Dodaj do ulubionych

publikacje do otwarcia przewodu

05.03.08, 20:47
już wiem, u nas trzeba 2, ale znam i miejsce, gdzie nie trzeba żadnej.
ale, dlaczego nie wystarczą zaświadczenia o przyjęciu do druku (na sam druk
czekam już ok. 2 lat!)? dlaczego ja mam być poszkodowanym nie ze swojej winy?
bo np. nie wszyscy dostarczyli materiały pokonferencyjne, albo zmieniono
drukarnię?
--
a wise person asks; a fool wonders
Edytor zaawansowany
  • niewyspany77 05.03.08, 21:11
    u mnie wystarczylo zapewnnienie "na gebe" promotora na RW ze 2 sa w druku i
    spora czesc doktorantow z tego korzysta.
  • grubo 05.03.08, 22:00
    W ciągu trzech lat przygotowywania doktoratu (dodam, że na etacie asystenta,
    przy obciążeniu dydaktycznym znacznie przekraczającym pensum) zdążyłem
    opublikować kilkanaście punktowanych artykułów, w tym 5 artykułów
    "sześciopunktowych". Ale wymagane były tylko dwie publikacje - choćby konferencyjne.
  • flamengista 06.03.08, 09:35
    sorry, ale jak na asystenta to przyzwoita norma, nie powód do dumy.
    Jako pracownik uczelni masz dodatkowe możliwości publikowania artykułów we
    własnych zeszytach naukowych, do tego dochodzą pieniądze na konferencje i
    publikacje konferencyjne.

    Ja co roku mam możliwość publikowania w ZN naszego zakładu (6 punktów) i w ZN
    wydziału (6 punktów). Do tego publikowane są nasze badania statutowe, mamy
    własne czasopismo + wydawnictwa konferencyjne... Średnio wychodzą 4-5 publikacje
    rocznie. Ale to nie powód do dumy.

    Chwalić to się można publikacją na LF.

    Mam kolegę, który publikuje co roku 7-8 artykułów. Czyli teraz ma koło 40. Moim
    zdaniem to nie jest powód do dumy, tylko do zastanowienia się czy ma sens taka
    masówka. Bo do tej pory żaden z jego artykułów nie trafił do porządnego
    zagranicznego czasopisma, o czasopiśmie z wysokim IF nie wspominając.

    Dla mnie wzorem jest Robert Solow, który twierdzi że lepiej napisać mniej, a za
    to solidnie:)

    PS. u mnie też wymóg 2 publikacji, nie ważna ranga ważne że RECENZOWANE.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • niewyspany77 06.03.08, 09:50
    Drobna uwaga do fla: to chyba jasne jak dzisiejsze sloneczko ze maja byc 2
    _recenzowane_, nie mowimy wszak o tekstach do gazetki parafialnej czy poradnika
    dla mlodej gosposi.
  • flamengista 06.03.08, 11:38
    Niektóre instytuty czy nawet uczelnie dopuszczają do tego dorobku np. artykuł
    napisany do czasopisma naukowego, w którym teksty nie są recenzowane (ale ma np.
    komitet redakcyjny).

    Z kolei na biologii UJ trzeba mieć jeden artykuł naukowy (ale to musi być
    "twardy" artykuł, najlepiej na LF) oraz jeden popularno-naukowy.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • grubo 07.03.08, 10:24
    No pewnie, że zamiast tych 50 nazbieranych punktów wolałbym "nędzne" 20 lub 24
    za jedną publikację w "Journal of ..."

    :-)

  • yellow_tiger 07.03.08, 13:48
    Jak to jest z ZN? Wszystkie maja po 6 punktow? Tak czy siak jest kretynizmem
    dawanie takiej punktacji... 5*ZN>Nature. Gratulacje dla tworcow listy.
    --
    He was either mad or both...
  • flamengista 07.03.08, 15:06
    Tylko ZN jednostek 1 kategorii mogą być za 6 punktów (choć nie muszą).

    Jest mnóstwo ZN za 1 marny punkcik.

    O dziwo, z ostatniej listy zniknęło wiele czasopism PAN - albo niedopatrzenie
    urzędników, albo część z nich zlikwidowano z braku funduszy (ja słyszałem o
    jednym takim przypadku).

    Ale oczywiście nie jest dobrze, że 4 artykuły w ZN 1 kategorii dają tyle samo
    punktów, co artykuł w topowym journalu. Dysproporcje powinny być jednak większe.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • niewyspany77 07.03.08, 15:13
    FLa dobrze pisze. U mnie ZN = 2 pkt, publikacja w najlepszym w PL journalu z
    moich zainteresowan = 2 pkt. 4 bardzo dobre artykuly = 8 pkt. Bierze sie spinacz
    i robi sie publikacje zwarta = 20 pkt, gdzie tu logika?
  • yellow_tiger 07.03.08, 16:02
    Ok dzieki za wyjasnienie.
    Jednak caly czas sie zastanawiam dlaczego ZN w ogole maja jakiekolwiek punkty?
    Powaznie, kto poza pracownikami danego zakladu to czyta? Czy w ogole ktokolwiek
    to czyta? Czy ktokolwiek poza autorem artykulu w ZN to cytuje (z wylaczeniem
    artykulow w ZN)? Dla mnie te cale ZN to taka gazetka scienna, z ta roznica, ze
    jak przychodzi ktos z zewnatrz to gazetke scienna przeczyta a ZN nie... Taki pic
    na wode majacy pokazac, ze jakies badania sie prowadzi...
    Pewnie jestem zbyt radykalny w swoich osadach, ale naprawde nie jestem w stanie
    wymyslic ani jednego argumentu dlaczego artykul w ZN powinien byc traktowany
    jako publikacja liczaca sie do dorobku naukowego.
    --
    He was either mad or both...
  • malgunia 07.03.08, 19:09
    yellow_tiger napisał:

    > Pewnie jestem zbyt radykalny w swoich osadach, ale naprawde nie jestem w stanie
    > wymyslic ani jednego argumentu dlaczego artykul w ZN powinien byc traktowany
    > jako publikacja liczaca sie do dorobku naukowego.

    Tez tak uwazam, wiec nie jestes jedyna osoba:)

    --
    Czas, który z przyjemnością zmarnowaliśmy, nie został zmarnowany.
    J. Lennon
  • krysiulka 07.03.08, 19:44
    > Tez tak uwazam, wiec nie jestes jedyna osoba:)

    Ja też. U nas do otwarcia przewodu trzeba było mieć dwie publikacje w
    czasopismach z LF, przy czym najlepsi mieli po kilkanaście...

    --
    ZAWSZE! W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja!
  • grubo 08.03.08, 00:53
    To ile lat oni pisali te doktoraty? Nie próbowałem na razie publikować w
    czasopismach z LF (w grę wchodzą dwa żurnale w mojej działce), ale z tego co
    wiem, to cały proces publikacyjny może trwać nawet 2 lata...
  • darek12345 08.03.08, 13:18
    > To ile lat oni pisali te doktoraty? Nie próbowałem na razie
    publikować w
    > czasopismach z LF (w grę wchodzą dwa żurnale w mojej działce), ale
    z tego co
    > wiem, to cały proces publikacyjny może trwać nawet 2 lata...

    Nie sądzę, żeby doktorant miał kilkanaście artykułów do obrony na LF
    w których jest liczącym się autorem (czyli na pierwszej lub drugiej
    pozycji). Nie mówiąc już o tym, że ma kilkanaście artykułów, gdzie
    jest jedynym autorem. Znam jednak przypadki gdzie doktorant jest
    częścią zespołu wykonującego duzy grant i wtedy jest w kilkunastu
    publikacjach z LF, ale z reguły jest wśród autorów na pozycji np.
    piatej lub dalej.



    --
    "nie kieruj nie swoim losem"
  • krysiulka 08.03.08, 15:40
    > To ile lat oni pisali te doktoraty?

    Cztery albo pięć, jak my wszyscy. Kluczem do Waszych pytań jest branża: chemia,
    ze szczególnym wskazaniem na: organikę, polimery, chemię koordynacyjną i
    farmaceutyczną...
    Siedzi się w labie po dwanaście godzin dziennie np. prowadząc syntezy nowych
    związków i nie ma możliwości wyjścia, bo reakcja trwa i trzeba jej przypilnować,
    a przerwać się nie da. Przez lata nie ma się niewiele z życia pozauczelnianego,
    ale przynajmniej dysponuje się szerokim i ciekawym materiałem naukowym. Jeśli ma
    się jeszcze promotora znanego w branży, który sporo publikuje w czasopismach z
    LF, biegle posługuje się angielskim i wie, na co zwracają uwagę recenzenci w
    interesujących go czasopismach - w takich warunkach kilkanaście wartościowych
    publikacji jest spokojnie do zrobienia.

    Tak więc proszę nie twierdzić, że w Polsce nie ma doktorantów z bardzo
    wartościowym dorobkiem naukowym.

    --
    ZAWSZE! W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja!
  • flamengista 08.03.08, 17:19
    W najlepszym wypadku 2-3 z tych publikacji to takie, w których wkład
    autora wynosił więcej niż 30%. W dyscyplinie, o której piszesz są
    często artykuły z 6-7, a czasem i 10 współautorami.

    A nawet w ten sposób uzyskać kilkanaście publikacji na LF to wielka
    sztuka.

    W ekonomii dobry doktorant z najlepszych zachodnich uczelni ma 3,
    czasem 4 publikacje na LF przed obroną.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • krysiulka 09.03.08, 13:02
    > W najlepszym wypadku [cut]

    Flam, zaklinasz rzeczywistość?
    Ja po prostu opisałam działalność moich kolegów, którą miałam okazję obserwować
    przez cztery lata studiów. Ale u nas na wydziale jest np.wymóg obowiązkowego
    wyjazdu na dwuletniego postdoca po doktoracie, ogromna presja na publikacje z IF
    od pierwszych dni studiów doktoranckich, wyjazdy wyłącznie na międzynarodowe
    konferencje (na inne kasy nie dają i nie ma dyskusji) i jeszcze wiele innych
    reguł, których po prostu nie ma w innych jednostkach.
    Dlatego przyjmij po prostu moją relację, zamiast ją podważać, bo każdy inny
    doktorant MOJEGO wydziału powie Ci to samo, co ja.
    --
    ZAWSZE! W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja!
  • yellow_tiger 09.03.08, 14:33
    Doloze swoje 3 grosze. Flam to co opisala Krysiulka nie jest niczym niezwyklym. Przyklad kilku moich znajomkow z fizyki laserowej/optyki, doktorat w 4-4.5 roku, po 7-15 publikacji. Mistrz labu mial na koncie Nature, 3*PRL i cos ok 10 innych. W N i PRL jako pierwszy autor, a w pozostalych jako pierwszy lub dalej. W tej dzialce normalny papier ma ok 5-6 autorow. W wiekszosci wypadkow maja oni 4-5 papierow z wlasnym nazwiskiem na pierwszym miejscu, w reszcie gdzies dalej...
    Moja dzialka, mistrzostwo labu zostalo osiagniete przez pewnego Japonczyka...doktorat napisal w 3.5 roku, w tym czasie opublikowal Nature, 2*PNAS, 2*JACS i jakies 4-6 innych. Wszedzie jako pierwszy autor. W pewnym momencie zaczelismy podejrzewac, ze koles nawet jak spi to wali w klawiature...a on tylko przychodzil do labu o 7 rano i wychodzil z labu o 21-22 (z godzinna przerwa na lunch i z 2*10 min na papierosa)...
    W moim labie srednio doktorant przed obrona ma 3-4 publikacje na t.z. LF (co innego nie jest traktowane jako publikacja). Czyli mniej wiecej jeden papier na 1-1.5 roku. W wiekszosci przypadkow jest ich pierwszym autorem, co akurat nie jest trudne bo papier srednio ma 2-3 autorow... ciebie, twojego kumpla od chemii kwantowej/e.t.c. i szefa... Przemysl sprawe w ten sposob, teoretycy musza zbudowac dzialajacy model, policzyc co on daje i porownac to z eksperymentem. W ten sposob produkuja pi razy drzwi 1 papier na rok. Nasi bracia z eksperymentu (bez znaczenia czy to chemia czy fizyka) musz "tylko" mierzyc i publikowac tak szybko jak mozliwe, bo a nuz jakis bandyta z konkurencji robi to samo... Naprawde opublikowanie 3-4 papierow na rok jest jak najbardziej wykonalne, trudne jak cholera ale wykonalne...

    --
    He was either mad or both...
  • carnivore69 10.03.08, 10:40
    > W ekonomii dobry doktorant z najlepszych zachodnich uczelni ma 3,
    > czasem 4 publikacje na LF przed obroną.

    Swoja droga, dla owego "dobrego doktoranta z najlepszych zachodnich uczelni"
    opublikowanie czegokolwiek ponizej 3 najlepszych czasopism w szeroko pojetej
    dziedzinie mija sie z celem. A ze na LF czasopism z danej dziedziny bywa i
    kilkadziesiat, malo kto jest swiadom istnienia owej listy.

    Samo zas uzyskanie doktoratu tamze nie wymaga publikacji w zyciorysie zadnej.

    Pzdr.
  • grubo 08.03.08, 01:03
    ZN z własnej Katedry (6pkt.) tylko pobieżnie przerzucam - mało mnie w sumie
    interesują artykuły, których związek z moją specjalizacją jest znikomy. Inna
    sprawa, że często ta sama osoba od lat w kółko pisze o tym samym... Myślę, że
    osoby spoza Katedry w ogóle do tych zeszytów nie zaglądają. Tylko z drugiej
    strony, skoro każą nam zbierać te cholerne punkty, to co, mamy się obrazić na ZN
    i nie publikować?
  • flamengista 08.03.08, 16:59
    Nie za dużo osób (mam tu na myśli tysiące), ale jednak.

    Zeszyty Naukowe naszej uczelni są dostępne na wszystkich
    największych polskich uczelniach, nie tylko ekonomicznych.

    I skoro ja pisząc pracę magisterską korzystałem z ZN naszej uczelni,
    a także ZN AE Katowice czy z zeszytów SGH, to chyba inni studenci
    też tak robią. A także pracownicy naukowi.

    Tak więc szanse, że twój artykuł przeczyta kilka, a nawet
    kilkadziesiąt osób są. Niewielkie, ale jednak.

    Jasne, nie da się tego porównać z LF, ale jakieś punkty za to
    powinny być. Tyle że nie tyle, co za 1/4 punktów w AER czy
    Econometrice.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • grubo 09.03.08, 23:40
    No ba, nasze ZN tez są dostępne wszędzie (pracuję w Akademii Ekonomicznej w
    Poznaniu), ale nie wiem, ile osób do nich zagląda :)
  • biolog_teoretyk 10.03.08, 14:58
    Co ciekawe, obecne przepisy nie stawiają wymogu posiadania publikacji ani do
    otwarcia przewodu, ani do obrony. Ustawa milczy na ten temat. Istnieje jedynie
    zapis mówiący, że doktorant ma złożyc wykaz publikacji, nie wynika jednak z
    niego, że warunkiem otwarcia przewodu i/lub dopuszczenia do obrony jest
    posiadanie jakichkolwiek publikacji. U siebie dowiedziałem się, że lepiej mieć
    publikacje niż ich nie mieć, ale nie są one niezbędne:)
  • niewyspany77 10.03.08, 19:12
    Zgadza sie. Uczelnie maja wlasne wewnetrzne przepisy regulujace te sprawy bez
    ogladania sie na ustawy. To sie nazywa autonomia uczelni.
  • alba.alba 10.03.08, 23:09
    Pewnie polityka uczelni (im więcej doktorantów tym lepiej) wymusi obniżenie wymogu publikacji do 0.
  • carnivore69 11.03.08, 11:01
    Czyli byloby jak w University of Chicago.

    Pzdr.
  • flamengista 11.03.08, 19:16
    W przypadku tych doktoratów zarówno przed, jak i po żadnych publikacji nie
    będzie. Może i lepiej, szkoda papieru i pieniędzy.

    Mieliśmy już masówkę na studiach licencjackich i magisterskich, teraz to samo
    spotka doktoranckie. To będą po prostu kolejne studia do zaliczenia i wpisania
    do CV. Górnolotnie nazywa się to strategią bolońską, a na chłopski rozum - to
    wciskanie kitu i miernego produktu edukacyjnego pod atrakcyjną nazwą.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • niewyspany77 11.03.08, 20:07
    flamengista napisał:

    > na chłopski rozum - to
    > wciskanie kitu i miernego produktu edukacyjnego pod atrakcyjną nazwą.

    No i co z tego? Ja jestem zwolennikiem mozliwosci wyboru. Niech o renomie
    stopnia swiadczy miejsce uzyskania i dorobek doktora a nie - jak to Ty z
    luboscia piszesz - "elitarnosc uczelni". Zdziwilbys sie flamengisto jak duzo
    super-magistrow z elitarnych uczelni nie umie sobie w zyciu radzic, bo po za
    kuciem na blache niewiele potrafia.
  • alba.alba 11.03.08, 22:43
    Niewyspany, razi mnie twój błąd ortograficzny - "poza" pisze się razem, a nie osobno "po za". Brrrrrrr.......
  • niewyspany77 12.03.08, 07:03
    No tak, prawda. Ale jako odrzutek z polonistyki mam prawo co nie?
  • krysiulka 12.03.08, 09:47
    niewyspany77 napisał:

    > No tak, prawda. Ale jako odrzutek z polonistyki mam prawo co nie?

    A jako doktor?

    --
    ZAWSZE! W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja!
  • niewyspany77 12.03.08, 22:13
    Nawet jako habilitowany.
  • flamengista 12.03.08, 08:56
    Jak ktoś chce byle jakich studiów doktoranckich dla papierka, niech za nie
    zapłaci. Albo najlepiej niech kupi online za 500 USD. Szkoda jego czasu i czasu
    nauczycieli akademickich.

    Natomiast państwo powinno finansować jedynie produkt edukacyjny najwyższej
    jakości. Mamy już byle jakie studia licencjackie i magisterskie, niech
    przynajmniej doktoranckie będą elitarne!

    A co do "super-magistrów" z elitarnych uczelni, którzy sobie nie radzą:
    1. być może nie są wcale tacy super, jak ich określasz
    2. być może uczelnia jest elitarna tylko z nazwy
    3. uczelnia wyższa nie jest szkołą zawodową - nie wychodzi się z niej z "fachem
    w ręku". Dużo zależy od tego, co zrobisz podczas studiów. Nie jest więc to tylko
    wina uczelni, ale też jej absolwenta...
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • pr0fes0r 12.03.08, 10:26
    > uczelnia wyższa nie jest szkołą zawodową - nie wychodzi się z niej z
    > "fachem w ręku".

    Amen
  • alba.alba 12.03.08, 22:51
    pr0fes0r napisał:

    > > uczelnia wyższa nie jest szkołą zawodową - nie wychodzi się z niej z
    > > "fachem w ręku".

    Nieprawda. Po pierwsze podobno licencjat to stopień zawodowy, więc? Po drugie coraz więcej uczelni wyższych oferuje studia w dziedzinie, do której kiedyś wystarczyła szkoła zawodowa albo średnia. Przykładowo pielęgniarka albo kosmetyczka. Dzisiaj są kierunki kształcące pielęgniarki czy kosmetyczki.
  • flamengista 13.03.08, 13:36
    To, że sobie eurokretyni zapisali tak w strategii bolońskiej, to jeszcze nie
    znaczy że tak ma być.

    Ogólnie rzecz biorąc to rozdzielenie na trzystopniowe studia w niektórych
    przypadkach oznacza, że mamy sytuację jak w szkolnictwie podstawowym i średnim.
    Nie da się porządnie kształcić, a większość rzeczy trzeba zaczynać od nowa.

    Uważam, że większość kierunków studiów powinna otwierać horyzonty, uczyć młodych
    ludzi czegoś nowego i uczyć przede wszystkim samodzielności. W tym samodzielnego
    poszerzania wiedzy.

    A system obecny powoduje, że na poziom magisterski często nie idą porządni
    studenci z pierwszego stopnia, bo ci jadą na zagraniczne studia bądź już pracują
    (często za granicą) - a trafiają za to bardzo przeciętni studenci-absolwenci
    prywatnych uczelni. Ich poziom jest tak zły, że na wyrównywanie różnic
    programowych powinno się poświęcić dodatkowy rok. A studia magisterskie trwają
    tylko 2 lata - nic sie w tym czasie nie da zrobić.

    Gorzej, że za chwilę będzie to samo na doktoranckich. Wylądują tam ludzie (już
    lądują!), którzy będą chcieli pisać doktorat z ekonomii, a mieli np. całe 30
    godzin takiego przedmiotu podczas studiów, i to pewnie na 1 roku licencjackich.
    W efekcie takie terminy jak "elastycznośc popytu", "funkcja Cobba-Douglasa",
    "krzywa Philipsa" będą dla nich czystą magią. Nie mówiąc już o teorii wzrostu
    czy polityce gospodarczej.

    No, ale to już temat na inną, choć niewesołą dysusję.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • carnivore69 13.03.08, 13:49
    A system obecny powoduje, że na poziom magisterski często nie idą porządni
    studenci z pierwszego stopnia, bo ci jadą na zagraniczne studia bądź już pracują
    (często za granicą)

    ---

    Co jest wg Ciebie niewlasciwego w systemie, ktory pozwala na bardziej efektywne
    wykorzystanie potencjalu intelektualnego owych porzadnych studentow pierwszego
    stopnia? To, ze nie sa przywiazani do jednej i tej samej uczelni?

    Pzdr.
  • flamengista 13.03.08, 15:06
    to, że jak już mamy (nielicznych) dobrych studentów których nauczyliśmy PODSTAW
    np. ekonomii, to kończymy z nimi zajęcia. I na wyższy stopień przychodzą po
    części nasi absolwenci, a po części osoby z zewnątrz, które tych podstaw nie
    znają. I trzeba zaczynać wszystko od początku.

    W dodatku ci dobrzy studenci uczą się okrojonego programu, czyli dostają gorszy
    produkt niż na jednolitych studiach magisterskich.

    Ten system ma rzecz jasna swoje plusy. Ale ja piszę o minusach.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • carnivore69 13.03.08, 15:51
    to, że jak już mamy (nielicznych) dobrych studentów których nauczyliśmy PODSTAW
    np. ekonomii, to kończymy z nimi zajęcia. I na wyższy stopień przychodzą po
    części nasi absolwenci, a po części osoby z zewnątrz, które tych podstaw nie
    1znają. I trzeba zaczynać wszystko od początku.

    ---

    W dalszym ciagu sugerujesz, ze mozliwosc wyboru przez nich dostawcy uslugi p.n.
    studia (uzupelniajace) magisterskie to wada systemu. Na tej zasadzie mozna
    postulowac pozbawianie prymusow paszportow po to, zeby doktoraty robili w PL, a
    nie gdzie indziej.

    ---

    W dodatku ci dobrzy studenci uczą się okrojonego programu, czyli dostają gorszy
    produkt niż na jednolitych studiach magisterskich.

    ---

    Przeciez moga zostac na magisterskich uzupelniajacych u Was, wiec w czym problem?

    Poza tym - porownaj BSc Krakow + MSc LSE do mgr Krakow, a nie BSc Krakow do mgr
    Krakow. Wtedy nie jest oczywiste, iz produkt jest gorszy.

    Nadal minusow nie widze. Chyba, ze nazywasz nimi koniecznosc zabiegania o
    najlepszych studentow wynikajaca z wiekszej ich mobilnosci. Niemniej konkurencja
    to motor postepu, wiec znow sie z Toba nie zgodze... ;-)

    Pzdr.
  • flamengista 13.03.08, 16:45
    Dobra, tyle że na razie ze względu na olbrzymie dysproporcje w finansowaniu nie
    mamy szans na rywalizację o najlepszych polskich studentów, nie mówiąc już o
    ściąganiu najlepszych studentów na świecie.

    Dokładnie tak samo, jak nie mamy szans na naukę na światowym poziomie.

    Problem w tym, że przyjmując znacznie słabszych dostosowujemy do nich wymagania
    i obniżamy poziom, co z kolei jeszcze bradziej utrudnia nam przyciągnięcie
    dobrych studentów. I koło się zamyka. A właściwie nie zamyka, bo to de facto
    zjazd po równi pochyłej. I dopiero się rozpędzamy;)
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • carnivore69 13.03.08, 17:13
    > zjazd po równi pochyłej. I dopiero się rozpędzamy;)

    Tez sie nie do konca zgodze ;). Utrata grupy studentow wyjezdzajacych na studia
    uzupelniajace do Barcelony, Londynu czy Sztokholmu moze zostac zrekonpensowana
    najlepszymi studentami z Rzeszowa, Lublina czy Katowic, ktorzy byc moze zaczna
    przyjezdzac na analogiczne studia do Was.

    Na pewno straca na takim ukladzie uczelnie najmniej atrakcyjne, niemniej moim
    zdaniem istnieje w PL popyt na co najmniej kilka wysokiej jakosci programow
    magisterskich. Zyskaja oczywiscie studenci majacy wieksza mozliwosc wyboru.
    Innowacyjne uczelnie z dobrymi programami rowniez nie straca, chociazby dlatego
    iz wiele osob bardziej sobie ceni mozliwosc networkingu na ostatnich latach
    studiow w kraju planowanej kariery zawodowej niz zagraniczny dyplom.

    Pzdr.
  • flamengista 14.03.08, 09:30
    Nie chcę się powtarzać, więc przeczytaj mój post poniżej - o próbie stworzenia
    innowacyjnego programu.

    W skrócie - jest to w obecnych uwarunkowaniach zadanie prawie niemożliwe, chyba że:
    - masz spory, pełnowartościowy zespół wykładowców (bez słabych ogniw);
    - bardzo silną pozycję na uczelni;
    - dodatkowe pieniądze na dydaktykę (wykładowcy-eksperci z zewnątrz);
    - wsparcie na wyższym szczeblu (MNiSW).
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • alba.alba 13.03.08, 20:15
    flamengista napisał:
    > Gorzej, że za chwilę będzie to samo na doktoranckich. Wylądują tam ludzie (już
    > lądują!), którzy będą chcieli pisać doktorat z ekonomii, a mieli np. całe 30
    > godzin takiego przedmiotu podczas studiów, i to pewnie na 1 roku licencjackich.

    Dobrze, że ktoś przyznał rację, że doktorat z dziedziny innej niż się studiowało, to takie straszne dziwadło, że ręce opadają.
  • flamengista 14.03.08, 09:37
    Ale bądźmy uczciwi - jeśli ma się podstawowe braki w wykształceniu, to później
    trudno to nadrobić.

    Znajoma opowiadała mi o dziewczynie, która na jej uczelni robiła doktorat z
    socjologii, a była po kierunku ekonomicznym. Był z nią problem, ciężko nad nią
    pracowali (kilka osób) - dodatkowe konsultacje, tony literatury do przeczytania
    i mnóstwo wykładów by nadrobić braki.

    Ponieważ dziewczyna była w miarę ambitna i pracowita, doktorat obroniła. Ale do
    dziś, gdy porusza się na gruncie socjologii widać że nie jest w te klocki zbyt
    dobra.

    A to jest opowieść z happy endem. A przecież większość doktorantów na taką
    przychylność ze strony kadry liczyć nie może, jest zdana tylko na siebie. W
    takiej sytuacji albo ich się puści z fatalnym doktoratem, albo obleje.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • alba.alba 14.03.08, 20:05
    flamengista napisał:
    > Znajoma opowiadała mi o dziewczynie, która na jej uczelni robiła doktorat z
    > socjologii, a była po kierunku ekonomicznym. Był z nią problem, ciężko nad nią
    > pracowali (kilka osób) - dodatkowe konsultacje, tony literatury do przeczytania
    > i mnóstwo wykładów by nadrobić braki.

    No popatrz, a na tym forum mnie zapewniali, że jak ktoś chce pisać doktorat z innej dziedziny niż studia, to najpierw musi zdać egzamin z tej dziedziny. W odróżnieniu od kandydatów, który dany kierunek studiowali, bo u nich wystarczy tylko rozmowa kwalifikacyjna.

    A ty piszesz, że ta dziewczyna poznawała socjologię dopiero w trakcie studiów doktoranckich i wtedy wykładowcy nad nią "pracowali", czyli de facto przekazywali doktorantce tą wiedzę, którą przekazują studentom I stopnia. Boże święty, ręce opadają na coś takiego!

    Oczywiście tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, dlaczego - skoro studiowała ekonomię - nie zaczęła robić doktoratu z ekonomii. Pewnie na doktorat z ekonomii jej nie przyjęli, bo była za słaba;)
  • niewyspany77 14.03.08, 21:30
    Jeden z najlepszych specjalistow od pewnej dziedziny pedagogiki jest magistrem
    matematyki. Oczywiscie nie miesci sie to koncepcji swiata made by alba.
  • flamengista 15.03.08, 09:59
    Jejku, chyba zdajesz sobie sprawę jaki to jest egzamin... Wystarczy przeczytać
    jeden podstawowy podręcznik i tyle.

    Przecież skoro traktują studia doktoranckie jak normalne studia, to chcą mieć
    jak najwięcej studentów. Egzamin może być trudny, gdy pojawi się zbyt dużo
    kandydatów. Co na razie raczej nikomu nie grozi.

    Co do tej doktorantki - owszem, masz zupełną rację. Przekazywali jej wiedzę,
    którą przekazuje się na I stopniu.

    Co do jej poziomu - taktownie zamilczę.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • niewyspany77 12.03.08, 22:15
    Nie nie. Ja przede wszytkim pije do tego, ze szafujesz na prawo i lewo tymi
    elitarnymi uczleniami. A prawda jest taka ze elita ledwo w 500-tce sie miesci.

    > 3. uczelnia wyższa nie jest szkołą zawodową - nie wychodzi się z niej z "fachem
    > w ręku". Dużo zależy od tego, co zrobisz podczas studiów. Nie jest więc to tylk
    > o
    > wina uczelni, ale też jej absolwenta...

    Przede wszystkim niezyciowych programow nauczania oraz rownie bezsesnownej PKA.
  • flamengista 13.03.08, 15:02
    Właśnie tworzy się u nas nowy kierunek studiów. Plany były piękne. Kursy
    wzorowane na syllabusach najlepszych zachodnich uczelni, powiązania z ekspertami
    rządowymi i biznesem (mieli prowadzić pewne moduły w poszczególnych kursach).

    Ale pojawiły się trudności. Na początek: wytyczne MNiSW. Okazało się, że na
    poziomie licencjackim jakieś 60-70% zajęć już jest zaplanowanych i nic nie można
    z tym zrobić. Natomiast na magisterskich jest jeszcze gorzej, tu ledwie 20%
    zajęć można samemu zaplanować.

    Co więcej, obowiązkowe kursy wynikające z wytycznych MNiSW są już przez
    "zasiedzenie" zawłaszczone przez konkretne instytuty, katedry i zakłady, a co
    gorsza przez konkretnych ludzi. A ponieważ są to na ogół osoby, które w latach
    90-tych zaczęły korzystać z rozwoju szkół prywatnych, to pracują na 3-4 etatach.
    Efekt? Od kilkunastu lat uczą tego samego, często z tych samych, pożółkłych ze
    starości folii.

    To jeszcze nic. Zaplanowaliśmy kursy w ramach tego, co mogliśmy, przychodzimy do
    negocjowania na forum rady wydziału. Co się okazuje? Sami eksperci tam siedzą...
    Wystarczy, że w nazwie przedmiotu jest słowo-klucz, to profesor Iksiński woła
    "my to poprowadzimy". Czyli jeśli zarządzanie w nazwie, to tylko może prowadzić
    np. katedra zarządzania. Jeśli ekologia, to katedra ekologii. Jeśli zoologia,
    katedra zoologii (przykłady czysto teoretyczne).

    W efekcie w nazwie przedmiotu trzeba często oszukiwać, nazwa musi być neutralna
    - a więc często myląca lub wręcz mało atrakcyjna dla studenta. Jest to fatalne,
    biorąc pod uwagę że są to najczęściej przedmioty specjalnościowe (specjalność
    wybiera student, kierując się m.in. nazwami kursów).

    To tylko mała próbka tego, jakie problemy napotykasz przy tworzeniu nowych
    programów studiów.

    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • kamenka 16.07.08, 14:55
    To że nie ma ścisłych wymagań co do ilości publikacji potrzebnych do otwarcia przewodu już wiem, ale czy te publikacje muszą ściśle dotyczyć tematu doktoratu?
  • niewyspany77 16.07.08, 15:02
    nie. ale powinny byc z Twojej dziedziny.
  • kamenka 16.07.08, 15:10
    dziękuję :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka