Dodaj do ulubionych

Podziel się swoją historią

25.12.11, 13:11
Myślę, że moja wyspiarska historia jest jedną z wielu podobnych. Wyjechałam na Wyspy z chłopakiem - żeby popracować, trochę zarobić, a potem myśleć, co dalej. Mieliśmy o tyle komfortową sytuację, że mieszkaliśmy u rodziny. Od razu zaczęliśmy szukać pracy (wcześniej w Polsce oboje pracowaliśmy "śmieciowo", na umowach o dzieło lub zleceniach, co podczas studiów może było jeszcze komfortem i do przyjęcia, a na dalszą przyszłość raczej nie) - ale okazało się, że w UK praca na ulicy nie leży. Mnie udało się i po dwóch tygodniach miałam już roczną umowę i fajne zatrudnienie - mojemu partnerowi nie szło tak dobrze (albo go odprawiano, albo sam rezygnował po jednym dniu), nie satysfakcjonowało go np. pomaganie w knajpach. Pojawiły się stresy, napięcia, kłóciliśmy się, zaczęłam nawet rozważać rozstanie, bo nie odpowiadało mi to poczucie winy, w które, jak mi się wydawało, facet chciał mnie wpędzić. On też nie czuł się dobrze, siedząc w domu, kiedy ja chodziłam do pracy. Od poznanych tam Polek słyszałam bez przerwy: "Szybko Anglia na was podziałała" - za każdym takim stwierdzeniem szła historia kolejnego rozbitego przez UK związku. Mój się w końcu rozpadł.
Chciałabym prosić Was o podzielenie się swoimi brytyjskimi historiami, takimi, jakie były - z wybojami na drogach uczuciowych i zawodowych. Będąc w Polsce, najczęściej słyszałam o Brytanii mlekiem i miodem płynącej, a rzeczywistość na miejscu okazała się zupełnie inna. Sama, słuchając opowieści o innych parach w UK w podobnych do mojej sytuacji, czułam się mniej osamotniona w tym, co przeżywam (z dala od najbliższych, przyjaciół). Myślę, że jeżeli znajdziecie chwilę na napisanie paru zdań o tym, co Was spotkało, pośrednio możecie pomóc innym czytającym to forum.
Dzięki i pozdrawiam świątecznie :)
Edytor zaawansowany
  • Gość: asia IP: *.adsl.inetia.pl 14.01.12, 12:17
    jest tu ktos znajomy ? www.youtube.com/watch?v=zxlm_oPhV7o
  • xiv 16.01.12, 23:08

    Wygląda na to, że stało się zupełnie normalnie. Przyszło życie i związek nie wytrzymał zakrętu. Bywa i tak. Bywa i w drugą stronę, przeciwności cementują rozchwiane związki.

    I też różnie z tym bywa, kto się odnajduje w emigranckim sosie, a komu to raczej nie odpowiada. Ostatnio znajoma szukała niani i przyszła pani na rozmowy, który w Londynie siedzi od lat dziesięciu, nigdy nie pracując. Teraz odchowała dzieci i doszła do wniosku, że czas się ruszyć. Czy jej to wyjdzie?

    --
    Xiv (de Vratislavia)
    Londyn dla każdego!
    Niespokojne życie emigranta - mój blog
  • Gość: muminek IP: *.bb.sky.com 26.06.12, 18:01
    hej, nie jest łatwo i to wszystko wpływa na związek. Mój mąż przyjechał do angli miesiac wczesniej, żeby znależć prace i mieszkanie dla nas. Ja dojechałam 1,5 miesiąca pozniej. Na poczatku było strasznie, ciągle sie kłócilismy w zaszadzie o wszystko, ja byłam sfrustrowana, że nie znam dobrze języka i do tej pory mnie to dołuje ale chyba juz mniej. Postanowiłam , że nie bede sie nad sobą użalac tylko zaczne działac. no i tak sie zaczeło. Sama wszedzie chodze, załatwiaim rózne sprawy, nin, lekarza, chodze z dzieckiem na zajecia do klubu, pomimo ze czasem nie rozumiem co do mnie mowia to jestem dumna z siebie, ze zrobiłam cos sama, ze mi sie udało, ze ktos powiedzial do mnie: you english is really good- mało sie nie potryczałam . Jakos teraz jestem mniej sfrustrowana, mniej sie kłócimy. Wiadomo, czasem bywaja gorsze dni. Mysle ze na poczatlku zawsze jest trudno i sztuką jest to przetrwac. Mysle ze gdyby nie moj cieeeeeeeeeeeerpliwy maż to juz by było po nas. On mi zawsze mowi, ze jest jak Chuck Norris-wszystko wytrzyma i chyba tak jest. Z czasem bedzie coraz lepiej, ja w to wierze i sie nie załamuje, choc bywaja dni że mam dosc, bo np nie zrozumiałam co do mnie ktos powiedział. Ale nie mozna sie poddac. Ja sobie zawsze mowie, ze jutro bedzie lepiej, chociaz to bardzo trudne, ale trzeba sie spiąc i isc do przodu. Poczatki sa najgorsze, ja chociaz jestem tutaj dopiero niecałe 3 miesiace, to widze ze jest coraz lepiej, postepuje to bardzo powoli ale zawsze. Życze wszystkim którzy przyjezdzaja duzo cierpliwosci i wiary w siebie, a na pewno sie uda. nie załamujcie sie, jak ktos wam zamyka drzwi to wchodzcie oknem.nie mozna sie poddac.
    Ja jutro np ide do lekarza zapytac sie o red book dla mojego dziecka, nie wiem jak to bedzie ale trudno ide i juz.mam nadzieje ze jakos sie uda i sie dogadam.
  • magdag28 29.06.12, 09:10
    Gość portalu: muminek napisał(a):

    Tak czytam co napisałaś i zazdroszcze :) jestes tam z osobami które kochasz...
    Mój mąż pojechal do Anglii 8 miesiecy temu okazalo sie ze praca skonczyla sie za raz po miesiacu mój mąż szukal dalej pracował dorywczo potem jedna z dziewczyn na forum znalazla mu prace u swojego męża więc 2 miesiące pracowal ale tamten zawiesil firme i znów został bez pracy... więc znow zaczepial sie ale stwierdzilismy ze nie ma co się zadłużać bo wiecej kosztuje mieszknie i zycie niz zarobi na dorywkach i wrócil do Polski był tu 3 tygodnie szukał pracy ale zadzwonil Anglik (u którego pracował miesiąc) ze da mu prce na stałe umowa legalna na czas nieokreslony ale musi juz przyleciec wiec pozyczylismy kase od rodziny i dziś wylatuje mi jest bardzo ciężko nasz synek strasznie płacze ja staram sie byc silna ale...po kątach też rycze po pierwsze boje sie co bedzie czy mu sie uda a najbardziej tej rozłaki moze jej sie nie boje ale nie umie zyć sama wiem ze sa dzieciaki ale meza nie ma w domu 2 godziny (pojechal juz na lotnisko) a ja juz tragicznie tesknie.
    szukam mu wlasnie w necie mieszkania bo moze mieszkac u znajomej 5 dni i do tego czasu musze mu cos poszukac...

    > hej, nie jest łatwo i to wszystko wpływa na związek.

    tego sie boje ale ten wyjazd wczesniejszy męza nas wzmocnil (chyba)


    > ja byłam sfrustrowana, że nie znam dobrze języka i do tej pory mn
    > ie to dołuje ale chyba juz mniej.

    Jak by mąż fakycznie utrzymal sie tam to chciała bym tam pojechac i troche tez zarobic zebysmy sie odbili od dna ale angielski u mnie to -1 uczylam sie w szkole i prywatnie i jestem tuman nie umie nic z angielskiego (skończylam studia wiec ogolniejakims matołem nie jestem ale jesli chodzi o angielski to cymbal ze mnie nieziemski)


    > Mysle ze gdyby nie moj cieeeeeeeeeeeerpliwy maż t
    > o juz by było po nas.

    Totak jak mój mąż tez ma do mnie anielska cierpliwość


    > Poczatki sa
    > najgorsze, ja chociaz jestem tutaj dopiero niecałe 3 miesiace, to widze ze jest
    > coraz lepiej,

    Jak myslisz czy bez jezyka mogla bym np sprzatac? da sie tak dogadac na migi?
    Gdzie dokładnie mieszkacie? jest ktoś z LONDYNU? szukam tam pilnie mieszkanie pokój z kuchnią malutkie wazne zeby było spanie i kuchenke do gotowania (to ważne)




    --
    [url=http://www.suwaczek.pl/][img]http://www.suwaczek.pl/cache/e0f652df54.png[/img][/url]
  • Gość: muminek IP: *.bb.sky.com 30.06.12, 00:59
    Czy da sie sprzatać bez jezyka, mysle że tak chociaz czasem angole zagaduja do ciebie. ja miałam takie rodziny, że ze mna często gadali, może nie jakies godzinne rozmowy ale jakies krótkie zagadniecie.
    Czasem mogą poprosic żebys cos zrobiła, albo czegos nie robiła, bo sobie tego akurat nie życzą. Myślę, że jak zakapuja, że nic nie rozumiesz, to ze swoimi życzeniami zadzwonia najpierw do twojej pracodawczyni i jej wszystko objaśnią.
    Także głowa do góry, nie martw się, dasz rade

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka