Re: Pomóżcie - mój mąż pije
Nie mogę się zalogować na poprzednie hasło, ale ten poprzedni Pies z łąki - to ja :)
Chyba nastąpiło jakieś nieporozumienie. Nie mam najmniejszego zamiaru budować komuś życia. Pytałam jak przełamać mur niechęci do rozmowy.
A właśnie dzięki rozmowie miałabym szansę na przekonanie męża, że pomoc z zewnątrz jest nam potrzebna. On sam oczywiście żadnej pomocy nie potrzebuje, jest bardzo samodzielny i da sobie radę z każdym problemem. Z tego, że nadmiernie pije już dawno zdał sobie sprawę, co skutkuje próbami odstawienia (kilkudniowe sukcesy), ukrywaniem butelek i picia (nie sprawdzam go, to przypadkowe odkrycia w śmietniku), szukaniem okazji (bo były imieniny, bo noga boli, bo musiałem podjąć gościa biznesowego, bo brzydka pogoda...), ja nie pytam, sam się czuje w obowiązku wytłumaczyć np. tekstami "jesteś uprzedzona", "bo ty w ogóle nie znosisz alkoholu i każda ilość ci się nie podoba" itd. Zresztą co ja będę pisać, trwa to już ze dwadzieścia lat, oprócz delirium chyba już wszystkie objawy i zagrania przerabialiśmy, tylko kiedyś moja świadomość problemu była niższa, a i sam problem wcale nie zanika z czasem, a raczej się nasila. Bo to i wiek już nie młodzieńczy, i wydolność organizmu kiepściejsza, no i moja wiedza i spostrzegawczość wzrosły.
Ja nie naciskam, raz na pół roku ruszyć temat to chyba nie jest za często? A moje wnioski o alkoholizmie męża to takie koraliki nanizane po słówku przez całe lata, bo jednej sensownej rozmowy nijak nie udaje się przejść. Ja zaczynam, a on natychmiast kończy i wychodzi, albo udaje, że w ogóle nie było tematu. I dalej pije.
Tak, to jest moja własna diagnoza, chciałabym więc, żeby ktoś profesjonalnie się zabrał za sprawdzenie, czy rzeczywiście jest to picie groźne dla zdrowia i życia. Ale żeby to osiągnąć trzeba jakoś przekonać samodzielnego, dorosłego człowieka, który NIE CHCE na ten temat nawet rozmawiać. To jest z jego strony niezła manipulacja i pytałam tu o to, jak przekonać człowieka, żeby zechciał zacząć rozmawiać. Bo to jest ten pierwszy krok.
Nie chcę przemeblować życia mojemu mężowi, niech sobie sam ustawia je jak uważa za stosowne. Ale jego picie dotyka mnie w sposób bezpośredni i coraz bardziej dotkliwy. W sensie zdrowotnym, towarzyskim, finansowym i każdym innym, to na mnie spadają (albo spadną za czas jakiś) ciężary, chociaż wcale nie chcę ich na siebie brać. Jakiś (odpukać!) udar, czy wylew (bo nadciśnienie), niewydolna wątroba, wypadek komunikacyjny(po alkoholu), kiepska wydajność w pracy, zaniki pamięci, coraz większe pieniądze wydane na %, a do tego coraz słabszy kontakt z najbliższą mi osobą. Mam tego nie zauważać? Jeśli nie ja, to kto ma o tym mówić?
Nie przemawia do mnie tekst "Piję, bo lubię i nikomu nic do tego". To przecie mój mąż i nie chcę mieć w domu alkoholika z wszelkimi objawami, tylko zwykłego faceta. Kto może powiedzieć, że bardziej zależy mu na moim mężu niż ja? Chyba mam prawo próbować coś z tym zrobić?
Co mogłam, to sama już zrobiłam (lub robię). Nie pomagam, nie ukrywam, nie płaczę, nie gderam, nie robię nic, co mogłoby usprawiedliwiać czy ułatwiać picie. Wręcz przeciwnie, przeczytałam już chyba wszystko na ten temat, rozmawiałam z al-anon, zorganizowałam grupkę wsparcia. I co dalej?
Szantażować nie mam zamiaru (sam dokładnie wie o swoim stanie zdrowia), zawstydzanie mamy za sobą (nieskuteczne), pić z nim też nie będę, policji wzywać nie ma do czego, bo to tzw. kulturalne picie, w skuteczność przymusu leczenia nie wierzę (bo za dużo o tym wiem), podkładanie pod nos materiałów drukowanych - to już było, rozmowa z terapeutą AA na przypadkowym spotkaniu towarzyskim - nie zrozumiał go, bo to nie jego problem, on nie jest alkoholikiem i to go nie dotyczy, przecie ma kontrolę nad piciem itd.
A więc co dalej?