Dodaj do ulubionych

Sezon na leszcza

27.08.08, 14:29
Nie, nie będzie to wątek poświęcony filmowi Bogusława Lindy.
Niniejszy post dedykuję nowemu narybkowi doktoranckiemu.

Wakacje powoli dobiegają końca i niedługo zacznie się druga tura
naboru na studia doktoranckie. Kto nie załapał się w czerwcu-lipcu -
bo po obronie magisterki był zajęty słodkim nieróbstwem albo
badaniem rynku pracy - ma szansę teraz. Swoją życiową szansę.
Pod koniec sierpnia słychać tylko stukanie w klawiaturę i szelest
nerwowo przerzucanych z teczki do teczki papierów. Standardowy
format A4. Życiorys, opinia, wymięta kserokopia dyplomu,
wypieszczony i tryskający optymizmem konspekt planowanych badań
opiewający na trzy strony komputeropisu oraz parę innych świstków. W
sumie nie ma tego tak dużo, jak spojrzeć na to chłodnym okiem z
boku. Najwięcej szumu robi się wokół owianej przeróżnymi mitami
rozmowy kwalifikacyjnej, przez niektórych określanej - nieco na
wyrost - mianem egzaminu wstępnego. Strach ma wielkie oczy i ci,
którzy mają tę farsę dawno za sobą, z nieskrywanym politowaniem
spoglądają na młodych napalonych. Dobrze wiedzą, że to wszystko
fikcja i ostanie egzaminy to się zdawało na studiach magisterskich.
Nie chcą jednak młodym obrzydzać kariery doktoranta już na starcie.
Im też ktoś kiedyś pozwolił się sparzyć, więc dlaczego świeżo
upieczone mięso armatnie miałoby mieć lepiej/gorzej?

Na forum niczym grzyby po deszczu wyrastają nowe posty.
"Kierunek taki a taki tu a tu - warto się w to pakować? Doradźcie."
Takimi mniej więcej słowami debiutują nowe dusze na forum.
Są pełni zapału, wiary w siebie i innych, przekonani o swojej
wyjątkowości. U nieco bardziej doświadczonych i zniesmaczonych
życiem forumowiczów wzbudzają mieszankę współczucia i zazdrości.
"Wiem, że z tego, w czym teraz rzeźbię, może kiedyś powstać książka,
arcydzieło wszech czasów, więc mi nie podskakujcie!" - humor zdaje
się niektórych nigdy nie opuszczać.

Na jak długo starczy im powera? Czas pokaże. Czy raczej zweryfikuje.
Edytor zaawansowany
  • adept_ltd 27.08.08, 15:03
    hm, no smutne masz doświadczenia, tylko współczuć, ale, wiesz, nie wszyscy tak
    mają... gdybym tak miał myśleć o swoich świeżutkich doktorantach, to wolałbym
    się nakryć kocem i tam siedzieć... może kiedyś ci przejdzie, trzymam kciuki!
  • meiga 27.08.08, 15:48
    No właśnie eks, jakiś taki smutek wyziera z twoich postów...
    I przeświadczenie, że na studia doktoranckie, to właśnie idą sami przegrani: Ci,
    co się boją dorosłości, nie mają pomysłu na życie, mają za słabe kwalifikacje,
    żeby walczyć o najlepsze miejsca pracy, itp. Być może nieco uogólniam twoje
    wypowiedzi, ale Ty też stworzyłeś i co i raz to przywołujesz jakiś dziwny profil
    uczestnika studiów doktoranckich.
    Adept ma rację - po prostu, nie wszyscy tak mają, a ja bym powiedziała, że tak
    ma mniejszość i to taka, która raczej się wykruszy ze studiów prędzej czy później.
    A jeszcze a propos tego, czy będą z tych studiów książki... Cóż, na początku
    chyba każdy jest w pewnym sensie bezczelny i taki obraz sobie projektuje (któż
    by nie chciał być porywającym profesorem i autorem książek?), ale znowu życie
    wszystko weryfikuje i uczy pokory do wiedzy, nie tylko swojej, lecz innych.
  • osse 27.08.08, 16:45
    Witam. Odpowiem na post eksdoktoranta, bo jak widzą moje oczy, pije On między
    innymi do mnie.
    Powiem tak: z tych kilku postów, które przeczytałem w odpowiedzi na moje
    pytanie, więcej dowiedziałem się o doktorantach, niż wcześniej, czytając setki
    postów. To znaczy: stereotypy, powierzchowne osądzanie innych itp. Każdy jest
    inny, i projektowanie swoich własnych doświadczeń na cały świat więcej mówi o
    autorze a nie przedmiocie, o którym mówi. Wyobraź sobie, że będzie ze mnie
    dziwny doktorant, taki bez złudzeń i tego co Ty im przypisujesz.
  • flamengista 27.08.08, 19:05
    Oczywiście niesłusznie generalizujesz - studia doktoranckie czasem oferują
    przyzwoite warunki dla studiujących, jeśli nie finansowe, to przynajmniej naukowe.

    U nas jednak studia uruchamiano jak w filmach Barei - programu nie ma,
    prowadzących nie ma, chętnych promotorów nie ma, stypendiów nie ma (tak, nasi
    doktoranci będą traktowani jak normalni studenci - stypendium dopiero po
    pierwszym roku - max. 500-600 zł miesięcznie).

    Mimo to na te "atrakcyjne" studia zapisało się kilkadziesiąt osób.

    I czemu dziwić się profesorom, że takie studia otwierają? Skoro są zawsze
    chętni, by dać się wykorzystać...

    PS. nasi profesorowie mają "chytry" plan - chcą docelowo zastąpić asystentów
    doktorantami. Ciekawe ilu znajdą chętnych po paru latach tego eksperymentu. I na
    jakim poziomie;)
    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • adept_ltd 27.08.08, 20:31
    to trochę inna kwestia i postawiłbym ją z mniejszą dawką cienkiego cynizmu.
    Problemów jest kilka:
    1. system - to on promuje uczelnie z prawami doktorskimi i obecnie studiami
    doktoranckimi jako ciągiem dalszym studiów, więc wszyscy stają na głowie, a CKK
    nie zawsze interweniuje,
    2. system związany z finansami - opłaca się mieć takie studia, no i opłaca się,
    jak piszesz, zastępować asystentów doktorantami,
    3. nie wszędzie jest jednak tak, jak opisuje to Eks, no i nie miałbym jednak
    takiego jadu jak Eks względem tych, co są przekonani, że napiszą świetną
    książkę, przecież inaczej nie warto...
  • flamengista 28.08.08, 16:45
    Ale u nas oczekuje się, że doktoranci będą siedzieli w katedrach i robili za
    murzynów. Za friko.

    Jestem bardzo ciekawy, czy doktoranci pójdą na taki układ - a jeśli tak, to ilu
    i na jak długo.

    Powtarzam - sytuacja, gdy:
    a) doktorant dostaje marne (1000-1400 zł) stypendium - i pracuje na uczelni oraz
    prowadzi zajęcia;
    b) doktorant nie dostaje stypendium, ale nie bywa praktycznie na uczelni (bo
    pracuje gdzieś indziej)
    jest kiepska, ale jeszcze od biedy do przyjęcia.

    Natomiast u nas przeprowadza się ekstremalny eksperyment i bardzom ciekaw, co z
    niego wyniknie.
    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • pr0fes0r 27.08.08, 22:14
    U nas asystentów nie ma już od ładnych paru lat, są stypendia doktoranckie i
    system funkcjonuje bardzo ładnie. I w tym roku też na pewno po rekrutacji
    dołączy do nas parę świetnych osób z szansami na udaną karierę naukową.
  • adept_ltd 27.08.08, 22:19
    no są wyjątki, pamiętam za swoich czasów doktoranckich np. na UŚ prowadzono taką
    politykę, że przyjmowano doktorantów zgodnie z potrzebami zakładów i w zasadzie
    była to swego rodzaju oferta pracy...
  • flamengista 28.08.08, 16:49
    NIE BĘDZIE STYPENDIÓW DOKTORANCKICH!!!

    Na chwilę obecną stanowisko uczelni jest takie, że doktoranci to tacy sami
    studenci jak ci z licencjackich i magisterskich. Na stypendium za wyniki w nauce
    mogą liczyć dopiero po pierwszym roku. A u nas stypendia z tego tytułu to max.
    600 zł.

    Natomiast są wielkie oczekiwania, że ci studenci-doktoranci zaczną harować za
    free i zastąpią leniwych asystentów, którzy - o zgrozo - potrafią mieć własne
    zdanie i nie zgodzić się z Profesorem.

    Jest to więc sytuacja trochę dziwna.
    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • meiga 28.08.08, 20:19
    Powraca kwestia żywienia się doktorantów trawą :). Czasami, to już nic mi się
    nie chce nawet w tej kwestii dodawać, bo wygląda na to, że ani stypendiów nie
    będzie ani etatów asystenckich dla doktorantów. A przecież tu nie chodzi o to,
    że doktorant chce być utrzymankiem państwa - przecież i tak pracujemy, i tak
    prowadzimy zajęcia za darmo... Ja bym chętnie zamieniła te 1400zł ze zwykłego
    etatu plus pańszczyzna na rzecz uczelni na 1400 z etatu w macierzystej jednostce
    z przypadającą asystentowi liczbą godzin zajęć dydaktycznych.
  • carnivore69 28.08.08, 20:31
    Czym zatem kierownictwo programu doktoranckiego zamierza konkurowac z innymi
    uczelniami o zdolny narybek?

    Pzdr.
  • meiga 29.08.08, 00:01
    Chwałą samej możliwości pracy w najstarszym uniwersytecie w Polsce..., tym, że
    za otwarcie przewodu nie trzeba płacić z własnej kieszeni i że jak ktoś naprawdę
    jest zainteresowany, tym co robi, to nie rzuci tego tak od razu. Tak nam to
    tłumaczy czasem jakiś dobrotliwy profesor na pocieszenie. To są jednak,
    niestety, rzeczy niejadalne. A konkurencyjność uczelni państwowych w Polsce,
    zwłaszcza w humanistyce, jest z moich obserwacji, mizerna.

    Pewnie ma ta wypowiedź nieco smutny wydźwięk i trochę się zbliża do zdania
    eksdoktoranta o tym, że nie ma to jak być dobrze zarabiającym freelancerem,
    raczej z dala od studiów doktoranckich :). A jednak, jest to świadomy wybór,
    sposób na życie, inna kolejność priorytetów. Mówię tu o samym okresie studiów na
    razie. Pewnie za jakiś czas się okaże, czy zmieni się kondycja finansowa uczelni
    tudzież wytrzymałość doktorantów, bo obecny status quo nie potrwa długo bez
    szkody dla jakości kształcenia, badań i nauki w ogóle.
  • flamengista 29.08.08, 09:04
    Na UJ sprawa jest jasna. Możliwość robienia doktoratu na tej szacownej uczelni
    jest zaszczytem samym w sobie;) i nietaktem jest pytanie o jakiekolwiek
    pieniądze. Tak mi dano do zrozumienia w rozmowie ze skądinąd poważnymi ludźmi
    (dlatego nie skorzystałem z "okazji").
    Za rektora Ziejki władze rozwinęły tą myśl - również praca na UJ jest zaszczytem
    i nietaktem jest upominanie się o podwyżki. Rezultat? Dynamiczny rozwój
    humanistycznych kierunków na KSW i AGH, firmowanych przez ex-pracowników UJ.

    Co do mojej uczelni - nie mamy nawet takich "atutów". My reklamujemy się jako
    "największa uczelnia ekonomiczna w Polsce" - co moim zdaniem jest raczej
    antyreklamą (liczy się ilość, nie jakość).

    Nie mam pojęcia czym chcą przyciągnąć kandydatów, ale ponoć w tym roku nabór był
    udany. Mało tego, zgłosiło się ponad 40 osób na płatne, zaoczne doktoranckie
    (kosztują fortunę).

    Zapewne działa magia doktoratu z ekonomii i przekonanie, że ten papier daje od
    razu jeśli nie fortunę Kulczyka, to co najmniej stanowisko kierownika banku.

    Ale moim zdaniem to chwilowy sukces. Kluczowe będzie najbliższe pół roku. Jeśli
    studia będą dobrze przygotowane, promotorzy dyspozycyjni i zapewni się jednak
    jakieś sensowne stypendia - choćby po I roku - to może się uda.

    Ale na razie niewiele na to wskazuje. Chętnych do wzięcia doktorantów (mają być
    przypisani do konkretnych katedr i promotorów) na razie brak, o programie
    studiów nic nie wiadomo, tak samo o prowadzących... Marnie to wygląda.

    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • dalatata 29.08.08, 00:10
    ja mam wrazenie, ze tu regularnie podaje sie pisanie doktoratu jako Golgote,
    droge przez meke, chodzenie po rozrzazonych weglach i picie cieplego piwa.

    przeciez nikt nikogo nie zmusza. eks jest eks i fantastycznie. niech bedzie
    eksem i swoje mizantropie dokotranckie wyglasza. i spelnia sie w tym jak najlepiej.

    ludzie, wy nie musicie pisac dokotratow!!! naprawde! nie musicie tez pracowac
    naukowo!! caly swiat stoi otworem!!! i przestancie jojczec!!! dzizus, przeciez
    ja ciagle mam poczucie, ze was ktos zmusza - stoi taki profesur wiktur z pepesza
    i mowi:Iksie, doktorat albo smierc!!! tak nie jest!

    ciepnijcie to w pierony! nie piszcie! obazcie sie, pstanowcie pozbawic swiata
    waszych przemyslen!! zglosimy sie!!!

    albo i sie nie zlosimy, ku obopolnej uldze.
  • flamengista 29.08.08, 09:07
    Nie rozumiem po co te złośliwości;)

    Przecież to dalszy ciąg dyskusji nt. systemu nauki polskiej, w tym o zaletach i
    wadach studiów doktoranckich i asystentury.

    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • dalatata 29.08.08, 10:15
    zlosliwosci?! ja cale nie chcialem byc zlosliwy. tylko wskazalem, ze na tym
    forum cala masa dokotrantow jojczy. wskazalem tez juz jakis czas temu, ze
    dokotranci na calym swiecie maja pod gorke. pisanie doktoratu ziazane jest z
    niedogonosciami rowniez natury finansowej. i ja nie jestem pewien czy moi
    podopieczni tu w UK maja duzo czy w ogle lepiej niz wy w Polsce.

    i wreszcie, kazde z was pisze bo chce, nie dlatego ze stoi zboj Rumcajs i kaze.
    wiec jesli nie odpowiada, to zrezygujcie. i to jest rowniez, wedle mnie, powazny
    glos w debacie na temat pisania doktoratu.

  • adept_ltd 29.08.08, 10:30
    praca naukowa to nie tylko kwestia zdolności intelektualnych, ale także
    (przynajmniej w takim samym stopniu) predyspozycji psychicznych,
    osobowościowych. Tu się czeka na efekty długo bądź bardzo długo i często nie
    przychodzą. I z tego trzeba sobie zdawać sprawę, zawsze zresztą mówię to do
    swoich uczniów chcących zajmować się dalej nauką. Niecierpliwi, chcący
    natychmiast widzieć efekt swojej pracy raczej nie mają większych szans-chyba że
    na szybką frustrację
  • glosybaltyku 29.08.08, 12:01
    > zlosliwosci?! ja cale nie chcialem byc zlosliwy. tylko wskazalem, ze na tym
    > forum cala masa dokotrantow jojczy. wskazalem tez juz jakis czas temu, ze

    Bo pokutuje wszedzie postawa rozczeniowa. Wielu by chcialo dostawac 5000
    netto/mc stypendium za "bycie doktorantem". Czemu? Bo preciez sa zdolni, zawsze
    mieli swiadectwa z czerownym paskiem i im sie nalezy po prostu. O rozliczaniu
    wynikow pracy oczywiscie nie powinno byc mowy, bo to przeciez sa badania,
    "wielka nauka", praca umyslowa, raz sie ma natchnienie (ale czesciej nie ma).
    Jesli ktos idzie na STUDIA doktoranckie, to jest STUDENTEM. Dydaktyka jest
    PRAKTYKA ZAWODOWA. Stypendium wysokosci 1000 zl jest jak narbardziej OK. Jak
    ktos nie moze sie dalej utrzymywac w stanie studenckim, zawsze moze robic
    doktorat zaocznie, ale wiadomo, ze to tanie nie jest. Jojczenie na rzekomo zla
    sytuacje doktorantow jest wiec dosc bezczelne.
  • meiga 29.08.08, 12:28
    Glosybaltyku, na moim wydziale stypendium w wysokości 1000 nie dostaje nawet 10%
    studentów z wszystkich lat, a reszta nie dostaje go WCALE. Więc o jakich
    roszczeniach finansowych doktorantów Ty mówisz????
    I jakie to jest "jojczenie", że za dobrze wykonaną pracę ktoś chce dostać
    pieniądze w ogóle? Widzę, że nie tylko na UJocie jest nietaktem mówienie o nich,
    najlepiej po prostu uznać, ze ta sytuacja jest normalna. A nie jest. I Dalatato,
    naprawdę, są kraje europejskie, w których lepiej jest sprawa studiów
    doktoranckich rozwiązana. Jako przykład podam tu Hiszpanię: jasny program
    przedmiotów obowiązkowych, kadra profesorska desygnowana do prowadzenia zajęć na
    długo przed rozpoczęciem roku akademickiego, stypendium dostaje się już od
    pierwszego roku na podstawie wyników ze studiów magisterskich (i nie chodzi tu o
    jakąś szalenie wysoką średnią).
    Dalatato, może jednak uchylisz rąbka tajemnicy jak to wygląda w UK? W moim
    odczuciu będzie to bardziej rzeczowe i pożyteczne w tej dyskusji niż mówienie o
    jojczeniu :).
    Pozdrawiam
  • dalatata 29.08.08, 13:04
    na studiach dokotranckich jestesmy studentami. wiec nie wykonujemy pracy. ja nie
    mam pojecia co to znaczy ze sytuacja jest normalna. nie uwazam bowiem ze ludzie
    podejmujacy studia doktoranckie powinni dostawac pieniadze, bo niby za co? jesli
    pracuje, to znaczy prowadzi zajecia pownien miec za to placone. choc w UK od
    dokotrantow oczekuje sie pewnej ilosci zajec 'za darmo'.

    w UK nie spotkalem sie ze studiami doktoranckimi. u mnie na uczelni wyglada to
    tak, ze albo sie placi za zrobienie doktoratu (sa tacy - rzadko), albo sie
    dostaje zwolnienie z oplat - nie wiem ile takich jest, albo sie dostaje
    stypendium (o to trzeba konkurowac w puboicznych konkursach) - raczej rzadkosc a
    uni ostatnio wycofuje sie z tego.

    dostajac sytpendium, w wysokosci okolo 800 funtow miesiecznie (chyba i jest to
    nieopodatkowane o ile sie orientuje), a zatem kokosy to nie sa (w Londynie
    pewnie jest wiecej, ale tez ceny sa szalencze), zobowiazujemy sie do
    niepodejmowania innej pracy tylko zapieprzania z doktoratem. co nie znaczy ze
    wszyscy koncza w przepisowych 3 latach plus ewentualnie 1.. jednak coraz wieksza
    bedzie na to presja, bo wlasnie sa nowe przepisy i osoba kotra nie skonczyla w 4
    lata nie liczy sie do dorobku uczelni.

    ogolnie rzecz biorac zatem jakos nie sadze zeby polscy dokotranci mieli jakos
    szczegolnie pod gore.
  • adept_ltd1_net 29.08.08, 13:12
    mniej więcej tak jak piszesz, było u nas gdzieś do 94 roku. Np. na Wydziale
    Filologicznym UJ było 15 miejsc na roku, część dla językoznawców, część dla
    literaturoznawców i były stypendia. I myślę, że to miało sens. Później się
    pochrzaniło, jak MEN zaczął uzależniać dotacje od ilości doktorantów, no a
    teraz, jak to się stało po prostu studiami - klapa. Studia doktoranckie to
    obecnie studia i decydujący się na to dorośli ludzie wiedzą o tym. Jeśli
    prowadzą zajęcia, to dostają za to pieniądze na umowę-zlecenie i tyle. Problem
    leży w braku etatów asystenckich, ale to inna historia.
    --
    na innych forach adept_ltd
  • meiga 29.08.08, 15:51
    Dalatato, nie można powiedzieć, że na studiach doktoranckich jesteśmy nadal
    studentami. Po pierwsze, studenci studiów magisterskich mają o wiele większe
    szanse dostać stypendium naukowe niż my. Po drugie, studentów studiów
    magisterskich często dofinansowują rodzice. Po trzecie, studenci studiów
    magisterskich, głównie z racji wieku, rzadko zakładają w tym czasie rodziny,
    doktoranci prędzej. Na legitymację doktorancką jedyną ważną zniżką ma się na
    bilet miesięczny komunikacji miejskiej. Chętnie się zrzeknę tego przywileju, jak
    również rzekomego statusu studenta, za etat asystencki.
    Owszem, kilka godzin zajęć tygodniowo prowadzimy nieodpłatnie, kilka odpłatnie.
    Na miesiąc wychodzi 500zł, a uczelnia płaci w 4 transzach w ciągu roku. Godzin w
    sumie jest tyle, co ma asystent na etacie. I to jest dla mnie sytuacja
    nienormalna. Moja praca naukowa poza zajęciami też jest pracą, jest wkładem w
    rozwój jakiejś dziedziny. Dlaczego nie uznawać tego za godne zapłaty?
    Nie wiem, jaka jest twoja wizja robienia doktoratu, skoro uważasz, że nie
    powinno się dofinansowywać doktorantów (jeśli już nie jest możliwe
    zaproponowanie im etatu asystenta czy choćby lektora).
    Czy doktorantami powinni zostawać Ci, których po studiach magisterskich nadal
    mogą wspierać finansowo rodzice/małżonkowie?
    Czy może doktoranci powinni rano prowadzić zajęcia, po południami sprzedawać
    marchewkę, a nocami zajmować się doktoratem (pozbawiając się tym samym także
    kontaktu z najbliższymi osobami)?
    Czy może zredukować ten handel marchewką do minimum, za to żyć na cienkiej zupie
    od 1 do 1?
    To jest w pewnym sensie przekleństwo tych studiów - jestem studentem, a jakobym
    nie był.
  • adept_ltd 29.08.08, 16:18
    o tym, że jest się studentem nie decyduje to, o czym piszesz, tylko ustawa, w
    świetle której studia doktoranckie są dalszym etapem studiów (i z tym można
    dyskutować). Oczywiście, doktoranci są robieni w konia w związku z tym, o czym
    piszesz, ale trzeba się domagać prawego uregulowania tej sprawy.
    Rozwiązaniem jest ograniczona i konkursowa liczba miejsc z przyzwoitymi
    stypendiami, a reszta studiuje i pisze na własny rachunek.
  • niewyspany77 29.08.08, 16:21
    Wiem ze to niepopularne, ale poki beda chetni to tak bedzie. Rynek pracy oferuje
    duzo wiecej mozliwosci w ktorych mozna sie realizowac, niz studia doktoranckie.
    Na pocieszenie Ci powiem, ze szanse na pracy na uczelni typowy doktorant ma
    jeszcze mniejsze, niz na stypendium dr lub asystenture.
    Dziwi mnie skadinad jak tak inteligentni ludzie jak doktoranci moga sie dawac
    robic w bambuko. Przeciez obecnie studia dr, a juz humanistyczne w
    szczegolnosci, to czystej wody samoboj.
  • dalatata 29.08.08, 16:24
    alez ja to wszystko rozumiem. i dlatego jestem zwolennikiem etatow asystenckich
    i nie widze wielu zalet studiow doktoranckich.

    ja zupelnie nie widze, dlaczego za robienie dokotratu nalezy komukolwiek placic.
    na rzecz kogo jest to praca? uniwersytetu? dlaczego? natomiast, jesli prowadzisz
    zajecia, nalezy za to zaplacic, nie mam z tym problemu wiekszego.

    natopmiast jest rzeczywiscie pytanie, co robic. wedle mnie powinny byc normalne
    etaty asystenckie. natomiast, ci ktorzy chca robic dokotraty w ramach studiow
    doktoranckich, mysle ze powinni sie sami utrzymywac. natomiast jesli sa
    uniwersytety ktore z jakichs wzgledow chca przyciagnnac dokotrantow, no to musza
    sie liczyc z tym ze trzeba im za to zaplacic. i pewnie UJ nie bedzie w takiej
    sytuacji, a Opole bedzie. no ale life is brutal and full of zasadzkas.

    wiem, to najprawdopodobniej oznacza, ze na UJ beda ludzie ktorych stac na to
    zeby dokotryzowac sie i pracowac, lub maja inne zrodlo dochodow. no ale jak sie
    cchce pelnej rownosci to trzeba do korei pn.
  • carnivore69 29.08.08, 17:47
    Istnieja kierunki, na ktorych na luksus nieplacenia stypendiow doktorantom nie
    pozwalaja sobie Chicago czy Stanford.

    Pzdr.
  • dalatata 29.08.08, 17:51
    dokladnie tak! a do tego trzeba wziac pod uwage ze w UK zamyka sie departamenty
    nauk scislych (chemia w Essex na przyklad odbila sie tzw. echem), nie mowiac o
    lingwistyce w East Anglia (slynny bardzo departament). zamyka sie bo nie ma na
    nie pieniedzy - nikt tam nie bedzie placic nikomu za robienie doktroatu.
  • meiga 29.08.08, 18:09
    No właśnie - life is brutal - stan posiadania rodziców nijak się ma do
    inteligencji potencjalnego doktoranta. Etatów asystenckich w ilości adekwatnej
    do ilości doktorantów nie ma realnej szansy utworzyć, choć można by o kilka
    zwiększyć prawie wszędzie (jeśli zliczyć wszystkie godziny dydaktyczne
    realizowane przez doktorantów plus liczne nadgodziny pracowników - to przypadek
    naszego instytutu). Mogliby mniej studentów przyjmować, ale wtedy mniej kasy z
    Ministerstwa przyjdzie dla Wydziału. I koło się zamyka.
    A dlaczego tych studiów nie rzucam? Bo szczerze podoba mi się to, co robię - i
    "grzebanie" przy doktoracie, i prowadzenie zajęć ze studentami i to podobanie
    jest o wiele silniejsze od ekonomicznych przeciwności.
  • dalatata 29.08.08, 18:18
    i gratuluje tego wyboru, bez przekasu i zlosliwosci. mnie kiedys proponowano
    prace w biznesie. na poczatek to byla 3 razy wyzsza pensja niz wtedy mialem.
    zrezygnowalem, bo wole to co robie (tak, pensja angieslka jest inna niz polska).

    ja bym jednak zachecal do rezygnacji z dlubania, grzebania itd. zachecalbym od
    wziecia sie do roboty, intensywnej! bo doktorat to nie jest opus magnum. to jest
    praca na stopien. i tylko tyle (oraz az tyle). zycie po dokotracie jest
    ciekawsze i przyjemniejsze. nie mowiac juz o zyciu profesorskim (ale na to
    jeszcze ma pan czas).

  • meiga 30.08.08, 01:24
    Dziękuję :). I racja z tym grzebaniem. Zresztą, mój promotor też mi już raz
    powiedział, że przez artykuły i konferencje wielu doktoratów nie napisało.
    Wzięłam to sobie do serca i zmierzam coraz bardziej do meritum pracy. Także
    dlatego, że mam świadomość tego, że dużo więcej można zrobić po doktoracie, a
    tym bardziej po habilitacji.
    Pozdrawiam
    (P.S. Jestem dziewczyną, aczkolwiek czasem mówię/piszę o sobie w rodzaju męskim
    na przekór zbyt ortodoksyjnym teoriom genderowym.)
  • eksdoktorant 29.08.08, 12:52
    meiga napisała:

    > No właśnie eks, jakiś taki smutek wyziera z twoich postów...
    > I przeświadczenie, że na studia doktoranckie, to właśnie idą sami
    > przegrani: Ci,
    > co się boją dorosłości, nie mają pomysłu na życie, mają za słabe
    > kwalifikacje,
    > żeby walczyć o najlepsze miejsca pracy, itp. Być może nieco
    > uogólniam twoje
    > wypowiedzi, ale Ty też stworzyłeś i co i raz to przywołujesz jakiś
    > dziwny profil
    > uczestnika studiów doktoranckich.

    Może i przywołuję, ale czy to ja wykreowałem taki a nie inny obraz
    doktoranta na tym forum? Jeszcze na długo zanim zacząłem się tu
    udzielać (wcześniej byłem jedynie biernym czytaczem), forumowicze
    utyskiwali, że:
    - nie ma kasy, nie ma kasy i jeszcze raz: nie ma kasy (czyli jemy
    trawę);
    - etatów albo nie ma, albo są przydzielane wg bardzo niejasnych
    kryteriów (patrz niżej);
    - nepotyzm ma się świetnie, czyli promujemy córeczki i zięciów;
    - nie było czasu na pisanie, termin minął, ubezpieczenia już nie ma
    i trzeba się przeprosić z pośredniakiem;
    - na studia doktoranckie przychodzą osoby przypadkowe (a nie
    najlepsi absolwenci);
    - dla wielu to ucieczka przed bezrobociem
    - na uczelniach jest cała masa patentowanych leni vel cwaniaczków
    alias kombinatorów;
    - skostniała geriatria podcina skrzydła młodym ambitnym.
    Cała masa postów, w których dało się wyczytać, że doktoranci na
    każdym kroku mają pod górkę i że nie mogą sobie pozwolić na normalne
    życie. Z wieloma wypowiedziami musialem się zgodzić, ale starałem
    się też ukazać jaśniejszą stronę tej imprezy, jak chociażby
    możliwość zawodowego rozkręcenia się korzystając ze statusu
    doktoranta, ubezpieczenia, itd., bo nie każdy ma ochotę zakładać
    działalność tuż po studiach albo iść do pracy na etacie.

    flamengista napisał:

    > U nas jednak studia uruchamiano jak w filmach Barei - programu nie
    > ma,
    > prowadzących nie ma, chętnych promotorów nie ma, stypendiów nie ma
    > (tak, nasi
    > doktoranci będą traktowani jak normalni studenci - stypendium
    > dopiero po
    > pierwszym roku - max. 500-600 zł miesięcznie).
    >
    > Mimo to na te "atrakcyjne" studia zapisało się kilkadziesiąt osób
    > PS. nasi profesorowie mają "chytry" plan - chcą docelowo zastąpić
    > asystentów
    > doktorantami. Ciekawe ilu znajdą chętnych po paru latach tego
    > eksperymentu. I na
    > jakim poziomie;)

    No rzeczywiście, superatrakcyjne te studia. Niewiele niższe
    stypendium za wyniki w nauce dostawałem na drugim czy trzecim roku
    studiów (bynajmniej nie doktoranckich). Tylko wtedy miało się inne
    potrzeby i przede wszystkim było na utrzymaniu rodziców.
    Ciekawe, kogo ma przyciągnąć ta „kusząca” oferta.
    Nie obraź się, ale zdaje się, że władze uczelni zabrały się za
    sprawę, za przeproszeniem, od dupy strony. Skoro ludzie i tak mają
    źle, to dlaczego nie można zrobić im jeszcze gorzej. To musi odbić
    się czkawką. Kto na tym straci? Studenci!* Pal licho wielkie badania
    naukowe (które też ucierpią), ale wyższe uczelnie mają chyba też
    (przede wszyskim?) zajmować się kształceniem młodych ludzi.
    Ciekawe, czy mądre głowy na Twojej uczelni pójdą o krok dalej i
    asystentów przeniosą na „studia” doktoranckie. Tak, tak, znany jest
    mi przypadek, gdzie tak właśnie zrobiono. To jest dopiero bandytyzm!
    Miałeś sobie posadkę na uczelni, a tu raptem dowiadujesz się, że od
    jutra (no, może od przyszłego semestru) stajesz się – łał! –
    doktorantem; nieważne, jaką miałeś sytuację życiową. Oczywiście
    możesz zrezygnować...

    Piszecie o żywieniu się trawą, a przecież młody szanujacy się
    człowiek zazwyczaj wymaga od życia więcej niż wegetacji. Na chlebek
    zawsze pieniądze się znajdą (do tego nie trzeba być doktorantem ani
    w ogóle mieć ukończonych studiów, ba, bez matury też się obejdzie),
    ale chyba większość ludzi ma wyższe ambicje, niż tylko się najeść do
    syta. Ludzie mają różne potrzeby/pragnienia, nie tylko natury
    duchowej. M.in. po to się chyba człowiek uczy, żeby mieć lepiej w
    życiu. Nie każdemu odpowiada asceza.

    *O tym niebawem w nowym wątku.
  • eksdoktorant 29.08.08, 13:23
    Po pierwsze, doktorant nie jest studentem, zapamiętaj to sobie raz
    na zawsze. Chyba że miałeś na myśli tzw. wiecznych studentów (to
    raczej kwestia charakteru niż statusu), udających, że robią doktorat.

    Po drugie, nie masz prawa nikomu mówić, że ma wegetować za 1000 zł
    (inna sprawa, że to nawet na wegetację może nie starczyć). Jak Ci to
    odpowiada, to sam sobie pożyj za takie pieniądze.
    I czy naprawdę nie rozumiesz, że właśnie głównie dzięki braku kasy
    jest, jak jest? Nie słyszałeś nigdy, że jaka płaca, taka praca?
    A argument, że prowadzenie zajęć dydaktycznych to "praktyki", też
    mnie nie rusza. To są często te same zajęcia, które dawniej
    prowadzili asystenci, czyli pracownicy etatowi!!!
    No dobrze, przyjmijmy, że wg Twojej klasyfikacji doktorant to jednak
    student, a prowadząc zajęcia odbywa jedynie praktyki. Rozumiem, że
    nie będziesz mieć nic przeciwko, żeby taki "student" nawiązywał
    bliższe kontakty ze studentkami, z którymi ma zajęcia, specjalnie
    się z tym nawet nie kryjąc. Przecież są takimi samymi studentami. :)

    Po trzecie, ja bym akurat nie chciał dostawać 5000 za samo bycie
    doktorantem - np. takim, jakim byłem na pierwszym roku, gdy nie
    miałem przydzielonych zajęć, pracowałem gdzie indziej i na uczelni
    pojawiałem się bardzo sporadycznie. Źle bym się z tym czuł,
    naprawdę. I jeśli tak ma wyglądać bycie doktorantem, to rzeczywiście
    nic się za to nie należy, tylko w ten sposób błędne koło się zamyka
    i nasuwa pytanie, po co komu takie studia doktoranckie.
    Co innego, gdyby te 5000 miano płacić za przeprowadzenie określonej
    ilości zajęć (poprzedzone rzetelnym przygotowaniem!), napisanie i
    wygłoszenie czegoś tam, itd.
  • meiga 29.08.08, 15:56
    I tutaj się, eksie, z Tobą zgadzam :).
  • dalatata 29.08.08, 16:29
    1. dokotrant jest studentem, bo tak mowi ustawa, jak slusznie poweidzial adept.
    2. jak sie nie podoba wegetacja za 1000 zl, zawsze mozna isc do pracy za 5, 10,
    40 tysiecy. nikt nikogo nie zmusza do robienia doktoratu.
    3. j.w.

    a ton rozdzierania szat i wyrywania wlosow na mnie zupelnie nie dziala.
  • eksdoktorant 29.08.08, 16:51
    dalatata napisał:

    > 1. dokotrant jest studentem, bo tak mowi ustawa

    To dla mnie żaden argument. Jest cała masa bzdurnych ustaw, którymi
    można się podetrzeć.
    Już lepszym wyznacznikiem od jakiejś badziewnej ustawy jest owa
    magiczna granica 26 lat, po przekroczeniu której trzeba płacić ZUS
    jak biały człowiek.
    Ktoś wyżej pisał, że będąc takim "studentem" drugiej kategorii nie
    ma się nawet zniżek na pociąg.
  • dalatata 29.08.08, 17:09
    no to moze sie pan tylko cieszyc ze pan zrezygnowal z tej katorgi, wyzysku
    czlowieka przez czlwoieka, bo przeciez to ludzie ludziom zgotowali ten los.
  • flamengista 29.08.08, 16:40
    Powtarzam - sam nie wierzę, by docelowo takie studia były atrakcyjne. Przyszedł
    pierwszy narybek i zobaczymy, co z tego wyniknie.

    Ja się na razie nie martwię, bo asystentem będę jeszcze stosunkowo niedługo. I -
    przynajmniej na razie - szef wiąże z moją osobą przyszłość zakładu. Więc pewnie
    wskoczę na adiunkta (po uczciwym konkursie, rzecz jasna;)

    Ale chyba jednak przesadzasz z tą zamianą asystentury na studia doktoranckie. Z
    tego co się orientuję zrobiono to na jednej uczelni w mniejszym mieście, a
    asystenci dostali z urzędu stypendium (marne, ale i tak ponad 1000 zł).

    Po prostu docelowo pewnie znikną asystentury dla magistrów, a pojawią się dla
    doktorów.
    --
    - A pan jakiego jest wyznania?
    - Urodziłem się w rodzinie żydowskiej, ale z czasem przeszedłem na narcyzm.
  • eksdoktorant 29.08.08, 17:01
    flamengista napisał:

    > Ale chyba jednak przesadzasz z tą zamianą asystentury na studia
    > doktoranckie. Z
    > tego co się orientuję zrobiono to na jednej uczelni w mniejszym
    > mieście

    Ja znam taki przypadek "przenosin" na pewnej państwowej uczelni w
    bardzo dużym mieście. Efekt? M.in. taki, że co
    poniektórzy "szczęśliwcy" przestali się pojawiać na uczelni, w
    grafiku jednak ich zajęcia widniały.

    > Po prostu docelowo pewnie znikną asystentury dla magistrów, a
    > pojawią się dla
    > doktorów.

    I co, cieszyłbyś się, gdyby Cię to dotknęło, bo urodziłbyś się parę
    lat później?
    A dla doktorów to jest adiunktura, a nie asystentura. Zwłaszcza przy
    tak śmiesznie niskiej górnej granicy widełek dla asystenta.
  • adept_ltd 29.08.08, 17:08
    jak już kiedyś była mowa, bycie doktorem nie jest automatyczną przepustką do
    adiunktury, prościej w związku z tym, co piszesz, jest domagać się zmiany
    widełek (co nb gwarantuje nierealizowana ustawa!)
  • adept_ltd 30.08.08, 09:11
    i to się nazywa postęp!!!
  • matmis 30.08.08, 10:36
    > "Wiem, że z tego, w czym teraz rzeźbię, może kiedyś powstać książka,
    > arcydzieło wszech czasów, więc mi nie podskakujcie!" - humor zdaje
    > się niektórych nigdy nie opuszczać.
    >
    > Na jak długo starczy im powera? Czas pokaże. Czy raczej zweryfikuje.

    Tyle ci powiem, że po paru latach, na pytanie "jak tam twój doktorat" odpowiadam
    znajomym "ale ten zwykły czy honoris causa?!". Tak więc humor mnie nie opuścił :-)
  • bumcykcyk2 30.08.08, 19:11
    Ma Pan jak zwykle świetne samopoczucie, pokrzykując ochoczo, że jak
    ktoś nie chce być białym Murzynem w Europie i tyrać za grosze, to
    może sobie iść gdzie chce w cholerę i nie zakłócać spokoju
    szacownych profesorów obrzydłym jojczeniem.

    Czy zastanowił się Pan jednak kiedyś, kto Panu przyjdzie do roboty,
    która jest ciężka, wrednie pracochłonna, no i gratisowa, jeśli
    chodzi o wynagrodzenie? Pewnie uważa Pan, że bogaci z domu
    przyjdą... pasjonaci także... i jakoś to wszystko będzie się kręcić.
    Otóż na podstawie krajowych obserwacji od 1989 roku od śmiem
    twierdzić, że NIE BĘDZIE!

    1. Bogaty z domu ma zazwyczaj MILION LEPSZYCH POMYSŁÓW NA ŻYCIE niż
    ciężka harówka naukowa. Gdybym ja był bogaty z domu, na pewno nie
    poszedłbym w naukę, tylko np. został instruktorem kite-surfingu,
    właścicielem pensjonatu w urokliwej części świata, być może
    bankierem, a być może utracjuszem i pijakiem. Ale na pewno nie
    naukowcem!
    2. Wie Pan kto dziś przychodzi na uczelnie robić doktorat? Czytał
    Pan przecież wątki na ten temat...
    - latorośle dzisiejszych "profesurów", holowane już od pierwszego
    roku studiów (mało, ale b. widoczni i rozpoznawalni)
    - miernoty bez pomysłu na życie (coraz więcej, niestety...; w tym
    silna grupa Pań, których dorobek naukowy stanowi rodzenie kolejnych
    dzieci i urlopy wychowawcze)
    - ludzie sukcesu z zewnątrz, którym potrzebny jeszcze tytuł dla
    prestiżu, bo kasę mają (ci przychodzą coraz rzadziej)
    - no i Pana ulubieni pasjonaci, których jednak coś ostatnio jak jak
    lekarstwo...
    3. Efekt tego wszystkiego jest taki, że jakość nauki w Polsce
    DRAMATYCZNIE SPADA, bo ci naprawdę najzdolniejsi po prostu nie chcą
    się nią zajmować, a dzieje się tak Z POWODÓW EKONOMICZNYCH, których
    znaczenie uparcie i z oślim uporem Pan deprecjonuje
    4. Patologie opisane przez flamengistę i innych dyskutantów jeszcze
    potęgują stan rzeczy, w którym krajowa nauka staje się zakisłym
    stawem, w którego środku dostojnie pływają stare przerośnięte karpie
    (profesura), na obrzeżach żerują coraz bardziej bezzębne szczupaki w
    wieku średnim (chałturzący adiunkci bez habilitacji), a cały młody
    narybek stanowią niejadalne cierniki i grupka leszczy szybko
    pożeranych przez inne ryby.
    5. Przepraszam za brutalność, ale ZA DARMO TO MOŻNA W ŻYCIU DOSTAĆ
    KOPA W DUPĘ! Łaskawie bym prosił, aby raczył Pan przyjąć ten smutny
    fakt do wiadomości. Pozdrawiam
  • dalatata 30.08.08, 20:16
    hmmmmm, bede ostrozny i bardzo do rzeczy, bo admin na mnie ciety i znow pojdzie
    na swoje ulubone forum. ....o mym samoppoczuciu nie bede wiec pisac.

    1. staralem sie wykazac ze polscy dokotranci nie sa bialymi Murzynami, rozumiem,
    ze odrzuca to Pan, ale prosze mi to zatem udowodnic, a nie wkladac w
    presupozycje swojego zdania. moze jestem nudny, ale nie jestem kompletnie
    pozbawiony intelignecji, prosze jej nie obrazac. a zatem jeszcze raz: doktoranci
    ogolnie (rowniez tu: w UK) maja pod gorke i to sie raczej nie zmieni.

    2. na pewno sie pan zdziwi, ale rowniez robilem dokotrat. i jako ze musialem
    dorabiac, pracowalem nad nim codziennie miedzy 21 a 2 rano (a jako ze to robilem
    codziennie zlozylem prace w 18 miesiecy po skonczeniu studiow). ale nie mam
    ochoty na kombatanctwo, jednak prosze mi nie mowic jaka to ciezka praca.
    zakladam jednak ze doktorant chce ja wykonywac i robi to co lubi. jak nie lubi,
    to niech zmieni tytul, promotora, albo zrezygnuje i nie zawraca glowy.

    3. nie mam poejcia kto bedzie pisac doktoraty. ja uwazam ze glownie powinno sie
    to robic w ramach asystentury. reszta powinna placic, a absolutnie
    najwybitniejsze jednostki powinny dostawac stypendium. na powszechne placenie
    doktorantom, uwazam, nie stac wielu krajow. uwazam zreszta ze byloby to
    marnowaniem pieniedzy.

    4. jakosc nauki spada w Polsce z roznych powodow i, wedlug mnie, nie sa to
    powody finansowe, a z epwnoscia nie maja one nic wspolnego z finansowaniem
    dokotrantow. jako ze poczucie tematycznosci admina jest inne niz moje, nie bede
    pisal dlaczego spada jakosc nauki (mamna ten temat dosc wyrobione zdanie).

    5. gdybym ja byl potomkiem bogatej rodziny, tez bym poszedl w nauke, bo mnie to
    naprawde kreci. tak totalnie zajebiscie kreci. moja praca to moje glowne hhobby
    - roznimy sie tutaj dosc znacznie.

    6. alez prosze bardzo, nie przeszkadza mi brutalnosc. odpowiem jednak brutalnie:
    prosze przestac myslec o sobie, jako o soli ziemi, wybitnej jednostcce, ktora
    robi wielka laske krajowi i swiatu robiac doktorat. i wszyscy maja pasc na
    ziemie i krzyczec, bumcyku, bumcyku, dziekujemy ci za twoj wysilek intelektualny
    i sowicie cie za niego wynagrodzimy. a zatem prosze sie wziac do roboty i
    skonczyc z wiecznym zagladaniem we wlasny pepek i konstatowaniem, ze jednak jest
    niedoplacony. jest i bedzie. i to jest fakt zycia. wiec moze sie pan z tym nie
    zgadzac, ale to jest tylko i wylacznie pana sprawa.
  • bumcykcyk2 30.08.08, 21:08
    Hmmmm, thx za długą odpowiedź, ale... znowu z góry przepraszam...
    ględzi Pan po profesorsku że tak powiem, czyli rozwlekle i wokół
    tematu.

    1. Pan robił doktorat w Polsce za schyłkowej komuny. Były to z
    deczka inne czasy i owszem kokosów w nauce nie było, ale nie było
    też "kolorowego zawrotu głowy" jaki daje kapitalizm i jego 1 000 000
    możliwych innych ścieżek kariery niż ta naukowa. Co począłby Pan
    dzisiaj jako ambitny młody człowiek z mocarną kiepełe, wybaczy Pan,
    ale nie wiemy. Nawet jeśli umiłowanie nauki ma Pan w genach, być
    może nie wylądowałby Pan jednak na zabiedzonej uczelni państwowej
    wzgl. w paranaukowej prywatnej fermie kurczaków tylko np. jako
    ekspert-analityk w jakimś think tanku np. u Kolarskiej-Bobińskiej
    itp. Dziś, jako syty profesor może Pan sobie zaklinać rzeczywistość
    i twierdzić, że pisałby nocami doktorat po ciężkiej pracy glazurnika
    w dzień... ja w to po prostu nie wierzę

    2. Liczni dyskutanci na forum wielokrotnie w różnych wątkach starali
    się Panu wytłumaczyć fakt, że co innego jest "mieć pod górkę" w UK,
    a co innego w PL. 800 funtów poza Londynem coś tam znaczy, 800
    złotych czy zgoła 0 złotych znaczy w PL mniej więcej tyle samo,
    czyli zero właśnie.

    3. Jak rozumiem, rozmawiamy o kształceniu młodego narybku kadry
    naukowej, a nie o ludziach, którzy chcą mieć dr przed nazwiskiem
    jako kwiatek do kożucha. Ci drudzy niech płacą za doktorat ile
    wlezie, z tym się zgadzam. Natomiast nie ma dziś w Polsce ścieżki
    kariery dla rodzynków, które rokują na prawdziwych naukowców. Studia
    doktoranckie - również dzienne, ze stypendium- to nieporozumienie.
    Nie można na siłe wtłaczać dorosłych ludzi w gorset późnych
    studentów z trzydziestką na karku, bez zus-u, uprawnień
    pracowniczych, widoków na przyszłość, no i bez rozsądnych pieniędzy.
    Popieram instytucję asystentów, podobnie jak Pan zresztą, ale tychże
    od dawna się nie powołuje (no chyba że w wymiarze karykaturalnym,
    czyli doktorów-asystentów). Pan mówi, że z człowieka przeczołganego
    na gratisowym stypendium doktoranckim może będzie naukowiec. Ja
    mówię, że on prędzej ucieknie niż doczeka się stopnia doktora i
    etatu na uczelni.

    4. Nie jestem solą ziemi, doktorat dawno zrobiłem, mam jeszcze parę
    innych zawodów z których zawsze nieźle wyżyję, więc opisywany
    problem mnie nie dotyczy. Ale w przeciwieństwie do Pana nie uznaję
    siebie samego za wykładnię wszechrzeczy i nie lewituję w
    przestworzach nie dostrzegając skrzeczącej rzeczywistości. Dzisiaj
    mamy na uczelniach zasiedziałą profesurę, która zostawia za sobą
    pole spalonej ziemi, bez nowej sensownej kadry i bez widoków na tę
    kadrę. W przeciwieństwie do Pana, uważam, że jest to wielki problem.

    5. Nie jest Pan bynajmniej nudny, jak Pan raczy sugerować, tylko po
    prostu bezbrzeżnie uparty. W nauce jest to cecha chwalebna, podobnie
    jak np. egocentryzm w show biznesie, ale na tym forum upraszałbym
    jednak Pana o wieksze wsłuchanie się nie tylko we własny przepiękny
    baryton ;-)
  • dalatata 30.08.08, 21:29
    ja wiem, ja gledze, ale pan dluzsze posty pisze :-) a skoro sie nie zgadzamy to
    to ja rozwlekle i wokol tematu - a potrafi pan to wykazac?

    1. wypraszam sobie, dokotrem zostalem w 'wolnej Polsce'.

    2. otoz wiemy prosze pana, bo takie mozliwosci pojawily sie tutaj i nie tylko.
    mnie to kreci, prosze pana, ja wiem ze panu trudno to zrozumiec. MOJA PRACA TO
    MOJE HOBBY.

    3. naprwde tak mi tlumaczyli? prosze pana te 800 funtow miesiecznie maja wyjatki
    (przez trzy lata). wiekszosc nie ma nic, ale tez nie placi nic. mniejszosc placi
    czesne i sie utrzymuje. czy moze jeszcze raz wyjasnic?

    4. mnie jest trudno sie wypowiedziec na temat czy jest czy nie ma sciezki.
    najlepsza moja studentka ma asystenture (nie, nie jest kuzynka (tu prosze sobie
    wstawic dowolna etykiete) moja ani dziekana) - system zadzaial niezle. juz
    powiezdialem: jednostki wybitne powinny byc albo asystenatmi lub miec
    stypendium. rozumiem tez ze wszyscy narzekajacy na forum to takie rodzynki, czy tak?

    5. eee tam, po co ta zlosliwosc? ja bynajmniej nie uwazam sie za osoboe
    wszechwiedzaca, ani wszechmadra. mnie irytuje ciagle narzekanie. miedzy innymi
    dlatego, ze widze dokola doktorantow ktorzy glownie narzekaja, ale zeby cos
    popracowac, to nie ma chetnych. ciezko pracuja wyjatki.

    swoja droga ciekawe czy ktos ma dane na temat w jakim czasie ludzie koncza
    dokotraty. chetnie sie zaloze, ze ludzi konczacych w trzy lata jest jak na
    lekarstwo, a takich pracujacych ciezko i wytrwale 10 bedzie cala masa. sam znam
    kilku. ale ja wiem......pod gorke maja i nikt ich nie wspiera finansowo.

    6. co do splesnialej profesury, to akurat tu sie zgadzam. nie wiem jak sie oni
    maja to leniwych dokotrantow. wielokrotnie jednak pisalem o tym, ze profesrue
    nalezy przewietrzyc.

    7. no wiem, skoro nie mozna mnie przekonac, to nalezy powiedziec, ze jestem
    zadufany w sobie. ja przyznaje racje, prosze pana, tylko daj mi pan argument,
    ktory zaakceptuje, a nie tylko apele zebym zadumal sie nad ciezkim losem
    dokotranta.

    8. nie mam barytonu :-)

  • charioteer 30.08.08, 21:52
    Jezeli mozna sie wtracic, bo to nie wiadomo, jak kto zareaguje tu ostatnio...

    Dalatato, znam mnostwo doktorantow, ktorzy ciezko pracuja, dorabiaja, pisza
    bardzo dobre doktoraty, koncza studia doktoranckie w przepisowym terminie 4 lat
    i dostaja etat adiunkta.

    Narzekanie i jojczenie to polska specjalnosc. Nie ma rzadnej korelacji miedzy
    iloscia jojczenia a wynikami pracy.

    --
    "Bring me my Bow of burning gold; Bring me my Arrows of desire:
    Bring me my Spear: O clouds unfold: Bring me my Chariot of fire!" -William Blake
  • dalatata 30.08.08, 22:07
    alez prosze uprzejmie :-)

    to ja widocznie mam mniejsz szczescia: ja znam niewielu ciezko pracujacych
    doktorantow i wielu opieprzajacych sie na calego.

    a co do braku korelacji miedzy jojczeniem a wynikami: pelna zgoda.
  • charioteer 30.08.08, 22:13
    OK, a propos dyskusji w innym watku i zeby nie bylo tak optymistycznie - znam
    tez promotorow, ktorzy nie powinni dostawac doktorantow, bo zmarnuja.

    --
    "The charioteer of the human soul drives a pair of steeds, and one of the horses
    is beautiful, good, and formed of such elements, whereas the makeup of the other
    one is quite the opposite." -Phaedrus
  • z17 30.08.08, 22:18
    Wie Pan, czuję się trochę jakbym dyskutował z Ludwikiem Stommą
    z "Polityki"... miło i kwieciście (przyznaję samokrytycznie, że to
    drugie po obu stronach), ale JAŁOWO.

    Ad 1-8.
    - sam Pan pisał na forum, że praca nad Pańskim doktoratem (a nie
    obrona!) przypadła na schyłek komuny
    - ma Pan hobby, za które Panu teraz nieźle płacą, no i dobra, ale
    czasy się zmieniły, Pana ścieżka życiowa jest już raczej
    niepowtarzalna, no i niech Pan raczy to zrozumieć (ta Pana
    asystentka jest zadowolona z uczelnianej gaży?)
    - najaktywniejsi uczestnicy forum jawią mi się jako rodzynki, bo
    głupi nie są (moga byc naukowo leniwi, tego nie wiem, ale aparat
    myślowy mają) - jeśli gremialnie narzekają, to coś jest na rzeczy.
    Jak 20 osób napotkanych na ulicy mówi Panu, że jest Pan pijany, to
    chyba warto dmuchnąć w alkomat, czyż nie?
    - argument dla Pana jest taki, że -przynajmniej w mojej dyscyplinie-
    już dziś multum ośrodków w PL ma problem z minimum kadrowym bo pies
    z kulawą nogą nie chce się habilitować (doktorów jeszcze jest pod
    dostatkiem). No i co? nadal Pan uważa, że jest pysznie, a standardy
    głodowej kariary dla młodych naukowców to pikuś?
    - tenor i bas też pięknie brzmią, z tym, że w dyskusji wolę
    zróżnicowany chór głosów od jednego solisty ;-)
  • z17 30.08.08, 22:26
    zapomniałem sie przelogować... sorry ;-)
  • adept_ltd 30.08.08, 22:29
    pomijając inne (sam byłem doktorantem za pierwszych lat nowej RP i myślę, że
    jednak było wtedy trudniej, ale nie o tym chcę mówić) - jak postawiony tu
    problem ma się do problemów z minimum kadrowym???
    Może rozmawiamy o innym przedmiocie albo innym językiem - więc postaram się
    uściślić. Doktorant - jest studentem, czego by sobie nie wymyślał, jest
    studentem i to nie od doktoranta zależy rozwój nauki (zwłaszcza, że doktoratami
    studia kończą nieliczni i te doktoraty coraz bardziej kiepskie). Wcale przy tym
    nie uważam (i nie napisałem tego), że wysiłek doktorantów jest jałowy etc. (nie
    uważam tak, musiałbym bowiem pognać swoich doktorantów), I, jak pisałem już (tak
    to wyglądało za moich czasów i było sensowne) - stypendia dostają nieliczni,
    najlepsi, w drodze konkursu, reszta sama decyduje, co chce robić... i jak... Po
    obronieniu świetnych doktoratów - inna rozmowa.
    Inna sprawa to asystentury - i tu jest problem uczelni i nauki, to asystentury
    prowadzą (mają prowadzić) do rozwoju.
  • dalatata 31.08.08, 00:07
    hmmmm. z Ludwikiem....ciekawe. :-)

    1. no bo to siedzi okrakiem :-)
    2. asystentka niezadowolona, oczywiscie (ja ja w tym niezadwoleniu wspieram),
    ale my nie mowiwimy teraz o placach asystentow, tylko dofinansowaniu
    dokotrantow. co wiecej, asystentka wie, ze jak zrobi szybko dokotrat to szybciej
    dostanie podwyzke.
    3. Drogi interlokutorze, 20 procent wyborcow cchce glosowac na PiS, 50 na PO. to
    na ktorych mam glosowac, bo inni glosuja? wie Pan, ja znam jednego polskiego
    profesora, ktory nie narzeka (moze dwoch, bo adept tez nie narzeka). i co? i to
    znaczy ze polskim profesorom sie zle dzieje?! kto ma dmuchac?! ja?!
    4. przperaszam, ale o czym my teraz mowimy? o stanie nauki w ogole, czy o
    dofinansowaniu dokotratow. bo jak o tym pierwszym, to nie wiem jak sie ma to co
    pan napisal do tegoz tematu. jak o stanie nauki w ogole, to chetnie pogadam (za
    pozwoleniem admina, rzecz jasna) - ale to dopiero w przyszlym watku, bo tu to
    nie na temat.
    5. a czy ja bronie calego choru? no ja bardzo przepraszam, ze mam wyraziste
    poglady (wcale nie lekce je sobie waze), ktore na dodatek wbrew ida powszechnemu
    odczuciu. co wiecej, uwazam ze cos takiego jak forum internetowe jest pierwszym
    prawdziwym wcieleniem sfery publicznej Habermasa, bo to z niej korzystam.
  • dalatata 31.08.08, 00:09
    a dyskusja wcale nie jest jalowa. ja akurat uwazam ze rozmawianie, dyskutowanie,
    jest wartoscia. warto rozmawiac, nawet jesli to nie przynosi zadnych konkretnych
    skutkow (bo cholera wie czy nie przyniesie).
  • bumcykcyk2 31.08.08, 01:19
    dalatata napisał:

    > 2. asystentka niezadowolona, oczywiscie (ja ja w tym niezadwoleniu
    >wspieram),ale my nie mowiwimy teraz o placach asystentow, tylko
    >dofinansowaniu dokotrantow. co wiecej, asystentka wie, ze jak zrobi
    >szybko dokotrat to szybciej dostanie podwyzke.

    Jak płace w całym sektorze będą marne, a asystentka po doktoracie
    dostanie 300 zł podwyżki, to może pójść w diabły i rzucić tę naukową
    przygodę w cholerę... A tutaj to akurat byłoby Panu chyba
    szkoda... ?! i nie pokrzykiwałby Pan do niej "a idźże se w cholerę
    głupia babo"?! Bo to zdaje się, jednak rodzyneczek, co nie?

    > 3. Drogi interlokutorze, 20 procent wyborcow cchce glosowac na
    >PiS, 50 na PO. to na ktorych mam glosowac, bo inni glosuja? wie
    >Pan, ja znam jednego polskiego profesora, ktory nie narzeka (moze
    >dwoch, bo adept tez nie narzeka). i co? i to znaczy ze polskim
    >profesorom sie zle dzieje?! kto ma dmuchac?! ja?!

    Porównanie z wyborami jest redukcją problemu ad absurdum. Wybory
    przy urnie mają charakter projekcyjny, tzn. wyborcy antycypują w
    nich sobie przyszłą rzeczywistość na podstawie obietnic wyborczych
    partii politycznych. Zupełnie czym innym jest diagnoza własnej
    aktualnej sytuacji życiowej. My uczenie gaworzymy o tej drugiej
    sytuacji. Mówiąc łopatologicznie - co innego stwierdzić, czy jest
    się w danej chwili głodnym, czy też nie; a zupełnie czym innym
    rozprawiać na temat tego, czy będzie się głodnym pojutrze, od czego
    to zależy i kto nam może dać ewentualną michę. Zrozumiał Pan?

    > 4. przperaszam, ale o czym my teraz mowimy? o stanie nauki w
    ogole, czy o
    > dofinansowaniu dokotratow. bo jak o tym pierwszym, to nie wiem jak
    sie ma to co
    > pan napisal do tegoz tematu.

    Mówimy o ludziach, którzy chcą być w Polsce naukowcami, ale za
    bardzo nie mogą, bo czeka ich w drodze do celu śmierć głodowa,
    względnie wykluczenie społeczne. Brak habilitantów jest pośrednim
    dowodem na to, że pięcie się po szczeblach kariery naukowej cosik w
    Polsce ludziom nie wychodzi. Ale faktycznie, trochę odbiegłem od
    głównego tematu.

    Ps. Rozkosznie się z Panem dyskutuje, ale... niech się Pan nie
    obrazi, jak ograniczę dalsze posty. Myślę, że obaj pozostaniemy przy
    swoich zdaniach, a nasza dyskusja jest troszkę ksobna.
  • dalatata 31.08.08, 01:29
    no to na koniec:
    1. te 300 zlotych to mit. dostanie po doktoracie znacznie wiecej.
    2. pan mnie prosil o ocene swojej sytuacji zyciowej, tylko stanu finansowania
    doktorantow - nie widze powodow, dla ktorych mialbym modyfikowac swe poglady
    dlatego bo mi pare osob tak poweidzialo (sedziow w swojej sprawie, moglbym
    dodac). prosze wybaczyc, w tych przymierajacych glodem dokotrantow nie wierze.
    3.jakby habilitantow wypierpzali na zielona trawke, a dyrekcja instytutu
    dostawalaby premie za wyniki naukowe swej jednostki, habilitanci zmierzaliby do
    habilitacji, jak juz pisalem, zwawym krokiem i z piesnia na ustach.
    4. dobranoc, wlasnie minal ostatni dzien wakacji.
  • adept_ltd 31.08.08, 01:50
    nie, no nie minął...
  • adept_ltd 01.09.08, 09:53
    jak to co??? - czas, kiedy można więcej popracować, to oczywiste... ;-)
  • bumcykcyk2 31.08.08, 23:29
    Jednak muszę się odnieść...

    1. Usilnie wmawia Pan, że poczucie ubóstwa wśród doktorantów i
    młodych doktorów w Polsce to jedynie zjawisko relatywnej deprywacji.
    Nie sposób się z tym zgodzić i nigdy się tu nie dogadamy. Jest
    głodowy syf i widzi to każdy oprócz Pana.

    2. Relatywizuje Pan znaczenie pieniędzy, twierdząc, że,
    cytuję "jakby habilitantow wypieprzali na zielona trawke, a dyrekcja
    instytutu dostawalaby premie za wyniki naukowe swej jednostki,
    habilitanci zmierzaliby do habilitacji, jak juz pisalem, zwawym
    krokiem i z piesnia na ustach." A ja Panu powiem, że gdyby dzis
    wprowadzić Pana rygory, to stan osobowy 90% ośrodków naukowych w
    Polsce wyniósłby ZERO i to wcale nie dlatego, że trzeba by odgórnie
    wszystkich zwolnić, ale dlatego, że owi "habilitanci" sami by
    natychmiast czmychnęli w siną dal. Czym innym jest bowiem obijanie
    gruchy za 2500 zł i składki zus, a czym innym ciężka mozolna praca
    za to samo nędzne wynagrodzenie. Dla Pana grzebanie się w Pańskiej
    dyscyplinie stanowi umiłowane HOBBY, ale na Boga niech Pan raczy
    przyjąć do wiadomości, że spora część naukowców na świecie owszem
    jakoś lubi swoją pracę, ale chce też sobie godnie pożyć. I zarzynać
    się dla idei nie ma najmniejszego zamiaru. Ci ludzie mają też zwykle
    na tyle rozwinięte umysły i talenty, że o ile nie przekroczyli 50tki
    mogą sobie pójść z uczelni w różne strony. Bez realnych pieniędzy
    (za działalność stricte naukową, a nie chałtury!) nic się zmieni,
    choćby Pan sobie rześko pokrzykiwał trzydzieści razy dziennie, na
    przemian zwalniając wszystkich, albo goniąc ich do roboty.

  • dalatata 01.09.08, 00:50
    jak mus to mus, nie?

    1. nie wiem co to znaczy glodowy syf. ja sie odnosze jedynie do tego, ze a. na
    mitycznym Zachodzie nie jest tak swietnie, jak sie to przedstawia; b. nie uwazam
    ze kazdy doktorant powienien dostawac od panstwa forse za robienie doktoratu. co
    do tego, ze dokotranci czuja sie pokrzywdzeni przez los, no coz. o pensjach w
    nauce w ogole nie bede gadal, bo to temat bardziej skomplikowany niz powiedzenie
    'pensje sa za niskie'. porownujac, jak sie pracuje tu, a jak pracuja niektorzy
    znani mi w Polsce naukowcy (na kazdym etapie kariery, dodam), to mam ochote im
    obnizyc pensje, a nie gadac o podwyzkach.

    2. mam malo watpliwosci, ze nalezy zmusic do pracy naukowej poslkich uczonych,
    rowniez na kazdym etapie kariery. nie jestem taki glupi, zeby myslec ze mozna im
    kazac od zaraz pisac w czasopismach z LF, ale mozna by zaczac od tego, ze jest
    kontrakt, ktory podpisali i mogliby go wykonywac. moze ja jestem naiwny i mam
    jakies urojenia - ale ci ludzie swoim podpisem zgodzili sie wykonywac jakas prace!

    doskonale rozumiem, ze wiekszosc polskich naukowcow chce godnie zyc. gdybym nie
    rozumial tego, to pewnie nie wyjechalbym do UK.i moje hobby jest moim hobby,
    dopoki dopoty mi za to placa.

    ale! mowiac brutalnie, znakomita czesc owych uczonych dostaje duzo wiecej niz na
    to zasluguje. moze zatem warto by wypieprzyc na zbity pysk ich czesc i podzielic
    forse od nowa wsrod tych, ktorzy pracuja i maja wyniki. Bowiem, prosze pana,
    jesli ja widze w Instytucie jednego z przecietnych uniwersytettow poslich
    adiunktow (nie profesrow) ktorzy pojawiaja sie w pracy raz na 2-3 tygodnie, jak
    dobrze pojdzie, to ja nie mam watpliwosci ze oni zarabiaja, pro rata, wiecej ode
    mnie!! i to jest forsa wyrzucona w bloto.

    moze i ja rzesko pokrzykuje, jednak, drogi Panie, pan moze pomstowac na mnie do
    woli. ja i tak nie wierze ze ze 5000 zl dane takiemu 45 letniemu adiunktowi
    ktory dokotrat robil 10 lat, a potem pisal jeden tekst na dwa lata do biuletynu
    instytutowego nagle doda niczym ten red bull skrzydel. i ten adiunkt zacznie
    nagle produkowac teksty niczym listy zakupow, bo wreszcie bedzie zmotywowany. a
    dlaczego nie? bo nie musi! bo my to wszystko tolerujemy, jako spoleczenstwo,
    jako 'dyrekcje', jako kloledzy. tolerujemy kolegow ktorzy sie opierdalaja na
    calego, nie przyjezdzaja na zajecia, sa na zajecia nie przygotowani. wiecej
    forsy? za co?!

    i jeszcze jedno. ja bardzo bardzo watpie ze ci habilitanci in spe czmuchna
    gdziekolwiek. kto ich wezmie? myslenie o tym, ze polscy uczeni pracuja jak
    pracuja, bo im mala placa, jest cudnym alibi do tego, zeby dalej sie obcyndalac
    za pieniadze podatnika.

    i jeszcze na koniec: wstawianie sie za tych wszystkcih luiminarzy od 7 bolesci
    jest obrazliwe dla pokaznej jednak zdecydowanej mniejszosci ludzi, ktorzy
    wykonuja swoja prace dobrze, ktorzy pracuja naukowo i maja dorobek
    miedzynarodowy. i ja ich podziwiam, ze w warunkach czasem sakramencko trudnych
    oni to robia. i jasny szlag mnie trafia, jak widze tych smierdzacych leni
    dokola, ktorzy sie z nich smieja. bo to przeciez jelenie nie? pracuja, a po co?
    a gdyby tak zaczac od, powiedzmy, 30 procenotwego odchudzenia polskcih uczelni
    panstwowych (bo to oo nich mowimy), nie tylko stanelibysmy po stronei tych
    ktorzy pracuja, dalibysmy im wiecej forsy na ktora zasluguja, a przy okazji
    ppokazalibysmy ze mamy dosc opierdalanai sie za forse podatnikow.

    przepraszam za emocjonalnosc, ale jak widze jak pracuje moja asystentka, to mnie
    po prsotu jasna krew zalewa, gdy patrze na jej rowiesnikow. i to jej mi zal i
    tego, ze ona malo zarabia. wiec niech pan broni, ale niech pan broni tych,
    ktorych warto bronic, a nie tych, ktorzy krzycza najglosniej.
  • charioteer 01.09.08, 03:22
    Sorry, ze wybiorczo, ale do wszystkich argumentow nie mam ochoty sie odnosic.

    dalatata napisał:

    > 1. ja sie odnosze jedynie do tego, ze a. na
    > mitycznym Zachodzie nie jest tak swietnie, jak sie to przedstawia; b. nie uwazam
    > ze kazdy doktorant powienien dostawac od panstwa forse za robienie doktoratu

    Zgoda.

    > doskonale rozumiem, ze wiekszosc polskich naukowcow chce godnie zyc. gdybym nie
    > rozumial tego, to pewnie nie wyjechalbym do UK.i moje hobby jest moim hobby,
    > dopoki dopoty mi za to placa.

    Argument o hobbystach, ktorzy biora drugi etat, zeby miec na ksiazki do mnie nie trafia. Jezeli uczelni nie stac na zakup ksiazek do biblioteki, to trudno oczekiwac oszalamiajacych wynikow pracy.

    > forse od nowa wsrod tych, ktorzy pracuja i maja wyniki. Bowiem, prosze pana,
    > jesli ja widze w Instytucie jednego z przecietnych uniwersytettow poslich
    > adiunktow (nie profesrow) ktorzy pojawiaja sie w pracy raz na 2-3 tygodnie,

    W innym watku juz bylo, ze problem raczej nalezy juz do przeszlosci.

    > a gdyby tak zaczac od, powiedzmy, 30 procenotwego odchudzenia polskcih uczelni

    To kto bedzie sie zajmowal dydaktyka? A jak wszyscy dostana te upragnione nadgodziny, to kto bedzie mial czas pracowac naukowo?

    Jeszcze jedno: Jak magister prosto po studiach dostaje na reke 2.500 i wie, ze po roku dostanie duza podwyzke, jezeli firma bedzie z niego zadowolona, to nie ma sie co dziwic, ze chetnych na robienie doktoratu brakuje. Nie przypadkiem na tym forum dominuja humanisci.

    --
    Chariotowe sygnaturki na wakacjach. MUZA!
    profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendid=60486894
  • dalatata 01.09.08, 11:27
    1. no wiec ci adiunkci pojawiajacy sie raz na tydzien to poprzedni rok
    akadmicki. przeszlosc? wolne zarty.
    2. w UK problem dydaktyczny rozwiazywany jest bardzo prosto: scisenienie i
    zatrudnianie tzw visiting lecutrers, na umowe o dzielo. mozna tez wprowadzic
    perfornance related pay, zatem dostajesz podwyzke jak bedziesz mial wyniki. ja
    na takiej wlasnie jestem i musze powiedziec, ze to niezle koncentruje mnie na pracy.
    3. ja nie tweirdze ze potrafie jednym postem rozwiazac wszystkie bolaczki
    polskich uczelni, ja twierdze ze tylko narzekanie na to, ze tak ogolnie za malo
    placa nie ma najmniejszego sensu.
  • bumcykcyk2 01.09.08, 21:07
    Rozumiem i podzielam Pana emocjonalne oburzenie na dzisiejszą sytuację, różnimy
    się tylko nieco w metodach naprawczych. Pana proste recepty przypominają mi
    bowiem troszkę słynny bon-mot Franca Fiszera o rozstrzelaniu tysięcy łajdaków...
    a potem "dobieraniu z uczciwych":-) Tak prostym sposobem, jak Pan pisze,
    niestety nauki uratować się nie da. Wszędzie tam, gdzie ludziom płaci państwo
    próby reform idą jak po grudzie, pojawiają się prawa Parkinsona i rozmaite
    patologie. W Polsce mamy jeszcze do tego kulawy sektor prywatny pasożytujący jak
    jemioła na tym państwowym i potęgujący patologie. Żeby można było w Polsce
    zrobić COKOLWIEK, konieczne są kilka razy większe pieniądze na wynagrodzenia,
    ale za prace badawcze, a nie za dydaktykę. Tak, żeby ktoś mógł za pensję
    zajmować się głównie nauką (co dziś jest w większości przypadków niemożliwe). Co
    by Pan powiedział na to, gdyby taki habilitant mógł otrzymać trzy razy większą
    pensję, podpisując jednocześnie zobowiązanie do stworzenia jakiegoś dzieła,
    godząc się na niski limit prowadzonej dydaktyki oraz totalny zakaz pracy u
    prywaciarza? Do tego zwrot całej kasy, jeśli nic nie napisze? Pana 45-letni
    adiunkt-opierdalacz z przytoczonego przykładu chyba by jednak na to nie
    poszedł... zwłaszcza, że podobne kwoty może wyciągnąć chałturząc w szkole
    gotowania na gazie. A Pana asystentka za parę lat pewnie przyjęłaby podobną
    propozycję z przyjemnością. Ja też nie mam gotowych recept na wszystko, ale nie
    twierdzę, że wystarczy jednych zwolnić, a na drugich tubalnie huczeć żeby się
    wzięli do roboty, aby wszystko zmieniło się na lepsze. Do głębokich zmian droga
    długa i daleka, choć coś już powoli zmienia się na lepsze, bo jednak nie ma już
    dziś sytuacji adiunktów pojawiających się w pracy co 2-3 tygodnie, których był
    Pan łaskaw przytoczyć. Pozdrawiam i teraz już naprawdę EOT. Dziękuję za
    wymianę myśli.
  • dalatata 01.09.08, 23:07
    no to na pozegnanie (nie chce panu zostawic satysfakcji ostateniego slowa).

    ja rozumiem ze to takie zaklecie: tych adiunktow nie ma. oni sa. bardzo
    realni.ja takich ludzi znam osobiscie.ale jesli panu ulzy, ze nie ma, no to nie
    ma, nie? to magiczne myslenie typu: nie ma, bedzie dobrze, to jest dobra
    publikacja, doktoraty sa swietne itd itd jest typowe w polskiej nauce.

    jeszcze raz: ta trzykrotna pensja dla habilitanta wymagalaby jednak pracy!! a po
    co?! skoro mozna na trzech etatach zarobic jeszcze wiecej i to na dodatek nie
    naprawcowawszy sie (znajomemu profesorowi 3 lata temu proponowano etat, nawet
    nie musial sie pojawiac - byle w papierach byl).

    ja tubalnie wcale nie chce na nikogo krzyczec. ja tylko mowie, ze jesli ktos nie
    chce wypelniac swoich oboiwazkow, ktore potweirdza swoim podpisem, to
    dziekujemy, ale juz dziekujemy.

    i zadam, juz retorycznie, takie pytanie. od ilu tysiecy miesiecznie, juz mozna
    oczekiwac, ze pracownik bedzie wykonywal swoje obowiazki? od ilu tysiecy podpis
    (kiedys: slowo dane) ma juz znaczenie?

    a do zmian droga daleka, pisalem o tym rowniez. jednak z pewnoscia nie nalezy
    ich zaczynac od podniesienia wszysytkim pensji.

  • charioteer 01.09.08, 23:15
    dalatata napisał:

    > a do zmian droga daleka, pisalem o tym rowniez. jednak z pewnoscia nie nalezy
    > ich zaczynac od podniesienia wszysytkim pensji.

    Wydawalo mi sie, ze przedpisca pisal, zeby finansowac badania, a nie dydaktyke i
    z tym sie zgadzam. To tak z wrodzonej czepliwosci.


    --
    "The charioteer of the human soul drives a pair of steeds, and one of the horses
    is beautiful, good, and formed of such elements, whereas the makeup of the other
    one is quite the opposite." -Phaedrus
  • dalatata 01.09.08, 23:31
    o ile dobrze widzialem to idzie o pieniadze na wynagrodzenia 'ale za prace
    badawcze'. nie mam pojecia co to znaczy - mgr, dr, doc X przychodza na etat,
    pakiet. nie mozna dac forsy 'za prace badawcze'. chyba ze wynagrodzenia chcemy
    dawac w grantach, a to by bylo tak radykalne ze ojojojoj.

    natomiast o tym, zeby wprowadzic performance related pay - dobrze pracujesz,
    dostajesz wiecej, pisalem pare postow temu. jednak tego nikt nie wprowadzi w
    Polsce. ilosc protestow, strajkow (w tym wloskich i innych narodowosci),
    glodowek, okupacji, tudziez oflagowan bylaby tak znaczna, ze wproadzajacy ze
    zgryzoty by zeszedl smiertelnie. no bo jak dr Zupa, mialby zarabiac wiecej niz
    dr Kotlet siedzacy biurko z nim w biurko? no przeciez to abominacja, ruja i
    porobstwo!
  • charioteer 01.09.08, 23:39
    dalatata napisał:

    > natomiast o tym, zeby wprowadzic performance related pay
    ...
    > no przeciez to abominacja, ruja i
    > porobstwo!

    No nieee. W Polsce tylko bylby problem z ustaleniem, co to jest ta performance i
    jak ja odpowiednio skodyfikowac.


    --
    youtube.com/watch?v=pbQvpJsTvxU
    "4 horsepower? Must have been a very early Alfa-Romeo" -MrPinkis
  • adept_ltd 01.09.08, 23:47
    u mnie w statucie uczelni jest zapisane, że pensja zależy od pracy i wyników,
    i...? hm, chciałoby się użyć pewnego słówka czasem uznawanego za niecenzuralne.
    Na zebraniu rady instytutu radziliśmy, jak to zrobić, by dobrze pracujący mieli
    więcej... i...? op. cit. Udało mi się tylko wkurzyć kolegów i koleżanki szefów
    zakładów, którzy jak jeden mąż i żona (?) twierdzili, że nie potrafią ocenić,
    jak pracują ich pracownicy... Zasugerowałem, by zrezygnowali z kierownictw,
    niemniej - op. cit.
  • oluuu 30.08.08, 21:53
    Często czytam to forum, ale wypowiadam się po raz pierwszy. I od
    razu napiszę drukowanymi: BUMCYCYK2 MA RACJĘ. Doktorat zrobiłem, mam
    też skończony zupełnie inny kierunek studiów. Znam realia uczelni
    polskich więcej niż dobrze. I jedno jest pewne: patologia goni
    patologię i nakręca następną patologię.

    Jest tylko jedno wyjście: dokonać 2 zasadniczych zmian i po roku
    sytuacja w całej Polsce w nauce będzie czysta jak łza. Co należy
    zrobić?
    1. Wprowadzić odpłatność za studia, aby wszystkie uczelnie -
    prywatne i państwowe - działały na równych zasadach konkurencji.
    2. Wprowadzić jednoetatowość, tzn. zakaz pracy w konkurencji w
    oparciu o umowę o pracę (tzw. 2 i n-ty etat). Umowy cywilnoprawne
    mogą zostać, praca w firmach nie będących uczelniami może zostać.

    Oba warunki wprowadzone jednocześnie rozwiążą dziesiątki problemów.

    Kiedyś słyszałem taką wypowiedź: W toruńskim radiu mówią, że w
    latach 90-tych rozkradziono Polskę. To jest prawda, z jednym tylko
    uściśleniem: zrobili to naukowcy zakładając prywatne uczelnie, a
    jednocześnie pracując na państwowych.

    Bez komentarza..

  • adept_ltd 30.08.08, 22:03
    no tak, patologie są i co do tego chyba nikt z nas nie ma wątpliwości...
    co do pomysłów:
    1) ja jestem za (ale też z nieco innych powodów - sprawa na osobny wątek),
    2)hm, pod warunkiem odpowiednich płac, ja naprawdę nie mam ochoty pracować na
    dwu etatach, ale zarazem potrzebuję np. na książki...
    nie wiem tylko, dlaczego dzielimy: na innej uczelni nie wolno, w innej firmie
    wolno (może oluuu ma inny etat...). Zresztą dopóki praca na innej uczelni nie
    przeszkadza pracy na 1 etacie - nie ma problemu.
    no i z tym rozkradaniem to kompletna bzdura...
  • dalatata 30.08.08, 22:13
    zeby nie bylo ze my sie tylko miziamy. ja jestem calkiem przeciwny odplatnosci
    za studia (wszelkie) na uczelniach panstwowych. ale to jest tyko jeden malutki
    posciczek zupelnie nie na temacik
  • oluuu 30.08.08, 23:12
    adept_ltd napisał:

    > 2)hm, pod warunkiem odpowiednich płac, ja naprawdę nie mam ochoty
    pracować na
    > dwu etatach, ale zarazem potrzebuję np. na książki...
    > nie wiem tylko, dlaczego dzielimy: na innej uczelni nie wolno, w
    innej firmie
    > wolno (może oluuu ma inny etat...). Zresztą dopóki praca na innej
    uczelni nie
    > przeszkadza pracy na 1 etacie - nie ma problemu.

    Otóż zawsze praca w innej uczelni przeszkadza pracy w tej pierwszej.
    Nie znam (poza medycyną) branży, w której gremialnie prawie cała
    kadra pracuje jednocześnie u konkurencji. To tak, jakby sprzedawca w
    salonie Mercedesa pracował po drugiej stronie ulicy na 2 zmianę w
    salonie Audi. Żadna komercyjna firma do tego nie dopuści. Nie
    wspomnę tu o motywacji do pracy, lojalności wobec pracodawcy,
    angażowaniu się w rozwój itp. To są co prawda sprawy mało mierzalne,
    ale w gospodarce rynkowej bardzo ważne. Proszę zauważyć, że obecnie
    uczelnie prywatne pod wieloma względami przewyższają uczelnie
    państwowe, z których w latach 90-tych czerpały garściami rozwiązania
    organizacyjne, o kadrze nie wspominając. Mało jest branż, w których,
    gdy występuje ktoś w mediach, podpisywałby się nazwą 2 różnych
    konkurencyjnych firm. A jakikolwiek profesor w tv zwykle jest "dwóch
    uczelni". Tzn. jak rozmawia ze studentami po licencjacie o studiach
    magisterskich, to do której uczelni zachęca? Totalne rozdwojenie
    jaźni. A tracą na tym nawięcej uczelnie państwowe, które traktuje
    się jak płatnika składek ubezpieczeń społecznych.

    Rozumiem, że musi Pan mieć na książki, ale gdyby wprowadzić
    jednoetatowość to siłą rzeczy zarabiałby Pan więcej w jednym
    miejscu, bo ktoś poszedłby do prywatnej, a ktoś nie (a może Pan by
    się zdecydował, bo prywatna lepiej by płaciła). Przynajmniej
    dydaktyka musi być prowadzona w ramach nadgodzin, najczęściej nieźle
    płatnych. Więc co prawda bałagan byłby spory, ale rynek szybko by
    sytuację uporządkował.

    > no i z tym rozkradaniem to kompletna bzdura...

    Mój komentarz powyżej jest też trochę w tym temacie. W latach 90-
    tych rynek edukacyjny na poziomie uniwersyteckim to była ziemia
    dziewicza. Kto miał trochę wyobraźni, zakładał szkołę prywatną. Skąd
    taka firma miała ludzi, rozwiązania organizacyjne, strukturę
    przedmiotów, całe know-how do prowadzenia zajęć, a często nawet
    sale? Przecież uczelnie prywatne rzadko kiedy kształcą kadrę naukową
    na poziomie doktora i wzwyż. A takiej kadry potrzebują, więc
    wysysają z uczelni pańtwowych.

    Ale co tam, nie ma co o tym wiele gadać, bo za naszego życia to się
    w Polsce na pewno nie zmieni...
  • adept_ltd 30.08.08, 23:29
    ale wie Pan, ja nie namawiam studentów do studiowania na jakiejś uczelni, ja ich
    uczę... i tyle,
    co do reszty zgoda (nie wiem tylko, co z tą dydaktyką w ramach nadgodzin)
  • oluuu 30.08.08, 23:54
    adept_ltd napisał:

    > ale wie Pan, ja nie namawiam studentów do studiowania na jakiejś
    uczelni, ja ic
    > h
    > uczę... i tyle,

    Źle sie wyraziłem. Chodziło mi o sytuację, gdy przychodzi student z
    pytaniem, gdzie iść na studia II stopnia, mając konkretne
    zainteresowania.

    > co do reszty zgoda (nie wiem tylko, co z tą dydaktyką w ramach
    nadgodzin)

    Załóżmy, że z uczelni państwowej, zatrudniającej na danym wydziale
    50 adiunktów z dr zwolniłoby się nagle 20. Pozostaje 30, a godzin
    dydaktycznych jest wciąż tyle samo. Nie ma możliwości zwiększyć
    wynagrodzenia i napisać w umowie, że od teraz adiunkt zamiast 210
    będzie miał np. 300 godzin rocznie. Co robić? Adiunkt te 90 pracuje
    w ramach nadgodzin. Sprawa nadgodzin jest skomplikowana, nie jest to
    w tym miejscu istotne. Ważne, w związku z tym, że część osób by
    odeszło do innej szkoły, te co pozostałyby miałyby nadgodziny,
    całkiem - jak napisałem - nieźle płatne. W praktyce oznacza to
    wzrost wynagrodzenia w ciągu roku (zależy, kiedy uczelnia wypłaca
    nadgodziny). Chyba każdy wolałby taką sytuację, niż pracować w dwóch
    miejscach - w jednym 210h na umowę o pracę, w drugim 90h na
    jakąkolwiek umowę. Zresztą, ilu pracowników, tyle będzie zdań. Ważne
    jest, że z punktu widzenia pracodawcy to zawsze lepiej.
  • charioteer 30.08.08, 23:30
    Pueh!

    > Przecież uczelnie prywatne rzadko kiedy kształcą kadrę naukową
    > na poziomie doktora i wzwyż. A takiej kadry potrzebują, więc
    > wysysają z uczelni pańtwowych.

    Nie wysysaja, tylko zatrudniaja doktorow, ktorych same nie ksztalca i rzadko
    kiedy dbaja o rozwoj naukowy wlasnej kadry, bo i po co? Myle sie?

    > gdyby wprowadzić
    > jednoetatowość to siłą rzeczy zarabiałby Pan więcej w jednym
    > miejscu,

    A mozna wiedziec, z czego to wynika? I po co uczelnia prywatna zatrudnia
    drugoetatowca, skoro moglaby zatrudnic sobie od razu kogos na pierwszym etacie?

    --
    Charioteer Tank Destroyer
    www.davidpride.com/Israeli_Armor/IL_Armor191.htm
  • adept_ltd 30.08.08, 23:48
    uściślając - inaczej jest z 2 etatem doktorów i inaczej dr hab. - kiedyś
    uczelnie prywatne do różnych praw potrzebowały mniejszej ilości samodzielnych
    pracowników bądź wystarczyli im 2 etatowi, obecnie już nie, więc w przypadku dr
    hab. i w górę potrzebują 1 etatowych i płacą tak 2 razy więcej niż państwowe
    (mniej więcej ;-))
  • adept_ltd 31.08.08, 00:06
    chyba nie, co więcej - nie dają im praw doktorskich z powodu emerytów...
  • oluuu 30.08.08, 23:59
    charioteer napisał:

    > Pueh!
    >
    > > Przecież uczelnie prywatne rzadko kiedy kształcą kadrę naukową
    > > na poziomie doktora i wzwyż. A takiej kadry potrzebują, więc
    > > wysysają z uczelni pańtwowych.
    >
    > Nie wysysaja, tylko zatrudniaja doktorow, ktorych same nie
    ksztalca i rzadko
    > kiedy dbaja o rozwoj naukowy wlasnej kadry, bo i po co? Myle sie?
    >
    Racja, tak dokładnie jest. Tylko na tym stratne są uczelnie
    państwowe. To tak jakby firma x korzystała, że ich pracownik szkoli
    się w konkurencyjnej firmie y.

    Gdy odejdzie się od nazwy "uczelnia" i "naukowiec", a zacznie
    nazywać "firma" i "pracownik", to mechanizm funkcjonowania polskiej
    nauki jest po prostu niewarygodny.

    > > gdyby wprowadzić
    > > jednoetatowość to siłą rzeczy zarabiałby Pan więcej w jednym
    > > miejscu,
    >
    > A mozna wiedziec, z czego to wynika? I po co uczelnia prywatna
    zatrudnia
    > drugoetatowca, skoro moglaby zatrudnic sobie od razu kogos na
    pierwszym etacie?
    >

    Różne uczelnie robią różnie: jedne mają tylko minimalny komplet
    etatowców, a reszta pracuje na umowę cywilnoprawną, inne zatrudniają
    też na 2 etat.
  • charioteer 31.08.08, 00:09
    oluuu napisał:

    > Racja, tak dokładnie jest. Tylko na tym stratne są uczelnie
    > państwowe. To tak jakby firma x korzystała, że ich pracownik szkoli
    > się w konkurencyjnej firmie y.

    Moc tego argumentu jest taka: Jezeli absolwent LO 1 skonczy studia i zatrudni
    sie jako nauczyciel w LO 2, to LO 1 bedzie stratne. Uczelnie sa po to, zeby
    ksztalcic, a doktorantom nie gwarantuja etatu, bo nie maja interesu, zeby
    wszystkich zatrudnic.

    Argument z nadgodzinami tez ma krotkie nozki. Niz idzie i z roku na rok tych
    godzin bedzie mniej.

    --
    Charioteer Tank Destroyer
    www.davidpride.com/Israeli_Armor/IL_Armor191.htm
  • dalatata 30.08.08, 22:10
    jak to sie ma do wypowiedzi Bumcykcyka2 nie mam pojecia. bo jak mi sie wydaje to
    on raczej chcialby platnosci w druga strone.

    a co do patologii szkol w szkolach wyzszych: tu laskawy Pan nie zrobil jakiegos
    dramatycznego odkrycia.
  • adept_ltd 01.09.08, 10:00
    w przypadku doktoranta uniwersytet nic nie ma z jego publikacji...
  • dalatata 01.09.08, 11:30
    przyklad jest niedobry. jesli jestes zatrudniona przy projekcie, powinnas
    dostawac za to forse (choc ja mam problemy z zatrudnianiem dokotratnow przy
    projektach, chyba ze ich praca w nich jest zwiazana z dokotratem). i nie mam
    watpliwosci ze zostala pani skrzywdzona.

    tego typu zatrudnienie nie ma jednak nic wspolnego z placeniem za robienie
    dokotratu.

  • carnivore69 01.09.08, 12:32
    Uniwersytet z dobrze uplasowanych na rynku pracy doktorantow ma wymierna
    korzysc: reputacje. Wiec placic warto.

    Pzdr.
  • adept_ltd 01.09.08, 12:44
    ad absurdum - płaćmy magistrantom - dobrze uplasowanym na rynku pracy...
  • carnivore69 01.09.08, 13:17
    Chcecie, to placcie i magistrantom. Faktem jest natomiast, ze reputacja uczelni
    zyskuje na plasowaniu jej doktorantow w dobrych osrodkach, co znajduje swoje
    odzwierciedlenie w konkurencji o obiecujacych kandydatow (poprzez m.in. systemy
    stypendiow).

    Pzdr.
  • adept_ltd 01.09.08, 16:55
    1. nie rozumiem tego my i wy (też byłem doktorantem i mam doktorantów, więc moje
    posty to nie przejaw doktorantofobii) i tego płaćcie... to może płaćmy wszystkim...
    2. reputacja uczelni zyskuje głównie na dobrych pracach jej pracowników, a na to
    już nie ma obecnie pieniędzy...
    3. przede wszystkim, pomyłka kolosalna dotyczy jednej rzeczy, zresztą jakoś tam
    zawinionej przez uczelnie - doktorant to beneficjent studiów, zyskuje wiedzę,
    umiejętności, stopień... kto tu więc powinien płacić...
  • carnivore69 01.09.08, 17:22
    Ad 1. Luzna uwaga n/t argumentu zredukowanego do.

    Ad 2. Dyskusja dotyczy doktorantow - i do tego tematu sie odnioslem. (Co do
    budzetu - istnieja jeszcze jednostki, ktore moga sobie pozolic na 3-4 letnie
    stypendium, uwazajac je za dobra inwestycje.)

    Ad 3. Oczywiscie, ze beneficjent. Ale ze o prawdziwy talent dzis trudno, a na
    oszlifowaniu takowego uczelnia rowniez zyskuje, istnienie stypendiow (czyli
    zaplaty za bycie owym doktoratem) jest niczym innym jak wynikiem pewnej gry
    rynkowej.

    Pzdr.
  • adept_ltd 01.09.08, 17:35
    1. on nie został zredukowany - mniej więcej tak wygląda...
    też 1. ale i 3 - w kategoriach rynkowych uczelni opłaca się inwestować w
    asystentów, nie w doktorantów, bo to nie jej pracownicy,
    i w końcu: toż to piszę od swego czasu: najlepsi w drodze konkursów dostają
    stypendia (coś takiego, choć niestety kiepsko realizowanego jest w IFiS PAN), a
    przede wszystkim zatrudnia się ich jako asystentów i płaci dobrze za dobrą pracę,

    czego życzę :-)

    ukłony
  • carnivore69 01.09.08, 17:55
    To wszystko prawda. Z tym, ze uplasowanie wlasnego doktoranta na dobrej uczelni
    jako samodzielnego juz pracownika naukowego tez nalezy postrzegac jako czesc
    zwrotu z inwestycji w niego.

    Uklony i zyczenia oczywiscie odwzajemniam.

    Pzdr.
  • malgunia 01.09.08, 14:25
    Jesli mam projekt i pieniadze na wynagrodzenia, a mgrant dzielnie
    pracuje - czemu mam mu nie zaplacic?!
    Nie sa to sumy zawrotne, ale jednak. Przeciez pracuje jak kazdy inny
    czlonek zespolu pracujacy nad tematem...
    --
    Enjoy the silence...
  • dalatata 01.09.08, 16:42
    Placic warto wybitnym jednostkom i powidzialem to juz kilkukrotnie. wszystkim -
    nie warto. dokotrant ktory sie slimaczy, nie publikuje itd itd. w zadnycm
    wypadku nie sprzyja reputacji.

    carnivore69 napisał:

    > Uniwersytet z dobrze uplasowanych na rynku pracy doktorantow ma wymierna
    > korzysc: reputacje. Wiec placic warto.
    >
    > Pzdr.
  • carnivore69 01.09.08, 17:25
    Oczywiscie, ze nie sprzyja. Wiec placi sie jesli delikwent jest w stanie
    dostarczac output. A niedostarczajacych delikwentow nie oplaca sie brac nawet i
    za darmo.

    Pzdr.

    PS. Pomijam kwestie nieusuwalnosci przyjetych doktorantow, ale to juz osobny temat.
  • dalatata 01.09.08, 18:28
    i nagle sie zrobilo tak, ze sie 3 osoby zgodzily ze soba. niezwykle zupelnie i
    godne najwyzszej uwagi. ale cos sie wymysli!
  • malgunia 01.09.08, 12:33
    autumna nie powiedziala, ze pracowala przy projekcie, tyle ze w
    zespole, a to nie to samo
    --
    Enjoy the silence...
  • autumna 01.09.08, 12:36
    > przyklad jest niedobry. jesli jestes zatrudniona przy projekcie,
    > dostawac za to forse

    Owszem, dostałam, tak jak pozostali, wypłacone jako umowa zlecenie, pod tym względem było ok. Natomiast kwestia nagrody rektorskiej do tej pory wzbudza mój niesmak. Wielkie świństwo wobec wszystkich osób mających status doktoranta. Oto typowy układ - jeden współautor (zwykle promotor) nagrodzonych publikacji (udział: udzielenie wkazówek w trakcie pisania oraz poprawienie artykułu) bierze forsę, a drugi, doktorant, (udział: wykonanie badań i obliczeń, napisanie "szkieletu" publikacji) ma żyć radością z wykonanej pracy. Nie mam oczywiście tego za złe reszcie zespołu, bo nie ich wina, że uczelnia stworzyła taki regulamin.

    Pytanie brzmi, co rozumiesz przez "placenie za robienie dokotratu". Bo w moim przypadku było to wykonywanie tych samych obowiązków co asystent (z przenoszeniem gratów w związku z przygotowaniem pomieszczeń do remontu włącznie), tyle że z nieco mniejszym pensum. Więc nie widzę powodu, dlaczego miałabym to robić za darmo.

    Na szczęście obecnie pracuję tylko i wyłącznie na siebie (no, pomijając kwestię podatków) i nie muszę jojczeć na uczelnię. To już nie mój cyrk.. Natomiast mi przykro ze względu na nowo startujące osoby, których motywację do pracy w ten sposób się ubija.


    --
    Nasze pomyłki są konieczne i pożyteczne… Sprawiają przecież wiele radości innym. (Stefan Pacek "Myśli o ludziach i świecie")
  • dalatata 01.09.08, 16:46
    tak, to jest sensowne pytanie. uwazam, ze placenie komus za to ze 'robi
    doktorat', czyli jest zwiazany z uczelnia tylko przez fakt przewodu
    doktorskiego, czy eksternistycznie czy na studiach doktorskich, jest strata
    pieniedzy (chyba ze to ktos wybitny). jesli ten ktos wykonuje obowiazki
    asystenta, tzn ma jakies pokazne pensum dydaktyczne, to nalezy temu komus za
    nauczanie placic. ale tylko w takiej sytuacji.

    co do owych nagrod reltorskich, zgadzam sie zupelnie - wielkie swinstwo, powinna
    byla pani ja dostac i tyle. rozroznianie na pracownikow zatrudnionych i nie, nie
    ma wiekszego sensu.
  • adept_ltd 01.09.08, 12:50
    proszę zajrzeć na stronę ministerstwa, tam są zasady... tak gdybając nie ma co
    dyskutować; oczywiście inną kwestią jest dopisywanie się promotora (czy słuszne...),

    to, o czym piszesz - harowanie doktorantem wynika z problemów uczelni i tu
    powinny pójść pieniądze; doktorant nie ma z punktu widzenia jego statusu
    obowiązku wykonywania prac różnych (poza praktyką dydaktyczną); studia
    doktoranckie to zyskiwanie czegoś w wymiarze indywidualnym i nie widzę powodu,
    dla którego (poza, o czym pisałem, konkursowo wyłonionymi najlepszymi)należy za
    to płacić doktorantowi (należy, też oczywiście, płacić za zajęcia i prace
    badawcze wykonywane dla jednostki); rozwój uczelni - to droga asystencka...
  • dalatata 01.09.08, 16:50
    i jeszcze to: zupelnie nie widze powodu dla ktorego na publikacjach dokotranta
    ma figurowac promotor. ja nie figuruje. glownie dlatego, ze moge se swoje napisac.

    widze szare strefy przerozne i niuansowanie tego stanowiska, jednak tak ogolnie,
    jak promotor chce publikacji to niech se napisze a nie pasozytuje na doktorancie.
  • adept_ltd 01.09.08, 16:59
    no co ja poradzę na to, że zgadzam się z Dalatatą? czyżby nas zaprogramowała ta
    sama uczelnia? ;-)
  • mpit78 01.09.08, 19:25
    hmmm, myślę już od dłuższego czasu nad tym wątkiem. Ja nie uważam sie za leszcza, mimo to doktorat rozpocząłem na prośbę swojego promotora, robiłem go 5 lat za te marne kilkaset zł. stypendium - trwał tak długo, bo w międzyczasie zdarzyło sie robić (również na prośbę szefa) obliczenia do 3 innych projektów badawczych i modelowanie do 2 doktoratów ludzi na tyle starych, ze nie byli w stanie poza częścią badawcza (która była na naprawdę wysokim poziomie) nic uczciwie policzyć. W efekcie prac (współpracy) ukazało się około 2 razy więcej publikacji, niż by się ukazało, gdybym w tych badaniach nie uczestniczył. Mało tego na żadnej z nich nie ma umieszczonego mojego współautorstwa, co powoduje, iż czasem mi przykrawo. Fakt, obywałem się poklepywaniem po plecach, honoraria autorskie (również od przemysłu) pobierał ktoś inny.

    Ale..

    Pomimo to nie mam tak jak Pan szanowny pretensji doc świata całego. Cieszę się z tego co osiągnąłem, czego się dowiedziałem!!. Prze-wegetowałem swoje i mam jeszcze dosyć pomysłów na życie w takim a nie innym środowisku. A po obronie doktoratu zarówno wobec studentów jak i w podejściu do pracy naukowej chę być idealistą.

    No i niestety chyba jestem za głupi by wpaść na to, co w tym systemie zmienić, na szczęście humor poprawia mi fakt, ze autor wątku również nie podaje żadnego nawet najmniej zgrabnego sposobu wyjścia z sytuacji :)
  • eksdoktorant 02.09.08, 12:15
    Bumcykcyk sugeruje, że należałoby sowicie wynagradzać pracę o
    charakterze badawczym, tak żeby praca pozadydaktyczna wreszcie
    zaczęła się OPŁACAĆ (bo na dzień dzisiejszy bardziej się opłaca tłuc
    dydaktykę w kilku miejscach, niż skupić się na badaniach naukowych).
    Dalatata pisze, że nie ma powodu, dla którego miano by ludziom
    płacić za robienie doktoratu, natomiast "nie ma problemów" z tym, że
    za prowadzenie zajęć powinno się ludzi wynagradzać. Tak jakby
    doktorant robił doktorat wyłącznie dla siebie i ludzkość nic z tego
    nie miała... Może należałoby także nie płacić ludziom z doktoratem
    za pracę zmierzającą do habilitacji, tylko niech trzaskają zajęcia
    ze studentami na akord, hę? :)

    OK, nie płaćmy ludziom za badania, niech robią to "dla idei"
    (najlepiej jeszcze płacąc za ten wątpliwy "przywilej"), tylko w
    takim razie nie mamy od nich prawa NICZEGO wymagać. Żadnych tam 3
    recenzowanych publikacji, żadnego poziomu. W końcu to zabawa i robią
    to dla siebie. Ich sprawa, ile zrobią. Czy cokolwiek zrobią.

    I wiecie co? Nie mam cienia wyrzutów sumienia, bo przez
    całe "studia" doktoranckie robiłem to, co do mnie należało, tzn. za
    co mi płacili (prowadziłem zajęcia ze studentami). Tak więc nie
    można mi zarzucić, że nie wywiązywałem się z obowiązków. :)

    Ciekaw jednak jestem, jak Pan Dalatata zapatruje się na taką
    sytuację: w niektórych miejscach zniesiono stypendia doktoranckie,
    natomiast utrzymano obowiązek odbębnienia iluś tam godzin dydaktyki,
    w konsekwencji czego doktoranci prowadzą (częściej: migają się od
    prowadzenia...) zajęcia ZA DARMO. To oczywiście nie wyzysk,
    tylko "praktyki zawodowe", prawda? Nieważne, że dawniej te same
    zajęcia prowadzili asystenci dostający miesięczne wynagrodzenie...

    A podpis znaczy coś jedynie wtedy, gdy składany jest z przekonaniem.
    Jak powiesz przed sądem, że cię zmusili do podpisania protokołu na
    komisariacie, to zeznanie staje się nieważne.
  • dalatata 02.09.08, 13:49
    ja juz sie wypowiedialem. ddokotrant powienien miec zaplacone za prace
    dydaktyczna. w UK oczekuje sie ze doktorant w ramach przygotowania zawodowego
    przeprwoadzi za darmo kilka zajec. jest to sensowne bo pracodawcy oczekuja tzw
    teaching experience. jednak to musi byc kilka zajec. a nie pol pensum
    dydaktycznego. i tyle.

    nie wiem co to znaczy 'nie placic za hablitacje'. o ile wiem nikomu nie placi
    sie za hablitacje - ludzie ja robia w ramach swych obowiazkow (choc sa stypendia
    habilitacyjne, ale to co innego).

    i porsze nie porowywac protokolu podpisywanego na komisariacie pod przymusem
    (jest pan najprawdowpodobniej za mlody zeby miec jakiekowliek pojecie o tym) i
    kontraktu o zatrudnienie. nie dosc ze nie musi nikt pracowac na uniwersytecie,
    to na dodatek nie musi pracowac w ogole.
  • adept_ltd 02.09.08, 14:03
    hm, doktorant nie pracuje dla ludzkości, ale dla siebie, ucząc się... uczelnia
    płaci swoim pracownikom za badania dla ludzkości, czy to tak trudno zrozumieć???
  • adept_ltd 04.09.08, 20:40
    i znów podążyliśmy w złym kierunku, no ale przynajmniej próbowaliśmy!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka