na fali ostatniego weekndu nie chcę oczywiscie idealizować, ale w
porównianiu z PL chyba tu (DE) jest nieźle, przynajmniej w kwestiach
nieletnich. A było tak:
młody w sobotni poranek zapragnął sie przewrócić na prostej drodze
(no, potknął się o kapcie matki...), po 10 minutach rozdzierającego
płaczu oraz wyciu z bólu przy każdej próbie stanięcia na nodze
wiedziliśmy że coś nie tak. Kierunek - ostry dyżur w szpitalu,
najpierw pierwsze sito: lekarz dyżurny decyduje kto z grypą do domu,
kto z zapalenieniem oskrzeli po antybiotyk do apteki, kto ze
skierowaniem dalej do chirurga (to my). Zatem szpitalny oddział
ratunkowy - rejestracja, potem rentgen, konsultacja, w miedzyczasie
próby 'zmuszenia' aby dziecko skorzystało z bolącej nogi...
diagnoza - nie wiadomo co, ale nie złamanie. Czas - poniżej dwóch
godzin (automat na parkingu nie kłamie
Po kilku dniach totalnego odrzucenia nogi (tzn powrotu do
czworonożności, lub stania z noga podkurczoną) filozoficznie
stwierdził 'boli Kubę noga troszkę' i zaczął kuśtykać. Teraz biega
znów jak szalony.
Czy tylko ja miałam farta? czy po prostu można to lepiej
zorganizować, tak ... inaczej? Powiedzcie że już teraz tak zawsze
będzie, bo mi się podoba!