Dodaj do ulubionych

TEMAT: ROSZCZENIA.

06.03.04, 21:32
Na starym forum to bylo pewnie i ze 100 postow na ten temat, to trzeba to
zaczac ponownie.

Proponuje od tekstu w dzisiejszym Dzienniku. Mysle, ze Nasz Dziennik, wbrew
powszechnie panujacej opinii, jest calkiem niezly. Ta babka Malgorzata Goss
jest bomba. Co ja mowie, ona jest naprawde takim taranem dziennikarskim.
Przyznam sie, ze chetnie zapoznalbym sie z nia. Kawal niezlej laski od strony
szarych komorek. No to cytuje:

"Po wejściu Polski do Unii Europejskiej polska własność na Ziemiach
Odzyskanych będzie narażona na roszczenia ze strony niemieckich
przesiedleńców - wynika z piątkowej debaty sejmowej nad uchwałą, która ma być
odpowiedzią na niemieckie żądania majątkowe. Uchwała została przyjęta w
komisji w drugim czytaniu. Sprzeciwia się jej rząd i SLD. Także Platforma
Obywatelska wycofała swe poparcie. Głosowanie Sejmu ma się odbyć w przyszłym
tygodniu.
- Polska musi wypowiedzieć jurysdykcję trybunałów europejskich w sprawach
własnościowych na Ziemiach Odzyskanych, inaczej czeka nas zagłada państwa
polskiego - oświadczył z trybuny sejmowej poseł Antoni Macierewicz (RKN). O
tym, że niemieckie roszczenia będą, zapewnił posłów wiceminister spraw
zagranicznych Jakub Wolski. - Każde dziecko to wie - oświadczył. Jednak MSZ
jest stanowczo przeciwne podjęciu uchwały przez parlament, utrzymuje bowiem,
że i tak nie możemy tym roszczeniom zapobiec. Minister potwierdził
informację, iż resort spraw zagranicznych prowadził ostatnio poufne rozmowy w
tej sprawie z "wybitnymi przedstawicielami niemieckiej doktryny". O tych
rozmowach posłowie nie byli poinformowani przez MSZ, dowiedzieli się o nich
od strony niemieckiej.
- A o czym rozmawialiście z prawnikami niemieckimi, gdy nie chcieliście
rozmawiać z polskimi posłami? I na dodatek w tajemnicy przed polskimi
posłami? - pytał Macierewicz. Oskarżył rząd o 14-letnią bezczynność, jeśli
chodzi o zabezpieczenie polskiej własności na Ziemiach Odzyskanych.
Przypomniał, że po akcesji ewentualna ustawa reprywatyzacyjna będzie musiała
obejmować wszystkich, którzy tu posiadali majątki, a więc i przesiedlonych
Niemców. Jego zdaniem, rząd celowo z tą sprawą zwlekał. - Czy to wygodnictwo,
czy tajna ugoda? - dopytywał się Macierewicz. Zarówno on, jak i kilku innych
posłów wskazywało na istnienie w Polsce "partii niemieckiej", która od lat
blokuje wszelkie próby dostarczenia Polsce narzędzi prawnych, które w Unii
Europejskiej pozwoliłyby nam obronić się przed roszczeniami ze strony
Niemców. Zygmunt Wrzodak (KP LPR) poinformował, że przedstawiciel PO,
wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych Bogdan Klich, jest
założycielem instytucji finansowanej przez trzy niemieckie fundacje
działające w Polsce - Eberta, Schumanna i Adenauera. Chodzi o Międzynarodowe
Centrum Demokracji, które Klich założył w 1993 r. - Jaka jest rola tych
fundacji? Czy nie działają one na zasadzie "wywiadowni"? - dopytywał się
Wrzodak. Zażądał on od ministra pełnej informacji w tej sprawie. Poseł Klich
wystąpił w debacie jako przeciwnik uchwały. Podobne stanowisko zaprezentował
Antoni Kobielusz w imieniu SLD. Janusz Dobrosz (KP LPR) przypomniał, że w
1991 r. taki sam sprzeciw rządzących "elit" wzbudziła podobna próba
zabezpieczenia polskich interesów w uchwale o ratyfikacji traktatu polsko-
niemieckiego. Gdyby to wtedy zrobiono, nie byłoby dzisiaj roszczeń
niemieckich.
Małgorzata Goss


www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20040306&id=po48.txt
Edytor zaawansowany
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:36
    Na Ziemiach Odzyskanych, czyli u siebie

    Rozmowa z posłem Januszem Dobroszem (Liga Polskich Rodzin), wiceprzewodniczącym
    sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych.

    Jest Pan posłem z Wrocławia. Jakie nastroje panują w tej chwili na Ziemiach
    Odzyskanych?
    - Dobrze, że pani redaktor powiedziała "na Ziemiach Odzyskanych", bo tak się
    składa, że wielu ludzi mediów, kreujących się na arbitrów w sprawach
    międzynarodowych, zarzuciło to określenie, a nawet stara się je zdeprecjonować.
    A przecież jest ono adekwatne do przeszłości historycznej tych terenów. Gdy
    ktoś podważa historyczne i moralne prawo powrotu Polski na Ziemie Odzyskane,
    powołując się na to, że przez lata dominowała tu kultura niemiecka, warto zdać
    sobie sprawę, że ci sami historycy nie kwestionują np. tego, że Żydzi wrócili
    do Izraela po 2 tysiącach lat! Zresztą na terenach, które odzyskaliśmy po
    wojnie, do połowy XIX wieku w wielu miejscach dominował język polski. Nawet na
    Pomorzu Szczecińskim, Przedgórzu Sudeckim, które były mocno zgermanizowane,
    pozostały ślady słowiańskiej przeszłości. Przecież te ziemie znalazły się w
    ramach państwa niemieckiego dopiero od roku 1871, tj. w momencie powstania
    Cesarstwa Niemieckiego. Wcześniej przechodziły z rąk do rąk. Należały także do
    królestwa czeskiego, wielonarodowej monarchii austriackiej, a i samo państwo
    pruskie też było państwem wielonarodowym.
    Jednak rdzennie Ziemie Odzyskane są absolutnie słowiańskie.

    Zofia Kossak-Szczucka, opierając się na starych kronikach, opisała w "Troi
    Północy" boje Słowian z zalewem plemion germańskich. Wtedy słowiańszczyzna
    sięgała aż pod dzisiejszy Berlin.
    - Jeszcze dalej - po Hanower, Hamburg, Pomorze Wołgołowskie. Wyspa Rugia to
    przecież kolebka słowiańszczyzny. Jeżeli dzisiaj Niemcy są takimi
    maksymalistami i twierdzą, że gdziekolwiek niemiecki pług przeorał ziemię, to
    była to już ziemia niemiecka, to w tych kategoriach w zasadzie cały teren
    dawnej NRD był słowiański.

    Czy wśród mieszkańców Ziem Odzyskanych istnieje świadomość, że są u siebie?
    - Niestety, ta świadomość z roku na rok staje się mniejsza.

    A kiedyś istniała?
    - Oczywiście. Trzeba przyznać, że w poprzednim systemie nie żałowano środków na
    szukanie pierwocin słowiańskości. Lata 50., 60. zaowocowały ogromnym dorobkiem
    Instytutu Zachodniego w Poznaniu, Instytutu Śląskiego... Dzięki badaniom
    historyków coraz bogatsza stawała się faktografia. Na tej glebie wyrosła np.
    wspaniała publicystyka i eseistyka Pawła Jasienicy. Jednak to kończy się wraz z
    nadejściem epoki Gierka. Może nie kończy się całkowicie, ale zaczyna być
    wyciszane...

    Czy za Jaruzelskiego Ziemie Odzyskane nie były już traktowane jak oczko w
    głowie?
    - Takie odnoszę wrażenie. Polska zaczęła mniej zdecydowanie stawiać kwestie
    historyczne już w momencie, kiedy został podpisany traktat między PRL a NRF,
    pomiędzy Brandtem a Gomułką. To był 1970 rok, a ratyfikacja w niemieckim
    Bundestagu nastąpiła dopiero w 1972 r. Niemcy uznały częściowo granicę na Odrze
    i Nysie i między obydwoma państwami nawiązane zostały stosunki dyplomatyczne,
    których wcześniej nie było. Jako ciekawostkę powiem, że tylko dwa ówczesne
    państwa socjalistyczne miały stosunki dyplomatyczne z NRF - to był Związek
    Sowiecki i Rumunia.
    Od momentu zawarcia traktatu PRL - NRF - rozpoczęły się wzajemne kontakty,
    pojawiły się umowy, kredyty, i jednocześnie zaczęła się powoli zmieniać optyka
    w stosunku do ziem zachodnich...

    Sugeruje Pan, że współpraca i sponsorowane przez stronę niemiecką wspólne
    przedsięwzięcia spowodowały, iż po polskiej stronie myślenie o ziemiach
    zachodnich zaczęło się zmieniać?
    - Przestało być ekspansywne. To nie znaczy, że coś zmieniło się w nauce czy w
    podręcznikach, ale w prasie i telewizji te sprawy nie były już tak nagłaśniane.
    Po ustaleniach helsińskich w sprawie łączenia rodzin nagle w Polsce pojawiło
    się wielu Niemców...
    A zatem to wszystko zaczęło się nie w roku 1989, lecz wcześniej. W 1989 r.
    nastąpiła natomiast eskalacja zjawiska. Nawet ci politycy, których trudno
    podejrzewać o złe intencje, często dają się wciągnąć w pułapkę nowomowy.
    Wyciszają nasze prawa historyczne i moralne do Ziem Odzyskanych, kładąc nacisk
    na to, że to rekompensata za ziemie utracone na Wschodzie. Tymczasem my prawa
    do ziem zachodnich czerpiemy z wielu źródeł. Poza tym trzeba pamiętać, że
    likwidacja państwa pruskiego dawała rękojmię pokoju. Cywilizowany świat uznał,
    że Prusy były nieustannie zarzewiem wojny w Europie, od 1740 roku, kiedy
    napadły na inne państwo niemieckie - Austrię.

    Miejscem, gdzie ogniskowały się badania naukowe nad tymi terenami, był Instytut
    Zachodni. Czy napływające tam granty niemieckie zmieniły charakter tych badań?
    - W moim przekonaniu - tak. W 1990 r. dwukrotnie jeździłem na konsultacje
    związane z traktatem polsko-niemieckim do znakomitego znawcy tej tematyki - śp.
    profesora Alfonsa Klafkowskiego. Muszę powiedzieć, że już wtedy dostrzegał on
    to zjawisko. Od połowy lat 70. zaczęła się powolna erozja polskiej piastowskiej
    myśli politycznej dotyczącej ziem zachodnich - pod wpływem fundowanych przez
    Niemcy grantów na badania naukowe, wyjazdów, spotkań, konferencji, fundacji...
    Jak widać, nie jest to tylko owoc roku 1989.

    Nadchodzi rok 1990 i traktat z Niemcami. Jako poseł był Pan przy tym...
    - Kiedy w 1990 r. Niemcy łączyły się, pamiętam - wygłosiłem oświadczenie
    poselskie. Było to wezwanie do prezydenta, wówczas jeszcze Jaruzelskiego, w
    którym żądałem uczestnictwa Polski w negocjacjach 2+4, a wspierali mnie w tym
    posłowie ówczesnego koła PAX, a nawet niektórzy z lewicy. Chociaż krytycznie
    oceniam ówczesnego szefa MSZ - ministra Skubiszewskiego, to muszę uczciwie
    przyznać, że w tamtym czasie nie było oporu z jego strony. Raczej wszyscy
    działali solidarnie, łącznie z premierem Mazowieckim.
    Samo uczestnictwo Polski w rozmowach 2+4 trochę przypominało Poczdam. Tak jak
    wtedy Polacy byli wpuszczani tylko na niektóre "punkty" w celu konsultacji, a
    decyzje podejmowano w gronie czterech mocarzy. Po konferencji przez
    polskie "elity" rozpowszechniony został mit na temat przyjaźni kanclerza Kohla
    wobec Polski.

    Słynny pocałunek w Krzyżowej...
    - Pocałunek Kohla z Mazowieckim w Krzyżowej - "pocałunek śmierci", jak
    niektórzy mówią. Na czym polega cała tragedia dzisiejszych roszczeń ze strony
    niemieckiej i coraz gorszych stosunków oficjalnych polsko-niemieckich? Przecież
    utrzymywano, że te stosunki są świetne! Z czego to wynika? Otóż z
    zafałszowanego obrazu, który był nieustannie serwowany przez media i elity
    polityczne.
    Kanclerz Kohl tylko dlatego w traktacie 2+4 zgodził się na granicę na
    potwierdzenie Poczdamu, że był naciskany przez trzech przywódców. Największą
    pozytywną rolę odegrała wtedy Margaret Thatcher jako premier Wielkiej Brytanii,
    która - niezależnie od sprawy polskiej - bardzo bała się wzmocnienia Niemiec
    wskutek zjednoczenia. Wiedziała, że Niemcy będą próbowały rozdawać karty w
    Europie. W rokowania zaangażowani byli także prezydent Bush senior i Michaił
    Gorbaczow, który jako prezydent Związku Sowieckiego też w tamtym czasie odegrał
    pozytywną rolę, gdy zapowiedział, że nie będzie wycofania sowieckich wojsk z
    terenu byłej NRD, jeśli sprawa granic nie zostanie definitywnie załatwiona.
    Kanclerz Kohl uległ naciskom trzech prezydentów - zdając sobie sprawę, że nie
    będzie zjednoczenia Niemiec, jeśli nie wyrazi zgody na ustalenia poczdamskie.
    To nie była z jego strony żadna dobra wola!
    A u nas wykreowano mit "Kohla - przyjaciela Polski", przyjmowano kanclerza
    oklaskami na stojąco, a prezydent Kwaśniewski uhonorował go Orderem Orła
    Białego. Orderu nie dostali natomiast ani Margaret Thatcher, ani Bush, ani
    Mitterand, ani Gorbaczow.

    Potem był traktat polsko-niemiecki...
    - Nazywam go "traktatem za zamkniętymi drzwiami". Niemcy zawsze kładły nacisk
    na to, że Traktat Poczdamski odsyłał do przyszłej konferencji pokojow
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:38
    do przyszłej konferencji pokojowej, która potwierdzić miała ustalenia...

    A której nigdy nie było.
    - Nie było, bo trwała zimna wojna. Zachód coraz bardziej umacniał podmiotowość
    Niemiec jako przeciwnika bloku wschodniego, zaś Niemcy nie chciały się zgodzić
    na konferencję pokojową. Kiedy szykowało się zjednoczenie, w prasie niemieckiej
    widać było pogodzenie się z myślą, że traktat 2+4 będzie pełnić rolę traktatu
    pokojowego. Jednak trzeba pamiętać, że są środowiska naukowe w Niemczech, które
    dalej to kwestionują, twierdząc, że traktatu pokojowego nie ma.

    Gdy tymczasem strona polska traktuje ustalenia konferencji 2+4 jako ostateczne
    zamknięcie tamtego rozdziału?
    - Absolutnie tak. Takie jest oficjalne stanowisko władz i pogląd doktryny. I
    tak zaczyna się otoczka traktatu polsko-niemieckiego. Przypominam, że są dwa
    traktaty - traktat graniczny i traktat o dobrym sąsiedztwie. Pierwszy z nich
    był potwierdzeniem granicy w imieniu zjednoczonych Niemiec. Trzeba jednak
    zauważyć, że to uznanie jest kwestionowane w wewnętrznym prawie niemieckim
    poprzez artykuł 116 niemieckiej konstytucji. Zakłada on, że każdy urodzony na
    Ziemiach Odzyskanych ma prawo otrzymać niemieckie obywatelstwo.

    Jest to niewątpliwie agresja prawna.
    - Gdyby każdy, kto się poczuje Polakiem we Lwowie, Grodnie, Wilnie, od razu
    dostawał w konsulacie polski paszport, Litwini, Ukraińcy, Białorusini
    podnieśliby krzyk, że to polski nacjonalizm. Tutaj nikt nie protestuje. Minęło
    12 lat od traktatu polsko-niemieckiego, a artykuł 116 jak stał w niemieckiej
    konstytucji, tak stoi. Choć w tym czasie artykuł 16 - traktujący o azylantach,
    który był dla Niemców niewygodny, zniknął. A więc mogą Niemcy zmienić
    konstytucję? Mogą. Ale artykułu 116 nie ruszyli. To jest jakiś probierz
    intencji.

    Ale wróćmy do "traktatu za zamkniętymi drzwiami". Dlaczego Pan go tak nazwał?
    - Otóż na miesiąc przed debatą ratyfikacyjną w Sejmie jeden - podkreślam:
    jeden - egzemplarz traktatu został wyłożony do wglądu u przewodniczącego
    komisji spraw zagranicznych Geremka. Dopiero na tydzień przed debatą tekst
    pojawił się w Sejmie. Przecież to jest ogromna, skomplikowana materia
    międzynarodowa, której przestudiowanie wymaga czasu.
    Już wtedy obecne problemy w stosunkach polsko-niemieckich były do przewidzenia:
    kwestia listów intencyjnych, w których stwierdzono, że traktat nie zajmuje się
    kwestią własności, brak uregulowania statusu polskiej mniejszości w Niemczech w
    sposób analogiczny do mniejszości niemieckiej w Polsce. Jest też w traktacie
    polsko-niemieckim zdumiewający zapis, że oba państwa będą wzajemnie walczyć...
    z przejawami antysemityzmu. Z jakiej racji traktat pomiędzy Polską a Niemcami
    tym się zajmuje?! O co tu chodzi? Ktoś czytający ten traktat pomyśli tak:
    zarówno Polacy, jak i Niemcy odpowiadają za antysemityzm i zbrodnie...
    Rozumiem, jeśli w takim traktacie są zapisy, w których strony zobowiązują się
    walczyć z przejawami antyniemieckości i antypolskości, ale antysemityzm? Co to
    ma do rzeczy?!
    Oprócz mnie zwrócili na to uwagę posłowie Jan Łopuszański i Marek Jurek. Ale
    traktatu nie można już było zmienić.
    Kolejna fatalna sprawa to kwestia odszkodowań. Niemcy twierdzą, że Bierut
    zrzekł się reparacji. Tymczasem reparacji i odszkodowań cywilnoprawnych zrzekł
    się minister Żabiński w imieniu Skubiszewskiego.

    Nie rozumiem...
    - Jest w traktacie klauzula, że polska strona nie będzie się upominała o
    odszkodowania.

    Odszkodowania cywilnoprawne czy reparacje?
    - Jedno i drugie. Skubiszewski mataczył, nie wprowadzając rozróżnienia tych
    dwóch kategorii odszkodowań.
    Oczywiście Bierut nie mógł skutecznie zrzec się reparacji, bo jego
    oświadczenie, nawet w świetle komunistycznego prawa, powinno być potwierdzone
    uchwałą Sejmu lub Rady Państwa, a nie było. Było to tylko oświadczenie Bieruta
    i części rządu.

    I dotyczyło tylko obszaru byłej NRD.
    - Tak jest. Wrzucając w liście intencyjnym obie sprawy do jednego worka,
    Skubiszewski dał pretekst do uznania, że obie zostały uregulowane. Proszę więc
    zauważyć, ile zostawiono niedomówień, niedoróbek w traktacie. Przy ratyfikacji
    nie można niczego zmienić - albo się umowę odrzuca, albo przyjmuje. Mogliśmy
    tylko podjąć uchwałę o ratyfikacji. Wtedy zgłosiłem poprawkę do tej uchwały, w
    której był zapis, że Niemcy nie mogą dalej wracać do koncepcji istnienia Rzeszy
    w granicach z 1937 roku w kwestiach obywatelstwa i w kwestiach własnościowych.
    Ta poprawka została jedenastoma głosami odrzucona.

    Kto się sprzeciwił?
    - Podziały były bardzo różne. Oleksy obiecywał, że PZPR poprze uchwałę, a nie
    poparła. Nie możemy jednak sięgnąć do źródeł, bo wtedy nie było w Sejmie
    głosowania imiennego, a tylko ilościowe.

    A więc traktat został przyjęty z dobrodziejstwem inwentarza, z haczykami, które
    teraz dają o sobie znać?
    - No właśnie. Kanonem poprawności politycznej było wyciszanie spraw spornych.
    Muszę przyznać, że jedynym dziennikiem, który od chwili powstania zajmował się
    tą problematyką, był "Nasz Dziennik". Do tego parę tygodników. Co do prasy
    lokalnej, to kiedy jeszcze "Słowo Polskie" było w polskich rękach, publikowało
    moje uwagi, po których rugał mnie prof. Kieres, wówczas przewodniczący sejmiku.
    Raz w "Polityce" ukazał się drobny artykuł, że "kiedyś straszono polskie dzieci
    Hupką i Czają, a teraz niemieckie będzie się niebawem straszyć Dobroszem". A ja
    się przecież nie upominałem o nic innego, jak tylko o partnerskie stosunki
    polsko-niemieckie oparte na prawdzie, a nie na fałszu, tak jak dawniej przyjaźń
    polsko-sowiecka. Uważałem, że na takim traktacie prawdziwej współpracy nie
    można zbudować. Nawet Klaus Bachman, dziennikarz austriacki, nazwał to "kiczem
    pojednania".

    Jaki był następny po traktacie polityczny etap wzajemnych stosunków Polski i
    Niemiec?
    - Potem zaczęły się schody. W 1998 r. Bundestag niemiecki podjął rezolucję, w
    której uznał powojenne wysiedlenia Niemców za niezgodne z prawem
    międzynarodowym i wyraził de facto poparcie dla roszczeń tzw. wypędzonych.
    Zaapelował do rządu federalnego, aby "nadal działał na rzecz legalnych
    interesów wypędzonych". Takie stwierdzenie padło po raz pierwszy w oficjalnym
    dokumencie państwowym, bo w doktrynie było to zawsze obecne. W rezolucji
    niemiecka władza powiedziała otwarcie, że integracja Polski i Czech z Unią
    Europejską ułatwi rozwiązanie "bilateralnych otwartych jeszcze kwestii" między
    tymi krajami a Niemcami oraz pozwoli na swobodne osiedlanie się tam obywateli
    niemieckich.
    Jako przewodniczący klubu PSL zrobiłem wówczas raban. Przygotowałem projekt
    uchwały Sejmu. Jej tekst został następnie gruntownie zmieniony w komisji, ale
    uchwała mimo wszystko przeszła w Sejmie. Zawarta w niej była krytyka rezolucji
    Bundestagu, która - jak napisano - "nie służy współpracy Polski i Niemiec"
    i "zawiera pewne dwuznaczności, wobec których nie możemy przejść obojętnie".
    Uchwała stwierdzała też, że "podstawą pokoju musi być akceptacja terytorialnego
    porządku w Europie i polskich tytułów własności nieruchomości". Udało się ją
    przeforsować, ale z zastrzeżeniem, że "bez dyskusji w Izbie". Jest to - jak do
    tej pory - jedyny dokument zawierający polską odpowiedź na niemiecki sposób
    uprawiania polityki.

    Czy to było już po wystąpieniu ministra spraw zagranicznych Bartoszewskiego w
    Bundestagu?
    - Tak. W 1995 roku minister Bartoszewski przeprosił za cierpienia towarzyszące
    przesiedleniom Niemców. Dał jakby asumpt do tego, co potem uchwalił Bundestag.
    Nie posądzam go o złe intencje, ale w swojej naiwności dał pretekst do
    dzisiejszej dyskusji o centrum wypędzonych, choć dzisiaj sam jest budowie
    takiego centrum przeciwny.
    Wracając jednak do tematu. Potem zwołano w Sejmie Konwent Seniorów, w którym
    uczestniczył premier Buzek. Zaatakował mnie, że jakoby psuję stosunki polsko-
    niemieckie. Odparłem, że proponuję, aby poszedł z tym do tych, którzy
    negocjowali traktat i którzy dobr
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:39
    którzy dobrze wiedzą, na czym rzecz polega.

    Jaka była reakcja mediów na uchwałę?
    - W liberalnej prasie spłyca się te kwestie, uspokajając, że przecież rząd
    niemiecki nie wysuwa pretensji. Tymczasem pułapką dla Polski jest Unia
    Europejska. Niemcy liczą na to, że poprzez system prawny UE, zwłaszcza przez
    wpisaną do nowej konstytucji nadrzędność prawa europejskiego nad konstytucjami
    krajów członkowskich, uzyskają nowe instrumenty prawne do realizacji własnych
    interesów. A jaka jest siła Niemiec w ramach UE, to widać po projekcie
    konstytucji, według której była NRD jest jedynym terenem w Unii, który może od
    państwa macierzystego otrzymywać pomoc publiczną.

    Niemcy ogłoszono naszym adwokatem na drodze do Unii. Czy były jeszcze jakieś
    kamienie milowe na tej drodze?
    - Próbowaliśmy w Sejmie uchwalić powszechne uwłaszczenie i przekształcenie
    użytkowania wieczystego w prawo własności, z myślą o utrwaleniu polskiej
    własności.
    Sygnały na temat niemieckich roszczeń wracały zawsze w trakcie kampanii
    wyborczych w Niemczech, podczas których każdy pretendent do fotela kanclerza
    jeździł na zjazdy tzw. wypędzonych i składał oczekiwane przez nich deklaracje.
    U nas bagatelizowano to, pisząc, że "to tylko element kampanii wyborczej". A
    przecież jeśli ktoś w kampanii wyborczej używa takich argumentów, to powinno
    się nam zapalić czerwone światełko.

    To może oznaczać, że deklaracje trafiają na podatny grunt i że chodzi o duży
    elektorat, bo inaczej kandydat by o niego nie zabiegał...
    - Większość mediów w Polsce jest adwokatem niemieckiej sprawy, a prokuratorem
    polskiej. Gdyby Dobrosz w trakcie kampanii wyborczej na Dolnym Śląsku jeździł
    po okręgu wyborczym i mówił, że jak zostanie posłem czy prezydentem, będzie
    zabiegał, aby Lwów wrócił do Polski, to ta sama prasa uznałaby mnie za groźnego
    nacjonalistę. Stosowana jest podwójna miara.

    Jaki był następny istotny moment w stosunkach polsko-niemieckich?
    - Takim przełomowym momentem w sensie negatywnym było opowiedzenie się Polski,
    wbrew Ojcu Świętemu, po stronie NATO podczas agresji w Jugosławii. Wtedy
    położony został fundament pod rodzącą się nową doktrynę, która mówi, że prawa
    człowieka stoją ponad prawami suwerennych państw. Polska poparła coś, co stało
    się argumentem dla Związku Wypędzonych.

    Prawami człowieka można uzasadnić praktycznie każdą agresję na suwerenne
    państwo.
    - Przypominam, że prawo do własności też jest prawem człowieka. Na tę kwestię
    zwrócił też uwagę poseł Łopuszański.

    I tak dotarliśmy do Kopenhagi...
    - Proszę zwrócić uwagę na podkreślaną w tym czasie fraternizację między
    Schroederem a Millerem. Wspólne obiady, kolacje...
    W Sejmie zwracaliśmy uwagę, że bez względu na to, czy ktoś jest za akcesją czy
    przeciw niej, trzeba zabezpieczyć interesy Polski. Chodziło o to, aby w
    traktacie kopenhaskim wynegocjować klauzulę, która potwierdzałaby polską
    własność, zabezpieczała przed wykupem ziemi polskiej. Głos ten zginął jednak w
    kakofonii propagandy prounijnej.

    W tym czasie rządził SLD. To ekipa, która w przeciwieństwie do
    ludzi "Solidarności" ma niejakie doświadczenie w polityce międzynarodowej. Oni
    przecież wiedzieli, jak się w to gra. Znali z doświadczenia, jak się traci
    suwerenność w stosunkach z mocniejszym. Dlaczego nie zadbali o to, aby tę
    świeżo odzyskaną polską niepodległość zabezpieczyć w drodze do UE.
    - Politycy prawicy utrzymywali dobre stosunki z partią CDU/CSU. To samo łączyło
    SLD i SPD. Tym ludziom imponowały europejskie salony, socjalistyczna
    Międzynarodówka i to, że traktuje się ich jako socjaldemokratów, choć przed
    chwilą byli komunistami. Przepustki na owe salony polityczne rozdawali Niemcy.
    W stosunkach z nimi polska strona brała pozory za dobrą monetę. Jest w tym
    naiwność. Ale także przekupstwo.

    Teraz toczymy się siłą bezwładu - ku akcesji. Co nam grozi?
    - Pewne złe precedensy już nastąpiły. Jeśli ktoś usiłował dowodzić, że prawo
    nie działa wstecz i roszczenia indywidualne przesiedleńców nie mogą być
    dochodzone przed europejskimi trybunałami, to się pomylił. Są już przed
    Trybunałem Praw Człowieka precedensy. Doktryna się rozbudowuje. Trwa też próba
    odwracania historii. Następuje erozja obrazu II wojny światowej. Temu właśnie
    ma służyć centrum wypędzonych. Ma ono odwrócić proporcje, pokazać, że wszyscy
    byli jednocześnie i ofiarami, i katami. Kompletny relatywizm. Wielu tzw.
    intelektualistów dało się na to nabrać. Podpisywali się pod ideą centrum
    wypędzeń we Wrocławiu, tak jakby nie wiedzieli, że to będzie mekka dla
    wszystkich fałszerzy historii. Bo jak inaczej określić twierdzenie, że podczas
    przesiedleń zginęło miliony Niemców? Otóż miliony Niemców zginęło w wyniku
    działań wojennych, kiedy Rosjanie przełamywali niemiecki front. Była wtedy
    paniczna ucieczka. Straty wśród ludności spowodowały też decyzje niemieckich
    dowódców nakazujące mieszkańcom opuszczenie domów w środku zimy. Opisuje to
    niemiecki ksiądz katolicki Pajkert w książce o twierdzy Wrocław. Pokazuje, ilu
    Niemców zginęło na trasie do Strzelina, ilu na trasie w stronę Berlina, ilu
    zamarzło. Profesor Jędrzej Giertych napisał kiedyś: proszę znaleźć dwieście
    przypadków, kiedy kogoś podczas przesiedlenia zamordowano, prześladowano... Gdy
    przejmowane były gospodarstwa niemieckie w Kotlinie Kłodzkiej, to nawet matki
    hitlerowców, którzy mordowali Polaków, czuły się upokorzone i pokrzywdzone...
    Oczywiście przesiedlenie samo w sobie jest tragedią. Jednak nie można do tego
    przykładać tej samej miary co do zbrodni, jakich dopuścili się Niemcy wobec
    podbitych narodów.

    Co Polska powinna teraz zrobić?
    - Pod żadnym pozorem nie możemy przyjąć unijnego traktatu konstytucyjnego.
    Nasze władze w ogóle nie kwestionują najważniejszego jego artykułu, a
    mianowicie - o wyższości tego traktatu nad prawem i Konstytucją narodową. Tu
    nie jest możliwy żaden kompromis. Byłoby to oddanie Niemcom władzy nad Polską.
    Powinna być uchwalona również uchwała wykluczająca drogę sądową dla roszczeń
    niemieckich wypędzonych. Niewiele zostało czasu do maja - a spółdzielnie i
    niektóre samorządy nadal blokują uwłaszczenie mieszkańców. Musi być pełna
    mobilizacja w kraju.
    Wreszcie - trzeba szukać sojuszników na arenie międzynarodowej - myślę o
    Wielkiej Brytanii, Francji, Stanach Zjednoczonych. I stale być czujnym. Nie
    możemy też zaniedbać badań nad narodową historią i utrwalania śladów
    martyrologii Polaków.

    A co z mieszkańcami Ziem Odzyskanych? Czy dostrzegają zagrożenia dla polskości?
    - Dzięki Bogu ta świadomość się budzi. Byłem w Lubaniu, Oławie, Bolesławcu. Nie
    tylko elektorat prawicowy, ale także ludzie związani z lewicą dostrzegają już
    grożące niebezpieczeństwo, często dzięki własnym doświadczeniom. Po mojej
    interpelacji w sprawie Opolszczyzny, publikowanej w "Naszym Dzienniku", miałem
    bardzo dużo pozytywnych listów. Ludziom otwierają się oczy.

    Dziękuję za rozmowę.
    Małgorzata Goss


    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040306&id=my11.txt
  • robisc 06.03.04, 21:41
    ND nie czytam i nie zamierzam, chcoćby nawet pisali tam zdolni dziennikarze.
    Nie ta opcja światopoglądowa. Za to w Rzepie dziś też był artykuł na temat.

    Cel ten sam, inne metody

    PIOTR JENDROSZCZYK

    Z KÖNIGSWINTER

    Związek Wypędzonych (BdV) oficjalnie nie chce mieć nic wspólnego z Pruskim
    Powiernictwem, organizacją powołaną do wspierania żądań odszkodowawczych
    wypędzonych w polskich sądach oraz w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w
    Strasburgu.


    - Przyjęliśmy niedawno uchwałę wzywającą Pruskie Powiernictwo, aby w swej
    działalności nie identyfikowało się w żadnym stopniu z BdV" - tłumaczy "Rz"
    Bernd Hinz, członek 15-osobowego prezydium BdV. Dlaczego? - Uważamy, że
    działalność Pruskiego Powiernictwa niszczy dorobek organizacji wypędzonych w
    postaci nawiązywania przyjaznych kontaktów w Polsce. Nie akceptujemy gróźb
    wytoczenia procesów odszkodowawczych w Polsce z myślą o doprowadzeniu tych
    spraw do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - odpowiada Hinz.

    Całość tu:

    www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040306/swiat/swiat_a_3.html


    --
    Polityka i Gospodarka
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:50
    "ND nie czytam i nie zamierzam, chcoćby nawet pisali tam zdolni dziennikarze.
    Nie ta opcja światopoglądowa. Za to w Rzepie dziś też był artykuł na temat."

    Rozumiem. Kierujesz sie moda. Nie ma problemu, w koncu mamy demokracje.
    To naturalne zjawisko. Odrzucanie slusznych pogladow, ze wzgledu na akceptacje
    srodowiska.

    Poglady Goss sa bardzo zbiezne z moimi. Jestem zdania, ze ND jest fajna gazeta,
    pomimo swojej niewatpliwie katolickiej oprawy, ktora mnie odrzuca. Nie znaczy
    to, ze nie jest interesujacy i opiniotworczy.

    W Rzeczpospolitej jest wiecej naprawde fachowych artykulow, lecz takie artykuly
    poruszajace zywotne tematy zdarzaja sie nieczesto.

    Dodatkowo platne archiwum powoduje, ze nawet nie zagladam na tamta strone.
    Nie ta opcja swiatopogladowa.
  • robisc 07.03.04, 08:22
    Zwróć uwagę na ten fragment z artykułu, który cytuję. Wygląda na to, że dzieki
    brakowi ustawy reprywtyzacyjnej mamy duzę sznse wygrac procesy. Z drugiej
    strony dzieje się to kosztem tysięcy poszkodowanych Polkaów, którym komuna
    odebrała bezprawnie mienie.

    (...)Szanse na sukces pozwów odszkodowawczych Pruskiego Powiernictwa są jednak
    niewielkie. - Polacy postąpili mądrze, nie uchwalając ustawy reprywatyzacyjnej -
    przyznaje w prywatnej rozmowie prof. Dieter Blumenwitz. Na jego wiedzy, powadze
    i doświadczeniu buduje swe aspiracje do odzyskania majątków lub odszkodowania
    Pruskie Powiernictwo.
    Zdaniem prof. Blumenwitza, kluczem do całej problematyki jest nie sam akt
    wywłaszczenia, ale sposób przeprowadzenia reprywatyzacji. Wywłaszczenie Niemców
    nastąpiło przed podpisaniem przez Polskę Europejskiej Konwencji Praw Człowieka
    i prawo nie może działać wstecz. Dopiero jeżeli w trakcie procesu
    reprywatyzacji jedna grupa zostałaby inaczej potraktowana niż inne, istnieje
    możliwość wystąpienia z roszczeniami odszkodowawczymi na gruncie prawa
    europejskiego. W Polsce taka sytuacja nie istnieje, ale mimo to prof.
    Blumenwitz nie traci nadziei, twierdząc, że wyjaśnienia wymaga kilka spornych
    zagadnień prawnych. Jednym z nich jest kwestia ziem rolniczych. Uważa, że
    jeżeli w procesie reprywatyzacji tych ziem obywatele Unii (czytaj Niemcy) będą
    w Polsce dyskryminowani poprzez np. niedopuszczenie do przetargów, będzie to
    naruszenie prawa europejskiego. Uznaje jednak, że państwo ma prawo uwzględnić w
    procesie odszkodowawczym swych obywateli, wyłączając cudzoziemców, pod
    warunkiem, że pozbawiło ich wcześniej obywatelstwa w celu wyłączenia z procedur
    reprywatyzacyjnych. Blumenwitz jest zdania, że w celu wyjaśnienia wątpliwości
    prawnych powstanie konieczność przeprowadzenia tzw. procesów wzorcowych.

    Procesy te trudno oprzeć na pojęciu "prawa do stron ojczystych". Tego
    dowiedzieli się przedstawiciele wypędzonych kilka dni temu z ust kilku
    poważnych ekspertów zaproszonych na specjalną konferencję do malowniczego
    miasteczka K?nigswinter nad Renem. Nawet jeżeli z wielkim trudem udałoby się
    takie prawo wyprowadzić na podstawie szczątkowych norm prawnych, to - jak
    twierdzi prof. Dietrich Murswieck - i tak dotyczyć może ono wyłącznie
    wypędzonych, a nie ich potomków. Zdaniem profesora, ostatnią szansą do
    uregulowania spraw majątkowych były negocjacje akcesyjne Polski do UE. Takie
    stwierdzenia wywołują rozgoryczenie wśród obecnych na sali wypędzonych. Wiedzą
    już, że rozszerzenie UE nie zmieni ich statusu. Wielu z nich wierzy jeszcze
    jedynie w powodzenie projektów Pruskiego Powiernictwa. "



    --
    Polityka i Gospodarka
  • przycinek.usa 07.03.04, 08:35
    Wiesz - dobrze, ze juz jestes. Jak widzisz staralem sie dosyc wiernie przeniesc
    watki z XFiles. Po to jest Forum i po to wszystko przekopiowalem, aby teraz
    sobie podyskutowac. Jak wiesz nie jestem prawnikiem i moge jedynie opierac sie
    o wypowiedzi innych w tym zakresie. Niemniej jednak martwi mnie caly ten temat.

    Bo widzisz, doswiadczenie pokazuje, ze najtrudniejszym partnerem w negocjacjach
    jest zawsze PANSTWO. Jest wielkie oporne, a jak sie wladza uprze, to
    przedstawiciele wladzy na rozmowy nie pojada, jak to sie stalo w przypadku
    Cimoszewicza i Powella. No mniejsza z tym. Jednak tutaj ten etap zostanie juz
    pominiety, jako ze Polska stanie sie czescia wiekszego ukladu prawnego i
    bedziemy mieli do czynienia z mniejsza skala trudnosci, bowiem roszczeniami
    zajma sie prawnicy w obrebie Panstwa a ci, jako ludzie omylni, beda
    najprawdopodobniej musieli sie oprzec w ostatecznosci na orzeczeniu Sadu
    Najwyzszego, w jak mniemam, pelnym skladzie.

    I tu mamy juz pewne niebezpieczenstwo. Bo widzisz, mamy mase przykladow
    wplywania podejrzanego elementu na kluczowe decyzje Parlamentu w Polsce z
    przekupstwem calych partii politycznych wlacznie. Tutaj zas mamy do czynienia z
    kilkunastoma osobami, ktorych decyzja bedzie dotyczyc milionow ludzi.

    Pomysl o tym w przerwie po sniadaniu.
  • robisc 07.03.04, 08:44
    przycinek.usa napisał:

    > Pomysl o tym w przerwie po sniadaniu.

    Dziekuję, już zjadłem smile

    Oczywiście niebezpiezeństwo zawsze istnieje, szcególnie jezeli sprawy wymkną
    sie spod kontroli polskich sądów, na co sie zanosi. Ale i tak cieszy mnie
    sceptycyzm niemieckim prawników. Z drugiej strony obawiam sie, że poskie władze
    zapędziły sie w kozi róg, bo jeżli nie powstanie szybko ustawa
    reprywatyzacyjna, to procesy państwu wytoczą sami Polacy. I słusznie, bo każdy
    ma prawo dochodzić swoich słusnych praw. Tylko, że wtedy głowy podniosą i Nimcy
    i Żydzi. I tak źle i tak niedobrze.


    --
    Polityka i Gospodarka
  • przycinek.usa 07.03.04, 09:15
    Widzisz nie wszystko jest stare. Post z wywiadem z tym sedzia Sadu Najwyzszego
    jest calkiem nowy. Dodatkowo Macierewicz tez jest nowoscia.
  • robisc 07.03.04, 15:04
    przycinek.usa napisał:

    > Widzisz nie wszystko jest stare. Post z wywiadem z tym sedzia Sadu
    Najwyzszego jest calkiem nowy. Dodatkowo Macierewicz tez jest nowoscia.

    Nie trawię tego faceta. Miał swoje 5 minut w rządzie Olszewskiego i spieprzył
    wszystko dokumentnie, a była wtedy niepowtarzalna sznasa przeprowadzić
    dekomunizację.

    --
    Polityka i Gospodarka
  • przycinek.usa 07.03.04, 19:14
    To prawda, ale to bylo wtedy a teraz jest teraz. To co on pisze, to czlowiek
    czuje i zgadza sie. Nie wykrecaj kota ogonem.
  • robisc 07.03.04, 08:46
    Dziękuje Ci za posiecenie czasu na przeniesienie tych wszystkich postów. To
    jeden z najważniejszych wątków i warto, żeby te posty ujrzały "światło dzienne".

    PS.

    Koniecznie zwróć uwagę na watek o cenach stali

    --
    Polityka i Gospodarka
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:45

    Informacja o sprzedaży polskiego kościoła w Berlinie wywołała duże poruszenie
    wśród Polaków w kraju i w Niemczech. Interpelację w tej bulwersującej sprawie
    złożył w Sejmie poseł Tadeusz Samborski. Jej tekst zamieszczamy poniżej.

    Warszawa, 23 lutego 2004 r.

    Poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej
    Tadeusz Samborski
    Klub Parlamentarny PSL

    Pan
    Włodzimierz Cimoszewicz
    Minister Spraw Zagranicznych

    Interpelacja
    Szanowny Panie Ministrze!
    Decyzja Episkopatu Niemiec o sprzedaży kościoła pw. św. Jana Kapistrana bez
    względu na oficjalną wykładnię tego kroku przez stronę niemiecką świadczy o
    lekceważeniu potrzeb duchowych i narodowych polskiej grupy etnicznej w Berlinie
    i w całych Niemczech.
    Kościół św. Jana Kapistrana - jak powszechnie wiadomo - pełnił ważne funkcje
    zarówno w wymiarze religijnym, jak też i z punktu widzenia procesów integracji
    polskiej mniejszości narodowej wokół tradycji narodowych i języka ojczystego.
    Teza o autonomii Kościoła nie zwalnia nas od przypuszczenia, że decyzja o
    sprzedaży świątyni jest w jakimś stopniu pochodną stosunku rządu niemieckiego
    do mniejszości narodowych, a polskiej - której odmawia się statusu tejże
    mniejszości - w szczególności.
    Wobec tej sprawy władze polskie (kościelne i świeckie) nie mogą pozostawać
    obojętne.
    Czy decyzja o sprzedaży świątyni była zaskoczeniem dla polskich
    przedstawicielstw w Niemczech, czy też o przygotowaniach do tego aktu miały one
    jakiekolwiek informacje i czy centrala była o tym powiadomiona?
    Czy czynniki polskie podejmowały w przeszłości lub czy też podejmują teraz ten
    problem w relacjach urzędowych z Niemcami?
    Czy fakt sprzedaży kościoła św. Jana Kapistrana, zdaniem MSZ, należy
    rozpatrywać jako sporadyczny przykład działań typowo komercyjnych, czy też jest
    to sygnał pogarszającej się atmosfery wokół zagadnienia prawnej regulacji
    statusu polskiej mniejszości narodowej?

    Z poważaniem
    Tadeusz Samborski


    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040306&id=my16.txt
  • przycinek.usa 06.03.04, 21:54
    No, wlasnie trafil mi przed oczy taki wywiad:

    "Sparaliżowani Niceą"

    Może krążące od kilkunastu tygodni po Polsce hasło "Nicea albo śmierć",
    wypowiadane zarówno przez opozycję, jak i rząd, to tylko zwykła wrzawa medialna?

    TADEUSZ MAZOWIECKI: To bardzo niemądre hasło. I przyniosło wiele szkody zarówno
    na zewnątrz, jak i wewnątrz kraju. Nie wiem, kto podsunął Janowi Rokicie ten
    niemądry slogan. Buta i zacietrzewienie w zwalczaniu SLD nie pozwoliło
    Platformie Obywatelskiej zachować umiaru. Opozycja, i to opozycja
    proeuropejska, zapędziła rząd w kozi róg."


    RZYGAC MI SIE CHCE. Rozumiecie?
    NIE CHCE WIDZIEC TEGO TYPA NIGDZIE. Tym bardzie w gazecie za ktora kaza mi
    zaplacic.

    Niemniej jednak wiem, ze jest masa osob, ktore lubia takie rzeczy.

    www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040306/plus_minus_a_1.html

  • przycinek.usa 06.03.04, 22:12
    "delikatna kwestia dotykająca suwerenności. Wydaje się jednak, że relacji
    między prawem wspólnotowym a prawem "polskim" nie da się wyjaśnić wyłącznie na
    podstawie rozwiązań Konstytucji RP ani zasad wypracowanych w prawie
    międzynarodowym. Doświadczenie państw członków UE uczy, że miarodajna jest tu
    perspektywa wspólnotowa, którą wyrażają najpełniej dwie zasady prawa
    wspólnotowego: bezpośredniego skutku i pierwszeństwa. Sądy państw
    członkowskich, w tym zwłaszcza trybunały konstytucyjne, które początkowo
    kwestionowały powyższe zasady w imię ochrony konstytucyjnego porządku,
    ostatecznie uznały, że nie mają uprawnień do oceny prawidłowości prawa
    wspólnotowego pod kątem wymagań i standardów konstytucji. Oznacza to, że
    konflikt wartości unijnych i konstytucyjnych powinien być rozstrzygany z
    uwzględnieniem zasady pierwszeństwa prawa wspólnotowego."

    Rozmowa z prof. Andrzejem Wróblem, sędzią Sądu Najwyższego:
    www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040305/prawo/prawo_a_16.html
  • przycinek.usa 06.03.04, 22:14
    "Jaka będzie tu rola sędziego (polskiego)?

    Sędziowie polscy staną się sędziami wspólnotowymi i będą obowiązani do
    stosowania przepisów wspólnotowych celem rozpoznawania roszczeń opartych na
    tych przepisach. Będą przy tym obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze
    stosowanymi w danej sprawie przepisami wspólnotowymi i niestosowania prawa
    polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi. Wreszcie będą orzekać o
    odszkodowaniach za szkody wyrządzone obywatelom naruszeniem prawa wspólnotowego
    przez organy państwa, nie wyłączając samych sądów."


    Jak moglem tego nie wkleic?
    Chcieliscie Rzepe, to macie. Panie Robercie.
  • przycinek.usa 06.03.04, 22:17
    Aby Panie Robert nie bylo watpliwosci. Swiatopoglad nie zalezy od gazety, ale
    od pogladu. Jezeli poglad jest zbiezny w przypadku dwoch roznych gazet, to
    znaczy, ze OPINIE SA ZGODNE. Odrzucajac jedna gazete, odrzucamy rowniez
    swiatopoglad drugiej. Czy jednak nie jest to amputacja WLASNEGO JA?

    Wiec POWTARZAM:
    Polscy Sedziowie:
    "Będą (...) obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze stosowanymi w
    danej sprawie przepisami wspólnotowymi i NIESTOSOWANIA prawa
    polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi."

    JASNE?
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:50
    Nielegalne wywłaszczenia w Niemczech
    Czwartek, 22 stycznia 2004
    Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu uznał, że władze zachodniej
    części Niemiec bezprawnie wywłaszczyły obywateli byłej NRD po zjednoczeniu
    kraju, kilkanaście lat temu. Niewykluczone więc, że niemiecki rząd będzie
    musiał wypłacić rekompensaty.
    Zdaniem ETS, rząd wywłaszczając obywateli ze wschodniej części kraju powinien
    wypłacić im odszkodowania. Tymczasem tak się nie stało. Cała historia zaczęła
    się w 1990 roku. W jednej ze swoich ostatnich decyzji parlament NRD potwierdził
    obywatelom własność niektórych gruntów, przyznanych w trakcie reformy ziemskiej
    po 1945 roku (przeprowadzali ja Rosjanie).

    Tuż po zjednoczeniu Niemiec, rząd Kohla wywłaszczył takie osoby, nie dając im w
    zamian nawet 1 marki. Decyzja ta dotknęła niemal 70 tys. osób. Kilka z nich
    zdecydowało się wytoczyć państwu proces.

    Po orzeczeniu ETS niewykluczone, że niemiecki rząd będzie musiał wypłacić
    kilkaset milionów euro odszkodowań. Zanim jednak do tego dojdzie, władze
    prawdopodobnie złożą wniosek o rewizję wyroku.

    23:35

    Na postawie analogii, bedziemy mieli procesy przeciwko Polsce, ale OCZYWISCIE
    PO WSTAPIENIU DO UNII.

    www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=64590
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:14
    Ujazdowski: nadrzędność prawa UE a roszczenia
    Autor: robisc
    Data: 25.02.2004 21:47 + dodaj do ulubionych wątków

    --------------------------------------------------------------------------------
    Uuu...zrobi sie jeszce z tego kolejna afera. Nic dziwnego, że Cimoszko unika
    debaty.


    (...)Według PiS, podczas sejmowej debaty powinny zostać wyjaśnione sprawy
    związane ze stosunkami polsko-niemieckimi. Jak powiedział Ujazdowski, na
    wniosek szefa MSZ Włodzimierza Cimoszewicza od dwóch miesięcy odwlekane jest
    głosowanie w Sejmie nad projektem uchwały wzywającej do zdezawuowania
    kampanii Eriki Steinbach w sprawie niemieckich roszczeń na ziemiach
    odzyskanych.

    "To jest pierwszy wypadek, że uchwała przyjęta zgodnie przez członków komisji
    spraw zagranicznych od dobrych dwóch miesięcy nie może być poddana pod
    głosowane plenarne" - powiedział Ujazdowski. Podkreślił, że jego partii
    zależy na tym, by "polskie tytuły własnościowe zostały w tysiącu procentach
    potwierdzone" poprzez ustawową zamianę prawa użytkowania wieczystego we
    własność.

    Według wicemarszałka Sejmu Tomasza Nałęcza, Cimoszewicz rzeczywiście
    przyszedł na Konwent Seniorów i "prosił o czas na wykorzystanie projektu
    uchwały w działaniach dyplomatycznych". Podczas kolejnego Konwentu, w którym
    Nałęcz już nie uczestniczył, minister miał zdać sprawozdanie z tych działań.

    Zdaniem Ujazdowskiego, potwierdzenie prawa własności Polaków na ziemiach
    zachodnich może utrudnić zgoda na przyjęcie zasady nadrzędności prawa Unii
    nad konstytucjami państw członkowskich. Do tej pory taka zasada nie
    obowiązywała, a konstytucjonaliści w Niemczech i Francji bronili wyższości
    konstytucji poszczególnych państw.

    Tymczasem - według Ujazdowskiego - z odpowiedzi Cimoszewicza na jego
    interpelację wynika, że "w Brukseli uzgodniono zasadę nadrzędności prawa
    europejskiego nad konstytucjami państw narodowych", bo - jak twierdzi
    wiceszef PiS - polski rząd zgodził się na przyjęcie włoskiej propozycji, by
    obowiązywał prymat prawa UE nad krajowym, wynikający z dotychczasowego
    orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

    "Pierwsze słyszę i wydaje mi się to wręcz nieprawdopodobne" - tak na pytanie,
    czy rzeczywiście w Brukseli została uzgodniona zasada wyższości prawa UE nad
    konstytucjami narodowymi, odpowiedział rzecznik rządu Marcin Kaszuba. "To
    jakaś bzdura" - powiedziała z kolei rzeczniczka Komitetu Integracji
    Europejskiej Ewa Haczyk.


    euro.pap.com.pl/cgi-bin/europap.pl?grupa=1&dzien=0&ID=53253
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:16
    Autor: robisc
    Data: 26.02.2004 20:00 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    Harmonizacja polskiego prawa
    UE/ Eksperci: UE opiera się na prymacie prawa unijnego nad narodowym
    26.02.2004 Bruksela (PAP) - Cała Unia Europejska opiera się na zasadzie prymatu
    wspólnie uzgodnionych praw nad ustawodawstwem narodowym, ale tylko w
    dziedzinach, których dotyczą te prawa - podkreślają unijni eksperci, pytani o
    tę zasadę.
    Wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości Kazimierz Michał Ujazdowski powiedział w
    środę na konferencji prasowej w Warszawie, że zgoda na przyjęcie zasady
    nadrzędności prawa Unii nad konstytucjami państw członkowskich może utrudnić
    potwierdzenie prawa własności Polaków na ziemiach zachodnich.

    "Zasada ta nie była zapisana w traktatach unijnych. Ugruntowało ją orzecznictwo
    Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości" - powiedział PAP belgijski europeista,
    profesor Luc Bernard z Uniwersytetu Katolickiego w Louvain-la-Neuve. "Jest to
    więc prymat bardziej de facto niż de iure, ale stanowi on już część wspólnego
    dorobku prawnego i nie jest kontestowany przez żadne z państw członkowskich" -
    dodał Bernard.

    Zasadę tę uznawały wszystkie państwa przystępujące kolejno do Unii od 1973
    roku, począwszy od bardzo czułej na tym punkcie Wielkiej Brytanii, a
    skończywszy na nie mniej czułej Szwecji. Podobnie zasadę tę uznały Polska i
    pozostałe kraje przystępujące 1 maja. Traktat Akcesyjny nie wspomina wprost o
    prymacie prawa unijnego nad narodowym, ale tak należy interpretować te jego
    artykuły, w których mowa o przejęciu przez nowe państwa praw i obowiązków
    członkowskich.

    "Do tej pory tak to funkcjonowało, ale szokowało to prawników wychowanych na
    szkole prawa rzymskiego. Ci puryści chcieli to uregulować de iure. Dlatego
    Konwent Europejski wpisał tę zasadę do projektu konstytucji europejskiej" -
    podkreślił Bernard. Artykuł I-10 projektu głosi: "Konstytucja i prawo przyjęte
    przez instytucje Unii w wykonywaniu powierzonych jej kompetencji mają
    pierwszeństwo przed prawem państw członkowskich". Zatem, jak podkreślił
    Bernard, dotyczy to wyłącznie dziedzin, w których Unia ma kompetencje i w
    których istnieje wspólne prawo.

    Do dziedzin tych nie należy prawo własności, a więc nie można w tej dziedzinie
    niczego narzucić państwu członkowskiemu, o ile nie stanowi to pogwałcenia
    zasady swobodnego przepływu kapitału i zakupu nieruchomości (Polska ma w tym
    zakresie okres przejściowy, pozwalający jej na restrykcje w zakupie ziemi).

    Zapis o prymacie prawa unijnego w projekcie konstytucji europejskiej nie
    wywołał w zeszłym roku większych kontrowersji i został zaakceptowany przez
    wszystkie 25 państw uczestniczących w konferencji międzyrządowej na temat
    konstytucji.

    "Ten punkt uznano za uzgodniony już po nieformalnej naradzie ministrów spraw
    zagranicznych pod koniec listopada 2003 roku w Neapolu. Jednak nic nie jest do
    końca uzgodnione, dopóki wszystko nie zostało uzgodnione" - powiedział w
    czwartek PAP rzecznik Komisji Europejskiej Stefaan De Rynck.

    Przypomniał, że grudniowy szczyt w Brukseli zakończył się nie tylko brakiem
    zgody w sprawie systemu głosowania w Radzie UE, ale też nie przyjął formalnie
    żadnego dokumentu potwierdzającego zgodę konferencji międzyrządowej na inne
    punkty, nie budzące już kontrowersji.

    Obawiając się reakcji własnych eurosceptyków, rząd brytyjski wymógł na
    przewodniczących wtedy Unii Włochach, żeby dołączyli do projektu konstytucji
    dodatkową deklarację: "Konferencja (międzyrządowa) zauważa, że postanowienia
    artykułu I-10 odzwierciedlają istniejące orzecznictwo Trybunału
    Sprawiedliwości".

    Według De Ryncka, zadowoliło to Brytyjczyków i wszystko wskazywało na to, że
    jeśli dojdzie do porozumienia w innych sprawach, artykuł I-10 przejdzie bez
    dalszej dyskusji. [powrót]


  • przycinek.usa 07.03.04, 04:17
    RNa poparcie tego co pisałeś - głośno o sprawie
    Autor: robisc
    Data: 26.02.2004 20:02 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    Polska/ RKN: czy rząd Niemiec poprze roszczenia przesiedleńców


    26.02.2004 Warszawa (PAP) - Czy rząd Niemiec będzie popierał roszczenia
    niemieckich przesiedleńców z polskich ziem zachodnich i północnych - zapytał w
    przekazanym PAP liście otwartym do ambasadora Niemiec w Polsce Reinharda
    Schweppe szef Ruchu Katolicko-Narodowego Antoni Macierewicz.

    To reakcja RKN na zamieszczoną we wtorkowej "Rzeczpospolitej" wypowiedź
    Schweppe, że "niemiecki rząd federalny nie popierał w przeszłości działalności
    Pruskiego Powiernictwa - spółki powołanej przez niemieckich wypędzonych w celu
    odzyskania majątków w Polsce lub odszkodowań za nie - i nie będzie tego czynił
    także w przyszłości".

    Macierewicz zapytał w związku z tym, czy to stanowisko rządu niemieckiego
    dotyczy także "roszczeń niemieckich przesiedleńców z polskich ziem zachodnich i
    północnych oraz ich spadkobierców co do odszkodowań". "Proszę o wyjaśnienie,
    czy rząd NRF będzie popierał takie roszczenia, czy też nie" - czytamy w liście.

    Szef RKN nawiązał także do stwierdzenia Schweppe, że "nie ma on żadnych
    wątpliwości co do tego, że ewentualne składanie pozwów (o odszkodowania-PAP)
    jest zupełnie bezcelowe". "Uprzejmie proszę o jasne ustosunkowanie się, czy Pan
    i pański rząd uważacie takie pozwy za nieuzasadnione i dlaczego" - chce
    wiedzieć Macierewicz. W ostatnich dniach dyskusje o roszczeniach niemieckich
    wysiedleńców wywołała informacja, że Pruskie Powiernictwo, reprezentujące
    interesy Niemców wysiedlonych z Polski po 1945 roku, zagroziło skierowaniem
    skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli Polska nie zaspokoi ich
    roszczeń.

    O takiej perspektywie poinformował szef Pruskiego Powiernictwa Rudi Pawelka w
    wywiadzie dla najnowszego "Welt am Sonntag". "Będziemy rozmawiali z polskimi
    władzami i jeśli nam się nie uda, wówczas skierujemy sprawę do europejskiego
    trybunału - powiedział gazecie Rudi Pawelka, który jest przewodniczącym rady
    nadzorczej Pruskiego Powiernictwa (Preussische Treuhand GmbH & Co.) i szefem
    Ziomkostwa Ślązaków.

    Celem Pruskiego Powiernictwa jest zbieranie informacji o roszczeniach Niemców
    wysiedlonych m.in. z obecnych ziem polskich; firma oferuje im pomoc w
    ewentualnym odzyskaniu mienia na drodze sądowej. Pruskie Powiernictwo powstało
    po upadku muru berlińskiego w 1989 r.

    Według Preussische Treuhand, co tydzień zgłaszają się do nich "dziesiątki"
    byłych niemieckich właścicieli pragnących odzyskać posiadłości, bądź uzyskać za
    nie odszkodowanie. Według Pavelki, około miliona wysiedlonych Niemców posiadało
    jakieś majątki na terenie dzisiejszej Polski - pisze agencja AFP za "Welt am
    Sonntag". Polskie MSZ kilkakrotnie na forum Sejmu tłumaczyło, że nie ma podstaw
    do obaw, że prawo wspólnotowe UE mogłoby stać się podstawą do roszczeń
    rewindykacyjnych lub odszkodowawczych za mienie utracone przez Niemców w wyniku
    wysiedleń po II wojnie światowej.

    Wiceminister SZ Sławomir Dąbrowa mówił w czerwcu ub.r., że kwestia następstw II
    wojny światowej została uregulowana zgodnie z prawem międzynarodowym w sposób
    całościowy w traktacie o regulacji końcowej w odniesieniu do Niemiec,
    podpisanym w Moskwie 11 września 1990 roku. Byłe nieruchomości niemieckie
    zostały przejęte przez Polskę w ramach procesu reparacyjnego, a ich status
    został uregulowany polskim prawem wewnętrznym, opartym na umowie poczdamskiej z
    1945 roku. Ostatnio kilka sejmowych kół wystąpiło z projektem uchwały, mającej
    na celu zablokowanie ewentualnych niemieckich roszczeń wobec Polski. Komisje
    sejmowe rozpatrzą go 3 marca.


  • przycinek.usa 07.03.04, 04:18
    Autor: klip-klap
    Data: 26.02.2004 20:59 + dodaj do ulubionych wątków
    -------------------------------------------------------------------------------
    Te pozwy raczej przeszkadzają niemieckiej polityce zagranicznej. Wydaje się,że
    ma ona wobec Polski dwa zasadnicze cele : 1)krótkookresowy to osłabienie Polski
    poprzez wciągnięcie do UE 2)dalekosiężny to odzyskanie ziem zachodnich.
    Wykonanie pierwszego znacznie ułatwia drugi. Wiem,że drugi brzmi
    nieprawdopodobnie(w końcu od 50 lat pokój mamy),ale wystarczy trochę nabrać
    dystansu i spojrzeć na całość z perspektywy,a nie wydaje się już tak głupi. UE
    prędzej czy później się rozpadnie i w interesie Niemiec jest żeby to było
    później,a także by następowała coraz dalej idąca integracja ze stworzeniem
    jednego państwa włącznie. Gdyby minęło wystarczająco dużo czasu i UE się
    rozpadła,to dystans 50lat od II WS do wstąpienia Polski do UE będzie
    niezauważalny. Wtedy Niemcy sobie przypomną ,że przecież nigdy nie zrzekli się
    swych ziem,że nie podpisali traktatu pokojowego z Polską,itd. W takim
    kontekście starania o odzyskanie majątku przez Niemców juz teraz zwraca Polakom
    uwagę na ten problem i to zapewne nie jest dla polityki niemieckiej zbyt
    dobre.Chyba że to po prostu sondowanie nastrojów,ale to by było zbyt wcześnie.



  • przycinek.usa 07.03.04, 04:19
    NIEMCY - CZECHY
    Wysiedleni nadal straszą

    Ziomkostwa niemieckie i Związek Wypędzonych ostro zaprotestowały przeciwko
    uhonorowaniu przez czeski parlament byłego prezydenta kraju Edwarda Benesza,
    który doprowadził do wysiedlenia z Czech Niemców sudeckich. Nie licząc się z
    prawdą historyczną, liderzy niemieckich rewizjonistów ponownie zażądali
    potępienia i anulowania dekretów, na mocy których mniejszość niemiecka musiała
    opuścić Czechy.
    24 lutego czeski parlament podjął uchwałę, na mocy której uhonorował byłego
    prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza. Natychmiast w specjalnym
    oświadczeniu decyzję czeskiego parlamentu w ostrych słowach potępił Związek
    Wypędzonych (BdV), który nazwał ją nie do przyjęcia. Erika Steinbach
    stwierdziła, iż uhonorowanie Benesza przez czeski parlament jest nie do
    zaakceptowania przez "ofiary" jego działalności. Dla Steinbach Benesz kojarzy
    się ze śmiercią 250 tys. ludzi i z masowym wypędzaniem jej rodaków.
    Przewodnicząca BdV określiła Benesza mianem ekstremalnego nacjonalisty,
    zwalczającego zarówno niemiecką, jak i węgierską grupę etniczną. Steinbach
    ponownie wezwała do unieważnienia dekretów, na mocy których z Czech wysiedlono
    Niemców sudeckich. Ich związek, powołując się na "wartości europejskie",
    zażądał, aby rząd czeski potępił dekrety Benesza.
    Podczas zjazdu Niemcy sudeccy skrytykowali również szefa niemieckiej dyplomacji
    Joschkę Fischera, który podczas wizyty w Pradze stwierdził, że władze
    niemieckie nie zamierzają ingerować w działanie czeskiego parlamentu i
    uhonorowanie Benesza przez władze czeskie w żaden sposób nie wpłynie na
    stosunki pomiędzy obydwoma krajami.
    Waldemar Maszewski, Hamburg

    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040301&id=sw12.txt
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:20
    Metamorfoza PO
    kapie /28.02.2004 10:40/ Kosmopolityczna Platforma Obywatelska zwana też
    Pomarańczową Opozycją, ustami swych wolnomyślicieli/ek, nierzadko sepleniących
    i hochsztaplerów intelektualnyh przekonywała nas całymi miesiącami, że
    najlepiej to będzie nam w UE. Obecnie, przyłącza się do psioczącego na UE
    społeczeństwa/obywatelskiego chyba/.Co więcej, PO obecnie twierdzi, że zawsze
    była przeciwna UE, jako kosztownemu socjalistycznemu molochowi niszczącemu
    każdy zdrowy podmiot.
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:22
    21.02.2004 17:17 (aktualizacja 17:34)
    Firma reprezentująca interesy Niemców wysiedlonych z Polski po 1945 roku
    zagroziła skierowaniem skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli
    Polska nie zaspokoi ich roszczeń.

    O takiej perspektywie poinformował szef Pruskiego Powiernictwa w wywiadzie,
    który ma ukazać się w najnowszym "Welt am Sonntag".

    "Będziemy rozmawiali z polskimi władzami, i jeśli nam się nie uda, wówczas
    skierujemy sprawę do europejskiego trybunału - powiedział gazecie Rudi
    Pawelka, który jest przewodniczącym rady nadzorczej Pruskiego Powiernictwa
    (Preussische Treuhand GmbH & Co.) i szefem Ziomkostwa Ślązaków.

    Celem Pruskiego Powiernictwa jest zbieranie informacji o roszczeniach Niemców
    wysiedlonych m.in. z obecnych ziem polskich; firma oferuje im pomoc w
    ewentualnym odzyskaniu mienia na drodze sądowej. Pruskie Powiernictwo
    powstało po upadku muru berlińskiego w 1989 r.

    Według Preussische Treuhand, co tydzień zgłaszają się do nich "dziesiątki"
    byłych niemieckich właścicieli pragnących odzyskać posiadłości, bądź uzyskać
    za nie odszkodowanie. Według Pavelki, około miliona wysiedlonych Niemców
    posiadało jakieś majątki na terenie dzisiejszej Polski - pisze agencja AFP
    za "Welt am Sonntag".

    Polskie MSZ kilkakrotnie na forum Sejmu tłumaczyło, że nie ma podstaw do
    obaw, że prawo wspólnotowe UE mogłoby stać się podstawą do roszczeń
    rewindykacyjnych lub odszkodowawczych za mienie utracone przez Niemców w
    wyniku wysiedleń po II wojnie światowej.

    Wiceminister SZ Sławomir Dąbrowa mówił w czerwcu ub.r., że kwestia następstw
    II wojny światowej została uregulowana zgodnie z prawem międzynarodowym w
    sposób całościowy w traktacie o regulacji końcowej w odniesieniu do Niemiec,
    podpisanym w Moskwie 11 września 1990 roku. Byłe nieruchomości niemieckie
    zostały przejęte przez Polskę w ramach procesu reparacyjnego, a ich status
    został uregulowany polskim prawem wewnętrznym opartym na umowie poczdamskiej
    z 1945 roku.

    Ostatnio kilka sejmowych kół wystapiło z projektem uchwały, mającej na celu
    zablokowanie ewentualnych niemieckich roszczeń wobec Polski. Komisji sejmowe
    rozpatrzą go 3 marca.

    (PAP)
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:23
    "Oprawcy chcą zamienić się w ofiary"

    Obywatele Niemiec wysiedleni po II wojnie światowej grożą Polsce masowymi
    pozwami do sądów europejskich. Przewodniczący Pruskiego Towarzystwa
    Powierniczego i szef Ziomkostwa Ślązaków Rudi Pawelka zagroził, iż jeśli rząd
    polski nie przystąpi do rozmów na temat odszkodowań dla niemieckich
    wysiedlonych, to już niedługo pierwsze pozwy trafią do Europejskiego Trybunału
    Praw Człowieka.
    "Coraz więcej Niemców zamierza odebrać swoje majątki pozostawione w Polsce i w
    innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej po drugiej wojnie światowej" - pisze
    wczorajszy dziennik "Welt am Sonntag". - W tym celu będziemy rozmawiali z
    polskimi władzami, a jeżeli nam się to nie uda, wystąpimy do Europejskiego
    Trybunału Praw Człowieka - stwierdził Rudi Pawelka w wywiadzie dla
    niedzielnego "Welt am Sonntag". Według jego słów, co tydzień zgłaszają się do
    Towarzystwa tuziny byłych niemieckich właścicieli, którzy pragną odzyskać swoje
    utracone domy i gospodarstwa w Polsce. Stwierdził on, że około jednego miliona
    niemieckich przesiedleńców pozostawiło swoje majątki w naszym kraju.
    Informując o grożącej Polsce fali roszczeń, niemiecka gazeta przypomniała
    jednocześnie niedawną wypowiedź desygnowanej na komisarza Unii Europejskiej
    Danuty Huebner, która oświadczyła, że "ten rozdział historii jest zamknięty i
    nie ma szans na odwrócenie jej biegu". Gazeta informuje również o inicjatywie
    władz Warszawy, które oszacowały wojenne straty polskiej stolicy spowodowane
    przez Niemców na ponad 31 mld dolarów i gotowości wystąpienia z roszczeniami w
    momencie, kiedy zaczną napływać niemieckie pozwy.
    "Welt am Sonntag" nie ukrywa, że sprawa niemieckich roszczeń o zwrot utraconego
    mienia zdecydowanie pogarsza obecne wzajemne stosunki pomiędzy obu krajami.
    Ponadto - jak pisze gazeta - sprawa ta "rodzi u naszego wschodniego sąsiada
    strach, że po wstąpieniu do Unii nastąpi gwałtowny wzrost niemieckich żądań
    zwrotu pozostawionego majątku".
    Rząd niemiecki co prawda oficjalnie odcina się od działań Pruskiego Towarzystwa
    Powierniczego, twierdząc, iż oficjalnie organizacja Pawelki nie ma nic
    wspólnego z polityką niemieckiego rządu, ale jednocześnie niejednokrotnie
    stwierdzał, iż uznaje problem ewentualnych odszkodowań za sprawę otwartą.
    Obok zainicjowanych przez Związek Wypędzonych planów budowy Centrum Przeciwko
    Wypędzeniom działania Pruskiego Towarzystwa Powierniczego należą do
    najskrajniejszych przejawów niemieckiego rewizjonizmu. Wzorowane na
    organizacjach żydowskich (co przyznają sami założyciele) towarzystwo powstało z
    inicjatywy niemieckich przesiedleńców, a głównym jego zadaniem jest pomoc
    merytoryczna i prawna wszystkim Niemcom, którzy pozostawili swój majątek na
    wschodzie Europy po 1945 r. i zamierzają go teraz odebrać. Jako spółka akcyjna
    (Preussischer Treuhand GmbH und KG aA) organizacja ta została zarejestrowana 18
    września 2001 roku w Bonn.
    Na stronach internetowych Pruskiego Towarzystwa Powierniczego znajdują się
    gotowe instrukcje, jak należy postępować w przypadku chęci odebrania swojego
    pozostawionego majątku, a także gotowe druki wzorów pozwów o odszkodowania i
    zwrot majątku.
    Rewizjonistom sprzyja brak ustawy reprywatyzacyjnej w Polsce. Umożliwia im to
    bowiem sądowne wystąpienia o pozostawiony majątek i to w całości. Pruskie
    Towarzystwo Powiernicze zamierza najpierw wystąpić z roszczeniami do polskich
    sądów, a jeżeli to im się nie uda lub pozwy zostaną odrzucone, to - jak
    zapewnia Pawelka - sprawa trafi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
    Jeśli i to nie poskutkuje, zostaną złożone zbiorowe pozwy do sądów
    amerykańskich - podobnie jak to zrobiła żydowska organizacja roszczeniowa
    Jewish Claims Conference.
    Waldemar Maszewski, Hamburg


    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040223&id=sw11.txt
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:24
    Ponizej tekst jak niemcy lubili zabierac Polakom nieruchomosci. Sam wiem, bo
    stracilismy w powstaniu kamienice. Co prawda wskutek uderzenia bomby, ale tez
    przez niemcow. Cokolwiek by nie powiedziec, winni niemcy.

    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20040221&id=po01.txt
    "- Z zajmowanego przez nas mieszkania Niemcy wysiedlili nas zimą 1939 roku. Do
    mieszkania weszło wtedy dwóch mundurowych z trupimi czaszkami na czapkach.
    Kazali je opuścić. Niemcy nie zważali na to, że mama miała chorą nogę i dostała
    skierowanie do szpitala. Cały czas krzyczeli, byli bardzo ordynarni. Po
    opuszczeniu lokalu zostaliśmy ciężarówką zawiezieni na Główną, w obozie
    umieszczono nas w baraku, w którym nie było łóżek tylko słoma. Pamiętam, że na
    samym początku w naszym baraku jedna z kobiet urodziła dziecko, które później
    Niemcy zabrali. Chodziły słuchy, że potem je zabili - wspominała w śledztwie
    Teresa Ś."
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:26
    "• jest problem - zajebiemy go smiechem! adres: *.kamir.com.pl
    Gość: PABLO 21-02-2003 14:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując

    czytając posty w tej dyskusji mam jedno wrażenie:
    eurofani stosuja metodę jest problem - zajebiemy go
    smiechem. szczegolnie przoduje w tym niejaki snajper ale
    kimmjiki oraz kai tez sprowadzili wszystko do żartów z
    beebok'a eurofoba.
    A problem niemieckiej własności na ziemiach odzyskanych
    ISTNIEJE. W Polsce niestety nasze elyty pro-europejskie
    zamiotły to pod dywan i udają że sprawy ni ma.
    Próba dyskusji w magazynie Sprawy Międzynarodowe i
    Arcanach nie wypaliła; prof. Kieżun tez próbował na ten
    temat pisac ale jak to u nas bywa jakoś nie zainteresował
    tym tzw. "wolnych mediów"
    jeszcze raz przypomnijmy panom eurofanom iż po akcesji
    Polski do Unii powstanie problem prawny, który ta unia
    będzie musiała w ramach swojego prawodawstwa rozwiązać:
    do tej samej nieruchomości będą istniały dwa tytuły
    prawne stwierdzające własność: jeden polski jeden
    niemiecki. Niemiecki jest starszy a do tego jego utrata
    na rzecz polskiego właściciela jest spowodowana
    przymusowym przesiedleniem i wywłaszczeniem. Jak
    prawodawstwo unijne wg szanownych eurofanów odnosi się do
    przymusowych wywłaszczeń i przesiedleń bez odszkodowań
    przeprowadzanych na podstawie kryteriów rasowych bądź
    narodowościowych? Wiedza Panowie czy nie wiedzą? Uznaje
    takie wywłaszczenie czy nie uznaje? No Kimmjiki rusz
    głową! Przypominam że polsko-niemiecki traktat o
    granicach podpisany przez TW Skubiszewskiego Krzysztofa
    zaznacza w jednym z punktów (na co szczegolnie naciskał
    Kohl) iz nie reguluje on kwestii własnościowych (uznaje
    natomiast nienaruszalnośc granic); po wejsciu do UE
    granice będziemy sobie mogli wsadzic gdzieś a tereny będą
    należec do tego kto będzie ich właścicielem. Niemiecka
    polityka jest długofalowa i bardzo konsekwentna a jej
    celem jest powrócenie do granic z 1937 roku. Polska
    polityka prowadzona przez tajnych współpracowników
    specsłużb lub komuchów jest oparta na zasadzie interesu
    klasowego klasy politycznej. No ale zdrade zawodowych
    zdrajców mozna zrozumieć. Natomiast kimmjiki, snajper,
    kai to tzw. pożyteczni idioci, ktorych tłumaczy tylko ich
    głupota. "
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:31
    www.dwelle.de/polish/nachrichten/2.26829.2.html
    "Ekspert nie widzi szans na odszkodowania dla wypędzonych

    Prof. Christian Tomuschat, jeden z największych autorytetów w dziedzinie prawa
    międzynarodowego, nie widzi szans na wyprocesowanie zwrotu majątku bądź
    odszkodowań przez wypędzonych. Według niego stan prawny nie pozostawia tu
    najmniejszych wątpliwości. “Dawne tereny niemieckie są uznanym przez prawo
    międzynarodowe terytorium Polski. Na terytorium Polski obowiązuje prawo
    polskie” – powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle Christian Tomuschat.
    Zdaniem profesora żaden z sądów europejskich ani amerykańskich nie ma uprawnień
    do rozpatrywania roszczeń wypędzonych wobec Polski."


    I od razu wklejam ADEKWATNA WYPOWIEDZ sedziego prof. Andrzeja Wróbla, sędziego
    Polskiego Sądu Najwyższego. (te co byla pare postow wyzej):

    Polscy Sedziowie:
    "Będą (...) obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze stosowanymi w
    danej sprawie przepisami wspólnotowymi i NIESTOSOWANIA prawa
    polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi."


    I kto tu jest ekspertem????? Macie watpliwosci, bo ja nie.

    Dalszy link podany przez Pepe:

    "Wypędzeni grożą Polsce pozwami

    Niemieccy wypędzeni grożą Polsce pozwami przed sądami europejskimi.
    Przewodniczący organizacji “Preussischer Treuhand” Rudi Pawelka powiedział w
    niedzielnym wydaniu gazety "Welt am Sonntag", że jeśli rząd Polski nie zgodzi
    się na rozmowy w sprawie odszkodowań dla niemieckich właścicieli to jego
    organizacja wniesie pierwsze pozwy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w
    Strasbourgu. Według danych “Preussischer Treuhand”, na obecnych polskich
    ziemiach zachodnich majątki posiadało około miliona Niemców. Minister do spraw
    europejskich i desygnowana komisarz UE Danuta Huebner oświadczyła, że "Ten
    rozdział historii jest zamknięty i nie ma szans na odwrócenie jej biegu". Rząd
    Niemiec nie popiera żądań wypędzonych, jednak z obawy przed roszczeniami pod
    własnym adresem uznaje tę kwestię za otwartą."

    www.dwelle.de/polish/nachrichten/2.26647.2.html
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:34
    I znowu Pepe. pepe49 24.02.2004 23:39

    http://www.glos.com.pl

    Fragment artykułu p. Macierewicza:
    http://www.glos.com.pl/Awyd/am.html (link niestety juz nie dziala.)

    (...)głównym narzędziem działania Niemiec jest Unia Europejska. Niemcy, jak mało
    kto, potrafiły podporządkować swoją politykę dialektycznym wskazaniom: “trzeba
    zrezygnować z niepodległości, by odzyskać potęgę. Trzeba zlikwidować granice, by
    odzyskać całość terytorium.” Niemcy zawarły z Polską układ, uznając granicę na
    Odrze i Nysie, lecz nigdy nie pogodziły się z wysiedleniem swoich rodaków z ziem
    polskich i nie zaakceptowały wywłaszczenia ich majątków. To Unia Europejska ma
    stać się narzędziem pozwalającym odzyskać to, co utraciły po Drugiej Wojnie
    Światowej. Zadaniu temu dobrze służy szczególna konstrukcja prawno-polityczna
    Unii, zwłaszcza w tym kształcie, jaki nadaje jej Konstytucja UE. Powstaje bowiem
    jedno państwo, w którym nie ma wewnętrznych granic, za to każdy ma prawo do
    swobody osiedlania się, a Trybunały strzegą bezwzględnie prawa własności,
    ewentualnie prawa do odszkodowania. Jeżeli dodamy, że w państwie tym głos
    decydujący mają mieć Niemcy (a o tym stanowi tzw. zasada podwójnej większości
    uzależniająca siłę głosu w Radzie UE od liczby mieszkańców) to widzimy, że
    zostały przygotowane wszystkie warunki dla pokojowej ekspansji Niemiec na wschód
    i wypchnięcia Polski z terenów Ziem Odzyskanych.

    Centropa

    Nie ma wątpliwości, że plany niemieckie idą dużo dalej, niż ekspansja
    gospodarcza, wsparcie dla rewindykacji odszkodowawczych, osadnictwo potomków
    wysiedlonych. Do osiągnięcia tych celów prawodawstwo UE jest już przystosowane.
    Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyjął pierwsze orzeczenia nakazujące
    odszkodowania za wywłaszczenia w latach 40-ych. Ale ewentualna presja setek
    tysięcy czy nawet milionów domagających się odszkodowań, to tylko narzędzie
    zamiarów dalej sięgających. Oto we wrześniu 2002 r. podczas konferencji w
    Feldkirchu w Austrii prof. Alexander von Waldow, Zastępca Federalnego
    Przewodniczącego Stowarzyszenia ds. Problemów Gospodarczych Wschód przedstawił
    program “rozwiązania problemów polsko-niemieckich”. Plan wygląda następująco: 1.
    Tereny utracone przez Niemcy na rzecz Polski oraz obszary enklawy królewieckiej
    zostaną odłączone od Polski i Rosji i objęte protektoratem międzynarodowym.
    Obszar ten będzie konstytucyjnie związany z Unią Europejską; 2. W ramach
    rekompensaty Polska otrzyma te utracone po wojnie terytoria na wschodzie, które
    obecnie wchodzą w skład Białorusi i Ukrainy; 3. Powstały twór państwowy, von
    Waldow nazwał go Centropą, wypłaci odszkodowania wysiedlonym i ich potomkom.

    Ten plan może się wydawać śmiesznym, gdy przedstawia się go tak, jak zrobiła to
    niedawno “Rzeczpospolita”, w reportażu rysującym marzenia starszego, oderwanego
    od życia arystokraty. Rzecz wygląda inaczej, gdy okazuje się, że jest to
    oficjalny program ogólnoniemieckiego stowarzyszenia oraz głównego narzędzia
    rewizjonistów Preusische Treuheunder. Jeżeli dziś, gdy Polska jeszcze nie jest w
    Unii Europejskiej, a więc jeszcze nie podlega bezwzględnie prawnemu dyktatowi,
    takie koncepcje publicznie są przedstawiane, to po wejściu do UE możemy jedynie
    spodziewać się ich realizacji.

    Jak do tego doszło?

    Polska znajduje się dzisiaj w bardzo trudnej sytuacji wobec Niemiec i musi
    dokonać pełnej mobilizacji swych sił, by wydostać się z opresji, w jaką
    wepchnęły ją siły komunistyczno-liberalne. Źródeł błędu szukać należy w pełnym
    podporządkowaniu polityki polskiej rosyjskiej koncepcji “Europejskiego Wspólnego
    Domu”. Ten pomysł Gorbaczowa zakładał zjednoczenie Niemiec, rozwiązanie Układu
    Warszawskiego i NATO, decydowanie o Europie poprzez OBWE. Politycy polscy,
    którzy w wyniku układu “okrągłego stołu” przejęli władzę, niewolniczo
    realizowali plany rosyjskie. Tylko tak można zrozumieć, dlaczego w Traktacie
    Polsko-Niemieckim nie zamknięto kwestii roszczeń własnościowych (choć w tym
    samym czasie zrobiła to Rosja!), nie uzyskano pełni praw dla polskiej
    mniejszości w Niemczech (choć dano takie Niemcom w Polsce!), nie wymuszono zmian
    w Konstytucji Niemiec wciąż zawierających odniesienie do Rzeszy w granicach z
    1937 r. poprzez przyznawanie obywatelstwa wszystkim, którzy narodzili się na tym
    terytorium. Przepis ten tworzy niebezpieczny punkt zaczepienia do ewentualnego
    powrotu do kwestii terytorialnych. W istocie stało się nawet coś nieporównanie
    gorszego: Minister RP Krzysztof Skubiszewski pozwolił sobie na dołączenie do
    Traktatu, wymiany listów z Ministrem spraw zagranicznych RFN H. D. Genscherem, w
    których stwierdza się, że Traktat nie zajmuje się kwestiami obywatelstwa i
    własności. Do kolejnego zaś układu Minister Skubiszewski dołącza deklarację
    stwierdzającą, że w perspektywie wejścia Polski do Unii Europejskiej tworzone
    będą ułatwienia dla osiedlania się Niemców w Polsce.

    Odpowiedzialność postkomunistów

    Traktat Polsko-Niemiecki zostaje podpisany, gdy prezydentem jest Wojciech
    Jaruzelski, a PZPR dysponuje nie tylko głównymi ministrami w rządzie, ale i
    sprawuje faktyczną kontrolę nad parlamentem i administracją Polski. Rychło
    zresztą okazuje się, że ekipy postkomunistyczne są najbardziej zainteresowane w
    ustępstwach na rzecz Niemiec i Niemców. Dobitnym przykładem jest przeprowadzona
    przez SLD ustawa z 1996 r. liberalizująca zasady sprzedaży ziemi cudzoziemcom.
    Chodziło przede wszystkim o ułatwienie nabywania mieszkań i niewielkich
    nieruchomości (do 1 ha) bez wymaganej dotąd zgody ministra spraw wewnętrznych.
    Ale najbardziej kompromitujący z punktu widzenia polskiego interesu narodowego
    jest systematyczny sprzeciw postkomunistów wobec ustawodawstwa
    reprywatyzacyjnego i uwłaszczeniowego. Projekty takich ustaw zgłaszano już w
    1992 r., ale zawsze koalicja SLD i partii liberalnych je utrącała. Dopiero w
    1999 i 2000 r. udało się uchwalić, choć przy zażartym sprzeciwie SLD, zarówno
    ustawę reprywatyzacyjną jak i uwłaszczeniową. Obie zawierały klauzule
    wyłączające z dobrodziejstw ustawy osoby, które zrzekły się polskiego
    obywatelstwa. W ten sposób unikano niebezpieczeństwa fali roszczeń niemieckich.
    O ile bowiem niemiecka doktryna prawna kwestionuje prawomocność wywłaszczeń
    dokonanych w latach 1945-90 uznając, że w tym czasie Polska jedynie
    administrowała ziemiami zachodnimi i północnymi, to takich zastrzeżeń oczywiście
    nie można wnieść po uznaniu suwerenności polskiej na tych obszarach, co dokonało
    się z punktu widzenia niemieckiego w 1990 roku.
    Do wejścia w życie ustaw reprywatyzacyjnych i uwłaszczeniowych wówczas jednak
    nie doszło. Zakwestionował je na wniosek SLD prezydent Kwaśniewski. Niemcy mogli
    odetchnąć z ulgą

    Pour la Roi de Prousse

    Konsekwencje stanowiska postkomunistów będą tragiczne. Ustawę reprywatyzacyjną
    wymusi na Polsce społeczność międzynarodowa zapewne po wejściu do UE. Tyle, że
    wówczas ustawa nie będzie mogła już zawierać klauzuli wyłączającej osoby
    pozbawione obywatelstwa polskiego, gdyż byłoby to sprzeczne z prawem UE. Tak
    więc postkomuniści i wszyscy, którzy ich wówczas wspierali, świadomie lub z
    głupoty działali na rzecz rewindykacji niemieckich. Mogę zrozumieć niewiedzę
    emocjonalnie działających posłów chłopskich. Nie wierzę jednak w naiwność panów
    Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Szmajdzińskiego i towarzyszy. Myślę raczej,
    że na tym przykładzie mamy do czynienia z tą samą myślą zaprzeczną, która kazała
    komunistom z KPP w 1936 r deklarować, że zrobią wszystko, by Śląsk wrócił do
    “niemieckiej macierzy”. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć dwa jeszcze
    przykłady. Po pierwsze, w 1997 roku do tworzonej przez SLD Konstytucji
    wprowadzono nowe przepisy dotyczące obywatelstwa polskiego. Zgodnie z nimi:
    ”Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba, że sam się go
    zrzeknie.” Konsekwencje tego zapisu w stosunkach polsko-niemieckich są
    katastrofalne. W latac
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:42
    Poniewaz tego tekstu NIE MA obecnie nigdzie, wiec pozwolilem sobie wkleic to w
    calosci tu na forum. Mam nadzieje, ze Tosiek nie bedzie mial o to do mnie
    pretensji. He he he.

    "Wśród rosnących zagrożeń musimy znaleźć siłę ratowania kraju
    Jeszcze Polska nie zginęła...

    Cztery problemy związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej budzą dziś
    największe zaniepokojenie Polaków.

    MittlePolska
    Po pierwsze - to zagrożenia gospodarczo-finansowe. Wskazuje się więc, że Polska
    pozbawiona własnego przemysłu stanie się rynkiem zbytu dla towarów niemieckich.
    Polskie rolnictwo na skutek fatalnych warunków wynegocjowanych przez rząd SLD
    na trwałe pozostanie zacofane, a polscy chłopi otrzymując 25% zasiłek skazani
    będą na wegetację. Do tego dochodzi jeszcze prawdopodobieństwo, iż będziemy
    płatnikiem netto. W efekcie Polska, która przez ostatnie lata likwidując swój
    przemysł stworzyła ponad milion miejsc pracy w Niemczech, nadal będzie
    zapóźnionym i niestabilnym społecznie, na skutek wysokiego bezrobocia,
    zapleczem dla gospodarki niemieckiej. Taką wizje streszcza plan Polski
    sprowadzonej do 15-milionowej kolonii wciśniętej między Niemcy i Rosję

    Przeciw chrześcijaństwu
    Po drugie – zagrożenia moralno-cywilizacyjne. Unia, to konkretny projekt ideowo-
    cywilizacyjny pod pozorem tolerancji i liberalizmu skrywający totalitarne
    zapędy, pogardę dla wartości, kult siły i władzy elit nad motłochem. Wojna
    wydana chrześcijaństwu, wartościom narodowym i poszanowaniu życia ludzkiego
    oraz rodzinie powoli uświadamia Polakom przed jak dramatycznym wyborem
    stanęliśmy. W projekcie Konstytucji UE nie ukrywa się, że warunkiem sine qua
    non jest odrzucenie cywilizacji chrześcijańskiej. U źródeł nowej, zjednoczonej
    Europy mają jak granitowe fundamenty tkwić idee Rewolucji Francuskiej. I niech
    nikt się nie łudzi, że Unię będzie można oszukać: choć dziś się zgodzimy, jutro
    zrobimy swoje. Konstytucja UE przewiduje cały szereg działań i mechanizmów
    wymuszających posłuszeństwo. To musi niepokoić zwłaszcza w sytuacji, gdy z
    wielkim trudem odzyskujemy równowagę moralną po dziesięcioleciach
    komunistycznej destrukcji.

    Mocarstwo Europa
    Po trzecie - Unia to wielki projekt geopolityczny, to pomysł na budowę
    mocarstwa, które na Zachodzie wydarłoby palmę pierwszeństwa Stanom
    Zjednoczonym. Pozornie chodzi o wzmocnienie Zachodu poprzez zjednoczenie
    wysiłków krajów europejskich. W istocie jednak projekt skierowany jest przede
    wszystkim przeciwko USA, których obecność w Europie i dominacja na świecie
    coraz częściej uważana jest za przejaw “imperialistycznego dyktatu”.
    Zjednoczona Europa ma więc być nie tyle sojusznikiem, ile rywalem USA. Takie są
    plany, a może, mówiąc wprost, złudzenia. Europa bez względu na to czy jest
    zjednoczona, czy też podzielona na państwa narodowe, przede wszystkim jest
    wygodna i nie ma zamiaru płacić ceny niezbędnej dla utrzymania mocarstwowego
    statusu. A to oznacza, że po wyrzuceniu ze swego obszaru wojsk amerykańskich
    zostanie zdana na łaskę i niełaskę innego mocarstwa, tego, które nigdy nie
    zaprzestało polegać przede wszystkim na potędze militarnej. Bez względu na to,
    jakie są źródła i komu zawdzięczamy ideę zjednoczonej Europy, budowy “mocarstwa
    Europa” prawdziwym beneficjantem tej operacji będzie przede wszystkim imperium
    rosyjskie. To ono bowiem, siłą rzeczy zastąpi USA jako europejski hegemon.

    Wielki gambit
    Patrząc z dzisiejszej perspektywy na przebieg wydarzeń ostatnich 15 lat trudno
    już wątpić, że wielki gambit roku 1989 polegający na zburzeniu berlińskiego
    muru i oddaniu niepodległości okupowanym krajom Europy środkowo-wschodniej może
    się Rosji tysiąckrotnie opłacić, jeśli powstanie zjednoczona Europa napędzana
    antyamerykańskim nacjonalizmem i niszczona wewnętrznie biurokratyczno-
    socjalistyczną ideologią. Już dziś istniejąca oś kontynentalna Moskwa-Berlin-
    Paryż skierowana jest przede wszystkim przeciwko USA. A to oznacza, że w ciągu
    15 lat dokonano zasadniczego odwrócenia sojuszy kształtujących świat od 1941
    r., gdy to Hitler zerwawszy pakt Ribbentrop-Mołotow napadł na Związek Sowiecki.
    Geopolityka dyktowana przez powstanie “mocarstwa Europa” powraca do koncepcji,
    które legły u źródeł sojuszu sowiecko-niemieckiego z 1939 r. I tu tkwi źródło
    największego niepokoju, jaki towarzyszy nam u progu wejścia do Unii
    Europejskiej. Czy w takiej konfiguracji geopolitycznej Polska ma szansę na
    zachowanie niepodległości państwowej? Głównym motorem gospodarczym i
    politycznym Unii Europejskiej są Niemcy. To one decydując o unijnym pieniądzu,
    gospodarce, budżecie chcą też decydować o unijnej polityce. Niemcy sięgają
    coraz dalej na wschód. Z Rosją wiążą je porozumienia energetyczne i finansowe.
    Sieć gazociągów budowanych przez Gazprom ma gwarantować energię UE. Bez względu
    na to, czy Rosja wejdzie, czy też nie wejdzie do Unii, już dziś powstaje jeden
    obszar gospodarczy od Gibraltaru po Władywostok. Jakie miejsce zajmuje w nim
    Polska poza tym, że przechodzą przez nią główne linie przesyłowe i
    komunikacyjne wschód-zachód?

    Między USA a Rosją
    Nie trudno zrozumieć, że jeśli dopuścimy do powstania takiej sytuacji
    geopolitycznej znajdziemy się już o krok od rozbiorów. Dlatego właśnie w
    polskim interesie leży, by zrobić wszystko dla uniemożliwienia
    powstania “mocarstwa Europa”. Niedawno jeden z polityków amerykańskich na
    pytanie o politykę wobec Unii Europejskiej odpowiedział jednym słowem –
    “dezintegracja”. Dobrze to świadczy o jego patriotyzmie i zrozumieniu
    amerykańskiej Racji Stanu. Tym bardziej jednak powinni to powiedzieć Polacy –
    jedyną właściwą odpowiedzią na zagrożenia, jakie niesie z sobą Niemiecka Unia
    Europejska, jest dążenie do jej dezintegracji. Tak oczywiście być nie musiało.
    Unia Europejska mogła ukształtować się jako porozumienie niepodległych państw
    narodowych respektujących swoją tożsamość i współpracujących w ramach strefy
    wolnego handlu. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze jednak były plany i
    zamierzenia Niemiec. To Niemcy bowiem nadały Unii kształt jednoczącego się
    mocarstwa i Niemcy (wraz z Francją) coraz bardziej zdecydowanie spychają Unię
    do antyamerykańskiego sojuszu z Rosją. Takie działanie nie jest przypadkowe.
    Przez czterdzieści lat po Drugiej Wojnie Światowej Niemcy były najwierniejszym
    sojusznikiem USA w Europie. Dzięki temu odbudowały swój przemysł i swoją
    pozycję mocarstwa gospodarczego. A przede wszystkim mogły dokonać zjednoczenia.
    Wraz z wchłonięciem NRD Niemcy zaczęły się oddalać od USA i zbliżać do Rosji.
    Zadecydowały o tym dwa powody. Po pierwsze, coraz słabsza staje się wspólnota
    interesów niemiecko-amerykańskich z punktu widzenia Niemiec. Amerykanie
    spełnili już swoją rolę i nie są w stanie nic więcej dać Berlinowi. A Rosja - i
    owszem. To Rosja jest głównym partnerem gospodarczo-polityczno-
    militarnym “mocarstwa Europa”. Przede wszystkim jednak to Rosja jest
    tradycyjnym partnerem w pacyfikacji Polski. Jeżeli bowiem przyjąć, że dążenie
    do zjednoczenia było i jest głównym motorem polityki niemieckiej, to trzeba
    sobie zdać sprawę, że po NRD następnym celem są polskie Ziemie Zachodnie i
    Północne. A na tym obszarze dotychczas więcej do powiedzenia miała Rosja niż
    USA.

    Niemiecka Unia Europejska
    Na tym etapie głównym narzędziem działania Niemiec jest Unia Europejska.
    Niemcy, jak mało kto, potrafiły podporządkować swoją politykę dialektycznym
    wskazaniom: “trzeba zrezygnować z niepodległości, by odzyskać potęgę. Trzeba
    zlikwidować granice, by odzyskać całość terytorium.” Niemcy zawarły z Polską
    układ, uznając granicę na Odrze i Nysie, lecz nigdy nie pogodziły się z
    wysiedleniem swoich rodaków z ziem polskich i nie zaakceptowały wywłaszczenia
    ich majątków. To Unia Europejska ma stać się narzędziem pozwalającym odzyskać
    to, co utraciły po Drugiej Woj
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:43
    (...) Drugiej Wojnie Światowej. Zadaniu temu dobrze służy szczególna
    konstrukcja prawno-polityczna Unii, zwłaszcza w tym kształcie, jaki nadaje jej
    Konstytucja UE. Powstaje bowiem jedno państwo, w którym nie ma wewnętrznych
    granic, za to każdy ma prawo do swobody osiedlania się, a Trybunały strzegą
    bezwzględnie prawa własności, ewentualnie prawa do odszkodowania. Jeżeli
    dodamy, że w państwie tym głos decydujący mają mieć Niemcy (a o tym stanowi
    tzw. zasada podwójnej większości uzależniająca siłę głosu w Radzie UE od liczby
    mieszkańców) to widzimy, że zostały przygotowane wszystkie warunki dla
    pokojowej ekspansji Niemiec na wschód i wypchnięcia Polski z terenów Ziem
    Odzyskanych.

    Centropa
    Nie ma wątpliwości, że plany niemieckie idą dużo dalej, niż ekspansja
    gospodarcza, wsparcie dla rewindykacji odszkodowawczych, osadnictwo potomków
    wysiedlonych. Do osiągnięcia tych celów prawodawstwo UE jest już przystosowane.
    Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyjął pierwsze orzeczenia nakazujące
    odszkodowania za wywłaszczenia w latach 40-ych. Ale ewentualna presja setek
    tysięcy czy nawet milionów domagających się odszkodowań, to tylko narzędzie
    zamiarów dalej sięgających. Oto we wrześniu 2002 r. podczas konferencji w
    Feldkirchu w Austrii prof. Alexander von Waldow, Zastępca Federalnego
    Przewodniczącego Stowarzyszenia ds. Problemów Gospodarczych Wschód przedstawił
    program “rozwiązania problemów polsko-niemieckich”. Plan wygląda następująco:
    1. Tereny utracone przez Niemcy na rzecz Polski oraz obszary enklawy
    królewieckiej zostaną odłączone od Polski i Rosji i objęte protektoratem
    międzynarodowym. Obszar ten będzie konstytucyjnie związany z Unią Europejską;
    2. W ramach rekompensaty Polska otrzyma te utracone po wojnie terytoria na
    wschodzie, które obecnie wchodzą w skład Białorusi i Ukrainy; 3. Powstały twór
    państwowy, von Waldow nazwał go Centropą, wypłaci odszkodowania wysiedlonym i
    ich potomkom.
    Ten plan może się wydawać śmiesznym, gdy przedstawia się go tak, jak zrobiła to
    niedawno “Rzeczpospolita”, w reportażu rysującym marzenia starszego, oderwanego
    od życia arystokraty. Rzecz wygląda inaczej, gdy okazuje się, że jest to
    oficjalny program ogólnoniemieckiego stowarzyszenia oraz głównego narzędzia
    rewizjonistów Preusische Treuheunder. Jeżeli dziś, gdy Polska jeszcze nie jest
    w Unii Europejskiej, a więc jeszcze nie podlega bezwzględnie prawnemu
    dyktatowi, takie koncepcje publicznie są przedstawiane, to po wejściu do UE
    możemy jedynie spodziewać się ich realizacji.

    Jak do tego doszło?
    Polska znajduje się dzisiaj w bardzo trudnej sytuacji wobec Niemiec i musi
    dokonać pełnej mobilizacji swych sił, by wydostać się z opresji, w jaką
    wepchnęły ją siły komunistyczno-liberalne. Źródeł błędu szukać należy w pełnym
    podporządkowaniu polityki polskiej rosyjskiej koncepcji “Europejskiego
    Wspólnego Domu”. Ten pomysł Gorbaczowa zakładał zjednoczenie Niemiec,
    rozwiązanie Układu Warszawskiego i NATO, decydowanie o Europie poprzez OBWE.
    Politycy polscy, którzy w wyniku układu “okrągłego stołu” przejęli władzę,
    niewolniczo realizowali plany rosyjskie. Tylko tak można zrozumieć, dlaczego w
    Traktacie Polsko-Niemieckim nie zamknięto kwestii roszczeń własnościowych (choć
    w tym samym czasie zrobiła to Rosja!), nie uzyskano pełni praw dla polskiej
    mniejszości w Niemczech (choć dano takie Niemcom w Polsce!), nie wymuszono
    zmian w Konstytucji Niemiec wciąż zawierających odniesienie do Rzeszy w
    granicach z 1937 r. poprzez przyznawanie obywatelstwa wszystkim, którzy
    narodzili się na tym terytorium. Przepis ten tworzy niebezpieczny punkt
    zaczepienia do ewentualnego powrotu do kwestii terytorialnych. W istocie stało
    się nawet coś nieporównanie gorszego: Minister RP Krzysztof Skubiszewski
    pozwolił sobie na dołączenie do Traktatu, wymiany listów z Ministrem spraw
    zagranicznych RFN H. D. Genscherem, w których stwierdza się, że Traktat nie
    zajmuje się kwestiami obywatelstwa i własności. Do kolejnego zaś układu
    Minister Skubiszewski dołącza deklarację stwierdzającą, że w perspektywie
    wejścia Polski do Unii Europejskiej tworzone będą ułatwienia dla osiedlania się
    Niemców w Polsce.

    Odpowiedzialność postkomunistów
    Traktat Polsko-Niemiecki zostaje podpisany, gdy prezydentem jest Wojciech
    Jaruzelski, a PZPR dysponuje nie tylko głównymi ministrami w rządzie, ale i
    sprawuje faktyczną kontrolę nad parlamentem i administracją Polski. Rychło
    zresztą okazuje się, że ekipy postkomunistyczne są najbardziej zainteresowane w
    ustępstwach na rzecz Niemiec i Niemców. Dobitnym przykładem jest przeprowadzona
    przez SLD ustawa z 1996 r. liberalizująca zasady sprzedaży ziemi cudzoziemcom.
    Chodziło przede wszystkim o ułatwienie nabywania mieszkań i niewielkich
    nieruchomości (do 1 ha) bez wymaganej dotąd zgody ministra spraw wewnętrznych.
    Ale najbardziej kompromitujący z punktu widzenia polskiego interesu narodowego
    jest systematyczny sprzeciw postkomunistów wobec ustawodawstwa
    reprywatyzacyjnego i uwłaszczeniowego. Projekty takich ustaw zgłaszano już w
    1992 r., ale zawsze koalicja SLD i partii liberalnych je utrącała. Dopiero w
    1999 i 2000 r. udało się uchwalić, choć przy zażartym sprzeciwie SLD, zarówno
    ustawę reprywatyzacyjną jak i uwłaszczeniową. Obie zawierały klauzule
    wyłączające z dobrodziejstw ustawy osoby, które zrzekły się polskiego
    obywatelstwa. W ten sposób unikano niebezpieczeństwa fali roszczeń niemieckich.
    O ile bowiem niemiecka doktryna prawna kwestionuje prawomocność wywłaszczeń
    dokonanych w latach 1945-90 uznając, że w tym czasie Polska jedynie
    administrowała ziemiami zachodnimi i północnymi, to takich zastrzeżeń
    oczywiście nie można wnieść po uznaniu suwerenności polskiej na tych obszarach,
    co dokonało się z punktu widzenia niemieckiego w 1990 roku.
    Do wejścia w życie ustaw reprywatyzacyjnych i uwłaszczeniowych wówczas jednak
    nie doszło. Zakwestionował je na wniosek SLD prezydent Kwaśniewski. Niemcy
    mogli odetchnąć z ulgą

    Pour la Roi de Prousse
    Konsekwencje stanowiska postkomunistów będą tragiczne. Ustawę reprywatyzacyjną
    wymusi na Polsce społeczność międzynarodowa zapewne po wejściu do UE. Tyle, że
    wówczas ustawa nie będzie mogła już zawierać klauzuli wyłączającej osoby
    pozbawione obywatelstwa polskiego, gdyż byłoby to sprzeczne z prawem UE. Tak
    więc postkomuniści i wszyscy, którzy ich wówczas wspierali, świadomie lub z
    głupoty działali na rzecz rewindykacji niemieckich. Mogę zrozumieć niewiedzę
    emocjonalnie działających posłów chłopskich. Nie wierzę jednak w naiwność panów
    Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Szmajdzińskiego i towarzyszy. Myślę raczej,
    że na tym przykładzie mamy do czynienia z tą samą myślą zaprzeczną, która
    kazała komunistom z KPP w 1936 r deklarować, że zrobią wszystko, by Śląsk
    wrócił do “niemieckiej macierzy”. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć
    dwa jeszcze przykłady. Po pierwsze, w 1997 roku do tworzonej przez SLD
    Konstytucji wprowadzono nowe przepisy dotyczące obywatelstwa polskiego. Zgodnie
    z nimi: ”Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba, że sam
    się go zrzeknie.” Konsekwencje tego zapisu w stosunkach polsko-niemieckich są
    katastrofalne. W latach 1956-1988 z Polski wyjechało do Niemiec około miliona
    osób powołując się na swoje niemieckie pochodzenie. Co najmniej 600 tysięcy z
    nich nie zrzekło się obywatelstwa, lecz im je jednostronnie odbierano, a co za
    tym idzie, konfiskowano nieruchomości lub zmuszano do sprzedaży po zaniżonej
    cenie. Wszyscy oni będą mieli teraz prawo do odzyskania swych nieruchomości, a
    co więcej, będą mieli prawo kupna ziemi rolnej, tak jak wszyscy polscy
    obywatele, nie podlegając ograniczeniom z racji 12-letnich okresów
    przejściowych. Czy w 1997 roku zdawano sobie sprawę z takich konsekwencji
    zapisu konstytucyjnego? Myślę, że tak.

    Krok po k
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:44
    (...)

    Krok po kroku
    Podobnie jak musieli sobie zdawać sprawę kolejni ministrowie spraw
    zagranicznych z faktu, że wejście Polski do Unii Europejskiej oznacza otwarcie
    problemu roszczeń odszkodowawczych. Jak pisałem, nie załatwiono tego w
    Traktacie Polsko-Niemieckim ani w Traktacie 2+4, choć rozwiązali wówczas tę
    kwestię Rosjanie zobowiązując Niemcy do przejęcia na siebie ewentualnych
    roszczeń odszkodowawczych. Co więcej, kolejni ministrowie z głupoty lub ze złej
    woli twierdzili publicznie, w tym także przed parlamentem, że Prawo Unijne
    uniemożliwia jakiekolwiek roszczenia ze strony Niemców (powoływano się zwykle
    na art. 295 TUE stwierdzający, że Unia nie kwestionuje krajowego systemu
    własności nieruchomości). Jest oczywiste, że argument ten nie wytrzymuje
    krytyki. Udowodnił to Komitet Doradczy Ministra Spraw Zagranicznych w
    ekspertyzie ze stycznia 2003 r. wskazując, że po wejściu do Unii grożą nam
    procesy zarówno przed Trybunałem Sprawiedliwości jak i przed Trybunałem Praw
    Człowieka. Najbardziej niewiarygodny w tym wszystkim jest fakt, że minister
    Cimoszewicz mając w ręce tę ekspertyzę, publicznie stwierdzał, że Polsce nie
    grozi żadne niebezpieczeństwa a wskazane Trybunały nie mają odpowiednich
    kompetencji. I znowu trzeba spytać – czy naprawdę Cimoszewicz, Miller i
    Kwaśniewski byli przekonani, że Polsce nie grożą procesy odszkodowawcze, czy
    też posłów i opinie społeczną okłamywali? Ekspertyza stwierdzająca
    jednoznacznie fakt zagrożeń nosi datę 21 styczeń 2003 r. W tym czasie istniała
    jeszcze możliwość wynegocjowania odpowiedniej klauzuli w Traktacie Akcesyjnym.
    Nie poczyniono jednak żadnego kroku w tym kierunku.

    Obowiązki polskie
    Tak więc dziś możemy już powiedzieć z dużą dozą pewności – postkomuniści od
    początku procesu transformacji prowadzili politykę, w której interesy polskie
    były podporządkowane interesom niemieckim zgodnie z założeniem rosyjskiej
    doktryny sojuszu niemiecko-rosyjskiego. To dlatego nie zadbano o właściwą
    redakcję Traktatu Polsko-Niemieckiego, dlatego ignorowano interesy polskie
    mniejszości w Niemczech, dlatego bagatelizowano zagrożenia związane z
    rewindykacjami wysiedlonych, i dlatego robiono wszystko, by w Polsce nie doszło
    do reprywatyzacji i uwłaszczenia. Kierownictwo SLD kurczowo trzymało się
    rosyjskich wytycznych i dbało o to, by Niemcom nie zabrakło narzędzi do akcji
    antypolskiej. Systematycznie i z premedytacją pozbawiano nas każdej szansy
    obrony, usypiano czujność i wzbudzano wzajemne antagonizmy. Celem tej
    antypolskiej polityki była realizacja starego hasła bolszewików: “po trupie
    Polski do światowego socjalizmu”.
    Dziś Polska znajduje się w przeddzień wejścia do Unii Europejskiej. Nasze
    możliwości i szanse są nieporównanie mniejsze niż 15 czy choćby dwa lata temu.
    Wiemy jednak już nieporównanie więcej. Dlatego naszym obowiązkiem jest
    przeciwstawić się planom, które niosą zagładę naszej Ojczyźnie.
    Antoni Macierewicz
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:46
    Sprawa odszkodowań wraca jak bumerang

    Poniedziałek, 26 stycznia 2004
    Wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu o bezprawnym wywłaszczeniu
    niektórych mieszkańców wschodnich Niemiec może być podstawą do odszkodowań ze
    strony polskiej – uważają niektórzy niemieccy prawnicy.

    W ubiegłym tygodniu Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu zdecydował, że
    niektórzy mieszkańcy wschodnich Niemiec zostali bezprawnie wywłaszczeni bez
    odszkodowań przez rząd zjednoczonych Niemiec z ziem przyznanych im po II wojnie
    światowej.

    Niemieccy uciekinierzy z Prus Wschodnich czy ze Śląska nie otrzymali żadnego
    odszkodowania, ale coś w rodzaju wyrównania, które dostali jednak tylko Niemcy
    z RFN; ci z NRD nie dostali nic. Zdaniem prawników, nie jest to wyłącznie
    problem niemiecki. Na razie procesy o pozostawione w Polsce majątki są tylko
    teoretycznie możliwe, ale jeśli do nich dojdzie, to wywołają spore zamieszanie.

    Jeżeli dana osoba chciałaby dochodzić odszkodowania, to nie będzie go
    dochodziła od państwa niemieckiego, ale prawdopodobnie od państwa polskiego -
    uważa berliński prawnik Stefan Hambura.

    Polski i niemiecki rząd na razie lekceważą groźby procesów, ale jak widać
    orzeczenie ze Strasburga dowodzi, iż jeśli sprawy nie można wygrać na terenie
    danego kraju, to można je wygrać w wyższych europejskich sądach.

    10:05
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:48
    www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=64704&loc=1
    Link do przedreferendalnej i juz archiwalnej dyskusji na ten temat tu:

    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5875789&a=5875789
    ------------------------------------------------------------------
    • Oko za oko?
    robisc 29.01.2004 23:02

    Hę? Czy my też mamy haka?

    Świat
    PAP, jkl /2004-01-28 18:52:00

    "Kaczyński wycenił zniszczenie Warszawy w czasie wojny"

    Prezydent Warszawy Lech Kaczyński przedstawił pierwsze wyliczenia kosztów
    zniszczenia stolicy Polski w czasie II wojny światowej - ponad 30 miliardów
    dolarów - pisze "Die Welt".

    Według "wstępnych szacunków", zniszczona własność komunalna i prywatna w
    Warszawie miała w tamtych czasach wartość 3,5 miliarda USD, co dzisiaj równa
    się 31,5 miliarda USD.

    "Te wyliczenia są odpowiedzią na określone zjawiska w Niemczech" - powiedział
    Kaczyński niemieckiemu dziennikowi i zwrócił uwagę na działalność
    przewodniczącej Związku Wypędzonych, Eriki Steinbach.

    "Ta sprawa nie musi jednak zakończyć się pozwem przeciwko Niemcom" -
    cytuje "Die Welt" prezydenta Warszawy i dodaje, że "Rada Miejska zobowiązała
    Kaczyńskiego do wyliczenia szkód wojennych, żeby Polska miała w ręku konkretne
    żądania na wypadek, gdyby wypędzeni mieli zażądać zwrotu własności".

    "Die Welt" informuje następnie, że Kaczyński chce teraz powołać grupę
    ekspertów, która zajmie się szczegółową wyceną szkód. Podaną na początku sumę
    (31,5 miliarda USD) prezydent Warszawy uważa za "zdecydowanie za niską".

    Dokładne oszacowanie strat może potrwać "od dwóch do trzech lat".

    "Die Welt" informuje, że również sejmik województwa mazowieckiego jednomyślnie
    zlecił oszacowanie strat wojennych na Mazowszu. Inicjatorem tego
    przedsięwzięcia jest Liga Polskich Rodzin oraz Prawo i Sprawiedliwość.

    Berliński adwokat Stefan Hambura przypuszcza, że temat wzajemnych odszkodowań
    będzie nadal obciążał stosunki niemiecko-polskie.

    "Już nieliczne pozwy niemieckich wypędzonych wystarczyłyby, żeby w Polsce znów
    zaczęto mówić: »Idą Niemcy«" - cytuje adwokata "Die Welt".

    Hambura uważa, że najlepszym wyjściem byłoby porozumienie międzypaństwowe,
    odkładające ad acta ewentualne roszczenia obu stron.

    W ekspertyzie przedłożonej sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Hambura
    reprezentuje pogląd, że rezygnacja Polski z reparacji wojennych w 1953 roku
    dotyczyła wyłącznie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, a nie całych Niemiec.

    Dwaj polscy prawnicy - Władysław Czapliński i Zdzisław Galicki - których
    ekspertyzy również otrzymała sejmowa komisja, nie widzą natomiast podstaw
    prawnych domagania się przez Polskę reparacji - pisze "Die Welt".
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:52
    Poznań oszacuje straty poniesione w czasie wojny

    Środa, 4 lutego 2004
    Radni Poznania wzywają prezydenta, by rozważył możliwość oszacowania strat
    poniesionych przez miasto w czasie II wojny światowej. Pomysł jest
    kontrowersyjny, bo jak twierdzą niektórzy może uderzyć w dobre stosunki z
    Niemcami.

    Według inicjatora stanowiska, radnego LPR Tymoteusza Jacyny-Onyszkiewicza,
    straty, jakie poniósł Poznań w wyniku działań wojennych, mogą sięgać nawet
    kilku miliardów dolarów.

    Radny nie ukrywa, że jest to odpowiedź na pomysł wypłaty odszkodowań dla
    wypędzonych Niemców. Jeżeli będziemy mieli przygotowany taki materiał, być może
    organizacje niemieckie powstrzymają się od formułowania konkretnych żądań, od
    wnoszenia pozwów.

    Stanowisko trafi do prezydenta Ryszarda Grobelnego, który nie do końca zgadza
    się z tym pomysłem, ale na liczenie strat jest przygotowany. To, co jest
    racjonalne, to można po prostu przejrzeć archiwa, prace poznańskich historyków.
    Zobaczyć, jak duże to były straty w Poznaniu - twierdzi Grobelny.

    Radni – jak twierdzą – nie chcą żądać rekompensaty; na razie ma to być tylko
    straszak. 26 stycznia Sejmik Województwa Mazowieckiego powołał komisję ds.
    oszacowania strat wojennych Mazowsza, poniesionych wskutek II wojny światowej i
    okupacji niemieckiej.

    Temat został wywołany przez stronę niemiecką w postaci roszczeń majątkowych
    ziomkostw wobec strony polskiej, a najlepszą odpowiedzią na atak jest atak -
    mówił wtedy autor projektu uchwały, przyjętej przez sejmik, radny Jędrzej
    Dmowski z LPR. W listopadzie takie samo szacowanie zaczęły władze Warszawy.

    21:40


    www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=65039&loc=1
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:53
    W Polsce minął czas, w którym można było uchwalić ustawę reprywatyzacyjną.
    Jednak są inne sposoby ochrony przed niemieckimi roszczeniami
    "Zamknąć drogę do odszkodowań"

    STEFAN HAMBURA, WALDEMAR GONTARSKI

    Niemiecka lewica przestała się dystansować wobec Związku Wypędzonych (BdV).
    Federalny minister spraw wewnętrznych Otto Schilly w tym roku został odznaczony
    przez Związek Wypędzonych Medalem Wenzel-Jaksch - w ten sposób podziękowano mu
    i uhonorowano za jego zaangażowanie w celu ponownego ożywienia dialogu między
    socjaldemokracją a niemieckimi wypędzonymi. Wręczenie medalu odbyło się podczas
    uroczystości z okazji pięćdziesiątej rocznicy wejścia w życie federalnej ustawy
    o wypędzonych.

    O tym, że politycy lewicy przestali się obawiać kontaktów z organizacjami
    wypędzonych, świadczy fakt, że kanclerz Niemiec Gerhard Schr?der już trzy lata
    temu skierował słowa do wypędzonych w związku z pięćdziesiątą rocznicą
    podpisania Karty niemieckich wypędzonych. Powiedział wtedy między
    innymi: "(...) Republika Federalna Niemiec nie wnosi żadnych roszczeń
    terytorialnych wobec sąsiadów. Rząd federalny nie będzie obciążać stosunków z
    tymi państwami politycznymi i prawnymi problemami pochodzącymi z przeszłości
    (...)". W Polsce słowa te przyjęto z zadowoleniem. Jednak wraz z dyskusją o
    Centrum przeciwko Wypędzeniom pojawił się temat roszczeń majątkowych w
    stosunkach polsko-niemieckich, dotyczący ich zwrotu lub odszkodowań za nie.

    Stanowisko rządu polskiego

    "Ze wszystkich ekspertyz, jakie znam, bardzo poważnych, wynika niezbicie, że
    zarówno polskie ustawodawstwo, jak i międzynarodowe skutecznie chroni przed
    takimi działaniami" - tak o ewentualnych roszczeniach wypędzonych Niemców pod
    adresem państwa polskiego powiedział premier Leszek Miller 23 września 2003
    roku w radiowych "Sygnałach dnia". Rzecznik prasowy rządu, minister Marcin
    Kaszuba, poproszony przez polskich dziennikarzy o udostępnienie opinii
    prawnych, na które powoływał się premier, odpowiedział, że szef rządu oparł się
    na "nieformalnych opiniach ekspertów" (sic!). Jednocześnie minister Kaszuba
    oświadczył: "Rządowe Centrum Legislacyjne przewiduje w bliskiej przyszłości
    opracowanie formalnego dokumentu ujmującego całościowo problem odszkodowań od
    strony prawnej i przedstawienia go opinii publicznej".

    Na razie minister Kaszuba uspokaja prasę: "Sądy międzynarodowe Unii
    Europejskiej nie zajmują się sprawami własnościowymi". Podobny pogląd wyraził
    szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz w "Trybunie" 2 października
    2003 roku. Tymczasem Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu - organ
    traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE) - wielokrotnie zajmował
    stanowisko, że kwestia własności należy do suwerennych państw członkowskich,
    ale prawo to podlega ograniczeniom wynikającym z traktatu. Według utrwalonego
    orzecznictwa luksemburskiego uprawnienie państwa w zakresie regulowania
    własności nie może być sprzeczne z takimi zasadami, jak proporcjonalność i
    niedyskryminacja. Trybunał w Luksemburgu badał, czy sposób stosowania prawa
    własności przez organy krajowe jest zgodny z zasadami prawa wspólnotowego. Mało
    tego, badał nawet zgodność z prawem wspólnotowym krajowych procesów
    wywłaszczeniowych i nacjonalizacyjnych - porównaj na przykład orzeczenia w
    sprawach: C-182/83; C-306/96; C-302/97. W tych orzeczeniach chodzi o to, że
    własność jest prawem podstawowym, i już z tego względu ETS i Sąd Pierwszej
    Instancji w Luksemburgu wydają orzeczenia w tej materii.

    Po 1 maja 2004 roku, tj. po przystąpieniu RP do UE, sądy polskie w razie
    wątpliwości co do obowiązywania lub też wykładni przepisów wspólnotowo- -
    unijnych będą się zwracać z pytaniami do ETS lub SPI w trybie wstępnym, przed
    zasadniczym rozstrzygnięciem (art. 225 i 234 TWE). Sądy, których orzeczenia nie
    podlegają zaskarżeniu według prawa polskiego, będą miały taki obowiązek. 30
    września 2003 roku zapadło bardzo ważne orzeczenie ETS (C-224/01), które mówi,
    że państwo ponosi odpowiedzialność za szkodę, jakiej doznała dana osoba wskutek
    błędnego lub wybiórczego stosowania przez sądy krajowe prawa wspólnotowo-
    unijnego lub w wyniku jego niestosowania (naruszenie to musi być oczywiste).
    Nawet jeśli doszłoby do blokady ze strony sądów polskich w sprawach roszczeń
    majątkowych wypędzonych, być może trzeba by zapłacić odszkodowanie według
    najnowszego orzeczenia ETS.

    Stanowisko rządu niemieckiego

    Ostatnio rzeczniczka niemieckiego MSZ powiedziała, "obydwa rządy reprezentują
    odmienne stanowiska prawne w sprawach wypędzenia. Rząd niemiecki uważa, że
    wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były niezgodne z prawem międzynarodowym.
    Polski jest innego zdania. Oba są jednak zgodne, że "sprawy przeszłości nie
    powinny obciążać przyszłości" ("Rzeczpospolita" z 2 października 2003 r.)
    Niepopieranie takich roszczeń przez rząd niemiecki nie świadczy o tym, że ich
    nie ma. Jest to bowiem ze strony niemieckiej umywanie rąk, czego zdaje się nie
    zauważać strona polska.

    Wydawałoby się, że problem odszkodowania z tytułu wywłaszczenia majątków
    niemieckich został rozwiązany wraz ze zjednoczeniem Niemiec. Zawarcie układu
    pokojowego między Niemcami a czterema mocarstwami (USA, Związek Radziecki,
    Wielka Brytania i Francja) było niemożliwe ze względów politycznych. Zamiast
    tego podpisano traktat 2 + 4 z 12 września 1990 roku, który stwierdzał koniec
    odpowiedzialności czterech mocarstw za Berlin i całe Niemcy oraz zamykał
    całościowo wszelkie kwestie wojenne. Jednak kolejny akt regulujący polsko-
    niemieckie stosunki dwustronne, tj. traktat z 17 czerwca 1991 roku o dobrym
    sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawarty między Republiką Federalną Niemiec
    a Rzecząpospolitą Polską, wprowadza różnice interpretacyjne. I to jest kolejna
    rzecz, której zdaje się nie zauważać rząd RP.

    W szczególności chodzi tutaj o wykładnię punktu 5 identycznych pod względem
    treści listów obu ministrów spraw zagranicznych, dołączonych do ww. traktatu z
    17 czerwca 1991 roku. W punkcie tym "obie strony zgodnie oświadczają: niniejszy
    traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i sprawami majątkowymi". Takie
    stwierdzenie prowadzi do dwóch różnych konkluzji. Strona niemiecka uważa, że
    kwestie prawne dotyczące własności nie były przedmiotem rozmów, gdyż są uważane
    dalej za nierozstrzygnięte. Według strony polskiej problem takich roszczeń w
    stosunkach dwustronnych już nie istnieje.

    Stanowisko Niemiec potwierdza Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe,
    który w swoim orzeczeniu z 5 lipca 1992 roku odnośnie do interpretacji traktatu
    granicznego z Polską z 14 listopada 1990 roku zapisał, że traktat ten nie ma
    wpływu na sprawy własnościowe na byłych terenach niemieckich na wschodzie oraz
    nie narusza praw obywateli wynikających z art. 14 niemieckiej konstytucji,
    chroniącego prawa własności oraz dziedziczenia. To orzeczenie prowadzi do
    interpretacji zapisu pkt 5 powyższych listów w tym kierunku, że obie strony
    powinny podjąć rozmowy, aby uregulować otwartą sprawę kwestii majątkowych. I co
    istotne: to orzeczenie też nie jest zauważane przez rząd RP.

    Co robić?

    W Polsce minął już czas, w którym można było uchwalić ustawę reprywatyzacyjną.
    Należało to uczynić przed przystąpieniem RP do UE. Teraz trzeba by uwzględnić
    również obywateli niemieckich, gdyż art. 12 TWE zawiera zakaz wszelkiej
    dyskryminacji ze względu na przynależność państwową. Kwestie własnościowe można
    było uregulować w ww. traktacie z 1991 roku albo w traktacie o przystąpieniu RP
    do UE.

    Dzisiaj są inne sposoby na rozwiązanie problemu. Proponujemy na przykład
    tworzenie w Polsce własnych list szkód i strat. Wszak same straty w Warszawie w
    wyniku zburzenia miasta po powstaniu warszawskim były kolosalne. Przygotowaniem
    ewidencji szkód poniesionych przez Polskę podczas drugiej wojny światowej mogą
    się zająć stowarzyszenia skupiające osoby poszkodowane
  • przycinek.usa 07.03.04, 04:56
    (...) poszkodowane lub ich spadkobierców. Jednak trzeba to robić teraz, aby
    społeczeństwo niemieckie, opinia publiczna, środowisko prawnicze zdały sobie
    sprawę z wagi problemu. Także już teraz należy składać pierwsze pozwy w
    Niemczech lub przygotowywać pozwy wzajemne w Polsce. Pozwy w Niemczech można
    składać wraz z wnioskiem o zwolnienie z kosztów postępowania ze względu na złą
    sytuację finansową powoda (takich osób powinno być w Polsce wiele).

    Wreszcie rząd RP może sprawę ostatecznego uregulowania polsko-niemieckich
    roszczeń odszkodowawczych z czasów drugiej wojny światowej wnieść pod obrady
    konferencji międzyrządowej, która rozpoczęła prace 4 października 2003 roku w
    Rzymie. A zatem: dopóki rząd niemiecki zajmuje odmienne stanowiska w sprawach
    wypędzenia niż rząd polski, dopóty rząd RP nie powinien nie zauważać problemu.

    Kilka lat temu nikt nie wierzył w Niemczech, że trzeba będzie zapłacić Polakom
    za pracę przymusową podczas drugiej wojny światowej. Stało się inaczej, chociaż
    według orzecznictwa niemieckiego wszelkie roszczenia były przedawnione.
    Ostatnio minister Cimoszewicz powiedział o ewentualnych roszczeniach
    niemieckich wypędzonych wobec Polski: "Jeśli mamy jakieś obawy, to dlatego, że
    m.in. w kwestiach dotyczących mienia zabużańskiego znane są orzeczenia, które
    nie mają żadnej podstawy prawnej i ze zdumieniem stwierdzam, iż polskie sądy
    mogą je wydać" ("Trybuna" z 3 października 2003 r.). W języku niemieckim
    istnieje przysłowie "w sądzie i na morzu w rękach Boga" (vor Gericht und auf
    hoher See in Gottes Hand). Jeżeli minister miał to na myśli, krytykując
    orzeczenia sądów polskich, należy ministrowi przyznać rację. Ale tę niepewność
    można wyeliminować lub ograniczyć chociażby przez uwzględnienie wskazanych
    powyżej propozycji.

    Stefan Hambura jest adwokatem w Berlinie; Waldemar Gontarski - redaktorem
    naczelnym "Gazety Sądowej", doktorantem Uniwersytetu Warszawskiego Niniejszy
    tekst stanowi wersję publicystyczną ekspertyzy prawnej, która zostanie
    opublikowana na łamach "Gazety Sądowej".


    www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031008/publicystyka/publicystyka_a_1.html

  • przycinek.usa 07.03.04, 05:01
    "Zamek jest mój" robisc 07.02.2004 20:23

    Polecam - warto wiedzieć, co nas ewentualnie czeka, nawet jeżeli komentarze są
    uspokajające.

    http://www.rzeczpospolita.pl/serwisy/login.php?
    return=/dodatki/plus_minus_040207/plus_minus_a_7.html

    "MEHRENTHIN CZY MIERZĘCIN
    Dzięki nowym polskim właścicielom w zamku w Mierzęcinie powstało luksusowe
    centrum konferencyjne. W byłej gorzelni mieści się kawiarnia i sala bilardowa.
    Są korty tenisowe, ujeżdżalnia, staw i setki hektarów lasów

    MACIEJ PIĄSTA i PIOTR JENDROSZCZYK

    - Hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu - twierdzi Alexander
    von Waldow, potomek byłych właścicieli polskiego dziś Mierzęcina. Jego zdaniem
    po wejściu Polski do Unii Europejskiej na obszarach Śląska, Pomorza oraz
    dawnych Prus Wschodnich powinno powstać swego rodzaju państwo o nazwie
    Centropa, podległe Brukseli i zarządzane wspólnie przez mieszkańców tych
    terenów - po powrocie tam wypędzonych.

    Mierzęcin jest małą osadą koło Dobiegniewa w województwie lubuskim. Większość
    mieszkańców pochodzi zza Bugu. Odrestaurowany kilka lat temu z niezwykłą
    pieczołowitością zamek stał się eleganckim hotelem. Do Mierzęcina zaczął
    przyjeżdżać Alexander von Waldow, starszy pan, potomek rodu, którego siedzibą
    był zamek do momentu pojawienia się Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku.

    Pan Alexander był częstym gościem hotelu, jak zresztą i inni członkowie
    rodziny von Waldow. Nawiązali towarzyskie, niemal przyjacielskie kontakty z
    obecnymi właścicielami odbudowanego zamku. Organizowano nawet wspólne
    przyjęcia. W listopadzie ubiegłego roku 81-letni Alexander von Waldow udzielił
    na tle zamku wywiadu niemieckiej telewizji Deutsche Welle: - Jako oficjalny
    właściciel tego miejsca mogę złożyć obecnym posiadaczom ofertę
    dziesięcioletniej, może dwudziestoletniej bezpłatnej dzierżawy - powiedział
    przed kamerą.

    Obecnych właścicieli zamku zmroziło. Dopiero wtedy dowiedzieli się, że
    Alexander von Waldow jest jednym z trzech założycieli Preussische Treuhand,
    czyli Pruskiego Powiernictwa, i w pewnym sensie ideologiem najbardziej
    nieprzejednanego środowiska wypędzonych. Po emisji programu wysłali do niego
    list zawiadamiający, że jest w tym miejscu persona non grata. "Nie akceptujemy
    podwójnych standardów" - napisali. Tak zakończyła się próba polsko-
    niemieckiego pojednania w Mierzęcinie. Trwała cztery lata.

    Prawo do sentymentu

    Początek tej nieudanej próby związany jest z listem wysłanym przez Piotra
    Nowakowskiego do Alexandra von Waldow w 1998 r., w którym Polak prosi o pomoc
    w rekonstrukcji nabytego popegeerowskiego majątku. Nowakowski jest
    współwłaścicielem firmy Novol pod Poznaniem, która całkowicie zrujnowany zamek
    kupiła od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa za kilkadziesiąt tysięcy
    złotych.

    - Od początku mieliśmy zamiar zrekonstruować budowlę z szacunkiem dla historii
    i pokoleń niemieckich właścicieli. Nie sposób wymazać niemieckiej przeszłości
    tych ziem - mówi Piotr Nowakowski. Odszukano przedstawiciela rodziny von
    Waldow i nawiązano z nim kontakt. Nowi właściciele napisali, w jakich
    warunkach nabyli zamek i co zamierzają z nim zrobić. Prosili o informacje na
    temat historii zamku, by jak najwierniej go odbudować.

    Już w pierwszym liście Alexander von Waldow nie pozostawił cienia wątpliwości,
    że uważa Mierzęcin (Mehrenthin) za własność swojej rodziny. Pisał o prawie
    międzynarodowym, o Karcie wypędzonych, w której wypędzeni zrzekli się "odwetu
    i zemsty", o traktacie polsko-niemieckim z 1991 r., z którego wyłączone
    zostały kwestie własności w stosunkach pomiędzy obydwoma krajami, o
    konieczności pojednania i przeświadczeniu, iż Nowakowski wraz z swym
    wspólnikiem Piotrem Olewińskim nabyli zamek w dobrej wierze. Świeżo upieczeni
    właściciele Mierzęcina przypomnieli o odpowiedzialności Niemiec za wybuch II
    wojny światowej, o sześciu milionach ofiar w Polsce, o zbrodniach
    hitlerowskich i pogwałceniu konwencji haskiej, o utracie przez rodzinę
    Nowakowskiego posiadłości na Wschodzie. - Pragnęliśmy uniknąć dwuznacznej
    sytuacji i przedstawiliśmy sprawę własności jasno - mówią wspólnicy.

    Z Niemiec nadeszła propozycja spotkania w celu znalezienia na gruncie
    prywatnym "rozsądnego rozwiązania", którego nie udało się znaleźć na poziomie
    państwowym. - Uznaliśmy, że propozycja spotkania po takim liście była wyrazem
    szczerej gotowości do współpracy i akceptacji obecnego stanu rzeczy w
    Mierzęcinie - mówią właściciele. - Być może byłem zbyt łatwowierny - mówi
    dzisiaj Nowakowski. Pierwsze spotkanie odbyło się w restauracji w Komornikach,
    gdzie znajduje się siedziba firmy Novol. - Zobaczyliśmy sympatycznego,
    starszego pana niepasującego do wizerunku strzelającego obcasami aroganckiego
    Niemca, który przyjechał z nadzieją odzyskania tego, co uważa za swą własność -
    wspomina Nowakowski. Rozmowa przy obiedzie była na tyle sympatyczna, że
    zaproszono Alexandra do obejrzenia firmy Novol.

    Nowoczesny zakład produkujący samochodowe materiały lakiernicze zrobił na
    przybyszu dobre wrażenie. Jego dotychczasowe wyobrażenia o Polsce były bliskie
    pojęciu "polnische Wirtschaft" z czasów Bismarcka. Rozstano się w dobrej
    atmosferze. Wyglądało na to, że Alexander von Waldow uznał historyczne realia
    i zrezygnował z pretensji do Mierzęcina. Był to początek częstych, nawet
    przyjacielskich kontaktów.

    Półtora roku temu w Mierzęcinie odbyło się rodzinne spotkanie kilkudziesięciu
    członków rodziny von Waldow. Nikt nie zgłaszał żadnych roszczeń. Atmosfera
    była doskonała. Panowie Nowakowski i Olewiński zostali oczywiście zaproszeni.
    Zorganizowano konkurs malarski i rodzinną aukcję, aby zebrać środki na
    renowację cmentarza, gdzie znajdują się rodzinne groby. Alexander namalował
    most - po jednej stronie Niemcy, po drugiej Polska. Rysunek kupili właściciele
    Mierzęcina, traktując to jako jeszcze jeden dowód pojednania i akceptacji
    przez rodzinę von Waldow obecnego stanu rzeczy. Podobnie jak ofiarowaną im
    paterę z napisem "Dona nobis pacem" (Obdarz nas pokojem). Wisi do dzisiaj w
    jednej z sal zamku. W sąsiedniej fotografie i nieliczne pamiątki rodziny von
    Waldow. - Nie można odmówić byłym właścicielom sentymentalnego prawa do tego
    miejsca - podkreślają Polacy.

    Po PGR w Mierzęcinie pozostały zrujnowane zabudowania i zniszczony zamek. Był
    tam kiedyś sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Kilka lat temu
    posiadłość nabyło dwóch poznańskich przedsiębiorców.

    MACIEJ PIĄSTA

    Spotkanie w Eckerfurde

    Alexandra von Waldow rozpoznaję natychmiast na peronie dworca w Eckerf?rde,
    stutysięcznym malownicznym miasteczku w Szlezwiku-Holsztynie, niedaleko
    duńskiej granicy. Starannie ubrany, niespokojnie wyczekuje mego przyjazdu. -
    Musimy koniecznie porozmawiać. Serdecznie zapraszam - mówił kilka dni temu w
    rozmowie telefonicznej.

    Jedziemy do domu mego gospodarza eleganckim samochodem. - Doskonale przydaje
    się do dalekich podróży. Ma sto osiemdziesiąt koni - tłumaczy.

    Po chwili wiem już, że Alexander von Waldow ma dom w Hiszpanii nad Morzem
    Śródziemnym, gdzie spędza sporo czasu. Bywa też u syna w USA. Na stałe mieszka
    w Eckerf?rde, gdzie w miejscowym porcie czeka na niego jacht. Odbywa nim rejsy
    po Morzu Bałtyckim. Jest już po osiemdziesiątce, ale wygląda na znacznie
    młodszego. Jest emerytowanym profesorem architektury. Przez lata wykładał w
    jednej z wyższych szkół w Kilonii. Wcześniej miał firmę architektoniczną w
    Bonn. Należy do pokolenia Niemców, którzy swój dobrobyt zawdzięczają okresowi
    cudu gospodarczego. Dom w Hiszpanii kupił, realizując kontrakty w tym kraju.
    Swą posiadłość w pobliżu Barcelony nazwał Waldorado. - Skromna, ale wygodna,
    tuż przy plaży - opowiada.

    Niechętnie mówi o przeżyciach wojennych. Przez dwa lata był żołnierzem
    Wehrmachtu, w stopniu szeregowca. - Widziałem nawet rzekę Terek na Kaukazie -
    mówi w chwili, gdy zatrzymujemy się przed jego położonym na wzgó
  • przycinek.usa 07.03.04, 05:03
    położonym na wzgórzu domem z widokiem na morze. Zbudowany tarasowo dom ma kilka
    poziomów. W ogrodzie basen.
    Jako najstarszy męski potomek rodu von Waldow Alexander jest od czterdziestu
    lat szefem rady rodzinnej. Ród ten wywodzi się z Bawarii. Jedna z jego gałęzi
    od XIII w. mieszkała na Pomorzu. Mierzęcin był w posiadaniu von Waldow od 1721
    r., kiedy protoplasta mierzęcińskiej gałęzi, Fryderyk, kupił go od rodziny von
    Sydow. Fryderyk był generałem króla Prus Fryderyka Wielkiego. Ród von Waldow
    nie był typowym rodem junkierskim, mimo iż wielu jego członków poświęciło się
    karierze wojskowej. Zajmowano się gospodarką leśną, zakładano huty szkła,
    gorzelnie. Zamek zbudował w 1863 r. dziadek Alexandra. On sam nigdy w
    Mierzęcinie nie mieszkał. Urodził się w Jenie. Jego ojciec był pastorem i
    bratem przedostatniego właściciela Mierzęcina. Ostatnim właścicielem był
    bratanek Alexandra, Norbert von Waldow. Zginął na froncie wschodnim. Nadal żyją
    jego trzy siostry, trojaczki. - Tradycją rodu było jednak, że dziedziczenie
    odbywa się w linii męskiej. Trojaczki są spadkobierczyniami w rozumieniu prawa.
    Ja je reprezentuję - opowiada Alexander.
    Jak twierdzi, w momencie zakończenia wojny majątek von Waldow liczył ponad 4,5
    tys. ha w okolicach Mierzęcina i ponad tysiąc hektarów pod Stargardem. Od 1986
    r. Alexander regularnie odwiedzał Mierzęcin, obserwując, co się tam dzieje. W
    1991 r. wystąpił do władz wojewódzkich o zwrot majątku. Za pośrednictwem
    polskiej ambasady otrzymał odpowiedź, że jego żądanie jest bezpodstawne.
    Zaproponował więc gminie Dobiegniew utworzenie fundacji rolnej z kapitałem 5
    milionów marek i zatrudnienie ludzi rozpadającego się PGR pod warunkiem
    odzyskania posiadłości. Odmowa skłoniła go do zmodyfikowania propozycji.
    Fundacja miałaby być wspólna z mniejszościowym udziałem rodziny von Waldow.
    Pytam, czy wiedział o przygotowywanej aukcji zrujnowanego zamku i śmiesznie
    niskiej cenie wywoławczej.
    - Oczywiście. Udział w nim rodziny był wykluczony. Jakże mogliśmy starać się o
    kupno tego, co jest nasze od stuleci? - pyta w odpowiedzi, zapraszając na obiad
    w chińskiej restauracji.

    Piotra Nowakowskiego, jednego z obecnych właścicieli Mierzęcina, zaszokowała
    wypowiedź Alexandra von Waldow dla niemieckiej telewizji, w której podkreślił,
    że zamek wciąż należy do jego rodziny i zamierza go odzyskać
    (c) MACIEJ PIĄSTA

    Nowe państwo Centropa
    Przy piwie i kaczce w jarzynach z sosem sojowym Alexander von Waldow opowiada,
    jak wyobraża sobie obecnie rozwiązanie sprawy własności Mierzęcina. Rozpoczyna
    od wyjaśnień, że hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu. Po
    pierwsze, związana traktatami z Francją i Anglią Polska zagrażała Niemcom. Po
    drugie, nie respektowała praw mniejszości niemieckiej. Po trzecie, pragnęła
    włączyć zamieszkane przez Niemców Wolne Miasto Gdańsk do swego terytorium. -
    Odpowiedzialność za wybuch wojny ponoszą nie tylko Niemcy - mówi Alexander.
    Zgadza się z twierdzeniem, że Niemcy prowadziły wojnę w sposób zbrodniczy.
    Ubolewa, że to właśnie rękami "niektórych Niemców" został zorganizowany
    holokaust. - Dlaczego Bóg do tego dopuścił? Musiała być jakaś przyczyna -
    zastanawia się głośno. Podkreśla, że w ręku Boga jest także rozwiązanie sprawy
    krzywd wyrządzonych niemieckim wypędzonym. Na pytanie, jak wyobraża sobie
    porozumienie dotyczące Mierzęcina, tłumaczy, że panowie Nowakowski i Olewiński
    kupili zamek w dobrej wierze. - Błąd leży po stronie państwa polskiego, które
    bezprawnie skonfiskowało niemiecką własność - wyjaśnia.
    Jak wybrnąć z takiej sytuacji? - Z pomocą Unii Europejskiej - odpowiada.
    Otóż po wejściu naszego kraju do Unii na obszarach Śląska, Pomorza oraz części
    Prus Wschodnich znajdującej się obecnie w granicach Polski miałaby zostać
    utworzona autonomia. Swego rodzaju państwo, o nazwie Centropa, podległe
    Brukseli i zarządzane wspólnie przez reprezentantów mieszkańców tych terenów po
    uprzednim powrocie tam wypędzonych. Ocenia, że na powrót zdecydowałoby się 2 -
    3 procent wypędzonych i ich potomków, czyli około 300 tysięcy osób. W ramach
    Centropy miałyby zostać rozwiązane wszelkie problemy majątkowe. W wypadku
    Mierzęcina możliwe byłyby dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym obecni jego
    posiadacze zostają pozbawieni swej własności na rzecz prawnych spadkobierców
    rodu von Waldow. Przysługiwałoby im jednak odszkodowanie od władz autonomii i
    specjalnie utworzonego w tym celu banku, którego fundusze miałyby w części
    pochodzić z Unii. Drugi scenariusz zakłada, iż spadkobiercy rodu von Waldow nie
    odzyskują swej własności, ale otrzymają odszkodowanie od władz Centropy.
    - Konsultowałem te propozycje z bankowcami, prawnikami i w gronie wypędzonych.
    Takie jest też oficjalne stanowisko Preussische Treuhand. Wszyscy są zgodni, że
    byłoby to optymalne rozwiązanie - twierdzi Alexander.

    Dekalog i Preussische Treuhand
    - Jeżeli do tego nie dojdzie, w polskich sądach zostaną złożone pozwy
    odszkodowawcze, a po ich prawdopodobnym odrzuceniu - odwołania do Europejskiego
    Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - zapewnia. Nie wyklucza jeszcze jednej
    możliwości: złożenia pozwów w imieniu wypędzonych w sądach amerykańskich na
    wzór zbiorczych pozwów byłych robotników przymusowych Trzeciej Rzeszy. Pozwanym
    miałoby być państwo polskie. Zagrożenie, jakie pozwy te stworzyły dla
    niemieckich koncernów w USA, było jedną z przyczyn, dla których rząd RFN i
    niemiecki przemysł zdecydowały się na wypłatę odszkodowań ponad 1,5 mln żyjącym
    jeszcze ofiarom pracy niewolniczej i przymusowej.
    - Droga sądowa jest wyjściem ostatecznym. Trzeba zrobić wszystko, aby
    porozumieć się pokojowo - podkreśla von Waldow jako oficjalny przedstawiciel
    Preussische Treuhand. Jest współzałożycielem tej instytucji, obok
    przewodniczącego Ziomkostwa Ślązaków Rudiego Pawelki oraz Hansa-G?nthera
    Parpliesa, wiceprzewodniczącego Związku Wypędzonych Eriki Steinbach.
    Jak wyjaśnia von Waldow, Preussische Treuhand gromadzi środki finansowe, by
    odzyskać własność niemieckich wypędzonych. - Jedną z podstaw argumentacji
    Preussische Treuhand są przykazania boskie, zwłaszcza "nie kradnij" oraz "nie
    pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego". Powołujemy się też na prawo
    międzynarodowe, od konwencji praw człowieka ONZ po Kartę praw podstawowych,
    będące częścią projektu konstytucji europejskiej. Prawo jest po naszej stronie.
    Sprzedaliśmy już akcje Preussische Treuhand za grubo ponad 150 tys. euro.
    Pieniądze te zostały dobrze zainwestowane i na najbliższym posiedzeniu zarządu
    podejmiemy uchwałę o podwyższeniu kapitału, którym spółka może dysponować
    zgodnie z prawem - zapewnia z całą powagą.
    Za pomocą tych pieniędzy Alexander von Waldow zamierza odzyskać nie tylko
    Mierzęcin, ale i majątki milionów wypędzonych Niemców. - Niech pan nie
    zapomina, że Rzesza istnieje nadal w granicach z 1937 r. i zjednoczone Niemcy,
    które są jedynie częścią Rzeszy, nie mogą zawierać porozumień międzynarodowych
    w imieniu całych Niemiec. Z tych przyczyn nieważny jest także polsko-niemiecki
    traktat graniczny z 1990 r. - mówi na zakończenie naszej rozmowy.
    Alexander żyje nadzieją, że jego rodzina powróci do Mierzęcina. Sam zamierza w
    przyszłości spocząć na tamtejszym cmentarzu. -

  • przycinek.usa 07.03.04, 05:06
    robisc 14.02.2004 23:17
    To chyba pierwsze oficjalne przyznanie się władz, że problem istnieje. Co
    gorsza wiara na jego rozwiazanie opiera się na "głebokim przekonaniu" a nie na
    pewności.

    "(...)Zdaniem Cimoszewicza potrzebujemy nowych inicjatyw, zwłaszcza we
    współpracy z Niemcami. Tym bardziej że na stosunkach z Berlinem mogą zaważyć
    pozwy o zwrot mienia, których zgłaszanie zapowiadają najbardziej nieprzejednani
    przedstawiciele niemieckiego Związku Wypędzonych oraz Pruskiego Powiernictwa.
    Europejski Trybunał Sprawiedliwości naruszył ostatnio niepisaną zasadę
    nierozstrzygania spraw dotyczących przeszłości historycznej, zajmując się
    reprywatyzacją w Niemczech. - Roszczenia mogą być zgłaszane, nie mamy na to
    wpływu - twierdzi Cimoszewicz. Zastrzega jednak: - Jesteśmy głęboko przekonani,
    że nie okażą się skuteczne."

    www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040213/kraj/kraj_a_4.html

  • przycinek.usa 07.03.04, 05:09
    www.rense.com/general49/germansclaimthird.htm
    Germans Claim
    'Third Reich' Polish Property
    By Tony Paterson
    The Telegraph - UK
    2-15-4

    BERLIN -- A German drive to repossess thousands of Third Reich-era properties
    confiscated by Poland after the Second World War threatens to provoke a
    blistering row between Berlin and Warsaw, and to overshadow Polish accession to
    the EU.

    More than nine million Germans were expelled from the territories of Pomerania,
    Silesia and Prussia - ceded to Poland in 1945 - and their homes seized by
    Warsaw's communist authorities.

    Now, as Poland prepares to join the EU on May 1, a new German organisation has
    launched a bid to repossess an estimated 30,000 "illegally confiscated"
    properties through the European Court of Human Rights in Strasbourg.

    Rudi Pawelka, a spokesman for the Prussian Claims Society, which is leading the
    repossession attempt from its base in Dusseldorf, told The Telegraph: "Germans
    held lands and properties in what is now Poland for hundreds of years. They
    have a deep, inner connection to the region and many want their properties
    back.

    "Soon we will all be Europeans. Poland's accession to the EU will enable us to
    take our case to the Strasbourg court for the first time. Poland must not be
    allowed to discriminate against Germans."

    The organisation plans to model its court case on class action suits filed by
    the Jewish Claims Conference, which secured millions in financial compensation
    from Germany for victims of the Holocaust. The society claims to receive 30
    inquiries a week from dispossessed Germans.

    The attempt to launch German property claims in Poland has acutely embarrassed
    Chancellor Schrder's Social Democrat-led administration, which is seeking to
    improve relations with Warsaw before EU enlargement. The German government
    regards any analogy with Jewish compensation claims as "very distasteful".

    In Poland, the campaign has touched a raw nerve. Poles point out that they were
    forced to cede parts of eastern Poland to Russia under agreements struck
    between Britain, America and the Soviet Union at the end of the Second World
    War - and that land from Germany was in compensation.

    One Polish weekly news magazine, Wprost, described the restitution bid
    as "German legal aggression" and Lech Kaczynski, the mayor of Warsaw, declared
    that if the former landowners pressed their claim, the Polish capital would
    retaliate with a a Ä24.6 billion (£16.7 billion) counter-claim for damage
    caused by German troops.

    "It is worrying enough to think of Germans just buying land in Poland," said
    Maciej Giertych, an MP for the League of Polish Families Party. "Many farmers
    would be forced to leave the land."

    Polish municipalities have begun a rapid sale of publicly owned properties,
    calculating that German restitution claims are less likely to succeed if
    properties are in private hands. In the port city of Szczecin (formerly German
    Stettin), city authorities are offering tenants of former German properties the
    chance to buy them at 10 per cent of market value.

    The repossession threat has angered Poles who have acquired and developed
    former German property. Piotr Nowakowski, 55, a Polish businessman, completely
    restored an idyllic former German country house near the western city of
    Gorzow.

    He was shocked to discover that the former German owner of the house, whose
    advice he had frequently sought during the renovation, is a leading member of
    the Prussian Claims Society. "We don't want to see him here again," Mr
    Nowakowski said. "He is a Trojan horse and persona non grata."

    © Copyright of Telegraph Group Limited 2004.



    www.telegraph.co.uk/news/main.jhtml?xml=/news/2004/02/15/wger15.xml&sSheet=/news/2004/02/15/ixworld.html

  • przycinek.usa 07.03.04, 05:13
    Powtorzenie. Za Robim.

    CENTROPA
    Autor: robisc
    Data: 07.02.2004 22:56
    --------------------------------------------------------------------------------
    To nie jest political-fiction. Coraz większa liczba publikacji prasowych czy
    newsów radiowych swiadczy o tym, że świadomość zagrożenia rośnie. Takie
    pomysły jak ten poniżej grożą po prostu piątym rozbiorem Polski.

    "(...)Otóż po wejściu naszego kraju do Unii na obszarach Śląska, Pomorza
    oraz części Prus Wschodnich znajdującej się obecnie w granicach Polski
    miałaby zostać utworzona autonomia. Swego rodzaju państwo, o nazwie
    Centropa, podległe Brukseli i zarządzane wspólnie przez reprezentantów
    mieszkańców tych terenów po uprzednim powrocie tam wypędzonych. Ocenia, że
    na powrót zdecydowałoby się 2 - 3 procent wypędzonych i ich potomków, czyli
    około 300 tysięcy osób. W ramach Centropy miałyby zostać rozwiązane wszelkie
    problemy majątkowe. W wypadku Mierzęcina możliwe byłyby dwa rozwiązania.
    Zgodnie z pierwszym obecni jego posiadacze zostają pozbawieni swej własności
    na rzecz prawnych spadkobierców rodu von Waldow. Przysługiwałoby im jednak
    odszkodowanie od władz autonomii i specjalnie utworzonego w tym celu banku,
    którego fundusze miałyby w części pochodzić z Unii. Drugi scenariusz
    zakłada, iż spadkobiercy rodu von Waldow nie odzyskują swej własności, ale
    otrzymają odszkodowanie od władz Centropy."


    www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040207/plus_minus_a_7.html?
    k=on;t=2004020720040207

    - Konsultowałem te propozycje z bankowcami, prawnikami i w gronie
    wypędzonych. Takie jest też oficjalne stanowisko Preussische Treuhand.
    Wszyscy są zgodni, że byłoby to optymalne rozwiązanie - twierdzi Alexander

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka