Juz kiedys gdzies opisywalam moja love story, ale tutaj chyba nie. Uwaga, bedzie
dlugo
W wakacje po pierwszym roku moich studiow moi rodzice zgodzili sie przyjac pod
nasz dach Amerykanke z Korpusu Pokoju - przyjechalo ich ok. 80 osob do Polski i
w naszym miescie mieli przez 2,5 miesiaca uczyc sie polskiego, poznawac polskie
realia itp. Mnie zalezalo na kontakcie z angielskim, ktory uwielbiam i ktory
niby studiowalam razem z niemieckim, a kontaktu z nativami nie mialam. No i
wiadomo, byly imprezki integrujace grupe ze soba i z Polakami i ja z "moja"
Amerykanka na nie chodzilam i tak go poznalam. Pierwszego wieczoru strasznie
chcialo mi sie z niego smiac, bo mowil do mnie powoli i wyraznie, wrecz
drukowanymi literami, a ja z niecierpliwoscia czekalam na to, co on powie.
Wreszcie nie wytrzymalam i zapytalam: "Do you always speak so slowly?"

Potem
sie przyzwyczail, ze go rozumiem, jak mowi normalnie, a mial kiedy sie
przyzwyczajac, bo go zakwaterowali u rodziny blisko moich rodzicow, wiec bywaly
wspolne powroty z imprez itp.
Pod koniec tamtego lata juz bylismy para, a potem on musial wybyc na
"posterunek" - do szkoly niedaleko Krakowa (spuszczam zaslone milczenia nia jego
doswiadczenia tam), a ja wrocilam na studia do Warszawy. Widywalismy sie co
najmniej raz w miesiacu, najczesciej co dwa tygodnie, a po roku on wrocil do
Stanow, wczesniej namowiwszy mnie na ubieganie sie o wize. Dostalam ja bez
problemu i w wakacje po drugim roku studiow pojechalam na miesiac do niego.
Poznalam jego rodzicow i pieska, wszyscy mnie polubili
Potem widywalismy sie co pare miesiecy. Raz on przyjezdzal do Polski, raz ja do
niego. Ferie zimowe i wakacje byly zbawieniem, ale bywaly i weekendy, kiedy
spotykalismy sie "w pol drogi" - np. w Atenach

Albo ja do niego pojechalam
na 9 dni dzieki naszym swietom majowym (od tej pory nie wierze w historie o
strasznych urzednikach imigracyjnych na lotniskach w USA - nigdy nie mialam
problemu z wjazdem, niezaleznie od tego, jak czesto i na jak dlugo wjezdzalam).
Z tego miejsca chcialabym powiedziec, ze bardzo podziwiam osoby, ktore wytrwaly
w zwiazkach na odleglosc przed wynalezieniem internetu
W wakacje po czwartym roku moich studiow zaplanowalismy wycieczke samochodowa az
do Kansas (on mieszkal wtedy w Bostonie), bo chcial mi pokazac, gdzie dorastal,
a potem studiowal. Poprosil mnie o reke moze po dwoch dniach tej wycieczki, w
hotelu w Ann Arbor. Pomijajac sam fakt zareczyn, nie byla to bardzo romantyczna
chwila i potem dowiedzialam sie, ze on po prostu nie wytrzymal. A planowal sie
oswiadczyc w kapliczce na campusie swojego uniwersytetu, chcial ukleknac i w
ogole, ale pierscionek zareczynowy wypalal mu dziure w plecaku i bal sie, ze
lada chwila go znajde
Planowalismy slub za rok, ale niestety proza zycia nas dopadla, on stracil prace
i stwierdzil, ze pojdzie znow na studia, wymyslilismy Nowa Zelandie, wiec
wzielismy przyspieszony slub w ferie na moim piatym roku, bo inaczej watpie, czy
dostalabym wize do NZ. Na slubie bylismy tylko we dwoje w City Hall, w tydzien
zalatwilismy wszystkie formalnosci, a cztery dni po fakcie bylam juz w samolocie
do Polski

Praca magisterska wzywala. Skonczylam ja, obronilam sie, wzielam
udzial w referendum unijnym i polecialam z powrotem do meza.
Powiem Wam, ze bardziej za nim tesknilam w czasie naszego rozstania po slubie
niz caly ten czas wczesniej, kiedy bylismy "tylko" para.
Koniec i bomba, kto przeczytal, ...tego podziwiam za wytrwalosc
--
Jak się piszesz, tak cię widzą.