Dodaj do ulubionych

definicja "opracowania naukowego"

29.04.08, 15:29
zna ktoś definicję "opracowania naukowego"? pytam ponieważ zdarzyło mi się iż
w jednym z czasopism nie przyjęto tekstu do druku z powodu nie spełnienia
kryterium "opracowania naukowego". Co to do licha jest to opracowanie naukowe.
Materiał jest częścią mojej pracy dr-skiej, którą prof. przyjął i
zaakceptował, w tekście rozpatruję wątpliwości prawne, analizuję orzecznictwo,
podejście zaprezentowane w tekście jest oryginalne, zbieżne z podejściem które
najprawdopodobniej zostanie zaakceptowane niebawem przez Trybunał
Konstytucyjny. To że tekst nie został przyjęty to rozumiem, ale argument że
nie jest to opracowanie naukowe do mnie nie dociera. Moim zdaniem powód był
inny a argumentacja redaktorów była "na odczepkę". Słyszałem że w jakiejś
ustawie o stopniach naukowych, gdzieś jest ten termin zdefiniowany ale do
takich dziwnych ustaw nawet nie sięgam. Zdaje się że było w niej coś o
oryginalnym podejściu autorskim. Nie rozumiem nauki czy jak???? Może bardziej
z tematem nie trafiłem.
Edytor zaawansowany
  • flamengista 29.04.08, 15:54
    "zdarzyło mi się iż w jednym z czasopism nie przyjęto tekstu do druku z powodu
    nie spełnienia kryterium "opracowania naukowego".

    Zdarzyło ci się po raz pierwszy, więc jest to nieprzyjemne. Znam ten ból. Ale
    wierz mi, jeszcze nie raz odrzucą ci artykuł w recenzji - po to m.in. ona jest!

    A że w polskich czasopismach recenzje negatywne mają dziwne uzasadnienia, to źle
    świadczy o poziomie recenzenta. Inna sprawa, że na zachodzie też można dostać
    taką enigmatyczną odmowę, tyle że rzadziej. U nas to standard.

    Podsumowując, jest kilka możliwych powodów, dla których odrzucono twój artykuł:
    - jest zwyczajnie za słaby (wiem, ciężko się do tego przyznać ale czasem i tak
    bywa;)
    - nie masz "nazwiska", a wysłałeś artykuł do prestiżowego polskiego czasopisma,
    gdzie incydentalni puszczą artykuł doktora, a po za tym sami profesorowie;
    - nie jesteś z tego środowiska i nikt cię nie zna - więc odrzucono twój artykuł
    dla zasady.

    Możliwa jest też kombinacja tych 3 czynników.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • dalatata 29.04.08, 17:33
    i wlasnie dlatego nalezy pisac po angielsku i wysylac do porzadnych
    czasopism, gdzie recenzje sa slepe i 'brak nazwiska' nie ma
    najmniejszego znaczenia, nie mowiac o srodowisku, bo w
    miedzynarodowym czasopismie trudno mowic o srodowisku. zreszta
    czaspoisma sa przedsiewzieciem rowniz komercyjnmym wiec redaktorom
    zalezy na jak najlepszych tekstach i jak najwiekszym czytelnictwie.
    co wymusza uczciwosc recenzji.

    a odrzucenie tekstu bo nie spelnia kryteriwo 'opracowania naukowego'
    jest jednym z najbardziej kuriozalnych uzasadnien jakie slyszalem.
    zakladam przy tym ze napisal Pan nie poezje czy tez literature
    piekna, a sprawozdanie z badan. ewentualnie przeglad badan, ale te
    czesto sa zamawiane i nie kazde czasopismo chce je publikowac.
  • carnivore69 29.04.08, 19:44
    > i wlasnie dlatego nalezy pisac po angielsku i wysylac do porzadnych
    > czasopism, gdzie recenzje sa slepe i 'brak nazwiska' nie ma
    > najmniejszego znaczenia, nie mowiac o srodowisku, bo w
    > miedzynarodowym czasopismie trudno mowic o srodowisku.

    Mimo kiepskiej pogody na wyspach, poczucie humoru Szanownego Kolegi nie opuszcza.

    Pzdr.
  • dalatata 29.04.08, 19:54
    niespecjalnie wiem do czego to. jesli jednak kolega sugeruje, ze tu
    to same przekrety w publikacjach, to tak po prsotu nie jest. i to
    jest kwestia faktu a nie opinii.

    co nie znacze ze w systemie nie ma wpadek. sa. jednak sugerowanie ze
    sie w takiej Nature publikuje znajomych jest zabawne po prstou.
  • salzburg 29.04.08, 20:11
    Przestanmy utrwalac stereotypy. W renomowanych czasopisamch polskich jest
    normalna procedura recenzyjna. Notabebe sa to czasopisam naukowe ukazaujace sie
    czasami od ponad 100 lat.
    Tzw. kolezenskie recenzowanie moze dotyczyc tylko czasopism, ktore co najwyzej
    maja 1 punkt KBN.
  • flamengista 29.04.08, 21:00
    Owszem, jest normalna procedura recenzyjna. Na ogół, rzecz jasna.

    Co nie znaczy, że jak nadeśle słynny profesor a artykuł będzie mało odkrywczy,
    to się go odrzuci.

    Podobnie w kwestii młodych autorów, bez nazwiska - im poprzeczkę stawia się
    znacznie wyżej.

    I tu dotykamy podstawowego problemu polskich czasopism. Nie ma blind review.

    Nawet choćby recenzent chciał oceniać jak najuczciwiej, znając nazwisko autora
    nawet podświadomie ulega pewnej manipulacji.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • salzburg 29.04.08, 21:11
    Wiele zalezy od redaktora. Na mojej uczelni recenzje sa (przynajmniej niektórych
    prac naukowych, bo niestety nie wszystkich - to przyznaje)anonimowe. Recenzent
    nie zna nazwiska autora, a uator nazwiska recenzenta. formularz recenzyjny jest
    rozbudowny, i zeby moc opublikowac artykul nalezy minimalnie uzyskać 70% punktów
    na 100. A generalnie uwazam, ze pisze sie za duzo. W roznych bazach jest miliony
    artykulow, a ile z nich tak naprawdę posuwa nauke do przodu.
  • niewyspany77 29.04.08, 21:31
    > W roznych bazach jest milion
    > y
    > artykulow, a ile z nich tak naprawdę posuwa nauke do przodu.

    Slusznie. LF powinna skladac sie z gora 100 pism a polska lista ministerialna z
    1 per dyscyplina :D
  • dalatata 29.04.08, 22:06
    to jest kapitalne alibi zeby nie publikowac. POlska nauka wchodzi na
    nowy etap rozwoju nauk wszelakich i nie publikuje. jako ze sie
    publikuje za duzo, to my postanowilismy pokazac nasza wyzszosc i nie
    pulblikowac.

    ciekawe co na to swiat? przeciez uderzylismy tam gdzie naprawde boli!
  • salzburg 29.04.08, 22:31
    Nie to jest stwierdzenie faktu dewaluacji tego co nazywa sie nauką. jak ja
    slysze, ze ktos pisze jedna ksiazke rocznie i do tego jeszcze kilka artykulow to
    dla mnie to jest kpina.
    Kadży zreszta kto czyta ta narastajaca lawine artykulow, i to zarowno polskich
    jak i zachodnich to wie ze mozna sobie smialo wyobrazic, ze nic by sie nie stalo
    gdyby ich nie bylo. Kazdy "w sile" wielu autor ma ma dzisiaj na koncie z pol
    setki artykulow, choc lepeijby bylo gdyby bylo to piec wnoszacych cos naprawde
    istotnego do nauki, a nie np. komentujace czyjes poglady.
  • dalatata 29.04.08, 23:04
    nie znam porzadnych czasopism, w ktorych mozn opublikowac
    tekst 'komentujacy' czyjes poglady (choc arytkuly przegladowe,
    metaanalizy itd sa przydatne i konieczne, ale to inna bajka).

    teskty tego typu to glownie podreczniki, za ktore tutaj nikt nie
    dostanie profsury. mam znajomego - wielkie nazwisko w swojej
    dziedzinie. napisal najlepszy na siwecie podrecznik, wlasnie w
    trzecim wydaniu, korzystaja z niego wszyscy. plus kilka innych.
    jednak caly czas nie jest profesorem. wlasnie dlatego, ze wydaje
    podreczniki.

    znam w Polsce cala mase profesorow, ktorych 'ksiazka profesorska' to
    zwykly podrecznik (czesto wykorzystywany glwonie przez studentow
    profesora).
  • salzburg 29.04.08, 23:23
    W naukach spolecznych komentowanie cudzych pogladow jest nagminne. A co na to
    Derrida, a co na to Weber, a co na to Parsons, Keynes itd. Brałem kiedys udział
    w miedzynarodowej konferencji na której "napuszeni" autorzy wygłaszali z
    namaszczeniem swoje referaty. Potem miała byc dyskusja - przewodniczacy zaprosil
    do zadawania pytan autorom, konsternacja zapadla gdy jeden znany z
    nonkonformizmu uczestnikow, stwierdzil ze nie bardzo jest z kim dyskutowac bo
    autorzy dawno juz nie zyja, a wiekszośc wygloszonych tekstow to jakies
    "wariacje" na temat dawno juz znanych teorii. Dobrze jeszcze jak ktos
    zaaplikowal te teorie do swoich badan empirycznych.
    Co do ksiazek profesorskich - powiem szczerze, ze nie slyszalem by ktos dostal w
    ostatnich latach profesure za podrecznik - trzeba jednak napisac tzw. monografie
    profesororska - czyli w miare porządną ksiązke.
  • dalatata 29.04.08, 23:41
    komentowanie dla komentowania, pewnie nie. ale znam wiele ciekawych
    tekstow, ktore rozwijaja teroei roli chorego (nie wiem czy to tak po
    poslku) Parsonsa i odbijaja sie od niego, by tworzyc nowy model.
    takie komentowanie jest jednak rozwojem. Simon Williams na przyklad
    pisal ciekawe teksty na ten temat. ja osobiscie nie jestem
    teoretykiem i komentatroem, ja lubie dane i ich analize.

    no nie bede wymienial z nazwisk, bo to nie ma sensu.
  • flamengista 30.04.08, 07:59
    Hmm, tak historia jak ulał pasuje do mojego ex-szefa;) On często mówi prawdę
    prosto w oczy.
    --
    Smokey, my friend, you are entering a world of pain...
  • niewyspany77 30.04.08, 08:12
    > Kazdy "w sile" wielu autor ma ma dzisiaj na koncie z pol
    > setki artykulow, choc lepeijby bylo gdyby bylo to piec wnoszacych cos naprawde
    > istotnego do nauki, a nie np. komentujace czyjes poglady.

    Zgodze sie z tym, ze wielu publikuje bzdety, szczegolnie profesura i szczegolnie
    w materialach pokonferencyjnych. Przyjezdzanie na konferencje profesury
    kompletnie nieprzygotowanej z benzadziejnym referatem w dodatku bardziej
    pamietnikarsko-wspominkowym oraz tzw "milonkowym" niz cokolwiek merytorycznym.
    To smutne.

    Niestety, z druga Twoja teza sie nie zgadzam. Ktos (yellow tiger bodajze, ae
    gowy nie dam) pisal, ze rocznie publikuje sie ok 30 tysiecy tekstow z fizyki.
    Tez mowisz ze to smiecie?
  • salzburg 30.04.08, 10:01
    Na czym polega miedzy tymi kategoriami. Uczony naukę tworzy - pracownk naukowy z
    nauki żyje. I nie ma w tym nic dziwnego i niestosownego. Ludzi wybitnych -
    geniuszy wśród osob parających się nauką jest pewnie promil ogolnej liczby.
    Większość to osoby, które sa pracownikami naukowymi. I tak jest dobrze, pod
    warunkiem że wykonują porządnie swoje obowiazki, przyzwoicie uczą studentów,
    pisze rzetelne artykuły, ksiązki i podreczniki.
    Nie wiem ile z tych 30 tys. artykulow z fizyki tworzy nauke (o naukach scislych
    najchetniej bym sie nie wypowiadal bo sie na tym nie znam) - mam jednak
    watpliwosci czy ilosc przychodzi w jakosc.
    Generalnie w naukach scislych o ich wartosci decyduje ich aplikacyjny charakter
    - rozumiany nie jako prosta biezaca uzytecznosc, ale otwieranie nowych
    perspektyw ich wykorzystania na przyszlosc. W naukach spolecznych o wartości
    decyduje czy pozstaja one warte przeczytania i aktualne kiedy autora juz nie ma.
    Nie zabiega zatem by ksiazke wydac, nie wysyla darmowe egzemplarze kolegom itd.
  • dalatata 30.04.08, 10:41
    niestety, nigdzie poza Polska nie widzialem takiego rozroznienia,
    nigdzie tez, jak sadze, nikt by nie postawil takiej tezy. dzis nie
    ma juz 'uczonych', bo wszyscy sa poddani tym samym presjom typu
    publish or perish. i poza wyjatkami typu, on jest noblista, wszsycy
    musza zapieprzac publikacje, bo inaczej beda mieli problemy. na
    roznych etapach kariery jest roznie, ale nawet profesor, kktory tak
    ogolnie ma swiete zycie wszedzie, ktory przez pare lat baki zbija i
    nic nie robi, bedzie mial problemy.

    nie znam sie na na naukach scislych, ale ograniczenie ich
    sensownosci to sotsowalnsoci jest pozbawione jakiejkowliek
    sesnownosci.
  • salzburg 30.04.08, 11:08
    Co do nauk scislych chyba nie zrozumiales co napisalem - przeczytaj jeszcze raz.
    Co do rozroznienia miedzy uczonymi a pracownikami naukowymi to stare jest jak
    nauka - bo dotyczy ono wagi publikacji. Mamy dzisiaj w nauce prace akordową - ja
    mam watpliwosci czy to dobrze czy zle (mozesz uwazac ze to dobrze - twoje
    prawo). Przypominam anegdote Kolakowskiego, ktory kiedys powiedzial, że mlody
    pracownik powinien od razu zostawac profesorem, a potem za kazda publikacje
    powinno mu sie obnizac status. Pisal by mniej a lepiej. Pewien wybitny historyk
    (zachodni) zażartowal sobie kiedys czym sie rozni socjolog od politologa.
    Socjolog bierze 3 ksiazki i pisze 4. Politolog bierze 1 i pisze 3 nastepne.
    Poza wszystkim napisanie porzadnej ksiazki zajmuje 5-6 lat intensywnej pracy,
    artykul napisany na pdstawie wlasnych badan to pol roku a każdy z nas ma pisze
    po 6-7 rocznie, i oczywisice jak ma choc troche samokrytycyzmu to wie, ze nauka
    by sie nie zawalila bez tych tekstow - i to samo dotyczy tekstow kolegow po fachu.
  • niewyspany77 30.04.08, 11:43
    Bardzo latwo mozna robic numer w stylu odpowiedni poziom tekstu do odpowiedniego
    poziomu journala. Wtedy mozesz miec 1 art w nature na cale zycie i 100 w
    ziemniaku polskim. Czemu nie? Mozna owszem, pisac na masowke, nikt nie zabrania.

    Zreszta, nauka tez podlega modom. Modne nazwisko to cytowania bzdur i
    oczywistosci, ale skoro "wypada"... ;)

    poza tym nie wiem czy piszesz o Polskiej rzeczywistosci - tu jest jakby inaczej,
    jesli adiunkt zarabia pol pensji murarza to sie nie dziw. Jednak jesli wymaga
    sie taaaaaaaaaaaaaaakiej listy publikacji i jednoczesnie zenujaca pensje - to ja
    sie nie dziwie ze produkuje sie gnioty. Jak dla mnie przelozenie jest oczywiste.
  • dalatata 30.04.08, 17:15
    dla mnie mniej. bo ten adiunkt jeszce podpisal kontrakt, ktorego
    podpisywac nie musial. w naukach nie-eksperymentalnych niespecjalnie
    widze usprawieldliwienie pisania knotow. ludzie pisza, bo im inni
    drukuja
  • dalatata 30.04.08, 17:13
    tak jest p. psorze. przeczytalem. napisal p. psor:

    >Generalnie w naukach scislych o ich wartosci decyduje ich
    >aplikacyjny charakter - rozumiany nie jako prosta biezaca
    >uzytecznosc, ale otwieranie nowych
    >perspektyw ich wykorzystania na przyszlosc

    ja niepecjalnie rozumiem co to jest ten aplikacyjny charakter, nawet
    z tym zastrzezeniem ze nie chodzi o tu i teraz i wdrozenie.

    co z badaniami podstawowwymi? jesli one sa tez aplikacyjne, to
    wlasciiwe aplikacyjne nie sa tylko te badania ktore nazywamy:
    applied research. fajnie.

    to widocznie do nas jeszcze nie dotarly te wazne debaty naukowe na
    temat tych rozroznien. albo moze tyko do mnie nie dotarly, a reszta
    moich kolegow nic tylko debatuje na temat uczonych i pracownikow
    naukowych.

    co do publikacji: sa lepsze i gorsze. ja casem pisze czasem nie
    pisze 6-7 artykulow rocznie, ale waptie zeby sie swiat zawalil bez
    nich. czy to znaczy ze powinnismy 90 proc. publikacji wywalic? i
    czekac tylko na te NAPRAWDE DOBRE! nie wiem skad wiedzielibysmy i od
    czego ci wybitni mieliby sie odbic.

    poza tym, sa nadal dziedziny nauki w ktorych napisano bardzo malo. w
    ostatniej ksiazce napisalem o temacie jednym, ze napisano 3 artykuly
    (po angielsku, bo moze po wietnamsku i wegiersku cale tomy sa, nie
    wiem). z tych wszystkich rzeczy, tylko 3. i moja ksiazka. niezle nie?

    i na koniec. te anegdoty sa fajne, ale prosze sprobowac opublikowac
    cokolwiek w powaznym czasopismie po przeczytaniu 3 ksiazek i bez
    rzetelnych badan. powodzenia. niedawno w Polsce widzialem artykul
    (nie wiem jakiej marki czasopismo - medyczne) tzw. BARDZO SLAWNEGO
    PROFESORA. i on byl oparty na przeczytaniu 2 innych artykulow. on
    jest polstreszcal, pol omawial. to byla katastrofa. ten facet nie
    opublikowalby tego nigdzie na swiecie. nigdzie. a mi dal ten tekst
    zeby sie pochwalic.
  • salzburg 30.04.08, 20:27
    Po uwaznym przeczytaniu już lepiej. Bowiem to co napisalem oznacza tylko tyle,
    ze tzw. badania podstawowe stanowia punkt wyjscia dla calych gigantycznych
    badan wdrozeniowych. Choć pewnie Einstein, Bor czy Watson itd. nie mysleli (w
    kazdym razie pewnie nie przewidywali) praktycznego zastosowania swoich badan w
    produkcji lekow, nowych zrodel energii, nowych materiałów itd.
    Choc może jest tak, że jakies badania podstawowe nigdy i nigdzie nie znalazły
    (nawet podstawowego) praktycznego zastosowania. Za malo się jednak na tym znam
    wiec nie bede sie wypowiadal kategorycznie.
    Co do przykladu profesora, ktory skompilowal kilka artykulow to czym on sie
    rozni od prof. Grossa z jego ksiazka Strach (zacnego profesora Yale i Princeton)
    i K. Chodakiewicza jego głównego adwersarza prof. z Instytutu w Waszyngtonie.
    Książki te "wolaja o pomste do nieba".
  • dalatata 01.05.08, 13:47
    ja sie tez nie znam, wiec nie bede sie madrzyl.

    nie chce zaczynac dyskusji o Grossie, bo to jest niebezpieczne w
    Polsce. jednak ja mam te ksiazke (ang wydanie) i jak dla mnie to to
    ksiazka oparta w duzej mierze na danych archiwalnych.

    nie potrafie poweidziec, bo sie nie znam, czy ona jest wystarczajaca
    oparta na archwiach i literaturze, jednak stwierdzenie ze ona jest
    oparta na kilku artykulach, jest po prostu nieprawdziwe.
  • salzburg 01.05.08, 17:40
    Ksiazka Grossa oparta jest o badania archiwalne tylko cudze. Jego jest teza pod
    ktora dobral to co juz zostalo dawno zbadane i napisane.
  • dalatata 01.05.08, 20:07
    to, ze jego ksiazka powiela teze, ktora juz opisano, wiem.
    czy wykorzystuje cudze badania archiwalne, nie wiem, bo Gross tego
    nie mowil, ale pewnie jest na to jakis dowod. jednak gdyby po prsotu
    wzial cudze dane i skopiowal to to jest nielegalne, podejrzewam, ze
    sprawy sa nieco bardziej skomplikowane, ale nie wiem..

    wreszcie, jest to ksiazka napisana po angielsku i dla innej
    publicznosci niz wczesniejesze badania. jelsi tylko on wspomina
    oryginalne badania, a tego nie sprawdzilem, nie mam zadnych
    problemow z tym, zeby ksiazke napisal i wydal. jesli nie przytacza
    ich, to to jest nieladne i pokazuje go jako czlowieka na bakier z
    etyka badawcza, jednak nie dyskwalifikuje ksiazki. i dosc daleko mu
    od tego, ze przeczytal 4 ksiazki i pisze 5ta o nich.

  • yellow_tiger 30.04.08, 10:56
    Niestety pewnie z 1/3 z tych 30000 artykulow z fizyki to sa smiecie.
    Nieszczescie polega na tym, ze nie wiesz ktore z nich to sa smiecie zanim ich
    nie przeczytasz...
    Swego czasu A.K.Wroblewski przeprowadzil analize cytowania artykulow w roznych
    journalach. Wnioski byly zaskakujace... w Cell o IF~40 cos ok 10% artykulow
    nigdy nie bylo cytowanych, w PNAS (IF~10) to bylo cos ok 17%. Mowiac prosto,
    nawet to, ze artykul ukazal sie w najlepszych journalach nie daje zadnej
    gwarancji na to, ze jest to praca wnoszaca cos nowego. Tak naprawde to wnosi cos
    nowego moze z 10-20% artykulow, reszta nie wnosi nic albo prawie nic...
    Z drugiej strony niejaki Steven Weinberg byl cytowany 5 razy pomiedzy latami
    1967-72, jeden cytat na rok...no chala normalna...tyle, ze w 1979r dostal za ten
    "chalowaty" artykul Nagrode Nobla.
    Zreszta co ja bede odkrywal kolo po raz drugi. Tu sa prace A.K.Wroblewskiego na
    temat cytowan, goraco polecam.
    www.bg.us.edu.pl/Publikacje/Cieszyn/wroblewski.pdf
    kbn.icm.edu.pl/pub/kbn/sn/archiwum/9602/wrobel.html
    --
    He was either mad or both...
  • carnivore69 30.04.08, 13:18
    > Owszem, jest normalna procedura recenzyjna. Na ogół, rzecz jasna.
    >
    > Co nie znaczy, że jak nadeśle słynny profesor a artykuł będzie mało odkrywczy,
    > to się go odrzuci.
    >
    > Podobnie w kwestii młodych autorów, bez nazwiska - im poprzeczkę stawia się
    > znacznie wyżej.

    Sytuacja w topowych zachodnich journalach jest moim zdaniem bardzo podobna.

    > I tu dotykamy podstawowego problemu polskich czasopism. Nie ma blind review.

    Blind review odeszlo na swiecie do lamusa de facto w momencie wynalezienia
    przegladarki intenetowej. Nie mowiac o tym, ze wiekszosc artykulow wysylanych do
    czasopism krazy wczesniej w publicznej domenie jako working papers czy tez jest
    prezentowana na rownych konferencjach.

    Pzdr.
  • dalatata 30.04.08, 17:31
    to jest wyjatkowo bezsensowne stwierdzenie. moze Kolega nie wie o
    tym, ale w moich 'kregach' przyjete jest informowanie redaktora o
    tym, ze sie zna autora. nie zdarza mi sie szukac autora tekstu, bo i
    po co? jak to bedzie doktorant z Estonii to ja napisze inna recenzje
    niz gdy to bezdie profesor z Harvardu? i potem wyjde na kretyna, bo
    sie okaze ze 2 innych recenzentow postanowilo napisac uczciwe
    recenzje? i co mi to niby mialo dac, szczegolnie ze ow profesro z
    Harardu i tak nie bedzie wiedzial kim jestem.

    Ale bardzo mozliwe, ze dla Kolegi ma to znaczenie - pisze recenzje
    najpierw wyszukawszy autora, a potem rozwazywszy co jest dla niego w
    dobrej czy zlej recenzji. jesli tak jest, to mysle ze Kolega jest
    jednym z nielicznych ludzi, ktorzy tak robia.

    co wiecej, powiem cos, co pewnie bedzie niezwykle. Ja tu sie
    spotykam z przekonaniem ze my mamy jedna reputacje. a reputacja to
    jest cos takiego co latwo sie traci i trudno odzyskuje. a reputacja
    w naszym biznesie cienniejsza pieniedzy....
  • carnivore69 30.04.08, 19:25
    Znow z logika krucho. Znajomosc autora =/=> nieuczciwosc recenzji. Argumenty
    zawierajace insynuacje uprzejmie pomine.

    Moj argument o tym, ze wiekszosc artykulow trafia do publicznej domeny przed ich
    publikacja w czasopismie (wiec jedynie osoba raczej slabo orientujaca sie w
    dziedzinie - czyli kiepski kandydat na recenzenta - moglaby sie z nimi wczesniej
    nie zapoznac) nie zostal natomiast zaadresowany.

    Pzdr.
  • dalatata 30.04.08, 20:22
    o przepraszam, nie bylo zadnych insynuacji. byly prztyczki wnosne,
    ale nie bylo insynuacji. byly tez prowokacje, ale wszystko z odkryta
    przylbica.

    dlaczego krucho z logika? wlasnie po to jest slepy proces, zeby nie
    bylo zadnych wplywow.

    natomiast teza o tym ze wiekszosc tekstow jest w domenie publicznych
    i recenzenci wszyscy nawzajem znaja, wymagalaby udowodnienia.
    zupelnie w nia nie wierze.
  • carnivore69 01.05.08, 11:33
    Dlatego krucho, ze brak owego procesu (blind review )nie implikuje nieuczciwosci
    recenzji.

    Co do tekstow i domeny publicznej - kazdy powazny working paper (a glownie takie
    sa wysylane do sensownych czasopism) jest prezentowany na co najmniej jednej z
    2-3 najwazniejszych corocznych konferencji w szerokopojetej dziedzinie. Trudno
    wiec, aby takowy umknal uwadze potencjalnego recenzenta. OK, przyznaje, ze moze
    gdzie indziej jest inaczej.

    Pzdr.
  • dalatata 29.04.08, 22:03
    bardzo przepraszam, ja sie w ogole nie wypowiezdialem na temat
    polskich czasopism. te ktore znam nie maja nic wspolnego z
    prawdziwym systemem recenzyjnym, ale to kilka i nie uogolniam.
  • carnivore69 30.04.08, 13:14
    > niespecjalnie wiem do czego to. jesli jednak kolega sugeruje, ze tu
    > to same przekrety w publikacjach, to tak po prsotu nie jest. i to
    > jest kwestia faktu a nie opinii.

    Sugeruje wylacznie, ze zacytowane przeze mnie stwierdzenie jest nieprawdziwe.

    Pzdr.
  • dalatata 30.04.08, 17:22
    a to ciekawe. a moge poprosic o jakies uzasadnienie na temat
    przekretow w czasopismach miedzynarodowych? publikuje mniej wiecej
    od 20 lat. w naukach spolecznych i hum. rzadko mowimy o IFach,
    powiedzmy wiec ze to sa bardzo dobre journale. zdarzylo mi sie
    widziec glupote redaktorow, krotkowzrocznosc i upierdliwosc
    recenzentow, jednak nie widzialem nieuczciwosci. typu: fajny tekst,
    ale my ci i tak nie opublikujemy. albo: to jest knot ale i tak
    wezmiemy.

    ale moze za malo widzialem?
  • carnivore69 30.04.08, 19:15
    Zaprzeczeniem stwierdzenia "recenzje sa slepe i 'brak nazwiska' nie ma
    najmniejszego znaczenia" nie jest opinia "istnieja przekrety w czasopismach
    miedzynarodowych". Nienaginanie zasad logiki uprosci dalsza dyskusje, takowe
    wiec postuluje.

    Sytuacja oczywiscie nie jest zero-jedynkowa jak w podanym przykladzie ("fajny
    tekst, ale my ci i tak nie opublikujemy"), niemniej faktem jest, ze bardziej
    przychylnym okiem patrzy sie na manuskrypty uznanych autorow z uznanych osrodkow
    (ktorzy to wlasnie autorzy kontroluja wiekszosc liczacych sie czasopism). Jesli
    ktos widzi swiat inaczej - jego swiete prawo.

    Pzdr.
  • dalatata 30.04.08, 20:23
    no juz drugi raz slysze o tym, ze jestem nielogiczny....ale ok.

    prosze udowodnic swa teze.
  • carnivore69 01.05.08, 11:39
    To Szanowny Kolega sugeruje, ze brak slepych recenzji i mozliwe sugerowanie sie
    nazwiskiem wysylajacego artykul jest tozsame z istnieniem przekretow w
    czasopismach miedzynarodowych. Wiec i ciezar dowodu owej tozsamosci na nim spoczywa.

    Pzdr.
  • dalatata 01.05.08, 13:04
    nie sadzilem, ze laskawy Pan bedzie potrafil udowodnic swej tezy :-)
  • carnivore69 01.05.08, 15:19
    Widze, ze zaczynamy poslugiwac sie argumentami typu: "Czy ktos z panstwa jest w
    stanie stwierdzic dlaczego idolem uzytkownika dalatata jest Lenin?".

    Prosze mi jednak nie przypisawac autorstwa karkolomnych implikacji postawionych
    w tym watku ;-)

    Pzdr.
  • dalatata 01.05.08, 20:03
    aaaa to znow ja?
    zaczelismy od tego, ze ja napisalem, ze zamiast sie chrzanic z
    definicja opracowania naukowego, lepiej wyslac do porzadnego
    czasopisma naukowego, gdzie ocena bedzie rzetelna, miedzy innymi ze
    wzgledu na blind review. Laskawy Pan Carnivore chcial mnie schrupac
    i zadal klam mym stwierdzeniom.

    no to prosze o udowodnienie, dlaczego to proces recenzyjny w owych
    porzadnych czasopismach naukowych jest nieuczciwy, czy tez w jakis
    inny sposob wredno-paskudny. ale uslyszalem ze to ja mam dowodzic,
    co dla mnie bylo unikiem Miesozercy. i teraz wychodzi ze ja jestem
    zboj, brezniew i malpa krowiasta.
  • carnivore69 02.05.08, 11:51
    > zaczelismy od tego, ze ja napisalem, ze zamiast sie chrzanic z
    > definicja opracowania naukowego, lepiej wyslac do porzadnego
    > czasopisma naukowego, gdzie ocena bedzie rzetelna, miedzy innymi ze
    > wzgledu na blind review. Laskawy Pan Carnivore chcial mnie schrupac
    > i zadal klam mym stwierdzeniom.

    Nie, nie zaczelismy od tego. Prosze jeszcze raz zapoznac sie z przedstawiona
    przez siebie utopijna wizja swiata, ktora skomentowalem w poscie z 29.04.08,
    19:44, i laskawie nie "rozmywac" swoich wczesniejszych tez.

    Pzdr.
  • dalatata 02.05.08, 12:38
    zapoznalem sie i nadal sie pod tym podpisuje. i oczekuje konkretnych
    dowodow ze tak nie jest. nie stwierdzen, ze jest Internet, a teksty
    sa w 'domenie pubicznej'. prosze mi udowodnic, ze czasopisma
    drukuja 'swoich', bo ja miedzy innymi o tym napisalem.
  • carnivore69 02.05.08, 15:12
    Teza postawiona przez uzytkownika dalatata: "[w czasopismach zagranicznych]
    recenzje sa slepe i 'brak nazwiska' nie ma najmniejszego znaczenia".

    Fakt 1: Scisle dodatni odsetek recenzentow zna tozsamosc autorow recenzowanych
    artykulow. (W wielu dziedzinach jest to de facto nieuniknione.)

    Z tego postulatu wynika, ze recenzje nie sa slepe. Wylacznie bywaja.

    Fakt 2: Scisle dodatni odsetek recenzentow znajacych tozsamosc autorow kieruje
    sie nia (mozliwie, ze podswiadomie) przy ocenie nadeslanych manuskryptow. (Tu
    wystarczy odwolac sie do jakiegos elementarnego podrecznika z zakresu psychologii.)

    Z faktu 1 i 2 wynika, ze stwierdzenie "'brak nazwiska' nie ma najmniejszego
    znaczenia" jest falszywe. Co najwyzej "moze nie miec znaczenia/ma wzglednie
    niewielkie znaczenie".

    Reasumujac, teza postawiona przez uzytkownika dalatata jest falszywa.

    Pzdr.
  • dalatata 02.05.08, 16:39
    czy poza tezami, bo laskawy Pan jeszcze nie wyszedl poza tezy, czy
    supozycje, potrafi Pan dac choc cien dowodu na to co Pan mowi?

    bo, jak dla mnie, teza o tym, ze recenzenci znaja tozsamosc autorow,
    biorac pod uwage to, ze pisze sie ich tysiace, jest niezwykle
    ryzykowna.

    nawet jesli przyjmiemy to zalozenie, ze taki odsetek istnieje,
    nalezaloby przyjac, ze to tak sie dzieje nie tylko w wypadku kazdych
    2-4 recenzentow danego artykulu (nie znam sie na rachunku
    prawdopodobienstwa, ale jak dla mnie ono maleje), co wiecej, w
    znacznej ilosci przypadkow. jesli powiedzmy w Social Sciences of
    Medicine publikuje sie plus minus 10 artykulow miesiecznie, a zatem
    120 rocznie, przy odsetku odruzconych okolo 90 procent, dla latwego
    rachunku, skalda sie tam 1000 artykulow, a zatem przy 3 recezncjach
    4 tysiace receznentow i autorow musi sie znac, rowniez znac swoj
    dorobek, w tym dorobek najnowszy (bo teza o tym ze kazdy artykul byl
    prezetnowany iles tam razy na konferencjach jest kolejna supozycja i
    ekstrapolacja wlasnych praktyk na rzeczywistosc). a to dopiero jedno
    czasopismo. ale co tam, nie ma blind review.

    to wezmy te elementarna psychologie. Carnivore proponuje nam
    freudyzm jako dowod (wszak mowi o podswiadomosci), jakos
    przemilczajac fakt, ze freudyzm jest daleki od naukowosci i dowodu
    na podswiadomosc jeszcze nie znaleziono. do faktu, podswiadomosci
    jednak dosc daleko i zachecam Carnivore to zagladniecia do
    elementarnego podrecznika psychologii. pewnie sie jednak czepiam, bo
    nie fakt, skoro fakt, co? I jesli Pan juz musi, to prosze odsylac
    senoswnie. Cialdini, na przyklad, pisze o wplywie nazwiska na proces
    publikacyjny, jednak on nie pisze o 'podswiadomosci', on pisze o
    nazwiskach dostepnych - zeby uniknac takich kwiatkow, o jakich
    Cialdini (i nie tylko) pisze, wprowadzono slepe receznje.

    i wreszcie, Carnivore pewnie odrzuci cos takiego jak PROFESJONALIZM.
    nawet zakaldajac ze ja wiem kto pisze te recenzje, to moim
    profesjonalnym obowiazkiem jest napisac profesjonalna, a to znaczy
    rzetelna, receznje. i pewnie to bedzie zadziwiajace, wiekszosc z nas
    takie pisze.

    mysle ze dowod jakze elokwentnie przeprowadzony przez Carnivore jest
    oparty na wyjatkowo watlych podstawach, nazywanych zazwyczaj
    supozycjami. z zalozen i supozycji tworzy Pan fakty, a dezynwoltura,
    z ktora Pan to robi, nie pokrywa kruchosci argumentu.

    nadal chcialbym DOWODU na to co laskawy Pan mowi. DOWODU, empirii,
    nie Pana wyobrazen, podejrzen, przekonan czy zalozen, ze na pewno
    tak jest. i bardzo tez prosze o nieodsylanie mnie do elementarnych
    podrecznikow psychologii, a jesli juz Pan musi, bardzo prosze o
    odsylanie w sprawach, o ktorych laskawy Pan ma chociaz blade
    pojecie. mysle, z calym szacunkiem, ze psychologia do nich nie
    nalezy.
  • gagolek 02.05.08, 18:42
    W czasopismach publikujacych wyniki badan w dziedzinie nauk
    przyrodniczych z reguly recenzent zna nazwiska autorow pracy.
    Jakis czas temu ukazal sie artykul z danymi empirycznymi
    wspiwerajacymi stwierdzenie Carnivore. W jednym z czasopism z
    dziedziny bodajze biologii srodowiskowej (niestety nie moja dzialka,
    zatem nie przywiazywalam wagi do tytulu) wprowadzono zasade, ze
    rowniez recenzent nie zna nazwiska autorow pracy. Co sie okazalo,
    wyrownaly sie proporcje plci wspolautorow.
  • dalatata 02.05.08, 20:00
    system zadzialal. nie dziwie sie, bo powinien byl zadzialac.

    w swojej karierze spotkalem sie 2-3 czasopismami, ktore nie ukrywaly
    nazwisk autorow, wszystkie trzy byly europejskie. nie znam zadnego
    amerykanskiego czasopisma. wiekszosc zreszta nalega zeby ukrywac
    nazwisko nawet w referencjach, jesli autor w sposob oczywisty cytuje
    siebie.
  • gagolek 02.05.08, 20:15
    No coz w dziedzinie, ktora sie zajmuje normalne jest, ze nie zna sie
    nazwisk recenzentow. Recenzenci znaja jednak nazwiska autorow. Nie
    sa to tylko europejskie czaspisma. Mowa tutaj chociazby o PNAS, JBC
    czy Cell.

    Ukrywanie nazwisk autorow ma swopje pozytywne strony jak i
    negatywne. Przypomina mi sie tutaj sprawa Henrika Schon. To wlasnie
    porownanie wykresow szumow w jego pracach pozwolilo na udowodnienie
    falszowania wynikow.
    Do tego jak wspomnial Carnivore, jesli sie chce, zawsze mozna
    domyslec sie nazwisk potencjalnych autorow. Zreszta czesto domyslamy
    sie rowniez nazwisk recenzentow, po komentarzach. W koncu powinny to
    byc osoby, ktore sie znaja bardzo dobrze na danej dziedzinie.
  • yellow_tiger 02.05.08, 21:57
    "Mowa tutaj chociazby o PNAS, JBC czy Cell."
    Moge dodac JMB, JACS, Biochemisty i Biophysical Journal.
    --
    He was either mad or both...
  • carnivore69 02.05.08, 19:21
    W swoim barokowym, majacym czesciowo na celu zdyskredytowanie adwersarza,
    wywodzie strzela sobie Kolega jednak ostatecznego samoboja:

    - przytaczajac argumenty za celowoscia blind review (ktora implikuje, ze jego
    brak moze skutkowac postulowanymi przeze mnie wypaczeniami procesu
    recenzyjnego), oraz
    - przyznajac, ze pula recenzentow i potencjalnych artukulow nie jest
    nieskonczona (co implikuje, iz system blind review nie jest doskonaly, tzn. w
    100% "szczelny").

    Pomine mniejsze niedociagniecia argumentacji typu zignorowanie faktu, ze do
    zaprzeczenia zdania "zjawisko X nie istnieje" wystarczy jednokrotne
    zaobserwowanie zjawiska X (wiec wszelka ekstrapolacja jest zbedna), tudziez
    stawianie znaku rownosci pomiedzy pojeciami "wiekszosc" i "wszyscy" (chyba, ze
    jednak explicite przyznaje mi Pan racje sugerujac, ze istnieje mniejszosc
    nieprofesjonalnych, wiec potencjalnie i niebezstronnych, recenzentow.)

    Pozdrawiam i milego weekendu zycze.
  • dalatata 02.05.08, 19:54
    niespecjalnie widze tego samoboja. jesli Pan twierdzi, ze ja moge
    znac dorobek i najnowsze teksty powiedzmy okolo 1500 osob (na
    oastniej konferencji bylo z 800, powiedzmy ze przyjechala co druga
    osoba, co jest zalozeniem wrecz idiotycznym. nie wiem ile napisalem
    recenzji, ale niech bedzie ze 150, przez ostatnie 10 lat. jakie sa
    szanse ze sledze rozwoj tych 1500 osob przez 10 lat? jak dla mnie
    minimalne. ale rozumiem, ze Pan sledzi. chyle glowy.

    jak dla mnie, nadal jednak poza spekulacjami nie podal Pan cienia
    dowodu na swoje tezy, ze system nie dziala i ze publikuja 'swoich',
    od czego zaczelismy.

    co do mniejszosci: zaden system nie jest doskonaly i zawsze znajda
    sie oceniajacy nierzetelni. to sa jednak wyjatki, ktore system
    wyrzuca, a szansa ze moj tekst oceni 3 nierzetelnych recenzentow
    jest bardzo mala.

    od tej mniejszosci dosc daleko jest do Panskich stwierdzen, ze moja
    pierwsza wypowiedz jest falszywa a ja zarysowalem jakis utopijny
    swiat, bo tak naprawde publikuja swoich. nie ma Pan nadal zadnego
    dowodu na to. ale zawsze mozna isc w zaparte.
  • carnivore69 02.05.08, 20:18
    Pan stwierdza: System dziala w 100%. ("'[B]rak nazwiska' nie ma najmniejszego
    znaczenia")
    Ja odpowiadam: To nieprawda, ze w 100%.
    Pan: Prosze to udowodnic.
    Ja: [Podaje argumenty.]
    Pan: Nadal pan nie udowodnil, ze system nie dziala.
    Ja: Czy gdziekolwiek postulowalem, ze nie dziala w ogole? Dziala, powiedzmy, na
    70%. Panskie natomiast stwierdzenie, ze dziala na 100% jest moim zdaniem
    nieprawdziwe i na to przedstawilem argumenty.

    Jesli Panskim zdaniem przebieg dyskusji byl inny, "let's then agree to disagree".

    Pzdr.
  • dalatata 03.05.08, 00:19
    przebieg byl mniej wiecej taki (nie chce mi sie czepiac tych moich
    100 proc.). problem polega na tym, ze Pan za argumenty podaje swoje
    supozycje. rowniez dobrze moze pan powiedziec, ze system dziala w 35
    procentach. albo w 78.997 procentach. nie ma Pan zadnych argumentow
    na jakakolwiek kwantyfikacje. podobnie jak nie ma pan argumentow
    nawet na stwierdzenia panskie.

    jeszcze raz: pana opinie, przypuszczenia, domysly i cala masa
    supozycji to nie sa dowody. to sa wlasnie przypuszczenia, domysly
    supozycje.

    w ten sposob ja rowniez moge powiedziec, ze system zarzadzania
    pracownikami w polksich zakladach miesnych dziala w 65 procentach.
    dlaczego? a dlatego ze kierownicy dzialow sie znaja miedzy soba i
    sie umawiaja na 'masowanie' liczb. dowod? no bo sie znaja, bo jest
    ich bardzo malo.

    jesli mamy sie zgodzic na niezgadzanie, prosze bardzo. ale ja sie
    zgadzam na to, ze Pan nie ma jakichkowliek danych, by stwierdzic ze
    system nie dziala. i tyle.
  • carnivore69 03.05.08, 01:39
    > Pan nie ma jakichkowliek danych, by stwierdzic ze system nie dziala.

    System dziala. Podobnie jak silnik spalinowy. Tyle, ze uzywajac Panskiej logiki
    ten ostatni fakt implikuje, iz straty podczas zamiany energii chemicznej paliwa
    na mechaniczna wynosza zero.

    Pzdr.
  • autumna 30.04.08, 08:33
    > świadczy o poziomie recenzenta. Inna sprawa, że na zachodzie też można
    > taką enigmatyczną odmowę,

    Znajomy dostał w jednym z zachodnich czasopism 2 pozytywne recenzje, w tym jedną wręcz entuzjastyczną. I... pismo owo publikację odrzuciło bez podania przyczyn. Prawdopodobnie dlatego, że wysłany artykuł wytykał pewne dość istotne błędy w dotychczasowych publikacjach jednego z członków rady redakcyjnej. Ot, czynnik ludzki jest wszędzie...

    --
    Każdy wepchnięty nagle w pokrzywy wykaże wiele inicjatywy.
  • dalatata 30.04.08, 10:48
    nigdy sie z czyms takim nie spotkalem. i chyba chcialbym powiedziec:
    dopoki nie zobacze, nie uwierze. a w brak podania jakiejkowliek
    przyczyny - czyli zero listu, w ogole nie wierze. przepraszam, ze
    nie wierze, ale nie wierze.

    sa czasopisma, ktore nie przyjmuja tekstow bez entuzjastycznych
    recenzji. znam dwa zcasopisma ktore przyjmuje tylko teksty ktore sa
    gotowe, a zatem nie trzeba w nich zadnych poprawek robic. to jest
    glupia polityka, wedle mnie,ale taka maja i tyle.

  • autumna 30.04.08, 11:12
    > nigdy sie z czyms takim nie spotkalem. i chyba chcialbym powiedziec:
    > dopoki nie zobacze, nie uwierze. a w brak podania jakiejkowliek
    > przyczyny - czyli zero listu

    A kto mówi, że zero listu? Odpowiedź mniej więcej taka "recenzje są pozytywne, ale jednak nie opublikujemy". I tyle. Nie, bo nie.

    --
    Każdy wepchnięty nagle w pokrzywy wykaże wiele inicjatywy.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka