Dodaj do ulubionych

No właśnie: rodzice chrzestni.

18.10.07, 22:27
Do tego wątku zainspirowała mnie dyskusja o chrzestnych w temacie o późnym
chrzcie.
Wszyscy wiemy, że rodzice chrzestni powinni wspierać rodziców w religijnym
wychowaniu dziecka. Taka jest ich rola, funkcja i powołanie.
Ale na czym to polega w praktyce? Co w tej materii uczynili i jakimi sposobami
osiągnęli to Wasi chrzestni? Inaczej mówiąc, jak chrzestni rodzice przyczynili
się do Waszego wychowania religijnego i co w tym kierunku robili?
--
Osoby mrowie a mrowie
Edytor zaawansowany
  • 18.10.07, 22:46
    to ja się melduję. Nic. O nic nie pytali, w nic nie wnikali. Może
    za religijny wkład w moje wychowanie chrzestnej można uznać, że
    przez jakiś czas spędzaliśmy częśc Wigilii i Bożego Narodzenia w
    domu Babci, w którym mieszkała takze Ona ?
    Jest rozwódką i zdecydowanie lubiła ( mam wrażenie, że się
    ustatkowała trochę) mężczyzn. Była na wszystkich uroczystościach,
    także w kościele, ale nie widziałam Jej przyjmującej komunii...
    Tato chrzestny... ma bardziej stabilną sytuację rodzinną, jest
    wierzący, ale nie wnikał w moje wychowanie religijne. Za to ja mam
    wpływ na wychowanie religijne Jego wnuka smile, choć nie jestem Jego
    chrzestną.
    Gdybym wybierała sobie sama chrzestną, wybrałabym drugą siostrę
    taty smile

    a mój mąż... Jego chrzestna nie ochrzciła swojego jednego syna sad ,
    nieochrzczony jest też Jej wnuk sad To dobra kobieta, która
    przychodzi na msze św. okazjonalne i nie wzbrania się przed
    pogadaniem na nich... a potem monologami na temat ksieży smile)))
    Ale smile)))) mamy lekki, ale jednak wpływ na wychowanie w wierze Jej
    wnuczki - mój mąż jest Jej chrzestnym. Trochę Ja to "boli" smile)))
    Chrzestny męża jest porządny. Wprawdzie po męsku - ale się stara.
    Nie wzbrania się przed rozmową na temat wiary, choć nie narzuca jej
    wprost.
    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • 18.10.07, 23:03
    Ano nijak się nie przyczynili.
    Rodzinna tradycja nakazuje chrzestnym, by dwukrotnie wręczyli swoim
    podopiecznym prezent: z okazji I komunii i na 18 urodziny. Te dwie
    czynności wyczerpują zakres obowiązków.
    Ale moja rodzina trochę dziwna jest i niezbyt zżyta.
  • 18.10.07, 23:28
    Chrzestnych mam po kluczu 'z rodziny'wink Brat taty, wujek niepełnosprawny
    umysłowo (tzn. wówczas tylko lekko niepełnosprawny) i dalsza ciocia (chociaż w
    dzieciństwie dość często widywana). Moje dzieci też mają za chrzestnych rodzinę,
    niekoniecznie bogobojnąwink Wiem, powinno być inaczej, prowadzenie w wierze itd.,
    ale...
    Chociaż ja nie do końca czuję, że chrzestni naszych dzieci powinni nam w wierze
    pomagać. Natomiast jako chrzestna się do wspomagania poczuwam, ciekawewink

    ps. w rodzinie tylko raz zdarzyło mi się rozmawiać o wierze, i to z pewnym
    dalszym...wujem...niesamowite było dla mnie, że facet, a sam rozpoczął rozmowę...
  • 18.10.07, 23:47
    Nie no, ja to wspieranie rozumiem tak, ze wspieraja w razie
    potrzeby. U mnie potrzeby nie bylo, znaczy sie rodzice sobie jakos,
    do czasu, radzili wink)). Ergo wzmiankowany na forum sp. stryj oraz
    daleka kuzynka mojej Mamy pierwszy i jedyny raz pojawili sie w moim
    zyciu z okolicznosciach religijnych na moim chrzcie.

    Ja chrzesniakow nie posiadam, bo jak bylam w stosownym wieku i
    statusie materialnym, tom byla niewierzaca (co
    proponujacym "zaszczyt" zreszta zdawalo sie nie przeszkadzac ;-O),
    slubny natomiast posiada caly legion, w tym osob z klucza
    proponowanego przez Dominika, tj. doroslych z jego miasta, ktorzy
    znali go tylko z parafii. Stara sie utrzymywac kontakt, i to wlasnie
    na plaszczyznie religijnej, ale jednak, no, czas i odleglosc robia
    swoje.

    --
    Is.
  • 19.10.07, 15:31
    Hmmmmmmmmm. Zaczynam podejrzewac to forum o kontakty z silami (nie)
    czystymi. To pewnie przez homeopatie!

    Otoz, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazuja, ze bede miala, a
    raczej, bedziemy mieli ze slubnym, chrzesniaczke. Bedzie co prawda
    problem z "podawaniem do chrztu", albowiem chrzesniaczka ma, lekko
    liczac metr siedemdziesiat piec (o wieku sie nie zajakne, bo w
    odniesieniu do niewiasty nie wypada).

    Ale sie ciesze wink))!

    --
    Is.
  • 19.10.07, 15:38
    Gratuluję!
    Ale jako administratywista pamiętaj:

    Kan. 865 - § 1. Aby dorosły mógł być ochrzczony, powinien wyrazić
    wolę przyjęcia chrztu, być odpowiednio pouczony o prawdach wiary i
    obowiązkach chrześcijańskich oraz przejść praktykę życia
    chrześcijańskiego w katechumenacie. Ma być również pouczony o
    konieczności żalu za grzechy.

    Kan. 863 - O chrzcie dorosłych, przynajmniej tych, którzy ukończyli
    czternasty rok życia, powinien być powiadomiony biskup diecezjalny,
    ażeby, jeśli uzna to za wskazane, sam udzielił chrztu.
  • 19.10.07, 15:54
    A, nie, potencjalna chrzesniaczka uczeszcza na stosowne nauki, ktore
    u sw. Marka sie ku chwale Bozej i budowaniu Kosciola ziemskiego
    prowadzi.
    Czternascie lat skonczyla (chyba wink)), albowiem matka dziecku
    piecioletniemu jest, wiec by mi z rachunku co najmniej tyle
    wypadalo...

    --
    Is.
  • 19.10.07, 02:03
    moi chrzestni rodzice do mojego religijnego wychowania w zaden
    sposob sie nie przyczynili...z ojcem chrzestnym nie mam prawie
    zadnego kontaktu-mieszka w usa,ale z matka chrzestna tez mam malo
    wspolnego,chociaz mieszkamy w tym samym miescie.
    ja sama ma 3 chrzesniakow-jeden jest b poboznym juz studentem,bo
    pozno byl chrzczony,wiec wychowywac "religijnie" go nie
    musze;chrzesniaczka chodzi do przedszkola siostr zakonnych,mimo,ze
    ma mame ateistke,wiec dziewczyki poki co religoijnie tez wspmagac
    nie musze,choc czasem kupie jej jakies religijne ksiazeczki-ona
    silne wychowanie w wierze ma w swoim przedszkolu i przenosi to tez
    na grunt domowysmile; a najmlodsza maja chrzesniaczka, bedaca jeszcze
    niemowleciem, ma b poboznych rodzicow,wiec o jej droge religijna
    rczej sie nie boje.
  • 19.10.07, 09:57
    Moi nijak, chrzestny jeszcze przed moją komunią został świadkiem
    jehowy, z chrzestna do dziś mam bardzo dobry kontakt, siostra mamy,
    jedyna wierząca w rodzinie... ale mi się lapsło. Ale nie wychowywała
    mnie ani w wierze ani inaczej. Za to ja jedyna równiez jestem
    wierząca i praktykująca... w przeciwieństwie do jej córek i reszty
    rodziny w moim pokoleniu smile
  • 19.10.07, 11:25
    Wszyscy wiemy, że rodzice chrzestni powinni wspierać rodziców w
    religijnym wychowaniu dziecka. Taka jest ich rola, funkcja i
    powołanie.
    Ale na czym to polega w praktyce? Co w tej materii uczynili i jakimi
    sposobami osiągnęli to Wasi chrzestni? Inaczej mówiąc, jak chrzestni
    rodzice przyczynili się do Waszego wychowania religijnego i co w tym
    kierunku robili?
    NIC I NIJAK ... oboje dawno nie żyją, byli przyjaciółmi rodziców,
    nie dobierani pod kątem wiary ... ani w religijne, ani w wychowanie
    moje nie wnikali, chrzestna mieszkała za granicą, z kościołem
    związana bardzo luźno, chrzestny z wwy, ale kontakt była taki
    luźnawy,
    moja córka ma chrzestną naszą znajomą, córkę znajomych dobrych moich
    rodziców, ojciec chrzestny - znajomy męża, mało nam sie udał, ale
    nie było żadnego kuzyna, pociotka ani nikogo...
    tak sobie myślę, że z doborem tych chrzestnych to wielki problem,
    zwłąszcza jak np. nikt w rodzinie nie ma rodzeństwa, rodzina blizsza
    i dalsza jest mała ... ciężko znaleźć jakiegokolwiek
    kandydata/kandydatkę, a co dopiero wierzącego i chcącego sie
    aktywnie włączyć w wychowanie dziecka...
    praktycznie to nie znam i nigdy nie słyszałam o takim przypadku,
    chrzestni kojarzą sie z kilkoma uroczystościami typu urodziny,
    komunia, bierzmowania ... zresztą teraz człowiek nie ma czasu dla
    własnych dzieci, a co dopiero cudzych....
  • 19.10.07, 11:11
    No to pora i na mnie, bo jak widzę moja sytuacja jest dość standardowa.
    Chrzestna matka kilka lat po moim chrzcie rozwiodła się z mężem, wyszła za mąż
    drugi raz i na kilka lat słuch po niej zaginął - nie była nawet na mojej
    komunii. Obecnie uważa się za niewierzącą.
    Pewnego dnia natomiast, a było to już kiedy byłam na studiach, objawiła się z
    bezcenną pomocą - kiedy zachorowałam na serce, zaprosiła mnie do siebie na kilka
    tygodni (mieszka w Bieszczadach) na rekonwalescencję.
    Tak więc religijnie nic - ale po chrześcijańsku postąpiła wielce smile))
    Ojciec chrzestny natomiast, mimo, że się bardzo lubimy i odwiedzamy, też nic w
    tej mierze nie zwojował - on sam chodzi do kościoła jak czasem, jego córki wcale.
    Miał natomiast więcej szczęścia mój brat. Jego chrzestna dyskretnie podrzucała
    mu na imieniny i inne okazje wartościowe książki i różne patriotyczne drobiazgi
    - np. na osiemnastkę dostał przedwojenną srebrną monetę z Piłsudskim, którą do
    dziś przechowuje z pietyzmem.
    ---
    Osoby mrowie a mrowie
  • 19.10.07, 16:18
    Daliście mi nieco do myślenia i wspominania. Moze to chodzi o
    drobiazgi? Moja chrzestna gosciła mnie w czasie wakacji przez jakiś
    czas. W wakacyjne niedziele zawsze woziła mnie do koscioła, mimo że
    do najblizszego było bardzo daleko, benzyna była na kartki, a PKS
    nie jeździły często. Ale ona dzielnie nas ładowała do malucha i tak
    w pięcioro udawlismy się do koscioła garnizonowego z reguły, bo ona
    żona wojaka jest.
    Chrzestny bardzo kochany i pracowity, brat mamy, bardzo interesował
    się moimi sprawami, traktuje mnie jak rzeczywiscie córkę. Tez
    pamietam odwiedziny i niedziele zaczynające się od Mszy, wspólny
    wieczorny pacierz. Od niego dowiadywałam się historii Popiełuszki,
    zawoził mnie na grób ksiedza, pożyczał ksążki...
    Teraz mam 3 chrześniaków: gimnazjalistkę, pierwszaka i prawie roczne
    cudo. Za bardzo z siebie nie jestem zadowolona.
  • 21.10.07, 12:03
    moi nic. Mi rodzice nie byli religijnie a i chrzestni raczej nie.

    Ale ja swoje i slubnego ojcostwo/macierzyństwo chrzestne traktuję
    poważnie. Tyle że sa dwa przypadki:

    1)dziecko wychowuje się w rodzinie katolickiej (np moja
    chrzesniaczka, corka mojej siostry) gdzie nie ma potrzeby
    ingerowania religijnego kogos z obok. Jako chrzestna jestem obecna
    także wwychowaniu ale wielkiego wysiłku w to nie wkaldam. jestem
    raczej na wszelki wypadek.

    2) chrzesniak mojego męża - jego mama jest samotna z polemicznym
    stosunkiem do kościoła. tu byłaby wskazane więsze zangażowanie w
    wychowanie religijne i to jest trudne. Bo jak? wbrew matce? Taki
    wujek co się objawia raz na rok i ciągnie do kościoła?

    i w tej samej kategorii drżę że niedługo zostane poproszona na
    chrzestna w totalnie neireligijnej rodzinie. Traktuję jako się
    rzeklo poważnie sprawę i mam duże watpliwości. Swoich obowiązków nie
    bardzo się da tam wykonywać. Dziekco w wierze nie będzie tam
    wychowywane wcale. Z drugiej stronie modlilabym się przynajmniej za
    to dziecko a inna mama z łapanki mogłaby tego nie robić. I co?
    --
    Kasia
  • 21.10.07, 12:36
    ja też mam taki trudny przypadek: rodzice areligijni, daleko mieszkają, czasem
    łaskawie pozwolą nam zabrać dzieci na Eucharystię, ale to sporadyczne,
    świąteczne wyjątki. Stale swoją rolę muszę modyfikować.
    To trudne, ale widocznie tak ma byćsmile

  • 21.10.07, 12:39
    Czy wybierając chrzestnych dla swoich dzieci, myśleliście o tym, że gdyby COŚ,
    to oni będą Wasze dziecko wychowywać? Muszę przyznać, że dlatego chrzestną moich
    dzieci jest moja siostra, a my z mężem - chrzestnymi małej "Luli". Tak jakoś
    podświadomie to czuję, chyba rodzinnie przekazane. Atawizm?
  • 22.10.07, 18:03
    Nie, wiem, że gdyby coś się stało, mam wspaniałą siostrę, ona też wie, ale
    wybrałam ją ba chrzestną mojej drugiej córki i zawiodłam się - oboje z mężem
    (również chrzestnym) nie przystąpili do komunii przyprawiając mnie prawie o
    zawał, bo byłam pewna, że znając moje podejście jeśli nie będą w stanie się na
    to zdobyć - odmówią, ale założyłam, że skoro po chrzcie mojej starszej córki
    wzięli slub, ochrzcili córkę, myślałam... a potem ochrzcili swojego syna, dalej
    jednak sami są... hmm... wierzący niepraktykujący. A jak zabrałam ich 4 letnią
    córkę do kościoła, to jej ojciec strasznie się martwił: co się dziecku stanie
    oraz jak wytrzyma, problemu nie było żadnego. Choć była pierwszy raz w życiu w
    Kościele. Ja ze swoją chrześnicą jestem na co dzień, staram się jej zbytnio nie
    wychowywać, bo mamy inne metody z moją siostrą, a w wierze, to jw.
    A moja dorosła córka chrzestna zeszła na "złą" drogę po gorliwości neofity
    związała się z wojującym antylkerykałem (wcześniej wierzącym i praktykującym,
    któemu Bóg "na odcisk nadepnął" jego zdaniem), następnie zmarł jej ukochany
    szwagier i uznała że Boga nie ma. A ja co... uznała też, że mnie prawie nie ma.
    Choć oddaję honor, miała ze mną iść na Wigilię Paschalną w tym roku,
    niespodziewanie przyjechałą jej siostra z dziećmi, których nie mogła zostawić ze
    swoim partnerem życiowym. A to była jakby nie było 9 rocznica jej chrztu. Ufam,
    że będzie dobrze, choć może za wiele lat...
  • 22.10.07, 11:48
    No własnie. Moze i coś religijnego otrzymałem (czyt. kartkę ozdobną
    z ładnym obrazkiem) od chrzestnych na pierwszą Komunię. Udział w
    wychowaniu religijnym - niezbyt kojarzę.

    Chrzestni - z klucza rodzinnego. Z drugiej strony Polski, więc biorę
    to pod uwagę. Chrzestną widziałem niecały rok temu, chrzestnego - od
    9 lat nie.

    Więc się tak zastanawiam nad celowością klucza rodzinnego... dla
    swoich dzieci nie miałbym problemu z rezygnacją z niego.
  • 22.10.07, 14:52
    Bezposrednio religijnie nic, ale wiem, ze chrzestna, z ktora mam
    rzadki kontakt, jak bylam mala bardzo pomagala rodzicom, bo jest
    pediatra i mieszka blisko. Chrzestny byl raczej od pomyslowych
    prezentow, ale lubimy sie do dzis. Oboje spoza rodziny, zaprosilam
    ich na chrzest wlasnych dzieci i byli bardzo tym wzruszeni.
  • 23.10.07, 01:06
    Nie mam zbyt udanych chrzestnych - ojcem chrzestnym jest brat mojego taty a
    matką chrzestną dopasowana do niego wiekiem kuzynka mojej mamy. Wiem, że w
    dzieciństwie byli dla mnie ważni - jako chrzestni ważniejsi od innych wujków i
    cioć. Ale zostało mi tylko zdjęcie z Pierwszej Komunii, gdzie kazałam tylko im
    się ustawić ze mną.
    Jako chrześcijanka pożytku nie miałam z nich żadnego - z chrzestnym od lat nie
    utrzymujemy kontaktu (kwestie majątkowe), a chrzestna jest powtórnie zamężną
    rozwódką.
    Z drugiej strony mam wierzących praktykujących rodziców i żadni zastępcy nie
    byli mi potrzebni.
    --
    Magdalaena
  • 24.10.07, 09:28
    Moi rodzice chestni na pewno byli mi bliscy,zdarzało się ,że
    pomagali w trudnych chwilach, ale co do ich religijności ... To brat
    i siostra moich rodziców i chyba to po prostu zadecydowało o ich
    wyborze. Czytając Wasze posty zastanowiło mnie jedno i przyznam, że
    nie wiem dlaczego nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi - moja
    mama chrzestna już była rozwódką, kiedy podawała mnie do chrztu, i w
    dodatku żyjącą w kolejnym ( tym razem na szczęście szczęśliwym )
    stałym związku. Jak to się ma do bycia chrzestną mamą?
    A ja? Zawsze się starałam być blisko z moimi chrześniakami. Tak,
    żeby wiedzieli, że mogą mi zaufać, zadzwonić kiedy chcą, nawet w
    jakiejś głupiej sprawie, powierzyć tajemnicę. Różnie mi to
    wychodziło. Ponosiłam też porażki. Byłam w trudnych sytuacjach - na
    bo jak długo można utrzymywać kontakt z dzieckiem, kiedy jego
    rodzice nie są tym zachwyceni? Bo przecież to oni są najważniejsi i
    nic wbrew ich woli zrobić nie mogę. Ale zawsze mogę ofiarować
    modlitwę. Bez takiej zwykłej bliskości trudno mi wyobrazić sobie
    wychowanie religijne.
    Chrzestni mojego synka dziś ofiarowują mu zabawki i wspólne wygłupy.
    Mam nadzieję, że kiedyś też będą jego przyjaciółmi.
    Monibiel
  • 26.10.07, 14:47
    Witajcie, chciałabym się podzielić z Wami moimi dylematami i
    przeżyciami odnośnie chrztu dzieci i wyboru odpowiednich kandydatów
    na chrzestnych. Jestem tu nowa, więc może najpierw napiszę coś o
    sobie, co przybliży Wam moją sytuację. Jestem w związku
    niesakramentalnym, mam dwie córeczki 6, 5 letnią i 3 miesięczną. Po
    kilku latach rozłąki z Kościołem i Bogiem dojrzałam. Dojrzałam do
    wiary, do tego, że chcę żyć zgodnie z przykazaniami Pana, wierzę i
    chcę aktywnie uczestniczyć w życiu Kościoła. Dużo by tu pisać, jak i
    dlaczego trwało to tak długo, sprawa sprowadza się do tego, że
    postanowiłam ochrzcić dziewczynki. Mój mąż, o dziwo, nie stawiał
    oporu. Jak starsza cóecia się urodziła ustaliliśmy, że przyjmie
    chrzest jak do tego dojrzeje i wyrazi taką wolę-dojrzała nie jest i
    pewnie długo nie będzie, natomiast przez te lata obchodziłyśmy
    święta kościelne, chodziłyśmy na msze, a od września córcia chodzi
    na religię i jest zachwycona. Nie ukrywam, że moją decyzję
    przyśpieszyły narodziny drugiej córci, wcześniej planowałam, że
    starsza córcia będzie ochrzczona przed Wielkanocą, jak skońcy 7 lat.
    Jednak jak się patrzy na takie maleństwo, to coś w człowieku pęka.
    Tę dziecięcą niewinność powinno się chronić, dlaczego miałabym małej
    odbierać przynależność do Kościoła, skoro mogę sprawiż, że będzie do
    niego należała. Miałam problem ze znlezieniem parafii, w której
    zgodzono by się ochrzcić małe, ale nie o tym chciałam Wam napisać.
    Problem pojawił się przy wyborze chrzestnych. Osób ważnych i
    odpwiedzialnych. Kiedyś, jak ślub dwojga ludzi, czy chrzest nowo
    narodzonego dziecka były dla mnie bardziej tradycją i nakazem
    rodziców, a nie potrzebą ducha i świadectwem wiary obiecałam mojej
    dobrej koleżance, że będzie chrzestną starszej córci. Prawda jest
    taka, że jest to moja najbliższa koleżanka, jednak nie jest wierząca
    i praktykująca, do Kościoła ma stosunek negatywny. Kiedyś to nie
    miało dla mnie znaczenia, wydawało mi się, ze tu liczy się tylko
    zaufanie i sympataia do danej osoby. Teraz jednak ma. Poza tym,
    wiele od tamtego czasu się zmieniło, córcia podrosła, ja odnowiłam
    kontakty ze znajomymi z dzieciństwa, ludźmi wierzącymi, wspaniałymi,
    z którymi koja córcia pierwszy raz przeżyła w kościele całą mszę i
    których pokochała... I już pewnie wiecie co to za problem, mała
    chce, aby jej rodzicami chrzestymi było wlaśnie tych dwoje. No a co
    z moją koleżanką, która nadal jest mi bliska, jest przyjacielem
    naszego domu? Znalazłam wyjscie z sytuacji najgorsze z możliwych,
    zgodziłam się, aby starsza córcia sama wybrała chrzestnych, a moją
    przyjaciółkę poprosiłam, aby została chrzestną, ale młodszej
    córci... Zrobiłam tak z dwóch powodów, po pierwsze wiem, że starsza
    córcia dokonała trafnego wyboru, po drugie nie znam już innych,
    wierzących i praktykujacych osób, a moja przyjaciółka jest moją
    przyjaciółką smile Do tego skłoniło mnie także to, że ona jedyna
    odwiedziła mnie w szpitalu po porodzie, ona była i jest przy mnie,
    gdy właśnie trwa diagnozowanie córci w kierunku porażenia mózgowego.
    Myślałam, że tak będzie uczciwie i sprawiedliwie dla wszystkich,
    myliłam się. Przyjaciółka czuje się "potraktowana po chamsku", jest
    w szoku, że mogłam zmienic decyzję. Na początku myślałam, że robię
    dobrze, że jest to dowód, jakim zaufaniem i przyjaźnią ją darzę, że
    kieruję się dobrem moich dzieci. Teraz sama już nie wiem, co mam o
    tym myśleć... Zaczynam to widzieć jaj oczami i nie wygląda to
    najlepiej, do tego dochodzi jeszcze fakt, że moja przyjaciółka
    rywalizuje o względy starszej córci z moimi znajomymi, zaczyna ich
    krytykować, wysnuwać absurdalne wnioski, że są razem chociaż się nie
    kochają itp. Nie wiem jak mam się odnaleźć w tej sytuacji, mój błąd,
    ale jak mogę go naprawić? A, jeszcze jedno, nie przyznałam się
    przyjaciółce, że córcia wolała kogo innego na chrzestną, a może w
    ogóle nie powinnam dziecka pytać, tylko narzucić swoje zdanie?
    Napiszczcie co o tym myślicie, przyjmę każde cięgi...
  • 26.10.07, 16:15
    witaj na forum... spróbuję ci napisac co można o tym sądzić czytając
    to co napisałaś
    obiecałam mojej dobrej koleżance, że będzie chrzestną starszej
    córci... - hmmm, chyba raczej luźna obietnica, wide twoja sytuacja,
    umowy notarialnej na to nie było
    od tamtego czasu się zmieniło... - no, właśnie, i chyba twoja
    przyjaciółka to też widzi, a przynajmniej powinna
    Znalazłam wyjscie z sytuacji najgorsze z możliwych, ???? ja uważam
    że bardzo dobre, z punktu widzenia twojego, córki, jej wiary...
    > zgodziłam się, aby starsza córcia sama wybrała chrzestnych, a moją
    > przyjaciółkę poprosiłam, aby została chrzestną, ale młodszej
    > córci - i ekstra, według mnie powinna to zaakceptować z radością,
    jeśli tak nie jest to coś z tą jej przyjażnią nie tak!
    moja przyjaciółka rywalizuje o względy starszej córci z moimi
    znajomymi, zaczyna ich krytykować, wysnuwać absurdalne wnioski, że
    są razem chociaż się nie kochają itp. - nie rozumiem? przyjaciółka
    opowiada 7-latce, ze ci ludzie sie nie kocahają czy są ze sobą ale
    nie sa...????
    Nie wiem jak mam się odnaleźć w tej sytuacji, mój błąd, ale jak mogę
    go naprawić? - moim skromnym zdaniem nie ma czego naprawiać,
    natomiast przyjaciółka wydaje mi sie nieszczera, jakś dziwną zawiść
    manifestuje? rywalizować o wpływy na dziecko???? niepojete? czy
    córka twoja to jej dziecko? a ma swoje dzieci?
    co do pytania córki o zdanie akurat w tym wypadku uważam, zę
    postapiłaś słusznie, córka słusznie wybrała mimo iż ma dopiero 7
    lat, chrzestni powinni być wierzący i jw....
    jeszcze jedno, czemu twojej przyjaciółce tak zależy aby byc
    chrzestną twojej córki??? jeśli ma takie chrześcijańskie uczucia i
    tak chce pomagać w wychowaniu szczerz moze to robić i bezbycia
    chrzestną... dziwna jest jej reakcja, jak dla mnie...
  • 26.10.07, 16:50
    Jakie Ty tu chcesz cięgi zbierać? Za co? Za to, że wróciłaś do Boga,
    za to, że zmieniłaś system wartości, za to, że chcesz Chrztu dzieci
    w zgodzie z nauką Kościoła? Raczej cięgi powinna zebrać przyjaciółka
    za zazdrośći, egoizm, obrażalstwo i rywalizację o córeczkę. Masz
    prawo zmienić zdanie zwłaszcza, że chrzestnym powinien być ktoś komu
    zależy na wychowaniu dziecka w wierze, komu zależy na dobru dziecka.
    A tak już na marginesie to od rodziców chrzestnych wymagana jest
    spowiedź i przystąpienie do komunii. No to jak ta koleżanka (bo
    raczej nie nazwałabym jej stosunku do Ciebie przyjacielskim)
    zamierza się z tego wywiązać? Może ona sobie z tego nie zdaje
    sprawy, może dla niej chrzestna to rodzaj wazniejszej cioci. Jeśłi
    tak to należałoby ją wyprowadzić z błędu.
    Ty masz rację, wcale źle nie postąpiłaś, córeczkę masz bardzo mądrą
    i nie dawaj się, najwazniejsze, żebys nie dała się wpędzić w
    poczucie winy, bo nie jesteś winna kompletnie nic.
    Pozdrawiam
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • 26.10.07, 17:34
    Dziękuję Wam za te słowa, sama w życiu byłam wielokrotnie oceniana i
    nie lubię oceniać innych, tym bardziej siebie. Postępuję po prostu
    tak, jak mi serce podpowiada. Rzeczywiście moja koleżanka, której
    obiecałam, że będzie chrzestną nie wydaje mi się odpwiednią osobą,
    pisząc post ciężko było mi napisać o niej jako swojej przyjaciółce,
    chociaż znamy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Znajomi,
    których moja córcia wybrała na chrzestnych też chodzili ze mną do
    szkoły, tak więc wszyscy znamy się od dzieciństwa. Co do mojej
    koleżanki, nie chcę jej oceniać, ale faktycznie stara się pokazać
    mi, że nie ma szczęścia na świecie, że nasi znajomi mają wady i to
    straszne, a są razem, bo już się do siebie przyzwyczaili, a ślub
    wzięli, bo pewnie liczyli na prezenty...Ta dziewczyna nie jest złą
    osobą, ale obawiam się, że bardzo dokucza jej samotność. Zawsze była
    najładniejszą dziewczynką w klasie, ja najgrubszą, więc
    najbrzydszą smile Ja mam męża, wspaniałe córeczki i pomimo licznych
    kłopotów, uważam, że znalazłam kawałek nieba, tu i teraz smile Ona jest
    niestety samotna, choć zawsze myślałam, że to ja będę skazana na
    samotność. Czuję się winna, bo chyba nie dostrzegałam tego, że jej
    źle z tą samotnością. Zawsze myślałam, że to jej wybór, taka
    ładna, "mogłaby mieć każdego". Teraz widzę, że ona krytykuje
    wszystkich, którzy założyli rodziny z rozpaczy i tęsknoty. Na pewno
    nie oskarżę jej o nieszczerość, czy brak dobrych chęci. Co do
    chrztu, sprawa chyba rozwiąże się sama, właśnie dzisiaj dziewczyna
    była w sojej parafi i Ksiądz, po długiej rozmowie, odmówił jej
    wydania zgody na bycie Matką Chrzestną. Zadzwoniła oburzona, ona
    rzeczywiście myślała, że Chrzestna, to taka "lepsza ciocia".
    Powiedziałam jej, że dla nas zawsze będzie ważna, że zawsze będzie
    częścią naszej rodziny. Czy będzie chciała z tego zaproszenia
    skorzystac? Mam nadzieję, że tak. Mam także nadzieję, że coś w jej
    życiu się zmieni, że pozna kogoś kto ją pokocha. Nie wiem tylko, jak
    ją przekonać, że warto wierzyć w miłość, rodzinę. Mam wrażenie, że
    moje szczęście ją rani. Będę się modlić, aby to się zmieniło...
    Pozdrawiam Was wszystkich i przesyłam Anioły smile)
  • 26.10.07, 22:02
    Moja babcia zawsze mawiała, że ładne dziewczyny często zostają
    starymi pannami. Nie rozumiałam tego, ale teraz widzę, że było w tym
    sporo racji. Też znam takie, które zawsze były rozrywane towarzysko,
    zawsze miały facetów, zawsze to one kończyły jeden związek by rzucić
    się natychmiat w kolejny, aż nagle zabrakło twgo kolejnego faceta,
    bo jakoś się pożenili i coś pustawo się zrobiło. Też zawsze byłam
    dyżurnym grubasem (i jestem nadal), ale spotkałam faceta, któremu to
    odpowiada, mam dwoje dzieci, dom i psa i nie zaminiłabym się za
    żadne skarby smile))
    A co do koleżanki, to widzisz, problem zniknął sam (ksiądz temu
    zniknięciu wyraźnie dopomógł), faktycznie módl się za nią, bo
    potrzebna jej Twoja modlitwa bardzo. Tylko uważaj, bo niestety
    czasem ślepa chęć zniszczenia cudzego szczęścia jest bardzo silna.
    Oby ta koleżanka zrozumiała, że w budowaniu jest szczęście, a nie w
    niszczeniu.
    Pozdrawiam
    Kasia
    --
    Bądźcie jak jasny promień słońca, które dla każdego stworzenia ma
    ciepło i światło - Św. Urszula Ledóchowska
  • 29.10.07, 09:13
    Wolanko, serdecznie pozdrawiam smile
    Cieszę się, że się wyjaśniło smile
  • 29.10.07, 21:41
    dobrze Cię rozumiem smile i dzięki temu forum już jestem silniejsza i
    zrobię tak, jak podpowiada mi serce i sumienie. Ja jestem chyba w o
    tyle lepszej sytuacji, że teściom i mojej mamie jest wszystko jedno,
    kto będzie chrzestnym, oby chrzest się odbył. I tak o to ich
    hipokryzja uchroniła mnie przed awanturą o chrzestnych. Mój mąż ma
    brata, którego na chrzestnego nie poprosiłam, z tych samych powodów,
    z których ty nie chciałaś być matką chrzestną u boku szwagra. Na
    razie skończyło się na grymasie, komentarzy nie usłyszałam. Przykre
    jest jednak to, że do chrztu namawiały mnie osoby, które same
    ostatni raz w Kościele były na Komunii ich dorosłych już teraz
    dzieci... Oby tradycja się dokonała-to jest ich motto w tej kwesti.
  • 29.10.07, 21:47
    Z drugiej strony chrzest jest ważny nawet jak rodzice czy chrzestni
    nie sa święci. A o dobrych chrzestnych czasem cieżko. Dziecko zawsze
    otrzyma 100% łąsk, nawet jak my nie staniemy na wysokości zadania.

  • 29.10.07, 22:32
    Czytam sobie i czytam Nati i myslę, że jesteś bardzo silną osobą.
    Nie byłam wprawdzie w takiej sytuacji - jakoś nikt nie miał odwagi
    mi powiedzieć, że chrzest to taka zabawa - te kartki,komunia,
    spowiedź i inne...
    Ale zastanawiam się, co bym zrobiła. Czy miałabym odwagę wywołać
    taką aż awanturę...

    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • 30.10.07, 07:52
    to nie ja jestem silna.

    A tą awanturę powinnam była zrobić 10 lat wcześniej. Już za
    pierwszym razem. Może uniknęłabym wielu późniejszych kłopotów. I nie
    tylko ja. A sama awantura - mimo szczytnego celu - była naprawde
    mało przyjemna. I żałuję, że nie można było tego rozwiązać w sposób
    dyplomatyczny.
  • 04.11.07, 21:53
    minerwamcg napisała:
    > Inaczej mówiąc, jak chrzestni rodzice przyczynili
    > się do Waszego wychowania religijnego i co w tym kierunku robili?

    Mój chrzestny ojciec strategicznie umarł kiedy byłam malutka. Nie pamiętam go,
    choć pamiętam czasy kiedy żył jeszcze i leżał sparaliżowany w szpitalu (guz
    mózgu). Nie prowadzano mnie do niego, uważano że to nie widok dla dziecka. Wiem
    o nim tyle, że był dentystą; nie wiem nawet, czy był szczególnie religijny. Moja
    mama i jego żona były bliskimi przyjaciółkami w liceum, później stale
    utrzymywały stosunki towarzyskie, które po śmierci mego chrzestnego znowu się
    zacieśniły ze względu na konieczność pomocy wdowie. Pamiętam wizyty u nich, duży
    dom zamieszkany przez cztery kobiety: czterdziestoletnią wdowę, jej matkę i dwie
    dorastające córki; pamiętam jamnika imieniem Bemol, lalki w ludowych strojach i
    biały ser z dżemem. To było dobre miejsce, ciepłe i pełne miłości, mimo ciążącej
    tragedii.

    Moja chrzestna mama też nie żyje, zmarła w zeszłym roku. Z bardzo zżytej paczki
    koleżanek studiujących kiedyś razem na politechnice i mieszkających w akademiku
    w jednym pokoju mama wybrała na moją chrzestną tę, która najotwarciej
    przyznawała się do wiary; ale bliskie stosunki utrzymywaliśmy ze wszystkimi i do
    wszystkich mówiłam "ciociu". Z początku niespecjalnie zdawałam sobie sprawę, że
    z tą ciocią łączy mnie coś więcej niż z pozostałymi. Później stopniowo to do
    mnie dotarło (była pierwsza komunia, inne okazje), ale jednocześnie stało się
    coś dziwnego. Moja chrzestna dość raptownie i
    zdecydowanie ograniczyła do minimum kontakty z dotychczasowym kręgiem znajomych.
    Ona i jej mąż przestali przychodzić na imieniny pozostałych koleżanek z paczki,
    sami też nie zapraszali nikogo do siebie. Z trzeciej ręki, od przypadkowych osób
    dowiadywaliśmy się, co u nich słychać: córka wyszła za mąż... pracują społecznie
    w parafialnej poradni rodzinnej... syn za trzecim razem zdał na medycynę.
    "Obowiązków chrzestnej" nie zaniedbywała: przyszła jako świadek na moje
    bierzmowanie, była obecna na ślubie i weselu. Ale nic poza tym (to znaczy, nic
    widzialnego: zapewne sie za mnie modliła).
    Nigdy nie wyjaśniła mi motywów swojego postępowania. Z tego, co mówiła o niej
    rodzina na pogrzebie, wynikało, że odebrała jakieś wypowiedzi czy zachowania
    osób ze swego dotychczasowego kręgu towarzyskiego jako ataki na Kościół, i - nie
    umiejąc tych ataków powstrzymać - wycofała się, żeby nie brać w tym udziału.
    Chyba chciała być znakiem sprzeciwu, ale w oczach większości znajomych była po
    prostu dziwaczką.
    Nie lubiłam jej, ale szanowałam. Była surowa dla innych, ale także dla siebie;
    miała zdecydowane poglądy i nie wstydziła się ich. Odkąd wyszłam za mąż,
    wysyłałam jej kartki na Boże Narodzenie i Wielkanoc - w sumie przez siedem lat.
    Nigdy nie odpowiedziała, ale podobno bardzo się nimi cieszyła.
  • 05.11.07, 19:38
    Chrzestną spotkałam po pięciu latach, byłam w dziewiątym miesiącu ciąży. Nie
    potrafiła wykrzesać z siebie nawet jednego sensownego pytania. Skończyło się na
    zdawkowym "Na zakupach?" w odpowiedzi usłyszała "Tak" i minęłyśmy się wśród
    sklepowych regałów.
    Chrzestny to dziwny człowiek, trochę aspołeczny, ma problemy z komunikacją,
    wieczny wizjoner, dorywczo hulajdusza. Za jego przyczyną pierwszy raz w życiu
    widziałam dolary i niestety na tym kończyła się jego rola - na dawaniu
    pieniędzy. Choć skłamię, jak powiem, że nie mam do niego sentymentu. Ma w sobie
    taką prostolinijną poprawność i choć mam 25 lat kiedy mnie widzi nadal
    niezmiennie bierze mnie na ręce i krzyczy do mnie per "Wróbelek" smile
    Zależało mi aby w życiu mojej córki chrzestni odegrali większą rolę. Niestety w
    mojej rodzinie przeżywamy masowy kryzys wiary i jakby nie wybierać i tak
    wyszłoby źle.
    Chciałam aby chrzestnymi byli moi rodzice. Dla nich byłby to prawdziwy zaszczyt,
    a poza tym moja mama jest poza mną jedyną praktykującą katoliczką ale już w
    ciąży na matkę "wprosiła" się moja siostra. Było mi to wybitnie nie na rękę bo
    dla niej ta rola ogranicza się do bycia właśnie taką "dobrą ciocią od prezentów"
    i choć strasznie mnie to gryzło bałam się odmówić bo i tak nie mam z nią
    najlepszych stosunków.
    Mój ojciec nieśmiało odmawiał, jak twierdzi, wierzy po swojemu i do komuni nie
    przystąpi i tak też zrobił. Mimo wszystko nalegałam bo jest chyba jedynym
    prawdziwie dobrym (w czynach i sumieniu) człowiekiem jakiego znam. Do tego kocha
    ponad wszystko swoją najmłodszą wnuczkę i to w sposób do granic serca rozczulający.
    Opatrzność jednak nad nami czuwała i naprawiła błędy mojego tchórzostwa. Moja
    siostra spóźniła się na mszę świętą i w ten sposób do roli matki chrzestnej
    awansowała moja mama, chyba sobie to wymodliła własnoręcznie szyjąc białą szatkę
    dla maleństwa.
    Z perspektywy czasu przykro mi tylko, że nie potrafiłam wziąć sprawy w swoje
    ręce. Tym bardziej podziwiam nati i wolankę.
    --
    Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen.
    Jiddu Krishnamurti
  • 05.11.07, 19:48
    jeju, wczoraj przegladalam poczte i natrafilam na Twoje zgloszenie
    do forum. A gdzie Ona jest ? pomyslalam. I sciagnelam Cię myślami
    --
    Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson
    Wychowanie w wierze
  • 09.11.07, 17:27
    A czytam, czytam smile
    --
    Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen.
    Jiddu Krishnamurti
  • 15.11.07, 12:36
    www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4572529.html
    Tu opisany przypadek świeckiego chrztu, taka ciekawostka, ale może
    na temat?
    Czytałam go miesiac temu i zostalo mi w glowie najbardziej, ze nie
    podpisalabym takiej umowy , że będę wspomagać finansowo swoje
    dziecko a la chrzestne w "razie czego", a juz nie smialabym dac
    nikomu czegos podobnego do podpisania.

    Chrzestni moich dzieci nie sa bogaci i krepuja mnie prezenty od
    nich - wystarczyloby mich pozytywne podejscie do dziecka, a
    najbardziej modlitwa w ich intencji, bo tej nigdy za malosmile.

    Moze juz ten artykul byl na forum, to przepraszam, dopiero nadrabiam
    zaleglosci i nie jestem na biezacosad
    k

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.