malzenstwa to "love stories" - jedne bardziej inne mniej udane.
Zaczne od pierwszego i postaram sie strescic.
#1 byl Polakiem z krwi i kosci, jedyna toksyczna milosc w moim przypadku.
Typ, co to mu nigdy nic nie lezy. Wiecznie niezadowolony, co bym nie zrobila i
tak nigdy nie bylo "good enough". Zupa za cienka, wlosy za dlugie, moi znajomi
to glupi dorobkiewicze itd, itp. Sam, wieczny student na moim i (jego) rodzicow
utrzymaniu, groszem nie smierdzial ale za to jakie on mial o sobie mniemanie, z
jaka klasa on potrafil zyc!!!! Wiecie o czym mowie.
Przyjechalismy do stanow. On swiezo upieczony inzynier, z minimalna znajomoscia
jezyka i "attitude" ze mu sie od wszystkich nalezy, zwlaszcza tych glupich
amerykanow. Ja, mloda i ciekawa swiata, ze znajomoscia j. angielskiego,
porzucilam dobrze platna prace i przyjechalam by byc przy mezu, na dobre czy na
zle.
Jego rodzina (brat z zona) pomogla nam jak mogla. On jednak nie potrafil sie tu
odnalezc. Po paru miesiacach zaczely sie powazne niesnaski, ostra wymiana slow
zaczela przeradzac sie w przepychanki. Jak on mnie ponizal (!!!) a potem jak
gdyby nigdy nic pchal sie do lozka i oczekiwal "malzenskiej powinnosci" ode
mnie, moj pan i wladca. To byl dopiero koszmar.
Tak czy inaczej, moj malzonek pojechal do Polski a ja do Colorado i po rocznej
nieobecnosci go rozwiodlam, co nie bylo takie trudne czy kosztowne bo ani
dzieci ani zadnego majatku tu nie mielismy.
Z perspektywy czasu moge powiedziec, ze to byla jedna z moich najlepszych
decyzji zyciowych.
Nasze losy znow sie splotly po ilus tam latach ale to byl raczej tragikomiczny
epizod. Inny stan inne miasto.
Bylam w swoim drugim zwiazku, tym razem z tubylcem. Z bylym nie mialam
kontaktu, nie interesowalam sie jego losem az tu ci ktoregos poranka moj
owczesny malzonek wola mnie do okna i mowi by zadzwonic 911 bo jakis "homeless"
chyba umarl na naszych schodach. Tym "homeless" okazal sie moj byly!!!! Dostal
moj adres od wspolnych znajomych i postanowil mnie odwiedzic by zobaczyc jak mi
sie wiedzie. Dodam, ze byl pijany na umor!!!! padl na schodach i .... zasnal.
Po krotkiej wymianie slow zadzwonilismy po taksowke i odeslalismy go z bogiem.