Dodaj do ulubionych

Rzeszowiak - z punktu widzenia załoganta "Steni"

18.10.05, 14:44
Jedenastego sierpnia 2005 roku, około godziny osiemnastej odebrałem telefon
od ojca. Spytał mnie krótko, czy płynę na akcję poszukiwawczą polskiego
jachtu, dryfującego na Bałtyku. Dodał, że oczywiście oczekuje odpowiedzi
twierdzącej. Jako, że na morze nie trzeba mnie specjalnie ciągnąć, bo ono
samo mnie do siebie ciągnie, spytałem tylko, kiedy i skąd wypływamy.
Usłyszałem tylko, że za jakąś godzinkę lub dwie, z GKM LOK. Moja odpowiedź
była równie zwięzła - Ok, daj mi się tylko spakować.
Po godzinie stawiłem się na burcie m/y "Stenia". Właśnie przyjechał kapitan z
częścią załogi i zaczęliśmy przygotowania do wypłynięcia. Mój ojciec akurat
pojechał po zakupy na rejs i miał lada chwila wrócić. W ciągu jakiejś godziny
łódka została przygotowana do wypłynięcia. Żarcie i bagaże zostały
zaształowane, sztormowe żagle założone, zbiorniki z wodą napełnione, a załoga
skompletowana. W tym czasie dowiedziałem się także mniej więcej o co chodzi.
Chodziło mianowicie o znalezienie polskiego jachtu s/y "Rzeszowiak", który
poprzedniego dnia wezwał pomoc i którego załoga została podjęta przez
norweski prom "Finlandia" i śmigłowce ratownicze. Tyle przynajmniej
dowiedziałem się wtedy,
Jeden z kolegów pojechał odstawić samochód do swego macierzystego jacht-
klubu, a my mieliśmy go zebrać po drodze. około w pół do dwudziestej
pierwszej wyszliśmy z portu w kierunku GPK w Górkach Zachodnich. Po drodze
zebraliśmy kolegę z jacht-klubu "Neptun". Podczas, gdy czekaliśmy na odprawę,
dowiedzieliśmy się od znajomych, przybyłych, by się z nami pożegnać, że już
na jakimś forum internetowym pojawiły się spekulacje czy nam się uda, czy nie.
Po odprawie, już w pełnym składzie, wyszliśmy w morze. Załoga składała się z
siedmiu zapaleńców kochających morze i przygody. Skład załogi wyglądał
następująco:
• Kapitan: Sławomir "Paskuda" Wyszyński - kapitan motorowodny,
czternaście lat przepływał w rybołówstwie morskim, opiekun i kapitan
m/y "Stenia". Stale pływa tym jachtem z wędkarzami na dorsze. Człowiek, z
którym nie wahałbym się iść w morze wszędzie i w każdą pogodę.
• I oficer: Krzysztof Maćkowiak - morski sternik motorowodny, jachtowy
sternik morski. Konstruktor statków i jachtów. Jego właśnie zebraliśmy z
jacht-klubu "Neptun"
• II oficer Władysław Marzec - kapitan motorowodny, szyper rybacki II
klasy. Od wielu lat szyper jednego z gdańskich kutrów rybackich,
najwytrwalszy sternik z całej załogi.
• II oficer: Zbigniew Zaborowski - sternik motorowodny, sternik
jachtowy, płetwonurek. Na co dzień prowadzi firmę wytwarzającą elementy ze
stali nierdzewnej.
• załogant: Grzegorz Kruczek - sternik motorowodny, sternik jachtowy,
absolwent Wyższej Szkoły Morskiej, nawigator. Na co dzień restaurator.
• cook: Dariusz Mannischeff - prowadzi firmę gastronomiczną. Wykazał
się dużym hartem ducha i jeszcze większym zamiłowaniem przygód wypływając i
utrzymując nasze żołądki pełne, a podniebienia zadowolone, mając założony
gips na nodze.
• załogant: Daniel Mannischeff: żeglarz jachtowy, lat 19, licealista na
co dzień, żeglarz w każdej wolnej chwili.
W taki składzie popłynęliśmy kursem prowadzącym na prawdopodobną
pozycję "Rzeszowiaka" wyliczoną przez CKR. Warunki pogodowe były ciężkie,
siła wiatru wynosiła 7-8B, stan morza 4-5B. Na silniku i żaglach płynęliśmy z
prędkością około ośmiu węzłów. Rano znaleźliśmy się w rejonie poszukiwań.
Byliśmy jedyną jednostką poszukującą "Rzeszowiaka". Profesjonalni ratownicy
odmówili podjęcia poszukiwań z powodu złych warunków pogodowych i
zaoferowali, że podejmą poszukiwania w momencie poprawy pogody. Następne dni
pokazały, ze byłoby za późno.
Żeglugę i poszukiwania utrudniała słaba widoczność spowodowana ciągłymi
opadami mżawki, deszczu i częstymi ulewami. Będąc w ciągłym kontakcie z
Litewską Kontrolą Morską, sprawdzaliśmy po kolei pozycje, na których widzieli
echa radarowe, a które pozostawały głuche na wezwania radiowe. Po kilku
godzinach i sprawdzeniu kilku pozycji w pasie o szerokości 28 Mm, dostaliśmy
kolejne koordynaty, w odległości ok 3 Mn od naszej pozycji. Na swoim radarze
także zobaczyliśmy echo na podanej pozycji. Po pół godziny okazało się, że
to "Rzeszowiak".
Dostrzegł go kapitan Wyszyński w odległości nie większej niż dwa kable (ok.
360 metrów). Od razu rzucił się w oczy brak bezanmasztu i złamany w połowie
grotmaszt. Rozwinęła się narada, jak go złapać.
Po kilku propozycjach, między innymi, by opleść "Rzeszowiaka" Dookoła i
holować go w ten sposób za kil i ster, a także by na linie asekuracyjnej
wypuścić wodą dwóch ludzi, którzy mieliby wdrapać się na "Rzeszowiaka" i
zamocować hol, stanęło na tym, że podpływamy i rozglądamy się, by lepiej
rozeznać się w sytuacji.
Gdy podpłynęliśmy bliżej, ukazał się nam potworny obraz pokładu. To, że
grotmaszt jest złamany w połowie widzieliśmy już z daleka, ale z bliska
dopiero mogliśmy zobaczyć, ile zniszczeń może wywołać miotająca się po
pokładzie połówka stalowego masztu. Zerwane relingi, kosz dziobowy i rufowy
powyginane w tak fantastyczny sposób, że można by pomyśleć, iż ktoś je zrobił
z plasteliny, a nie z solidnej nierdzewnej stali. Bezanmaszt był złamany
nisko i z początku myśleliśmy, że przywłaszczył go już sobie Neptun, ale
okazało się, że wisi pod lewą burtą w wodzie na wancie, która jakimś cudem
ocalała pogrom i utrzymywała tenże maszcik przy burcie, chociaż obił on
burtę, a jakaś duża fala zrobiła nim widoczne wgniecenie w tejże. Czas
pokazał, że bezanik jeszcze się przydał w drodze powrotnej. Obok bezanmasztu,
pływała zmiażdżona tratwa ratunkowa.
Na wodzie pływała jakaś lina cumownicza. Podebraliśmy ją bosakiem i gdy
okazało się, że jest przymocowana do "Rzeszowiaka" zapadła decyzja, że
użyjemy jej jako holu, przynajmniej póki będzie można. Takoż zrobiliśmy.
Opłynęliśmy "Rzeszowiaka" dwukrotnie dookoła, by uzyskać trochę lepsze i
wygodniejsze do holowania zaczepienie o kikut masztu. Skoro tylko
mieliśmy "Rzeszowiaka" na holu położyliśmy się na kurs do najbliższego akurat
portu w Kłajpedzie.
Na pokładzie naszej poczciwej "Steni" zapanował nastrój podniecenia i
euforii. Mieliśmy go! Mieliśmy "Rzeszowiaka"! Już w tamtej chwili dokonaliśmy
czegoś, czego podjąć się inni nawet nie próbowali.
Niestety Pan Bóg w niebie z gromami wraz z Neptunem w morzu z widłami
(trójzębem) nie dawali za wygraną i tak jak z początku nie chcieli dać nam
znaleźć "Rzeszowiaka", tak teraz nie chcieli nam dać go w spokoju zaholować
do portu. Taką pogodę zwykle klasyfikuje się jako "ciężki sztorm", wiatr wiał
z siłą dochodzącą do 9B, a podobno stacje meteorologiczne meldowały o
szkwałach do 12B. Dodatkowym utrudnieniem była lokacja w pobliżu półwyspu
Taran, gdzie fale bardzo lubią się wypiętrzać poza określenie "znośne dla
żeglugi" i dochodziły do 4-5 metrów. Co chwila było słychać kapitana jak
ostrzegał - Ale "STODOŁA" idzie od rufy.
Na którejś kolejnej takiej "Stodole" pękł hol. Jeżeli ktoś chciałby w
przybliżeniu wyobrazić sobie dźwięk towarzyszący pęknięciu liny cumowniczej
napinanej przez fale, podczas holowania kilkunastotonowego jachtu, niech
wyobrazi sobie dźwięk puszczonej podczas strzału z kuszy cięciwy i pomnoży go
sobie stukrotnie. Wtedy właśnie wytłumaczono mi, że uderzenie rozpędzonej
liny cumowniczej jest w stanie zabić, czego o mały włos nie doświadczył
kolega Zbyszek w późniejszym czasie.
Od razu kapitan uruchomił buczek okrętowy oznaczający: "wszystkie ręce na
pokład". Zawróciliśmy, by złapać "Rzeszowiaka" ponownie na hol. W
międzyczasie zwinęliśmy tę część holu, która została na "Steni". Znowu kółko
wokół jachtu, by sprawdzić gdzie jest reszta holu. Podebranie, wiązanie, i z
powrotem na kurs do Kłajpedy. Zrywanie holu towarzyszyło nam aż do portu.
Trzeci raz hol pękł tak blisko "Rzeszowiaka", że nie było już czego podbierać
z wody, do tego Grotmaszt przełamał się przy sam
Edytor zaawansowany
  • 18.10.05, 15:07
    okrętowy oznaczający: "wszystkie ręce na pokład". Zawróciliśmy, by
    złapać "Rzeszowiaka" ponownie na hol. W międzyczasie zwinęliśmy tę część holu,
    która została na "Steni". Znowu kółko wokół jachtu, by sprawdzić gdzie jest
    reszta holu. Podebranie, wiązanie, i z powrotem na kurs do Kłajpedy. Zrywanie
    holu towarzyszyło nam aż do portu.
    Trzeci raz hol pękł tak blisko "Rzeszowiaka", że nie było już czego podbierać z
    wody, do tego Grotmaszt przełamał się przy samym pokładzie i wystawał za lewą
    burtę w poprzek jachtu, co dodatkowo utrudniało jakiekolwiek manewry w
    okolicach lewej burty "Rzeszowiaka", jakby za mało takielunku już do tej pory
    pływało wokół "Rzeszowiaka".
    Pierwsze, czego spróbowaliśmy, to złapać "Rzeszowiaka" za kotwicę na dziobie
    pętlą samozaciskową. Po kilku nieudanych próbach zrezygnowaliśmy z tej opcji. W
    końcu zapadła decyzja, że trzeba tam desantować człowieka, który będzie
    przyjmował podane przez nas hole, i mocował je na jachcie. Poszedł kolega
    Zbyszek Zaborowski, Bóg jeden widział jak bardzo chciałem to być ja. Niestety
    rozkaz "pierwszego po Bogu" nie podlega nawet zawahaniu, nie mówiąc nawet o
    jakiejkolwiek dyskusji.
    Plan był w zarysach prosty. Podejście do prawej burty "Rzeszowiaka" od dziobu.
    Na komendę kapitana Zbychu przeskakuje i w kolejnym podejściu, Przerzucamy mu
    Helly-Hansen'a, czyli specjalny kombinezon ratunkowy. Niestety nie jest to już
    takie proste, gdy na fali raz oglądasz wyraźnie pokład "pacyfikowanej" łódki i
    masz wrażenie, że się władujesz na nią stępką, a raz oglądasz jej kil i wydaje
    ci się, że ona ma takie zamiary wobec ciebie.
    Zbyszek kazał wsadzić do Helly'ego paczkę papierosów i zapalniczkę. Niestety
    zapomnieliśmy o tym podczas akcji. Później nam to wypominał. Właściwie to nie
    mógł nam tego wybaczyć aż do samego Gdańska.
    Kapitan stanął za sterami. Pierwsze podejście ciut za daleko na skok. Trzeba
    wziąć pod uwagę, że każda z pływających wokół "rzeszowiak" lin mogła wkręcić
    się nam w śrubę i spowodować katastrofę. Za drugim razem "Paskuda" wykazał się
    kunsztem najlepszych sterników pływających po morzach i oceanach. Podręcznikowy
    przykład podejścia "na jajeczko". Zbyszek właściwie bardziej przeszedł
    na "Rzeszowiaka" niż przeskoczył, chociaż poziom adrenaliny we krwi musiał nam
    wszystkim podskoczyć daleko poza normy. Drugie podejście bez żadnych
    niespodzianek, z małego dystansu przerzuciliśmy Helly-Hansena oraz rzutkę z
    holem i odeszliśmy kawałeczek, by niepotrzebnie nie narażać się na wkręcenie
    jakiś lin w śrubę.
    Zbyszek błyskawicznie zamocował hol za mocowanie windy kotwicznej, jako ze była
    ona najpewniejszym punktem zaczepienia.
    W czasie holowania Zbyszek na "Rzeszowiaku" dokonał pobieżnej oceny
    wnętrza "Rzeszowiaka". Najważniejsze, że nie brał wody. Kłajpeda zaczęła być
    coraz bliżej.
    Do miejsca mniej więcej półtorej kabla (jakieś 300 metrów) od główek portu hol
    pękł dwa razy. Za pierwszym razem Zbyszek przekonał się na własnej skórze o
    sile pękniętej liny. Gdy ta pękła, dostał końcem w twarz. Wielkim szczęściem
    siedział w zejściówce i lina zanim go trafiła, zawinęła się o suwklapę, a
    jeszcze większym fartem dostał tylko pojedynczym splotem cumy. Skończyło się
    tylko na podbitym oku.
    Dopiero na samym podejściu do główek portu Neptun pokazał w całej okazałości,
    jaki kocioł potrafi stworzyć przybojowa fala idąca w stronę kanału, wraz z
    masami wody wypływającymi z niego po opadach tak obfitych, że podtopiły
    przedmieścia Kłajpedy. Fale, dochodzące do 6 metrów wysokości, szły w tak
    nieprzewidziany sposób, że nigdy nie wiedzieliśmy ani jak duża fala przyjdzie,
    ani z której strony.
    W przeciągu godziny, maksymalnie półtorej hol pękał cztery razy! Kolejno na
    odległościach 300, 150, 100 oraz 50 metrów od samych główek. Między trzecim a
    czwartym zerwaniem kapitan zdecydował o wezwaniu holownika portowego, ponieważ
    trzeba było się usunąć z toru wodnego, by dać miejsce wypływającemu
    kontenerowcowi. Związaliśmy resztki lin i podaliśmy hol. Gdy ten pękł, holownik
    już wypływał z główek portu, na szczęście "Rzeszowiaka" odpychał od kamiennych
    główek prąd odpychający o prędkości ok 3 węzłów. Holownik usunął "Rzeszowiaka"
    z toru i po przejściu statku przycholował go w naszej asyście do nabrzeża
    pograniczników, u ujścia rzeki Dange. Moment jeszcze poczekał, aż dopłyniemy.
    Na pytanie, do kogo się zwrócić odnośnie zapłaty za holowanie, powiedzieli
    tylko z uśmiechem, żebyśmy się tym nie kłopotali.
    Przycumowaliśmy do nabrzeża. Jakieś pół godziny przed północą przyjechali
    pogranicznicy, odprawili nas bez problemów. Gdy kapitan rozmawiał z
    pogranicznikami, ja rozmawiałem z jakimś przechodniem, który zaciekawiony
    sytuacją przyszedł na nabrzeże. W końcu, około drugiej w nocy kapitan zarządził
    możliwy klar na "Rzeszowiaku". Trzeba było wyciągnąć z wody przynajmniej to, co
    się dało, by ułatwić sobie przeholowanie "Rzeszowiaka" na przystań.
    Niestety nie dane nam było spać spokojnie tej nocy. Po kolei próbowaliśmy
    wyciągnąć cokolwiek z wody, ale nie dało rady. Spróbowałem wyciągnąć foka, bo
    wydawał się nie być nigdzie zaklinowany. I rzeczywiście poszedł, bardzo ciężko,
    ale szedł. Z pomocą przyszedł Krzysiek i zaczęliśmy wyciągać żagiel ze
    sztagiem. Mimo to wydawało się, że coś za ciężko idzie. Kapitan stanął z
    latarką na nabrzeżu i świecił w przestrzeń między jachtem a pirsem. W pewnym
    momencie usłyszałem stłumiony okrzyk Kapitana - O k***a! Panowie, znaleźliśmy
    kapitana.
    Z początku nie skojarzyłem, o co mu chodziło, bo nie widziałem, co
    wyciągnęliśmy na powierzchnię wody. Dopiero, gdy wychyliłem się i spojrzałem w
    dół, zrozumiałem, że znaleźliśmy zaplątane w takielunek ciało uważanego za
    zaginionego kapitana "Rzeszowiaka", Stanisława M.
    Została zaraz wezwana policja, prokurator, nurkowie, polski konsul. Noc nie
    miała się szybko skończyć. Na szczęście obyło się bez składania zeznań. Został
    tylko Kapitan i Grzesiek. Reszta została zwolniona do koji. W tym czasie
    zostały spisane protokoły, kapitan "Rzeszowiaka" został odcięty od jachtu i
    przewieziony do kostnicy. Później sformułowany został jeden ważny dla ludzi
    morza wniosek. "Najważniejsze, że dopłynął do portu". Chociaż do dziś, gdy
    pomyślę, że ciągnęliśmy biedaka kilkadziesiąt mil pod kilem dreszcze mi po
    plecach przechodzą.
    Coś około godziny piątej nad ranem obudziło mnie hasło - Płyniemy na przystań!
    Przeholowaliśmy "Rzeszowiaka" na przystań w okolice mostu na rzece Dange. Chwil
    parę jeszcze kręciliśmy się przy cumach, zabezpieczaliśmy Rzeszowiaka przed
    wścibskimi gapiami mogącymi się pojawić rano. Gdy wszystko, co się dało zostało
    sklarowane, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek...

    Kolejny dzień zaczął się przyjemnie, powitało nas słoneczko, choć wiatr jeszcze
    wcale nie miał zamiaru zelżeć. Przyjechała ekipa ROZŻ-etu, by przygotować jacht
    do powrotu do Polski. Naprawdę trzeba przyznać, że chłopaki sprężyli się
    niesamowicie. W ciągu jednego dnia wyciągnęli z wody cały takielunek. Zrobili
    przegląd silnika, powymieniali wszystkie filtry i okazało się, że silnik
    zaskakuje od pierwszego "kopa". Wnętrze "Rzeszowiaka" wyglądało według jednego
    z chłopaków OZŻ jak chlew- Wyobraźcie sobie mieszaninę, ciuchów, ciasteczek,
    margaryny, chleba, książek i butów polane sosem. Tak mniej więcej to
    wyglądało" - jak ujął to Tomek.
    Wszystko, co tylko się dało zostało poskładane, pozwijane i zaształowane na
    jachcie. Nie przypominał już wraku, jaki znaleźliśmy na morzu, choć widać było,
    że dużo przeszedł. Bezanmaszt został prowizorycznie zamocowany w miejscu
    grotmasztu. Na nim została zamocowana biała lampa i zapasowa antena UKF
    ze "Steni", by mieć łączność. Spytałem, co ze światłami sektorowymi? Na co
    uzyskałem żartobliwą odpowiedź - Udajemy jacht poniżej siedmiu metrów.

    W Kłajpedzie czekaliśmy trzy dni na dobrą pogodę, by wrócić do Gdańska. Czas
    ten spędzaliśmy zwiedzając to piękne hanzeatyckie mias
  • 18.10.05, 15:08
    W Kłajpedzie czekaliśmy trzy dni na dobrą pogodę, by wrócić do Gdańska. Czas
    ten spędzaliśmy zwiedzając to piękne hanzeatyckie miasto i pomagając
    Rzeszowianom w klarowaniu łódki. Można w Kłajpedzie wybrać się do delfinarium,
    można urządzić sobie spacer po naprawdę pięknej starówce, wybrać się do kasyna
    bądź zabawić się w jednym z wielu klubów pubów. Atmosfera miasta jest
    oszałamiająca. Nie sposób się nudzić. Osobiście polecam dwa kluby: pierwszy
    to "Jazz klub" przy głównym rynku, drugi to "Prieplauka" przy ulicy Zveju,
    prowadzącej do przystani, tuż obok promu. W obu można się zabawić na całego i
    każdy znajdzie cos dla siebie. W "Jazz klubie" na pewno dobrze będą się bawić
    ludzie lubiący dobre imprezy w starym stylu, bardziej może nawet Rockowym niż
    Jazzowym, zaś do Prieplauki zaprosiłbym młodych ludzi lubiących się bawić przy
    aktualnych przebojach. W obu przy "Starce" i "Svyturysie".
    Litwinów zapamiętałem jako sympatycznych ludzi, praktycznie wszędzie można się
    było dogadać po angielsku. W rozmowach ze starszymi obywatelami pomocna jest
    znajomość języka rosyjskiego.

    Z Kłajpedy wyszliśmy nad ranem piętnastego sierpnia. Pogoda była świetna, morze
    płaskie jak lustro, słoneczko niezasłaniane nawet jednym obłoczkiem, lekki
    wiaterek chłodził przyjemnie rozgrzaną słońcem twarz, po prostu plaża. Sielanka
    w pełni. "Rzeszowiak" płynął o własnych siłach w naszej asyście. Co jakiś czas
    kontaktowaliśmy się przez radio. W pewnym momencie zauważyliśmy na horyzoncie
    jakiś okręt i jacht. Przez radio odezwał się do nas "Dar Pucka". Meldowali, że
    okręt rosyjskiej marynarki wojennej w dziwny sposób, zajeżdżając drogę, stara
    się zepchnąć ich na kurs wschodni, w stronę lądu. Poradziliśmy im płynąć w
    naszą stronę, a sami trochę zwolniliśmy, by dać im dojść do nas.
    Gdy byli dość blisko, udało mi się strzelić kilka fotek okrętowi zza ramienia
    Zbyszka, który ustawił się w drzwiach sterówki, by zasłonić mnie z aparatem.
    Gdy obie jednostki zrównały się z nami staraliśmy się porozumieć z okrętem
    rosyjskim, ale pozostawał głuchy na wezwania przez radio. Zaczął wyprawiać
    podobne manewry z "Rzeszowiakiem". Jedyna informacja jaką uzyskaliśmy z
    początku, to że mamy iść kursem dziewięćdziesiąt stopni, czyli w stronę
    rosyjskiego brzegu, którą pokazano nam na jakiejś dużej kartce, czy kawałku
    materiału. Później żartowaliśmy, że wyrwali kapitanowi prześcieradło spod
    tyłka, żeby nam to napisać. Dopiero, gdy podpłynęliśmy na zasięg głosu jakoś
    udało się Kapitanowi wyciągnąć informację, że trwają na tym akwenie ćwiczenia
    wojskowe i odbywa się "ostrije strjelanie". Więc szybko podaliśmy tę informację
    przez radio "Rzeszowiakowi" oraz "Darowi Pucka" i położyliśmy się na kurs
    dziewięćdziesiąt stopni. Mieliśmy iść nim, aż wyjdziemy z akwenu działań. W
    międzyczasie doszła nas informacja, że w rejonie ćwiczeń pojawił się jeszcze
    jeden polski jacht. Była to poznana przez nas w Kłajpedzie "Amica". Komunikacja
    była z nimi ciężka, ponieważ znajdowali się w dużej odległości od nas. W końcu
    udało nam się przekazać im informację o ćwiczeniach i konieczności zmiany
    kursu. W rezultacie wyglądało to tak, jakby kpt. Wyszyński nagle awansował z
    kapitana jednostki na komodora armady, małej co prawda, ale zawsze.
    Gdy w końcu dostaliśmy pozwolenie zmiany kursu, poszliśmy prosto na Gdańsk
    mijając półwysep Taran w zasięgu wzroku. Po drodze udało nam się dostrzec
    jeszcze zestaw holujący z tarczami do manewrów. Około godziny
    dziewiętnastej "Rzeszowiak" zgłosił nam awarię silnika. Podeszliśmy do nich i
    podaliśmy im hol wypożyczony z m/s "Kaunas" dzięki pomocy konsula polskiego na
    Litwie, pana Tadeusza Macioła. Co prawda, w międzyczasie udało im się awarię
    naprawić, ale pozostali na holu, by nie zmniejszać już prędkości i zaoszczędzić
    na czasie.
    Reszta drogi do Gdańska obyła się już bez żadnych przygód. W Górkach Zachodnich
    na odprawę zacumowaliśmy ok godziny drugiej nad ranem szesnastego sierpnia. O
    drugiej dwadzieścia odstawiliśmy "Rzeszowiaka" do jacht-klubu Stoczni
    Gdańskiej, a o w pół do czwartej zacumowaliśmy na Stogach w GKM LOK.
    Akcję tę będę pamiętał do końca życia, bo chyba jeszcze w historii żeglarstwa
    polskiego nikt nie odwalił takiego numeru jak my.

    Serdeczne podziękowania:
    Dla Załogi m/y "Stenia" za wyrozumiałość dla niedoświadczenia, rozbudzenie na
    nowo żeglarskich marzeń i pozbawienie złudzeń o długotrwałej sławie.
    Dla Konsula Honorowego Polski na Litwie pana Tadeusza Macioła za pomoc w
    sprawie kapitana "Rzeszowiaka" i wypożyczenia holu na drogę powrotną.
    Dla pewnej bardzo sympatycznej kelnerki z klubu "Prieplauka", z którą spędziłem
    bardzo sympatyczny wieczór. Jej imię niestety zatarło mi się w pamięci (Remija?)
    Dla kpt. Sławomira "Paskudy" Wyszyńskiego za pośrednie spowodowanie tegoż
    miłego wieczoru.

    Dla każdego, kto przebrnął, przez to opowiadanie i nie zasnął.
  • 18.10.05, 15:11
    Relacja jest podzielona na trzy części. Pierwsze odpowiedzi są jej kolejnymi
    częściami. Zakaz nieautoryzowanego kopiowania tekstu.
  • 18.10.05, 15:39

    Ahoj!

    Za relację. Jak mozna byłoby zasnąć przy tak mrożacej krew w żyłach historii i
    do tego opowiedzianej z takim talentem!

    Co masz na mysli zakaz nieatoryzowanego cytowania?

    Bo ja dość często kopiuje materiały z netu, ale zawsze podaje link do
    oryginalnego źródła.

    I jestem bardzo dumny,że ta relacja została opublikowana na moim skromnym forum.

    Czytając zastanawiałem się nad kilka sprawami, zreszta takie były zaoytania w
    trakcie dyskutowania sprawy i Waszej wspaniałej akcji:

    1. Skąd inicjatywa samej akcji? Zlecenie od armatora? BO są tu pewne regulacje
    prawne. Więc jak to wyglada? BO o ile pamietam, a na powaqżnie nauczę sie do
    egzaminu jest taki przepis,że jacht porzucony na morzu stanowi "własność
    Neptuna". Kto finansował akcję?

    2. Czy nie rozważaliście odcięcie i utopienie złamanego takielunku, ktory
    przezciez, szczególnie w tych warunkach był napewno duzym zagrożeniem dla
    jachtu.

    3. Czy masz jakąś wiedzę nt przebiegu samej tragedii Rzeszowiaka. CO bylo
    powodem podjecia tak niefortunnej w skutkach akcji ratunkowej? Bo jacht
    przeciez okazał się sprawny w chwili opuszczania go przez zalogę...

    Ten text powinienneś wysłać do "Żagli" lub innego pisma żeglarskiego.
    Bedzie to bardzo cenny artykuł.


    Chcesz zaokrętować się na Żeglarstwo morskie, wejdź na deck, czyli klinij tu:
    Żeglarstwo morskie
  • 18.10.05, 21:04
    1. Dowiedzieliśmy się o samym wypadku z mediów, konkretniej dowiedział się
    kapitan. Zdzwonił się z prezesem ROZŻ-etu. Ustalili warunki podjęcia akcji.
    Kapitan zebrał załogę i poszliśmy w morze.
    Regulacje prawne mówią, że co znajdziesz na morzu to twoje, nie podlegają jednak
    im ustalone akcje wg. Umowy o Ratownictwo.

    2 A czy nie rozważyłeś niebezpieczeństwa związanego z próbą odcinania takielunku
    przy sztormie i czterometrowej fali, z użyciem jedynie ręcznych narzędzi??? To
    dopiero byłoby niebezpieczne! Poza tym takielunek mógł stanowić jedynie
    zagrożenie dla nas, jako podpływających, a by ten odciąć trzeba by było
    podpłynąć i to nie na kilka sekund jak przy desancie człowieka, ale kilkanaście
    mimnut, a wtedy zakręcona śruba byłaby pewnikiem.

    3. Jeżeli mam być szczery, niedoświadczenie i panika młodej załogi. Kapitan
    najprawdopodobniej musiał poddać się woli większości, która okazała się
    niesubordynowana. Ale to tylko moja opinia wysnuta na podstawie szczątkowych
    informacji i nie powinna być wyznacznikiem. Tak to tylko wyglądało, jak było w
    rzeczywistości będzie dochodzić Izba Morska.

    Noszę się z takim zamiarem i dlatego proszę o niezamieszczanie tego textu bez
    mojej wiedzy. Jeżeli ktoś chce to pokazać znajomym niech poda link a nie kopiuje.
    --
    Pływaj, żegluj, kochaj morzę jak matkę. I uważaj...
  • 19.10.05, 01:23
    koma2k napisał:

    > 1. Dowiedzieliśmy się o samym wypadku z mediów, konkretniej dowiedział się
    > kapitan. Zdzwonił się z prezesem ROZŻ-etu. Ustalili warunki podjęcia akcji.
    > Kapitan zebrał załogę i poszliśmy w morze.
    > Regulacje prawne mówią, że co znajdziesz na morzu to twoje, nie podlegają
    jedna
    > k
    > im ustalone akcje wg. Umowy o Ratownictwo.

    +++Własnie chciałem sie dowiedziec czy działaliscie na zlecenie-umowe o
    ratownictwo? Od PT Kolegów w nieszczęściu brac za wiecej niż same koszta to
    niefakni9e, ale firma UBE niech płaci i podreperuje skromny budżet Waszego
    Sławnego Klubu:)))

    >
    > 2 A czy nie rozważyłeś niebezpieczeństwa związanego z próbą odcinania
    takielunk
    > u
    > przy sztormie i czterometrowej fali, z użyciem jedynie ręcznych narzędzi??? To
    > dopiero byłoby niebezpieczne! Poza tym takielunek mógł stanowić jedynie
    > zagrożenie dla nas, jako podpływających, a by ten odciąć trzeba by było
    > podpłynąć i to nie na kilka sekund jak przy desancie człowieka, ale
    kilkanaście
    > mimnut, a wtedy zakręcona śruba byłaby pewnikiem.

    ++++Do czasu, gdy nikt nie wszedl na pokład OK!
    Ale gdy juz się znalazł Wasz czlowiek można było prosto i elegancj
    ko odkręcić ściagacze i wywalic zbedny takielunek do morza. Bo przeciez
    stanowil on BARDZO poważne zagrożenie, szczególnie w trudnych warunkach, np
    salingi mogły przebic poszycie itp problemy...

    >
    > 3. Jeżeli mam być szczery, niedoświadczenie i panika młodej załogi. Kapitan
    > najprawdopodobniej musiał poddać się woli większości, która okazała się
    > niesubordynowana. Ale to tylko moja opinia wysnuta na podstawie szczątkowych
    > informacji i nie powinna być wyznacznikiem. Tak to tylko wyglądało, jak było w
    > rzeczywistości będzie dochodzić Izba Morska.

    +++Doswiadczony kapitan powinien umieć zaprowadzić ład w zalodze. Tegto sie
    oczekuje chyba od skipperow aby twardzielami?
    >
    > Noszę się z takim zamiarem i dlatego proszę o niezamieszczanie tego textu bez
    > mojej wiedzy. Jeżeli ktoś chce to pokazać znajomym niech poda link a nie
    kopiuj
    > e.

    +++TYm wieksza bedzie moja duma,że na moim portalu zamiesciles te realcje:)))

    Ale gdy ktos nie używa własnych slow, ale kopiuje doslownie
    potrzebny mu fragment i podaje link..?

    --
    Ahoj!

    Chcesz zaokrętować się na Żeglarstwo morskie, wejdź na deck, czyli klinij tu:
    Żeglarstwo morskie
  • 19.10.05, 01:28

    Ahoj!

    Jak znaleźliście Rzeszowiaka na morzu?

    Przecież samo odnalezienie jest sprawą bardzo niebanalną!

    Ktoś śledził Rzeszowiaka na radarze?

    Sami go szukaliście radarem?

    BO przeciez to ogromne zadanie, a z Twojej relacji wynika,że relatywnie szybko
    znaleźliście go...

    jednak w w cięzkich warunkach nawet duże statkowe radary mylą echo jachtu z
    obiciem od fal...


    Chcesz zaokrętować się na Żeglarstwo morskie, wejdź na deck, czyli klinij tu:
    Żeglarstwo morskie
  • 20.10.05, 13:11
    Jak BARDZO poważne zagrożenie stanowią salingi dla łajby typu "Bruceo".
    Przecież to jest kadłub STALOWY. Utrzymał się na wodzie po zderzeniu Z PROMEM
    PASAŻERSKIM!!!. Nie przesadzaj, byłem tam i zapewniam Cię, że większe
    niebezpieczoeństwo stanowiłaby próba usunięcia takielunku na morzu. Nie będę
    drugi raz powtarzał warunków pogodowych. Namiarów radaorwych dokonywała przede
    wszystkim Litewska Kontrola Morska. I owszem, był to relatywnie krótki czas,
    lecz to zawdzięczamy szczęściu.
    A kapitana spróbuj zapytać sam, czemu nie był dość twardy. Poszukaj
    załogi "Rzeszowiaka".
    --
    Pływaj, żegluj, kochaj morzę jak matkę. I uważaj...
  • 20.10.05, 22:16
    koma2k napisał:

    > Jak BARDZO poważne zagrożenie stanowią salingi dla łajby typu "Bruceo".
    > Przecież to jest kadłub STALOWY. Utrzymał się na wodzie po zderzeniu Z PROMEM
    > PASAŻERSKIM!!!. Nie przesadzaj, byłem tam i zapewniam Cię, że większe
    > niebezpieczoeństwo stanowiłaby próba usunięcia takielunku na morzu.

    +++No tak, to przeciez pancernik:)))

    Nie będę
    > drugi raz powtarzał warunków pogodowych. Namiarów radaorwych dokonywała
    przede
    > wszystkim Litewska Kontrola Morska. I owszem, był to relatywnie krótki czas,
    > lecz to zawdzięczamy szczęściu.
    ++Liwini Was naprowadzili na Rzeszowiaka?

    > A kapitana spróbuj zapytać sam, czemu nie był dość twardy. Poszukaj
    > załogi "Rzeszowiaka".
    +++To jest Twoje zdanie. Ja tylko grzecznie pytałem...



    --
    Ahoj!

    Chcesz zaokrętować się na Żeglarstwo morskie, wejdź na deck, czyli klinij tu:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.