Dodaj do ulubionych

Ks. Aleksander Radecki - Droga Krzyżowa

02.04.10, 10:28
Edytor zaawansowany
  • 02.04.10, 10:29
    „Zasądźmy Go na śmierć, bo nam niewygodny”; wyrzućmy Boga poza
    nawias życia, historii, aby żyć tak, jak gdyby Bóg nie istniał – oto
    współczesna nam wersja wyroku na Jezusa.
    Jaki jednak „interes” ma w tym człowiek, by żyć bez Boga? Jeżeli
    Boga nie ma, to wszystko wolno! Czyli – jesteśmy u początku, jak
    wtedy w raju, gdzie człowiek miał dokonać wyboru wobec
    pokusy: „Będziecie jak Bóg”. „Nie będę służyć!” – oto echo buntu,
    który nie jest nam obcy.
    Ilu ludzi w tej naszej parafii „żyje, jak gdyby Bóg nie istniał”?
    Popatrzmy na frekwencję podczas Eucharystii w dzień Pański; policzmy
    rozwody, zdrady małżeńskie, przemoc w różnych jej postaciach – także
    w rodzinach; niegodziwe zyski najróżniejszych handlarzy (handel w
    niedziele, dealerzy narkotyków, agencje towarzyskie…wink; ilu
    ochrzczonych omija konfesjonał, stół Pański; ilu codziennie bluźni
    Bogu…
    Pytamy z niepokojem, co robić, w jaki sposób towarzyszyć zwłaszcza
    ludziom młodym, których Ty Jezu, powołujesz do współpracy z sobą w
    dziele zbawiania świata? Jak nie pogubić tych, którzy wprawdzie
    uroczyście przyjmą Ciebie po raz pierwszy do serca w wieku 9 lat, w
    6 lat później proszą o Ducha św. w bierzmowaniu, ale już w szkole
    średniej gotowi są żałować, że ktoś kształtował ich w szkole
    Ewangelii? Jak zatroszczyć się o Twoją, Panie, obecność pośród
    świata, skoro religia, wiara miałaby być tylko czymś prywatnym i
    indywidualnym?

    Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!
    Zmiłuj się nad nami!
  • 02.04.10, 10:29
    Stacja ta stawia wyznawców Chrystusa wobec konieczności wzięcia
    krzyża i wpisania go w całe swoje życie.
    Wszelkie ziemskie organizacje, partie czy spółki zaczynają od
    eksponowania korzyści, jakie dadzą każdemu, kto do nich przystąpi.
    A ty, Jezu – co obiecujesz ludziom idącym za Tobą, jakie nam
    stawiasz warunki? „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze
    samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo
    kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z
    mego powodu, znajdzie je”; „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a
    wręcz się ogląda, nie nadaje się do Królestwa Bożego”; „kto miłuje
    ojca, matkę i siebie bardziej niż Mnie – nie może być moim
    uczniem”; „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą
    prześladować”; „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i
    prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na
    was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w
    niebie”.
    Czy to aby na pewno dobra „reklama” Królestwa Bożego? Czy można
    dziwić się, że nie pobiegną za Tobą, Nauczycielu z Nazaretu, tłumy,
    skoro świat obiecuje im rzeczy znacznie weselsze i przyjemniejsze?
    Co jest moim krzyżem dziś? Brak zdrowia; wyczerpująca praca;
    pijaństwo męża; obojętność rodziny i sąsiadów; bieda materialna;
    nałogi; samotność; niezrozumienie w małżeństwie; bezrobocie;
    niepowodzenia w realizacji zamierzonych planów? Jak długa może być
    ta lista Panie Jezu? Ale już wiem, że nie warto marnować energii na
    stawianie pytań „dlaczego?” „dlaczego ja?” „dlaczego cierpienie?” Bo
    tak naprawdę staje przede mną jedyne sensowne pytanie: jak cierpieć:
    bezmyślnie, głupio i bezowocnie – czy świadomie i obiecująco na
    doczesność i wieczność, bo z Tobą, Panie Jezu?
  • 02.04.10, 10:30
    Świętemu Augustynowi zawdzięczamy takie zdanie: „Jeżeli Bóg jest na
    pierwszym miejscu, wszystko jest na swoim miejscu”. Nic więc
    dziwnego, że pierwsze przykazanie Boże i pierwsze przykazanie
    miłości domagają się poszanowania owej hierarchii – i to dla
    zagwarantowania nam szczęścia już tu, na Ziemi.
    Niestety, dalecy jesteśmy od tego ideału.
    Gdy patrzę na pierwszy upadek Jezusa, myślę o tylu katolikach,
    którzy niby wierzą, nawet czasami praktykują i jakoś na zewnątrz „są
    w porządku” – jednak ich serce, myśli, styl życia dalekie są od
    Bożego planu. Aby trwać w wierze, konieczne jest nieustanne trwanie
    w Bogu! Nonsensem jest twierdzenie: „jestem wierzący, ale
    niepraktykujący”. Co więcej, te słowne deklaracje dotyczące wiary,
    musimy uczciwie weryfikować w rachunku sumienia dokonywanym w
    świetle Bożej nauki, a nie własnych pomysłów.
    Osobista, codzienna żarliwa modlitwa; niedzielna i świąteczna
    Eucharystia; wierność przykazaniom, życie w łasce uświęcającej na co
    dzień; rzetelne wykonywanie swoich obowiązków stanu; czynna miłość
    bliźniego; pielęgnowanie życia wspólnotowego w rodzinach i
    sąsiedztwie – oto elementarz, bez którego nie ostoi się moja wiara.
    Popatrzmy uczciwie na swoje mieszkania, czy są one jeszcze
    świadectwem, że żyją w nich chrześcijanie? Popatrzmy jak łatwo
    zdjęliśmy z szyi medalik na rzecz podejrzanych wisiorków i amuletów;
    jak szybko „wyemigrował” z naszej kieszeni różaniec; jak nam dobrze
    jedzenie smakuje bez modlitwy dziękczynnej; jak łatwo ginie w
    hałasie dnia codziennego dźwięk dzwonu wzywającego do modlitwy Anioł
    Pański; jak trudno znaleźć – wśród wielu możliwości i propozycji
    czasopismo katolickie…
    Panie przymnóż nam wiary! Panie zaradź memu niedowiarstwu!
  • 02.04.10, 10:31
    Boję się tych wszystkich „mędrców”, którym Ty, Matko Boga i ludzi
    zawadzasz. Tuż po wyborze Jana Pawła II świat Zachodu zakrzyknął w
    publikatorach, że będzie to papież zacofany, bo… Maryjny! Iluż to
    ludziom, zwłaszcza młodym, pokrętne teorie pseudo – teologów wydarły
    z rąk różańce? Skąd ten strach, że kult maryjny w Polsce przysłania
    czy przysłoni Pana Jezusa?
    Mówią nam, że Europa żyje i wychowuje się bez ojca – cywilizacja bez
    ojców, kryzys ojcostwa. A jeśli do tego jeszcze odbierze się ludziom
    matkę?!
    Czy można żyć bez matki?
    Tak, tak – można… Zobacz: domy dziecka, policyjne izby dziecka,
    dzieci ulic wielkich metropolii, a nawet wysiłki adoptowania dzieci
    przez homoseksualistów. Może dziecko żyć bez matki, oj może;
    popatrzmy tylko jakie jest „szczęśliwe”, jak się „uroczo” kiwa w
    swej sierocej wegetacji…
    Wiara, chrześcijaństwo bez Matki Bożej? Polska bez Tej, co jasnej
    broni Częstochowy, bez ślubów jasnogórskich, pielgrzymek, bez
    wieczornego Apelu, gromnicy, wianków i kwiecia święconego w dzień 15
    sierpnia? Powołani bez Niepokalanej? Tylko ten, któremu Maryja
    depcze głowę, może podsyłać nam takie pomysły…
    Owszem, trzeba nam zatroszczyć się o prawdziwy, zdrowy, głęboki kult
    maryjny – tak, by Ona była nam wzorem do naśladowania, by
    rzeczywiście była wychowawczynią, przewodniczką pewną do nieba.
    Matko Boża, pozwól mi i pomóż zacząć to wielkie dzieło uzdrawiania
    pobożności maryjnej – od siebie.
  • 02.04.10, 10:32
    „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych,
    Mnieście uczynili” – tak będzie brzmiała sentencja wyroku w dniu
    ostatecznym.
    Wiem – i co z tego?
    Ileż to razy obojętnie mijam Ciebie, Chryste, i nawet nie usiłuję
    rozpoznać w tylu potrzebujących? Wyłączyć dzwonek, odwrócić głowę,
    wykpić się kanapką czy drobną monetą, ciuchami starymi, które
    oddałem w ramach tygodnia miłosierdzia lub złotówką na Wielką
    Orkiestrę Świątecznej Pomocy, świecą na wigilijny stół…
    To nie wystarczy, gdyż miłosierdzie musi się stać moją naturą! Nie
    wystarczy tym bardziej, że oprócz biedy materialnej, istnieją całe
    obszary nędzy duchowej, która domaga się mojego zaangażowania:
    ludzie smutni, załamani, zranieni, szukający sensu życia – czyz nie
    mają prawa liczyć na mnie?
    Miłosierdzie oznacza taką postawę, dzięki której inni czują się obok
    mnie piękniejsi, lepsi, bezpieczniejsi. Pozwala ono pozostawić
    odpowiednią przestrzeń, w której może swobodnie rozwijać się bliźni.
    To miłosierdzie każe mi dbać o to, bym nie robił wokół siebie
    zbytniego hałasu i nie pozostawiał po sobie bałaganu, który później
    muszą sprzątać inni. Może się rozpocząć od cichego zamykania drzwi i
    mycia po sobie wanny w łazience; od wysłania wszystkim członkom
    rodziny świątecznych pozdrowień i życzliwego zainteresowania losem
    sąsiadów z tej samej klatki schodowej czy szkolnej ławki.
    Panie Jezu, bogaty w Miłosierdzie; ucz mnie być prawdziwie
    miłosiernym, skoro tylko tacy – miłosierni – miłosierdzia dostąpią.
  • 02.04.10, 10:32
    To, czego spodziewają się po chrześcijanach wszyscy, nawet
    niewierzący – to piękne, pełne człowieczeństwo. Zanim będzie
    ogłaszana Ewangelia, zanim zaczną się dyskusje i przekonywania,
    ruchy charyzmatyczne i „mówienie językami” – najpierw jest kontakt
    na płaszczyźnie człowiek – człowiek. Nic więc dziwnego, że wszelkie
    ludzkie biedy zawsze „uciekały pod kościół” rozumując prawidłowo i
    logicznie: „jeśli oni naprawdę wierzą, nie mogą minąć mnie
    obojętnie”.
    Weronika nie była teoretykiem – zrobiła to, co mogła w danej
    sytuacji zrobić i co należało zrobić, by ulżyć Skazańcowi. Wykazała
    się wobec Pana Jezusa i otaczającego Go tłumu odwagą, realizmem,
    delikatnością.
    A czy ja mogę spać spokojnie, patrząc na poziom swojego codziennego
    stylu życia? Bo umiem jeść łyżką i widelcem i wiem nawet po co jest
    nóż obok talerza – brawo; myję zęby parę razy dziennie odpowiednią
    pastą – świetnie; myję też bez przypomnienia ręce przed jedzeniem,
    nie obgryzam paznokci, nie przeklinam (zbyt głośno i często) znam
    dwa języki obce, obsługuję komputer…
    To nie wystarczy!
    Mieć zgadujące oczy, wrażliwe uszy, rozbudowaną wyobraźnię serca –
    tak, by inni wreszcie trafiali do Pana Boga – oto mój
    program! „wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili
    i wy im czyńcie!”
    Pamiętasz, na co najbardziej czeka człowiek podczas choroby,
    zwłaszcza w szpitalu? Pamiętasz, jak ważne było dla ciebie
    zauważenie przez bliźnich twojego smutku, strapienia, łez – jaką
    wagę ma wtedy każde wypowiedziane serdecznie słowo? Pamiętasz jak
    boli, gdy ktoś zapomni o twoich imieninach, zignoruje twój sukces,
    ośmieszy cię przed ludźmi?
    Aby ludzie widzieli dobre czyny w nas i chwalili Ojca, który w
    niebie jest..
    Weroniko – na pomoc!
  • 02.04.10, 10:33
    O Jezu, gdzie jest – po latach kroczenia za Tobą – mój zapał,
    gorliwość, entuzjazm? Jak uda mi się zapalić i porwać innych, gdy
    sam ledwie kopcę, ledwie pełznę w Twej służbie? Jak często powtarzam
    refren: „nie chce mi się”; „mam już wszystkiego dość”; „dajcie mi
    wreszcie święty spokój”.
    Jestem gotów szukać przyczyn tego stanu rzeczy: „bo tatuś nigdy mi
    nie powiedział, że mnie kocha”; „w szkole mówili, że nic ze mnie nie
    będzie”; „przełożeni mnie nie doceniają”; „czuję się wyzyskiwany, a
    do nagród i wyróżnień to zawsze są ci inni”; „doskwiera mi
    samotność”… Jak długa jeszcze może być taka „litania” moich zranień,
    skarg i zażaleń?
    I tak wolę rozwalić małżeństwo, niż walczyć ze swoim superegoizmem,
    włączyć telewizor lub wypić wysokoprocentowy napój, zamiast
    porozmawiać z najbliższymi w gronie rodzinnym; odejść od Kościoła,
    zamiast słuchać dobrze ukształtowanego sumienia, zadusić w sobie
    głos powołania kapłańskiego czy zakonnego i wybrać coś
    znacznie „atrakcyjniejszego”, prostszego…
    Dlaczego jednak nie potrafię przyjść do Ciebie, Jezu, gdy mi ciężko,
    samotnie i źle? Przecież obiecałeś: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy,
    którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Upadam
    znużony i zniechęcony, bo nie szukam w Tobie, Panie, „źródła
    zasilania”, pokładając ufność raczej w człowieku i sobie samym… Czy
    rzeczywiście psycholog, telefon zaufania lub rubryka porad w
    kolorowym tygodniku, skutecznie zastąpi regularną, systematyczną
    spowiedź oraz częstą Komunię Św.?
  • 02.04.10, 10:34
    Przy tej stacji musimy pomyśleć o losie, jaki sobie gotujemy poprzez
    relacje do kobiet. Bo owszem: polityka państwa, które musi
    zabezpieczyć los rodzin, troskę o zdrowie, ochronę prawną,
    bezpieczeństwo publiczne. Ale ostatecznie klimat wobec dziewictwa,
    macierzyństwa, kobiecości – tworzymy absolutnie wszyscy!
    „Płaczcie nad sobą” – mówi Jezus do kobiet, spotkanych podczas swej
    drogi na Kalwarię – i trzeba to usłyszeć tu i teraz. Nasze
    słownictwo, żarty, gesty, spojrzenia, gotowość pomocy w sytuacjach
    trudnych dla kobiet i rodzin, troska o prawdziwe wychowanie młodych
    do życia w rodzinie, zrozumienie potrzeb psychicznych, duchowych
    kobiet, ukazywanie młodym dziewczynom prawdziwego obrazu i ideału
    kobiety…
    Panowie – macie się z czego spowiadać przy tej stacji pamiętając,
    jak potraficie „uprzedmiotowić” kobiety w imię waszego męskiego
    egoizmu i nieuporządkowanej zmysłowości!
    Ale też powiedzcie mi wy, panie, jak wam pomagać i jak was bronić,
    gdy same robicie wszystko, by równouprawnienie oznaczało…
    równoupodlenie; gdy wy same wstydzicie się i zapieracie swej
    kobiecej godności poprzez tyle grzechów?!
    Był w Polsce jeszcze nie tak dawno święty zwyczaj całowania kobiety
    w rękę; przypominał on całującym i całowanym o sprawach
    najważniejszych! W czyim interesie leżało wykpienie i wyrugowanie
    tego gestu? Co się stanie z nami wszystkimi, gdy kobiecie „wybijemy
    z głowy” małżeństwo i macierzyństwo, gdy przegonimy ją z domu
    i „równouprawnimy” tak, że straci swoją tożsamość i zaprze się
    swojego kobiecego geniuszu?
    Więc płaczcie nad sobą i nad waszymi dziećmi, bo są takie łzy, które
    oczyszczają oczy serca i niosą ratunek przez nawrócenie.
  • 02.04.10, 10:34
    Wywołajmy takie oto dwa obrazy, patrząc na trzeci upadek Pana Jezusa:
    Na ziemi leży mężczyzna, do którego głowy, szyi, tułowia, rąk i nóg
    przywiązane są stalowe liny. Każdą z nich ciągnie w swoją stronę
    rozhukany wierzchowiec. Konie te mają różne
    imiona: „władza”, „sława”, „pieniądze”, „pożądanie”, „sukces”… Jaki
    będzie ostatecznie los tego człowieka?
    Obraz drugi: ten sam człowiek, te same liny, te same konie. Ale on,
    człowiek, trzyma mocno w swych rękach końce owych lin i konie idą
    dokładnie tam, gdzie on im każe!
    Proste, jasne, prawda? A jednak – jak trudno wybrać tę drugą wersję!
    Codziennie widzimy, jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez tyle
    słabości. Jeśli człowiek ma problem z tym, by w piątek nie jeść
    mięsa i wędlin, to jak poradzi sobie w sytuacji stokroć
    silniejszych pokus? „Muszę wypić”, „muszę zapalić”, „muszę to
    mieć”, „muszę tam być”… W efekcie tysiące osób traci życie z powodu
    czyjejś nietrzeźwości; niszczymy zdrowie, gdyż trudno nam o
    zdroworozsądkową dietę lub o powstrzymanie się od używek i trucizn;
    lenistwo prowadzi nas do ruiny gospodarczej…
    Trwa jeszcze Wielki Post, a ja pytam o swoją dyspozycyjność,
    wolność, panowanie nad sobą, o umartwienie. Czy zrobiłem cokolwiek?
    Posłuchajmy parafrazy znanego psalmu 23:
    Telewizja jest moim pasterzem,
    niczego mi nie braknie.
    Pozwala mi leżeć wygodnie na sofie,
    prowadzi mnie na drogi niewiary,
    niszczy moją duszę.
    Wiedzie mnie po ścieżkach seksu i przemocy
    ze względu na zyski z reklamy.
    Chociażbym chodził ciemną doliną
    chrześcijańskiej odpowiedzialności,
    zła się nie ulęknę, bo telewizja jest ze mną.
    Jej wpływ i kontrola pocieszają mnie.
    Przygotowuje ona komercjalną ucztę
    według światowych standardów;
    namaszcza mi głowę humanizmem
    i komercjonalizmem,
    mój umysł przepełniony jest nimi.
    Tak, lenistwo i ignorancja pójdą w ślad za mną
    Po ostatnie dni mego życia.
    I pozostanę w domu, oglądając telewizję
    po najdłuższe czasy.

    Czy aby na pewno ten tekst mnie nie dotyczy i nie jest mi potrzebny
    do zastanowienia?
  • 02.04.10, 10:35
    Św. Jan Vianney nazywał spowiedź św. „sakramentem obnażania siebie”.
    Człowiek ma zobaczyć swoją słabość, siebie brzydkiego, niemiłego,
    nieznośnego – i właśnie takiego odnaleźć. Ma stanąć w prawdzie i
    wtedy właśnie – jako jedyny ratunek dla siebie – odnajduje Boga.
    Najpierw odnajdujemy siebie, potem Boga. Inaczej nie damy sobie rady.
    Jak to jest, że sakrament pokuty ciągle wymaga zachęt,
    przynagleń, „reklamy”?
    Owszem, nasz odwieczny nieprzyjaciel szatan zrobi wszystko, aby nas
    od kratek konfesjonału odciągnąć. Ale i my winniśmy mieć już
    świadomość, że brak regularnej, systematycznej spowiedzi na pewno
    obróci się przeciw nam. Przeszkodą dla bardzo wielu są nie tylko
    względy ludzkie: wstyd przed księdzem, strach, ale może jeszcze
    bardziej brak poczucia winy, nie nazywanie grzechu po imieniu, a
    wreszcie – brak decyzji o nawróceniu!
    Ile zmian w parafii musielibyśmy wszyscy zauważyć, gdyby tegoroczna
    spowiedź wiązała się z prawdziwym nawróceniem? Ile czasopism
    zwróciliby sprzedawcy do wydawnictw; ile sklepów i bazarów byłoby
    zamkniętych w niedziele i święta; ilu ludzi musiałoby powrócić do
    żon, mężów, dzieci; ile domów dziecka stałoby się niepotrzebnych;
    ile rąk wyciągnęłoby się do zgody i gestu przebaczenia…
    Panie, nie daj mi przeżywać spowiedzi „na niby”…
    Panie, zmiłuj się nad zatwardziałymi grzesznikami…
    Panie, wspieraj światłem Ducha Św. naszych spowiedników…
  • 02.04.10, 10:36
    Chryste! Dla ludzi złych, pysznych, chciwych, nieczystych,
    zapatrzonych w siebie, nastąpiła teraz radosna scena – Ukrzyżowanie
    Twoich dobrych rąk. Twoich spieszących z pomocą nóg.
    Ja również zostałem przybity do krzyża małżeńskiego, rodzinnego, do
    krzyża swoich codziennych obowiązków zawodowych. Często się
    wykręcam, kombinuję, oszukuję, narzekam. Ty Jezu nie kombinowałeś,
    nie wykręcałeś się, ale ochotnie podałeś na krzyż ręce i nogi.
    Uczysz mnie w ten sposób sumiennego wykonywania swoich obowiązków do
    końca.
    Jezu! Od dzisiejszego dnia, będę chętnie pracował. Chętnie będę
    oddawał moje nogi i ręce na służbę drugim, a zwłaszcza mojej
    rodzinie, wszystkim, których spotkam na swojej drodze życia. Dopomóż
    mi w tym proszę!
  • 02.04.10, 10:37
    „Wykonało się”. Koniec. Ofiara krzyża spełniona. Jeszcze tylko
    ostateczne potwierdzenie zgonu (można do tego celu użyć włóczni).
    Tak, nie ma wątpliwości: Jezus umarł naprawdę. „Nareszcie będzie
    spokój – myślą Jego przeciwnicy”. Czekali na tę chwilę.
    Ile razy widziałem ludzi czekających na czyjąś śmierć: bo już mieli
    dość kłopotów z obsługiwaniem starego czy schorowanego człowieka, bo
    już nie mogli na niego spokojnie patrzeć, bo czekali na jego
    majątek, bo był niewygodny ze swymi poglądami…
    Ileż to razy w historii wydawano wyroki śmierci, aby usunąć
    przeciwników takiej czy innej władzy. Jakże często od lekarza
    oczekuje się, by zadawał śmierć ze względu na tysiące okoliczności!
    A iluż jeszcze wśród nas zwolenników kary śmierci?
    Pomyśl: największe osiągnięcia techniki, największe wysiłki, myśli i
    największe nakłady finansowe – idą na rzecz wojen, niszczenia ludzi,
    zadawania w nowoczesny sposób śmierci – i to na „przemysłową” skalę!
    Wiem, że i ja umrę, choć nie znam dnia ani godziny tego faktu. Tym
    bardziej trzeba mi mądrze żyć i przygotować się odpowiednio do
    przyjęcia kresu mojej własnej ziemskiej pielgrzymki.
    Jezu, już dziś modlę się dla siebie o śmierć szczęśliwą – czyli
    taką, do której będę rzeczywiście przygotowany.
  • 02.04.10, 10:38
    Czytamy w Ewangelii św. Jana, że Maryja stała pod krzyżem – wytrwała
    aż do bolesnego końca. Choć większość naszych problemów – i tych
    ziemskich, i tych wewnętrznych – rozbija się o cnotę wytrwałości,
    cierpliwości, męstwa, roztropności, wstrzemięźliwości…
    Wytrwać, wytrzymać – dla nas, którzy jako naród odznaczamy się
    charakterem sangwinistycznym, dla nas z naszym „słomianym zapałem”,
    z naszym zamiłowaniem do krótkotrwałych akcji – jest czymś bardzo
    trudnym. Czyż nie dlatego zniechęcamy się do sakramentu pokuty? Tyle
    chciałeś zmienić! Wracałeś jak na skrzydłach od kratek
    konfesjonału: „Panie Boże, teraz to ja…” Dlaczego zwieszasz głowę
    jak sitowie?
    Przypomnij sobie swoje ostatnie postanowienie, jeśli jeszcze je
    pamiętasz: w jakim stopniu udało się je zrealizować?
  • 02.04.10, 10:38
    Postanowione człowiekowi raz umrzeć, a potem sąd. Myślisz o tej
    sprawie? Nie tak, jak samobójca, ale jak święty, czyli ktoś, dla
    kogo dzień ziemskiej śmierci jest dniem narodzin dla nieba.
    Ile rzeczy możesz tu zgromadzić? Tam, na drugą stronę życia,
    pójdziemy nadzy tak, jak przyszliśmy na ten świat. Mogą nas do
    trumny ubrać po królewsku, poskładać się na solidne, dębowe deski i
    na grobowiec za grube pieniądze. Ale wiedzieć musisz już teraz , że
    to się nie będzie liczyło w oczach Bożych: On wejrzy w twe serce,
    sprawdzi odciski na twoich rękach, rozliczy z miłości… Myśl o
    śmierci potrzebna jest po to właśnie, byś spieszył kochać, byś życia
    nie przetrwonił, byś dobrze wybierał pośród wartości tego świata.
    Chodź często na cmentarz, nie tylko po to, by okazać miłosierdzie
    zmarłym – idź tam po to, aby pośród grobów uczyć się pięknie żyć.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.