Dodaj do ulubionych

klasa lebrów, czyli Giertych w praktyce

09.10.07, 17:35
Jeśli macie ochotę, to przeczytajcie, ale chyba wyjdzie mi długie.
Być może nieciekawe. Temat mi bliski, choć tylko teoretycznie - bo
choć w praktyce dotyczy mnie bardzo, to nie jestem decyzyjna, więc
właściwie piszę o tym tylko (tylko?) dlatego, że jestem ciekawa
Waszych opinii. No i może i mnie się się coś wyjaśni - czasem tak
jest (jak ostatnio w wątku o świeckim pogrzebie), że nie mam
sprecyzowanego zdania, a czyjeś słowa pokażą jakiś nowy aspekt
sprawy i nagle zdanie się kształtuje.

Swego czasu minister Goertych miał pomysł, żeby tworzyć oddzielne
szkoły dla uczniów sprawiających problemy wychowawcze.
Moja szkoła jest w rejonie bardzo specyficznym. Mnóstwo rodzin
rozbitych lub niezaistniałych (bo np. matka nie wie, kto jest ojcem
dziecka), do tego olbrzymie bezrobocie (osiedle powstało przy
kopalni, którą później zamknięto), a jeszcze do tego ośrodek
interwencyjny.
Są uczniowie tacy, z którymi naprawdę nie wiadomo, co zrobić. Mają
po 17 lat, więc szkolić ich obowiązkowo trzeba.
Nie są to uczniowie po prostu niesforni, czy niegrzeczni, żywi,
nieposłuszni itp. Tacy też są, ale to normalne.
Mam na myśli delikwentów, którzy potrafią:
- całą lekcję wrzeszczeć ten sam wyraz ("masturbacja") z
częstotliwością co minutę
- pluć na koleżanki i kolegów, zlepiać im włosy swoją wydzieliną z
nosa, obciąć włosy nożyczkami
- podpalić zapalniczką brodę katechety
- rzucić krzesłem w nauczycielkę
- przez 45 minut bez przerwy tupać obiema nogami i walić stołem
Nie do wymienienia. Czasem są to "dzieci" z wyrokami (kradzieże,
narkotyki), poprawczak przepełniony więc lądują w tym ośrodku, czyli
i u nas.
Człowiek taki naprawdę uniemożliwia normalne przeprowadzenie lekcji
(o ile nie stanowi zagrożenia).
Jedna z matek na wywiadówce powiedziała: "Dać tych lebrów wszystkich
do jednej klasy!".
Co myślicie o takim pomyśle?
Gdyby oni wszyscy byli razem, odizolowani, czy jest jakakolwiek
szansa na ich resocjalizację? Który nauczyciel nie bałby się wejść
do takiej klasy?
Z drugiej strony: dlaczego dostosowywać 29 osób, które chcą wynieść
jakieś korzyści z lekcji, które chcą się czuć w szkole dobrze, miło
i bezpiecznie - dla jednego takiego "lebra"?
Jak myślałabym, gdybym była matką takiego spokojnego żądnego wiedzy
ucznia?
Jak myślałabym, gdybym była matką takiego lebra?

Mam jednego dwóch takich w klasie. Jeden z ośrodka, jeden co prawda
mieszka z mamą, ale ma kuratora. I jestem świadkiem, że u jednego z
nich następuje jakaś przemiana na lepsze. Powolna, ale jednak. Czy
stałoby się tak, gdyby był wśród gorszych?
Oczywiście odwrotne sytuacje są nader częste.

Jak z tego wybrnąć? (gdybyśmy na cokolwiek mieli wpływ)


--
życiu ciągle mówię: ach....
jak?
dlaczego?...
Edytor zaawansowany
  • twoj_aniol_stroz 09.10.07, 21:14
    Myślę, że tu jest bardzo dużo aspektów.
    1. Uważam, że absolutnie każdemu uczniowi powinniśmy zapewnić
    szkołe, gdzie będzie bezpieczny, gdzie będzie mógł się uczyć i
    choćby z tego powodu należałoby jednak móc odizolować uczniów -
    lebrów od reszty uczniów
    2. praca nad takim lebrem to jest bardzo trudne dzieło i wymaga
    psychiki ze stali, często także siły fizycznej - żeby nie dać sobie
    podpalić brody itp
    3. jeśłi miałaby powstać taka klasa/szkoła to po pierwsze klasa nie
    powinna liczyć węcej jak 5-7 osób, ponieważ im mniejsza grupa tym
    latwiej nad nią zapanować.
    4. w takiej klasie powinny być wprowadzone dodatkowe zajęcia z
    psychologiem, pedagogiem, którzy pracowaliby na tym towarzystwem
    5. i na koniec mało optymistycznie - szansa na to, że te lebry staną
    się na powrót naormalnymi dzieciakami są raczej niewielkie
    Przy czym nie jestem specem od dzieci - mam dwoje własnych i nie
    jestem pedagogiem z wykształcenia, ulęgło mi się "na zdrowy chłopski
    rozum"
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 09.10.07, 21:28
    twoj_aniol_stroz napisała:

    > Myślę, że tu jest bardzo dużo aspektów.
    > 1. Uważam, że absolutnie każdemu uczniowi powinniśmy zapewnić
    > szkołe, gdzie będzie bezpieczny, gdzie będzie mógł się uczyć i
    > choćby z tego powodu należałoby jednak móc odizolować uczniów -
    > lebrów od reszty uczniów
    No dobrze. Ale dlaczego w takim razie wszyscy tak nie myślą?
    Widocznie nie jest to najlepsze wyjście. Dlaczego połowa opinii
    publicznej oburzyła się na ten giertychowski pomysł? Dlaczego ciągle
    się o tym dyskutuje i jednak nie tworzy takich klas (przynajmniej
    masowo)?


    > 2. praca nad takim lebrem to jest bardzo trudne dzieło i wymaga
    > psychiki ze stali, często także siły fizycznej - żeby nie dać
    sobie
    > podpalić brody itp
    A wiesz, co, ja myślę, że wymaga innego przygotowania niż moje.
    Resocjalizacja by się przydała, a nie zwykła pedagogika na studiach
    przedmiotowych.


    > 3. jeśłi miałaby powstać taka klasa/szkoła to po pierwsze klasa
    nie
    > powinna liczyć węcej jak 5-7 osób, ponieważ im mniejsza grupa tym
    > latwiej nad nią zapanować.
    Ha! Już widzę, jak są na to pieniądze


    > 4. w takiej klasie powinny być wprowadzone dodatkowe zajęcia z
    > psychologiem, pedagogiem, którzy pracowaliby na tym towarzystwem
    Teoretycznie oni maja dodatkowe zajęcia. Także w tym ośrodku,w
    którym pomieszkują


    > 5. i na koniec mało optymistycznie - szansa na to, że te lebry
    staną
    > się na powrót naormalnymi dzieciakami są raczej niewielkie
    eeehsad




    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 09.10.07, 21:39
    Co do opinii ludzi to ma wrażenie, że nie chodzi o pomysł a o
    autora. Czasem odnoszę wrażenie, że jeśli Giretych w czwartek
    powiedziałby, że dziś czwartek, to połowa ankietowanych
    zaprzeczyłaby gorąco wink I nie chodzi tu absolutnie o jakąś moją
    sympatię w jego kierunku, ale o patrzenie z boku na jego poczynania
    i odzew.
    Co do reszty to tak; no co? pomarzyć sobie nie można??? To w kwestii
    pieniędzy, dodatkowego kształcenia nauczycieli itp. smile))
    A w ogóle to przecie ostrzegałam, żem nie spec od wychowania
    młodzieży tylko tak sobie gdybam smile))
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • warszawianka51 10.10.07, 08:36
    No cóż... Moje dziecię ma dopiero 2 lata, więc problem mnie nie
    dotyczy bezpośrednio. I może dlatego jestem absolutnie przeciwna
    tworzeniu klas dla lebrów. Z tych wszystkich powodów, które
    wymieniła Mamałgosia. Takie klasy w polskich warunkach byłyby kuźnią
    przestępców. Wierzę głęboko, że wszystkie zdeprawowane dzieci są
    takie nie z własnej winy - ktoś je zaniedbał, nie pokazał właściwych
    wzorców, wpadli w "złe towarzystwo". Takimi dziećmi trzeba się
    zaopiekować, pokazać im jak funjconują "grzeczne dzieci", dać im
    szansę i uwierzyć, że oni się poprawią. W klasach dla lebrów
    zostałaby im przypięta łatka, uczyliby się nieludzkich zachowań
    jeden od drugiego, napędzaliby się do coraz gorszych wygłupów.
    Zresztą od dawna znany jest fakt, że żadne ośrodki odosobnienia, np.
    więzienia, nie pełnią funkcji resocjalizacyjnej. Mam wrażenie, że
    tworząc takie klasy ulepilibyśmy przestępców z krwi i kości.
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • marzek2 10.10.07, 08:58
    Czytałam jakiś czas temu na innym forum wypowiedź ojca, którego córka chodzi do
    klasy z jednym "lebrem". Chłopak w gimnazjum, podejrzewany o ADHD oczywiście,
    czy to ma nie wiadomo, rodzina nie godzi się na badania, ale na pewno jest
    zaniedbany (i rozpuszczony) wychowawczo. I otóż pewnego dnia ojciec od innej z
    matek dowieduje się, że jego córka została tak popchnięta przez chłopaka, że się
    przewróciła, bolał ją brzuch a szkoła? Szkoła go NIE powiadomiła o tym!
    I gdy pomyślę o tym, że taka sytuacja mogłaby się zdarzyć któremuś z moich
    dzieci to moje chrześcijańskie zasady (i tłumaczenia o dobrym wpływie itp) biorą
    w łeb.

    Oczywiście wiem, z kim Jezus spędzał najwięcej czasu. Z grzesznikami. Ale czy ja
    mam prawo wymagać od 12 letniej dziewczynki dojrzałości Jezusa? I jeszcze sztuki
    samoobrony?

    Myślę (tak na gorąco) że kwestie wyzwisk, złego traktowania przez takie dzieci
    mogłabym jakoś z dziećmi przepracowywać. Ale gdy wkraczamy na poziom ewidentniej
    przemocy fizycznej wobec innych - wymiękam, po prostu nie mam pomysłu.

    Myślę, że takim dzieciom, młodzieży przede wszystkim potrzebny jest ktoś, kto w
    nich uwierzy, da szansę. Ktoś o specjalistycznym wykształceniu - po bo coś te
    studia resocjalizacyjne są, no nie?

    No bo jeśli takimi dziećmi zajmują się osoby "tylko" po pedagogice, to tak
    jakbyśmy lekarzowi na stażu kazali zrobić operację, którą robią lekarze po
    specjalizacji...
    --
    Radość nie polega na nieobecności cierpienia, lecz na obecności Boga.

    Wychowanie w wierze
  • isma 10.10.07, 10:00
    Nieee, to chyba nie ma wiele wspolnego z chrzescijanstwem wink)).
    I, oczywiscie, ze im starsze dzieci, tym gorzej, zwlaszcza, ze
    przemoc fizyczna to nie zawsze jest, chyba, ten najgorszy rodzaj
    przemocy.

    Ja na razie obserwuje na poziomie przedszkola. W grupie mojej corki
    jest taki pieciolatek, na oko lekko nadpobudliwy, imieniem Alan.
    Alan ma uroczy zwyczaj walenia M. z liscia w czolo (co i tak jest
    forma wyroznienia, poniewaz inne dzieci tlucze bezpardonowo, z
    popychaniem ich na meble, az te sie przewracaja, wlacznie).
    (ozywiscie, o wystepach Alana dowiaduje sie od M., nie od
    wychowawczyn - jak pytam, to potwierdzaja i rozkladaja rece)

    Trzy dni M. chodzila zasepiona. Wprawdzie, jako wazna postac meskiej
    bandy, mogla sie zawsze bodyguardami od Alana odgrodzic, ale jakos
    ja to gryzlo (zwlaszcza, ze jej dotychczas NIKT, z nami, he, he,
    wlacznie, nawet powierzchownie nie trzepnal). Dotychczasowa metoda,
    czyli forsowne tlumaczenie, nie odnosila skutku, bo Alan M.
    kneblowal wink)).

    Co sie okazalo. Alan sie nudzi, bo z Alanem nikt sie nie chce bawic,
    z powodow powyzej wskazanych.
    Ku memu bezbrzeznemu zdziwieniu po tygodniu stwierdzilam, ze Alan
    zostal zagoniony przez M. do zabawy w dom i z roli troskliwego ojca
    lalek wywiazuje sie znakomicie...
    (niemniej z liscia dalej ja traktuje - jesli ona probuje sie bawic z
    kims innym, a on nie ma zajecia. No i, fakt, przyznala mi sie, ze
    zafundowala mu pare szczypasow - "wiesz, jak on mnie bil i zatykal
    mi buzie, zebym nie krzyczala, to mial zajete rece, wiec udalo mi
    sie go uszczypnac" ;-O).

    Ja bym byla za wywazeniem surowosci i zachety. Nie za izolacja,bo to
    nic nie da.

    --
    Is.
  • isma 10.10.07, 10:01
    Aha - wolalabym, zeby moje dziecko czulo sie w szkole bezpiecznie.
    Natomiast nie musi sie zawsze czuc milo. W zyciu bywa niemilo i
    trzeba sie nauczyc sobie z tym radzic.
    --
    Is.
  • mamalgosia 10.10.07, 15:19
    isma napisała:

    Ja bym byla za wywazeniem surowosci i zachety. Nie za izolacja,bo
    to
    > nic nie da.

    Komu nic nie da? Rozumiem, że temu delikwentowi. Bo pozostałym 29
    osobom (+ nauczyciel, ale czy ja wiem, cyz to osoba...) to jednak
    wiele da.

    Ismo, jakie masz pomysły na surowość?
    Jakie proponujesz narzędzia do egzekwowania zachowania
    umożliwiającego prowadzenie lekcji? Powiem szczerze, że ja pomysłów
    nie mamsad Upominanie nic nie daje. Chyba nie musze dodawać, że oceny
    niedostateczne, czy naganne sprawowanie to nie są sprawy, które by
    ich w jakiś sposób obchodziły.
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • tres_ka 10.10.07, 09:30
    A ja się nad jednym zastanawiam: kto miałby pracować z takimi dziećmi/młodzieżą?
    Bo taki "zwykły" nauczyciel nie ma takiego przygotowania. Jest przygotowany do
    uczenia swojego przedmiotu.
    I druga rzecz: kto chciałby?
  • mamalgosia 10.10.07, 15:30
    No, tego to ja nie wiem. Myślę, że koniecznie osoby lepiej
    przygotowane, ale jednak na poziomie gimnazjalnym jest potrzebny
    jakoś już sensownie wykształcony przedmiotowiec. Czyli moze po
    dwóch: nauczyciel + wychowawca na każdej lekcji?

    Dziękuję za listek klonowy, cudny
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • tres_ka 11.10.07, 10:26
    to ja dziękuję bardzo za książki smile
  • mama_kasia 10.10.07, 09:35
    Słyszałam ostatnio o doświadczeniu jednej pani pedagog, której udało
    się zmontować klasę uczniów z problemami (ale to była wczesna
    podstawówka) - trudne rodziny, problemy z nauką. Klasa miała
    podajże 15 uczniów i całą ekipę ludzi do pracy (pedagog, psycholog).
    Były zajęcia warsztatowe dla rodziców. Pani mówiło, że przyniosło
    to rewelacyjne wyniki. Może to jest jakieś rozwiązanie?
    Może dzieci, choć na tle szkoły jednak wyizolowane w takiej
    klasie (łatka pewnie przypięta), to odpowiednio wzmocnione,
    dają sobie radę lepiej niż będąc tym najgorszym wśród dzieci
    "dobrych". Nie wiem...
  • mamalgosia 10.10.07, 15:32
    Tak, pewnie to dobre. Ale tylko dla tych uczniów, którzy mają
    rodziców zainteresowanych swoimi dziećmi. U nas na 10 takich
    naprawdę, naprawdę trudnych uczniów przypada jeden (jeden, nie para)
    zainteresowany rodzicsad
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • mama_kasia 10.10.07, 15:45
    No więc tam sporo było rodziców, którzy nie przychodzili.
    Może jednak sukces był głównie dlatego, że to młodsze klasy.
  • mamalgosia 10.10.07, 15:48
    To też prawda. Taki np. 16latek przychodzący do gimnazjum (bo w
    takim wieku głównie oni są) jest już ukształtowany dość mocno,
    ciężko cokolwiek zmienić. Ma ugruntowane poglądy i wcale nie chce
    się zmieniać. Na małę dziecko ma się jednak większy wpływ
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • warszawianka51 10.10.07, 14:15
    Rano napisałam na szybko i zdążyłam opisać jedynie swoją opinię na
    ten temat. A zapomniałam dodać propozycje rozwiązań.
    Na pewno w szkołach, gdzie uczą się dzieci problemowe (np. w takiej,
    w jakiej pracuje Mamałgosia) powinni pracować specjalnie
    przeszkoleni nauczyciele, pedagodzy, psychologowie. Zorganizowanie
    takich szkoleń to nie jest duży koszt. Fajnie by było gdyby ci
    przeszkoleni nauczyciele, pedagodzi itd. porozmawiali z rodzicami
    uczniów "grzecznych", aby ci byli przygotowani na pojawienie się
    uczniów trudnych, aby mogli porozmawiać ze swoimi dziećmi na ten
    temat. No i oprócz szkoły powinno się zaangażować do pomocy opiekę
    społeczną, organizacje pozarządowe - tak, aby można było tym trudnym
    uczniom pomóc w nauce, zorganizować dla nich terapię, zająć ich czas
    wolny.
    Myślę, że takie dzieci potrzebują pochylenia się nad ich losem a nie
    wykluczenia.
    Jeśli chodzi o agresję - to nie wolno jej tolerować, ale poprzez
    izolację agresywnej jednostki nie rozwiążemy problemu. Agresywni
    osobnicy powinni być wysłani na specjalne zajęcia psychologiczne,
    gdzie razem ze specjalistą przepracowaliby problem.

    No, gdybym ja była ministrem oświaty to poszłabym w tym kierunku wink))
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 14:26
    No tak, tylko, że taki uczeń jest bardzo realnym zagrożeniem dla
    Twojego dziecka. To nie jest zagrożenie typu pociąganie za włosy,
    ale typu rozbita głowa, zlamana ręka itp. Oczywiście, że takie urazy
    mogą się zdarzyć w każdej szkole "normalnym" dzieciom też, ale
    prawdopodobieństwo, że uderzy lebr jest znacznie większe. Tu
    dochodzi strach dzieci, brak poczucia bezpieczeństwa - to u dzieci
    wywołuje somatyczne objawy w postaci bólu brzucha, głowy, odruchów
    wymiotnych itp. Narażałabyś swoje dziecko na coś takiego? A co jeśłi
    Twoje dziecko uderzone przez lebra upadłoby na ławkę i rozwaliło
    głowę? To nie jest wcale takie proste niestety. Mam córkę w szkole i
    naprawdę nie jest łatwo zostawić dziecko na pół dnia wiedząc, że ono
    nie jest bezpieczne, że wśród społeczności szkolnej są dzieci, które
    nie są przewidywalne, które są realnym zagrożeniem dla Twojego
    dziecka?
    Nawet superwyszkolona kadra nie jest w stanie upilnować takiego
    delikwenta, to jest niemożliwe, więc on jednak czasem będzie bez
    kontroli.
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • warszawianka51 10.10.07, 14:41
    Dużo pytań zadałaś smile
    Widzisz, Ty się boisz o własne dziecko bo z tymi trudnymi uczniami
    nic się nie robi, prawda? Nikt nie pracuje nad tym, aby oni powoli
    wracali do normalnego społeczeństwa. I dlatego wszyscy się boją. Ja
    nie zaproponowałam modelu "niech sobie żyją złoczyńcy jak inni
    ludzie, bądźmy dla nich mili a oni niech biją nasze dzieci". Ja
    zaproponowałam program walki z agresją bez izolowania agresorów, a
    to co innego.
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 14:54
    No dobrze, ale taki program ma jakiś początek, miejsce, kiedy lebr
    jeszcze nie jest poddawany oddziaływaniu, albo jest to sam początek
    i on jest po prostu groźny.
    Dobra, "krakowskim targiem" najpierw odizolować jednostkę faktycznie
    niebezpieczną, popracować na nią i przywrócić, jak już się stanie
    przewidywalna, ok? wink))
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • warszawianka51 10.10.07, 15:24
    smile
    No niestety, nie uda nam się potargować, bo moim zdaniem każda
    izolacja powoduje więcej złego niż dobrego. Myślę, że osoby bardzo
    agresywne powinno się poddać bardzo intensywnej opiece pedagogicznej
    i psychologicznej. Osoby, które widzą normalne relacje między ludźmi
    i mają pozytywny wzorzec będą miały większą motywację, żeby pozbyć
    się swoich agresywnych zachowań. I tu nie chodzi o to, że ja chcę na
    siłę narażać "grzeczne" dzieci na zachowania trudnych osobników. Ja
    po prostu nie widzę szansy na rehabilitację społeczną tych młodych
    ludzi bez możliwości egzystencji w normalnym świecie.

    Gdzie Ty byś umieściła tych młodzieńców na czas terapii?
    W "Giertychowych" zakładach? Zebrałoby się ich po 20 w klasach i
    roznieśliby całą szkołę. No i nic by się nie nauczyli, bo
    przebywaliby wśród takich samych jak oni. No i szczerze mówiąc nie
    wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek terapeuta, pedagog wszedł z
    własnej woli w takie środowisko i prowadził zajęcia... Tam to już
    tylko wojskowi mogliby uczyć, co chyba nie jest najlepszym pomysłem,
    bo żelazna dyscyplina nie podziała w takim przypadku.

    Ja wiem, że trudna młodzież stanowi zagrożenie. Wiem, że takie osoby
    mogą być nieobliczalne. Ja tylko głęboko wierzę, że ci młodzi ludzie
    robią złe rzeczy dlatego, że nikt ich nie nauczył robić dobrze. Że
    chcą na siebie zwrócić uwagę a inaczej nie potrafią - nie błyszczą
    intelektem, nie mają zainteresowań - nie mają czym zaimponować. Są
    spragnieni miłości, ale nie potrafią tego w sobie nazwać. Są
    sfrustrowani, bo nikt ich nie lubi, wszyscy się ich boją a oni nie
    potrafią się zmienić. Agresji uczymy się w społeczeńswie i możemy
    jej się oduczyć (choć prawdą jest, że niektóre choroby sprzyjają
    agresji - no ale te choroby trzebna zdiagnozować a z dziećmi z tzw.
    marginesu nikt po lekarzach nie lata).

    Ja rozumiem Twój strach o własne dziecko - naprawdę rozumiem.
    Wyobrażam sobie jakie to uczucie posyłać dziecko do szkoły, w któej
    może być niebezpiecznie. Ja tylko wierzę w to, że gdyby w Polsce
    istniał profesjonalny system profilaktyki agresji i walki z agresją -
    to nie byłoby takiej dyskusji na tym forum. Jest jak jest - i
    niestety jeśli nie zacznie się pracować z trudną młodzieżą to
    jedynym wyjściem będzie jej izolacja. Ale to problemu nie rozwiąże,
    bo Twoja córka będzie bezpieczna w szkole, ale przed szkołą, w
    parku, w sklepie już nie sad

    ___
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • mamalgosia 10.10.07, 15:38
    warszawianka51 napisała:

    Ale to problemu nie rozwiąże,
    > bo Twoja córka będzie bezpieczna w szkole, ale przed szkołą, w
    > parku, w sklepie już nie sad
    >
    Ale zawsze to już cośsmile w szkole jednak spędza 5-9 godzin
    > ___
    > Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    > żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej
    filiżance.
    > Ks. M. Puzewicz


    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 15:42
    > Ja wiem, że trudna młodzież stanowi zagrożenie. Wiem, że takie
    osoby
    > mogą być nieobliczalne. Ja tylko głęboko wierzę, że ci młodzi
    ludzie
    > robią złe rzeczy dlatego, że nikt ich nie nauczył robić dobrze. Że
    > chcą na siebie zwrócić uwagę a inaczej nie potrafią - nie błyszczą
    > intelektem, nie mają zainteresowań - nie mają czym zaimponować. Są
    > spragnieni miłości, ale nie potrafią tego w sobie nazwać. Są
    > sfrustrowani, bo nikt ich nie lubi, wszyscy się ich boją a oni nie
    > potrafią się zmienić. Agresji uczymy się w społeczeńswie i możemy
    > jej się oduczyć (choć prawdą jest, że niektóre choroby sprzyjają
    > agresji - no ale te choroby trzebna zdiagnozować a z dziećmi z
    tzw.
    > marginesu nikt po lekarzach nie lata).

    Masz absolutną rację, to są przyczyny, ale skutki dotyczą naszych
    dzieci. Zauważ, że wszędzie na świecie zwiększenie bezpieczeństwa na
    ulicach wiąże się bezpośrednio ze zwiększeniem zagrożenia
    niuniknioną karą, ze zwiększeniem liczby policjantów itp. W szkole
    podobnie, jeśłi uczeń czuje się bezkarny, bo jest bezkarny to on po
    prostu nie pójdzie na dodatkowe zajęcia, on będzie miał w nosie to
    co do niego się mówi. zeby terapia miała jakikolwiek skutek musi
    chcieć ten, który jest poddawany terapii, musi mieć motywację do
    zmiany, a te dzieciaki naprawdę nie chcą się zmieniać, im dobrze
    jest tak jak jest, a nie ma takiej terapii, która działa poza wolą
    tego, który jest jej poddawany.
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • warszawianka51 10.10.07, 15:59
    nie ma takiej terapii, która działa poza wolą
    > tego, który jest jej poddawany.

    Co do tego specjaliści się spierają. A właściwie nie spierają się,
    tylko są jeszcze tacy, którzy uważają, że jest właśnie tak, jak
    napisałaś. smile Prawda jest jednak inna - terapia może być rozpoczęta
    wbrew woli pacjenta i podczas jej trwania pacjent nabiera stopniowo
    ochoty aby przez nią przejść - w ten sposób działa właśnie terapia,
    którą przeprowadza się u mężczyzn skazanych za przemoc domową w
    stanie Kalifornia smile Tam mężczyźni mają wybór - więzienie albo
    terapia i wybierają terapię nie wierząc, że mają jakikolwiek problem
    z agresją. Chodzą na zajęcia z początku pełni buntu ale z czasem
    dociera do nich, że coś jest z nimi nie tak i w 90% przypadków
    wychodzą z terapii wyleczeni.
    No, ale ja wierzę, że nie trzeba od razu straszyć więzieniem smile No i
    że początkowa postawa "mnie to nie dotyczy" jest typowa i nie jest
    absolutnie przeciwskazaniem do podjęcia terapii.

    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 16:05
    Tylko jak zmusić delikwenta do tego, żeby jednak poszedł na tę
    terapię? a co jeśłi będzie wolał jednak więzienie niż terapię?
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 10.10.07, 16:08
    Nasi zdecydowanie wolą poprawczak niż terapięsmile Bo do poprawczaka
    może nie trafią (bo to nie wystarczy kraść, ale trzeba jeszcze dać
    się złapać, a to się być moze nigdy nie stanie), a jak już trafią,
    to się okazuje, że jest przepełniony i zostają gdzie są. Niektórzy
    wracają do ans jak bumerangi
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 16:14
    Ja się w takim środowisku wychowywałam smile))) stąd doskonale wiem jak
    to działa. To znaczy nie działa w ogóle smile
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 10.10.07, 20:46
    Napiszesz coś więcej?
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 21:18
    Mieszkałam od dziecka w blokach, w ktorych mieszkali ludzie z
    wyburzeń. Jedna klatka, 100 rodzin w każdym bloku, ludzie, ktorzy
    znali się już wcześniej, jakaś babcia chowająca wnuka - dziecko jej
    córki i Araba (ani mamy, ani taty w pobliżu), przyrodni brat -
    narkoman gotujący kompot ze słomy makowej (jak to potwornie
    śmierdzi!!!), sąsiadka alkoholiczka, mąż też, co wieczór awantury,
    wzywanie pogotowia dla psychicznie chorych, potem rozwod, sąsiadka
    ma kolejnych kochanków, żona jednego z nich na moim piętrze przy
    windzie podcięła sobie żyły (dzięki Bogu ją odratowali), w tym
    mieszkaniu jeszcze dwójka małych dzieci, inni sąsiedzi niby dobre
    małżeństwo, ale ona coraz częściej pijana, sąsiadka na ostatnim
    piętrze - była więźniarka - chora psychicznie chodzi cały czas z
    nożem w siatce (kiedyś młotkiem zniszczya domofon). Takich ludzi
    było 3/4 mieszkańców tego bloku i pośród nich dzieci, którymi nikt
    się nie interesował, ktore niejednokrotnie o 22 były jeszcze na
    podwórku. Po jakimś czasie te dzieci dorosły i bilans moich
    znajomych jest taki - 4 sztuki siedzą za handel narkotykami, 2 szt.
    za paserstwo, 2 za włamania i rozboje, 3 osoby żyją w normalnym
    związku małżeńskim (w tym ja smile), 4 osoby po rozwodach, 2 panny z
    dzieckiem (tatuś niezidentyfikowany - bez badań genetycznych spore
    trudności z określeniem najbardziej prawdopodobnego osobnika). Wiek
    wszystkich zinteresowanych to 25 - 35 lat. I to co było
    charakterystyczne w tym wszystkim: zero zainteresowania rodziców,
    zero jakiejkolwiek pomocy z MOPS (poza przepijanym zasiłkiem),
    policja średnio co dwa dni w bloku i zero jakichkolwiek zmian z tego
    powodu.
    To tyle w kwestii mojego dzieciństwa, którego nie wspominam jako
    koszmaru, ale mimo wszystko inne to były czasy (mało narkotyków,
    brak broni, jednak jakieś hamulce w tych moich znajomych były)
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 10.10.07, 21:29
    ojej...
    Aż niemożliwe.

    Ciekawe, co piszesz o tych hamulcach - że jednak były. Bo ja też tak
    właśnie wspominam moje czasy szkolne. Że jeszcze jakieś hamulce
    były. Ale może to czas zaciera wrażenie?
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 08:12
    Myślę, że jednak nie czas zaciera, ale czasy się zmieniają. Naprawdę
    kiedy pomyślę sobie co było w moim dzieciństwie "mega - wybrykiem"
    takiego wyrostka (w opinii rówieśników), a co jest teraz to patrząc
    co z tamtego wyrosło, wolę nie wyobrażać sobie co wyrośnie z tych
    dziesiejszych wyrostków.
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 11.10.07, 14:17
    W szkole średniej byłąm na wycieczce i trzech moich kolegów piło
    alkohol. Po kryjomu, a gdy weszła wychowaczyni, schowali się do
    łóżek.

    Kilka lat temu byłam na wycieczce z moją klasą jako wychowawczyni.
    Kupili alkohol, pili i turlali butelki po podłodze. Weszłam i
    zapytałam, co to ma znaczyć, na co jeden z chłopców: "Jak to co?
    Wódka".
    I to chyba ta zasadnicza różnica. Jakby już nie trzeba się było
    wstydzić zła.

    Patrz: już jesteśmy w wieku, kiedy się wzdycha: "za moich czasów..."
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 14:21
    To jest właśnie ta różnica, niestety
    A co do wzdychań smile))))) jeszcze nie dodajemy "panie dzieju" smile)))
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 10.10.07, 15:33
    Warszawianko,
    a jak sprawiłabyś, żeby dany delikwent zechciał chodzić na te
    dodatkowe zajęcia?

    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • warszawianka51 10.10.07, 15:50
    Mamalgosiu,
    obserwowałam ostatnio pracę z takimi, jak Ty to nazywasz,
    delikwentami. Nie wiem, czy pisać o całym systemie, jaki przyjmuje
    się w pracy z takimi rodzinami, bo może to być nudne dla reszty smile W
    każdym razie, zwykle pracuje się nie tylko z młodymi ale z całą
    rodziną, która zobowiązuje się do podjęcia pewnych działań. Jeśli
    opieka psychologiczna jest udzielona prawidłowo, to naprawdę nie ma
    kłopotu w tym, żeby rodzina współpracowała. Przecież oni widzą, że
    ich życie odbiega od ogólnie przyjętej normy, że sąsiedzi nie mówią
    im dzień dobry, że mają między sobą złe relacje, itd. Ci ludzie
    wcale nie chą żyć tak jak żyją - oni tylko nie potrafią wyjść z tego
    dołka.
    Tu nie chodzi o to, żeby zmusić te osoby do chodzenia na dodatkowe
    zajęcia. Oni potrzebują AUTENTYCZNEGO wsparcia i zrozumienia.
    Specjaliści do pracy z rodziną do niczego nie zmuszają, oni
    rozmawiają i proponują. I, uwierz mi, ludzie chcą podjąć próbę
    zmiany swojego życia. Tylko trzeba im podać rękę a nie ciągle
    oskarżać, piętnować, ganić, karać itd. Trzeba do nich podejść
    POzytywnie wink))
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • mamalgosia 10.10.07, 15:59
    Tak sobie myślę, że to teoria.
    Ja, jako zwykły nauczyciel nie jestem w stanie robić takich rzeczy.
    mam 45 minut,w których moim zadaniem jest powiedzmy nauczenie 30
    osób rysowania wzorów strukturalnych kwasów tlenowych (po jaką
    cholerę im to, to już inna sprawa. A może nie inna? Bo całe
    szkolnictwo jest chore?). No próbuję, ale nie jestem w stanie nic
    wytłumaczyć, bo np. jedna osoba cały czas chodzi po klasie i jednej
    osobie zabierze zeszyt i wyrzuci go przez okno, drugiej splunie na
    głowę, trzecią uszczypnie, czwartę popisze długopisem, piątej
    postawi doniczkę na piórniku itp. CAŁY CZAS, bez przerwy.
    Niektórych da się zainteresowac przedmiotem (na szczęście podobno to
    potrafię) ale czasem jest to NAPRAWDĘ niemożliwe.
    Pytanie: co robić?
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • warszawianka51 10.10.07, 16:02
    Aaaaa. No właśnie - sama nic nie zrobisz. Potrzeba wprowadzić mój
    system smile))
    A tak na serio - pedagog szkolny kontaktował się z pomocą społeczną,
    komisariatem policji? Jest pewien problem i są służby, które powinny
    interweniować.
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • mamalgosia 10.10.07, 16:07
    warszawianka51 napisała:

    >
    > A tak na serio - pedagog szkolny kontaktował się z pomocą
    społeczną,
    > komisariatem policji?
    smile)))) Przepraszam za ten śmiech, ale u nas policja bywa i 5 razy w
    tygodniu, a ścieżka do MOPSu nigdy nie zarastasmile))

    Idę robić obiad

    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • mamalgosia 10.10.07, 15:40
    Jeszcze jedno. pomiędzy tym, że dobrze jest nie bać się, ze dostanie
    sie np. nożem w łeb; a tym, że w szkole wcale nie musi być miło -
    jest moim zdaniem jeszcze jedna rzecz: w szkole pobiera się wiedzę.
    Czy te 29 osób nie ma prawa właśnie do tego? Do otrzymywania tego,
    co nauczyciel chce im dać? A jest to uniemożliwiane
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • twoj_aniol_stroz 10.10.07, 15:45
    Ja wiem Kasiu, że na to bezpieczeństwo to się akurat ja uwzięłam,
    ale ono mi się wydawało najlatwiejsze do uargumentowania. Nauka jest
    tak samo istotna, bo w końcu skoro uczeń musi chodzić do szkoły i
    spędza w niej co najmniej 5-6 godzin dziennie, to dobrze byłoby,
    żeby nie było to bezproduktywne smile
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • warszawianka51 10.10.07, 16:47
    Na jakich zasadach tacy uczniowie dostają promocję? No bo rozumiem,
    że nikomu nie chce się ich trzymać 2 lata w tej samej klasie...
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • mamalgosia 10.10.07, 20:47
    warszawianka51 napisała:

    > Na jakich zasadach tacy uczniowie dostają promocję? No bo
    rozumiem,
    > że nikomu nie chce się ich trzymać 2 lata w tej samej klasie...
    Nikomu się nie chce, ale nie da się dac promocji. No więc siedzą. Do
    ukończenia 18 roku życia


    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • pawlinka 10.10.07, 17:50
    Obawiam się, że nic mądrego nie napiszę, bo moje obserwacje
    podpowiadają mi, że szkoła nie jest od wychowywania, po prostu nie
    da się. To znaczy, wychowuje przy okazji, ale naszym zadaniem,
    Mamalgosiu, jest przekazanie im tych wzorów chemicznych czy
    nauczenie, jak rozumieć wiersz, po prostu.
    W mojej szkole, b. dużej, policja się zadamawia powoli. Bardzo
    przystojny pan dzielnicowy, bardzosmile Jest kilka takich egzemplarzy,
    którzy rozwalają lekcje, ale są też problemy z tymi "z dobrych
    domów". Jeśl zaczniemy ich resocjalizować, na co nie mamy jako
    nauczyciele ani czasu, ani prawa, ani wykształcenia, przestaniemy
    uczyć.
  • mamalgosia 10.10.07, 20:52
    Nasz dzielnicowy też przystojny, ale smarkaty.

    No więc ja też zdecydowanie jestem za tym, żeby szkoła jednak
    uczyła. Od wychowywania powinien być dom - ale to myślenie
    życzeniowe, jak domy niewydolne. Naprawdę sytuacja bez wyjścia.

    A co do dzieci z "dobrych domów", to na pewno również stwarzają
    kłopoty, choć myślę, że innego typu.

    BTW słyszałaś, że nauczycielom mają obniżyć pensję o 48 zł? No
    rozumiem brak podwyżek, ale obniżki...sad
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • samboraga 10.10.07, 21:51
    > Są uczniowie tacy, z którymi naprawdę nie wiadomo, co zrobić. Mają
    > po 17 lat, więc szkolić ich obowiązkowo trzeba.

    Tu tkwi problem - czemu oni "muszą", skąd pomysł edukacji obowiązkowej po 15-16
    roku życiasad Dawniej na naprawę błędów, zaniedbaną edukację były szkoły dla
    dorosłych - dla chętnych!
  • kulinka3 10.10.07, 22:52
    Dokładnie to samo przyszło mi do głowy. Obowiązkowa edukacja powoduje,iż system
    który jest niewydolny wychowawczo, musi tolerować jednostki
    nieprzystosowane.Gdyby tak nie było problem zostałby rozwiązany w jakimś
    stopniu.Dziś bardziej chroni się nieprzystosowane jednostki niż zdrową
    większość.Jestem okrutna wiem, ale moje koleżanki nauczycielki w państwowych
    szkołach, boją się czasem o swoje zdrowie w starciu z agresja podopiecznych.A to
    jest chore.
  • mamalgosia 11.10.07, 08:34
    W sumie nic szczególnego nie chcę tu napisać, tylko to, że się z
    Tobą zgadzam. A już sam ten fakt chyba warto odnotowaćsmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • kulinka3 11.10.07, 08:50
    Gdyby nie drugie przykazanie wykrzyknęłabym: Jezusie Nazareński!
    Odnotowuję i zachowuję w sercu ów faktwink)) Miłego dnia Mamalgosiu... wśród
    lebrówsad((.
  • samboraga 11.10.07, 09:42
    > nieprzystosowane.Gdyby tak nie było problem zostałby rozwiązany w jakimś
    > stopniu.Dziś bardziej chroni się nieprzystosowane jednostki niż zdrową
    > większość.Jestem okrutna wiem,

    Dlaczego to jest okrutne? Jeśli przez 15-16 lat wspomaganie wychowawcze nie daje
    rezultatu (bo załóżmy, że dziecko będzie wspomagane, rodzina też, będzie pedagog
    szkolny, reedukacja, zajęcia terapeutyczne itp.), a ponadto dziecko nie wykazuje
    chęci do nauki to po co je trzymać? Ja rozumiem ideę, chodzi o dostosowanie
    jednostek do społeczeństwa, eliminowanie bezrobocia ze względu na brak
    wykształcenia itp. ale może to nie musi się odbywać w szkole, może
    skuteczniejsze byłyby organizacje pozarządowe docierające do takich blokowisk
    czy rejonów? Organizujące pracę terapeutyczną tam?
    Bo te dwie sprawy można rozdzielić: dostosowanie wychowawcze i edukowanie.
  • mamalgosia 11.10.07, 08:33
    Samborago,
    No ba! Zadaję to pytanie od kilku lat.
    Takie wciskanie dobra na siłę i to jeszcze za cudze pieniądze i ze
    szkodą dla innychsad
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • otryt 10.10.07, 21:59
    To była bardzo dobra klasa, do której chodziła moja córka. Dzieci
    były chwalone, świetne wyniki, dobre zachowanie, nauczyciele sami
    mówili, że z przyjemnoscią tam pracują. W czwartej klasie szkoły
    podstawowej przyszło trzech agresywnych chłopców, którzy bili inne
    dzieci, wylewali colę na głowę, kopali, obrzucali wulgarnymi
    wyzwiskami, niszczyli odzież i przedmioty należące do dzieci,
    krzyczeli na lekcjach uniemożliwiając nauczanie. Nie było dnia
    spokoju ani normalnej nauki. Dzieci miały po 10 lat.

    Najgorzej było na języku polskim u wychowawczyni i na religii.
    Dzieciaki krzyczały i katechetka krzyczała przez całą lekcję. Po
    miesiącu najlepsza klasa w szkole uzyskała opinię najgorszej.
    Wprowadzono odpowiedzialność zbiorową na niektórych lekcjach. Wielu
    dobrych uczniów nie chciało chodzić do szkoły bojąc się agresji,
    niektórzy mieli problemy somatyczne. Wychowawczyni udawała, że
    niczego nie widzi. Chowanie głowy w piasek to główna strategia i
    pilnowanie, aby nic nie wydostało się dalej. Zakazała dzieciom mówić
    o tym, co dzieje się w szkole. Bo rzekomo przesadzają. Gdy sprawa w
    końcu doszła do dyrekcji również najważniejszym się stało, aby nie
    nagłaśniać. Uspokajali, że coś z tym zrobią. Nic nie robili, nawet
    pedagog szkolny się tym nie zajął. W końcu rodzice sami
    zainteresowali pedagoga. Bardzo spadł poziom nauczania, choć oceny
    były cały czas dobre. Widać z tego, że szkoła bała się sytuacji, ze
    ktoś mógłby się zainteresować nagłym obniżeniem się wyników
    nauczania. Do agresywnej trójki dołączyli dwaj inni chłopcy, którzy
    wcześniej nie stwarzali problemów. Była już agresywna piątka. Po
    półtora roku tej gehenny córka wróciła z płaczem do domu, mówiąc że
    więcej do szkoły nie pójdzie!!! Podczas, gdy była przy tablicy na
    języku polskim została nazwana pokraczną dziwką. Nauczycielka
    oczywiście nie usłyszała i nie zareagowała. Tak przelała się jakaś
    kropla. To był styczeń. Tydzień do ferii. Dzecko nie poszło już do
    szkoły. Poszło dopiero za miesiąc. Zaczęliśmy załatwiać inną szkołę.
    Nie chcieliśmy robić smrodu, ale pytanie dlaczego przenosimy dziecko
    w środku roku szkolnego musiało paść w nowej szkole. Powiedzieliśmy
    tylko jedno zdanie, że z powodu agresji. Ani słowa więcej.
    Dyrektorzy sąsiednich szkół znają się jak łyse konie, dlatego od
    razu był telefon: "co się tam u was dzieje, że dzieciaki od was
    uciekają?". Rada pedagogiczna miała być dopiero po feriach. Ona
    miała zadecydować, czy córkę przyjąć do nowej szkoły, czy nie?
    Wiemy, że były podejrzenia, że jesteśmy rodzicami roszczeniowymi, że
    dziecko jest przewrażliwione, albo mamy Bóg wie jakie wymagania. O
    to nas posądzano. Na szczęście w tej Radzie Pedagogicznej były trzy
    osoby, które nas dobrze znają i mówiły o całej naszej rodzinie
    bardzo dobrze. Dlatego dziecko jednak przyjęto. Trzeba było pójść do
    starej szkoły po jakieś dokumenty, arkusz ocen. Spotkaliśmy się tam
    ze słowami pełnymi wyrzutu: "Jak państwo mogli nam to zrobić?
    Przecież tyle zrobilismy dla starszych państwa dzieci." W klasie
    jednak działo się coraz gorzej, były kolejne pobicia, obdukcja,
    sprawa na policji. W czerwcu wychowawczyni zabrano klasę i wysłano
    na urlop zdrowotny. Wychowawczynią została nauczycielka biologii,
    która najlepiej sobie radziła. Dodatkowo na stałe był pedagog, jako
    drugi. Zrobiło się lepiej. Jednak dawna wychowawczyni wróciła z
    urlopu i dyrekcja chciała ją znowu uczynić wychowawcą. Tym razem
    postawili się rodzice i powiedzieli, ze wychowawczynią ma nadal być
    pani od biologii. Dyrekcja uległa. Polonistka trafiła do biblioteki.
    Tymczasem w nowej szkole córka trafiła do świetnej klasy. Najlepszej
    w województwie. Jednak półtoraroczne przeżycia ze starej szkoły
    zrobiły swoje. Były w niej jeszcze przez jakiś czas. Musieliśmy ją
    łagodzić, dowartościowywać, dopieszczać aby znów stała się pogodnym
    i wesołym dzieckiem, jak to było kiedyś.

    To mój suchy opis. Nie będę dawał komentarza.

  • anndelumester 11.10.07, 00:37
    Zupelnie nie rozumiem postawy rodziców, zupelnie.
    Jak mozna skazywac swoje dzieci nawet na tydzień przebywania w
    takich warunkach???????
    Ze strachu????
    Przed kim? Przed ogłupiałym (bo tak niestety wynika z tresci postu)
    gronem nauczycieli. Czy ze starchu przed 3 dzieciakami.
    Ja tego nie rozumiem i dlatego nie nadaję sie do kontaktow z
    placowkami publicznymi.
    I z takowymi nie zamierzam mieć do czynienia przynnajmniej przez
    podstawowkę, bo uwazam, ze szkoła (czy tez przedszkole) ma byc
    miejscem bezpiecznym, miłym, inspirującym, uczacym wzajemnego
    szacunku uczacych i nauczanych.

    --
    Wierzę, że tam w górze jest coś, co czuwa nad nami. Niestety, jest
    to rząd. (Woody Allen)
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 08:17
    Jeśli mogę Cicoś podpowiedzieć, to z doświadczeń rodziców wynika, że
    najgorsze jest gimnazjum, więc jeśli to tylko możliwe na nim należy
    skupić uwagę i wybrać możliwie najlepsze smile
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • mamalgosia 11.10.07, 08:41
    Tak, z mojego doświadczenia też wynika, że gimnazjum najgorsze.

    No cóż, zaraz dzwonek, będę musiała iść od Was. Do lebrówsmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • anndelumester 11.10.07, 12:01
    a ja słyszalam, ze są takie gimnazja, gdzie dzieciaki się uczą wink)

    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • mamalgosia 11.10.07, 14:19
    tak, tak, są. Znam nawet takiesmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • mamalgosia 11.10.07, 08:40
    no ale jaką masz propozycję?
    Naprawdę w szkolnictwie panuje taka straszna niemożność, że
    osobom "z zewnątrz" nawet do głowy to nie przychodzi
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • anndelumester 11.10.07, 09:39
    W przeciwieństwie do "wszystkich' (w tym polityków) ja mam pomyśl
    tylko na swoje dziecko, i go realizuję. nie mam zapędów zmiany
    świata, natomiast konkretnie wiem, czego oczekuję od placówki, w
    której jest moje dziecko, a realizm pesymistyczny jakoś mi pozwala
    oceniać czy jest szansa na porozumienie z kadrą i rodzicami, czy
    raczej nie.
    Szukając przedszkola dla juniora, zwiedziłam kilka miejsc i efekt
    był przygnębiający. Skoro w wielu miejscach panie nie są w stanie
    opanować trzylatków i ich rodziców, bo rodzice -nie ma się co
    czarować, prezentują postawy mw. takie jakie pokazują się na forum
    przedszkola, emama czy wychowanie - czyli placówka ma przechować,
    dać jeść (tanio), czegoś tam nauczyć, powychowywać (właśnie w takiej
    kolejności), to ja dziękuję bardzo.
    Miejsce dla dziecka znalazłam, miejsce gdzie dziecko jest szanowane,
    panują pewne zasady, w ramach których dzieci mają dość dużą swobodę,
    jest realizowany program, grupa jest mała i nie rozwrzeszczana
    ponad miarę, a dzieci jak musza wyjść z przedszkola to płaczą. A
    kadra lubi to co robi, bardzo się stara, jest zaangażowana i nie
    spędza czasu przy biurku – bo w naszym przedszkolu biurek
    nauczycielskich nie ma. Niestety, takie rzeczy to tylko za dodatkową
    opłatą, ponieważ moje podatki realizowane są do hodowania tego o
    czym możemy sobie poczytać w gazetach albo pooglądać w tvn24.uncertain
    Przy wyborze szkoły już wiedziałam czym się kierować, bo tak jak
    napisałam wyżej, eksperymenty społeczne na moim dziecku mi nie
    pasują, to raz, dwa znam możliwości swojego dziecka i te pozytywne i
    te negatywne i wiem co chciałabym żeby było wzmacniane.
    Osobiście uważam , ze powodem braku szacunku do systemu edukacji
    jako takiej - jest niestety jego powszechność i bezpłatność.
    Niestety to co dla wszystkich jest de facto dla nikogo, a to co
    bezpłatne – zazwyczaj nie jest szanowane.
    Niestety w naszym kraju system, gdzie dziecko przyjmowane jest do
    szkoły na ściśle określonych zasadach i warunkach, a reguła - nie
    podoba się proszę dziecko zabrać i niech zostanie analfabetą, się
    nie przyjmie i nie będzie możliwy. Gdyby sprawnie działał u nas
    systemem kontroli i sensownego wspomagania rodzin dysfunkcyjnych –
    nie zajmiesz się dzieckiem, tracisz pule zasiłków, tracisz prawa
    rodzicielskie itd., plus obowiązek edukacji dzieci od 3 roku życia
    szkoła wyglądałaby inaczej. No ale oczekiwania większości bardzo
    socjalnego społeczeństwa w Polsce są takie a nie inne i zdaje sobie
    sprawę ze to się nie zmieni. Na dodatek w Polsce rodzina
    dysfunkcyjna czy niewydolna wychowawczo jest jak święta krowa
    nietykalna, a na to wszystko nakłada się specyficzny etos pracy, no
    i wszystko wygląda jak wygląda.
    Dlatego to ja się izoluję.

    --
    Wierzę, że tam w górze jest coś, co czuwa nad nami. Niestety, jest
    to rząd. (Woody Allen)
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 08:29
    To mi przypomina trochę klasę pierwszą mojej córki (oczywiście
    wydanie baaardzo soft). Córka zawsze lubiła chodzić do szkoły w
    spódniczkach, spodnie były karą. Nagle, tak gdzieś koło marca
    zmiana, tylko spodnie i żadnej możliwości założenia spódnicy. Ok,
    jej decyzja, ale jakoś w środku czułam, że to wszystko ma drugie
    dno. No i rzeczywiście. Okazało się, że chłopcy wpadli na pomysł
    podwijania spódniczek dziewczynkom. No cóż, etap rozwojowy, ale
    uważam, że ewidentnie do skorygowania i dzialań wychowawczych.
    Niestety pani wychowawczyni jakoś nie widziała problemu. Wiele razy
    z nią rozmawiałam, a ona zawsze na to odpowiadała, że to przecież
    taki etap rozwoju. Tłumaczyłam, że owszem, ale nas - dorosłych
    obowiązuje konieczność informowania dzieci co jest dobre, a co złe i
    korygowania zachowań dzieci. Pani była innego zdania, więc
    zapytałam, czy jeśli 12 latek przyniesie do szkoły pismo
    pornograficzne (co w tym wieku też jest etapem rozwojowym) to nadal
    będzie uważała, że nic kompletnie nie da się z tym zrobić. Odparła,
    że ona nie będzie mieć tego problemu, bo jest nauczycielem nauczania
    początkowego (!!!) Na szczęście wraz z wakacjami pani odeszła ze
    szkoły, przyszła nowa wychowawczyni i w ciągu dwóch tygodni problem
    został zlikwidowany.
    Ale uogólniając, myślę, że tak właśnie wygląda początek problemów z
    lebrami. Jeśli w tej pierwszej klasie (i dalszych oczywiście) dzieci
    nie otrzymują bardzo wyraźnej informacji, że czegoś nie wolno
    (możliwie spójnej od nauczyciela i rodzica) to potem sprawdzają co
    więcej można, ciekawe co jeszcze ujdzie mi "na sucho", dokąd mogę
    się posunąć. No i powoli robi się z tego taka pędząca kula śnieżna,
    którą coraz trudniej zatrzymać.
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • otryt 12.10.07, 10:23
    twoj_aniol_stroz napisała:

    >Ale uogólniając, myślę, że tak właśnie wygląda początek problemów z
    >lebrami. Jeśli w tej pierwszej klasie (i dalszych oczywiście)
    >dzieci nie otrzymują bardzo wyraźnej informacji, że czegoś nie
    >wolno (możliwie spójnej od nauczyciela i rodzica) to potem
    >sprawdzają co więcej można, ciekawe co jeszcze ujdzie mi "na
    >sucho", dokąd mogę się posunąć. No i powoli robi się z tego taka
    >pędząca kula śnieżna, którą coraz trudniej zatrzymać.

    Świetna metafora ta pędząca kula śnieżna, Kasiu. Aby skorygować
    niewłaściwe zachowanie w przedszkolu wystarczy niewiele, zwykła
    uwaga skierowana w każdym momencie na dziecko i jakieś słowo
    korygujące. Potem trzeba coraz większych sił użyć, aby zatrzymać tę
    kulę. W pewnym momencie przestaje wystarczać zwykły nauczyciel
    szkolony do pracy z młodzieżą nie sprawiającą problemów.(to jest
    moim zdaniem przypadek Mamałgosi). Potrzebny jest pedagog specjalny,
    ochroniarz, policjant aż w skrajnym przypadku grupa
    antyterrorystyczna. Mam na myśli strzelaniny w szkołach
    amerykańskich.

    Ścierają się w tej dyskusji dwie skrajne postawy jedna
    reprezentowana przez Warszawiankę, ze nie należy izolować grup w
    jakiś sposób upośledzonych, że trzeba im pomagać dojść do
    normalności, każda metoda, aby to osiągnąć jest dobra, nie ważne są
    koszty takich działań, nawet niszczenie przy okazji zdrowej części
    młodzieży. Można i trzeba stosować eksperymenty społeczne
    wylansowane przez środowiska, którymi bardziej kieruje ideologia niż
    doświadczenie i praktyka oraz rzetelna nauka. Jestem pewien, że z
    tych pomysłów będą się wycofywać cichaczem za 20 lat, jako
    całkowicie skompromitowanych. Niestety ofiar tych eksperymentów nikt
    nie policzy. To są zresztą i tak sprawy trudno policzalne, bo na los
    każdego człowieka wpływa wiele czynników.

    Drugą skrajność reprezentuje Anndelumester. Każdy sam odpowiada za
    swój los, niech sam płaci za wszystko. Płacę i wymagam. A jak go nie
    stać, to sorry niech się stacza, co mnie to obchodzi? Nie zapłacę
    nawet za mydło i płyn do odwszania cudzych dzieci. Akurat na to
    każdą rodzinę stać, a jeśli nie, to znaczy, ze pieniądze wydają na
    wódkę. Tak myśli sporo ludzi. Szkoda, że nie widzą, ze i tak będą
    musieli zapłacić i to znacznie większe koszty za zniszczone przez
    lebrów mienie, za mury, zamki, alarmy, ochroniarzy, więzienia,
    policję, grupy antyterrorystyczne. Taką cenę się płaci za
    zatrzymanie wielkiej już kuli śnieżnej z naszych podatków. Czy nie
    lepiej jednak zapłacić za płyn na wszy, za podręczniki dla biednych
    dzieci, za kino lub teatr dla nich , za basen lub klub sportowy, za
    kółka zainteresowań, za dostęp do kultury, za bułkę na drugie
    śniadanie. Które koszty w skali społecznej są większe? Jestem
    przekonany, że te pierwsze. Jako przykład w skali globalnej podam
    supernowoczesne, elektroniczne zasieki na granicy amerykańsko-
    meksykańskiej. Izolujący bogactwo od biedy. Ta lebry i tak do nas
    dojdą, dopłyną przez ocean na skorupce od orzecha. Tak wielka jest
    ich determinacja. Izolacja to iluzja.

    Osobiście uważam, ze trzeba pomagać, ale trzeba to robić mądrze.
    Mając na względzie starą lekarską zasadę. Po pierwsze nie szkodzić.
    Trzeba wykorzystywać doświadczenia Kościoła i np. ludzi ze
    środowiska Marka Kotańskiego. Jest wielu praktyków. Bardzo ryzykowne
    są wszelkie ingerencje państwa w rodzinę. Myślę, że można to robić w
    ostateczności, gdy patologia jest ewidentna. Wiele problemów wynika
    z biedy i bezrobocia, sytuacja takich rodzin mocno uderza w dzieci.
    Podam pewien absurdalny przypadek. Z powodu bezrobocia rodziców
    rodzina nie miała środków do życia. Nie było tam patologii, tylko
    duże ubóstwo, dzieci żyły w trudnych warunkach, brakowało im wielu
    rzeczy. Rodzice jakoś próbowali znaleźć pracę, czasem coś dorywczo
    zarobili, ale byli w tym mało zaradni. S ad postanowił im zabrać
    dwójkę dzieci i przekazać do rodziny zastępczej. Rodzina zastępcza
    dostała za to 4000 złotych. Gdyby ta rodzina dostała choć połowę z
    tego, żyłaby na całkiem innym poziomie i problem by zniknął. Jest
    taka tendencja, aby pomijając rodziców, wtłaczać w głowy dzieci
    treści, których rodzice by sobie nie życzyli. To również ingerencja
    w rodzinę. Najlepiej w postaci nowego przedmiotu albo innych akcji
    propagandowych w szkole.

    Uważam wbrew niektórym głosom, że przedszkole i szkoła powinny
    wychowywać. W tym miejscu spędzają połowę życia. Czy się tego chce
    czy nie, w szkole zdarza się wiele różnych sytuacji, na które
    nauczyciele muszą od razu reagować i korygować niewłaściwe postawy,
    a nie udawać, ze nic nie widzieli. Taka ślepota może w końcu
    doprowadzić do tego, że takiemu nauczycielowi nałożą kosz na głowę.

    Pozdrawiam serdecznie.
    Dziękuję za miłe słowa do mnie skierowane.smile))



  • mader1 12.10.07, 11:01
    > Uważam wbrew niektórym głosom, że przedszkole i szkoła powinny
    > wychowywać. W tym miejscu spędzają połowę życia. Czy się tego chce
    > czy nie, w szkole zdarza się wiele różnych sytuacji, na które
    > nauczyciele muszą od razu reagować i korygować niewłaściwe
    postawy,
    > a nie udawać, ze nic nie widzieli.

    No właśnie. W młodszych klasach współpraca i szybka reakcja.
    Podam przykład. jest w klasie mojej córki ( V) dziewczynka. Sprawia
    kłopoty , ale ma ku temu powody. W czasie zebrania i rozmów z
    rodzicami broniłam jej jak lew smile))
    Dosłownie dwa dni później, byc może ośmielona po usłyszeniu relacji
    mamy (?!) , przystąpiła do nowego ataku. Zaczęła wyzywać dzieci,
    które odrabiają lekcje, wyśmiwać je, dokuczać im... Jest silna i
    dosyć zbuntowana i czasem nie przebierająca w słowach. Więc okazało
    się, ze dzieciaki, choć było im źle i przykro,nie widziały , co
    zrobic, oprócz zwykłego " odpyskiwania" się jej. Ktoś tam, komu nie
    przyszła do głowy tka opcja w dokuczaniu, dołaczył do niej. Nie
    miałam nawet czasu pojechać do szkoły - tak się wtedy układało.
    Zadzwoniłam. 5 minut ustalania szczegółów.Pani wzięła ją na rozmowę
    zaraz, zanim spirala niechęci sie nakręciła. Rozmowa serdeczna, ale
    nazywająca rzeczy po imieniu poskutkowała. Dziewczyna wyszła z niej
    zapłakana. Ale trzeba zaznaczyć, ze pani ta potrafi i nagrodzić i
    pomóc i po prostu zapytać o coś czy pogłaskać kogoś na korytarzu.
    Twierdzi, że jej współpraca z dziećmi i z klasą nie zaczyna sie w
    momencie wejścia do klasy, ale trwa ciągle - takze na zwykłym
    korytarzu. Ostra rozwmowa z Nią zrobiła wiec wrażenie.
    I wcale nie będzie to oznaczało, że ktoś sie będzie na tej małej
    mścił. Zostało to " zduszone", nie urosło do rangi dużego problemu.
    Kazdy ma prawo do błędu.
    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • otryt 17.10.07, 11:29
    Kto szybko daje , ten dwa razy daje. Ta zasada prawdziwa jest także
    w innych sferach życia, ale w wychowaniu szczególnie. Historia,
    którą opisałaś to pokazuje. A szybkość wiąże się z nieustanną uwagą
    skierowaną na drugiego człowieka, aby niczego nie przegapić, aby nie
    było już za późno na pewne działania. Pozdrawiam serdeczniesmile
  • mader1 17.10.07, 11:44
    Pozdrawiam serdeczniesmile
    Ja również smile
    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • mamalgosia 11.10.07, 08:38
    no, cóż...
    Ja chyba też nie potrafię dodać żadnego komentarzasad((
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • magdalaena1977 10.10.07, 22:40
    Jako osoba bezdzietna znam sprawę tylko od strony ucznia i opiszę dwie sytuacje.

    1. Chodziłam do podstawówki, gdzie od początku były trzy klasy (A, B i C) po
    trzydzieści kilka osób, które stopniowo się rozrastały. Chyba w VI klasie
    postanowiono stworzyć klasę D i skierowano do niej uczniów najgorszych (pod
    względem stopni). Nie mogę zrozumieć, dlaczego mnie i inne grzeczne dzieci
    zupełnie to nie obeszło. Po prostu wiadomo było, co to za ziółka „ci z D”.
    A potem było wyraźnie widać, że ci średnio słabi zostawieni w „normalnych”
    klasach mieli szansę odbicia się od dna, pójścia do technikum itp., a tym z D
    zostały tylko zawodówki.

    2. W liceum czytałam w „Filipince” artykuł o Kącie, słynnej do dziś szkole dla
    nieprzystosowanych, o tym jak to idą tam uczyć świetni pedagodzy, jak nie
    wymaga się od uczniów przestrzegania nadmiernych formalności (zmiana butów). I
    pamiętam swoją mało chrześcijańską złość. Bo jakże to: ja zawsze dobrze się
    uczyłam, byłam grzeczna, a teraz mam się męczyć z głupią nauczycielką, a oni,
    którym nie chciało się postarać, dostają „w nagrodę” świetnego fachowca ?

    Generalnie
    1. objęłabym już na wczesnym etapie dzieci z rodzin patologicznych odpowiednią
    opieką wraz z rodzinami.
    2. na etapie starszych klas stosowałabym środki represji, aż do poprawczaka
    wobec osób stanowiących realne zagrożenie dla bezpieczeństwa innych.
    --
    Magdalaena
  • mamalgosia 11.10.07, 08:37
    magdalaena1977 napisała:

    > Jako osoba bezdzietna znam sprawę tylko od strony ucznia i opiszę
    dwie sytuacje
    > .
    >
    > 1. Chodziłam do podstawówki, gdzie od początku były trzy klasy (A,
    B i C) po
    > trzydzieści kilka osób, które stopniowo się rozrastały. Chyba w VI
    klasie
    > postanowiono stworzyć klasę D i skierowano do niej uczniów
    najgorszych (pod
    > względem stopni). Nie mogę zrozumieć, dlaczego mnie i inne
    grzeczne dzieci
    > zupełnie to nie obeszło. Po prostu wiadomo było, co to za
    ziółka „ci z D&
    > #8221;.
    > A potem było wyraźnie widać, że ci średnio słabi zostawieni
    w „normalnyc
    > h”
    > klasach mieli szansę odbicia się od dna, pójścia do technikum
    itp., a tym z D
    > zostały tylko zawodówki.

    Moim zdaniem to zupełnie coś innego. Mówisz o izolacji ze względu na
    słabe wyniki w nauce. Przyznam, że coś takiego bardzo mi się nie
    podoba

    > 1. objęłabym już na wczesnym etapie dzieci z rodzin patologicznych
    odpowiednią
    > opieką wraz z rodzinami.
    Ale jak? Nie możesz koś zmusić (mówię tu teraz o rodzinie,
    jakakolwiek by ona nie była) żeby dał się zaopiekować


    > 2. na etapie starszych klas stosowałabym środki represji, aż do
    poprawczaka
    > wobec osób stanowiących realne zagrożenie dla bezpieczeństwa
    innych.
    O tym już pisałam: poprawczaki przepełnione i nie ma siły: łebki sa
    bezkarne


    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • ula27121 11.10.07, 10:59
    Nie czytałam wszystkich postów bo ich baaardzo dużo. Ale napiszę tylko, ze ja
    przypadkiem trafiłam do podobnej klasy w szkole średniej. Była to klasa, do
    której zostało przyjętych sporo osób bez egzaminów wstępnych bo skierowani
    zostali przez pedagoga "żeby ich wyrwać ze złego środowiska" bo mają możliwości
    tylko znajomi nie tacy. Zatem jeśli w jednym miejscu zgromadzili około 10 takich
    osób....( z resztą moich dobrych znajomych do dnia dzisiejszego)

    Klasa przez 4 lata była klasą ostatniej szansy w całym mieście. Jak kogoś skądś
    wyrzucili to jeszcze u nas mógł spróbować...I ta, zaczęliśmy w 42 osobowym
    składzie do matury dotarło 18, zdało 14 na studiach dziennych znalazłam się ja
    jedna....w między czasie przez klasę przewinęło się 54 osoby ( takie, które
    przyszły w trakcie i odeszły ).

    Naprawdę było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie (w sensie nauki). W
    klasie, w której uczenie się nie było w dobrym tonie, wręcz dyskryminowane
    zostało w reszcie zaakceptowane że mi wolno...znaczy, że ja mogę się zgłaszać,
    otrzymywać dobre oceny....ale to nie było trudne. Uważam, że moja najbliższa
    koleżanka została " zniszczona". Dopasowała się do reszty, bardzo utalentowana a
    z czasem przestała się uczyć.

    W ostatecznym rozrachunku nie uważam, żeby to było złe. Miałam bardzo dużą
    motywację, chciałam sie uczyć, dostałam sie na tą swoją weterynarię i poznałam
    trochę "inny świat". Ale jak czasem wspominam to chyba nie chciałabym żeby moja
    córka zdobywała takie doświadczenia. No i rzeczywiście sytuacja osób, które chcą
    sie uczyć jest trudna w takiej klasie. Moja siostra chodziła do dobrego liceum,
    do klasy , w której każdy miał plany związane z nauką...miała konkurencje,
    wiedziała ile ludzie mogą umieć....było jej łatwiej uważam.

    Nie mam zdania w tym temacie ale dzieciom będę chyba bardziej wybierać szkołę.
    Chociaż z własnego doświadczenia wiem że najważniejsze żeby robić swoje to
    szkoła nie zaszkodzi i nie musi w tym pomagać....tylko że jest trudniej. No a
    żadnego z moich znajomych nie udało się zresocjalizować. Dwóch nie żyje bo
    przedawkowali ...i wiele innych historii ale i tak się rozpisałam.
  • otryt 11.10.07, 11:29
    ula27121 napisała:

    >Uważam, że moja najbliższa koleżanka została " zniszczona".
    >Dopasowała się do reszty, bardzo utalentowana a z czasem przestała
    >się uczyć.

    >No a żadnego z moich znajomych nie udało się zresocjalizować. Dwóch
    >nie żyje bo przedawkowali ...

    >W ostatecznym rozrachunku nie uważam, żeby to było złe.

    A ja uważam, że to było tragiczne. 1 osoba na 54 skończyła studia
    (po liceum?). Ulu, studia skończyłaś nie dzięki szkole, ale wbrew
    niej. Dzięki Twoim zdolnościom, sile, determinacji, ambicji i woli
    życia. To co napisałaś pokazuje, ze jednych nie zresocjalizowano, a
    drugich zniszczono. Powiedz jaka korzyść z takiej szkoły?




  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 11:39
    W zupełności masz rację, to jest porażka szkoły jeśłi 1 uczeń na 54
    kończy studia. Po liceum nie masz zawodu, masz ciut większą wiedzę,
    ale nie masz knkretnej wiedzy potrzebnej do podjęcia pracy. Ta
    szkoła wypuściła właśnie takich ludzi.
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • ula27121 11.10.07, 11:51
    Dlatego mówię, że moim dzieciom staranniej dobiorę może nie szkołę a klasę...Bo
    w mojej szkole tylko w naszej klasie działy sie takie rzeczy. Nie wiem, może to
    był eksperyment....?

    Nie uważam żeby mi sie tam jakaś krzywda stała bo zdobyte doświadczenia
    owocują....ale chyba macie rację, że to nie wystarczający argument żeby popierać
    coś takiego.

    W mojej sytuacji bardzo dużą rolę odegrała rodzina. Ale teraz uważam, że chyba
    powinni mi byli pomóc zmienić szkołę. Fakt, ze do końca nie wiedzieli jak jest,
    o wszystkim do dziś nie opowiedziałamsmile Zawsze jednak słyszałam, że ze słabych
    klas i słabych szkół też ludzie dostają się na studia...Że trzeba się uczyć,
    robić swoje, nie patrzeć na innych.....To bardzo owocuje, bardzo
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 11:56
    Ja Cię podziwiam, sama wychowałam się w takim środowisku
    (opowiadałam o tym kilka odpowiedzi wyżej Mamalgosi), umiem dzięki
    temu rozmawiać z każdym i nie truchleję na widok jakiegoś draba, co
    nie zmienia postaci rzeczy, że do szkoły chodziłam normalnej. Wiem
    jakiego typu umiejętności dają takie doświadczenia, ale moim
    dzieciom bym ich nie zafundowała (podobnie jak Ty).
    Pozdrawiam
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • otryt 11.10.07, 11:55
    twoj_aniol_stroz napisała:

    >Ta szkoła wypuściła właśnie takich ludzi.

    Kasiu, ta szkoła zrobiła coś znacznie gorszego. Zniszczyła człowieka
    zdolnego, który chciał się uczyć i mieć jakąś przyszłość? To
    zbrodnia, nawet gdyby to był tylko jeden człowiek. Podejrzewam
    jednak, że więcej było takich ludzi, których zniszczono, tylko
    dlatego, aby w imię politycznie poprawnej i modnej tezy, która
    głosi, że jednostki zdemoralizowane mogą się uczyć normalnego życia
    od tych, z którymi nie ma problemu, gdy ich się razem zmiesza. Bo
    jak nie od nich, to od kogo? Dano im "ostatnią szansę". Żaden nie
    skorzystał. Teoretycy wtłaczają praktykom takie tezy i domagają się
    ich realizacji. Efekty, jak na załączonych obrazkach. Jakie są
    dalsze losy tej dziewczyny, Ulu?



  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 11:59
    Bo poprawność polityczna to jest teraz podstawa wszystkiego crying( ale
    ja jakoś mam wrażenie jestem "z innej bajki". Dobrze, że są podobni
    do mnie, bo czasem odnoszę wrażenie, że mnie leczyć trzeba smile)))
    Pozdrawiam
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • ula27121 11.10.07, 12:05
    otryt napisał:

    Jakie są
    > dalsze losy tej dziewczyny, Ulu?
    >
    Od dwóch lat nie ma z nią kontaktu...Ona akurat zdała maturę ale to tyle.
    Pracowała w księgarni jako sprzedająca. Potem związała sie z chłopakiem, rodzice
    coś tam z mieszkaniem pomagali i kontakt sie urwał. Ale naprawdę byłą bardzo
    utalentowana. Uważam, ze miała o wiele większy potencjał niż ja. W pierwszym
    półroczu pierwszej klasy bardzo odbiegała jeśli chodzi o poziom wiedzy i ocen od
    wszystkich. Była najlepsza, bardzo aktywna...a pod koniec pierwszej klasy pisała
    2 egzaminy komisyjne, nie wiedziała czy zda.

    Ale myślę, że rola rodziców jest ogromna. Naprawdę. Nie postawa roszczeniowa a
    wymagająca. Wiem, że moja mama po wywiadówkach przychodziła zadziwiona, ze
    wszyscy krzyczą ze duże wymagania, ze nauczyciele przesadzają....

  • otryt 11.10.07, 12:17
    ula27121 napisała:

    >Ale myślę, że rola rodziców jest ogromna. Naprawdę.

    Masz rację. To, że przetrwałaś w tej szkole to zasługa Twoich cech
    osobowych i mądrego wsparcia rodziców. Powinni Cię jednak przenieść.
    Myślę, że skandalem jest to, co podejrzewasz, a mianowicie, że
    byliście przedmiotem jakiegoś eksperymentu. O tym każdy musi być
    wcześniej poinformowany i wyrazić na to zgodę. Pozdrawiam serdecznie.
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 11:43
    Ula! to jest koszmar, a nie dobre doświadczenie, to jest
    zaprzeczenie szkoły, bo tak naprawdę były to 4 lata kompletnie
    zmarnowane dla Ciebie, lata kiedy powinnaś w spokoju zdobywać
    wiedzę, przyjaciół i bawić się, Ty spędziłaś na walce o to żebyś
    mogła się uczyć, żebyś nie była z tego powodu wyśmiewana.
    A Twoja kolezanka? Chętnie przeczytalabym tu jej post o szkole, o
    tym czym dla niej była i czy postrzega szkołę jako pozytywne
    doświadczenie.
    Ciebie trzeba podziwiać za determinację, siłę i chęć zdobywania
    wiedzy, ale liceum to nie jest szkoła przetrwania.
    Pozdrawiam
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • ula27121 11.10.07, 11:54
    Jejku...to nie aż tak. Ja nie jestem taka wielka....Przetrwałam pierwsze
    wyśmiewania a potem to już było dobrze. Bo zawsze była ta co się zgłosi. Miałam
    polonistkę, cudowną...ona sie zawsze tylko martwiła, że jak już sie dostanę na
    te studia to sobie nie poradzę bo tam właśnie spotkam ludzi, którzy sie uczyli,
    uczą...ze to będzie szok. A nie był. No i tylko ja skończyłam dzienne. Teraz co
    niektóre koleżanki kończą lub robią coś zaocznie.
  • twoj_aniol_stroz 11.10.07, 12:03
    Teraz co
    > niektóre koleżanki kończą lub robią coś zaocznie.

    Bogu dzięki zmądrzały smile)) A co do oceny Twojej osoby to tak jest
    zawsze: Ty przeszłaś to osobiście i nie oceniasz tak mocno jak ktoś,
    kto ocenia z zewnątrz. Jeszcze dodatkowo "dzieciaty", więc spaczony
    troską o własne dziecko i natychmiast stawiający w takiej sytuacji
    wlaśnie swoje dziecko. Co mojej oceny Twojej osoby nadal nie
    zmienia smile))
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • anndelumester 11.10.07, 11:58

    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • ula27121 11.10.07, 12:12
    mamalgosia napisała:


    I jestem świadkiem, że u jednego z
    > nich następuje jakaś przemiana na lepsze. Powolna, ale jednak. Czy
    > stałoby się tak, gdyby był wśród gorszych?
    > Oczywiście odwrotne sytuacje są nader częste.
    >

    To ja jeszcze sobie pozwolę żeby nie zgubić wątku...
    Opierając wypowiedź na wyżej opisanych doświadczeniach ( o których nigdy nie
    myślałam,że są takie....no , aż tak inne od doświadczeń reszty licealistów
    )Myślę, że gdyby trafił do klasy, w której zgromadzono by samych takich lebrów
    to mogłoby mu być trudniej.
    Ale przyznam, ze nie mam pomysłu. Chyba, że to o czym ktoś już pisał- małe
    grupy, specjalnie przeszkolony personel...

  • mamalgosia 11.10.07, 14:26
    Ja też nie sądziłam, że to jest aż tak. Chodziłam do liceum, potem
    pracowałam w liceum...A teraz to gimnazjum, no i takie w dodatku
    szczególne.
    Nie chcę by to zabrzmiało nieskromnie, ale należę do nauczycieli,
    którzy potrafią zapanowac nad klasą, wiem też, że uczniowie lubią
    moje lekcje. Do tego dość już duży staż - więc jeśli ja już
    mówię "pas", to znaczy, że jest niedobrze.
    Mamy nauczyciela (płcia męska), który kompletnie nie daje sobie
    rady, jego lekcje wyglądają jak ta słynna swego czasu z koszem na
    śmieci na głowie. Jest świetnym fachowcem ze swojego przedmiotu,
    chciał uczyć, więc przyszedł do szkoły.
    Bardzo mnie to przygnębiasad
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • mama_kasia 11.10.07, 12:53
    Z przerażeniem czytam Wasze wypowiedzi o szkole. Mój syn kończy
    podstawówkę. Rejonowe gimnazjum jest molochem. Mnóstwo uczniów,
    kilkadziesiąt nauczycieli. U nas jest ścisła rejonizacja. Do
    lepszych przylicealnych gimnazjów nie sposób się dostać -nawet
    z wysoką średnią. Zostaje płatne gimnazjum katolickie.
    Zawsze nam się z mężem wydawało, że syn i tak będzie się uczył
    w gorszym gimnazjum, że nie wymyślamy, bierzemy, co jest - rejon.
    Ale po Waszych postach, zastanawiam się - może nie mamy prawa
    skazywać go na trudności w imię kształtowania charakteru.
    Mam zamieszanie w głowie sad Oszczędzać dziecko, czy nie oszczędzać?
    Już pomijam kwestie finansowe - jakoś by się dało radę - może
    stypendium... Na pewno gimnazjum katolickie ma rewelacyjny
    poziom nauczania. Dzieciaki je chwalą. Dwie klasy tylko, mało
    uczniów. Inny świat. Może jednak... Do tego język. Tak się złożyło,
    że jego obowiązującym w szkole podst. jest niemiecki, więc
    musiałby się dalej go uczyć. Do takiej klasy by go przydzielili.
    Angielski w ostawkę. Bez różnicy, że ma 6 z tego przedmiotu.
    To działa w jakiś chory sposób sad Ci najlepsi wcale nie mają
    równych szans. Oni nie maję szans uczyć się w gimnazjum, w
    jakim chcą sad Ech, wyżaliłam się sad
  • anndelumester 11.10.07, 13:06
    Wiesz, ja uważam, że skoro zdecydowalam się na dziecko to mam
    obowiązek zapewnic mu jak najlepsze warunki, zwłaszcza edukacyjne.
    A ponieważ mój charakter nie bardzo dopuszcza opcje "jakoś to
    bedzie", "zobaczymy, pozyjemy", staram się, zeby te nasze dzialania
    wychowawcze i wybory byly przemyslane, nie tylko doraźnie, ale i
    bardziej przyszłościowo.
    Nie ukrywam tez , ze mam lekkie zboczenie edukacyjne ;0)

    W naszych czasach (moich i m.) warunki edukacyjne byly jakie były,
    teraz zdaje sobie sprawe, ze przed moim synem w zasadzie świat stoi
    otworem, i grzechem, imo, byłoby nie umozliwić mu edukacji na miare
    jego zdolności, zainteresowań, mozliwości
    intlektualnych/emocjonalnych.
    Poza tym ja uwazam, ze warunki w niektórych szkolach nie kształtuja,
    a wypaczają osobowośc/charakter, zwlaszcza nastolatka,ale to jeest
    oczywiście moje zdanie wyrobione na podstawie lektur min. n.t
    rozwoju dzieci.

    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • mama_kasia 11.10.07, 13:16
    Problem jest jeszcze taki, że on chciałby iść z innymi chłopakami
    z klasy. Nie wiem, jak wywalczyć, żeby nam naprawdę zdolne dzieci
    (Maciek miał tylko 3 piątki na świadectwie, reszta 6) przyjęli do
    państwowych gimnazjów - przylicealnych. Tak byśmy z tymi pozostałymi
    rodzicami chcieli najbardziej. Czemu to nie może być tak,
    że oczywiste jest, że ich tam przyjmą sad
    Jestem przekona, że on sobie poradzi i w gorszych warunkach, ale
    ...no właśnie... czy nie powinnam zrobić wszystkiego, aby tych
    gorszych warunków uniknął.
  • anndelumester 11.10.07, 13:26
    A nie da się poruszyc tego tematu, powiedzmy , bardziej medialnie?
    Nadać sprawie rozglos, ze oto dzieci zdolne, etc. sa pozbawiane
    szansy edukacyjnej itd., skazywane na coś tam itd...
    Mysle ze to jest raczej nosny temat wink)




    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • samboraga 11.10.07, 13:08
    To pewnie różnie bywa.
    Ja mieszkałam w takim miejscu jak pisze Ula, tyle że w kamienicy, a więc skala
    inna niż w blokach, wiadomo mniej osób. Rodzice celowo postarali się abym poszła
    do nierejonowej, lepszej, gdzie dzieci będą chciały się uczyć, gdzie dzieci będa
    miały rodziców pilnującyhc lekcji itp., bo na moim podwórku regułą były dzieci
    powtarzające klasy po dwa razy. Na studiach...spotkałam dziewczynę, która była
    po tej 'mojej' rejonowej szkole. Świetna studentka, stypendia, wyjazdy, zaczęty
    doktorat...
    Ale sama posłałabym dziecko do tej szkoły z innego światawink
  • mamalgosia 11.10.07, 14:29
    Oszczędzać. Takie jest moje zdanie, oczywiście przemyślcie i
    przemódlcie to jeszcze.
    To najtrudniejszy wiek. Podstawówki nawet z trudnymi dziećmi są do
    uchwycenia. Szkoła ponadgimnazjalna - człowiek jest już w miarę
    ukształtowany, wie czego chce, da sobie radę.
    Natomiast gimnazjum - jeśli tylko macie możliwości finansowe -
    podarujcie mu spokojne
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • ea-szarri 11.10.07, 13:50
    Trochę będzie przewrotne (i być może niesprawiedliwe), to co
    napiszę. Ale myślę, że jako głowa rodziny niezaistniałej (chociaż
    tatuś dziecka znany) mogę sobie na przewrotność pozwolić.
    Siedemnastolatka w szkole nie da się zresocjalizować. I jak długo
    nauczyciele nie otrzymują automatycznie, z racji wykonywanego
    zawodu, pozwolenia na broń – lepiej ich nie gromadzić w jednej
    klasie. Przed grupą „swoich” będą się popisywać i wzajemnie
    nakręcać.
    Szkoła może jedynie współpracować w procesie „przywracania gnojków
    na łono społeczeństwa”.
    Najłatwiej cokolwiek zrobić na poziomie szkoły podstawowej. Ale
    nawet w sytuacji idealnej, kiedy angażuje się w sprawę nauczyciel,
    pedagog i powiedzmy psycholog – nadal niewiele można zrobić jeśli
    nie ma woli rodziców, ani żadnego bata, który wymusiłby na nich
    jakiekolwiek zmiany. Bo, poza drastycznymi przypadkami
    maltretowania, władza rodzicielska jest nienaruszalna.

    I jeszcze jedno – tylko agresją dziecko jest w stanie skutecznie
    sprawić, by dorośli zwrócili na niego uwagę. Wiem o tym z własnego
    doświadczenia. W IV klasie podstawówki zaczęłam uciekać z domu.
    Skierowano mnie do poradni, gdzie pani psycholog wykluczyła
    upośledzenie umysłowe. Była to moja jedyna wizyta w tej instytucji.
    Pani pedagog szkolna odbyła ze mną półgodzinną pogadankę
    umoralniającą i więcej z nią nie miałam przyjemności rozmawiać. Do
    końca szkoły dość systematycznie uciekałam z domu, szkoła znała
    przyczyny moich nieobecności, ale z racji mojej grzeczności i
    dobrych ocen usprawiedliwiano mi je i na koniec roku wręczano
    świadectwo z czerwonym paskiem.
    Niestety byłam głupim dzieckiem i zbyt późno zorientowałam się, że
    rozsądniej z mojej strony byłoby demolować szkolną toaletę. Dorośli
    mieliby motywację, żeby chociaż ze mną rozmawiać. A tak, wszyscy
    udawali, że absolutnie nic się nie dzieje.


    PS
    Moja rodzina nie była patologiczna. Jedynie była święcie przekonana
    o słuszności swojego postępowania.

  • warszawianka51 11.10.07, 14:22
    Bardzo przewrotne to, co piszesz smile Z jednej strony - nie da się nic
    zrobić z tymi "gnojkami", a z drugiej - ich złe postępowanie to
    wołanie o pomoc.

    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • ea-szarri 11.10.07, 15:22
    warszawianka51 napisała:

    > Bardzo przewrotne to, co piszesz smile Z jednej strony - nie da się
    nic
    > zrobić z tymi "gnojkami", a z drugiej - ich złe postępowanie to
    > wołanie o pomoc.
    >

    Bo jeżeli zejdzie się raz z drogi cnoty, to potem jest już równia
    pochyła, po której zjeżdża się coraz szybciej i szybciej... i coraz
    trudniej to zatrzymać.
    Siedemnastolatek już nie woła o pomoc. Tak dawno przestał w nią
    wierzyć, że jej nawet nie chce. I nie pamięta, że kiedykolwiek jej
    chciał.
  • mamalgosia 11.10.07, 14:34
    1) Oj, przepraszam za to wyrażenie, może nieszczęsliwe
    2) Nie zgadzam się z tym, że tylko agresją dziecko jest w stanie
    zwrócić na siebie uwagę. Młodzież widzi doskonale, że uczniowie
    sympatyczni, aktywni, zaangażowani w zycie klasy zwracają na siebie
    uwagę. Dobrem, a nie agresją
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • ea-szarri 11.10.07, 15:01
    mamalgosia napisała:

    > 1) Oj, przepraszam za to wyrażenie, może nieszczęsliwe

    Nie ma sprawy.

    > 2) Nie zgadzam się z tym, że tylko agresją dziecko jest w stanie
    > zwrócić na siebie uwagę. Młodzież widzi doskonale, że uczniowie
    > sympatyczni, aktywni, zaangażowani w zycie klasy zwracają na
    siebie
    > uwagę. Dobrem, a nie agresją

    No fajnie, ale co z tymi, którzy nie mają siły by być sympatyczni,
    aktywni i zaangażowani w życie klasy? Uczeń nie cyborg, nie zostawi
    swoich problemów za drzwiami szkoły.
    Wiesz, a poza tym ja naprawdę byłam sympatyczna, aktywna i
    zaangażowana. Uczestniczyłam w kółkach tematycznych, olimpiadach...
    no i co z tego? Ano nic.
    A w liceum byłam już w tak fatalnym stanie, że nie byłam zdolna by
    się zmobilizować do nauki, nie mówiąc już o aktywności i
    zaangazowaniu. Ale miła dalej byłam wink
  • mamalgosia 11.10.07, 15:05
    Wiem, że uczniowie nie cyborgi. Ale nauczyciele też nie.

    Piszesz: "no i nic", ale co masz na myśli? Że nie czułaś
    zainteresowania? Sympatii? Czyich?
    Przepraszam za to podpytywanie, ale przyznam, że po prostu nie
    rozumiem Twojego postu
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • ea-szarri 11.10.07, 15:47
    OK. Wyjaśniam.
    Po prostu nikt, ani żaden z nauczycieli, ani szkolna pani pedagog
    nie podjęła żadnej próby rozmowy ze mną. Nikogo nie interesowalo,
    dlaczego grzeczna dziewczynka i dobra uczennica ucieka z domu.
    Wiesz, to było dość irytujące. Byłam tylko głupim dzieckiem. Sama do
    końca nie wiedziałam, co się dzieje - ze mną, wokół mnie. I nie było
    nikogo, kto spróbowałby mi pomóc, a sama byłam za mała,żeby próbować
    pomocy szukać.
    Moja rodzina była rodziną małą i zamkniętą. Tak naprawdę jedyni
    dorośli, z którymi miałam regularny kontakt to byli właśnie
    nauczyciele. Nie wiem, czy mogli mi w jakikolwiek sposób pomóc.
    Możliwe, że nie. Ale mnie wydawało się, że nawet nie próbują. Nie
    zakłocałam im pracy, więc się nie wtrącali w cudze życie.
  • mamalgosia 11.10.07, 20:51
    Wiesz, to u nas w szkole to by się nie zdarzyło. Mogę powiedzieć
    wiele niedobrych rzeczy, ale akurat nie to, że nauczyciele, pedagog
    nie interesują się uczniami. Przeciwnie, chyba nawet czasem
    uczniowie uciekają od tego zainteresowania, ich zdaniem nadmiernego.

    Ale jakoś Cię rozumiem. Nie na zasadzie analogii, bo ze mną w szkole
    było zupełnie inaczej. Ale teraz... Tak, zdecydowanie rozumiem...
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • rycerzowa 11.10.07, 14:16
    ula27121 napisała:

    > ja
    > przypadkiem trafiłam do podobnej klasy w szkole średniej. Była to klasa, do
    > której zostało przyjętych sporo osób bez egzaminów wstępnych bo skierowani
    > zostali przez pedagoga "żeby ich wyrwać ze złego środowiska" bo mają możliwości
    > tylko znajomi nie tacy. Zatem jeśli w jednym miejscu zgromadzili około 10 takic
    > h
    > osób....( z resztą moich dobrych znajomych do dnia dzisiejszego)
    >
    > Klasa przez 4 lata była klasą ostatniej szansy w całym mieście. Jak kogoś skądś
    > wyrzucili to jeszcze u nas mógł spróbować.

    To jest właśnie przykład na "klasę lebrów w praktyce", czyli pomysł ministra
    Giertycha: zebrać patologię w jednym miejscu.
    Jak się skończyło - wiadomo.

    Wiadomo też jakie efekty przyniósł system sowiecki, czyli surowe prawo łącznie z
    karą śmierci, obozy pracy, izolacja niepoprawnych nastolatków. W porywach
    siedziało 30% społeczeństwa, bynajmniej nie tylko z powodów politycznych. I nie
    było ani moralniej, ani bezpieczniej.

    Lekarz powie,że zdrowy organizm poradzi sobie sam ze stanem zapalnym, jeśli
    jest on zlokalizowany i niewielki.
    Ale jeśli "stan zapalny" skupi sie w jednym miejscu, a zdrowej tkanki będzie tam
    niewiele - no to mamy zakażenie i stan zagrożenia dla CAŁEGO organizmu.

    Możemy izolować swoje dzieci od niewłaśiwych kolegów, możemy budować grodzone
    osiedla. Dojdzie do tego,że będziemy się bać wyjść na miasto, i słusznie. Bo
    prędzej czy później "lebry" sforsują ogrodzenia. Nie warto hodować klasy lebrów.

    Co zatem robić?
    1. Nie stawiać systemu edukacyjnego na głowie - zatroszczyć się trzeba o
    najmłodszych. Obowiązkowe przedszkola, małe klasy, wykwalifikowana, dobrze
    opłacona kadra.
    2. System szkolny nie powinien być zglajszachtowany, jednakowy dla wszystkich.
    Dzieci rozwijają się w różnym tempie, nawet zdolne.
    Powinny też być różne typy szkół, np. wojskowe, żeglarskie,i różne systemy, aby
    każdy młody człowiek znalazł swoje miejsce, swoją ścieżkę edukacyjną.
    3. Z młodymi chłopakami zawsze jest problem, pod każdą szerokością geograficzną.
    Wiek 16-26 to lata kryminogenne. Potem się z tego wyrasta, jeśli ma się szansę.
    (Spadek przestępczości w Polsce zaczął się 3 lata temu i związany jest wyłącznie
    ze spadkiem odsetka młodych ludzi w tym właśnie wieku - niż demograficzny).

    Ktoś powie, ale co robić teraz?
    Mamałgosia ma klasę gimnazjum, gdzie 29 uczniów chce się uczyć, a jeden nie
    chce, a innym przeszkadza.
    Zauważmy - to jest gimnazjum, praktycznie dorośli ludzie.
    30 dorosłych (klasa + nauczyciel) patrzy biernie, jak JEDEN dorosły dokucza,
    niszczy, pluje, bije.
    30 jest bezradnych wobec jednego!
    Ludzie, co się dzieje?!
    Czy to dlatego, że nauczyciel myśli przede wszystkim o tym, że zanim podwyższą
    mu płacę o 12 zł, to obniżą o 48?
  • ula27121 11.10.07, 14:18
    Gimnazjum to nie są dorośli. To są dzieci.
  • rycerzowa 11.10.07, 16:03
    ula27121 napisała:

    > Gimnazjum to nie są dorośli. To są dzieci.

    Są dorośli w dosłownym sensie - wyrośnięci, zdolni do rozrodu i do pracy
    fizycznej w stopniu wystarczającym na utrzymanie się.
    Tzw. współczesna dojrzałość społeczna to inna kwestia.
  • mamalgosia 11.10.07, 14:36
    ohoho...
    Nawet nie chce mi się z tym polemizować, wyznam szczerze. Bo ja
    właśnie z tych nauczycieli, którzy mają uczniów w d... i tak sobie
    tylko siedzę za biurkiem i czekam na podwyżkę.
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • anndelumester 11.10.07, 14:37
    fantastyczne te postulaty, tylko za co? za czyje pieniądze?
    i jak to zrealizowac?
    za czyje pieniądze zrobic klasy dla dzieci dresów i blachar, którzy
    jako rodzice nie mają zamiaru uczestniczyć w wychowywaniu swoich
    dzieci - polecam spacer po placach zabaw na blokowiskach...bardzo
    pouczające doswiadczenie.
    Niestety, imo, czas pozytywizmu odczzedł w niebyt, a Silaczki mogą
    dostac co najwyżej w leb bejsbolem od wyemancypowanej młodziezy, z
    nowej klasy wyemancypowanych rodzin...

    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • anndelumester 11.10.07, 15:15
    wink))
    nonsensopedia.wikia.com/wiki/Blachara
    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • mamalgosia 11.10.07, 15:16
    no patrz: całe życie człowiek się uczy...smile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • anndelumester 11.10.07, 15:20
    to se kliknij na rodziny usportowione, jest tam słowniczek i mini
    rozmówki, może znajdziesz wspolny jezyk z uczniami???? ;0)


    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • mamalgosia 11.10.07, 20:53
    To chyba z jakąś klasą pośrednią, której u nas nei ma. Bo albo sa
    uczniowie, z którymi porozumiewam się bez problemu; albo tacy, z
    którymi się nie porozumiewam w ogóle, bo nie lubię przeklinać.

    Ale wiesz, zastanawiam się, czy nie jestem blacharą. Fajny samochód
    to jest cośsmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • warszawianka51 11.10.07, 14:37
    > Możemy izolować swoje dzieci od niewłaśiwych kolegów, możemy
    budować grodzone
    > osiedla. Dojdzie do tego,że będziemy się bać wyjść na miasto, i
    słusznie. Bo
    > prędzej czy później "lebry" sforsują ogrodzenia. Nie warto hodować
    klasy lebrów
    > .
    >

    Oooo właśnie. Miałam o tym napisać. Ludzie majętni, lepiej
    wykształceni - ci, którzy mogliby zmieniać rzeczywistośc uciekają na
    swoje zamknięte osiedla, posyłją dzieci do prywatnych szkół, nie
    chcą mieć nic wspólnego z "patologią". Jak mamy budować
    społeczeństwo obywatelskie, skoro uciekamy od problemów?



    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • anndelumester 11.10.07, 14:55
    >Ludzie majętni, lepiej
    > wykształceni....

    to oligarchowie i wykształciuchy....
    Nie mozna publicznie gardzić pewną grupą spoleczną i jednoczesnie
    żadać od niej misji i wizji uzdrowienia chorej sytuacji spolecznej.
    Albo albo.



    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • warszawianka51 11.10.07, 15:00
    Z tego co wiem, to miłościwie nam panujący wcale nie chcieli
    zaangażowania oligarchów i wykształciuchów. Oni mieli swój pomysł na
    lebrów - specjalne szkoły o zaostrzonym rygorze.
    Pomysł społeczeństwa obywatelskiego to nie jest idea, która
    przyświecała ostatniemu rządowi a to właśnie oni operowali sławnymi
    pojęciami "oligarchowie" i "wykształciuchy". Więc nie bardzo wiem,
    co ma piernik do wiatraka smile
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • anndelumester 11.10.07, 15:08
    Piernik do wiatraka ma to, ze nie ma w spoleczenstwie szacunku do
    warstwy, o której piszesz, że coś tam powinna.
    A trudno jest, imo, działać na rzecz kogoś, kto osobe/instytucje
    pomagająca ma w czterech literach.
    Osobiscie wole działać na rzecz spoleczenstwa w szkole spolecznej,
    gdzie widze efekty mojego zaangazowania i to , że moja praca nie
    idzie na marne.

    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • mamalgosia 11.10.07, 15:13
    Ale to jak to: powinnam wybrać mieszkanie na osiedlu patologicznym
    (gdzie panuje "wirus z Filipin"smile ) zamiast domku jednorodzinnego z
    ogródkiem? (zakładam, że mam taką możliwość). Dla dziecka szkołę
    gorszą zamiast lepszej?
    Własnie takiej odpowiedzialności za społeczeństwo nie mam. Niestety
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • warszawianka51 11.10.07, 17:27
    Sprowadzanie czyjejś wypowiedzi do absurdu to znany wybieg
    erystyczny.
    W którym miejscu napisałam, że masz być odpowiedzialna za wszelkie
    patologie?

    Mi chodziło tylko o wrażliwość społeczną. O to, aby nie uciekać od
    problemu.

    Ty założyłaś ten wątek, więc jak sądzę los lebrów nie jest Ci
    całkiem obojętny. Jednak pojawiły się głosy (teraz już nie pamiętam
    dokładnie czyje dlatego nie będę wymieniać), że to "nie nasza
    sprawa", że "tym gnojkom nic już nie pomoże", że należy ich izolować
    od "normalnego" społeczeństwa. Przykro mi, ale we mnie na takie
    głosy budzi się sprzeciw.
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • mamalgosia 11.10.07, 20:56
    Prawda jest taka, że jeśli chodzi o mnie, to ja sama nie wiem, co
    się we mnie budzi. Właśnie dlatgeo między innymi poddałam ten temat
    pod dyskusję - widzę tyle ZA i tyle PRZECIW, że naparwdę nie wiem co
    byłoby dobre.
    No tak, ponad 100 postów, a ja nadal nie wiemsad

    Mówisz, że stosuję znane wybiegi erystyczne? (cokolwiek to
    oznaczasmile). No to chyba czuję się dumnasmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • rycerzowa 11.10.07, 16:27

    Kilka dni temu na forum emama miała miejsce gorąca dyskusja-kłótnia na ten sam
    temat, ale na poziomie przedszkola. Bo inne trzylatki są zawszone, brudne,
    śmierdzące oraz niegrzeczne, a ich rodzice mają to w nosie.
    Czyli swoje dziecko trzeba jak najszybciej odizolować od tego plebsu.

    Szczególnie o te wszy poszło.
    Tak, jakby nie mogła do przedszkola przyjść pielęgniarka i posmarować głowy
    dzieci czymś anty-wszowym.
    (W ten sposób poradzono sobie z plagą wszy w latach 50. i 60.).
    Tak, jakby wychowawczyni nie mogła umyć brudnego dziecka.
    Tak, jakby nie można było dać mu czystego ubranka.
    Tak, jakby nie można było go nauczyć odpowiedniego zachowania, przecież dziecko
    przebywa w przedszkolu większą część dnia.

    Skąd wziąć na to pieniądze? Ot, zamiast akcji mundurkowej. Albo zamiast kupna
    każdej szkole kompletu dzieł Jana Pawła II ( na ten cel łatwo znajdzie się
    fundatorów). Przecież anty-wszowy płyn, woda i mydło nie kosztuje wiele.

    Powtórzę - działanie należy zacząć od przedszkola. Potem może być za późno.

    Nie można być bezradnym wobec dysfunkcyjnych rodziców.
    Gdyby o wszystkim decydowali rodzice - nigdy byśmy z drzew nie zeszli.

  • mamalgosia 11.10.07, 20:57
    a, wlaśnie, u nas też sąsmile
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • kulinka3 11.10.07, 21:20
    Wiecie co, to jest zupełnie nie do pojęcia w dzisiejszych czasach, ale wszawica
    panuje nagminnie, bez względu na miejsce i zasobność portfela.Czy rodzice nie
    oglądają głów swoich pociech? Nie wiem doprawdy, co się dzieje?.
  • mamalgosia 11.10.07, 21:29
    Właśnie uświadomiłam sobie, że ja nie oglądam. Patrzę na te śliczne
    główki, głaszczę po włosach... ale nie przyglądam się.
    Drapanie się bym zauważyła chyba?
    W każdym razie grzebienia wspólnego z uczennicami nie mam, ale i tak
    sie dziwnie czuję w tej klasie, o której wiem na pewno, kto ma wszy
    (tępi, ale to trwa)
    --
    życiu ciągle mówię: ach....
    jak?
    dlaczego?...
  • anndelumester 11.10.07, 21:57
    > Tak, jakby nie mogła do przedszkola przyjść pielęgniarka i
    posmarować głowy
    > dzieci czymś anty-wszowym.
    > (W ten sposób poradzono sobie z plagą wszy w latach 50. i 60.).
    > Tak, jakby wychowawczyni nie mogła umyć brudnego dziecka.
    > Tak, jakby nie można było dać mu czystego ubranka.
    > Tak, jakby nie można było go nauczyć odpowiedniego zachowania,
    przecież dziecko
    > przebywa w przedszkolu większą część dnia.
    A ja mysle, że nie można mylić przedszkola i szkoly z pogotowiem
    opiekunczym.
    Ja oczekuję od przedszkola i szkoły edukowania mojego dziecka plus
    socjalizacji w grupie. Ktos kto uwaza ze placowka edukacyjna wyreczy
    go w pelnieniu roli ojca/matki powinien sie zastanowic nad
    zrzeczeniem praw rodzicielskich, imo, bo to swiadczy o jego
    niewydolnosci. I ja bym raczej wymagala od nauczycieli zdecydowanego
    stanowiska - albo spelniacie panstwo warunki (sa przecież
    regulaminy) albo dziekujemy bardzo, prosze szukac innego miejsca.

    Pomijajac juz koszty ubranek , kapieli, odwszania itd. w
    przedszkolach nie mozna wykonywac żadnych zabiegów leczniczych,
    zadnych. A i z myciem moga być problemy - bo w przedszkolu
    nauczycielki/panie pomoce mogą pomagac najwyżej w samoobsludze,
    wiec pomysly nie do konca przemyslane.
    > Powtórzę - działanie należy zacząć od przedszkola. Potem może być
    za późno.
    o nie , dzialanie nalezy zaczynac od rodziny. Moim zdaniem, każda z
    rodzin bedaca beneficjentem jakiegolwiek zasilku/pomocy finansowej
    etc. powina byc nie tylko rozliczana z wydanych pieniedzy, ale tez
    szkolona i nadzorowana w zakresie opieki nad dzieckiem. A jak sie
    nie podoba, to szybka sciezka, zero pieniedzy, a dziecko do rodziny
    zastępczej.
    Podobnie przy rodzinach dzieci sprawiajacych trudnosi szkolne - albo
    obowiazek uczestniczenia calej rodziny w bezplatnych zajeciach
    resocjalizacyjnych z pedagogiem/psychologiem etc. albo konkretne
    sankcje z pozbawieniem praw rodzicielskich.
    Bo w koncu chodzi o dobro dziecka a nie o udawanie, że ta rodzina to
    taka fajna.




    --
    Z Wołoszynami poczciwey rozmowy nie masz, bo plemię złodzieyskie,
    tedy wszelką gadkę zaczynay dawszy wprzódy w pysk.
    (Instrukcya, iako z różne nacye gadać, Zamość, 1669)
  • ula27121 12.10.07, 08:11
    Dokładnie. Też tak uważam. Po przemyśleniu raz jeszcze tematu ( bo nie miałam
    zdania) uważam, że szkoła, przedszkola nie są od tego, żeby resocjalizować,
    wychowywać. Ja sobie sama dzieci wychowam a od szkoły oczekuję, żeby
    przekazywała wiedzę i jak mi dziecka do przyjmowania jej nie zniechęci to już
    bardzo dobrze. Cudownie jeśli pozna charyzmatycznych nauczycieli, którzy zapiszą
    pięknie w jego wspomnieniach i charakterze. Nie chciałabym też żeby ratowanie
    dzieci "trudnych" odbywało sie kosztem dzieci "łatwych" bez względu na to, w
    której grupie znalazło by się moje. W warunkach jakie może zapewnić nasze
    państwo ani resocjalizacja ani integracja ( chodzi mi o osoby upośledzone) nie
    są możliwe na tyle aby mogły dawać dobre efekty.

    Zatem moje na chwilę obecną zdanie- klasy lebrów owszem ale nie w zwykłych
    szkołach, nie w takiej formie w jakiej było to zrobione w mojej szkole bo
    bezefektywne. Jeśli już to rzeczywiście szkoły ze specjalnym wyposażeniem, kadra
    specjalnie przeszkolona.
    Jeśli to nie możliwe, niech zostanie jak jest tylko, żeby nauczyciele dali radę.....
  • ula27121 12.10.07, 08:38
    Nie, wycofuję się...jednak nie mam zdania...
  • mader1 12.10.07, 09:48
    Nie dziw się Mamalgosiu, że ponad 100 wpisów a Ty dalej nie wiesz,
    co myśleć smile
    Ta rozmowa nie ma końca.
    Bo chyba teoretycznie nie można być " za" czy " przeciw" izolacji
    niegrzecznych, niedobrych dzieci, lebrów, blachar czy jak tam
    jeszcze...
    Bo co to słowo " niegrzeczny", " niedobry" oznacza ?
    Sama napisałaś o dwóch różnych uczniach, na których życie w klasie,
    wśród " normalnych" działa bardzo różnie - jeden się jednak "
    podciąga" powoli do reszty, drugi usiłuje "ściągnąć" resztę do
    swojego poziomu
    Każde z nich to różne światy. Ten, kto ma więcej niż jedno dziecko
    wie, że nie zawsze ta sama, sprawdzona na poprzednim metoda,
    zadziała w przypadku drugiego z nich. A przecież jesteśmy uważnymi
    rodzicami ! Pytamy, radzimy się, współpracujemy i... skutki są
    czasem daleko odbiegające od tego, co zamierzyliśmy...
    Opiszę Wam, przekornie, bo wszyscy są tu przekorni w tym wątku smile)),
    pewną historię. Historię tę opowiada mi zaprzyjaźniona ze mną
    kobieta na bieżąco. To historia Jej siostrzeńca ( ona sama jest
    podejrzliwie nastawiona do klas giertychowskich , choć jej argumenty
    nie były wcale personalne)
    Chłopak, o ktorym piszę, chodzi w tej chwili do drugiej klasy
    gimnazjum czyli gdyby nie spora odległośc, Mamalgosia mogłaby Go
    mieć w klasie. Swoją historią wtopiłby się idealnie w środowisko.
    Jego mama ma wykształcenie średnie - bez matury. Żle wyszła za mąż
    kiedyś tam. Ma czwórkę dzieci. Już jest po rozwodzie od jakiegoś
    czasu, przez cały czas pracuje, mieszka w średnie wielkości
    mieszkaniu ze swoją matką, która w razie jej nieobecności, kłopotów,
    choroby, opiekuje się dziećmi.
    Jej syn jest bardzo zdolny, jednak ... w jakimś momencie zaczął sie
    szkole gubić... Rodzice na skraju rozwodu, skłóceni, awantury,
    ojciec na bezrobociu, zapewne alkohol... Tato nie współpracował z
    nikim, zniknął po rozwodzie, nie płaci alimentow, nie daje znaku
    życia... Mama widziała, że z jej synem coś sie dzieje.
    Współpracowała od początku - z psychologami, pedagogami. U nich w
    domu nie bije się dzieci - ani ona, ani babcia. Stosowała się do rad
    specjalistów. Bez rezultatu. Reszta rodziny także ma z nimi kontakt -
    zaprasza, jeździ. Żadne rozmowy nie pomagały. Chłopak po prostu
    smiał się w twarz. Tak. Potrafił robić te dziwne, złe rzeczy -
    krzyczeć na nauczyciela, rozwalać mu lekcję, dokuczać kolegom,
    wreszcie przestał chodzić do szkoły... Matka, pracująca przez cały
    czas, na cały etat plus nadgodziny, w dużej firmie wcale nie
    zarabiała na utrzymanie czwórki dzieci ( !) Polski fenomen, co ?
    Więc korzystanie z pomocy ludzi, opieki społecznej - co dało efekt
    normalności, ale było upokarzające. Upokorzona, bezsilna zapracowana
    mama naprzeciwko wolnego, swobodnego ojca... teraz już dobrego i
    mitycznego. Trafiła do szpitala psychiatrycznego. Raz, potem drugi,
    w przerwach pracuje normalnie i stara się ogarniać wszystko...
    WSPÓŁPRACUJE z każdym, kto oferuje jej pomoc.
    Syn dostał oprócz opieki psychologów, których ma gdzieś, kuratora.
    Kurator... opiekuje się, przychodzi, rozmawia... Bardziej z rodziną
    i sam ze sobą niż z delikwentem, który zaczął już bić młodsze
    rodzeństwo...
    Chłopak skończył podstawówkę. Wyjazd z ciocią, rozmowy,
    tłumaczenia.Bezsilność. Spróbowali zmiany gimnazjum na dalsze.
    Przekonywali chłopaka, że jest przecież zdolny, że tu nikt go nie
    zna... Może zacząć od nowa. Oczywiście z żadnym skutkiem. Już od
    razu postanowił nie chodzić do szkoły...
    Kurator załawił Straż Miejską, ktora go codzinnie do szkoły
    odprowadzała. Więc z niej wychodzi sad chwilę później...
    Nie ma jeszcze klas giertychowskich.
    Po konsultacjach kurator postanawia przerwać krąg niemożności.
    Miejsce w ośrodku ( wychowawczym czy jak tam się inaczej teraz zwie)
    się zwalnia. Przyjeżdżają po chłopaka, jego rzeczy, mają pełen
    wywiad, pełne rozpoznanie sytuacji. Zabierają go do ośrodka, miedzy
    takich samych lub gorszych, nie musi już nigdzie wychodzić, żeby
    pójść do szkoły. Jest na miejscu.Na miejscu terapeuci.
    Był tam trzy miesiące. ....
    Zadziałało to niego tak, jak na moje maluchy odesłanie do drugiego
    pokoju " na otrzeźwienie". Zobaczył inny świat. Już nie mógł wcierać
    komuś wydzieliny we włosy... Uderzyć.Nikt by się nie dał. To on był
    zagrożony. Nie był najgorszy. Na historię jego życia koledzy
    patrzyli pobłażliwie...
    Wrócił do domu i wreszcie, po długim czasie zaczął współpracować.
    Wiecie, ja nie wiem, czy on skończy studia, choć gdyby był "
    grzeczny" mógłby zapewne. Na razie uratowano go, nie używając
    jeszcze nawet giertychowskich klas, przy pomocy dostępnyc środków,
    od NAJGORSZEGO.

    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • warszawianka51 12.10.07, 11:06
    Aleś napisała smile Mam nad czym myśleć smile
    --
    Bóg nigdy nie jest ,,poza", ani ,,przed", ani ,,nad" nami. Kiedy
    żyję, o ile umiem naprawdę, On słodzi kawę w porcelanowej filiżance.
    Ks. M. Puzewicz
  • twoj_aniol_stroz 16.10.07, 10:10
    Bo mam wrażenie, że to był "kubeł zimnej wody", który jednak ma
    działanie terapeutyczne.
    Sama znam przypadek dziecka z "dobrego domu", żadna patologia, ludzi
    wykształceni, wierzący, dwoje starszych ok., jedno młodsze też ok.
    natomiast jedno środkowe - wychowawczy koszmar. WEychowywane tak
    samo jak reszta, wedle tych samych reguł i koniec podstawówki a tu
    wagary, totalna olewka, zblazowany młody człowiek, który zasady
    wychowania ma za nic. Jedno gimnazjum - rejonowe - porażka na całej
    linii, przeniesiony do prywatnego gimnazjum - koszmar. W końcu
    zdesperowani rodzice postanowili oddać delikwenta do szkoły
    prowadzonej przez księży - taka szkoła z internatem, gdzie dziecko
    mieszka 24h/dobę przez 5 dni w tygodniu, gdzie jest bardzo ścisły
    plan dnia wypełniony po brzegi. Pierwsze spotkanie z księdzem -
    dyrektorem, młody wchodzi do gabinetu z rodzicami i z marszu rozwala
    się na krześle. Na to ksiądz wstał i jednym celnym słowem wyrzucił
    chłopaka za drzwi, oznajmiając, że rodzice przyszli z problemem,
    dzieciak na razie problemu nie widzi, więc za drzwi (mina księdza,
    postura i wszystko razem było tak surowe, że rodzice struchleli).
    Młody zdębiał i wyszedł. Jak zamknęły się drzwi ksiądz się
    uśmiechnął, pogłaskał mamę i tatę po ramieniu i powiedział "będzie
    dobrze, wyjdzie na ludzi". I wyobraźcie sobie, że wyszedł, faktem
    jest, że przez pierwszy miesiąc był głęboko urażony wysłaniem go do
    tej szkoły, ale potem zmienił się w każdym calu. Jest zupełnie innym
    człowiekiem.
    Wniosek jest taki: nie zawsze zachowani młodego człowieka wynika z
    błędów wychowawczych rodziców. Wniosek drugi: czasem kubeł zimnej
    wody działa bardzo motywująco smile)))
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • otryt 17.10.07, 11:47
    twoj_aniol_stroz napisała:

    >Wniosek drugi: czasem kubeł zimnej wody działa bardzo
    >motywująco smile)))

    Każdy człowiek ma pewien zbiór przekonań, mądrości życiowych. Także
    nastolatek lub dziecko. Z tych przekonań wynika w dużej mierze
    postępowanie człowieka. Opisane przez Ciebie i Mader dwie historie
    młodych ludzi pokazują gwałtowne zetknięcie się z innym światem,
    którego do tej pory nie znali. Ten kubeł zimnej wody musiał wpłynąć
    na ich filozofię życiową. Mam takie pytanie: jak myślicie, jaką
    fałszywą filozofię wyznawali wcześniej i w jaki sposób się ona
    zmieniła pod wpływem nowych szkół?

    Jako przykłady błędnego myślenia podam kilka: "wszyscy
    kradną", "nie warto się uczyć - rodzice skończyli studia i co im to
    dało i tak cienko przędą" , "nikt mnie nie kocha", "trzeba być
    silnym - jeśli ja go nie podporządkuję sobie, to on mnie
    podporządkuje", "świat to dżungla - muszę stosować prawa
    dżungli", "nie ma bezinteresownej przyjaźni i miłości", etc...

    Pozdrawiamsmile

  • ea-szarri 17.10.07, 15:09
    Czasami to nieźle robi na rozum: przekonać się doświadczalnie, ze
    takie postępowanie może mieć nieprzyjemne skutki już teraz, a nie za
    pięć lat (czyli w zgrzybiałej starości). Szok sam w sobie terapią
    nie jest, ale może zmusić do myślenia wink
    Poza tym chłopak miał mnóstwo szczęścia, bo: po pierwsze primo: był
    tam trzy miesiące – wystarczająco długo, by poczuć dyskomfort, ale
    też zbyt krótko, by nową sytuację oswoić. A po drugie primo: wrócił
    do domu, gdzie rodzic chciał mu pomóc, a nie czekał bezczynnie, aż
    ktoś syna naprawi.

    No, jest jeszcze taka możliwość, że w tym ośrodku byli tacy świetni
    terapeuci i to ich zasługa... ale jakoś wątpię, niestety...
  • rycerzowa 16.10.07, 01:48
    anndelumester napisała:

    > A ja mysle, że nie można mylić przedszkola i szkoly z pogotowiem
    > opiekunczym.

    Przedszkole z definicji jest placówka opiekuńczo-wychowawczą.
    Czyli "opiekuńczość" jest na pierwszym miejscu.


    > I ja bym raczej wymagala od nauczycieli zdecydowanego
    > stanowiska - albo spelniacie panstwo warunki (sa przecież
    > regulaminy) albo dziekujemy bardzo, prosze szukac innego miejsca.

    O, gdybyż to było takie łatwe!
    >
    > Pomijajac juz koszty ubranek , kapieli, odwszania itd. w
    > przedszkolach nie mozna wykonywac żadnych zabiegów leczniczych,
    > zadnych. A i z myciem moga być problemy - bo w przedszkolu
    > nauczycielki/panie pomoce mogą pomagac najwyżej w samoobsludze,
    > wiec pomysly nie do konca przemyslane.

    W razie potrzeby każdy ma prawo wykonać "zabieg leczniczy", np. opatrzenie rany,
    sztuczne oddychanie.
    A pomysły są od tego , by je "przemyśleć",przedyskutować i ustalić ewentualne
    reguły. Imposibilizm w sprawie wszy i mycia jest skandalem.

    > o nie , dzialanie nalezy zaczynac od rodziny.

    Owszem, ale to jest trudne, nie zawsze skuteczne, a poza tym my potrzebujemy
    działań tu i teraz, bo TERAZ rodzą się i dorastają nasze dzieci (i wnuki).


    >Moim zdaniem, każda z
    > rodzin bedaca beneficjentem jakiegolwiek zasilku/pomocy finansowej
    > etc. powina byc nie tylko rozliczana z wydanych pieniedzy, ale tez
    > szkolona i nadzorowana w zakresie opieki nad dzieckiem.


    Spytajcie Sion, jak to działa, na ile takich rodziców można "wyszkolić i
    nadzorować". Ona takich jednych zna i robi co może.
    A może cokolwiek zrobić praktycznie tylko dla dzieci.

    >A jak sie nie podoba, to szybka sciezka, zero pieniedzy, a dziecko do rodziny
    > zastępczej.

    Hm, a skąd wziąć tak dużo rodzin zastępczych? Na razie mamy problem ze
    znalezieniem odpowiedniej liczby rodzin dla dzieci całkowicie porzuconych.

    > Podobnie przy rodzinach dzieci sprawiajacych trudnosi szkolne - albo
    > obowiazek uczestniczenia calej rodziny w bezplatnych zajeciach
    > resocjalizacyjnych z pedagogiem/psychologiem etc. albo konkretne
    > sankcje z pozbawieniem praw rodzicielskich.

    No i co zrobić z tymi dziećmi? Ilu jest ludzi gotowych stworzyć dom dla lebrów?
    Może jednak taniej i skuteczniej jest sfinansować odwszanie, mycie i zajęcie
    się przedszkolakiem? Żeby nie było za późno?

    Jeszcze jedno. My sobie wyobrażamy lebra jako agresywnego osobnika z
    patologicznej rodziny. Tymczasem zło to nie tylko agresja fizyczna.
    Klasa mojej córki to była super klasa, słynna w szkole. Czworo laureatów
    olimpiad w ósmej klasie, finalistów nie licząc.
    W tej klasie, jak i w każdej innej, działo się dużo niedobrych rzeczy.
    Ale nie z powodu tego jednego chłopaka z ADHD, który się z nimi uczył.On był
    jeden, a ich było 29. Z nim sobie poradzili.
    Zatem nie z powodu fizycznej i słownej agresji działo się zło w tej klasie.
    Największe świństwo (za przeproszeniem) zrobiły jednej dziewczynce spokojne i
    grzeczne koleżanki. Wzorowe uczennice, z dobrych rodzin.

    Czasem warto przyjrzeć się, gdzie czai się prawdziwy problem wychowawczy. To nie
    jest tak prosto, że ten wrzeszczący i podskakujący to zły, a ten cichy i
    ugrzeczniony, to dobry.
    Który minister zaproponuje stworzenie oddzielnych klas dla plotkujących ,
    złośliwych, uprawiających intrygi dziewczątek?

  • mader1 17.10.07, 12:17
    Swojego czasu dyskutowałysmy z Przyjaciółką o tym rozwiązaniu, które
    zaproponował Giertych.
    Wcale nie byłysmy uprzedzone do niego (do rozwiązania smile)) z powodów
    personalnych. Ani razu nie padł w trakcie argument o twórcy.
    Okazało się, że nasz sceptycyzm wynika z braku zaufania.
    Uważam, że szkoła publiczna - taka jaka jest, w takim stanie , jak
    obecny - podstawówki, gimnazja, licea- technika takie jakie widzę -
    przypomina moloch, kombinat kompletnie nieruchawy , a w swoich
    reakcjach na problemy niezmiernie powolny i bezsilny... Coraz
    bardziej bezsilny.
    Przepraszam nauczycielki forumowe,nie czujcie się urażone , mam
    wrażenie, że często ta ogólna sytuacja - nie piszę o sukcesach na
    konkretnych lekcjach czy w konkretnych klasach - nie do końca zależy
    nawet od starań i oddania poszczególnego nauczyciela.
    Uczeń często jest anonimowy , bardzo często nauczyciel niewiele o
    nim wie, bywa, że w średniej wielkości gimnazjum wcale nie pamięta
    (jeżeli ma 1 godzinę dziennie tygodniowo) , kto on zacz i co wie.Ma
    stopnie - 2,3 w ciągu półrocza wystawione z klasówek ! I na tym
    kończy się jego wiedza.
    Mam wrażenie, ze im wyżej się dzieciak pnie po stopniach edukacji ,
    w tym w lepszym stylu jest nie interesować się, nie wiedzieć nic o
    uczniu.Nie wnikać w życie prywatne, w zainteresowania. Udawać, że
    nie do końca pamięta się jego imię, a tylko czasem nazwisko...
    Często wcale nie są zauważane pierwsze sygnały - nawet dawane w
    sposób wyraźny : typu jedynki, pogorszenie zachowania - rodzice zaś
    wzywani są w sytuacjach ostatecznych. Często więc problem widoczny
    jest po pół roku, po roku - gdy on już jak kula śnieżna narośnie.
    W dodatku po tym pół roku postępowanie jest albo szalenie represyjne
    i histeryczne albo takie, jakby problem był wychwycony na samym
    początku sad - pewnie to zalezy od dyrektora.....
    Trochę o tym pisaliście wcześniej.
    Jak można pomóc komus, kogo się nie zna ? Przecież wiemy ze swojego
    doświadczenia, że trudno nawet jest pomóc komus, kogo zna się dobrze.
    Przecież mamy takie piękne teorie - na przykład na temat zachowań w
    grupach... Dziecko zwane lebrem inny wpływ będzie miało na klasę,
    gdzie nie ma pozytywnego mocnego przywodcy, który stanowi
    przeciwwagę, inny gdzie dzieci są spokojne, grzeczne, ale słabe i
    mozna je zastraszyć i nad nimi zapanować.
    Kto powiedział, że nie można dzieci " przesuwac " między klasami ?
    Nawet najlepszym pracuje się przecież z jednym nauczycielem lepiej,
    z innym gorzej... Przeniesienie ucznia do innej grupy czy klasy
    traktowane jest bardzo podejrzliwie - jeżeli chcą to zrobić rodzice,
    to jest to traktowane jak czerwona kartka dla wychowawcy, jeżeli
    szkoła - jakiś element " naznaczania". A może możnaby temu
    konkretnemu wychowawcy dac po jakimś czasie " odetchnąć" od
    konkretnego lebra ?
    Trzeba by być bardziej elastycznym w rozwiazaniach.
    Trzebaby się bardziej " pochylić" na konkretnym dzieckiem czy
    problemem. Poszukać rozwiązań.
    Są w związku z tym obawy, by " klasy giertychowskie" nie posłużyły
    do natychmiastowego, szybkiego i AUTOMATYCZNEGO załatwienia problemu.
    Wtedy nic nie załatwią. Utrzymają i usancjonują tylko stan
    stagnacji.

    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • ea-szarri 17.10.07, 15:12
    Powiem szczerze, że strasznie smutno mi się ten wątek czyta...
    Fuknęłam trochę na mamalgosię za „rodziny niezaistniałe”, ale prawdą
    jest niestety, że rodzina łatwiej niż inne może stać się
    dysfunkcyjna. Moja rodzina... Bo nie ma obok nikogo, kto by mógł dać
    dziecku to, czego ja dać nie umiem; bo mojego błędu nikt nie
    wyprostuje; bo nadmiar kłopotów może mnie wpakować w zwykłą nerwicę,
    czy depresję – żaden wstyd, ale dziecko może nie podołać wyzwaniu...
    dużo jeszcze innych „bo” może się zdarzyć, a ja mogę nawet nie
    zauważyć, że coś złego się dzieje, że mojemu dziecku dzieje się
    krzywda.
    I co wtedy?
    Jeżeli młoda schowa się w sobie i powiedzmy będzie się tylko gorzej
    uczyła – nie ma praktycznie szans, że ktoś zwróci uwagę, że dzieje
    się z nią coś złego.
    A jeżeli pójdzie w agresję... Jakoś czarno to widzę.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.