej żony jest jeszcze możliwy,
            gdybyście
            > oczywiście oboje zmienili zachowanie w stosunku do siebie?

            Każdy jest inny. Ja moge napisać tylko o sobie, że nie.


            > Teraz, kiedy oboje jesteście "kwita" może Wam się to udać, może do
            > niej już coś dotarło przez te lata, ale skoro Ty też zacząłeś się
            > tak zachowywać, to i ona dalej to ciągnie? Ludzie często żałują
            > wielu rzeczy, niestety przeważnie zawsze już po fakcie.


            Bycie "kwita" niczego nie załatwia. Ona zniszczyła czesc mnie, ja w
            odwecie część jej, i teraz ma być jak dawniej, bo jest "remis"? Nie
            wierzę już, że ona jest w stanie się zmienić na lepsze.
    • To straszne, co piszesz... :(((
      Ale nie rozumiem, jak to jest, ze zona zaczela po slubie od razu tak
      wojowac?
      Jesli moge spytac, podejrzewasz, ze sa jakies powody ku temu?
      Jak wygladala kwestia bliskosci, pozycia erotycznego, zaufania
      miedzy wami?
      A moze ona wyszla za Ciebie, zeby sie zabezpieczyc finansowo etc..?
      Jaka byla Twoja i jej sytuacja materialna przed slubem?
      Bo z tego co piszesz, to jakos nie moge dopatrzec sie Milosci w tym
      wszystkim. Jeszcze rozumiem, ze cos sie psuje po latach, ale tak
      predziutko po slubie, dziwne to i smutne zarazem...

    • Hmm, a ja na to spojrzę z jeszcze innej strony. Nie wiem jak nazywa się bok
      medalu..., ale spróbuję. Otóż, ponoć do tanga trzeba dwojga. I to, nie tylko
      żeby tango się udało, ale żeby je schrzanić też. Jakoś tak mi się rzuciły w
      oczy pierwsze akapity Twojego postu:
      -że zona miała przez pierwsze trzy lata fajnego męża. Skąd o tym wiesz? Bo Tobie
      się tak wydaje?
      -to co działo się po urodzeniu dziecka. Człowieku, ona miała depresję
      poporodową. Coś co zdarza się większości dziewczyn. Klasyka gatunku. Wydaje się,
      że obydwoje byliście na to kompletnie nieprzygotowani. I Ona i Ty.
      To co było potem trudno komentować, ale ja odnoszę wrażenie, ze żadne z Was nie
      zdobyło się na szczerą rozmowę-dla odmiany bez oskarżania się nawzajem, tylko po
      prostu pogadania. Może gdzieś się kompletnie rozjechaliście i nie nadajecie się
      do wspólnego życia, ale żadne z Was nie podjęło próby zastanowienia się w czym
      naprawdę tkwi problem. I te wasze rachunki i rozliczanie-współczuję Wam
      naprawdę. Jesteście parą wrogów, ja mam wrażenie, ze obydwoje jesteście winni
      tej sytuacji. Ty nawet nie sprawiasz wrażenia, ze jeszcze masz dla Niej jakieś
      uczucia, u Niej pewnie jest podobnie.

      • Wydaje mi sie, ze powinniscie wybrac sie razem na terapie malzenska.Nie
        koniecznie po to by ciagnac malzenstwo dalej, ale by zrozumiec siebie wzajemnie
        i ewentualnie rozstac sie bez nienawisci, a po ewentualnym rozwodzie umiec ze
        soba sie kontaktowac, bo przeciez macie wspolne dziecko...
        Swoja reakcja- zab za zab sprawiles, ze obecnie macie rowne rachunki...moze
        nawet ty jej dopiekles wiecej...W takiej sytuacji moze to ty powinienes wyjsc z
        inicjatywa terabii i wyciagnac reke do zgody zaznaczajac tez ze chcesz odbudowac
        wasz wzajemny szacunek nawet jesli mielibyscie sie rozwiesc...A jesli ona sie
        nie zgodzi to lepiej by bylo bys odszedl i nie postepowal tak jak ona kiedys (po
        twoim poscie domyslam sie ze obecnie sie troche uspokoila), bo zwyczajnie dajesz
        bardzo zly przyklad dla swojego dziecka.Pomysl jak on bedzie kiedys postepowalw
        swojej rodzinie majac twoje postepowanie za przyklad? Sam widzisz, ze takie
        zachowanie unieszczesliwia obie strony w zwiazku...
    • Rozpisałeś się szalenie.
      To teraz jeszcze powiedz: po co nadal z sobą jesteście? Nie lepiej
      się pożegnać i szukać szczęścia na własną rękę??
      --
      opieram się wszystkiemu, oprócz pokusy /O.W.
    • Ok, ale co to ma do babek wylewających żale na forum?> Myślisz, ze wszystkie
      kobiety są jak twoja żona czy co?

    • Jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Przez pierwsze 3 lata miała
      najlepszego meza pod słońcem.
      - Skąd ta pewność? Żona tak powiedziała? Może to tylko Pana opinia?

      W tym czasie normalnie było tylko
      przez rok po ślubie, choć nawet już zaraz po slubie pokazywała
      pazurki.
      - czy oby nie miała ku temu powodów?

      Najgorsze zaczeła się jednak, kiedy była w ciązy i potem. W
      tym samym czasie sama zachowywała się jak wariatka . Dosłownie.
      - kobiety w ciąży czasami są nerwowe i irracjonalne.

      Pech chciał, że straciłem pracę. W tym czasie
      żona zarabiała dużo więcej, z 5 tys. miesięcznie netto.
      Któregos dnia powiedziała, że od dziś nie będzie za nic płacić i że
      ją nic nie
      obchodzi, bo więcej dokładała do wspólnej kasy.
      - mąż mojej siostry też stracił pracę, oczekiwał wiktu i opierunku
      od swojej żony. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że Pan za pieniądze
      siostry żądał sobie kieszonkowego na wypady z koleżkami, minimum 3-4
      piwka dziennie, fajki, ubrania, buty, paliwo do auta. A ona ze
      swojej pensji musiała jeszcze dziecko utrzymać. Może i Pan, Panie
      szanowny miał podobną postawę roszczeniową ale zapomniał nam o tym
      na forum wspomnieć?

      Swoją droga nasz synek najpierw umiał mówić "tata" :)
      -co za argument! to, że dziecko zaczęłonajpierw mówić tata
      faktycznie świadczy o tym, że jesteś cudownym ojcem a żona okropną
      matką! Doinformuje Cię, że dzieci różne słowa wypowiadają jako
      pierwsze i jest to indywidualnie w przypadku każdego dziecka. Po
      prostu Twojemu dziecku łatwiej było wymówić tata. Moje dziecko
      mowiło" lala" więc wg Ciebie świadczy to pewnie o tym, że woli lale
      niż rodziców hehehe

      Mimo to uniosłem sie honorem i zgodziłem się, że przez rok sam
      płaciłem wszystkie rachunki i kredyt, żeby „wyrównał się” nasz wkład
      do wspólnej kasy.
      - nareszcie wziałeś sie do roboty! super. Wkład do wspolnej kasy nie
      ma się wyrównywać tylko Wy macie się wspólnie dzielić wydatkami.

      Wtedy się wystarszyła, ze
      może jednak nie rozwód, że przeciez dziecko, i się troche uspokoiła.
      -tak,tylko ona się wystraszyła bo dziecko jest tylko jej a Ciebie
      nie obowiązuje troska o dziecko.
      Ty mozesz straszyć, ona się musi Ciebie słuchać bo w razie czego
      sama z dzieckiem zostanie. Wspaniały tatuś z Ciebie.

      Teraz nie mam szacunku do żony, traktuję ją tak, jak ona mnie
      traktowała.
      -traktuj ją jeszcze gorzej ale nie spodziewaj się poprawy sytuacji.
      Jesteście siebie nawzajem warci.

      Gdyby moja żona napisała na tym forum post, to byłby to kolejny post
      o niedobrym mezu, który nie szanuje zony. Często jest jednak również
      druga strona medalu i z punktu widzenia tego niedobrego meża sprawa
      wygląda zupełnie inaczej.
      - ciekawe jakim cudem miałaby napisać, że ma dobrego męża, skoro nim
      nie jesteś? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ty też święty
      nie byłeś, że żona zaczeła się zachowywać jak wariatka. Szcześliwa
      kobieta, z kochającym, dobrym mężem u boku tak się nie zachowuje.
      Coś musiało wpłynąć na jej zmiane.
      • paula6666 napisała:

        >
        > Jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Przez pierwsze 3 lata miała
        > najlepszego meza pod słońcem.
        > - Skąd ta pewność? Żona tak powiedziała? Może to tylko Pana opinia?

        Nie tylko moja. Jej też. Na piśmie tego już nie mam, bo wszystki
        liściki i kartki od niej porwałem i wyrzuciłem jakieś pół roku temu.

        > W tym czasie normalnie było tylko
        > przez rok po ślubie, choć nawet już zaraz po slubie pokazywała
        > pazurki.
        > - czy oby nie miała ku temu powodów?

        Na przykład miesiąc po ślubie zaspaliśmy (oboje) na pociąg (wyjazd
        na urlop), bo nie zadzwonił budzik (ja go nastawiałem, nie wiem
        dlaczego nie zadzwonił). Czy to jest powód do awantury? Przecież
        mogliśmy pojechać następnym pociągiem, albo nawet następnego dnia.
        Ale w zamian była awantura na godzinę, najpierw u mnie w domu, potem
        na mieście (odprowadzałem ją wtedy do jej rodziców), i w trakcie
        tego odprowadzania wyrzuciła mały bukiet kwiatków, który dostała
        dzień wczesniej (kupiłem jej dzień wczesniej jak wracalismy z wesela
        u jej rodziny). Nastepnego dnia dzwoniła, że przeprasza, i że potem
        zabrała z kosza te kwiatki, no i pojechaliśmy następnego dnia nad to
        morze, tylko po co był ten zepsuty dzień i nerwy? Nie uważam, zeby
        to był powód. I było wiele innych podobnych sytuacji.


        > Pech chciał, że straciłem pracę. W tym czasie
        > żona zarabiała dużo więcej, z 5 tys. miesięcznie netto.
        > Któregos dnia powiedziała, że od dziś nie będzie za nic płacić i
        że
        > ją nic nie
        > obchodzi, bo więcej dokładała do wspólnej kasy.
        > - mąż mojej siostry też stracił pracę, oczekiwał wiktu i opierunku
        > od swojej żony. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że Pan za
        pieniądze
        > siostry żądał sobie kieszonkowego na wypady z koleżkami, minimum 3-
        4
        > piwka dziennie, fajki, ubrania, buty, paliwo do auta. A ona ze
        > swojej pensji musiała jeszcze dziecko utrzymać. Może i Pan, Panie
        > szanowny miał podobną postawę roszczeniową ale zapomniał nam o tym
        > na forum wspomnieć?

        Wycięląs moje 2 tys. :). Poza tym pominełaś, że mimo że nie miałem
        stałej pracy, to przez rok płaciłem wszystkie rachunki i kredyt.
        Ciekawe skąd brałem na to pieniądze. Zdarzyło się jednego miesiąca,
        że opaciłem wszystkie rachunki i zabrakło mi 200 zł, żeby zapłacić
        650 zł kredytu. Wziąłem od niej te 200 zł, ale jak tylko wróciła z
        pracy powiedziałem, ze mi zabrakło i pożyczyem i za kilka dni oddam.
        I oddałem po kilku dniach. Tylko, ze przez te kila dni słuchałem i
        potem przez kilka miesięcy, że gdybym miał honor, to bym nie wziął.
        Czyli jej zdaniem zamiast wziać te 200 zł, powinienem nie zapłącić,
        zeby bank przysłał monit i zapłącić odsetki. Co do innych twoich
        sugestii, to na wypady z kolezkami nie chodzę (a to tez był kiedyż
        dla żony argument, że jestem nietowarzyski), alkoholu nie piję (no
        tego sie nie czepiała). Na paliwo nie potrzebowałem, bo nie mieliśmy
        wtedy samochodu. Przez to zresztą wiele razy słyszłąem od żony, że
        to wstyd nie miec samochodu i że jak gdzies jedziemy do jej rodziny
        albo na jakąs uroczystość do jej rodziny, to wstyd że to ona
        kieruje, a nie mąż (ona kierowała, bo brała samochód od swoich
        rodziców). Samochodu nie mieliśmy, bo w tym czasie kupiliśmy na
        kredyt mieszkanie. Specjalnie nie kupiłem samochodu, żeby było na
        mieszkanie. Przez te jej uwagi o samochodzie między innymi kupiłem
        niedawno sobie super samochód, choć nie jest mi naprawdę aż taki
        super potrzebny.

        > Swoją droga nasz synek najpierw umiał mówić "tata" :)
        > -co za argument! to, że dziecko zaczęłonajpierw mówić tata
        > faktycznie świadczy o tym, że jesteś cudownym ojcem a żona okropną
        > matką!

        Nie w tym celu podałem ten przykład. Ten przykład miał swiadczyć o
        tym, że się zajmowałem dzieckiem.

        > Mimo to uniosłem sie honorem i zgodziłem się, że przez rok sam
        > płaciłem wszystkie rachunki i kredyt, żeby „wyrównał się” nasz wkła
        > d
        > do wspólnej kasy.
        > - nareszcie wziałeś sie do roboty! super. Wkład do wspolnej kasy
        nie
        > ma się wyrównywać tylko Wy macie się wspólnie dzielić wydatkami.
        > Wtedy się wystarszyła, ze
        > może jednak nie rozwód, że przeciez dziecko, i się troche
        uspokoiła.
        > -tak,tylko ona się wystraszyła bo dziecko jest tylko jej a Ciebie
        > nie obowiązuje troska o dziecko.
        > Ty mozesz straszyć, ona się musi Ciebie słuchać bo w razie czego
        > sama z dzieckiem zostanie. Wspaniały tatuś z Ciebie.

        Ja jej nie straszyłem. To ona przez kilka raz wpadała na pomysł, że
        będzie sama wychowywac dziecko, a ja żebym się wyprowadził (z
        naszego mieszkania). Potem wyszło, że planowała wprowadzic swoja
        siostrę, która nie miała gdzie mieszkac i we dwie by sobie
        urzędowały. A teraz siostra ma gdzie mieszkac, to się zastanowiła,
        że jendak może nie rozwód, bo że sobie sama nie poradzi z dzieckiem.

        > Teraz nie mam szacunku do żony, traktuję ją tak, jak ona mnie
        > traktowała.
        > -traktuj ją jeszcze gorzej ale nie spodziewaj się poprawy
        sytuacji.

        Nie spodziewam się poprawy sytuacji. Niczego dobrego już się po niej
        nie spodziewam.

        > Jesteście siebie nawzajem warci.
        >
        > Gdyby moja żona napisała na tym forum post, to byłby to kolejny
        post
        > o niedobrym mezu, który nie szanuje zony. Często jest jednak
        również
        > druga strona medalu i z punktu widzenia tego niedobrego meża
        sprawa
        > wygląda zupełnie inaczej.
        > - ciekawe jakim cudem miałaby napisać, że ma dobrego męża, skoro
        nim
        > nie jesteś?

        Nie że ma dobrego meza, tylko że maz nie szanuje żony.

        Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ty też święty
        > nie byłeś, że żona zaczeła się zachowywać jak wariatka. Szcześliwa
        > kobieta, z kochającym, dobrym mężem u boku tak się nie zachowuje.
        > Coś musiało wpłynąć na jej zmiane.

        Domyślam się co wpłynęło na jej zmianę, ale nie będę o tym pisac na
        forum, choćby dlatego ze do końca nie jestem pewien. Poza tym jeśli
        to jest właśnie to coś, to ma źródła wyłącznie zewnętrzne, poza mną.
    • Przeczytalam twoj post i tylko smutno sie usmiechnelam. Mialam
      kiedys chlopaka, ktorego bardzo kochalam. On tez mnie kochal.
      Zamieszkalismy razem ale ja bylam zazdrosna nie tylko o kobiety ale
      i o kolegow, rodzenstwo. Odbijalo mi i mialam jazdy, zabranialam,
      szantazowalam odejsciem. Mialam wtedy okolo 20 lat.

      Bog uszczesliwil tego chlopaka, bo odeszlam od niego a on pozniej
      poznal wspaniala kobiete, z ktora zyje zgodnie, ma dzieci. Pamietam
      jednak, ze byl we mnie szalenczo zakochany i chcial sie ze mna
      ozenic.

      Zmienilam sie i to bardzo od czasu poznania ojca moich dzieci. On
      sie po prostu nie dal, skubany.
      --
      http://www.leninimports.com/gustav_klimt_gallery_5_tn.jpg
      • Ja jestem bardzo podobna do Twojej żony, też zniszczyłam swoje
        małżeństwo w ten sposób. Pomimo, że nadal trwa to jest już bardziej
        papierowe. Żałuje tego, bo to naprawdę jest dobry człowiek i miał
        pecha, że akurat mnie spotkał...i też się tego już nie da naprawić:(
        • nie chce jeździć do Twojej rodziny, bo to jest dziecko Twojego ojca

          mam tylko nadzieję, że nie chrapiesz w nocy
          bajkopisarzu
          • Wiesz ja jestem dzieckiem z takiej rodziny jak opisujesz i
            pokaleczenia psychiczne nosze do dziś...
            Nie ma sensu zebyscie tkwili w tym zwiazku ze wzgledu na dziecko bo
            to dla niego najwieksza krzywda. Albo sie dogadajcie, niech kobieta
            idzie na jakaś psychoterapię i spróbujcie zaczać od nowa albo
            zakończcie tę farsę i zyjcie z dlakeka od siebie. Dwoje
            nieszczesliwych ludzi nie zapewni dziecku nic oprócz frustracji.
            Szkoda życia, twojego, jej, dziecka, bo życie jest piękne - uratuj
            ile mozliwe. rozwód to nigdy nie jest cos dobrego ale nieraz jest
            lepszym złem niż tkwienie w kotle nienawiśi i złośliwosci.
        • Niestety, ja też mam podobny charakter jak ta niedobra żona...:(
          Przez 6 lat związku wielokrotnie prowokowałam kłótnie z błahych
          powodów, nie potrafiąc docenić tego, co mialam. Mój facet nie był
          ideałem (introwertyk, bałaganiarz, spóznialski, często ironiczny i
          cyniczny, dla którego praca jest chyba wiodącą wartością w życiu),
          ale potrafił być opiekuńczy, pomocny i mogłam mu ufać w 100% i na
          nim polegać. Niestety nasze drogi się rozeszły jakiś miesiąc temu.
          Chciałabym być inna, chciałabym kochać, przytulać, uściskać,
          pogłaskać, powiedzieć ciepłe słowo, pochwalić...Czy można zmienić
          siebie? Czy może z kimś innym człowiek potrafi być inny, kiedy nie
          widzi tych wad? Chciałabym być taka, jak mój facet chciał, bym
          była...:(
          • kasia841
            Zazwyczaj jest tak,że doceniamy cos/kogoś po utracie ;-)Nie
            powiedziałam nic nowego,ale chyba kazdy tą prawdę uzna.Ja miłam
            takie paskudne zagrywki,bo o charakterze nie można powiedzieć skoro
            może człowiek się zmienić,przez 2 lata.Udało sie co prawda poskładać
            wszystko co się prawie rozpadło,bo mój ukochany był niezwykle
            cierpliwy,aczkowlwiek konsekwentny niczym sam uator wątku.Może 6 lat
            to zbyt wiele by poukłądac się,wierzę jednak w przemiany i w to ,że
            uda Ci sie z kimś być nienadużywając zaufania,cierpliwości i miłości
            bliskiego Tobie człowieka.
            Wiem też ,że bywają ludzie ktorzy wzbudzają w nas agresje ,gdzie
            przy kimś innym łagodniejemy jak baranki-może to nie był ten.Nie
            chce Cie jednak usprawiedliwiać.Ja pracowałam nad sobą,nad
            panowaniem nad nerwami,uczyłam sie rozmawiać i dostrzegac w swoim
            facenie przyjaciela nie wroga.Teraz jest tak jak sobie oboje tego
            życzylismy i zycze takiego związku każdemu ;-)
    • sa takie kobiety. jedna z nich, moja juz byla dobra kolezanka poslubila mojego dobrego kolege (juz chyba tez bylego, bo zabronila mezowi sie z mezem i mna spotykac :)) przed slubem prze 6 lat zaciskala zeby i siedziala cicho, byla kochana, czula i wyrozumiala... teraz juz nie musi, dopiela swego. weszla w dobra rodzine, wyszla za pozadnego czlowieka,zamoznego(to ma kluczowe znaczenie!) ktory jej nie zostawi, zapewne w ciagu roku urodzi mu dziecko. To jest toksyczna kobieta ktora zniszczy rodzine od srodka. jej charakteru naprawde nie bylo widac przed slubem! Przezylam szok, nie krepuje sie juz skandaliznie zachowywac w stosunku do meza i znajomych. od slubu minal miesiac... jej maz chyba jeszcze nie wie, ze to tak na stale zostanie... :(


      --
      www.przewodnikmp.pl/img-23082008013.png
    • Kiedyś żona co rusz wyskakiwała podczas kłótni z rozwodem. Od
      jakiegoś czasu juz nie. Nie wiem, czy
      powodem było to, że w końcu powiedziałem ok, że po świętach wrócimy
      do tego
      tematu i ustalimy szczegóły co i jak, czy to że jej rodzice coś
      powiedzieli, kiedy u nich była. W każdym razie po świętach
      (pojechaliśmy każdy do swojej rodziny) nie wracała do tego tematu,
      tylko jak gdyby nigdy nic, przyszła ze swoim tradycyjnym "chcę żeby
      było miło". Dalej jednak zaczynała jakieś kłótnie (taki już widac ma
      charakter), ale musze przyznać, że się hamuje i jest ich o wiele
      mniej niz przedtem.

      Jednak skoro wsześniej przekroczyła pewne granice i żadne
      argumenty , żeby zaczęła zachowywac się po ludzku, do niej nie
      przemawiały, to "chcę żeby było miło" nie załatwiło sprawy.
      Polepszyło się o tyle, że zaczęliśmy zachowywać się znośnie z
      przerwami na "jak dawniej".

      I tak zleciało prawie dwa lata. Przyznam, ze mam poczucie, że
      zmarnowałem z nią ostatnich 8 lat na kłótnie o byle co, znoszenie
      jakichś wydumanych pretensji, i znoszenie jej moralności Kalego.
      Przykładowo, kiedy mój brat planował kupic mieszkanie, to
      zastrzegła, że jeśli kupi w tej samej dzielnicy co my, to się
      wyprowadza. Na szczeście nie kupił :). Za to kilka lat później,
      zapytała mnie, czy poręczę jej siostrze kredyt na mieszkanie w...
      sąsiednim bloku :). Oczywiśnie nie poręczyłem, ale zamurował mnie
      jej tupet, że w ogóle z czymś takim wyszła. Inny przykład,
      przyjechała kiedyś do nas moja mama (od razu piszę, że była 2 razy w
      ciągu 4 lat, żeby nie było, że wtrąca się do mojgo małżeństwa), no i
      żona z pretencjami do mnie, że jak chce moja mama przyjechać to
      powinna zapowiadać się tydzień wcześniej i żeby była góra dwa dni.
      Nie pomyślała, że tak samo może byc traktowana np. jej mama. No i
      jej mama była u nas później ze dwa razy, ale nie wymagałem od niej
      tygodniowej zapowiedzi, aż taki bezczelny nie byłem :). Cały czas
      jednak te "tygodniowe zapowiedzi" pamiętam, a tu wczoraj żona pyta,
      czy ewentualnie jej mama mogłaby u nas pomieszkac, bo właśnie
      wychodzi ze szpitala, a za miesiąc ma wizyte kontrolna, a od nas
      bedzie miała bliżej do szpitala (jakieś 20 km) niż ze swojego domu
      (jakieś 170 km). No i dylemat moralny, powiedzieć, że nie, czy
      miesiąc mieć na głowie żone , jej mamę i jeszcze siostrę żony? W
      sytuacji kiedy byłaby u nas jej mama, to przeciez byłaby i jej
      siostra, to oczywiste, bo też mieszka w W-wie. Czuję, że źłe
      zrobiłem, ale nie zgodziłem się.

      Od kwietnia 2008 mamy ustalone na piśmie, że wystąpimy wspólnie o
      rozwód w lipcu 2009, że do tego czasu zakończymy wszystkie wspólne
      sprawy i ustalimy wszystkie szczegóły. Czuję jednak po zachowaniu
      żony, że w lipcu znowu zacznie "chce żeby było miło, jakoś będziemy
      żyć", ale perspektywa iluś tam następnych lat takiej wegetacji,
      huśtawki nastrojów i marnowania zycia sprawiła, że wyszedłem z
      propozycją żeby rozwod zaczać jeszcze w tym roku.

      No i żona unika teraz tej rozmowy jak ognia, a z drugiej strony
      jakiegoś "zalu za grzechy" tez nie ma. Od dwóch tygodni próbuję z
      nią porozmawiać, że tak dalej nie ma co wegetować, albo co gorsza
      kłócić sie jak kiedyś, itd, że sama kiedys stwierdziła, że nic nas
      nie łączy, wiec nie ma na co czekać, weźmy rozwód jak ludzie,
      ustalmy warunki, dogadajmy się do końca roku co i jak, bo szkoda
      życia, ale żona po prostu ucieka od tej rozmowy. W tamtym tygodniu
      powiedziała, ze potrzebuje kilka dni i że porozmawiamy w niedzielę.
      W niedzielę powiedziała, że nie chce rozmawiać, bo strasznie boli ją
      głowa i jest zmęczona, i że nie mam taktu, bo ma własnie mamę w
      szpitalu i to nie jest dobry moment na rozmowę. Wiec na dzisiaj mamy
      ustaloną rozmowę na jutro wieczorem. Zobaczę co jutro wymyśli.

      Sam już nie wiem o co jej chodzi. Na pewno to nie kwestia pieniędzy,
      jak ktoś sugerował we wczesniejszym poście. Kiedy braliśmy ślub, to
      oboje byliśmy tak samo mało-zamożni, a jak na warunki warszawskie to
      nawet biedni (ale te czasy stancji z karaluchami miło wspominam ;).
      Więc to nie kwestie finansowe. To też nie historia starego bogatego
      męża i młodej cwanej żony. Jesteśmy w tym samym wieku. Poza tym
      teraz pieniądze mamy oddzielnie, od prawie dwóch lat.

      Pytałem żonę o co jej chodzi, a ona odpowiada ogólnie, że "nie chce
      się rozwodzić", ale jak pytam dlaczego, to milczy i unika wzroku.
      Nic z tego nie rozumiem,. Jednoczesnie musze przyznac, że teraz
      zachowuje się poprawnie, normalnie (o niebo lepiej niż jeszcze kilka
      tygodni temu). Przecież jeśłi chciałaby się pogodzić, żeby było jak
      dawniej (choć obawiam się, ze to po tylu latach niemożliwe), to by
      prosto z mostu powiedziała: "tak robiłam źle, to to i to, zawieśmy
      sprawę rozwodu, nigdy więcej tak już nie bedzie". Ale nie, nie
      powiedziała tak, tylko "nie chce się rozwodzić" i rozmowy o
      rozwodzie unika jak ognia.

      O co jej moze chodzić?
      • jest w ciązy ???
        i nie chce zostac na lodzie ?
        --
        Teorię ewolucji negują ci , którzy się na nią nie załapali !
      • Hmm, wydaje mi sie, ze twoja zona po prostu.. nie chce sie rozwodzic.

        Nawet jesli cie nie kocha (pisze nawet, bo przeciez nie wiem), to najwyrazniej
        z jakis powodow bardziej oplaca jej sie pozostanie w zwiazku z toba niz rozwod.

        Bo wiesz, odnosze wrazenie, ze te zachowania przez te wszystkie lata po prostu
        sprawialy jakas... perfidna przyjemnosc. Moze ona czerpie radosc z nienawidzenia
        ciebie? Oczywiscie zgaduje, ale wiem, ze sa tacy ludzie. Moze sobie sama nawet
        tego nie uswiadamiac, to czesto jest podswiadome. Z jakis powodow lubi zadawac
        ci bol, wyzywac sie na tobie, zachowywac histerycznie i z tupetem. Po co jej
        zatem rozwod?
        Oczywiscie opieram sie na wlasnych doswiadczeniach. Widzialam taka sytuacje.
        Kobieta wyszla za faceta, ktorego chyba nie kochala (choc moze wtedy o tym nie
        wiedziala) i wlaczyla jej sie jakas spirala nienawisci. Zaczela sie zachowywac
        jak suka, a on taki potulny i cierpliwy znosil to wszystko, co tylko potegowalo
        jej nienawisc i jakis...wstret. Troche na zasadzie kata, ktory czuje pogarde dla
        ofiary za to, ze pozwolila na stanie sie ofiara. I, choc wtedy tego nie
        pojmowalam, mimo calej tej nienawisci, nie chciala sie rozwiesc, bo, no wlasnie,
        okazalo sie, ze czerpie z tej toksycznej sytuacji dziwna radosc.
        Nie twierdze, ze u was tak jest! Ale odpowiadam na pytanie: ona nie chce
        rozwodu, bo moze jej jest dobrze tak jak jest. W koncu to ty sie skarzysz. O tym
        co ona sadzi i czuje nie wiemy nic.
        • stinefraexeter napisała:

          > Hmm, wydaje mi sie, ze twoja zona po prostu.. nie chce sie
          rozwodzic.
          >
          > Nawet jesli cie nie kocha (pisze nawet, bo przeciez nie wiem), to
          najwyrazniej
          > z jakis powodow bardziej oplaca jej sie pozostanie w zwiazku z
          toba niz rozwod.
          >
          >
          > Bo wiesz, odnosze wrazenie, ze te zachowania przez te wszystkie
          lata po prostu
          > sprawialy jakas... perfidna przyjemnosc. Moze ona czerpie radosc z
          nienawidzeni
          > a
          > ciebie? Oczywiscie zgaduje, ale wiem, ze sa tacy ludzie. Moze
          sobie sama nawet
          > tego nie uswiadamiac, to czesto jest podswiadome. Z jakis powodow
          lubi zadawac
          > ci bol, wyzywac sie na tobie, zachowywac histerycznie i z tupetem.
          Po co jej
          > zatem rozwod?
          > Oczywiscie opieram sie na wlasnych doswiadczeniach. Widzialam taka
          sytuacje.
          > Kobieta wyszla za faceta, ktorego chyba nie kochala (choc moze
          wtedy o tym nie
          > wiedziala) i wlaczyla jej sie jakas spirala nienawisci. Zaczela
          sie zachowywac
          > jak suka, a on taki potulny i cierpliwy znosil to wszystko, co
          tylko potegowalo
          > jej nienawisc i jakis...wstret. Troche na zasadzie kata, ktory
          czuje pogarde dl
          > a
          > ofiary za to, ze pozwolila na stanie sie ofiara. I, choc wtedy
          tego nie
          > pojmowalam, mimo calej tej nienawisci, nie chciala sie rozwiesc,
          bo, no wlasnie
          > ,
          > okazalo sie, ze czerpie z tej toksycznej sytuacji dziwna radosc.
          > Nie twierdze, ze u was tak jest! Ale odpowiadam na pytanie: ona
          nie chce
          > rozwodu, bo moze jej jest dobrze tak jak jest. W koncu to ty sie
          skarzysz. O ty
          > m
          > co ona sadzi i czuje nie wiemy nic.

          No i co ta żona z przykładu robi teraz? Dalej mezy tego biedaka, czy
          juz go pochowała?

          mam nadzieję, ze moja żona (jeszcze) nie jest takim przypadkiem, Ja
          stawiam raczej na jeden z tych przypadków:

          1) Chce sie zmienić i pogodzić, ale tak się zaplatała, ze nie wie
          jak. Bo przez ostatnie lata skarżyła się rodzicom, siostrze, mojej
          rodzinie, różnym kolezankom, które się przez te lata przewinęły, jak
          to ma źle. Wiem, bo kilka razy wyszły przypadkowo takie sytuacje w
          czasie spotkania ja-żona-osoba trzecia i jak wtedy skonfrontowałem
          jej kłamstwa, to było jej głupio i zaczynała płakac i mętnie cos
          kręcić, że nie tak mówiła i że nie o to jej chodziło. No i
          przypuszczam, że teraz nie wie jak z tego wyjśc z twarzą, bo
          rozpuszczała takie opowieści a tu nagle okazuje się, że to ona ma
          przeprosić. Chyba o to chodzi, bo powiedziałem jej, że słowo
          przepraszam to za mało, i że jeśłi chce mieć to swoje "żeby było
          miło", to przeprosiny mają być na piśmie, z podaniem za co
          konkretnie najgorszych przypadków. Dlaczego na piśmie? Choćby po to,
          zeby dac jej rodzicom, kiedy w końcu po kilku latach pojechalibyśmy
          razem do nich na święta. Bo w tej chwili to np. jej rodzice znają
          wersje różnych wydarzeń w wydaniu żony (wydanie to wygląda tak,
          jakby ktoś historię II wojny światowej zaczął od momentu, kiedy
          Rosjanie nacierają na Berlin, no wiec oczywiście Rosjanie są be, a
          biedni Niemcy cacy). Takie przeprosiny na piśmie to dla mnie "list
          żelazny", bo nie zamierzam się czuc u jej rodziny jak jakiś intruz
          albo całe święta cos wywlekać i przedstawiać swoją wersje. Z kolei
          dla niej to kwestia honoru i utrata twarzy zwłaszcza wśród rodziny.

          2) wersja, że troche przemyślala z czym się wiąże rozwód, i się
          wstydzi rodziny, znajomych, tym bardziej że pochodzi z małej
          miejscowości (ja też, to nie zarzut :)), a nasze małżeństwo to było
          takie powiatowe big love story, takie lokalne wydanie Romeo i Julia
          z przeszkodami (no ale to było 10 lat temu).

          3) wersja: wezmę go (znaczy mnie) na przeczekanie, może coś sie
          wyklaruje i np. mnie zdradzi, wtedy to bedzie wyglądało zupełnie
          inaczej, ja - biedna kobietka, i on (znaczy ja) ten skur.. i cha..
          zbolały, już dawno to mówiłam,

          4) wersja: poczekamy, zobaczymy, musze się troche rozejrzeć, co i
          jak, i wtedy zobaczymy co dalej, a na razie pogram troche na zwłokę,

          Ja stawiam na wersję nr 1, ewentualnie nr 4.

          Ciekawe co wymyśli w środę, ale bede temat dażył, aż wyciągne z niej
          o co jej właściwie chodzi :)
          • Och tamte malzenstwo wciaz trwa, ale nie jestem blisko z nimi, wiec kto wie,
            moze rozwod nadchodzi. Nie znam szczegolow.

            Wiesz, bez wzgledu na to jaka wersje sie wybierze, wychodzi na to,ze twoja zona
            chce byc "ofiara" i pokazac jak to ona cierpi przez ciebie. Moze taki ma wzorzec
            stosunkow damsko meskich zakodowany w podswiadomosci? Rzeczywiscie wyglada mi na
            to, ze ona usilnie chce doprowadzac do konfrontacji, by wyrzucic z siebie jakies
            zale i gniew. Ale co do szczegolow, typu czemu, jak, gdzie i kiedy to mozna
            tylko zgadywac.
            Pytanie do ciebie: dajesz wam jeszcze jakas szanse? Zalezy ci na tym zwiazku,
            ale dla bycia z nia, a nie z powodu dzieci?
          • > mam nadzieję, ze moja żona (jeszcze) nie jest takim przypadkiem, Ja
            > stawiam raczej na jeden z tych przypadków:
            >
            > 1) Chce sie zmienić i pogodzić, ale tak się zaplatała, ze nie wie
            > jak. Bo przez ostatnie lata skarżyła się rodzicom, siostrze, mojej
            > rodzinie, różnym kolezankom, które się przez te lata przewinęły, jak
            > to ma źle. Wiem, bo kilka razy wyszły przypadkowo takie sytuacje w
            > czasie spotkania ja-żona-osoba trzecia i jak wtedy skonfrontowałem
            > jej kłamstwa, to było jej głupio i zaczynała płakac i mętnie cos
            > kręcić, że nie tak mówiła i że nie o to jej chodziło. No i
            > przypuszczam, że teraz nie wie jak z tego wyjśc z twarzą, bo
            > rozpuszczała takie opowieści a tu nagle okazuje się, że to ona ma
            > przeprosić. Chyba o to chodzi, bo powiedziałem jej, że słowo
            > przepraszam to za mało, i że jeśłi chce mieć to swoje "żeby było
            > miło", to przeprosiny mają być na piśmie, z podaniem za co
            > konkretnie najgorszych przypadków. Dlaczego na piśmie? Choćby po to,
            > zeby dac jej rodzicom, kiedy w końcu po kilku latach pojechalibyśmy
            > razem do nich na święta. Bo w tej chwili to np. jej rodzice znają
            > wersje różnych wydarzeń w wydaniu żony (wydanie to wygląda tak,
            > jakby ktoś historię II wojny światowej zaczął od momentu, kiedy
            > Rosjanie nacierają na Berlin, no wiec oczywiście Rosjanie są be, a
            > biedni Niemcy cacy). Takie przeprosiny na piśmie to dla mnie "list
            > żelazny", bo nie zamierzam się czuc u jej rodziny jak jakiś intruz
            > albo całe święta cos wywlekać i przedstawiać swoją wersje. Z kolei
            > dla niej to kwestia honoru i utrata twarzy zwłaszcza wśród rodziny.
            >
            > 2) wersja, że troche przemyślala z czym się wiąże rozwód, i się
            > wstydzi rodziny, znajomych, tym bardziej że pochodzi z małej
            > miejscowości (ja też, to nie zarzut :)), a nasze małżeństwo to było
            > takie powiatowe big love story, takie lokalne wydanie Romeo i Julia
            > z przeszkodami (no ale to było 10 lat temu).
            >
            > 3) wersja: wezmę go (znaczy mnie) na przeczekanie, może coś sie
            > wyklaruje i np. mnie zdradzi, wtedy to bedzie wyglądało zupełnie
            > inaczej, ja - biedna kobietka, i on (znaczy ja) ten skur.. i cha..
            > zbolały, już dawno to mówiłam,
            >
            > 4) wersja: poczekamy, zobaczymy, musze się troche rozejrzeć, co i
            > jak, i wtedy zobaczymy co dalej, a na razie pogram troche na zwłokę,
            >
            > Ja stawiam na wersję nr 1, ewentualnie nr 4.
            >
            > Ciekawe co wymyśli w środę, ale bede temat dażył, aż wyciągne z niej
            > o co jej właściwie chodzi :)

            Jednak wersja nr 1. Po rozmowie skruszona żona przeprosiła, popłakała i na tę
            kartkę (powiedziałem jej po co mi ta kartka) nawet się zgodziła, bo postawiłem
            to jako podstawowy warunek. Najtrudniej było jej z tą kartką, ale skoro się
            zgodziła, to chyba naprawdę chce porozumienia i ma zamiar się zmienić. Miła jest
            teraz tak jak przed ślubem, tab bardzo, że aż to jest podejrzane. O sylwestrze
            zagaduje, gdzie tu by pójść, a to do kina we dwoje, no nie poznaje jej. Coś sie
            musiało stać, nie wierzę że tak sama z siebie się nagle zmieniła. Może sobie
            pomyślała, ze pojawiła sie jakaś konkurencja ;), bo w ciągu ostatnich miesięcy
            wydałem z 6 tys. na nowe ubrania (sam nie wiem co mnie napadło) i miałem rózne
            pilne sprawy i do domu wracałem później. Jakieś aluzje w tym kierunku kilka razy
            mi czyniła .Nie wiem, w każdym razie nastąpiła zmiana o 180 stopni, ale na
            wszelki wypadek na razie pieniądze zostaja oddzielne i na odwiedziny jej siostry
            (która jakby mogła to by siedziała cały dzień) i mojego brata (który i tak nie
            przychodzi) nadal obowiązuje szlaban na czas nieokreslony. Mam nadzieję, że ta
            zmiana będzie na stałe i za jakiś czas nie będę odgrzebywać tego tematu, żeby
            napisac, że to była tylko krótkotrwała przemiana. Ale gdzies tam w środku wiem,
            że i tak już nigdy nie będzie tak dobrze jak kiedyś, i spodziewam się, że
            wczesniej czy później znowu pokaże różki, wiec na wszelki wypadek zostawiam
            sobie kilka wyjśc awaryjnych,


            • No i co nowego w temacie? Permamentna poprawa, czy chwilowa zmiana?
              Nie wierz, że coś się zmieni, to tylko chwilowy stan, jak to jakaś
              nawiedzona feministka, taka co to nazwisko zostawia swoje po
              ślubie, te feministki tak maja, i jeszcze do tego jak pracuje jako
              jakiś psycholog, jakiś doktorat albo pedagog, albo inny gog to w
              ogóle nie ma szans na normalne małzeństwo. Znałem kiedys parę, gdzie
              ona była doktorem psychologii, normalnie psychiczna baba wykańczałą
              psychicznie męża przez 20 lat, a sama twierdziała, że męczy się w
              toksycznym związku. w końcu sie rozwiedli jak dzieci były
              pełnoletnie, to ta doktorka miast sama zajmowac się psychologią, na
              wizyty u psychiatry chodziła, że niby nikt nie wiedział, potem
              znalazła jakis dwóch menów, ale wytrzymali z nią jeden z pół roku,
              drugi rok. Teraz siedzi sama i drze się na koty, bo ma ich z pięć
              ale jak daje im jeść to nie pouciekały, więc ma na kim się
              powyżywac.
      • Może jest tak, że zwyczajne jest jędzą i tyle.Ale nie zauważyłeś
        tego przed ślubem.
        A moze tak, ze czegoś jej w małżeństwie brakowało i zwyczajnie
        wyżywała się na Tobie.

        Nie widzę w Twoim poście agresji, złośliwości, czyli chyba nie
        jesteś takim potworem?:)


        Nie chce rozwodu, bo jest w swoim żywiole móc "wyżywać" się na
        tobie, wylewać swoje żale. Jak Ciebie braknie - co pocznie? Będzie
        znów musiała się starać kogoś znaleźć, a już nie taka młoda itd.
        Jest jej wygodnie, bo gdyby rzeczywiście miałą Cię dosyć, dawno
        rozwiodła by sie z Tobą. Ale jej po prostu odpowiada takie życie.
        Przyjrzałeś sie jej stosunkom w rodzinie, stosunkom ojca do jej
        matki? Bardzo często nieświadomie powtarza się zachowania rodziców i
        przenosi je na własną rodzinę.


        Jeżeli chcecie z sobą coś zrobić by było lepiej, poszukajcie poradni
        małżeńskiej. Przecież kiedyś kochaliście się, a miłość potrafi
        wybaczać.


        > Przecież jeśłi chciałaby się pogodzić, żeby było jak
        > dawniej (choć obawiam się, ze to po tylu latach niemożliwe), to by
        > prosto z mostu powiedziała: "tak robiłam źle, to to i to, zawieśmy
        > sprawę rozwodu, nigdy więcej tak już nie bedzie".
        Charakter trudno zmienić. Może samo stwierdzenie, że nie chce
        rozwodu, to dla niej przyznanie się do "winy"?
        • green_land napisała:
          > Nie chce rozwodu, bo jest w swoim żywiole móc "wyżywać" się na
          > tobie, wylewać swoje żale. Jak Ciebie braknie - co pocznie? Będzie
          > znów musiała się starać kogoś znaleźć, a już nie taka młoda itd.
          > Jest jej wygodnie, bo gdyby rzeczywiście miałą Cię dosyć, dawno
          > rozwiodła by sie z Tobą. Ale jej po prostu odpowiada takie życie.
          > Przyjrzałeś sie jej stosunkom w rodzinie, stosunkom ojca do jej
          > matki? Bardzo często nieświadomie powtarza się zachowania rodziców i
          > przenosi je na własną rodzinę.

          Wlasnie o to mi chodzilo w moim poscie powyzej. Jej taka sytuacja odpowiada -
          moc sie wyzyc na tobie. To znaczy tak to wyglada moim zdaniem, a jak jest
          naprawde, ktoz to wie.
          • Od kwietnia 2008 mamy ustalone na piśmie, że wystąpimy wspólnie o
            rozwód w lipcu 2009,

            ke?!

            ale Ty nie jesteś moim byłym ukochanym, który pisał oświadzenia dla
            kolegów, że ode mnie odchodzi z dniem tym i tym?

            Bo takiego agregata miałam/

            Aaa... a agregat miał dżezowych kolesiów. Jeden z nich zostawił
            pannę, gdyż
            uwaga !
            uwaga!
            tadam!
            NEGATYWNIE PROJEKTOWAŁA KEGO NADŚWIADOMOŚĆ
            --
            Kobieta, która jęczy w nocy, nie warczy w dzień
            • A co cię tak dziwi? Nie znam twojego "agregata", ale z moją zona jak czegoś nie
              masz na piśmie, to zapomnij, że coś ustalałeś. Nic nie będzie pamiętac, gdy
              będzie jej tak wygodnie. Jeszcze przysięgnie w żywe oczy i się wyprze, jak
              robiła wczesniej w jednej bardzo waznej sprawie.

              Aż tak cie dziwi, że w miare cywilizowanie próbuję coś ustalić z wyprzedzeniem?
              To lepiej ekspresyjnie rzucac talerzami i rąbac meble? Przeciez trzeba
              przygotowac się na sprzedaz mieszkania, zwłaszcza teraz nie jest łatwo sprzedać
              duże mieszkanie, trzeba znaleźć dwa inne mieszkania, a lipiec 2009 to po
              wakacjach, możliwe że po rozwodzie nasze dziecko bedzie chodzić do innej szkoły,
              Ja z tymi ustaleniami nie obnosze sie po kolegach, jak twój "agregat" (ciekawe
              jak on by cię nazwał :), to nasze wewnętrzne ustalenia.

              Nie wiem po co twój były "agregat" pisał te oświadczenia dla kolegów, nie podoba
              mi się też to KE, to taka maniera przejęta od dżezowych kolesiów "agregata"?



              .
              • A co cię tak dziwi?

                pisanie oświadzen, że w 2009 się rozwodzimy

                To lepiej ekspresyjnie rzucac talerzami i rąbac meble? Przeciez
                trzeba
                > przygotowac się na sprzedaz mieszkania, zwłaszcza teraz nie jest
                łatwo sprzedać
                > duże mieszkanie

                nie, jest jeszcze coś pomiędzy trzaskaniem garami a oświadczeniami
                można, dajmy na to, złożyć pozew rozwodowy po prostu

                Ja z tymi ustaleniami nie obnosze sie po kolegach, jak
                twój "agregat" (ciekawe
                > jak on by cię nazwał :), to nasze wewnętrzne ustalenia.

                po kolegach nie, ale połowa forum ekscytuje sie już Waszymi
                ustaleniami, więc mowa o domowym zaciszu jest nie na miejscu


                nie podob
                > a
                > mi się też to KE

                to sie oflaguj

                to taka maniera przejęta od dżezowych kolesiów "agregata"?
                >


                nie, nie od kolegów
                nie zauważyłeś w przelocie, że agregatowi kumple dysponowali
                słownikiem nieo bardziej, hm... wysublimowanym (nie chciałam używac
                słowa - nadetym)


                --
                Kobieta, która jęczy w nocy, nie warczy w dzień
            • 04.11.08, 19:27
              Mąż mojej znajomej kazał jej podpisać "oświadczenie do kochanych dzieci", że to
              ona chciała rozwodu więc zobowiązuje się sama dzieci utrzymywać (troje) i nie
              wymagać od niego żadnych finansów ani opieki nad nimi :PPPP
              tak szalenie kocha chłopina dzieci :))
              • fimka napisała:

                > Mąż mojej znajomej kazał jej podpisać "oświadczenie do kochanych dzieci", że to
                > ona chciała rozwodu więc zobowiązuje się sama dzieci utrzymywać (troje) i nie
                > wymagać od niego żadnych finansów ani opieki nad nimi :PPPP
                > tak szalenie kocha chłopina dzieci :))

                Może troche więcej szczegółów, dlaczego ta zona chciała rozwodu? To może uczyni
                wtedy tę sytuację o wiele mniej śmieszną.

                A i mit matki-Polki poswięcająej się dla dzieci może doznać uszczerbku.

    • bardzo ciekawa kwestia, jednak mysle, ze chodzi to o wieksza
      kwestie, tzn 'wybaczenia' - mozesz sie mscic ale mozesz tez
      wybaczyc - nie tylko dla niej, ale glownie dla siebie
      czy chcesz zyc z poczuciem, ze robisz cos zlego? czy chcesz miec
      takie 'wspaniale malzenstwo' - lepiej wykorzystaj ta sytuacje,
      postaw swoje warunki - takie ktore prowadza do lepszego malzenstwa,
      zona na pewno sie podporzadkuje pod grozba rozwodu
      no chyba, ze zona Ci nie pasuje i rzeczywiscie chcesz rozwodu...
    • patologia.
      wychowywanie w takiej atmosferze dziecka to zbrodnia na jego emocjach.
      zamiast się dawno rozwieść, albo iść z zoną na terapię to zabawiasz się jak
      gó...arz w odgrywanie się tym samym... pokazówka kto postawi na swoim. W
      związkach przemocowych schemat kat-ofiara bywa zamienny. Gdy jedna osoba ma
      słabszy czas to druga się odgrywa, mści i rośnie w siłę jej kosztem. Chory
      patologiczny związek ze znamionami psychicznej przemocy.

      Biedne to dziecko.
      • > zamiast się dawno rozwieść, albo iść z zoną na terapię to
        zabawiasz się jak
        > gó...arz w odgrywanie się tym samym... pokazówka kto postawi na
        swoim.
        To powinien być zarzut do niej, nie do niego. To ONA nie chce
        rozwodu i gra na zwłokę. Na krótko się poprawia i pewnie wkrótce
        wróci do starych przyzwyczajeń. Pierwsza zaczęła stawiać absurdalne
        warunki.
        A facet robi dobrze - skoro ona ma krótką pamięć a spisywanie
        ustaleń daje efekt - dobrze robi.
        No i nie rozumiem - kobieca solidarność? On "zabawia się jak
        gó...arz", a jak jej zachowanie nazwać? Jakoś nie wygląda mi na to,
        ze facet sobie to wyssał z palca. Nie pisze agresywnie, pisze "moja
        żona", nie "ona". Próbował, ale nie widzi chyba szans na polepszenie
        wzajemnych relacji. Z jego postu nie zieje ogień. Raczej rezygnacja.


        > W związkach przemocowych schemat kat-ofiara bywa zamienny
        Gdyby było tak, jak piszesz, nie zastanawiał by się ani chwili - nie
        zgodził by się na dzień dobry na przyjazd jej matki.
        Coś mi się widzi, że jego kobieta ma problem i to spory. I to od
        niej zależy, czy będzie chciała uratować swoje małżeństwo.
        • jej tu nie ma, jest jej mąż który opisuje zadowolony z siebie jak z PREMEDYTACJĄ
          I ROZMYSŁEM kontynuuje patologię, możliwe, że zapoczątkowaną przez żonę. Ale
          za kondycję małżeństwa odpowiadają WSPÓLNIE. Nikt nie każe mu TAKIEGO małżeństwa
          kontynuować a podejmując jej zasady właśnie to robi od dawna.
          Małżeństwo? oddzielne półki w lodówce? żenua... I oczywiście to dla dobra
          dziecka. Biedne dzieci.
    • ....
      Ja bylam dzieckiem walczacych rodzicow i jak ktos tu slusznie napisal - rozwod
      jest czasem lepszy, ja chcialam zeby rodzice sie rozwiedli,bo osobno byli
      spoko,ale razem - masakra. Rozwiedli sie i wiesz co? Bylo duzo lepiej. Lepiej
      miec mame i tate osobno - wtedy czas poswiecaja dziecku a nie klotniom. A zawsze
      mozesz wystapic o sadowne ustalenie widzen. Poza tym,jesli ona zacznie nastawiac
      dziecko przeciw Tobie,to sama na siebie ukreci bicz,bo dziecko dorosnie i samo
      oceni,czy mamusia mowila prawde,czy tez nie. Jesli nie,to ona sie bedzie musiala
      tlumaczyc, nie Ty. Po rozwodzie miej zawsze otwarte drzwi dla syna, mysle,ze
      jesli chodzi o jakosc czasu razem, to sie poprawi. Pozdrawiam.
      • A czego Ty tak naprawdę chcesz? Rozwodu, czy bycia razem? Bo już nie wiem.
        Jakieś zobowiązania, poświadczenia na kartkach.Chore jazdy.Cyrk pierwszej
        wody.Dorośnijcie w końcu, bo zatruwacie życie Waszemu dziecku chorzy egoiści.
    • dlaczego sie z nia nie rozwiedziesz i nie puscisz jej z torbami?

      --
      Zdesperowany Królik
      • bo jest zbyt zaangazowany - nie tylko konstruktywne uczucia bardzo
        angazuja - szkoda tylko, ze w ten sposob moze Wam uplynac cale
        zycie...


        tygrysio_misio napisała:

        > dlaczego sie z nia nie rozwiedziesz i nie puscisz jej z torbami?
        >

      • Czytam, czytam i oczom nie wierzę, jak można byc takim naiwnym. Nie
        bądź głupi, ludzie się nie zmieniają, ona tobą ewidentnie
        manipuluje. Rzuć ją w cholerę, nie ma nad czym się zastanawiać,
        szkoda na nia życia. z tego co pisałeś widać że to nie był przecież
        jeden czy dwa wyskoki tylko wieloletnie działanie z premedytacją.
        myslisz, ze nagle jak za dotnieciem magicznej rozczki ona zmieniła
        sie w anioła. jeszcze wspomnisz mije słowa, na pewno jest jakiś
        powód jej naglej zmiany, nie wierz ze to jej dobra wola, to jakies
        drugie dno musi być, obyś jak najszybciej przejrzał na oczy. i tylko
        dziecka szkoda. powodzenia
    • Tylko pytanie: co dalej?
      Nie szanujecie się, nie ufasz jej, z opisu wnioskuję, że raczej się
      nie kochacie, więc co Was trzyma? Po co mieszkacie razem? Będziecie
      tak egzystować tylko po to, żeby robić sobie na złość? Co to za
      życie?
      --
      ups :)
    • To że trafiła Ci sie histeryczka, dawałeś sie robić w bambuko, a
      Twoje małżeństwo jest, delikatnie mówiąc, nieudane nie znaczy, że
      każda kobieta narzekajaca na forum na meża/partnera jest taka ja
      Twoja żona. Ludzie są różni, świństwa potrafią robic faceci i
      kobiety.

      Swoja drogą dziwie sie, że ciągle jesteście razem. Kolejny związek
      na zasadzie "no trudno".
    • Septemberro, takich historii jak Twoja jest mnóstwo, niestety, ale to jest
      oczywiste chyba dla każdego.
      Moim zdaniem największym błędem w takich sytuacjach jest to, że małżonkowie mają
      przekonanie o tym, iż lepiej trwać w takim toksycznym związku ze względu na
      dzieci. Tylko, że tak naprawdę to gorszą krzywdę robimy dzieciom właśnie wtedy
      gdy tkwimy w czymś takim. Dzieci doskonale wyczuwają nastroje, atmosferę w domu.
      Gdy rodzice nie są szczęśliwi - one również. Możecie mi wierzyć...one wiedzą.
      Piszę o tym bo sama popełniłam ten sam błąd i bardzo tego żałuję:)
      Chcę się jeszcze odnieść do jednej rzeczy. Otóż rzeczywiście zaburzony poziom
      hormonów może wpływać na nastrój i zachowanie, szczególnie w niektórych dniach
      miesiąca. Chcę powiedzieć, że ja też zażywam Euthyrox:))))))))))))) i myślę, że
      wpływa on na moje stany emocjonalne. Kiedyś wpadałam w taki stan złości(powód
      był nieważny, mogła to być błahostka) złości, a nawet można powiedzieć szału, że
      aż samą mnie to zaczęło przerażać.
      Zupełnie nie wiedziałam skąd to się bierze, myślałam, że po prostu taka ze mnie
      straszna baba, że mam tak paskudny charakter...Było to dla mnie tak
      przygnębiające, że musiałam coś z tym zrobić...i zaczęłam pracę nad sobą.
      Zupełnie przez przypadek okazało się, że mam bardzo wysoki poziom hormonów,
      przypisano mi właśnie w wspomniany wyżej lek. Nie wiem co bardziej podziałało,
      moja ciężka praca nad sobą czy to lekarstwo, ale jedno jest pewne: już nie
      miewam tych szałów wściekłości, a nawet agresji...i czuje się z tym cudownie!
      No tak, ale w przypadku Twojej żony to chyba jednak on nie skutkuje.
      Zmienić całkiem charakteru się nie da, ale można nauczyć się panować nad
      niektórymi naszymi emocjami, zachowaniami. Ja jestem tego przykładem i piszę o
      tym z dumą:)
      Szczerze mówiąc...nie widzę przyszłości Waszego związku, przykro mi, ale tak
      myślę... no chyba, że Twoja żona zacznie nad sobą pracować:) Oczywiście mogę się
      mylić bo nie jestem żadną tam wyrocznią:)
      Ciekawa jestem czy Twoja żona sama siebie lubi...zapytaj ją o to...

      Mimo wszystko będę trzymała kciuki:)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.