Dodaj do ulubionych

Ingerencja w tekst książki?! o.O

01.11.18, 21:03
Powiedzcie mi, czy spotkaliście się może kiedykolwiek z totalnymi zmianami w tekście ksiażki - na skutek, prawdopodobnie, ingerencji wydawnictwa?

Od rana jestem nabuzowana i zdenerwowana. Dziecko moje otrzymało na pasowaniu na ucznia "Pamiętnik Czarnego Noska" Porazińskiej z wydawnictwa Wilga. Jako, że mi się wydanie nie bardzo podoba, a mamy w domu inne, z cudnymi ilustracjami Eli Wasiuczyńskiej, zaproponowałam czytanie tego. Dziecko wzgardziło, a ja dla zabawy otworzyłam jednocześnie obie książki.
I mnie zatchnęło.
Bo to wydanie z Wilgi ma KOMPLETNIE ZMIENIONY TEKST.

Właściwie wyrzucono z niego wszystko, co świadczyło o tym, że książka została napisana w początkach poprzedniego wieku i że dotyczy tych czasów. Wszystko. Styl został zmieniony na współczesny, "trudne" i "starodawne" wyrazy zastąpione innymi, usunięto wszystko, co mogłoby świadczyć o istnieniu jakichkolwiek różnic klasowych. Dostało się nawet onomatopejom, niektóre trafiły również na indeks, bo, najwidoczniej, brzmiały źle.

To gwałt na oryginale.
Wrrrróć. Słowo "gwałtu!!!!" też zostało usunięte. Zastąpione przez "ratunku".

"Co która dziewczyna go pocałowała, to już umazała się na czarno” w nowej wersji brzmi: „Każda dziewczyna, która go pocałowała, brudziła się na czarno".

"Małgosia zawiązała mi nową kokardę na szyi, a Rozalindę tak wystroiła, że kłaniajcie się narody!" -> "...tak wystroiła, że nie mogłem wyjść z podziwu".

"dziej się wola boża" - "niech się dzieje, co chce"

"Dziewczynki poskladały na ziemi swe paltociki i zapasy" - "Dzieci złozyły na ziemi swoje plecaki"

"Bulgotały z flaszek mleko, odwijały z papierów pajdy chleba z serem czy z kiełbasą" --> "łapczywie piły z butelek, rozpakowywały z papierów kanapki"

I tak calutki czas. Tekst całkowicie stracił klimat, stał się bezbarwny, płaski.

Z ulic zniknęły konie. Z dworców zniknęli bagażowi. Paletko stało się płaszczykiem, wiejskie ubogie dziewczątko z początków XXw używa słowa "pluszaczek", klasa głównej bohaterki stała się koedukacyjna (a przynajmniej tak sie sugeruje), do chłopców nie zwraca się per "kawalerze", "panienka sklepowa" została zamieniona w sprzedawczynię, która absolutnie nie mówi do małej klientki per "panieneczka", tylko wali na ty. Formy trzecioosobowe typu "niech mi mama da lemoniady" wyleciały. Wyleciało również słowo gęba, gębusia. Wyleciały partykuły! Wyleciały CAŁE FRAGMENTY ksiazki (!!!), w tym wyjaśniający, czym jest winietka. Mogłabym tak pisać i pisać.

I przyznaję, że po raz pierwszy spotykam się z czymś takim. O co chodzi?
Czy chodzi o to, że ktoś uznał, że dzieci nie zrozumieją tych trudnych słów, albo nie zakumają realiów? Bo nie spotykają się z tym na co dzień? Czy chodzi o to, że styl będzie niezrozumiały, bo zamiast "kim jesteś" napisano "ktoś ty"? Czy dziecko dozna traumy, jak się dowie, że 100 lat temu istniały znaczące różnice między dziecmi wiejskimi i miejskimi? I że te pierwsze, laboga, chodziły boso? I że mówiły do matki w trzeciej osobie, bo tak wtedy wyrażano szacunek?

Kurcze no. Jestem strasznie zła i smutna. Powiedzcie mi, o co chodzi. Z jakiego powodu tak się robi? Zapytałam w wydawnictwie, może poznam odpowiedź.


Edytor zaawansowany
  • bruy-ere 01.11.18, 23:59
    Jestem w szoku, to można legalnie zrobić coś takiego??? A co z prawami autorskimi? Przecież to - jak słusznie napisałaś - gwałt na oryginale.
  • mama_kotula 02.11.18, 00:35
    Prawa do tekstu mają spadkobiercy autorki, tyle wiem. Może tekst został uwspółcześniony za ich zgodą - tego chciałabym się dowiedzieć. I, przede wszystkim, PO CO. Po co został uwspółcześniony, w dodatku tak płasko i topornie....
  • mama_kotula 02.11.18, 00:58
    Różnice w stylu, ot, pierwsze z brzegu:

    Rozalinda, widzisz ty jakiego żołnierza na gałęzi, bo ja nie...
    vs
    Rozalindo, czy widzisz jakiegoś żołnierza na gałęzi, bo ja nie...

    Stary od samego rana zaczął krzątaninę przy kotle. "Co też ten góral wciąż warzy?" - myślałem.
    vs
    Baca od samego rana krzątał się przy kotle. "Co tez ten góral wciąż gotuje?" - myślałem.

    A potem tośmy czekali na przebierańców. Z sąsiedzkich zagród napchało się do naszej izby chłopaków, dziewuch i dzieciaków. Aż trzeba było na ten mróz okno otworzyć, bo już nie było czym oddychać w ciżbie.
    vs
    A potem czekaliśmy na przebierańców. Z sąsiedzkich zagród zeszła się do nas cała dzieciarnia. Aż trzeba było mimo mrozu otworzyć okno, bo już nie było czym oddychac w tym tłumie.



    CALUTKI wstęp jest pominięty. Ten, w którym Miś opowiada, czym było "Słonko", kiedy się ukazywało, wymienia z nazwiska redakcję, wymienia panią Porazińską, profesora Włodarskiego, malarza Bylinę; opisuje pracę w redakcji - w nowym wydaniu całość sprowadza się do dwóch zadań: "W redakcji pewnego czasopisma dla dzieci siedział sobie na kominku pluszowy miś. Tym misiem byłem ja - Czarny Nosek". Nie jest wymienione potem żadne nazwisko.

  • aggala 02.11.18, 05:59
    To, co piszesz, kojarzy mi się jednoznacznie z rozlicznymi uproszczonymi wersjami np. klasycznych baśni, które nieraz przyjmują kuriozalną formę. Tylko że w tym wypadku są jacyś właściciele praw autorskich i nie sądzę, żeby wydawnictwo mogło dokonać tak dużych zmian bez podpisania z nimi odpowiedniej umowy. Inna sprawa, czy podpisując umowę, mieli świadomość, jak bardzo tekst zostanie przerobiony. Poza tym obok nazwiska autora powinna być podana wyraźna informacja, że tekst został uwspółcześniony i najlepiej, kto jest autorem zmian. Jest jakakolwiek wzmianka na ten temat w książce?

    Inna kwestia, czy w ogóle uwspółcześniać stare teksty polskich autorów. Obcojęzyczne teksty czasami dostają drugie życie dzięki dobrym nowym tłumaczeniom. Niestety wiele polskich książek się zestarzało i szansa, że trafią do współczesnego, zwłaszcza dziecięcego odbiorcy są niewielkie. Czy takie "przetłumaczenie" na język bardziej przyswajalny dla dzieci, z zachowaniem sensu i bez ingerencji w treść, nie byłoby korzystne w niektórych wypadkach? Oczywiście myślę o dobrym "tłumaczeniu". Czy jednak należy się pogodzić, że pewne rzeczy się starzeją i nie ruszać tekstu? Nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.
  • mama_kotula 02.11.18, 08:22
    Umówmy się: Pamiętnik Czarnego Noska to nie jest arcydzieło literatury. Nie ma wg mnie ogromnej wartości literackiej jako sama historia - ot, powiastka o pluszowej zabawce, którą właścicielka ciągle gubi i która przez to przeżywa najrozmaitsze przygody.
    Nie wiem również, kto zaproponował to jako lekturę w klasach 1-3. O ile w pierwszej klasie może się sprawdzić - nie jestem w stanie powiedzieć na ile, bo moja osobista pierwszoklasistka jest zachwycona, ale ona jest zachwycona generalnie wszystkim, od 19-wiecznych dydaktycznych powiastek dla dzieci przez "Małą Księżniczkę", do komiksów o ryjówkach i Baśnioboru - o tyle w trzeciej klasie dziecko prawdopodobnie zaziewa się na śmierć.

    NIe wiem, czy język oryginału jest mniej przyswajalny dla dzieci. Ze słów, które ja musiałam sprawdzać w słowniku, była "kotlina", w sensie części pieca. Słowa "trudne", które zostały zastąpione/usunięte, to np. zalękniony, nie zważać, ślepka, gzyms, depesza, przelękły, wyprawiać [miny], pocerowany, fartuszek, kuchenka (w sensie małego pomieszczenia kuchennego), sęczek, pajda chleba, flaszka, kołować i dużo, dużo więcej.

    Odniosłam wrażenie, że zrobiono wszystko, aby umiejscowić akcję w jakimś nieokreślonym czasie, aby usunąć to, co może zasygnalizować czytelnikowi, że rzecz dzieje sie w przedwojennej Warszawie i na przedwojennej wsi. Tylko, że wyszło groteskowo i niespójnie, bo jeśli wprowadzamy postać małej dziewczynki zbierającej chrust i opiekującej się bratem, kiedy rodzice są w polu, gotującej obiad dla całej rodziny, to nawet jeśli będzie ona używać współczesnego słowa "pluszaczek" i nawet, jeśli usuniemy wzmiankę o tym, że jest bosa i biedna, to są dwie opcje - albo nie jest współcześnie żyjącą dziewczynką, albo żyje w innym kraju, gdzie dzieci pracują w ten sposób.

    Casusu usunięcia bagażowego kompletnie nie rozumiem - dlaczego bronimy dziecko przed wiedzą, że drzewiej instytucja bagażowego na dworcu była powszechna...? a, ok, bronimy przed wiedzą, że to się działo dawniej, tylko że tak jakby nie wyszło. Tak samo nie rozumiem usunięcia koni z ulic Warszawy. Rozbawiło mnie niemal do łez usunięcie "golasków rozpierających się w samochodzie" z wystawy sklepu z zabawkami, ja rozumiem, gołe lalki to zapewne straszliwa erotyka, niewłaściwa dla wrażliwego oka i ucha dziecięcego.

    Boli mnie zabieranie czytelnikowi szansy na wzbogacenie słownictwa, książka stała się przez to miałka, płaska i banalna. Uważam, że jeśli dziecko ma szansę na dość łatwe obcowanie z innym niż współczesny stylem pisania, to trzeba mu ją dać. To nie jest książka, w której co drugie słowo trzeba sprawdzać w słowniku staropolszczyzny ;), czy mająca bardzo skomplikowaną, niezrozumiałą składnię. Żal po prostu mnie ogarnia. Odnoszę wrażenie, że dzieci zostały potraktowane niepoważnie.
  • mama_kotula 02.11.18, 08:28
    A, wzmianki o uwspółcześnieniu tekstu ani widu, ani słychu.
    Na stronie redakcyjnej czytamy: Tekst © Spadkobiercy Janiny Porazińskiej, Edycja © Grupa Wydawnicza Foksal.
  • aggala 02.11.18, 10:22
    Absolutnie nie bronię tej wersji. Szczerze mówiąc, nie czytałam ani jej, ani wersji oryginalnej (chyba że w dzieciństwie, ale nie pamiętam), chociaż kiedyś kusiło mnie wydanie z ilustracjami E. Wasiuczyńskiej. Opierając się jednak na tym, co cytujesz, podzielam Twoją negatywną opinię. Moja uwaga była bardziej ogólna. Czy w ogóle dopuszczamy zabiegi uwspółcześniania języka polskich książek dla dzieci wydanych kilkadziesiąt lat temu? Podkreślam, języka, nie sensu opowieści, a do tego zrobione dobrze, z wyczuciem i atrakcyjnie literacko, a nie łopatologicznie. I nie chodzi mi o usunięcie wszystkich słów obecnie rzadziej używanych. Obserwując moje dzieci, widzę, że problemu nie stanowią pojedyncze słowa, których znaczenia nie znają, ale sam sposób budowania zdań, ich składnia. Moja córka, która czyta mnóstwo, której ja czytałam od kołyski bardzo różne książki, nie tylko nowości, męczy się, czytając teksty napisane archaicznym językiem. Podejrzewam, że dla dzieci, które mało obcują z książkami, taki język jest zupełnie niestrawny. Czy uznajemy, że trudno, czas starych książek przeminął, pora na nowe, czy chcemy je zachować w świadomości dzieci? Nie oburzamy się, że nowe przekłady tekstów obcojęzycznych mają uwspółcześniony język i nie naśladują polszczyzny z czasów, kiedy został napisany oryginał. Oczywiście nie w każdym wypadku lekki "lifting" językowy wystarczy i sama treść jest nieatrakcyjna. I zawsze powinna być w widocznym miejscu zamieszczona odpowiednia informacja o uwspółcześnieniu, żeby każdy mógł dokonać świadomego wyboru. Teraz, kiedy "Pamiętnik" został lekturą, może okazać się, że połowa klasy przeczyta tak naprawdę zupełnie inną książkę niż pozostałe dzieci.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.