Dodaj do ulubionych

Moja droga,

23.06.04, 18:45
[kanarek do jenn, La Varsovie]

Ma chere,

spotkanie z panią de Y. wypadło niedzielnym popołudniem.
Jak świetnie wiesz, obiad jedzony we dwoje potrafi być przeżyciem głęboko
łączącym. W niedzielę sytuacja była inna, pani de Y. była głodna i zjadła
obiad, a ja nie więc nie. Przypadła mi więc rola widza, a talerz z zupą
stojący między nami pełnił rolę fosy dzielącej jedzącą i poszczącą stronę
stolika. Siłą rzeczy obserwowałem akcję naprzeciw mnie.

I oto fizjologia jedzenia, na którą przecież nie zwracamy uwagi podczas
wspólnych posiłków, objawiła się z całą mocą. Z przyjemnością patrzyłem na
celowe posunięcia noża i widelca, baletowe pas de deux przypominające rytmy
przedstawień Bejarta. I na liście szpinaku zwijane w apetyczne kłębuszki,
wędrujące z talerza do ust - ot, taki krótki lot szpinakowej kulki ku
nieśmiertelności (odbitej w nieco dłuższym paznokciu, głębszym spojrzeniu czy
zaokrągleniu).

Post scriptum nastąpiło wczoraj.
Na kolację podano młody szpinak.
Kopiując wiernie sekwencję gestów pani de Y. zwinąłem liść szpinaku w
kłębuszek, i zapewniłem mu nieśmiertelność.

Pozdrawiam wiosennie,
k
Edytor zaawansowany
  • agni_me 23.06.04, 22:35
    [agni do lampki, jeden z naszych domów, rumunia]


    Światełko,

    Śniła mi się dziś trawa. Nie był to w żadnym wypadku angielski trawnik, ale też
    nie zdziczała łączka, którą mam za oknem. To była znajoma trawa, lekko
    wygnieciona, jeszcze w niej migały czerwone paznokcie twoich stóp, różowe pięty
    jenn i szare sandały ewki.

    We śnie szukałam jakiegoś śladu, czegoś, co dałoby mi pewność, gdzie jesteśmy,
    bo trawa wyglądała tak, jakby oczekiwała naszego powrotu. Trzymałam sen pod
    powiekami, nie dając mu uciec i przeczesywałam w myślach nasze wszystkie łąki,
    by znaleźć to miejsce.

    Może zajrzyj do Patumby, by zobaczyć, czy nas tam nie ma?

    agni_me_na_trawie (zamiast jajek)
  • lampka_nie_winna 23.06.04, 23:30
    [lampka do jenn, jeden z naszych domow, curis]

    Jennuszku,

    Siedzialam wieczoru wczorajszego na laweczce, aczkolwiek nie na naszej, bo po
    drugiej stronie jeziora, ale kamienie byly i swiatelka mrugaly tak, jak to
    tylko one mrugac potrafia.

    Oczeta moje podporzadkowaly sie tokowi wspomnien. Zagladaly za kazdy z kamykow
    szukajac tego ruszajacego sie, tego z pomponikiem, ktorego to tylko agni
    widziala, przed nami skrywal sie uparcie minut kilka. Znalazly. W tym samym
    momencie, z glosnikow w pobliskiej restauracji ryknela Pani o Glosie
    Dzwiecznym: Fizelis, fizelis, fizelis... I bylam w niebiesiu siodmym slyszac to
    cudo.

    Na chwile znalazlam sie posrod skarpetek w paski, leniwego spaceru
    trzechczwartych i zamrozonego galopu wewki. Dobrej miny do jeszcze lepszej
    herbatki koperkowej.

    Patumbah pelna usmiechow jest. Do nastepnego powrotu do domu, odebrac je trzeba
    koniecznie.

    lampie_nie_biesie
  • ewka5 24.06.04, 01:13
    (z domku naszego kazdego, gdzie mezow naszych kilku i naszych dzieci kilkoro)

    zawsze tak samo inaczej.




  • jenny_s 24.06.04, 21:23
    jenn do ewki [z naszego domu podgdańskiem]

    Zawsze i wszędzie w lecie będzie zawsze inaczej. I chmury tak samo będą
    zasłaniały księżyc. I cebule będą trzy a pomidorków sześć.

    Zawsze
  • rivers 24.06.04, 20:01
    Czyli nie jest wazne co, tylko kto. No, i do pewnego stopnia, jak.

    --
    nic nie jest tak proste, aby nie moglo byc niezrozumiane
  • agni_me 24.06.04, 22:01
    [agni do księcia de la rivers, dom letni Prababki, rumunia]

    Drogi Książę,

    Z wielką radością przeczytałam Pana list. To zdumiewające jak jedno zdanie
    potrafi otworzyć oczy na geniusz drugiego człowieka. Pański sąsiad, jeśli nie
    ziemski, to z pewnością duchowy, książę de la Rochefoucauld, słynął z pełnych
    goryczy i pesymizmu aforyzmów. Nie da się ukryć, że w dawnych latach, kiedy
    rumieniec jeszcze często zdobił me lico, miałam wielką słabość do Czarnego
    Księcia i jego błyskotliwej umiejętności zamykania w jednym zdaniu ludzkich
    wad. Ale dziś mi się wydaje małym i śmiesznym odkąd przeczytałam Pańską,
    Książę, myśl „Czyli nie jest ważne co, tylko kto. No, i do pewnego stopnia,
    jak.”

    Wojownicy i Wojowniczki od lat zmagają się w miłosnych potyczkach, walcząc o
    przychylność Amora. Walka ta wydawała się być walką bez zasad, a stający w
    konkury skazani na porażkę, a Ty, Książę, pokazałeś im drogę. Najważniejszym
    jest Kto, bardzo ważnym jest Jak, a Co rzeczą bez znaczenia. Tak, Książę, masz
    rację, czasem lektura, co może kształcić umysł i krzepić duszę daje więcej niż
    oddawanie się sypialnianym namiętnościom. Bo ważne jest Kto i Jak, nie Co.

    Jestem pod wielkim wrażeniem Pańskiego geniuszu, Książę. Dumą wielką napawa
    mnie to, że znam Pana i dane mi było przeczytać te myśl pierwszej. Wiem, że
    dzięki temu zyskałam nieśmiertelność. I śmiać się będę z La Rochefoucauld,
    który twierdził, że powaga jest obrządkiem ciała wymyślonym dla pokrycia braków
    ducha. On tak jak i Pan, Książę, był melancholikiem, ale nie bójmy się tego, On
    nie był tak jak Pan GENIUSZEM.

    Pozostająca w podziwie i uwielbieniu

    agni
  • rivers 24.06.04, 22:52
    Droga Ksiezniczko,

    To, ze napisalas do mnie wlasnie Ty pochlebia mi. Bo niczym jest geniusz wobec
    niedosciglego uroku kobiety.

    To, ze napisalas z wlasciwym sobie wdziekiem, humorem i ironia, bylo dla mnie
    zrodlem radosci. Promienny usmiech przeslonil moja melancholie. Nie ma bowiem
    wiekszego podniety dla geniuszu, niz spotkac umysl rownie wyrafinowany.

    A to, co napisalas? Toz to przeciez jest, jak wiemy, bez znaczenia.

    Lacze wyrazy sympatii,
    Rivers

    --
    nic nie jest tak proste, aby nie moglo byc niezrozumiane
  • rivers 24.06.04, 22:56
    rivers napisał:

    > Nie ma bowiem wiekszego podniety dla geniuszu ...

    Chyba jednak "wiekszej"
  • toulaa 24.06.04, 22:58
    rivers napisał:

    > rivers napisał:
    >
    > > Nie ma bowiem wiekszego podniety dla geniuszu ...
    >
    > Chyba jednak "wiekszej"


    --
    Malovaný džbánku, z krumlovského zámku, znáš ten chat, dobře znáš ten chat...
  • agni_me 25.06.04, 01:02
    [agni do księcia de la ..., miejsce takie jak poprzednio]

    Drogi Książę,

    nie uwierzysz, ale tak jak Ty, Panie, wolę "większego" od "większej".

    Pozdrawiam nieustająco

    Wielbicielka Pańskiego Geniuszu, agni
  • toulaa 24.06.04, 22:57
    rivers napisał:

    >Nie ma bowiem
    >wiekszego podniety dla geniuszu, niz spotkac umysl rownie wyrafinowany.

    Mimo że "podnieta" rymuje się z "poeta", to jednak różnią się rodzajem.
    Podnieta ma żeński.

    "Z takim hasłem cnej podniety, trąbo nasza, wrogom grzmij"



    --
    Malovaný džbánku, z krumlovského zámku, znáš ten chat, dobře znáš ten chat...
  • pikus 29.06.04, 15:37
    Najwiekszym wszak podnietem jest spotkac umysl wyrafinowany nie rownie,
    a bardziej.

    Wicehrabia de Pikus

    --
    w razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia
  • mietowe_loczki 27.06.04, 14:07
    rivers napisał:

    > Nie ma bowiem
    > wiekszego podniety dla geniuszu, niz spotkac umysl rownie wyrafinowany.


    kashl kashl kashl kaszlu kaszlu kashl



  • ewka5 25.06.04, 03:53
    Zanim przejde do merituma przyjmij, Kanarku (oraz Inni), moje przeprosiny za
    to, co nastapi za moment, gdyz mam zamiar - jak to dama - zaklac calkiem
    szpetnie.

    rivers napisał:

    > Czyli nie jest wazne co, tylko kto. No, i do pewnego stopnia, jak.

    - Riversie drogi, jasna Twoja cholera i kurwow (obawiam sie, ze sama jedna ta
    na ka nie wejdzie) jeden tysiac!:

    zeby moglo zaistniec przywolywane przez Ciebie KTO, musi zaistniec
    CO w polaczeniu z JAK. I jesli jakosciowe, wowczas rodzi sie KTO.
    Taki jest porzadek rzeczy, Rivie drogi.

    P.S. A gdyby okazalo sie, ze nie zostalam zrozumiana nalezycie, to trudno -
    daje sie z tym zyc.
  • jenny_s 24.06.04, 21:40
    jenn do kanarka [przez powracającego posłańca]

    Drogi Chłopcze!

    Twój list napełnił mnie radością, jakże miło kiedy i tu do nas docierają wieści
    z naszej eleganckiej stolicy. Wiedz, że ostatnio jedyną rozrywką w śmiertelnej
    letniej nudzie wiejskiej rezydencji są dla mnie rzadkie wizyty kawalera
    Dieusoitloué.

    Piszesz o swej przyjaciółeczce, pannie de Y. Zaiste, jak mi doniesiono, jest to
    urocza (a może słodka? nie pomnę) osóbka, niestety - jak widzę z Twych słów -
    zupełnie towarzysko niewyrobiona. Ech, z żalem wspominam czasy, kiedy to damy
    podczas przyjęcia jadły nie więcej niż ptaszę. Twoja pannica ma niezły apetyt
    i – o zgrozo! – wcale się z nim nie kryje. Znając Twoją dyskrecję wiem, że poza
    mną nikt z towarzystwa nie dowie się o tym wstydliwym zdarzeniu, złamałoby to
    biedaczce reputację. Powiedz jej, proszę, przy najbliższej okazji, że chętnie
    zajmę się jej edukacją.

    Kończę ten krótki, siłą rzeczy, list. Twój posłaniec niecierpliwi się chcąc
    dotrzeć do domu przed nocą. Załączam odpis dziełka, które podarował mi kawaler
    Dieusoitloué. To wierszyk modnego ostatnio poety, nie jestem pewna, ale chyba
    nazywa się Petrarca.

    Vago augelletto, che cantando vai,
    ovver piagendo il tuo tempo passato,
    vendendoti la notte, e `l verno a lato,
    e `l dì dopo le spalle, e i mesi gai;
    se come i tuoi gravosi affanni sai
    così sapessi il mio simile stato,
    verresti in grembo a questo sconsolato
    a partir seco i dolorosi guai.

    Ukłony dla Rodziny, szczególnie ściskam kuzynkę J.

    jenn
  • ewka5 25.06.04, 04:01
    (ewka do Wiadomo)

    tak sobie jakos mysle i mysle ta noca nadranna. Ze czuje.
  • jenny_s 26.06.04, 22:24
    jenn do lampki

    Ukochane Lampię,

    Stałyśmy na tarasie widokowym, bardzo długo, w milczeniu, nie wiedząc co
    powiedzieć, nie umiejąc powiedzieć nic. Wpatrzone w chmurę, w której jeszcze
    przed chwilą było widać maleńki błyszczący punkt.

    Wcześniej, próbując naprzytulać się na zapas, weszłyśmy tam gdzie już nam wejść
    nie było wolno. Nikt nas nie zatrzymywał, do pewnego momentu, bramy za którą
    zniknęła.

    Jeszcze wcześniej, prawie tracąc nadzieję, że uda nam się Ją zobaczyć,
    siadłyśmy zrezygnowane nie wiedząc jak szukać, bo przecież nie mogłyśmy już
    zadzwonić. Ale znalazła nas.

    To było okrutnie krótkie pół godziny. A potem...

    Potem stałyśmy na tarasie widokowym, bardzo długo, w milczeniu, nie wiedząc co
    powiedzieć, nie umiejąc powiedzieć nic. Wpatrzone w chmurę, w której jeszcze
    przed chwilą było widać maleńki błyszczący punkt.


  • ty.juz.wiesz 27.06.04, 01:56
    (w barze z widokiem na Atlantyk,u Ciebie 6 rano)


    Naszą drogą nikt już nie chodzi.
    Gwiazda(pamiętasz ją jeszcze?)świeciła dziś jaśniej niż zwykle.
    Ocean tańczył.


    W bezsenną noc najwyraźniej widać Niewidoczne
  • annuszka 27.06.04, 20:37
    (kotwicowisko przy poludniowym brzegu Delos,bezchmurna noc)

    W bezsenne noce licze gwiazdy,najjasniej swiecila dzis wlasnie Ta(odbijala sie
    w morzu,ktore zamilklo zapatrzone)
    Drogi mniej uczesczane pokrywa kurz.



    ty.juz.wiesz napisal:
    >
    > Naszą drogą nikt już nie chodzi.
    > Gwiazda(pamiętasz ją jeszcze?)świeciła dziś jaśniej niż zwykle.
    > Ocean tańczył.
    >
    >
    > W bezsenną noc najwyraźniej widać Niewidoczne


    --
  • jenny_s 27.06.04, 20:46
    jenn do nonstopa [miasto wojewódzkie]

    Mój Drogi,

    Innym razem zaproszona byłam na wernisaż. Czy to były płótna mistrza Jana czy
    Kantego, nie pamiętam tego, w każdym razie sztuka przez duże C. Sam Potężny
    Ambasador dał najwyższy Protektorat. Ustawiono oleandry, klamki, zamki lśnią na
    glanc. Zajeżdżają gronostaje i brajtszwance, Barbarossy, Oxtensierny i
    Braganze, zajeżdżają Buicki, Royce’y i Hispany, wielkie wstęgi, śnieżne gorsy,
    szambelany i buldogi pełnomocne i terriery, i burbony i szynszyle i ordery, i
    sobole i grand-diuki i goeringi, akselbanty i lampasy i wikingi, admirały,
    generały, bojarowie, bambirały, grubasowie, ambasadorowie. W szatni tłok. Były
    tam obrazy wielkie, płótna kolorowe. Na bankiecie Szach Kaukazu po butelce rumu
    cum spiritu vini, przez pomyłkę tknął widelcem w cyc Grafini Macabrini.
    Ćwierciomirski z Podhajdańca sarni udziec wziął do tańca. Była także inna
    chwila, której nie zapomnę.

    Kłaniam,

    jenn

    PS. W tekście są cytaty. Na przykład: „sztuka przez duże C” to jest cytat z
    mojej przyjaciółki – Soni.
  • nonstop 29.06.04, 14:59
    wszystkie nony majtki piorą
    (na razie, z braku czasu)
    :-)))

    --
    dum spiro, spero
  • jenny_s 29.06.04, 19:35
    wiedziałam, że sobie poradzisz, ale to za mało.
    pytanie brzmi: co to był za wernisaż?

    :))
    jenn
  • nonstop 06.07.04, 09:20
    niestety, za mało danych (jak dla mię), pewnie zbyt nikle udzielam się na
    wernisażach
    :-)

    --
    dum spiro, spero
  • nonstop 08.07.04, 11:15
    nonstop do jenny_s (w Berdyczowie)

    Nie był to rzecz jasna wernisaż, tylko mała salka, gdzie całkiem całkowicie
    przypadkiem przypadkowo (hyhy)
    ktoś wpadł na pomysł skontrapunktowania na sąsiednich ścianach dwóch dyptyków.
    Jeden dzieła Łukasza Cranacha, a drugi Albrechta Durera.
    Oba zresztą przedstawiają to samo, czyli Adama i Ewę (hmmm, nigdy nie pisze się
    Ewę i Adama, ciekawym dlaczego).
    Teoretycznie powinny się w sobie oba obrazy odbijać jak w lustrze.
    Ale tak nie było.
    U Durera Adam przypomina efeba lub Świętego Sebastiana z rozwianymi blond
    włoskami, a Ewa Venus z morskiej piany.
    Cranach namalował Adama jak prawie Atlasa Podpierającego (hih), za to Ewę jako
    wiotką trzcinkę.
    Pytanie: gdzie była ta salka?
    :-))

    --
    dum spiro, spero
  • jenny_s 13.07.04, 00:09
    watson do sherlocka [firenze czyli azja mniejsza]

    telegram

    nie być pewnym stop
    znaczy nie wiedzieć stop
    czemu gdziekolwiek nie zajrzę stop
    widzę na Ewy gałązce inskrypcję stop
    non omnis moriarty?

    twój szczerze
    drW.

    PS. nie rozumiem czemu wiedeń a nie prado, no nie rozumiem.


  • nonstop 13.07.04, 10:19
    non do jenny_s (HMS Victory)

    -...
    .-.
    .-
    .--
    ---


  • jenny_s 02.09.04, 13:01
    jenn do nonstopa [ze szczytu "Unbelievable"]

    -.-.
    --..
    -.--
    --..
    -..
    .-
    .-..
    .-
    --
    ?
  • agni_me 02.09.04, 13:27
    Non, męczy mnie to od początku, i za bogów, nie mogę sobie przypomnieć, gdzie
    to wcześniej czytałam, pomożesz? Starmach, Łysiak, ktoś inny?
  • annuszka 29.06.04, 01:03

    (dom przy ruchliwej drodze,rolety zasuniete)

    Drogą nie jechal nikt od kilku godzin,na sciezce pojawily sie za to slady stop.
    To nie byly slady moich stop,bo to nie jest moja sciezka.
    A w tym domu nie chce juz mieszkac.
  • lampka_nie_winna 29.06.04, 09:27
    [do Nich, stad]

    Kiedy wczoraj wracalam ciemna autostrada do domu, odruchowo spogladalam w
    lusterko wsteczne, szukajac w nim dwoch zoltych, blyszczacych oczu malenstwa.
    Ladne to spogladanie bylo, bardzo optymistyczne. Zawsze bedzie dla mnie
    oznaczalo poczatek czegos dobrego.

    lampie_s_t_wingi
  • agni_me 03.07.04, 18:54
    [agni do margit, rumunia, mała wisienka w rogu]

    Margu,

    Od tamtego wieczora w Parku Ujazdowskim wiśnie nieodłącznie kojarzą mi się z
    Tobą i k. Ale znacznie bardziej z Tobą. Podobało mi się to, że przyniosłaś je
    w torbie, do której wkładało się dłonie i wyciągało garście lepkich i cierpko-
    słodkich owoców. Nie pamiętam całkiem, o czym rozmawialiśmy, ale wiem, że słowa
    padały znacznie rzadziej niż pestki.

    Szybko zaznaczyliśmy pestkami nasze miejsce, skąd chciała przepędzić nas Pani z
    Miotłą. Uwierzysz, że to już dwa lata? Ja wciąż czuję zapach rozgrzanych
    wiśni, twojej „pampelune” i paczuli k.

    Lubię wiśnie, nie mają nic z łatwego smaku czereśni, erotyzmu brzoskwiń, ani
    popularności truskawek. Wiśniom nawet do głowy nie przyjdzie udawać, że nie są
    wiśniami. Wydają się być takie niewyszukane – naprawdę są delikatne i godne
    królewskich stołów . Tylko dla prostaków wiśnie są proste.

    Paiha wczoraj mówiła coś o pestkach i pluciu. Ile jeszcze przyjdzie nam czekać
    na wiśnie, marg?
  • lampka_nie_winna 03.07.04, 21:43
    [lampa do Ptoka, z parapetu niebieskiego okna]

    Ptoku serdeczny,

    tenze karteluch, przyczepiony do delikatnej stopki golebia, oznajmic Ci ma, moj
    Drogi, ze w kanararkowej.secundnej skrzynce znajduje sie wiadomosc.
    Powiedzialabym nawet: Wiadomosc Tresci Waznej.

    w nadziei, ze przeczytasz i to i tamto, pozdrawiajac serdecznie stad
    lampa_portosia
  • maggy 05.07.04, 16:33
    [margit do agni, azja mniejsza, okno nad wiśnią]
    Agniu,
    tak sobie myślę, wspominając nasze parkowe przygody z MZO[I]M-u na miotle,
    ganiającą nas za pestkowanie i nieprawomyślny stosunek do użytkowania trawnika,
    że jednak mało kto lubi wiśnie; bo to i małe, i cierpkie, i plamą z soku uraczą
    w najmniej odpowiednim momencie i na najmniej spodziewanym fragmencie
    garderoby, a jak się pestkę rozgryzie to zostaje w ustach ino pruski abschmack.
    Tym bardziej ciepło robi się na wspomnienie Tych, Co To Lubią :-)
    Gdy tak siedzę i spoglądam sobie z góry na wiśnię, winogrona i kota tarzającego
    się w trzmielinie po kolejnym udanym polowaniu na bogu_ducha_winną mysz,
    wspominam sobie czas nieco późny, i miękkoskrzypne kanapy o zapachu podróży, i
    półorbitalny, hipnotyczny niemal ruch fotela przerywany tylko z rzadka
    ciumkoprzemykaniem stąd tam i stamtąd jeszcze bardziej tam.
    I tak przeplata mi się ten obraz z purpurowymi już niemal kropkami, które na
    drzewku moim zaczynają brzuchacieć i błyszczeć;
    więc myślę, że czas by zwołać Pa i Ha nim robaczki jakieś Amatorskie ubiegną
    nas w pluciu nieprzerywanym tym razem [mam nadzieję] żadną miotłą
    czekam tu i teraz [ choć zarazem bardzo tam i wtedy]
    m.
  • ewka5 05.07.04, 04:01
    (ewka stad do wlasciwego tad)

    tjaaa...
  • cwi 05.07.04, 13:27
    Nie tjajaj, a przyjezdaj do kraju na wakacje....

    --
    ~~~~Cwi~~~~
    Głową o ścianę
  • kanarek2 05.07.04, 18:17
    [kanarek do agni, La Varsovie]

    Moja Droga,

    parę dni temu pani de Y. wręczyła mi dwie książki, z uśmiechem który znasz
    przecież dobrze. Wieczorem, leżąc już w łóżku, sięgnąłem po pierwszą książkę,
    którą okazał się tomik Herberta. Zdźbło trawy zaznaczało wiersz:

    Myślałem
    znam ją przecież dobrze
    tyle lat żyjemy razem

    aż prewnego razu
    w zimowy wieczór
    usiadła przy mnie
    i w świetle lampy
    padającym z tyłu
    ujrzałem różowe ucho

    śmieszny płatek skóry
    muszla z żyjącą krwią
    w środku
    (...)


    To bardzo piękny wiersz. Zaś drugą książką była "Modlitwa za Owena" Irvinga.
    Przed lekturą lubię otworzyć książkę na chybił-trafił by wiedzieć co mnie
    czeka; tym razem książka otwarła się sama niemal.

    „Odstające uszy Owena w promieniach słońca wpadających na strych przez świetlik
    w dachu zrobiły się jaskraworóżowe; słońce było tak ostre, że malutkie żyłki i
    naczynia krwionośne w małżowinach wyglądały jak oświetlone od środka. W blasku
    słońca jego uszy zdawały się płonąć, przypominał gnoma swieżo wyjętego z
    ogniska.”

    Zasnąłem, lecz spałem niespokojnie.

    Wczoraj na spacerze z panią de Y. doszliśmy do ogródka kawiarni w parku, gdzie
    zamówiliśmy lody. W powietrzu czuło się jaśmin, a ciepło słońca na plecach.
    Naraz wzrok pani de Y. ześlizgnął się z mojej twarzy, i zatrzymał chyba na
    skroni. Przełknęła ślinę, i poczęła nachylać się ku mnie z lekko otwartymi
    ustami. W tym momencie komar ugryzł mnie w stopę, schyliłem się więc gwałtownie
    by go przegnać. I pewnie dlatego wydało mi się, że słyszę nad sobą - nad
    stołem - energiczne kłapnięcie zębów.

    Pozdrawiam lipcowo,
    k.
  • jenny_s 06.07.04, 01:42
    jenn do wilka [gdzieś pomiędzy tym co było, a tym co będzie]

    „Na wieki pozostaje bez odpowiedzi dręczące pytanie, jak mógł Herakles wpychać
    w głąb ciemnego otworu ten mokry, brudny worek, pełen bezradnych wrzasków i
    skowytu zawiedzionej miłości”.

    W żadnej z moich dwóch głów nie zaświtała wtedy myśl, że zbliżał się oto finał
    tej tragicznej historii. Długie godziny spędzam rozpamiętując naukę mowy; komuś
    kto raz poznał cud słowa trudno powrócić do stanu sprzed, do nierozumnych
    pomruków. To, co dawniej było tylko cierpkim lecz znajomym zapachem pana, umiem
    już dziś nazwać: wspomnienie, brzemię Was - ludzi. Usiłuję zapomnieć, ale
    koniczyna wciąż pozostaje koniczyną, a ciołek – ciołkiem. Obłym i czerwonym.

    Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że nigdy nie zapragnąłeś nauczyć się ode
    mnie sztuki wycia. A przecież podziwiałeś moje wycie pod gwiazdami naszych
    nocy. Czy to znaczy, że przez cały czas byłem nie celem, tylko środkiem? Nigdy
    się tego nie dowiem; skończysz swoje prace dla Eurysteusza i pobiegniesz do
    nowych, jeszcze bardziej wymagających i trudnych. Bohaterze.

    Wędrując pod ziemią (znów razi mnie słońce) zbliżam się do domu. Dom, ciemny i
    wilgotny zaułek, a jednak, po tylu miesiącach nieobecności, wyczuwam tu mój
    zapach. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, kiedy wspomnienie Ciebie
    zniknie i stanę się znów zwykłym, budzącym grozę, naiwnym i ufnym, psem
    infernalnym.

    Hurr hau-u-uh
  • szept.em 06.07.04, 07:57
    [szept do nieba, Ziemia]

    Onieśmielenie.
  • jenny_s 08.07.04, 00:08
    jenn szept.em do sz [ziemia - ziemia]

    nie
    o
    nie
    śmielaj
    mnie
    śmiem śmieć?
    nie
    mieć

    mielenie?
    nie
    nieś
    mnie
    ośmiel
    leniu

    szszsz
  • szumuszu 14.08.04, 09:06

    jenny_s napisała:

    > jenn szept.em do sz [ziemia - ziemia]
    >
    > nie
    > o
    > nie
    > śmielaj
    > mnie
    > śmiem śmieć?
    > nie
    > mieć
    > oś
    > mielenie?
    > nie
    > nieś
    > mnie
    > ośmiel
    > leniu
    >
    > szszsz

    bliskie mi to pisania rodzaje i brzmienia
    jak bliską muzyki charakter być może
    śpiesznie się dopiszę uśmiechem spojrzenia
    i szumuszu won z powrotem nad morze ...

    :)
  • wilk_wilczy 08.07.04, 21:09
    wilk do jenn, gdzies pomiedzy przystankiem pierwszym a ostatnim...

    Plakac mi sie chce Heraklesa widzac, jego prace i brak zainteresowania
    wszystkim pozostalym, czyms innym niz praca, przeciez trudy jego nie beda
    nagrodzone tak jak by to chcial on, to co on chce, wie on tylko i ma gdzies to
    schowane na serca dnie, trudy te nie beda nagrodzone tak jak mu tego zycza jego
    przyjaciele..

    Wybierajac Eurysteusza opuscil ziele na kraterze...swiadom swej decyzji..

    uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
  • pikus 07.07.04, 10:28
    Najdrozsza,

    po powrocie A., J. byla jakas markotna i klotliwa. Nie byl pewien, czy na jej
    smutny nastroj wplynal
    jego wyjazd, czy raczej to, ze sama nie mogla sie ruszyc z domu. Kiedy spotkali
    sie raz
    na Zamkowym Wzgorzu, zauwazyli, ze sledzi ich najwyrazniej pozbawiona korpusu,
    smiejaca sie
    wesolo twarz dziewczynki z siatka na wlosach, ktora urzeczywistnila sie pozniej
    w krzaku jezyny.
    "Zupelnie jak kot z Cheshire", odezwal sie A., lecz J. odparla gwaltownie, ze to
    nie jest wcale
    smieszne, gdyz ona teraz przez caly czas, wlasnie jak Alicja, zaglada przez
    malenkie
    dziurki od klucza do niedostepnych ogrodow i wreszcie ma ochote na swiat realny,
    koniec, kropka.

    Napisz koniecznie,

    Twoj P.
  • paiha 07.07.04, 11:06
    ( Paiha do Bigotta, hustawka na orzechu)

    Lyzki do salatek z drzewa sliwy, pojemnik na gazety w ich oczekiwaniu, czarna linia, ktora
    wazonem okazuje sie po zapytaniu, koszyk w kolorze mojej podlogi, tak tej, dobrze, wezme
    Cie, zabiore, postawie na niej, ale za chwile, teraz jest San Carlo i muzyka, ktora zabiera mnie
    do Twojego sadu, gdzie laskocza trawy pod stopami, o moja piete walczy pies z galazka
    czeresni, a w spojrzeniach rzucanych ponad krzewami ludzie maja tylko glowy.

    Paiha
  • elsevier 08.07.04, 21:28
    Naprawdę?
  • libra22 16.07.04, 10:44
    ( do Andrzeja )

    Mój drogi

    J. chciała napisać nawet "najdroższy", ale ręka jej zatrzymała się
    przecież może A. nie życzył sobie aż takiej poufałości
    J. mogła sobie myśleć, że ma prawa autorskie, jednak nie była aż taką gęsią,
    żeby nie zauważyć, że prawa prawdopodobnie wygasły, nieodnowione od dawna żadnym
    słowem pisanym do niej od A.

    nie cierpiała wszak narzucać się

    choć wybrała w pewnym momencie swiat realny,
    doszła do wniosku, że nie może na zawsze porzucić podglądania świata za dziurką
    od klucza
    stał się on częścią niej,a Mistrz
    choć zachowywał się, jakby nigdy nie było tych dni upalnych w ich małej części
    zaczarowanego Ogrodu
    ciągle wywoływał ciepło w jej sercu

    choć nie była jego Małgorzatą
    bal ciągle tkwił jej pamięci
    i będzie tam zawsze

    Pamiętająca i Trochę stęskniona
    Twoja B.



  • ewka5 09.07.04, 07:49
    (ewka do)

    jak dobrze Was slyszec/czytac...
  • hippy_pottamus 09.07.04, 13:54
    osobiscie wolalabym wicewersem; a jak nie, to ty juz wiesz co... ;-)
    hipek_coraz_bardziej_hipciowy
  • pikus 09.07.04, 11:24
    Najdrozsza,

    doskonale wiedzialas, ze A. byl z J. Rozpoznalas ja po kolorycie ciala.
    Wlasciwie powinnas byla
    sie rozgniewac, ale na widok A. poczulas sile. Wiedza oznacza wladze, chyba ze
    zaprzepasci
    sie ja, mylnie odczytujac wlasciwy sens i utozsamiajac wszystko z krwia i
    uczuciem. Teraz
    juz wiedzialas co jest czym, co kto robi i komu, a swiadomosc tego, co A. robil
    J. jest wiedza
    uzyteczna, lecz nie ma nic wspolnego z tym, co Ty zrobisz A., czy on Tobie, gdy
    przyjdzie
    na to pora.

    Twoj P.
  • kamila77 01.08.04, 20:15
    K. do A.,
    na calych jeziorach

    Jutro wracasz. Tak naprawde wrociles juz dzis, ale dla mnie licza sie Twoje
    powroty tutaj. A wiec jutro. To troche ponad tydzien, nieprawdaz? Czasem mysle,
    ze nic sie u mnie nie dzieje. Ze mijaja dni a zmieniaja sie tylko zapiski w
    kalendarzu.
    A kiedy wracasz po niebyciu, mam Ci zawsze tyle do opowiadania. Juz nie
    chaotycznie, juz sobie to wszystko poukladalam, juz ocenilam, juz wsunelam
    miedzy zasuszone kwiaty, liscie i pocztowki z J.
    Prawda, pocztowki, prawda - poczta. Koperta wsunieta na polke, wystaje bialymi
    rogami, kaze pamietac o wyslaniu. Cóż - zapewne w tym tygodniu dotrze na
    poczte, a ktoras z pań Irenek oklei ja znaczkami, stlucze bolesnie stemplem. W
    srodku, otulone powietrznymi babelkami dwie ksiazki moje, dwie twoje i plyta z
    muzyka z filmu Tego Co Wiesz.
    Zastanawialam sie, czy naprawde musze wypisywac adres na kopercie. Czy one same
    nie moglyby sie wreszcie nauczyc, dokad jada? Ile to juz razy ich blizniacze
    siostry pokonywaly te sama droge. Tam i z powrotem. I to jest, najmilszy,
    Magia. Za dni kilka, kilkanascie, bedziesz skladal te same literki, ktore u
    mnie wywolywaly i placz, i smiech. I bede sie dociekliwie pytac: "A osma jak? A
    jedenasta? Piekna, prawda?".

    Teraz dzwiecza mi w uszach dzwieki z Twojej kompliacji. Jak to dobrze, ze Ty
    wszystko Wiesz.

    Od Mazur do Francji

    uklony

    K.
  • pikus 18.08.04, 10:35
    Moja droga,

    no wiec jak wiesz, postanowilem przejechac niedawno przez O. Nie to Twoje O.,
    tylko
    to drugie O., co to wiesz. No i stalo sie to, co tez juz wiesz, a a propos czego
    znalazlem
    pasujacy fragmencik, tak jak Jules miewal pasujacy do okazji fragmencik z ksiegi
    proroka
    Ezechiela.

    Z nieba, z oberwanej chmury, walily nieprzerwane strumienie wody, i to z taka
    sila,
    jakby dziesiatki wscieklych rak uderzaly w dach samochodu. J. z niewytlumaczalna
    satysfakcja rejestrowal obrazy rozpetanego zywiolu. (...) Trwalo to juz prawie
    kwadrans
    i J. pomyslal w patetycznym uniesieniu, w jakie wprawila go moc i uroda zywiolu,
    ze to samo
    niebo przekazuje mu wyrazne ostrzezenie. Wyznacza ostatnia granice, ktorej w
    zadnym
    wypadku nie powinien przekraczac.

    To tyle. Pozdrawiam Cie. Dbaj o siebie.

    A.
  • kamila77 18.08.04, 17:32
    No wiec jak wiesz, u mnie tez wtedy. I nie tylko to. Stosowne fragmenciki
    zalaczam:

    "Lalo i lalo.
    Jak ja lubie szum deszczu - pomyslala B., przymykajac nieco okno. Ulewa byla
    taka, ze strumienie wody roztrzaskujac sie o blache parapetu przedostawaly sie
    do wnetrza, zaewajac podloge. - Jest to moze najpiekniejszy ze wszystkich
    dzwiekow natury.
    (...)
    Natomiast nie spala B. Po dwoch godzinach nerwoergo wiercenia sie w poscieli,
    odrzucania koldry, bo za goraco, przewracania siez boku na bok oraz
    wytrzepywania poduszki B. sklonna byla uznac swe zachwyty nad szmerem deszczu
    za mocno przesadzone. Teraz ten idiotycznie jednostajny plusk dzialal jej na
    nerwy. Zdawalo sie B., ze gdyby tylko deszcz ustal, z pewnoscia zasnelaby od
    razu, poniewaz te miliony i miliony kropel rozbijajacych sie drobniutkimi
    uderzeniami o parapety, liescie, kamienice, samochody, kubly na smieci, znaki
    drogowe, o tramwaje, pociagi i semafory, o pomniki, gaziki, nyski i mundurowe
    czapki, o plyty kamienne, wience i wiazanki kwiatow, o kominy fabryczne i dachy
    zakladow produkcyjnych, szpitali, firm polonijnych i spolek z ograniczona
    odpowiedzialnoscia oraz szkol, wiezien i urzedow administracji panstwowej, o
    wieze lotnicze i wieze koscielne, o salki parafialne i portrety przywodcow
    panstwowych - ze te wszystkie drobniutenkie plusniecia tworza w sumie okropny i
    nieznosny halas. Ale przeciez to nie szmer deszczu byl przyczyna bezsennosci B.
    B. nie mogla zasnac, poniewazz jej mysli gnaly bez chwili przerwy po torze
    kolistym a serce pracowalo w szybszym niz normalne, tempie.
    Bezsennosc czesto jej sie przytrafiala, poniewaz wbrew pozorom B. przezywala
    wszysteko bardzo mocno i bardzo glenboko. Uczucia i mysli, ktore w ciagu dnia
    tak starannie tlumila, skrywala, usypiala i przygladzala, w nocy budzily sie,
    rozprezaly powoli jak ktos, kto zbyt dlugo siedzial w pozycji skurczonej i
    wreszcie musi wstac, rozprostowac konczyny i ruszyc klusem w koleczko.
    Co do bury, nie odeszla jeszcze na dobre i - jak sie okazuje - nielatwa jest
    rzecza powstrzymac sie od opisu tak dynamicznego zjawiska atmosferycznego. Otoz
    burza krazyla upracie nad okolicami P., by co jakis czas dopasc miasta i
    wyladowac sie nad nim znowu. Organowe pomruki grzmotow to cichly, to znow
    wzbieraly w imponujace crescendo. Swiezo pachnca ciemnosc, rozcinana jak
    plomieniem acetylenowym blyskawica, trwala w nierytmicznym, dziwnym falowaniu.
    Fosforyczne, fioletowe i niebieskie blyski przelatywaly z sykiem przez mrok,
    odbijaly sie w scianie deszczu zlozonej z miliardow miniaturowych lusterek.
    Miriady deszczowych kropel - kazda z malenkim, swietlnym wezykiem - lecialy,
    migoczac, w dol i rozpryskiwaly sie na ziemi w w kropelki jeszcze mniejsze.
    Powietrze pelne bylo ruchu, szelestu, lsnien, blyskow i migotow - a B. lezala,
    do cna wyczerpana, i wpatrywala sie w otwarte okno, to znow zaciskala powieki w
    nadziei, ze nadejdzie sen. Lecz kazde przymkniecie oczu powodowalo pojawienie
    sie w ciemnosci twarzy D., ktory mowil cos z przejeciem i troska.
    (...)
    B. padla na wznak i zakryla twarz dlonmi, a dwie gorace struzki splynely jej
    szybko po skroniach, za uszy. Ledwie mrugnela - a juz skupiona, szczupla twarz
    wyplynela z mroku i spojrzala jej prosto w oczy swoimi swietlistymi oczami.
    (...)
    Obolala ze znuzenia, zdretwiala od wilgotnego chlodu, B. kulila sie w swej
    pizamie, wbijajac niewidzace spojrzenie w tunel ulicy.
    Ktos tam czlapal pogodnie przez kaluze i rozlewiska, rozpryskiwal wode i
    wzbijal wielkie fontanny. B. juz sie nawet nie zdziwila, kiedy rozpoznala D.
    Widziala go przecez tej nocy tyle razy, za prawie nie umiala sobie
    odpowiedziec, czy tym razem jest to on, rzeczywisty.
    (...)
    Wreszcie uwierzyla, ze widzi D. naprawde, i z wdziecznosci sie usmiechnela."

    uklony

    --
    lubie deszczem byc, mam nieskonczenie wiele rak
  • kanarek2 14.07.04, 19:53
    [kanarek do paihy, lewobrzeżnie]

    Paiho droga,

    są ludzie którzy sądzą że jeśli ich nie ma, to ich nie ma.
    Wiesz, jest to bardzo powierzchowne widzenie sprawy, a oni się mylą.

    Spójrz sama: talerz kupiony na rynku w San Geminiano, Elise patrzy kpiąc lekko
    że własnie to ci się podoba, liście oliwki tworzą zgrabny wzorek, dziś wytarty,
    wtedy odbijał światło popołudnia. Mała czarna sowa na półce stoi nieco
    zasłonięta, odsłonięta stała by się niewidoczna po paru dniach, a tak - O, sowa!
    powiadasz ze udawanym zdziwieniem co jakiś czas. No ale przecież Paiho dobrze
    wiemy oboje, że nie chodzi o głupią sowę, tylko o tę chwilę gdy ktoś powiedział
    - To sowa dla ciebie, a głos wciąż słyszysz.

    A potem wpada z wizytą jakiś dupek i powiada: "Lubisz durnostojki?".

    Ubrania robią to inaczej. Jedna para skarpetek Nike towarzyszyła mi na wielu
    spacerach, czyjeś dłonie grzeją twoje stopy, ależ to zabawne było uczucie,
    trwało bardzo długo, no ale przecież nie będę wyrzucać dobrych skarpet z
    dziurami na piętach tylko dlatego że na piętach są dziury, prawda? (Dziś żałuję,
    że nie jestem na tyle ekscentryczny by trzymac nad kominkiem pokrytą patyną parę
    skarpetek.)

    Zaiste, na wiele sposobów jesteś gdy cię nie ma.

    Pozdrawiam,
    k.
  • bigott 15.07.04, 13:56
    Moja Droga
    (sad, lipcowe popoludnie)

    Kilkoma zdawkowymi slowami uchylilem zaledwie bramy mojego ogrodu,
    co szczesliwie nie umknelo Twojej uwagi, zerkalas ostroznie z oddali.
    Chcialbym dac Ci mozliwosc zanurzenia sie w pelni w ten bezmiar,
    prawdziwa feerie bodzcow, z ktorych kazdy dopomina sie uwagi z nasileniem,
    ktore sprawia, ze niemozliwym staje sie je ignorowac, pozostac obojetnym.
    Wyzwanie o tyle trudne, ze do dyspozycji pozostaje mi cos tak niezgrabnego
    jak slowo, zwlaszcza gdy idzie o rzeczy, ktore zazwyczaj we wlasnej wyobrazni
    obywaja sie bez imion i okreslen, tu jeszcze powinny wlasciwe nazwanie otrzymac;
    nie tyle, by moje wyobrazenie oddac, ile by w Twojej wyobrazni wlasciwe
    przedstawienie stworzyc. Bo przeciez kazde z nas co innego zobaczy w miejscu,
    o ktorym zgodnie mowic bedziemy, ze urocze, nie zdajac sobie sprawy
    z zupelnie roznych ku tej atencji powodow.
    Jesli wiec spojrzysz o tu, na wprost, zdaje sie ze w zasiegu reki,
    jablon - dopiero co oczy cieszyla lekko zarozowiona biela swoich kwiatow -
    niedlugo juz szczodrze obdaruje nas owocem... Nie moge przeciez oczekiwac,
    (choc przeciez nie wykluczam)bys dzielila ze mna zachwyt
    nad zupelnie ponadnaturalnym wplywem jej lisci na swiatlo,
    ktore zypelnie juz byloby przeslicznym iskrzac sie jak zwykle
    miedzy kolorowymi galazkami (bo przeciez z kazdej strony drzewa
    roznej sa barwy i nie podlegaja banalnemu zwiazkowi ze stronami swiata),
    nie poprzestajac na tym, przejmujac te od lisci roznorodnosc, wdzieczy sie,
    zdaje sie byc niczym male dziecko, ktore raz uchwyciwszy wzrokiem
    czyjes spojrzenie, nie pozwala juz sie uwolnic, robi wszystko,
    by z naszej uwagi nic tego chwilowego zainteresowania
    wyrugowac nie bylo w stanie; ale tez i daje w zamian niemal tyle
    co dziecko radosci, swiezosci...
    Tak wiec swiadom jestem, ze Ty zapewne w tym samym miescu stojac,
    raczej zwrocilabys uwage na niesamowity zapach lisci
    (choc to niby nam, mezczyznom czesciej sie zdarza tym zmyslem podpierac)
    w ktorych jeszcze slad niedawnej wiosny, bedac w sasiedztwie owocow,
    ktore w swojej niedojrzalosci odlegle jeszcze sa od przesadnej slodkosci,
    daja mariaz tylez niezpomniany, co niemozliwy do oddania slowem.
    Z cala pewnoscia nie przeoczysz zapewne fantastycznych wrecz sladow,
    jakie na korze pnia i konarach pozostawil czas, nie pozwalajac zapomniec,
    ze reka, za sprawa ktorej mozemy sie cieszyc tym wszystkim tym,
    zapewne w rownym stopniu jest czasem poorana,
    o ile nie byl on dla niej mniej niz dla drzewa laskawy.
    Choc tu ostrzec Cie musze, bo zwiedziona tymi pozorami starosci,
    gdybys blizej podeszla (wlasnie, podejdzmy blizej), miedzy galezie sie
    skrywajac, z cala pewnoscia narazilabys sie na,
    calkowicie dostojnosci uragajace wystepki,
    gdyz galezie te na twoich niczym nie oslonietych ramionach
    pozostawiloby slady zadrapan, z wieczora ogladane
    przywodzilyby zupelnie odlegle, choc goraca, letnie, skojarzenia.
    O ile zblizenie nie stanowilo problemu, odejsc nie bedzie tak latwo.
    Ten rodzaj cienia i spokoj jaki mozna osiagnac bedac pod jego wplywem
    (bo na wskros geometryczne okreslenie o pozostawaniu w jego zasiegu jest tu,
    jak mi sie zdaje, calkowicie nie na miejscu) wedlug mojej wiedzy i niejakiego
    w tej sprawie doswiadczenia, nie sposob uzyskac w zaden inny sposob.
    Zauwazylas juz tez zapewne (wspominam wiec tylko bys wiedziala,
    ze i moim jest udzialem swiadomosc tego zjawiska), ze trawa,
    dosc twarda, miejscami nawet nazbyt dla bosej stopy szorstka,
    w miejscu, gdzie drzewo zaprasza, by przy nim, czy raczej w nim pozostac,
    staje sie jego w tym zaproszeniu sojusznikiem, swoja miekkoscia odejscie czyni
    jeszcze bardziej niemozliwym.
    I dopiero teraz, w chwili nadnaturalnej ciszy
    (prawda, ze Drzewo potrafi o czlowieka zadbac, zatroszczys sie, utulic?)
    widze, ze zaczynasz sie rozgladac...
    tak, to co przeglada miedzy muskajacymi nasze twarze liscmi,
    ta nieco inna w odcieniu zielen, to juz jest grusza,
    w istocie swojej - i siebie nam udzielaniu - jakze odmienna.
    Zanim slowem nazbyt zdawkowym skrzywdze ja,
    nie dajac naleznej jej uwagi, popatrz prosze
    troche dalej, tam jeszcze cale morze zieleni.
    I nawet tam, gdzie sad juz osiaga kres,
    odciety nadmiernie chyba ostra linia plotu od miejsc, ktore,
    mimo ze pozostaja pod znacznie mniejszym wplywem czlowieka,
    daja mu rownie wiele.
    Chocby ten dab, pierwszy z brzegu, zwany przez dzieci
    (dla jego korony - za sprawa pioruna sprzed lat - pozostajaca bez lisci)
    strasznym drzewem...
    ale... widze, ze wrazen juz dosc na dzis,
    ze powinienem dac Ci sie cieniem nacieszyc.
    Jutro przeciez znow jest.

    b.

    PS. jakze ciekawym bylo doswiadczeniem spojrzec na ten moj,
    calkowicie oswojony swiat Twoim swiezym, pelnym ciekawosci spojrzeniem.



    --
    o co mi chodzilo
    z ta sygnaturka?
  • oldpiernik 16.07.04, 11:12
    Lekko opuszczona szczęka zdarła starą powłokę.
    lśniącymi zębami przeorana wzdłuż i wszerz.
    Jeszcze słyszę jęk i czuję drżenie ramion.
    Moja droga w przebudowie.
    Gdzie kończy się ten objazd?

    --
    ...ale kogo to obchodzi...
  • niebezpieczne.zwiazki 16.07.04, 11:40
    Mój drogi P.

    Nie będę dalej ukrywać tego co czuję
    wiem, że to nieeleganckie i że pewnie na zawsze zamknę sobie drogę do rozmowy z
    Tobą, że nazwiesz mnie zaborczą i zazdrosną
    jednak to przerzucanie na mnie poczucia winy nie jest w porzadku
    wiesz, że nie lubię się narzucać i czekam na twój gest lub słowo
    rozumiem, że nie będzie jak dawniej, że to minęło, lecz boli mnie serce, gdy
    widzę cię rozmawiającego, być może nawet zafascynowanego nową znajomością,a mnie
    mówiącego zdawkowe "cześć"
    i nie chodzi o tę znajomość, ja też mam nowe fascynacje
    chodzi o to, że chciałabym zapytania na boku "co u ciebie słychać?", kikla
    miłych zdań, mówiących mi o tym, że zawsze będziesz pamiętał

    za dużo?

    kiedy cię poznałam, pomyślałam "to jest porządny facet, nie zawiodę się na nim"

    zawiodłam

    szkoda


    pamiętająca B.

  • bigott 16.07.04, 12:46
    Droga J.,

    wpadlem - bylas,
    przywitalem - dygnelas,
    zapytalas - wspomnialem
    (nie zapytalem - przepraszam)
    poprosilem - obiecalas
    (rzeczy niesamowite zupelnie)
    spelnilas - dziekuje

    kilo swiezych fraktali :)

    b.

    --
    poważnie rozważam możliwość
  • jenny_s 17.07.04, 21:45
    jot do be [pocztówka prawie z wakacji]

    Drogi B.

    Pogoda u mnie ... a jedzenie ...
    Jestem ... i ...
    Wczoraj widziałam się z ..., było bardzo ..., poszliśmy ... a potem ...
    Napisz koniecznie jak się miewa ...
    Ściskam

    j.

    PS. cieszę się, że dotarły świeże :)
  • agni_me 16.07.04, 20:52
    [agni do kanarka, rumunia(kropka)]

    Drogi Panie,

    List Pana sprawił mi wiele radości. Bo do mnie. Bo smaczny. Bo Pan. Bo pani Y.
    Z wielką radością zaczęłam odpisywać. Powstała dobrze spointowana opowieść o
    czterech bibliotekach. Zabrakło jedynie kropki. Ale za to zabrakło jej
    definitywnie.

    Walczyłam z tą kropką, proszę mi wierzyć.

    Na początku delikatnie postraszyłam ją wyjątkowo łzawym listem do Pana. List
    był łzawy z powodu kropki oczywiście. Zaczynał się dramatycznie „to miał być
    całkiem inny list”, czy coś równie marnego. No wstyd. Ale kropka wcale się nie
    zawstydziła.

    Potem postanowiłam wbić tę kropkę jakimś Robiącym Dobre Wrażenie Cytatem.
    Uznałam, że nie po to moja biblioteka składa się z samych „skrzydlatych
    słów”, „złotych myśli na każdą okazję”, „wyboru bardzo ładnych wierszy”, „
    księgi łacińskich przysłów i zwrotów do cytowania na czacie” oraz Kopalińskiego
    w wielkim wyborze, by dać się pokonać marnej kropce. Wygrała kropka.

    Potem postanowiłam kropkę przeczekać i postawić ją znienacka. Prawdopodobnie
    przeczekałaby mnie ona, a ja umierając, widziałabym kropkę zamiast światełka w
    tunelu.

    Ale dziś urąbała mnie osa. W stopę prawą. Czy uwierzy Pan, że urąbanie do
    złudzenia przypominało kropkę. Czerwoną kropkę. Niech ją szlag. Postanowiłam
    się zemścić. W tym liście jest dwadzieścia osiem kropek. Może Pan nie liczyć,
    bo jeśli nawet się pomyliłam, to kto by się przejmował jedną kropką w tę czy
    tamtą.

    Z wyrazami wszelkimi, ale już bez kropki(kropka)

    agni
  • jenny_s 18.07.04, 20:09
    jenn do toulii [czwarta nad ranem, koniec grudnia]

    Droga T.,

    Listonosz wyjechał na dłuższy urlop, więc leżę w łóżku i patrzę z niechęcią w
    niebo w kolorze koszuli, na której ktoś niedbale pozostawił resztki
    niedojedzonej waty cukrowej. Na niebie trwa taniec godowy pary szybowców; jaka
    szkoda, że ze względu na długość skrzydeł, każdy ich pocałunek byłby
    pocałunkiem śmierci. Zupełnie jak w życiu.

    Miłosną parę przegnało w końcu bzyczenie osy, wściekłej bo nawet gwałtowne
    pocieranie nie koi bólu zranionego w locie odnóża.

    Chcę napisać o Mieście, ale tak jak kiedy usiłujesz rano opowiedzieć intensywny
    i mądry sen, z którego oto zostają ci strzępki zasługujące wyłącznie na
    spojrzenie pełne politowania, tak i teraz nic się nie klei. Nawet Aria na
    strunie G. Z narastającym rozdrażnieniem sięgam po książkę z biurka. Niebo na
    okładce zupełnie inne; nie mam pojęcia co miał na myśli Giorgione malując matkę
    karmiącą niemowlę wśród huku grzmotów, kawał drogi od domu. I jeszcze ten
    chłoptaś, stoi i się gapi zamiast opatulić i matkę i dziecię i zwiać pod dach.

    Zaglądam na skrzydełko okładki z reprodukcją rękopisu. Pismo dość spokojne,
    wcale nie zdradza męki twórczej i rzemieślniczej precyzji.

    I nagle pierwszy wers drugiej strofy. Początkowo zwrócił moją uwagę tylko ze
    względu na dopisek, Poecie zachciało się dodać epitet, który dopisał na górze.
    Czytam i czuję grzmot przewalający się po moim obrzydliwie spokojnym
    grafomańskim niebie.

    „Komu te chojne dary nazbyt chojne komu”

    PORAŻAJĄCE, prawda? Rzucam się po czerwony długopis.

    A może niech zostanie tak jak jest? W końcu co to zmienia?

    Szczerze Twoja

    jenn
  • toulaa 19.07.04, 13:50
    toulaa do jenny (pokład statku "Belgica"; 72 stopień, 16 minuta szerokości
    geogr.południowej; 19 lipca 1878 roku)

    Droga Mijenno,

    piszę do Ciebie z dalekiego południa. W kajucie jest zimno, poza tym w
    porządku, muzyka w mesie (na harmonii bosmana) gra na okrągło. Nasza "Belgica"
    uwięziona w lodach Morza Bellingshausena- jesteśmy pierwszymi polarnikami
    zimującymi, choć nie z własnej woli, w niegościnnej Antarktyce (Antarktyka,
    czego Wy, zapatrzeni tylko w kierunku bieguna północnego Europejczycy, być może
    nie wiecie, to Antarktyda wraz z otaczającymi ją morzami i wyspami).

    Wszystko udawało się tak wspaniale, bez większego szwanku przeszliśmy przez
    sztorm wkrótce po wypłynięciu z Antwerpii, piekielne gorąco równika,
    słynne "ryczące czterdziestki", postrach mórz południowych, burzę, już tu,
    wśród lodów, która porwała nam dwa żagle, ale szczęście nagle przestało nam
    sprzyjać.

    Tak więc tkwimy wśród lodów, w mroku polarnej nocy, o dziwo, szarawej, a nie
    całkiem czarnej, pozbawieni nawet widoku wesołych pingwinów, umilających nam
    życie jeszcze jesienią. Na szczęście mamy znaczne zapasy mięsa fok, więc
    szkorbut nam nie grozi (cytryny zakupione na Gibraltarze nie przetrwały
    przejścia przez równik), a nasz kuk dwoi sie i troi, by oprócz owsianki,
    pemmikanu i gulaszu z twardego mięsa rzeczonych fok wymyślać coraz to nowe
    potrawy. Na noc 22 czerwca przygotował nawet coś na kształt Christmas pudding,
    ale w naszym bardzo międzynarodowym towarzystwie potrawa ta nie zyskała aplauzu.

    Kajutę dzielę z mym rodakiem, Arctowskim - pogrążony we własnych badaniach,
    stara się nie wchodzić mi w drogę.
    Jesteśmy więc syci, w miarę nam ciepło, ale wytężamy uszy, by usłyszeć to
    wytęsknione charakterystyczne trzeszczenie pękajacych lodów - niestety
    usłyszymy je najwcześniej na wiosnę, końcem września. Problemem jest więc
    zaczynająca nas ogarniać nuda i bójki wśród marynarzy - dla tych, nawykłych do
    ciężkiej pracy ludzi, bezczynność bywa zabójcza.

    Nasz mądry dowódca, de Gerlache - to młody Belg, pełen zapału, nie mam wprost
    słów dla jego odwagi i cechującej go, mimo młodego wieku, roztropności - wydał
    więc rozkaz, by każdy z nas, naukowych uczestników wyprawy, przygotował cykl
    wykładów z dziedziny, jaką się zajmuje.
    Nasz drugi rodak, Dobrowolski, wygłosił niezmiernie ciekawe prelekcje o
    tutejszej faunie, połączone z pokazem wyłowionych przez siebie po drodze
    przedziwnych polarnych żyjątek; jakże żałuję, że specjalista od pingwinów
    cesarskich, pierwszy znalazca ich jaja, doktor Wilson, dopiero niedawno się
    urodził, spędza teraz ciepłe lato jako pacholę wśród zielonych wzgórz Walii i
    nie wie jeszcze, że na początku nowego wieku przyjdzie mu zamarznąć u boku jego
    przyjaciela Roberta Falcona Scotta, całkiem niedaleko rejonów, w których
    przyszło nam się teraz znaleźć.

    Ten ponury Norweg, Amundsen, opowiadał nam, swym okropnym angielskim, o
    glacjologii. Nigdy nie powiedział mi dobrego słowa, jego wzrok mógłby zabić.
    Zapewne nienawidzi mnie za to, że jestem kobietą, wszak kobieta na pokładzie to
    pewne nieszczęście. Nie wie, że za około 100 lat jego biografowie doszukają się
    w jego życiu wątków homoseksualnych.

    Myślę i ja, co mogłabym przekazać mym towarzyszom podróży, czym ich
    zainteresować, jak odwrócić ich myśli od tu i teraz i skierować na całkiem nowe
    tory. Ach, Droga Przyjaciółko, ile bym dała za to, by siedzieć teraz w dusznej
    sali Biblioteki Uniwersyteckiej w Sant-Petersburgu i czytać Kodeks Zografski
    lub Psałterz Synajski - czy pamiętasz, jak odkryłyśmy glosy - dopiski
    cyrylickie na kartach tych, głagolicą pisanych, zabytków? I jak dzięki naszemu
    odkryciu udowodniono wreszcie starszeństwo głagolicy nad cyrylicą? Jaką jedność
    czułyśmy wówczas z bezimiennym mnichem, czytającym przed wiekami, w klasztorze
    gdzieś w Ochrydzie czy Sazawie, jak wyobrażałyśmy sobie, że czyta, reaguje, i
    dopisuje komentarz obok? Gdyby ktoś zechciał wówczas zmazać, poprawić te
    dopiski, w osiem wieków później nie doszłoby do jakże ważnego odkrycia!
    Odkrycia wprawdzie przypisywanego nie nam, ale jakież to ma znaczenie?
    Czy przyjemnością dla nas nie są studia nad księgami same w sobie, służenie
    Nauce, nawet bez uznania i laurów? To odkrycie mnie nauczyło, by zawsze z
    pokorą podchodzić do czytanego tekstu, i traktować go, wraz z dopiskami, jako
    całość.

    Kończę już. Przepraszam, że tak długo, ale straciłam rachubę czasu - nie mam
    wszak słońca za oknem, to znaczy za lukiem, widok mam wciąż ten sam, a mój
    zegarek, ten szwajcarski, który od Ciebie dostałam, niestety, wypadł za burtę
    podczas burzy w pobliżu Good Hope Cape.

    Twoja toulaa (do zobaczenia na Foczu na początku XXI wieku)


    --
    Malovaný džbánku, z krumlovského zámku, znáš ten chat, dobře znáš ten chat...
  • she_5 18.07.04, 23:30
    [she w podłódzkiej wsi do M. gdzieś u wód]

    To była środa...? Chyba środa, środa wieczór. Moje 'zrobisz z tym co zechcesz'
    i prawie pewność, że nic z tym nie zrobisz. Potem niepokój. Wbrew deklarowanej
    absolutnej niewierze w przesądy i znaki - wspomnienie tego, co mówiłeś o tamtym
    chłopaku nie chciało odejść. Precz złe myśli! Odchodziły, wracały. Były ze mną
    na Turbaczu, towarzyszyły mi w Łopusznej u ks. Tischnera. Wdrapały się ze mna
    na Trzy Korony, a potem wraz ze mna odmówiły zejścia tą samą drogą do
    Sromowców. W czwartek (nie po tej środzie, po następnej) na chwilkę ustąpiły
    miejsca zachwytowi (w starym kościółku w Dębnie, co wciąż mnie zadziwia) i tej
    odrobinie czegos, czego nazywać nie lubię (u znajomych w Zakopanem, gdzie
    skrzynke sprawdziłam). Odezwały się znowu w Beskidzie Sądeckim i zahaczyły o
    szczyty Tatr, nie te najwyższe, nie. Nawet na tratwie na Dunajcu zajęły
    ostatnie wolne miejsce, jakby specjalnie dla nich przeznaczone. To była
    niedziela. Po południu odeszły, odetchnęłam. Mam nadzieję, że nie bolało.
    Ustąpiły miejsca czemuś, czego określać nie chcę. Teraz już wszystko jest
    dobrze.

    Korzystaj z dobrodziejstw, wracaj zdrowy, wracaj tu, wracaj do miejsc
    ukochanych.

    Pozdrawiam upalnie, K.
  • binka 19.07.04, 12:12
    (binka do she, nadmorsko)

    Nawiązując do Twojego ostatniego listu: mam zamiar bawić się dobrze i nie myśleć
    więcej o tym, o czym nie warto, a co za bardzo zaprzątało mnie przez kilka
    ostatnich dni. Gdyby coś- proszę, usprawiedliw moją lekkomyślność w zostawianiu
    niepotrzebnych śladów myśli niemądrych i zbędnych. Wytłumacz brakiem słońca,
    bąbelkami niebacznie wchłoniętymi...czym chcesz.
    Baw się morsko w te dni najbliższe:-)

    pozdrawiam ciepło

    J.

  • hippy_pottamus 19.07.04, 15:38
    [Hipciowate Ucho do Osiej Stopy, azja mniejsza po burzy]
    tylko wspomnienie po porannym żarze, i krople spływające po języku przypominają
    inne krople, a nawet bąbelki szumiące w uszach. i spojrzenie zdumionego
    szczupaka zaskoczonego nad podwieczorkiem z płotki za płotkiem z sitowia. i
    poczucie odrętwiającego zdumienia, że to co piękne może być też nieodwracalne,
    ostatnie, zmieniające na zawsze zastany jeszcze wczoraj świat
    pytania bez odpowiedzi i odpowiedzi bez ulgi,
    czuję potrzebę kolejnej kawy i ciepłego łepka na szyi,
    pozostaję
    m.
  • she_5 24.07.04, 00:54
    [she do binki, wybrzeże to samo]

    Droga J.

    zawsze usprawiedliwiam Nas, nigdy Ich. Myśli Twoje nie były niemądre, nigdy nie
    są. Po prostu nadszedł może ten czas, kiedy przez moment będzie smutno, a potem
    może znowu fajnie, jak wtedy zanim.

    Juz wkrotce bede sluchac szumu tego samego morza, pomyślę o Tobie ciepło.

    Pozdrawiam, K.
  • jenny_s 21.07.04, 20:58
    jenn do małego raka [sala numer 2, godz. 13.13]

    Witaj na świecie, Maleńki!

    Nie spieszyło Ci się wcale. I, jak na cesarza przystało, przyszedłeś na świat w
    świetle błyskawic. Nie bój się, to nie złe wróżki, one są tylko w bajkach.
    Niedługo przyzwyczaisz się do oślepiającego światła i ciągłego hałasu.
    Wiedziony Jej zapachem poznasz pierwszy ze smaków życia. Nauczysz się uśmiechać
    i krzyczeć. Zobaczysz. Dotkniesz.

    Przeczuwasz już zapewne, że nie będzie Ci łatwo. Będziesz musiał być silny i
    twardy, a zarazem czuły i wrażliwy. Wesoły i smutny, romantyczny i rzeczowy.
    I – co najtrudniejsze - będziesz musiał zrozumieć kobiety.

    Ale teraz śpij, na to wszystko przyjdzie czas.

    Ode mnie dostaniesz kołysankę. A jeśli będziesz chciał, nauczę Cię kiedyś
    ruszać nosem jak królik.

    Dookoła noc się stała, księżyc się rozgościł...
  • paiha 22.07.04, 12:20
    ( do M. z dalekiego kraju)

    I znowu noc. Pulapka na slowa i nastroje.
    Podchodzi mnie, a ja przyznaje: nie chce deszczu! Boje sie
    bliskosci. Lubie deszcz, gdy jestem z Kims. Gdy obok tylko ktos,
    wybieram slonce. Deszcz to Przyjaciel, slonce kumpel, jest dla
    kazdego. Tak jak Dzien i Noc. Mysle o zapachach. Ulubione ulotne.
    Jak magnolia, ktorej trzeba pilnowac, bo potrafi zakwitnac na
    umykajacych kilka godzin. Skora spalona sloncem. Bez
    wcinajacych sie kosmetykow. Goraca, napieta, iskrzaca. Spocona
    adrenalina. Twoja i moja. Wystarczy dotknac, wystarczy byc. Pulapny
    i zdradliwy zapach. Afrodyzjak. Za oknem dzis deszcz.Moze to
    dobrze. Skora nie pachnie slonecznie. Nie jestem pewna, czy bym jej
    nie ulegla. Tak jak bliskosci Twych slow, wobec ktorych staje sie
    coraz bardziej podlegla.Ani deszcz, ani slonce, coz zatem?
    Tecza.Narysuj mi ze slow tecze. Zapachow tecze.
    Teczowa sukienke. Prawdziwa szkole przetrwania. Niech sie nia umecze.
    Pai
  • grau 23.07.04, 15:12
    sz. do psa [ziemia - laki,lasy]

    opiekuj sie,
    prosze

  • toulaa 23.07.04, 20:32
    pies do sz. (kraina MM do HH)

    rozsądnym
    ale
    sam nie dam rady
    przytrzymać
    nierozsądku
    łapy za słabe
    pomożesz



    --
    Malovaný džbánku, z krumlovského zámku, znáš ten chat, dobře znáš ten chat...

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka