... z synem mojego partnera?
Chciałabym przedstawić to wszystko skrótowo, ale chyba nie umiem, więc z góry
przepraszam za ten elaborat...
Jeśliby jednak komuś udało się dobrnąć do końca, byłabym wdzięczna za
jakiekolwiek refleksje albo wnioski z podobnych sytuacji.
Jestem od 3 lat z mężczyzną, który ma dziecko z poprzedniego związku (nie byli
małżeństwem). Na wstępie zaznaczę, że poznałam go PO tym jak zakończył on swój
związek (bardzo burzliwy) z tamtą kobietą. Poznali się jak byli bardzo młodzi
i po krótkim czasie (mieli po 19 lat) pojawiło się dziecko, które nie było w
planach (przy najmniej w jego planach) i wcale nie byli pewni czy chcą spędzić
ze sobą resztę życia, ale oczywiście postanowili, że zrobią wszystko, żeby
razem wychować dziecko . Ich synek ma już 10 lat. Przez 2 lata po jego
urodzeniu mieszkali razem, ale zaczęło się między nimi mocno psuć (oboje mają
mocne charaktery i są bardzo wybuchowi, choć wydaje mi się że ona jest dużo
bardziej), nie radzili sobie z tym wszystkim i stwierdzili, że najlepiej
będzie jak każdy wróci (ona z dzieckiem) do swoich rodziców. Niby dalej byli
razem, głównie ze względu na syna, starali się żeby wszystko było ok (on każdą
wolną chwilę spędzał z synem - albo u jej rodziców, albo brał go do siebie i
swoich rodziców), starali się też spędzać czas w trójkę, ale niestety sytuacja
między nimi stawała się coraz bardziej dramatyczna (coraz więcej awantur przy
dziecku, coraz więcej cierpienia i wątpliwości czy to ma sens). Rozstawali się
wiele razy, próbowali znowu, potem było jeszcze gorzej. Ona zdesperowana żeby
próbować po raz kolejny, on coraz bardziej zrezygnowany - widział jak źle ich
awantury wpływają na syna. On jej już nie kochał, a czy ona jego - tak na
prawdę nie wiem. W końcu postanowił rozstać się z nią na amen. Podobnie jak
wcześniej, on starał się spędzać z synem tyle czasu ile mógł (dalej brał go do
siebie na noc, ale już oczywiście nie spędzał nocy u niej). Ona nigdy nie
zaakceptowała jego decyzji. Prowokowała kłótnie i niezdrowe sytuacje, robiła
wyrzuty (wciąż przy dziecku), szantażowała emocjonalnie, wciągała w to syna...
Mój ukochany opowiadał mi, że był to bardzo trudny okres dla niego i
stwierdził, że musi jak najbardziej ograniczyć spotkania z nią (żeby
zaoszczędzić dziecku scen histerii matki, szarpanin i innych widoków), nie
ograniczając spotkań z synem. Generalnie dało się to jako tako przeprowadzić,
ponieważ jak już pisałam, dziecko z matką mieszkali u jej rodziców (chyba dość
w porządku ludzi), więc większość spotkań była aranżowana pomiędzy moim
partnerem a tymi dziadkami (którzy również nie widzieli innego wyjścia z
sytuacji).
Po ok. pół roku od ich definitywnego rozstania poznał mnie (nie będę wnikać w
szczegóły naszego związku, bo to nie jest najistotniejsze - powiem tylko, że
bardzo się kochamy i jest nam razem cudownie, pomogłam mu również wyjść na
prostą, bo tamte sprawy mocno go "wyniszczyły" psychicznie i nie tylko). Matka
dziecka, nie radząc sobie ze świadomością że on kogoś sobie znalazł, zaczęła
mocno uprzykrzać nam życie. Zaczęło się rozpowiadanie plotek na mój temat,
oskarżanie mnie o rozpad ich związku (choć wszyscy w koło znają chronologię i
szczegóły wydarzeń), napastowanie mnie (cała masa wyzwisk, naruszanie
nietykalności fizycznej, nękanie moich znajomych i rodziny) itd. W to też nie
będę wnikać, powiem tylko, że zdaniem wielu ludzi, ta kobieta nie jest
zrównoważona psychicznie i nigdy nie była.
Przechodząc do sedna... Nie poznałam jeszcze syna mojego partnera (choć bardzo
bym chciała i często mi o nim opowiada). Ona się na to nie zgodziła, choć
oczywiście nie ma prawa mu tego zabronić. Głównym problemem jest fakt, że on
się po prostu boi, że jeśli pozna mnie z synem, ona totalnie straci nad sobą
kontrolę. A oczywiście wszystkich jej "szaleństw" świadkiem jest syn i mój
partner chciałby mu tego oszczędzić. Chłopiec wie o moim istnieniu, ale, jak
można się domyśleć, już mnie nienawidzi. Wiem co ona mu o nim opowiada, bo ona
się nawet z tym nie kryje. Oczywiście w opowiadaniach występuję jako "suka",
"dziwka", "ta, która zabrała Ci tatusia" itp.
Boli mnie to bardzo, bo wiem jak ważną osobą jest syn w życiu mojego partnera
i jak bardzo cierpi, mając na uwadze fakt, że między mną a jego synem może już
nigdy nie być dobrze przez to, co słyszał na mój temat od swojej matki (a
przecież dla 8latka matka jest autorytetem, i nie kwestionuje tego co mu
opowiada). Ja też się tego boję - że u tak młodej osoby pewny postawy mogą się
ukształtować nieodwracalnie i że nic nie będę mogła z tym zrobić... A tak
strasznie chciałabym go poznać! Nie musimy zostawać przyjaciółmi! Chcę po
prostu żeby mnie zaakceptował i nie nienawidził.
Boję się, że to nigdy nie nastąpi, a jednocześnie mam ogromną nadzieję, że jak
będzie ciut starszy, to zrozumie, że jego rodzicom nie wyszło, bo byli bardzo
młodzi, a nie dlatego, że pojawiłam się ja... Z opowiadań mojego partnera
wiem, że syn jest dość bystry i możliwe że nie da się zmanipulować na
wskroś... Że niedługo zacznie myśleć samodzielnie... Ojciec (czyli mój
partner) jest dla niego bardzo dużym autorytetem... Może nie będzie tak źle...
Ale tak na prawdę nie mam pojęcia jak będzie. Nie znam nikogo kto byłby w
podobnej sytuacji, kto byłby w sytuacji tego dzieciaka... W związku z tym
chciałabym się spytać was - dorosłe dzieci rozwodników... Czy jesteście w
stanie przypomnieć sobie co czuliście w podobnych sytuacjach? Czy mając te 10
/ 12 lat, rozumieliście cokolwiek z tego co dzieje się między waszymi
rodzicami? Czy też w umyśle takiego dziecka wszystko jest czarno-białe i łatwo
jest nim zmanipulować? Czy początkowa niechęć do "macochy", "ojczyma",
przeistoczyła się z czasem w jakąś normalną relację, kiedy poznaliście prawdę?
Czy też są to tak emocjonalne kwestie, że nawet racjonalne przesłanki i
obserwacje, nigdy nie pozwolą zapomnieć wam o tym co przechodziliście, kiedy
rodzice się rozstawali? Czy kwestia tego co było przyczyną rozpadu związku
rodziców w ogóle kiedykolwiek była dla was priorytetowa? Czy też nie miało to
dla was większego znaczenia?
Z góry przepraszam, że przedstawiam tu problem zupełnie innej strony
"konfliktu", wszak jest to forum dla was, a nie dla "macoch" i "ojczymów". Ale
wydaje mi się, że moje i wasze problemy są mocno ze sobą związane...
A ja czuję, że mogłabym pokochać to dziecko jak swojego syna...