Pamiętacie punkty nabijania długopisów? Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Przeczytałam wątek o punktach repasacji pończoch i przypomniały mi się punkty
    nabijania wkładów do długopisów. Działały na ogół w sklepach papierniczych,
    ale nie tylko. Były do wyboru chyba cztery podstawowe kolory. Pan zdejmował z
    wkładu metalową końcówkę, nadziewał ten pusty wkład na jakąś maszynkę,
    wypełniał go mazistym tuszem, po czym z powrotem zakładał metalową końcówkę.
    Wkład można było wypełnić właściwie tylko raz, bo już później wylewał się i
    potwornie mazał rękę i zeszyty.
    A tak a propos długopisów, to pamiętam takie szpanerskie, metalowe, z czterema
    wkładami: czarnym, niebieskim, zielonym i czerwonym. Pisało się po wciśnięciu
    odpowiedniego koloru. Niewygodnie było nimi pisać, bo były strasznie grube,
    ale za to jaki szpan!
  • nie tylko grube te wielokolorowe dlugopisy byly, ale jakie drogie! kosztowaly
    cos 90 zl, w czasach gdy chleb kosztowal 4 zl. Tych punktow nabijania
    dlugopisow nie pamietam, ale pamietam piora z "nabojami". Byl to szal
    przywozony z NRD, w czasach gdy pisanie dlugopisem bylo zabronione w szkolach,
    i trzeba bylo maczac pioro w kalamazu. Kto to robil, ten pewnie mial pelno plam
    od atramentu nie tylko na rekach, ale na rekawach itp. Nie kazdego bylo stac na
    wieczne pioro dla mlodego ucznia, a i z wiecznym piorem tez byl problem bo
    kleksy robily - a pioro z nabojami NIE :-))
  • A ja pamiętam moje zdziwienie, jak ktoś po powrocie z Włoch (wyjazd służbowy,
    na normalny w tamtych czasach mało kogo było stać) przywiózł między innymi kilka
    długopisów. I jak przeliczyłam ich cenę na złotówki (po kursie bodajże 72 zł za
    dolara - pamiętacie?), to mi wyszło, że i tak są tańsze, niż u nas. I chyba były
    nawet tańsze, niż to nabijanie. A wkłady nabijane mazały już za pierwszym razem.
    Po drugim nabiciu nadawały się do wyrzucenia.
  • Nie pamiętam - a dokładnie w jakich latach one funkcjonowały?
    Pamiętam za to punkty nabijania syfonów - wiecie tych ogromnych szklanych,
    które w obecnych czasach można spotkać na giełdzie staroci.
    www.allegro.pl/item96214916__syfon_szklany_od_5_zl_.html
    --
    gazeta.pl > forum prywatne - zwierzęta > ornitologia
    autorska galeria fotografii :
    www.cereusfoto.republika.pl
  • U mnie w domu był taki syfon i to jeszcze z główką ołowianą! Plastikowe to była
    wtedy nowość.
    Punkty nabijania długopisów pojawiły się chyba razem z długopisami na naszym
    rynku. To znaczy niezupełnie, dopiero jak się pojawiły wkłady z rurki
    polipropylenowej. Pierwsze długopisy miały wkłady metalowe!
    Nasze pierwsze krajowe długopisy były fatalne. Trzeba było w trakcie pisania
    trzymać je pionowo, bo przy pochyleniu przestawały pisać. I teraz przypomniałam
    sobie reklamę długopisów krajowych nieco nowszej generacji, było to chyba około
    roku 1960: Długopis "LEKO" - nie męczy ręki podczas pisania! Cena 28 zł.
    Bochenek chleba kosztował ok. 4 zł, a te długopisy były strasznie tandetne.
    Stąd moje zdziwienie w poprzednim poście, że Włosi robią takie cenne przedmioty
    jako jednorazówki.
    Przypuszczam, że nabijanie skończyło się, jak ten towar potaniał. Za późnego
    Gomułki, albo wczesnego Gierka. Dokładnie nie pamiętam.
  • Napełniano także pisaki czyli flomastry.
  • bardzo tanie flamastry mozna bylo sobie przywiezc z Czech (wtedy
    Czechoslowacji), byly chyba za 3 korony, czyli 6 (?) zlotych polskich (chleb w
    dalszym ciagu 4 zl) . Nie byly dobrej jakosci bo sie wysuszaly szybko,
    szczegolnie popularne kolory. Jak juz flamaster sie "wypisal" to maczalo sie go
    w wodzie, aby choc troche przedluzyc mu zycie.
    W ogole zycie ucznia - a wlasciwie osprzetowanie ucznia nie bylo zbyt proste.
    Ja mialam w szkole zamiast w-f, nauke plywania - obowiazkowo dla dziewczynek
    byl bawelniany, bialy stroj. Czesto wiekszy rozmiar byl nie do kupienia, wiec
    niektore dziewcznyki byly zmuszone przeciac ten stroj na pol, aby w niego wejsc
    i wlozyc gumki w aby to jakos sie utrzymalo na dole i na gorze.

  • Flamastry 'odswiezalo'sie tez wlewajac ocet do wkladu - nieraz w klasie
    smerdzialo octem bo wszystcy mieli takie tuningowane pisaki ;-)


    --
    Kevin
  • Ale mam sklerozę! Oczywiście, że teraz pamiętam! U mnie w Krakowie był taki
    punkt na ul. Szewskiej ( firma A. Karcz )- produkował takie długopisy jak BIC.
    To był szał! Gość miał ciągle kolejki aż na ulicę. Wybór jak z Pewexu, a i ceny
    nie najwyższe. Potem przeniósł się na ul. Krowoderską o chyba do dziś ma tam
    sklep, ale już bez emocji...
    --
    gazeta.pl > forum prywatne - zwierzęta > ornitologia
    autorska galeria fotografii :
    www.cereusfoto.republika.pl
  • a pamietacie jak sie pozyczalo atrament od kolegi do wiecznego piora? czesto-
    gesto zabraklo mi atramentu i musialam prosic o kleksa od kolezanki zeby
    dopisac cos w zeszycie na lekcji.
  • Ja tam startowałam jeszcze w czasach, kiedy do pisania służyła stalówka w
    obsadce i atrament w specjalnym kałamarzu wpuszczonym częściowo w otwór w
    pulpicie ławki. Atrament w tych kałamarzach uzupełniała woźna, chodząc z dużą
    butlą i dolewając. Stalówki miały różne fasony, a co za tym idzie, również
    nazwy. Za moich czasów w pierwszych klasach podstawówki pisano "serkami".
    Aha, w tamtych czasach uczono również kaligrafii.
  • tez tak startowalam, jednak jak zjawilam sie po wakacjach w nowej szkole,
    kalamarze zniknely, chociaz dziury w lawkach pozostaly :-) Uczono mnie
    kaligrafii tylko w pierwszej klasie (pamietam jak ciezko bylo mi K napisac), a
    potem tylko aby sie w linijkach zmiescic. Do tej pory mam okropne pismo.
  • He,he,he..to też zapach peerelu! Pamietam jak z namaszczeniem wkraplało sie ten
    ocet. Krople do nosa były wiecznie pozbawione zakraplaczy:)
    --
    życie to choroba przenoszona drogą płciową
  • Tamsin, pamiętasz, że te kałamarze nie były przykrywane? Jak się miało
    ostrzejszą stalówkę, to można było wyjąć ją z nadzianą muchą, która się utopiła
    w atramencie.
  • he he he, ja miałam pióro na naboje z Ameryki, ale coś kiepsko działało, bo mi
    w tornistrze zalało podręczniki...no i był problem, bo w tamtych pięknych
    czasach się ksiażki dostawało ze szkoły ! strasznie się bałam, że na koniec
    roku, jak będzie trzeba je zwrócić, dostanę uwagę do dzienniczka za
    zniszczenie,,.,
  • w Poznaniu taki punkt był w Okrąglaku (wielki dom handlowy - ciekawe, że w
    kapitalizmie upadł i zieje pustkami).
    napełniali też pisaki - miałam z USA komplet chyba z 40 kolorów, a facet miał
    tych swoich atramentów znacznie mniej... i wyszło na to, że
    piękne,niepowtarzalne amerykańskie odcienie stracilam bezpowrotnie... szkoda.
    ale i tak potem zalewały, psu na budę takie napełnianie!
  • A pamiętacie supercienkie, metalowe wkłady do wielokolorowych długopisów?
    Miałam kiedyś taki, cudo po prostu, czterokolorowy, a grubości normalnego
    długopisu, bo właśnie na te chude wkładziki. Czy te chude wkładziki były
    dostępne w sklepach czy nie, trudno powiedzieć, u nas w domu jakieś się w
    szufladzie poniewierały...
    --
    Osoby mrowie a mrowie
  • Pamiętam tylko nabijanie pisaków . No i samodzielne próby uzupełniania tuszu..

    Byłem pierwszym rocznikiem, który nie pisał atramentem w szkole. Zaczynałem w
    1973 roku. ciekawe, czy to wymagało jakiejś decyzji ministerstwa oświaty, żeby
    zresygnować z archaicznych stalówek, czy też była to akcja oddolna?

  • Pamiętam...taki punkt był w Krakowie na Szewskiej wraz z repasacją pończoch. Nawet koryzstałem z usług Pana, który ża żadne skarby świata nie chciał mi nabić wkłady rzadszym tuszem. Myślał że jestem z jakiejś inspekcji...
  • kilka razy nawet korzystałem...to jednak nie było tak tanio..po prostu nie było wkładów dostępnych...zapisałem się do kilku sklepów AGD aby kupić maszynę do szycia...po mimo że szwagier pracował w Walterze w Radomiu gdzie produkowali maszyny do szycia...chodziłem i chodziłem...w końcu się w............i pojechałem do Berlina( miałem paszport innego państwa) i kupiłem maszyny do szycia, maszynę do pisania...i wróciłem do Polski... na granicy celnicy checieli numer maszyny...wiedziałem gdzie jest..ale nie pozwolilem im otworzyć maszynę...jakoś mi się udało....a potem chciałem tą maszynę, kupiona w Berlinie Zachodnim za własne pieniędzy zabrać zagranicę to był kłopot na lotnisku....musiałem udowodnić że nie kupiłem w Polsce....
    a to był NRDowska maszyna do pisania...sprzedawana w Berlinie Zachodnim jako "Prasident"
  • 1. Wklady metalowe byly uwazane za lepsze niz plastikowe,
    2. Flamastry z NRD byly niezle.
    3. W Wwie taki punkt napelniania wkladow, np miescil sie w sklepie(?) na rogu ul. Koszykowej I E. Plater, tam tez miescil sie pkt repasacji ponczoch:P Inny punkt napelniania miescil sie w sklepie papierniczym na ul Rozbrat, prawie przy rogu z ul. Gornoslaska.
  • Pisalam najpierw ołówkiem ( wrzesien 1961), potem obsadka do konca klasy IV czyli cale nauczanie poczatkowe.Starsze klasy czyli V-VII tez pisaly obsadkami lub piorami wiecznymi.

    W klasie piatej dostalam dlugopis popularnej marki - 12 zl. Nabijala mi go pani sasiadka, ktora miala maszynke przywieziona z zagranicznego kraju, gdzie nabijanie juz bylo niemodne. Trzeba bylo uwazac, zeby nie zgubil sie ta kulka na koncu wkladu. Na czas napelniania sie ja usuwalo i kladlo na talerzyku.Nabijalo sie bowiem od dolu.
    Mialam tez od ciocoi z zagranicy gruby kilkunastokolorowy dlugopis. I dlugopis wyjety z zagranicznego proszku do prania w ksztalcie palmy i nakladana plastikowa malpka !!!
    Idealne dla misjonarza inspe !

    W LO pisalam piorem wiecznym chinskim HERO, mialam 4 sztuki, w kazdym inny kolor atramentu - do geografii biologii (przewod pokarmowy zaby kolorowym atramentem i kompletem kredek pastele - jaknaturalniejsze odcienie - super rysunek !) albo do pisania koncowek deklinacji lub koniugacji.
    Flamastry w moim zyciu pojawily sie mniej wiecej w tym samym czasie. Byly to PISAKI INCO w bardzo bladych kolorach, potem "flołmastry" (zwane tez "kredkami dlugopisowymi" lub "makerami") od Cioci w metalowym pudełku.
    Od 1972 jezdzilo sie do NRD po zestawy kolorowego tuszu kreslarskiego 8 kolorow. Wyciagalo sie szydelkiem flaki z "fląmastra" i ten filcowy owiniety celofanem patyczek wstawialo do tuszu na cala noc, rano - jak nowy. Mozna bylo tez wlac kilka kropel spirytusu salicylowego na krosty.
    Dalszy postep w domu i zagrodzie to RAPIDOGRAFY zamiast redisówek znanych z zajec ZPT!




  • plater-2 napisała:

    >
    >
    > W klasie piatej dostalam dlugopis popularnej marki - 12 zl. Nabijala mi go p
    > ani sasiadka, ktora miala maszynke przywieziona z zagranicznego kraju, gdzie
    > nabijanie juz bylo niemodne. Trzeba bylo uwazac, zeby nie zgubil sie ta kulka n
    > a koncu wkladu. Na czas napelniania sie ja usuwalo i kladlo na talerzyku.Nabija
    > lo sie bowiem od dolu.
    >>
    > W LO pisalam piorem wiecznym chinskim HERO, mialam 4 sztuki, w kazdym inny kol
    > or atramentu - do geografii biologii (przewod pokarmowy zaby kolorowym atrame
    > ntem i kompletem kredek pastele - jaknaturalniejsze odcienie - super rysunek
    > !) albo do pisania koncowek deklinacji lub koniugacji.
    >>
    Bardzo ciekawy opis:)
    Oczywiscie pamietam dlugopisy HERO I uzywalem redisowek. Faktycznie aby napelnic wklad trzeba bylo najpierw usunac kulke, ale te kulke ,,napelniacz'' wladal w specjalne otwor(y)jakiegos kawalka metalu z wywierconymi otworami (urzadzenia), a potem reszte wkladu (juz nabita) nasadzal na ta kulke w tym urzadzeniu (wyglada na to ze kulki byly roznych rozmiarow).
    >
    >
    >
  • Pioro wieczne HERO to nie to samo co dlugopis HERO - inne mozliwosci. Poza tym byly polskie piora wieczne i dlugopisy ZENIT. Dosc drogo wychodzilo w stosunku do dlugopisu - okolo 70 zl.

    Atrament niebieski byl do kupienia wszedzie, ale nie zawsze byl dobrej jakosci. Ja polowalam na SIGMA w wydluzonym kalamarzu w ksztalcie "gąski". Atrament czarnego koloru (wielki szpan !) i zielony kupowalo sie w Pewexie. Czerwony byl do kupienia wszedzie, ale jakis osad sie wytwrzal na dnie, wolalam kupowac w Pewexie. W zeszycie pozwaliali pisac na niebiesko i czarno.

    Czarny tusz chinski do pisma technicznego i kreslenia mozna bylo kupic bez problemu.

    Zebys zobaczyl moje zeszyty do biologii i geografii !!!! Te przewody pokarmowe rozmaitych robaczkow, z ktorych niektore mialy otwor gebowy i odbyt w tym samym miejscu ! Fascynujace !

    Co do kulki z dlugopisu, pani sasiadka kladla kulke na talerzyku. Po napelnieniu stawiala wklad na kulce i dociskala od gory. Kulka (uprzednio usunieta cienka dluga sztywna igla) sama wskakiwala z "pyk" na swoje stare miejsce.



  • Redisówki napełniało się tuszem przy pomocy innej stalówki, wpuszczając tusz pod tę nasadkę z blaszki.

    Były też szablony do pisma technicznego, prostego i pochyłego. Takie plastikowe linijki z wyciętym szeregiem prostokącików lub równoległoboków.

    Przy wykreślaniu tuszem linii prostych trzeba było położyć zwykłą, drewnianą linijkę stroną z podziałką do dołu, bo sfazowanie w miejscu podziałki zapobiegało wciąganiu tuszu pod linijkę.

    A kto dziś potrafi ręcznie wykreślić ołówkiem przy pomocy krzywika gładką krzywą przechodzącą przez zadane punkty? Młodzież to pewnie nie widziała nigdy krzywików; miały różne kształty.
  • Byla tez nowoczesniejsza wersja redisowki - "piorko lejkowe".

    A co do dzieci ...

    NAUCZYCIEL - "W tym celu namalujemy w zeszycie okrag o srednicy 10 cm".
    3/4 KLASY -"Nie zmiesci sie na kartce w zeszycie!".

    Poniewaz dzieci jeszcze w III gimnazjum a kto wie, moze w klasie maturalnej (nie sprawdzalam) myla pojecie "średnica" i "okrąg".

    Prawdopodobnie dlatego, ze miały w kl. II lub III kupione gotowe ćwiczenia z zegarem i monetami do wyskubania bez uzycia nozyczek i oczywiscie cyrkla. Gdyby same robily sobie pieniazki i zegar w wieku 8 lat, nie bylo by problemu "glupawki gimnazjalnej".
  • Karcz!!! Jasne, że Karcz. Kupowałam u niego te "biki" z obowiązkowym napisem "A.Karcz" na końcówce, cuda świata tam były, wymazywalne, `wymazywacze, atrament, naprawa piór...
    Pamiętam ciasny ale ładnie urządzony lokalik z ogromnym kleksem na szybie.
    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • obrazek dzieciństwa:
    Na przeciw mojego domu (mogłam "podglądać" przez okno) ,punkt napełniania długopisów.
    W bramie tego domu - punkt nabijania syfonów.
    Pod domem - orkiestra z Chmielnej (z kórą byłam zaprzyjaźniona :) ), w składzie charakterystyczny pan kulach....Panowie mieli salę prób obok przedszkola na Górskiego.
    Ulica miała innego patrona, ale ciągle mówiliśmy o niej Chmielna....
    --
    Liczba literówek jest wprost proporcjonalna do poziomu irytacji.
  • Mozna bylo napelniac z poznego Gierka zapalniczki jednorazowe.
  • Oczywiście mylą pojęcia „średnica” i „promień” :-)
    Napełniania wkładów do długopisów nie pamiętam, ale za to pamiętam napełnianie nabojów do wiecznych piór atramentem (może tuszem?) w latach 80. W Warszawie w Skali* można było dostać jakiś wyjątkowo nadający się atrament, a napełniało się strzykawką z igłą.
    *Skala – bardzo fajny sklep z art. kreślarskimi, biurowymi i ciekawymi papierniczymi, mieścił się w Pasażu Wiecha (który wówczas tak się nie nazywał) za Sezamem (który niedługo zniknie).
  • No to na pewno kupiles tam sobie suwak logarytmiczny....
  • Wieczne pióra strzykawką z igłą? Przecież one były z założenia wielorazowe i nie wymagały specjalnych przyrządów do napełniania atramentem. Te tańsze miały zbiorniczek gumowy i wciągało się atrament jak pipetą; droższe miały tłoczek, więc były strzykawką same w sobie.

    Oczywiście były atramenty różnej jakości. Jak ktoś miał dobre pióro, to biegał do sklepów, gdzie bywał lepszy atrament.

    Za mojej młodości największy sklep biurowo - papierniczy w Warszawie był chyba na Świętokrzyskiej, gdzieś między Marszałkowską, a Nowym Światem. Był tam dość długo, ale dawno nie przechodziłam tamtędy, więc nie wiem, czy jeszcze istnieje.

    Punkty napełniania wkładów do długopisów były kiedyś chyba w każdym większym sklepie papierniczym. Padły, kiedy długopisy staniały, zwłaszcza że te napełniane pisały gorzej.

    Aha, w znanym mi sklepie papierniczym na Mokotowie były aż dwa "niedzisiejsze" stanowiska. Obok faceta napełniającego długopisy siedziała też repasaczka. One również podnajmowały kawałek powierzchni w większych placówkach, chyba że prowadziły dodatkowo inne usługi, jak poprawki krawieckie. I oba te stanowiska były oświetlone takimi stojącymi lampami biurowymi, jakich wtedy najczęściej używano.
  • były wieczne pióra na naboje:), chyba jednak późniejszy wynalazek niż te z pompką
    --
    Liczba literówek jest wprost proporcjonalna do poziomu irytacji.
  • Tak, chyba późniejsze. Przywoziłam sobie z Niemiec, a ze u nas chyba nie było nabojów, działałam z igłą i różnokolorowymi atramentami.
  • horpyna4 napisała:

    > A kto dziś potrafi ręcznie wykreślić ołówkiem przy pomocy krzywika gładką krzyw
    > ą przechodzącą przez zadane punkty? Młodzież to pewnie nie widziała nigdy krzyw
    > ików; miały różne kształty.
    Ja potrafie. A redisowke mozna bylo po prostu maczac w tuszu, ale pozostawialo to osad na stalowce.
  • plater-2 napisała:

    > Mozna bylo napelniac z poznego Gierka zapalniczki jednorazowe.
    Ale tylko wtedy nalezalo zamontowac (w punkcie napelniania zapalniczek gazem) specjalny mosiezny mechanizm wlotowy, przez ktory gaz sie wpuszczalo.
  • Panowie w punktach napelniania zakladali specjalny "zaworek" .
  • marcin_95 napisał:

    > pamiętam napełnianie nabojów do wiecznych piór atramentem

    pamiętam też takie cudo, jak pióro uniwersalne: na naboje, ale w komplecie pompka pasująca do gniazda naboju.

    --
    you will start out standing
    proud to steal her anything she sees
  • trevistas napisał:

    > wtedy nalezalo zamontowac (w punkcie napelniania zapalniczek gazem) s
    > pecjalny mosiezny mechanizm wlotowy, przez ktory gaz sie wpuszczalo.

    przy odrobinie zręczności można zapalniczkę napełnić przez palnik.

    --
    she never stumbles,
    she's got no place to fall.
  • Moj bardzo zreczny syn napelnial baloniki gaezm z kuchenki i o malo nie wysadzil domu w powietrze.
  • chyba kazdy napil sie tego tramentu w 1 klasie :)
    dla sprobowania jak smakuje!
  • W r. 1968 dostałem od Wujka długopis czterokolorowy (import "marynarski" z któregoś kraju zachodniego).
    To, co miało być w nim czernią - było w istocie czymś pośrednim pomiędzy bordo a brązem.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.