moej love story nie ma zakonczenia : zyli dlugo i szczesliwie, co zreszta stale
czytelniczki wiedza doskonale
tak wiec moja najwieksza dotychczas miloscia byl D. , brazylijczyk. poznalismy
sie w pracy, z ktorej zreszta z tego powodu musialam pozniej odejsc.
spotkalismy sie przypadkiem na piwie i od tego dnia nie rozstalismy sie przez
1.5 roku. najdluzej spedzilismy bez siebie chyba 1 dzien.
na poczatku bylo super, bardzo fajny byl z niego chlopak, wkrotce razem
zamieszkalismy. na poczatku nie zdawalam sobie sprawy ze on coraz wiecej
popija. zreszta powiedzmy szczerze bylo nam i tak bardzo dobrze. planowalismy
wspolna przyszlosc, jakies brazylie, slub itd.
bylismy nierozlaczni, wszyscy mysleli ze zawsze bedziemy razem. pewnie ze
zdarzaly sie klotnie, szczegolnie jak jego popijanie przybieralo na sile.
no i ktoregos dnia wszystko trachlo. moj D zaczal coraz wiecej czasu spedzac
pijac z kumplami ( lub sam ) i jarajac. ja sie nagle stalam niepotrzebnym
wyrzuten sumienia. jeszcze probowalismy o ten zwiazek walczyc, chyba za dlugo.
rozstalismy sie, bylo mi bardzo trudno. boli fakt, ze gdyby nie pil to
prawdopodobnie bylibysmy bardzo szczesliwi. niemniej jednak niczego nie zaluje.
zawsze bede kochala czlowieka jakim kiedys byl. tego kim jest teraz niestety
nawet nie moge powiedziec ze lubie...
po prawie 3 miesiacach moge powiedziec ze to byla dobra decyzja. przegralam z
butelka i narkotykami. walczylam z jego nalogami, ale on wybral spokojne picie
i palenie.zreszta chyba nie moglam tej walki wygrac. teraz mam wreszcie spokoj
i z nadzieja patrze w przyszlosc. jestem sama, nie wskoczylam w kolejny zwiazek
bo zrozumialam ze nie tedy droga. skoncentrowalam sie na tym czego chce. moje
zycie uczuciowe to teraz carte blanche, zobaczymy co bedzie.
--
Cos byc musi, cos byc musi do cholery za zakretem...