Dodaj do ulubionych

Atak UPA na Witryłów, Hłomczę i Łodzinę

08.04.08, 15:11
Na początek tekst sanockiego historyka Andrzeja Romaniaka, który
pojawił się w sieci we wrześniu 2007 r., w 61. rocznicę napadu.
Artykuł już dobrze znany, dość jednostronny, ale chyba warty
przypomnienia. Przynajmniej jako punkt wyjściowy do dalszej dyskusji.


"PRAWDA I PAMIĘĆ: 61. rocznica napadu UPA na Witryłów, Łodzinę i
Hłomczę"

W tych dniach mija 61. rocznica tragicznych wydarzeń, które
rozegrały się niedaleko Sanoka, a o których w myśl
dziwnej „politycznej poprawności” i „nie rozdrapywania ran” nie
wspomina się ani słowem. Jednak milczenie nie wykreśli ich z
ludzkiej pamięci i z zachowanych dokumentów.

Wydarzenia te były kontynuacją tego, co działo się na Wołyniu w
latach 1943-44, gdzie z rąk nacjonalistów ukraińskich spod znaku OUN-
UPA zginęło co najmniej 120 000 Polaków i 80 000 Ukraińców. Tu na
ziemi sanockiej od lata 1944 r. odbywało się to samo, tylko na
mniejszą skalę.

Na terenie byłego województwa rzeszowskiego, w tym i na terenie
ziemi sanockiej, dziesiątki wiosek dotknęła zbrodnicza działalność
UPA, a o jej ofiarach dziś się nie pamięta, zaś mówienie i
przypominanie o nich niby nie służy dobrosąsiedzkim stosunkom z
Ukrainą. Jednak prawda nie może być przemilczana.

10 września minie 61. rocznica napadu UPA na Witryłów, Hłomczę i
Łodzinę, gdzie wymordowani zostali niewinni ludzie, których liczba
jest doskonale udokumentowana, a personalia znane.

Niedawno (6 sierpnia) minęła 63. rocznica mordu dokonanego przez
bojówkę UPA pod dowództwem „Burłaki”, której ofiarą padło 43
mieszkańców Baligrodu, ale próżno szukać o tym informacji w mediach.

Już od lata 1944 r. na terenie obecnego powiatu sanockiego wzmogły
działalność bojówki UPA, realizując tu swą zbrodniczą ideologię,
napadając na wioski zamieszkane przez Polaków, a także przez Rusinów
nie podporządkowujących się rozkazom ukraińskich nacjonalistów.

Początkowo działalność ta uchodziła UPA bezkarnie. Teren po
przejściu frontu był w dużym stopniu terenem „bezpańskim”. W związku
z tym obronę przed napadami UPA wzięły na siebie oddziały samoobrony
organizowane samorzutnie przez mieszkańców poszczególnych wiosek.
Działalność tych oddziałów najczęściej przybierała formę nocnych
wart, w których zobowiązany był uczestniczyć każdy mężczyzna.
Obrońcami polskiej ludności przed napadami UPA były też partyzanckie
oddziały zbrojne, które po zakończeniu wojny nie ujawniły się i
pozostały w podziemiu. Na terenie powiatu sanockiego i sąsiednich
najbardziej znanym był oddział NSZ pod dowództwem Antoniego Żubryda.

Sytuacja zmieniła się po zakończeniu działań wojennych. Na omawiany
teren skierowano Wojsko Polskie, którego głównym zadaniem była
ochrona ludności przed atakami UPA oraz przeprowadzenie ewakuacji do
ZSRS, zamieszkujących ten teren, osób narodowości ukraińskiej.

Od stycznia 1946 r. na rozległym i trudnym południowo-wschodnim
terenie ówczesnego województwa rzeszowskiego wzmogły się akcje
przeciwko zbrojnym bojówkom UPA prowadzone m.in. przez oddziały 32.
i 34. pułku piechoty „ludowego” Wojska Polskiego. Upowcy w odwecie
nasilali ataki na polskie wioski i ludność cywilną. Najczęściej
napadali późno w nocy, kiedy mieszkańcy spali i nie mieli większych
szans na ucieczkę lub obronę.

Działalność UPA miała poparcie wśród niektórych wiosek zamieszkanych
przez ludność pochodzenia ukraińskiego, jednak poparcie to było
często wymuszane terrorem i strachem. Chociaż nie zawsze - były
wioski, które dobrowolnie wspomagały działania UPA. W pobliżu Sanoka
do takich wiosek należał, położony na prawym brzegu Sanu Ulucz,
który był dla UPA doskonałą bazą wypadową; stąd wychodziły ataki na
pobliskie miejscowości, a szczególnie te położone na lewym brzegu
Sanu. Z Ulucza wywodziło się również wielu członków UPA.

10 września to właśnie z Ulucza wyszedł atak UPA na Witryłów,
Łodzinę i Hłomczę. Jak relacjonują świadkowie tamtych wydarzeń,
wieczorem 10 września 1946 r. członków samoobrony strzegących
Witryłowa zaskoczyła przejmująca cisza na polach i w lesie. Nie było
słychać żadnych głosów zwierząt i ptaków. Wydawało się to bardzo
dziwne i zwiastowało coś złego. I rzeczywiście ok. 23.30 rozległy
się strzały i od strony Sanu rozpoczął się napad na Witryłów, a
chwilę później na Hłomczę i Łodzinę.

Witryłów, dzięki dobrze zorganizowanej samoobronie, zdołał się
obronić i nie został spalony w całości. Spalono jednak 56 domów,
zabudowania gospodarcze i zabudowania dworskie pp. Dwernickich.
Zamordowano też w okrutny sposób 7 osób: Franciszkę Baran,
Kazimierę Dzik, Antoniego Kozłowskiego, Adama Kurzacza, Tadeusza
Pelca, Józefa Skrzypskiego i Marię Wituszyńską, a kilka innych
zostało rannych.

Łodzina i Hłomcza, nie posiadające samoobrony, zostały zupełnie
spalone, a kilkunastu mieszkańców w bestialski sposób zamordowano.
Obie te wsie były zamieszkane w większości przez Rusinów, lecz
wcześniej część z nich wyjechała do ZSRS, a do opuszczonych przez
nich domów wprowadziły się rodziny ze spalonych przez UPA wsi.

UPA wymordowała zarówno Polaków, jak i Rusinów. Tych pierwszych za
to, że byli Polakami, a tych drugich rzekomo za to, że pozwolili
innym mieszkańcom wyjechać ze wsi. Lecz najprawdopodobniej była to
zemsta za to, że nie chcieli współpracować z UPA. W tym czasie
polski oddział wojskowy kwaterował blisko palonych wsi, w
Mrzygłodzie, lecz niewiele mógł zdziałać. Banderowcy szczelnie
obstawili Hłomczę od strony Mrzygłodu i wojsko nie miało
najmniejszych szans przedrzeć się przez gęsty zaporowy ogień.

Siły UPA oceniano, chyba przesadnie, na ok. 2000 ludzi. Były to
połączone bojówki UPA pod dowództwem „Hrynia”, „Jara”, „Burłaki”
i „Łastiwki”. Spaliły one w Hłomczy 90 domów wraz z całym
inwentarzem i dwa zbiorniki ropy naftowej w tamtejszej kopalni.
Zamordowano 3 osoby: Emila Romana (42 lata), jego córkę - 14 letnią
Katarzynę Roman oraz Cecylię Chudzikiewicz (38 lat), której ciało
wrzucono do piwnicy palącego się domu. Równie tragicznie napad
banderowców przebiegał w Łodzinie. Spalono tu 62 budynki i
zamordowano aż 9 osób. Zamordowani zostali: Andrzej Fik (22 lata),
Mikołaj Fik (42 lata), Katarzyna Fik (53 lata), Mieczysław Okriak
(32 lata), Aleksander Fedyn (55 lat), Mikołaj Sawczak (58 lat),
Mikołaj Hołowka (70 lat), Mikołaj Bagan (45 lat) oraz Czesława
Solecka (19 lat). Ta ostatnia otrzymała 14 pchnięć bagnetem. W
napadzie brało też udział kilku mieszkańców wspomnianego Ulucza,
którzy zostali rozpoznani, a wśród napastników byli nawet bardzo
młodzi chłopcy.

O tamtym tragicznym wydarzeniu zawsze przypominać nam będą
wstrząsające fotografie wykonane na drugi dzień po napadzie, które
przetrwały do naszych czasów. Przypomnieć dziś o tym należy w imię
prawdy historycznej oraz z tego względu, że jesteśmy to winni tym,
którzy zostali niewinnie pomordowani, a o których panuje dziś
zupełna cisza. Przebaczyć należy, ale nigdy nie możemy zapomnieć.

Andrzej Romaniak


www2.esanok.pl/index.php?var_id=4126&opinie=dodaj_opinie&ak=news_c&pan=n&dod=artykul
Edytor zaawansowany
  • piotrzr 08.04.08, 20:29
    Oto nie zgadzam się z autorem, że w Polsce w imię politycznej poprawności pomija
    sie "zbrodnie" ukraińskie (według mnie po części prawdziwe po części
    przyszywane). Bo nie ma takiej polityki według mnie. Jeśli są jakieś działanie -
    to właśnie słuszne odchodzenie od licytacji 'kto komu więcej wymordowal". Autor
    pisze o poparciu nadsańskich wiosek dla działań UPA - uzasadniając to poparcie
    li tylko terrorem. Według mnie to daleko idące uproszczenie.
    Po drugie z pisze z pewnością siebie o Wołyniu gdizie ponoc oprócz Polaków "z
    ręki" UPA zginęło "80 tysięcy Ukraińcow" - czy napewno "z ręki" UPA ?? skąd
    takie dane?? A może to właśnie ilość Ukraińcow która zginęła z rąk polskich i
    równoważąca w zasadzie straty polskie??
    Wielokroć spotykałem się z próbami usprawiedliwienia strat ukraińskich - rzekomo
    usprawiedliwionym polskim odwetem.
    No to tutaj mamy klasyczny przykład analogicznego ukraińskiego odwetu na
    polskich wioskach!!
    Mowi się o terrorze UPA wcielającym w jej szeregi porzymusowych rekrutów.
    Równocześnie pisze o polskiej samoobronie "obronę przed napadami UPA wzięły na
    siebie oddziały samoobrony > organizowane samorzutnie przez mieszkańców
    poszczególnych wiosek.> Działalność tych oddziałów najczęściej przybierała formę
    nocnych > wart, w których zobowiązany był uczestniczyć każdy mężczyzna."
    Dla mnie to tylko dowód że każda ze stron stosowała podobne metody - jak choćby
    owo "zxobowiązanie"!!
  • ciekawy344 08.04.08, 21:59
    W województwie wołyńskim przed wojną Polacy stanowili około 16%
    ogółu mieszkańców, wiec waść powyżej kpisz albo na rozumie
    szankujesz.
  • tawnyroberts 14.04.08, 13:54
    O nocnych wartach w Witryłowie pisze też Stanisław Wolsan w swojej
    książce "Witryłów i okolice w latach 1939-1946":

    "W Witryłowie także była zorganizowana samoobrona w formie nocnych
    wart. Przez kilka lat każdy mężczyzna był zobowiązany pełnić
    całodobową wartę. Najpierw z każdego domu jedna osoba pełniła wartę
    jeden raz w tygodniu, potem co czwartą, a jeszcze później co drugą
    noc. Zadaniem wartowników było pilnowanie wsi i obrona przed
    napadami. Nigdy nie planowano i nie przeprowadzano napadu na inną
    wieś. Ja również pełniłem nocną wartę, najczęściej na wzniesieniu
    nad wsią, skąd można było daleko widzieć i wszystko dobrze słyszeć.
    (...)
    Placówki wartownicze rozmieszczane były dookoła wsi bez względu na
    pogodę i porę roku. Dzięki temu banderowcy nie dali radę spalić
    całej wsi w czasie napadu na Witryłów 10 września 1946 r."

    I jeszcze fotografia Stanisława Wolsana z 1946 r., w roli
    uzbrojonego wartownika w Witryłowie:

    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1156281,2,1.html
  • kw53 07.05.08, 00:32
    Mam drobne sprostowanie. Zdjęcie przedstawia nie Stanisława Wolsana
    jako wartownika lecz jego starszego brata Franciszka.
  • tawnyroberts 07.05.08, 09:45
    Zgadza się. Jest nawet podpisane: "Witryłów, rok 1946. Franciszek
    Wolsan jako uzbrojony wartownik." Dzięki za uwagę i przepraszam za
    pomyłkę.
  • tawnyroberts 09.04.08, 12:46
    Cytowany tekst Andrzeja Romaniaka można podzielić na dwie części. W
    pierwszej części autor nakreśla sytuację polityczną na terenie Ziemi
    Sanockiej w latach 1944-1946. Odwołuje się także do wydarzeń na
    Wołyniu. Sporo w tej części nadinterpretacji, nieścisłości i
    przemilczeń.

    Nie wiem skąd wziął się pogląd, że o polskich krzywdach, doznanych z
    rąk OUN-UPA na terenie dzisiejszej Polski, rzekomo się nie mówi.
    Mówi się, ale inaczej niż w książkach Gerharda czy Prusa. Mówi się w
    kontekście ówczesnej sytuacji politycznej, pamiętając przy tym, że
    najczęściej zbrodnie OUN-UPA były odwetem za wcześniejsze pogromy
    ludności ukraińskiej. Niestety Romaniak tego nie zauważa, o
    ukraińskich stratach nie wspomina choćby jednym słowem. Dla niego
    ważna jest tylko "zbrodnicza działalność UPA".

    Wiązanie rzezi wołyńskiej z sytuacją jaka miała miejsce na Ziemi
    Sanockiej i to jeszcze we wrześniu 1946 r., to już kompletne
    nadużycie. Przecież cele UPA na tzw. Zakierzoniu już od dawna były
    inne i autor zapewne o tym wie. Zamiast tego serwuje nam liczby
    Polaków i Ukraińców pomordowanych na Wołyniu, ale co to za liczby?
    Już nawet Siemaszkowie ostrożnie oceniają straty wśród polskiej
    ludności Wołynia na ok. 60 tysięcy (z tego ok. 20 tysięcy osób
    znanych z imienia i nazwiska), a u Romaniaka jest 120 tysięcy. Do
    liczby Ukraińców zamordowanych z rąk OUN-UPA (80 tysięcy w samym
    tylko Wołyniu!) trudno się w ogóle odnosić, to czysta abstrakcja.

    Autor wspomina o grupach samoobrony w polskich wioskach i o
    partyzantach z oddziałów zbrojnych - obrońcach polskiej ludności.
    Zapomina dodać, że te same oddziały równie często były
    ciemiężycielami ukraińskiej ludności cywilnej, wymuszając respekt do
    siebie za pomocą ognia i miecza i unikając przy tym starć z upowską
    partyzantką. Przecenia także rolę Wojska Polskiego, skierowanego w
    te strony po zakończeniu działań wojennych. "Przeprowadzenie
    ewakuacji do ZSRR osób narodowości ukraińskiej" w praktyce równało
    się brutalnym przymusowym deportacjom. Walka z UPA początkowo była
    na odległym planie.

    Drugą część artykułu stanowi krótki opis ataku UPA na Witryłów,
    Hłomczę i Łodzinę. Opis w zasadzie zgodny z tym co podaje Stanisław
    Wolsan w książce "Witryłów i okolice w latach 1939-1946",
    przynajmniej w części dotyczącej Witryłowa. Cennym uzupełnieniem do
    tekstu są cztery zdjęcia, przedstawiające spaloną Łodzinę i
    przygotowania do pogrzebu ofiar w Łodzinie. To ostatnie przypomina,
    że śmierć bliskich jest zawsze straszną tragedią, bez względu na
    okoliczności, sytuację polityczną na danym terenie i "stronę
    barykady", po której ludziom przyszło żyć...
  • tawnyroberts 10.04.08, 13:05
    Poniżej opis ataku UPA na Witryłów zamieszczony w książce Stanisława
    Wolsana "Witryłów i okolice w latach 1939-1946".

    NAPAD BANDEROWCÓW NA WITRYŁÓW 10 WRZEŚNIA 1946 ROKU

    W nocy 10 września 1946 roku o godzinie 2330 banderowcy napadli na
    Witryłów, Łodzinę i Hłomczę. Witryłów należał do powiatu
    brzozowskiego, Łodzina i Hłomcza do powiatu sanockiego. Wsie Łodzina
    i Hłomcza znajdują się w odległości około 4 kilometrów od Witryłowa
    w kierunku wschodnim i południowo-wschodnim. W pierwszym rozdziale
    podałem tylko krótką informację o napadach na te trzy wsie, teraz
    przejdę do szczegółowego opisu napadu na Witryłów oraz innych
    wydarzeń pozornie bez znaczenia, a jak się później okazało bardzo
    ważnych.
    (...)
    W Witryłowie była zorganizowana samoobrona w formie nocnych wart.
    Placówki wartownicze rozmieszczane wokół wsi nie obejmowały zbyt
    odległych przysiółków. Od 1944 roku ciągle zdarzały się różne napady
    w okolicznych wsiach, a także i w Witryłowie. W tych warunkach
    pełnienie warty jedynie z kijem w ręce nie było bezpieczne. Kto
    tylko mógł rozglądał się za jakąś bronią, a szczególnie po napadzie
    na Temeszów. Po przejściu frontu broń można było kupić najczęściej
    za wódkę. Stopniowo wartownicy byli coraz lepiej uzbrojeni. Znalazły
    się nawet dwa ręczne karabiny maszynowe typu „diegtiariew”, jeden w
    dolnej, drugi w górnej części wsi. Niestety, nie każdy wartownik był
    uzbrojony.

    W tym czasie nikt we wsi nie miał pozwolenia na posiadanie broni,
    ale też nikt na to nie zwracał uwagi. Milicjanci obawiali się
    napadów na ich placówki, więc uzbrojone warty w okolicznych wsiach
    były dla nich przynajmniej częściowym zabezpieczeniem przed
    napastnikami. Więcej przeszkód czynili funkcjonariusze UBP, którzy
    przyjeżdżali na kontrolę wartowników w nocy, aby złapać uzbrojonych.
    Wobec tego wytłumaczono im, że kontrole przeprowadzane po zmroku nie
    są bezpieczne, ponieważ osoby kontrolujące mogą być przez pomyłkę
    uznane za banderowców przebranych w mundury polskich żołnierzy lub
    milicjantów. Odtąd nocnych kontroli już nie było.

    W Witryłowie stacjonował oddział Wojska Polskiego, zaledwie
    kilkudziesięciu żołnierzy, ale nie pamiętam ich liczby
    (prawdopodobnie około 40). Miał on za zadanie zwalczanie banderowców
    i obronę wsi przed napadami. 10 września 1946 roku rano prawie cały
    oddział udał się na rekonesans za San, we wsi pozostało 11
    żołnierzy. Tam w ciągu całego dnia żołnierze skontrolowali duży
    obszar od Ulucza aż do Tyrawy Solnej, ale nie spotkali banderowców,
    ani nie zauważyli niczego podejrzanego. Uspokojeni tym, zatrzymali
    się na nocleg w Mrzygłodzie, 6 km od Witryłowa. W następnym dniu
    mieli znowu wyruszyć za San. Taką informację przysłali żołnierzom w
    Witryłowie i mieszkańcom wsi.

    Mój sąsiad w Witryłowie, Jan Ziarko, miał kawałek pola poza terenem
    wsi za przysiółkiem Mordań, od strony Mrzygłodu, w odległości około
    3 km od domu. Z pobliskiego lasu wieczorami wychodziły dziki i
    zjadały jeszcze nie wykopane ziemniaki. Ze względu na odległość od
    pola gospodarz nie mógł ochronić ziemniaków przed dzikami. Nie miał
    broni, więc obawiał się zarówno dzików jak i banderowców często
    pokazujących się w tamtej okolicy. Uprosił wreszcie mojego brata
    Franciszka, aby poszedł z nim odstraszać dziki. Właśnie w dniu 10
    września przed wieczorem wybrali się w tym celu na pole sąsiada.
    Zgłosili wartownikom, że będą wracać w nocy, a w celu ich
    rozpoznania głośno podadzą swoje imiona. Brat był dobrze uzbrojony,
    przede wszystkim miał sprawny automat zwany pepeszą z pełnym
    magazynkiem naboi, a poza tym bardzo celnie strzelał.

    Długo czekali na polu, ale dziki nie wyszły z lasu. Zapadła ciemna
    noc. Brata zastanawiała niesamowita cisza na polu i w lesie przez
    cały wieczór. Nie odezwał się ani jeden ptak, nie było słychać
    żadnych odgłosów innych zwierząt. Obaj z sąsiadem doszli do wniosku,
    że coś niedobrego wisi w powietrzu, kiedy nawet dziki nie wyszły na
    żer. Bardzo ostrożnie i bez rozmawiania wyruszyli do domu ledwie
    widoczną drogą, która wiodła przez las na odcinku długości około 500
    metrów. Po wejściu do lasu zorientowali się po cichym trzasku
    łamanych suchych gałązek, że ktoś idzie ostrożnie pomiędzy drzewami
    w pewnej odległości, ale nie zbliża się do nich. Przeszli tak cały
    leśny odcinek drogi i wreszcie, już w przysiółku Mordań, musieli
    wyjść z lasu na małą łączkę, gdzie była lepsza widoczność. Obawiali
    się zasadzki. Gdy tylko znaleźli się na łączce, z lasu padł strzał,
    na szczęście niecelny. Obaj rzucili się na ziemię. Brat szeptem
    polecił sąsiadowi, aby posuwał się skokami w kierunku głębszej
    drogi, a następnie ruszył za nim w taki sam sposób, nie tracąc z
    oczu lasu. Z lasu padł drugi niecelny strzał. Brat puścił krótką
    serię z pepeszy w miejsce, w którym zobaczył błysk. Z tego miejsca
    nikt więcej nie strzelał. Odezwały się natomiast strzały z boku, z
    prawej strony. Brat z sąsiadem byli już teraz pewni, że strzelają do
    nich banderowcy. Ostrzeliwując się, dotarli skokami do głębszej
    drogi osłoniętej miedzą z prawej strony, którą szybko, ale ostrożnie
    biegli w kierunku wsi, odległej około 1,5 km. Droga ta była
    równoległa do administracyjnej granicy między Witryłowem i Końskiem,
    odległa od tej granicy około 50 metrów.

    W tym samym czasie rozpoczął się napad na część Witryłowa od strony
    Sanu, a trochę później na Łodzinę i Hłomczę. Słychać było strzały i
    po chwili widać było łuny pożarów. Brat z sąsiadem obawiali się, że
    na polach mogą być banderowcy, wobec tego zbliżając się do wsi nie
    mogli głośnym wołaniem zawiadomić wartowników o swoim powrocie.
    Biegli teraz grzbietem wzniesienia, gdzie droga zrównała się z
    poziomem pola i dla wartowników znajdujących się w dole byli dobrze
    widoczni na tle nieba. Wartownicy z najbliższej placówki zauważyli
    biegnących i uznali, że to banderowcy. Jeden z wartowników
    posiadający karabin zaczął do nich strzelać. Znowu skokami musieli
    przesuwać się do przodu. Wreszcie zdołali zbliżyć się na tyle, że
    mogli dać się poznać. Dobiegli do zabudowań i tu opowiedzieli o
    spotkaniu z banderowcami. Mężczyźni posiadający broń byli już gotowi
    iść z pomocą mieszkańcom zaatakowanej części wsi. Niestety, musieli
    pozostać, aby zabezpieczyć przed napadem część wsi od strony
    Końskiego.

    Banderowcy zaatakowali jak zwykle przed północą o godz. 23.30, chcąc
    zaskoczyć mieszkańców we śnie. Skradali się cicho, aby przedwcześnie
    nie zaalarmować wartowników. Spodziewali się „łatwej roboty”, bo we
    wsi pozostało tylko 11 żołnierzy, o czym wiedzieli na pewno. Liczyli
    też na wyłączenie z obrony wartowników znad Sanu. Na szczęście to im
    się nie udało. Na placówce, do której zbliżali się banderowcy, wartę
    pełniło dwoje młodych ludzi - Stanisław Truchan i Władysława
    Gorzynik. Dziewczyna znalazła się tutaj przypadkowo. Na wartę miał
    iść jej ojciec, ale w ostatniej chwili poczuł się źle. Córka poszła
    za ojca, bo na szukanie innego mężczyzny nie było czasu. Młodzi
    ludzie mieli dobre uszy i oczy, spostrzegli zbliżających się
    banderowców. Dziewczyna pobiegła zawiadomić żołnierzy, z której
    strony zbliżają się na-pastnicy, a chłopak wystrzelił trzy razy z
    karabinu na alarm i dodatkowo zdetonował granat. W ten sposób
    zaalarmował całą wieś. Wtedy banderowcy przestali zachowywać ciszę.
    Było ich dużo, na pewno kilka setek. Rozbiegli się szybko na dość
    dużym terenie. Obrabowali i spalili dwór oraz drewniane zabudowania
    gospodarcze pp. Dwemickich, a przy tym spaliło się żywcem
    kilkadziesiąt sztuk bydła, 10 koni oraz duża ilość trzody chlewnej i
    drobiu. Oprócz tego banderowcy zastrzelili kilkanaście sztuk bydła.
    Większa część banderowców uderzyła równocześnie na wieś, podpalając
    domy i zabudowania gospodarcze.
  • tawnyroberts 10.04.08, 13:19
    Na odgłos strzałów ludzie wybiegali z domów. Kobiety z dziećmi
    uciekały w bezpieczne miejsca, zabierając ze sobą (o ile zdążyły)
    bydło i inne zwierzęta. Uzbrojeni mężczyźni organizowali obronę.
    Przybiegli także wartownicy znad Sanu. Obrona powstrzymywała atak
    banderowców, ale, niestety, wartownikom zaciął się ręczny karabin
    maszynowy. Obrońcy musieli się wycofać, ponieważ banderowcy byli
    dobrze uzbrojeni, mieli kilka karabinów maszynowych. Obsługujący
    erkaem Michał Przystasz nie stracił zimnej krwi. Zabrał erkaem i
    razem z Mieczysławem Karaczkowskim oraz dwoma innymi mężczyznami
    (nie pamiętam ich nazwisk) pobiegli do stojącego daleko na uboczu
    domu (swoje gospodarstwa pozostawili bez obrony). Tam szybko
    naprawili erkaem i znowu biegiem wrócili do wsi, ale już w inne
    miejsce kilkaset metrów dalej, bo ich domy zostały tymczasem
    spalone. Zajęli stanowisko na wzniesieniu, skąd w zasięgu erkaemu
    znalazła się część wsi bezpośrednio atakowana w tym czasie przez
    banderowców.

    W tej części wsi mieszkał mój stryj Władysław Wolsan w domu krytym
    blachą, o ścianach z cegły i gliny, więc dość trudnym do podpalenia
    z zewnątrz. Obok stał drewniany dom gromadzki, w którym znajdował
    się sklep Kółka Rolniczego. Stryj był jego kierownikiem. Stryjenka
    zabrała dzieci i uciekła z nimi w bezpieczne miejsce, stryj
    pozostał. Chciał obronić własny dom oraz dom gromadzki. Miał karabin
    i zapas naboi. Schował się na grządce z tyczną fasolą w odległości
    kilkunastu metrów od obu wymienionych budynków. Stąd strzelał do
    banderowców pojawiających się w pobliżu, do podpalających domy, a
    także do tych, którzy chcieli włamać się do sklepu w domu
    gromadzkim. W ten sposób stryj uratował swój dom, dom gromadzki i
    kilka innych sąsiednich domów. W wyniku strzałów stryja banderowcy
    mieli na pewno kilku co najmniej rannych, ale nie zorientowali się,
    skąd te strzały padały. Omijali to miejsce i bokiem z lewej strony
    przesuwali się do przodu. Około 150 metrów dalej od domu
    gromadzkiego była już przygotowana obrona przez grupkę żołnierzy,
    którzy pozostali w Witryłowie.

    Właśnie wtedy ze wzniesienia nad wsią Michał Przystasz zaczął bardzo
    skutecznie ostrzeliwać z erkaemu banderowców, zwłaszcza
    podpalających zabudowania. Na początek uratował od spalenia dom
    gospodarza o nazwisku Kozłowski (miał przydomek „Olejarz”), bo
    zobaczył banderowca, który po podpaleniu stodoły biegł z zapaloną
    pochodnią w kierunku domu odległego o kilkanaście metrów od tej
    stodoły. Po serii z erkaemu pochodnia upadła na ziemię i po chwili
    zgasła, a więc podpalacz został co najmniej ranny. Podobnych
    przypadków w czasie napadu było więcej.

    Tak się złożyło, że w odległości około 200 metrów od stanowiska M.
    Przystasza, po drugiej stronie wiejskiej drogi, żołnierze
    przygotowali swoje stanowisko obronne w bardzo dobrze obranym
    miejscu i również ostrzelali zbliżających się napastników. Tego na
    pewno banderowcy się nie spodziewali. M. Przystasz nie wiedział,
    gdzie znajdują się żołnierze, ostrzeliwał poruszające się postacie
    banderowców, ale przez pomyłkę mogli ucierpieć także obrońcy. W tej
    sytuacji szybko zorientowali się jednak żołnierze. Jeden z nich
    głośno zawołał w kierunku grupy Przystasza: „Chłopcy! Bardziej w
    lewo, bo nas postrzelacie!”

    Zorganizowana i skuteczna obrona nie tylko powstrzymała napastników,
    ale zmusiła ich także do odwrotu. Z pewnością mieli duże straty w
    ludziach. Wszystkich swoich rannych i zabitych banderowcy zabrali ze
    sobą. Na drodze w kierunku Sanu pozostały tylko ślady krwi. O
    liczbie zabitych i rannych banderowców zadecydowało także zdarzenie
    krótko opisane niżej.

    Grupa banderowców wdarła się w celach rabunkowych do piwnicy domu
    kopalnianego nad Sanem. Za chwilę przybyła druga grupa napastników w
    tym samym celu. Wskutek nieporozumienia banderowcy w obu grupach
    uznali, że mają przed sobą wartowników, więc zaczęli strzelać do
    siebie nawzajem. W tej sytuacji zabitych i rannych było dużo.
    Niewielu wyszło cało, zanim sprawa się wyjaśniła. Mieszkańcy domu
    zdążyli uciec w pobliskie zarośla. W czasie ucieczki została ranna
    niesiona na rękach dziewczynka w wieku około jednego roku, Ludmiła
    Klimowicz, córka Józefa. Dziewczynka miała przestrzeloną rączkę.
    W raportach z przeprowadzonych napadów można znaleźć na ogół tylko
    wątpliwe dane dotyczące członków UPA, natomiast pomijane są
    informacje w odniesieniu do innych uczestników napadów.
    W czasie odwrotu banderowcy spalili jeszcze domy (z wyjątkiem
    jednego) w przysiółku Rzeki nad Sanem, który wcześniej ominęli.
    Samoobrona odparła napad, ale spaliło się 56 domów, nie licząc
    zabudowań gospodarczych. Niektórzy mieszkańcy stracili wszystko co
    posiadali.

    W wyniku napadu zginęło 7 osób, niżej podaję ich listę.
    - Franciszka Baran - zastrzelona, a następnie wrzucona do wnętrza
    palącego się domu. Nie mam potwierdzenia czy była tylko ranna, czy
    też już nie żyła przed wrzuceniem do ognia. Świadkowie, którzy to
    widzieli, byli zbyt daleko, ażeby mogli wypowiedzieć się
    jednoznacznie. F. Baran była Polką urodzoną i zamieszkałą w
    Witryłowie. Mąż Franciszki, Pantaleon Baran, pracował w majątku pp.
    Dwemickich jako „polowy”. Miał przydomek „Pańko”, podobno od
    zdrobnienia imienia Pantaleon. Niektórzy mieszkańcy wsi skracali to
    imię i mówili Leon. Pochodził z innej wsi i jego matka nie mieszkała
    w Witryłowie. Informacja podawana w różnych źródłach o spaleniu
    żywcem Ukrainki, matki Pantaleona Barana, w czasie napadu na
    Witryłów jest nieprawdziwa.
    - Kazimiera Dzik - zastrzelona we własnym domu.
    - Antoni Kozłowski - schwytany na terenie kopalni ropy naftowej,
    został wsadzony głową w dół do zbiornika częściowo napełnionego ropą
    naftową i w połowie ciała przyciśnięty pokrywą tego zbiornika, aby
    nie mógł się uratować.
    - Adam Kurzacz, nabywca części majątku pp. Dwemickich - zastrzelony
    w chwili, gdy chciał wypuścić z obory bydło, aby je uchronić przed
    spaleniem.
    - Tadeusz Pelc, syn Jana, chłopczyk w wieku 6-7 lat - zastrzelony
    koło swojego domu.
    - Józef Skrzypski, miał ponad 70 lat — zastrzelony koło swojego domu.
    - Maria Wituszyńska - zmarła w czasie ucieczki z domu wskutek szoku
    spowodowanego napadem banderowców.

    Rannych było kilka osób, w tym mała dziewczynka, o której napisałem
    wyżej. Inni byli lekko ranni i nawet o tym nikt nie pamięta. Walka z
    banderowcami trwała około dwóch godzin. Nikt nie pospieszył z
    pomocą, ani Milicja Obywatelska z Dydni, ani Powiatowy Urząd
    Bezpieczeństwa Publicznego z Brzozowa, mimo alarmów telefonicznych z
    poczty w Dydni. Alarmowała naczelniczka Urzędu Pocztowego w Dydni p.
    Zofia Dmitrzak, która pochodziła z Witryłowa i niepokoiła się o
    swoją rodzinę (jej matka Kazimiera Dzik została zastrzelona przez
    banderowców w czasie napadu). MO w Dydni podobno była „za słaba” do
    udzielenia pomocy, natomiasat PUBP w Brzozowie przyjął zgłoszenie o
    napadzie, ale później przez dwie godziny nawet nie przyjmował
    telefonów. Dopiero w dzień kilku funkcjonariuszy przyjechało oglądać
    zgliszcza po spalonych zabudowaniach. Oddział wojskowy przebywający
    w Mrzygłodzie chciał udzielić pomocy mieszkańcom Hłomczy,
    najbliższej wsi od Mrzygłodu, lecz niewiele zdziałał, bo banderowcy
    byli na to przygotowani.

    Witryłów obronił się sam dzięki dobrej samoobronie, a szczególnie
    kilku obrońcom. Władze doszły jednak do wniosku, że trzeba wzmocnić
    obronę wsi, ponieważ banderowcy mogli atakować ponownie. Dlatego po
    napadzie milicja dostarczyła oficjalnie do Witryłowa sto karabinów
    dziesięciostrzałowych najnowszej produkcji i pewną ilość naboi. Ta
    broń została już zarejestrowana, a przy tym mieszkańcy wsi mogli bez
    przeszkód zarejestrować broń posiadaną już wcześniej. Odtąd wszyscy
    wartownicy byli uzbrojeni. Być może z tej przyczyny banderowcy nie
    napadali już na Witryłów.
  • tawnyroberts 10.04.08, 13:28
    W napadzie banderowców na Witryłów sotnię Włodzimierza
    Szczygielskiego, pseudonim „Burłaka”, wspomagali m.in. także
    mieszkańcy Ulucza. Jako przykład przytoczę relację jednego z
    mieszkańców Witryłowa o nazwisku Kaliniecki, który miał dom w
    przysiółku Rzeki. Do jego domu w czasie napadu wbiegł młody chłopak
    i zapalił słomę w łóżku (w tym czasie na wsi rzadko używano
    siennika, wystarczała tylko słoma przykryta prześcieradłem z
    konopnego lub lnianego płótna). Kaliniecki rozpoznał chłopaka,
    zawołał go po imieniu i po rusku powiedział: „Twój ojciec i ja
    jesteśmy dobrymi znajomymi od wielu lat. Chodziłem do was do Ulucza
    już wtedy, gdy ty byłeś jeszcze małym dzieckiem, a ty chcesz mi
    teraz dom spalić?” Chłopak był bardzo zaskoczony, bo też rozpoznał
    Kalinieckiego. Porwał wiadro z wodą stojące w izbie, zalał palące
    się łóżko i szybko wyszedł. Dom ocalał.

    Wyjaśnię teraz, dlaczego tak szczegółowo opisałem „wyprawę na dziki”
    mojego brata z sąsiadem, a szczególnie ich powrót do wsi. Z
    informacji, które po napadzie przeniknęły do nas od Ukraińców
    dowiedziałem się, że banderowcy mieli jeszcze w planie spalenie wsi
    Końskie i zaatakowanie Witryłowa od strony Końskiego. W 1945 roku z
    Końskiego wyjechało dobrowolnie do ZSRR około 50% mieszkańców,
    którzy uważali się za Ukraińców i najbardziej dokuczali Polakom w
    czasie okupacji. Do opuszczonych domów wprowadziły się rodziny ze
    spalonej Borownicy oraz wypędzone z Ulucza. Podobna sytuacja miała
    miejsce w Łodzinie i w Hłomczy.

    Ukraińscy nacjonaliści chcieli zemścić się na tych trzech wsiach, a
    przy okazji spalić również Witryłów. Byli dobrze przygotowani do
    napadu i dokładnie śledzili ruchy oddziałów wojskowych. 10 września
    1946 roku nadarzyła się wyjątkowa okazja, ponieważ w Witryłowie
    nocowała tylko mała grupka żołnierzy, przy czym pogoda była
    sprzyjająca.

    Nie wiem kiedy, i w którym miejscu banderowcy przeprawiali się przez
    San. Ich liczbę szacowano już po napadzie na ponad 2000, więc
    przejście przez San bez zwrócenia uwagi oddziałów wojskowych nie
    było łatwe. Sądzę, że przynajmniej przez dwie kolejne noce przed
    napadem banderowcy przeprawiali się grupami przez rzekę na terenie
    Łodziny lub między Witryłowem i Łodziną oraz w okolicy Mrzygłodu, a
    następnie ukrywali się w lasach między Witryłowem, Łodziną i
    Hłomczą. Potwierdzają to świadkowie, którzy w dniu napadu widzieli
    małe grupki nieznanych mężczyzn na skraju tych lasów. UPA mogła już
    wcześniej znać zamiary oddziału wojskowego, gdyż jej wywiadowcy
    działali dość sprawnie. Na przykład wiem, że w tym czasie UPA miała
    swojego informatora w sanockiej milicji, chociaż ten informator nie
    był milicjantem.

    10 września po zmroku banderowcy otoczyli Łodzinę i Hłomczę oraz
    dobrze zabezpieczyli się od strony Mrzygłodu przed możliwym atakiem
    oddziału wojskowego. Obstawili też teren przysiółka Mordań w
    Witryłowie, gdzie nie było wartowników. Przez ten przysiółek
    przechodziła najkrótsza polna droga od Mrzygłodu do górnej części
    Witryłowa. Z tego miejsca można było bardzo szybko zaatakować
    Końskie albo Witryłów od strony Końskiego. Można też było zatrzymać
    oddział wojskowy, gdyby tą drogą zdążał na pomoc mieszkańcom
    Witryłowa. Właśnie tą drogą wracał mój brat Franciszek z sąsiadem
    Janem Ziarkiem do domu. Banderowcy byli zaskoczeni, bo nie wiedzieli
    kto przechodził i w jakim celu, albo też kto ubezpiecza drogę, a
    przede wszystkim zdradzili swoje pozycje. I to było najważniejsze.
    Odpadło zaskoczenie wartowników i mieszkańców, na co banderowcy
    zawsze liczyli najbardziej.

    Banderowcy wyznaczeni do napadu na Witryłów chcieli przekraść się od
    strony Łodziny możliwie cicho aż do zabudowań, a następnie
    zaatakować domy, wzniecić panikę wśród mieszkańców i zdezorientować
    wartowników. Wtedy mogliby bardzo szybko spalić całą wieś. Dlatego
    też początkowo zostawili w spokoju przysiółek Rzeki, w pobliżu
    którego przechodzili (spalili go później w czasie odwrotu).
    Pozostałe grupy banderowców nie rozpoczęły wcześniej napadu na
    Łodzinę i Hłomczę, aby nie zaalarmować wartowników w Witryłowie.
    Napad na te wsie rozpoczęli po usłyszeniu strzałów z Witryłowa. Po
    spaleniu Witryłowa łatwo było od razu atakować prawie bezbronne
    Końskie, bo obie wsie oddzielała tylko granica administracyjna. Do
    akcji przystąpiłaby wtedy świeża grupa banderowców z rejonu
    przysiółka Mordań. W tej sytuacji Końskie mogło być spalone w ciągu
    dwudziestu, może trzydziestu minut.

    Banderowcom nie udało się wykonać całego planu. Nie było zaskoczenia
    i paniki wśród mieszkańców. Mężczyźni w miarę możliwości w grupkach
    lub pojedynczo bronili swoich i cudzych domów. Podkreślić trzeba
    przytomność umysłu Michała Przystasza, który przy pomocy kolegów
    potrafił wybrnąć z trudnej sytuacji i w samą porę skutecznie wspomóc
    obrońców. Cały splot różnych wydarzeń, pozornie mało znaczących,
    bardzo mocno wpłynął na wyniki napadu. Jestem pewny, że gdyby nie
    było „wyprawy na dziki”, to w odpowiednim momencie banderowcy
    zaatakowaliby także od strony przysiółka Mordań, albo od Końskiego.
    Wtedy skutki napadu byłyby zupełnie inne dla Witryłowa i dla
    Końskiego.

    W czasie napadu nie byłem obecny w Witryłowie. Mieszkałem wtedy w
    Brzozowie jako uczeń tamtejszego liceum. Opisałem to, co dobrze
    zapamiętałem z relacji wielu naocznych świadków napadu i uczestników
    obrony wsi po przyjeździe do domu w następnym dniu. Bardzo dokładnie
    pamiętam prawie każde słowo wypowiedziane przez brata Franciszka,
    stryja Władysława i mojego ojca Jana.

    Przed napisaniem pierwszej wersji mojego opracowania uzyskałem wiele
    szczegółowych informacji o napadzie od kolegi Mieczysława
    Karaczkowskiego, uczestnika obrony wsi, a także od innych naocznych
    świadków. Niestety, nie wszyscy pamiętali dokładnie to, co działo
    się ponad pięćdziesiąt lat temu i niepewne informacje musiałem
    pominąć. Ja zapamiętałem wiadomości, które niedługo po napadzie
    przekazywali niektórzy Ukraińcy, oczywiście bardzo dyskretnie, o
    przygotowaniach banderowców do ataku na Witryłów, o projekcie
    spalenia Końskiego.
  • piotrzr 10.04.08, 16:27
    Prosze zwrócić uwagę, że gdyby sformułowanie "banderowcy" w tej opowieści
    zamienić na "indianie" "czerwonoskorzy" a pojęciach dotyczących Polaków ich
    imiona zamienić na John, Willi, James, itd itd to wyszła by z tego całkiem dobra
    - choć beletrystyczna opowieść z Dzikiego Zachodu.A cvałkiem inna sprawa to -
    skąd autor opowieści , uczestnik wydarzeń po polskiej stronie - znał tak
    dokładnie plany "banderowców" : pisze np "Ukraińscy nacjonaliści chcieli zemścić
    się na tych trzech wsiach, a > przy okazji spalić również Witryłów. Byli dobrze
    przygotowani do > napadu i dokładnie śledzili ruchy oddziałów wojskowych. " UPA
    mogła już > wcześniej znać zamiary oddziału wojskowego, gdyż jej wywiadowcy >
    działali dość sprawnie. Na przykład wiem, że w tym czasie UPA miała > swojego
    informatora w sanockiej milicji, chociaż ten informator nie > był milicjantem.""
    Itd itd Ale ta opowieść jako ściśle dotycząca regionu objętego wątkie jest
    bardzo ciekawa i ....byż może obiektywna. Choć to szacowanie oddziałów UPA na
    2000 "bojców" ...toż to potężny oddzial wojskowy - gdy pisze "Ich liczbę
    szacowano już po napadzie na ponad 2000"
  • kw53 07.05.08, 00:46
    Komentarz trochę ironiczny ale niesłusznie. W tej historii nie było
    koloryzowania. Co do dokładności relacji to wyjaśnieniem może być
    np. ułomnośc ludzka. Sąsiedzi, którzy w nocy po stronie UPA
    próbowali spalić wioskę w dzień zwyczajnie się czasem chwalili ze
    swoich wyczynów.
  • mariusz9959 10.04.08, 21:56
    Nie znam Andrzeja Romaniaka, ani osobiście, ani jako autora tekstów
    historycznych, nie wykluczam, że może kiedyś trafiłem na coś z
    jego „twórczości” ale było to na tyle mało interesujące, że nie
    zapamiętałem nazwiska autora.
    Jest on ponoć historykiem, lecz jego sposób pisania bardziej
    wskazywałby na to, że jest to klasyk bolszewickiej propagandy a nie
    badacz historii.

    Zawsze, gdy trafiam u historyka na stwierdzenia typu:
    „…o których w myśl dziwnej „politycznej poprawności” i „nie
    rozdrapywania ran” nie wspomina się ani słowem. Jednak milczenie nie
    wykreśli ich z ludzkiej pamięci i z zachowanych
    dokumentów.”, „Jednak prawda nie może być przemilczana.” itp.
    zapala mi się czerwone światło – uwaga, to bardziej propagandzista
    niż historyk.
    U Romaniaka było tak już na wstępie.

    Romaniak raz pisze UPA, innym razem bojówka UPA. Muszę się przyznać,
    że o ile wiem co to była UPA to nie mam pojęcia co to
    takiego „bojówki UPA”, a może Romaniak chciał napisać bandy UPA ale
    doszedł do wniosku, że nawet jak na pseudo historyka będzie to
    ośmieszające go określenie i wymyślił sobie „bojówki UPA”. Pewnie
    UPA i „bojówki UPA” to to samo ale jak to drugie groźnie brzmi -
    „bojówki UPA”.
    Nie cykaj się pan panie Romaniak pisz pan bandy bardziej to do pana
    pasuje.

    Romaniak pisze:
    „Od stycznia 1946 r. na rozległym i trudnym południowo-wschodnim
    terenie ówczesnego województwa rzeszowskiego wzmogły się akcje
    przeciwko zbrojnym bojówkom UPA prowadzone m.in. przez oddziały 32.
    i 34. pułku piechoty „ludowego” Wojska Polskiego. Upowcy w odwecie
    nasilali ataki na polskie wioski i ludność cywilną. Najczęściej
    napadali późno w nocy, kiedy mieszkańcy spali i nie mieli większych
    szans na ucieczkę lub obronę.”

    O ile wiem to głównym zadaniem UPA było wtedy niedopuszczenie do
    wysiedlenia ludności ukraińskiej na tereny ZSRR. Romaniak pisze, że
    WP wzmogło akcje przeciwko UPA, która w odwecie atakowała „polskie
    wioski i ludność cywilną”. Takiej bzdury jeszcze nie słyszałem,
    gdyby UPA przyjęła za cel „atakowanie polskich wsi i ludności
    cywilnej” Romaniakowi brakłoby życia na opisywanie ofiar tych ataków.

    Romaniak pisze że:
    „Działalność UPA miała poparcie wśród niektórych wiosek
    zamieszkanych przez ludność pochodzenia ukraińskiego, jednak
    poparcie to było często wymuszane terrorem i strachem. Chociaż nie
    zawsze - były wioski, które dobrowolnie wspomagały działania UPA.”

    Jak wynika z tekstu Romaniaka uważa on że:
    1.tylko niektóre ukraińskie wioski popierały UPA,
    2.poparcie było wymuszone przez UPA terrorem i strachem, (często,
    chociaż nie zawsze)
    3.były wioski które dobrowolnie wspomagały UPA. (jak sugeruje autor,
    to wyjątki)
    Jeżeli pisze gość coś takiego to znaczy, że albo nie ma zielonego
    pojęcia o tamtych czasach albo uprawia typową propagandę, według
    najlepszych bolszewickich wzorców.

    Pisze Romaniak, że 10.09.1946 r. połączone sotnie (wg. Romaniaka –
    bojówki, wybaczmy dyletantowi) „Hrynia”, „Jara”, „Burłaki”
    i „Łastiwki”: „Spaliły one w Hłomczy 90 domów wraz z całym
    inwentarzem i dwa zbiorniki ropy naftowej w tamtejszej kopalni.
    Zamordowano 3 osoby: Emila Romana (42 lata), jego córkę - 14 letnią
    Katarzynę Roman oraz Cecylię Chudzikiewicz (38 lat),”
    Gdyby Romaniak miał elementarną wiedzę o działalności UPA na tym
    terenie nie pisałby takich głupot. Cztery sotnie zaatakowały nie
    bronioną wieś, to mniej więcej tak jakby Hitler ściągnął w sierpniu
    1944 wszystkie wojska z frontu zachodniego do Warszawy by pokonać
    powstańców.
    Jaki to mamy efekt tego ataku, ano cztery sotnie UPA, które jak
    pisze Romaniak w odwecie atakowały „polskie wioski i ludność
    cywilną” zdołały w nie bronionej Hłomczy zabić 3 osoby ( słownie:
    trzy osoby ).
    Faktem jest, że UPA paliło pozostawione przez wysiedlonych Ukraińców
    zabudowania i możliwe, że podczas takiej akcji w Hłomczy zginęły 3
    osoby. Pisze Romaniak, że jedno z ciał zostało wrzucone do piwnicy
    domu, a może ta osoba skryła się w piwnicy domu i po jego podpaleniu
    tam zginęła.

    Jedno jest pewne, gdyby jakikolwiek oddział wojskowy czy partyzancki
    w sile 4 kompanii wszedł do nie bronionej wsi z zadaniem zabicia
    mieszkańców to nie zginęłyby 3 osoby, lecz przy dużym szczęściu może
    3 by przeżyły.

    Romaniak o ataku UPA na Łodzinę i Hłomczę pisze też coś takiego:
    „UPA wymordowała zarówno Polaków, jak i Rusinów.”
    Uczciwy historyk napisałby, wśród ofiar byli zarówno Polacy jak i
    Rusini, ale przecież propagandzista bolszewickiej szkoły dobrze wie,
    że o ataku na dwie wsie w trakcie którego zginęło łącznie 11 osób
    trzeba napisać „UPA wymordowała zarówno Polaków, jak i Rusinów.”
    Czytelnik podświadomie przyjmuje, że ofiar było dużo
    wszak „wymordowano” we wsiach i Polaków i Ukraińców.

    Nie chce mi się dalej analizować tego tekstu, który według mnie jest
    na poziomie miernego bolszewickiego propagandzisty.

    PS.
    Widzę, że Edward Krętacz Pierwszy na godnego następcę.
    Proponowałem kiedyś by jeden z gości zmienił nick dodając dwie
    litery, pan Romaniak powinien dwie litery odjąć. Wtedy wszystko
    będzie jasne.
  • seba-1 22.04.08, 13:43
    Widzę że niektórym forumowiczom puszczają nerwy. Czyżby omawiane
    wydarzenie nie wpisywało się za dobrze do obrazu UPA jako jedynie
    obrończyni zgrożonych na Nadsaniu Ukraińców? Fakt, styl Romaniaka w
    tym artykule zalatuje najlepszymi wzorcami minionego systemu.
    Autor "zapomina" o krwawych pacyfikacjach ukraińskich wiosek przez
    LWP czy o mordach (przez naprawdę duże M) polskich band na cywilach
    z Piskorowic, Bachowa, Sufczyny,Brzuski. Liczby ofiar z Wołynia też
    jakby z księżyca (tak jak i odpowiedź piotrazr: "zginęło "80 tysięcy
    Ukraińcow" - czy napewno "z ręki" UPA ?? skąd
    takie dane?? A może to właśnie ilość Ukraińcow która zginęła z rąk
    polskich i
    równoważąca w zasadzie straty polskie??") Czy jednak odniesienie do
    Wołynia nie jest częściowo uzasadnione? Przecież mordy UPA w lecie
    44r (choćby wspomniany Baligród) nie były żadną obroną przed
    wysiedleniami - a rzekomo taki cel UPA na Zakierzoniu realizowało. A
    może jednak próbowano wcielić w życie (tak z powodzeniem
    przećwiczony na Wołyniu czy Galicji Wsch.) plan oczyszczenia tej
    ziemi z Polaków? Bo przecież Nadsanie miało wchodzić w skład
    banderowskiej Ukrainy, czyż nie? Więc Polacy, tak jak na Wołyniu
    byli tu zbędni. I czy nie zmieniono "planów" dopiero wobec widma
    wysiedleń Ukraińców do ZSRR? Piotrzezr, porównanie przymusowego
    rekruta UPA do nocnych wart, mających na celu obronę i ostrzeżenie
    przed atakiem jest godne przedszkolaka... A i dalsze Twe słowa
    o "opowieści z Dzikego Zachodu"... Żenująca próba ośmieszenia
    tragedii. A jeśli szukasz takich bajek o "Dzikim Zachodzie" to
    polecam arcydzieło kinematografii pt "Żelazna Sotnia". Ujmująca
    opowieść o szlachetnych, rycerskich upowcach i pijanych mordercach
    Polakach. A ta bitwa z Wehrmachtem na początku - cudo, Peckinpah
    całą gębą. Nawet bajka "Ogniomistrz Kaleń" nie jest tak czarno-biała.
    W podobny, wyszydzający ton uderza mariusz9959. Najpierw czepia się
    słówek w rodzaju "bojówka UPA" po czym poddaje w wątpliwość ilość
    ofiar i strat w Hłomczy .A może ludzie zaalarmowani strzałami z
    Witryłowa i Łodziny skryli się w lesie? Tego nie wiemy, wiemy
    natomiast że kolega mariusz9959 dumny jest z możliwości przerobowych
    UPA:"gdyby UPA przyjęła za cel „atakowanie polskich wsi i ludności
    cywilnej” Romaniakowi brakłoby życia na opisywanie ofiar tych
    ataków." Doprawdy, pochylić czoła... A co do "politycznej
    poprawności", naprawdę nie zauważacie że mówienie o Katyniu jest
    cacy a o Wołyniu be?
    Kończąc, chcę zaznaczyć że jestem "sympatykiem" niepodległej
    Ukrainy, jej narodu i dziejów. Ale nazywajmy pewne rzeczy po
    imieniu, tak zbrodniczość "Wołyniaka", uchodzącego li tylko za
    bohatera, czy mordy LWP w pacyfikowanej Zawadce Mor. jak i mało
    znany atak UPA na Witryłów, który także pociągnął za sobą ofiary.
    Mord jest mordem i wyszydzanie czy ośmieszanie ludzi przekazujących
    pamięć o takich wydarzeniach jest nie na miejscu. Nawet jeśli uznamy
    tekst Romaniaka za peerelowsko-propagandowy( zresztą słusznie).
    Pozdrawiam
  • piotrzr 22.04.08, 16:52
    seba-1 napisał:

    > Piotrzezr, porównanie przymusowego
    > rekruta UPA do nocnych wart, mających na celu obronę i ostrzeżenie
    > przed atakiem jest godne przedszkolaka... A i dalsze Twe słowa
    > o "opowieści z Dzikego Zachodu"... Żenująca próba ośmieszenia
    > tragedii. A jeśli szukasz takich bajek o "Dzikim Zachodzie" to
    > polecam arcydzieło kinematografii pt "Żelazna Sotnia". Ujmująca
    > opowieść o szlachetnych, rycerskich upowcach i pijanych mordercach
    > Polakach. A ta bitwa z Wehrmachtem na początku - cudo, Peckinpah
    > całą gębą. Nawet bajka "Ogniomistrz Kaleń" nie jest tak czarno-biała.

    otóż nie zgadzam się z tobą - podbój "dzikiego zachodu" a może raczej europejski
    podbój Ameryk - to nie bajki - to historie niezwykle krwawego wydziedziczania
    tubylczej ludności ze swych ziem.
    Indianie bronili swoich terytoriów - siekierą, ogniem, okrucieństwem,
    bezwzględności przeplataną "chodzeniem na układy" z wiarołomnymi zdobywcami. To
    tyle odnośnie mojej annalogii.
    Skąd masz tak pewność że rekrut ukraiński był przymuszany??
    Zapewne z gdzieś tam publikowanych zeznań pojmanych upowców - którzy pod groźbą
    śmierci gotowi byli się kląć na Boga Najwyższego że ich przymuszono,
    sterroryzowano...a wszystko po to aby ocalić głowę przed wyrokami sądów polowych .
    Dla mnie twoje twierdzenie to zwykły stereotyp.
    Zelaznej sotni nie oglądałem i pewnie nie oglądnę :)
  • seba-1 23.04.08, 09:54
    Piotrzezr, przecież sam w poście z 08.04.08. zdajesz się nie
    zaprzeczać temu steretypowi o przymusowym rekrucie. Oczywiście nie
    byłem "świadkiem" czegoś takiego, po prostu wielokrotnie natykałem
    się na takie wzmianki czytając literaturę związaną z tematem (od
    razu dodaję że nie Edka Prusa, bardziej Poliszczuka, choć wiem że on
    też jest dla "Was" niewiarygodny - zresztą ciekawe
    dlaczego, "faktografia źródłowa" jego książek jest przeciwieństwem
    beletrystyki E.Prusa).
    Oczywiście wiem jak krwawo "ucywilizowano" Ameryki. Po prostu z
    Twojej wypowiedzi odniosłem wrażenie że porównujesz wspomnienia
    Wolsana do filmu przygodowego, czytaj: niehistoryczno-fikcyjnego.
    Jeśli tak nie było - przepraszam.
    P.S. Jeśli o filmach mowa - o takim krwawym poczynaniu z Indianami
    świetnie opowiada "Niebieski Żołnierz", polecam.
    Pozdrawiam
  • piotrzr 23.04.08, 20:47
    seba-1 napisał:

    > Oczywiście wiem jak krwawo "ucywilizowano" Ameryki. Po prostu z
    > Twojej wypowiedzi odniosłem wrażenie że porównujesz wspomnienia
    > Wolsana do filmu przygodowego, czytaj: niehistoryczno-fikcyjnego.
    > Jeśli tak nie było - przepraszam.
    > P.S. Jeśli o filmach mowa - o takim krwawym poczynaniu z Indianami
    > świetnie opowiada "Niebieski Żołnierz", polecam.
    > Pozdrawiam

    Wiele oczywiście było filmów na ową tematykę - choćby ów "Taczący z Wilkami" czy
    cykl filmów o gen Custerze (ofiarze klęski bodaj pod Little Big Horn.
    Czy Ukraińcy pozyskiwali przymusowego rekruta?? Pewno mogło i tak bywać - ale
    nie wolno wykluczyć i dobrowolnego wstepowania do UPA z pobudek patriotycznych !!
    Ukraińcy byli nie mnie okrutni wobec swych wrogów jak XIX wiweczni Indianie ??
    ano pewno byli - by skutecznie wypłaszać wroga. oczywiście biorąc pod uwagę
    poziom cywilizacyjny obie nacje wiele rózniło - Indianie z reguły na poziomie
    epoki kamienia łupanego - Ukraińcy pewno na poziomie cywilizacyjnym swych wrogów.
  • piotrzr 23.04.08, 20:51
    seba-1 napisał:

    > Piotr, przecież sam w poście z 08.04.08. zdajesz się nie
    > zaprzeczać temu steretypowi o przymusowym rekrucie.

    No nie bardzo tak napisałem - bowiem powiedziałem tam "Autor
    pisze o poparciu nadsańskich wiosek dla działań UPA - uzasadniając to poparcie
    li tylko terrorem. Według mnie to daleko idące uproszczenie."
  • mariusz9959 23.04.08, 17:07
    Krytykując Romaniaka oceniałem styl w jakim pisze. W wikipedi
    wyczytałem, że gość jest z wykształcenia historykiem. i pracuje w
    Muzeum Historycznym w Sanoku, jako kierownik Działu Historycznego,
    dodatkowo jest stosunkowo młody (rocznik 1965).
    Nie przypuszczałem, że historyk na takim stanowisku może pisać w tak
    prymitywny sposób. Nie przynosi on niestety chluby instytucji w
    której pracuje, można sobie wyobrazić jaki poziom prezentują
    pracownicy niższego szczebla. No chyba, że kierownikiem działu
    historycznego w tym muzeum zostaje ten kto jest dobrym działaczem a
    nie historykiem.
    Nie robi na mnie wrażenia, gdy jakiś dziadek pisze o stosunkach
    polsko-ukraińskich i pluje słowami w stylu mordercy, bandyci,
    siekiernicy itd. itd. (można się z tym stylem zapoznać na forum P-
    U), powiem więcej, może to nawet dobrze że tak pisze, bo się
    dziadzia wyżyje na klawiaturze, trochę wyluzuje i nie chodzi po domu
    i nie wkurza współmieszkańców.
    Niestety historyk z wykształcenia i zawodu piszący tak prymitywnym
    stylem jak Romaniak to wstyd jak cholera. Nadzieja w tym, że nie
    jest to najmądrzejszy historyk w kierowanym przez niego dziale.

    PS.
    Zupełnie w innym stylu pisze Stanisław Wolsan. Przeczytałem jego
    tekst z zainteresowaniem.
  • piotrzr 24.04.08, 18:09
    tekst pisany chyba pod "kresowe" potrzeby. Ale mimo jego krytyki - jaką i ja
    wpisałem w drugim postcie - nie potępiałbym autora tak całkiem "w czambuł".
    Dla mnie to tylko przykład skrajnie polskiego punktu widzenia na historię
    Sanocczcyzny i Nadsania. Bowiem na tych terenach i Polacy i Ukraińcy byli
    równouprawnionymi gospodarzami (a autor o tym zapomnina) - i że w zawierusze
    wojny domowej każdy walczył o swoje - to co w tym dziwnego, w warunkach walki
    każdego z każdym???

  • stefka_z_kuzminy 07.05.09, 19:16
    piotrzr napisał:
    > równouprawnionymi gospodarzami (a autor o tym zapomnina)

    może jakiś skromny cytacik, ale bez wyzwisk ?
  • tawnyroberts 07.05.10, 13:59
    Z notki na Wikipedii wynika, że Andrzej Romaniak może pochwalić się
    całkiem bogatym dorobkiem historycznym, zwłaszcza z okresu II wojny
    światowej, ale raczej tylko w odniesieniu do Ziemi Sanockiej.


    Andrzej Paweł Romaniak - urodzony w 1965 r. w Sanoku, polski
    historyk. Od roku 1993 pracuje w Muzeum Historycznym w Sanoku,
    kierownik Działu Historycznego, samorządowiec, radny I kadencji Rady
    Powiatu Sanockiego, skarbnik Stowarzyszenia Wiara-Tradycja-Rozwój.

    Ukończył Liceum Ogólnokształcące im. KEN w Sanoku. Pracę magisterską
    napisał na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie na Wydziale
    Historycznym. Specjalizacja - historia najnowsza, II wojna światowa.
    Współpracuje z Polskim Towarzystwem Historycznym, IPN - Rzeszów,
    gazetą Tygodnik Sanocki, zamieszcza artykuły w „Zeszytach
    Historycznych WiN-u” i portalu "esanok". Prowadzi wykłady i
    seminaria "Antykomunistyczne podziemie w powiecie sanockim w latach
    1944-45".

    pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Romaniak


    Pytałem ostatnio znajomego o Romaniaka i jego dzieła. Powiedział, że
    całkiem do rzeczy z niego gość, ale tym artykułem o napadzie UPA na
    Witryłów, Hłomczę i Łodzinę to się zupełnie wygłupił. Nic dodać, nic
    ująć...
  • tawnyroberts 07.05.09, 07:12
    Podciągam ten ciekawy wątek, aby uchronić go przed "zabójczą"
    archiwizacją. Swoją drogą archiwizowanie wątków już po roku od
    ostatniego wpisu to bardzo kiepski pomysł i moim zdaniem
    zdecydowanie największy minus forów "Gazety".
  • gregoson 25.12.10, 17:48
    Bywam tam, w tych okolicach. Na ryby tam jeżdżę. To moje ukochane miejsce nad Królem polskich rzek - Sanem. I kiedyś byłem tam we wrześniu... nocowaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym. Pytałem gospodarzy jak to tu było po wojnie. Powiedzieli mi żeby nie pytać, że ta ziemia spłynąła krwią.
    Kocham to miejsce - to dla mnie najwspanialsze miejsce na ziemi. Nie obchodzi mnie czy ktoś miał powody co mordowania. Nic tego nie usprawiedliwia.
  • tawnyroberts 23.12.11, 22:48
  • tawnyroberts 21.12.12, 14:58

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.