Mam na imię Monika, mam niecałe 23 lata i jestem mamą dwóch aniołków. Dwa lata temu w połowie grudnia dowiedziałam się, że jestem w 9tyg ciąży, ale niestety mojemu dzidziusiowi nie bije serduszko. Nie muszę tłumaczyć co wtedy czułam, bo wiem, że wszystkie mamy tutaj czuły dokładnie to samo... Pani doktor wysłała mnie do domu bo podobno było bez sensu żebym na święta zawracała sobie ,,tym" głowę, zresztą miało nastąpić samoistne poronienie... Nie miałam żadnych świąt, pamiętam tylko, że przy wieczerzy płakałam do zupy grzybowej... całe święta wycięte z życiorysu. Zaraz po świętach szpital, tabletki dopochwowe, wywoływanie porodu... Ze mną na sali 2 dziewczyny w tej samej sytuacji i jedna przygotowywana do porodu. Ją podpinali do ktg, a my z Naszymi aniołkami słyszałyśmy jak jej dzieciątku bije serduszko... Po wszystkim diagnoza lekarzy : ,,tak się zdarza, jesteś jeszcze bardzo młoda, będziesz miała dzieci itd" . 2 lata starań... wreszcie w maju 2011 roku spóźnia mi się okres, robię test- negatywny... Czekam kolejne 2 tygodnie, okresu nadal brak, robię test- tym razem pozytywny, drugi- też pozytywny. Wizyta u lekarza- 8 tydz, wszystko dobrze, serduszko bije. Pierwsze miesiące-mdłości, które tak cieszyły... wreszcie wyczekiwane kopniaczki, wcześniej delikatne bulgotanie. Termin na luty tego roku... w październiku już wiedzieliśmy, że to dziewczynka...Nasza Antosia.... od szefowej dostałam mnóstwo ubranek po jej dzieciaczkach, rodzice wyjechali do Szkocji do brata, przywieźli mnóstwo ubranek dla dziewczynki... w myślach już ją ubierałam w te wszystkie ciuszki, zamówiliśmy wózek, łóżeczko.... Mój partner bardziej szalał niż ja...Kupował wanienki, szczoteczki... Cieszył się jak dziecko.Ostatnia wizyta 30 listopada. W środę przed Wigilią malutka była mniej ruchliwa niż zwykle, ale miała już wcześniej takie dni, w których była spokojniejsza. W czwartek nie czułam już wcale jej ruchów, ale ciągle miałam nadzieje, że taki ma dzień...pojechaliśmy do szpitala, zrobili mi USG i znowu usłyszałam, że mojemu maleństwu nie bije serduszko... Dalej już nic nie słyszałam. Ja umarłam razem z nią. W piątek urodziłam moją córeńkę i nie słyszałam jej pierwszego krzyku. Ważyła półtora kilo. Nie wiadomo dlaczego nagle przestała żyć...Wigilię spędziłam w szpitalu, w Boże Narodzenie wypisali mnie do domu.... a w nim czekało wszystko...ubranka, wózek... tylko juz Antosi nie było...W środę pożegnaliśmy Naszego aniołka. Nie da się opisać tego co się czuje na widok małej białej trumienki i co czuje teraz za każdym razem gdy codziennie zapalam jej światełko na grobie... Jak teraz normalnie żyć?? Jak w ogóle żyć?? Jak wieczorem kłaść się na boku nie czując jej kopania?? W dniu pogrzebu w momencie gdy wychodziłam z domu kurier przywiózł Antosi łóżeczko.... Gdybym tylko mogła to oddałabym swoje serce moim dwóm aniołkom, żeby tylko mogły żyć. Jak poradzić sobie z tą pustką i z tym potwornym bólem?? Wiem, że moje dzieciątka są tam szczęśliwe. Antosia śniła mi się pare dni temu. Łaskotałam ją i całowałam malutkie stópki, a ona tak się śmiała.... tylko ja nie potrafię sobie poradzić bez nich...