Dodaj do ulubionych

Strata dziecka w 30 tc 😔

15.10.19, 20:43
Witajcie, nie wiem czy ktoś tutaj jeszcze zagląda ale muszę podzielić się z kimś moją smutną historią, mając troszkę nadzieję, że może w ten sposób ból będzie troszkę mniejszy...3 tygodnie temu straciłam mojego ukochanego, upragnionego, długo wyczekiwanego Synka Filipka w 30 tygodniu ciąży. Była to moja pierwsza ciąża ( dodam, że mam 34 lata), długo staraliśmy się z mężem o dziecko, niestety naturalne sposoby nie dawały upragnionego efektu, niby wszystkie wyniki moje i zarówno męża byly ok ale ciąży ciągle było brak...zdecydowaliśmy się zatem na in vitro, zrobiliśmy pierwsze podejście, które również nie obyło się bez stresu ponieważ na 10 pobranych komórek jajowych tylko jedna nam się zapłodniła a miała ona przetrwać w laboratorium aż 5 dób, zatem każdy dzień wiązał się że stresem czy zarodek przeżyje...? Przeżył! Okazało się później, że pomimo iż mieliśmy tylko jeden zarodek, mówiono nam, że jest najlepszej klasy i, że mamy być dobrej myśli...ja urodzona pesymistka cały czas wątpiłam w ciążę ale tutaj na szczęście ogromne wsparcie miałam w mężu, który za każdym razem podkreślał, że będzie dobrze... I było aż do 18.09, najgorszego dnia w naszym życiu...wspomnę tylko, że cała ciąża przebiegała książkowo, żadnych mdłości, złego samopoczucia, mały rozwijał się prawidłowo, wszystko było po prostu piękne...od 6 miesiąca pojawiły się co prawda male problemy z moją szyjką, ponieważ się skracala i musiałam leżeć ale i tak wtedy nikt nie przewidział najgorszego...18.09 pojechaliśmy do kliniki na 3 badania prenatalne, bo tak też w tej klinice praktykują a że była to ciąża z in vitro woleliśmy dmuchać na zimne i robiliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami lekarza, wizyty co dwa tygodnie, zastrzyki, leki... oboje z mężem nie mogliśmy doczekać sie tej wizyty, ponieważ bardzo chcieliśmy zobaczyć naszego Synka na usg.  Badanie na początku przebiegało ok, jedyne co mnie zmartwiło to to, że lekarz co chwilę kazał mi zmieniać pozycję,  raz na lewy bok, raz na wznak i na prawy i tak cały czas ale w dalszym ciągu nic mnie aż tak nie nie pokoilo, po chwili usłyszałam od lekarza, że gdy leżę na plecach naszemu małemu spada tętno ale w dalszym ciągu lekarz nic złego nie mówił tylko zlecił ktg...poźniej jeszcze kilka badań usg i lekarz stwierdził, że mamy jechać do szpitala aby tam mnie zbadano, tak będzie lepiej...tak też zrobiliśmy, udaliśmy się do szpitala no i się zaczęło, nigdy nie zapomnę miny lekarki, która robiła mi badanie, jak tylko przyłożył urządzenie do mojego brzucha jej oczy zrobiły się ogromne i widać było w nich strach, zaczęła wołać drugiego lekarza, wszyscy zaczęli biegać, krzyczeć, byłam przerażona. zabrali mnie momentalnie na salę operacyjną, w tamtej chwili były wyczuwalne pojedyncze bicia serca ( takie informacje  jeszcze wtedy do mnie dochodzily) Mimo wszystko cały czas myślałam wtedy, że będzie dobrze, że przecież to 7 miesiąc i 3 tydzień, że wszystko będzie ok, zrobią cesarske, a nasz MAŁY Przyjaciel ( bo tak go nazywał mąż w czasie ciazy) przeżyje w inkubatorze i że za jakiś czas Wrocimy wszyscy, w trójkę do domu, w ktorym wszystko czekalo na naszego Przyjaciela. miałam już wszystko kupione, wyprane, wyprasowane ubranka, jeszcze ostatnie drobiazgi zamawialam przed tym koszmarnym dniem i czekały na odbiór w paczkomacie. Nie zapomnę jak jeszcze z mężem sprzeczalam się, po co kupuję kolejnego pluszaka, skoro już ma ale ja chciałam mieć wszystko przygotowane na jego przyjscie, chciałam mu dac wszystko co tylko moglam...niestety wszystkie nasze marzenia, plany runely w jednej chwili...po wybudzeniu się z narkozy zapytałam Panią pielegniarke co z moim dzieckiem a Ona mi odpowiedziała, że lekarz mi wszystko powie...wtedy pierwszy raz dotarło do mnie że coś jest nie tak...po przewiezieniu mnie na salę przyszedł do mnie lekarz i usłyszałam wtedy najgorsze słowa w moim życiu, że mój mały Synek nie żyje...myslalam że to jakiś koszmar, zły sen, że jeszcze się nie wybudzilam ale po chwili przyszedł do mnie mój mąż i zaczęliśmy płakać to był najgorszy dzień w moim życiu...po chwili zaczęły pojawiać się pytania czy chce się pożegnać z Synkiem, a ja w dalszym ciągu myślałam że śnie, nie wiedziałam co zrobić, z jednej strony chciałam się pożegnać, chciałam go zobaczyć, przytulić, pocałować a z drugiej strony się bałam, dziwne, sama nie wiem czego, przecież to był mój mały Filipek, na którego tak długo czekaliśmy....ostateczne mąż przyniósł mi Małego, nigdy nie zapomnę tego widoku, był taki śliczny, wyglądał jakby sobie słodko spał, odchylilam mu tylko czapeczke a pod nią, na główce miał pełno czarnych włosków, był przeslicznym chłopcem, rączkę miał podwineta pod brodka i sobie słodko spał tylko że był zimny i tego uczucia też juz nigdy nie zapomne....i tyle, zabrali mi go już na zawsze....drugi raz pożegnaliśmy się już na pogrzebie, kolejny najgorszy dzień w moim życiu....minely prawie 4 tygodnie a ja nie potrafię bez niego żyć, nie ma dnia żebym nie płakała, próbuje dla męża być silna bo wiem, że on by tego chciał ale nie potrafię, mam wrażenie, że moje życie się skończyło, choć wiem, że nie powinnam tak pisać bo mam kochającego męża ale ten ból jest nie do wytrzymania....
Kochamy Cię nasz Mały Przyjacielu, nigdy o Tobie nie zapomnimy, zawsze pozostaniesz w naszych sercach i obiecuję, że kiedyś będziemy wszyscy razem ❤❤❤ tęsknimy bardzo...
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka