28.05.12, 21:19
Znowu z innego forum.
Czy cieszylibyście się, gdyby Wasze dziecko - nastolatek, było domatorem? Nie piło, nie paliło, nie sprawiało kłopotów, a po szkole wracało do domu - i nie czuło sie przy tym nieszczęśliwe. Po prostu miało taki charakter.
--
zpopk.blox.pl
Edytor zaawansowany
  • joa66 28.05.12, 22:37
    Trudno powiedzieć, bo za mało danych. Taki nastolatek :

    -może faktycznie być domatorem,
    -może być przemądrzalcem, który uważa, że jego koledzy są głupi i nie ma o czym z nimi rozmawiać,
    -może faktycznie trafił na taką grupę, która mu nie odpowiada,
    -może wracać do domu prosto po lekcjach , bo jest po prostu przemęczony,
    -może preferuje życie towarzyskie na facebooku.

    Mogłabym tak dalej wymieniać.

    Krótko mówiąc powód ani do radości, ani do smutku, tylko do zastanowienia.
  • verdana 28.05.12, 22:40
    Nastolatek jest typowym domatorem. Czyli woli dom, od spotkanie z kolegami. Koledzy w szkole są fajni, poza szkołą - zbędni.
    Wielu rodziców jest z tego zadowolonych. Taki nastolatek to skarb. Człowiek nie zastanawia się, o której wróci i w jakim stanie, nadal jest dla nastolatka większym autorytetem, niż rówiesnicy itd.
    A moim zdaniem, trochę szkoda...
    --
    zpopk.blox.pl
  • dakota77 28.05.12, 22:51
    Nie uwazam, zeby kazdy domator musial od razu oznaczac nieprzystosowanego spolecznie. Ja w liceum wolalam czytac w domu ksiazki, niz wloczyc sie po imprezach, co nie znaczylo, ze bylam (kompletnie) aspolecznym odludkiem. Ale faktem jest, ze z wiekszoscia osob z klasy nie mialam wspolnych zainteresowan. Jako osoba dorosla nie mam szczegolnych problemow z nawiazywaniem kontaktow.

    Nastolatek-domator moze byc powodem do zmartwienia, jesli nie potrafi kompletnie nawiazywac kontaktow z otoczeniem.


    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuściwink"-by Marslo55
  • verdana 28.05.12, 22:58
    Alez ja nic o nieprzystosowaniu nie piszę. Tylko uwazam, ze nie ma specjalnych powodów do radości.
    --
    zpopk.blox.pl
  • slotna 28.05.12, 23:02
    No jak to: moze byc szczesliwy jak kazdy inny czlowiek, a w bonusie jest mniejsze ryzyko wdania sie w zle towarzystwo, wypadku, uzaleznien, ciazy itp.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • verdana 28.05.12, 23:05
    Szczęśliwy to jest rodzicsmile
    Ale ja się zastanawiam - czy jednak nie jest lepiej, gdy młody czowiek zaczyna się choć odrobinę buntować?
    --
    zpopk.blox.pl
  • slotna 28.05.12, 23:10
    No samemu dziecku tez raczej lepiej zyc bezwypadkowo, bezwpadkowo i bezochlaniowo, nie?

    > Ale ja się zastanawiam - czy jednak nie jest lepiej, gdy młody czowiek zaczyna
    > się choć odrobinę buntować?

    Mozna sie buntowac i bedac domatorem, jak mniemam. Lubic siedziec w domu, lubic wlasna rodzine, ale nie zgadzac sie ze wszystkimi jej zasadami czy tradycjami. Buntowac sie przeciwko komu innemu (nauczycielom, autorytetom spoza rodziny). A mozna wykonac prace umyslowa i dojsc do wniosku, ze w gruncie rzeczy sie z pogladami rodzicow i ich postawa zyciowa zgadza i nie buntowac sie dla zasady, bo po co tracic czas na glupoty tongue_out

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • slotna 28.05.12, 23:13
    Moze jasniej: moim zdaniem dobrze jest, kiedy mlody czlowiek mysli samodzielnie, niezaleznie od tego, gdzie go to myslenie zaprowadzi (do buntu czy do zmywania wink), a nie kiedy jest w automatycznej opozycji do "starych". Ta opozycja przeciez moze byc i pewnie czesto bywa bezrefleksyjnym przyjeciem postaw grupy rowiesniczej.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
  • retro-story 29.05.12, 00:02
    Odbije sobie na studiach.
    --
    Retro-Story
    retro-story.blogspot.com/
  • croyance 29.05.12, 00:10
    Mysle, ze w czasach internetu fizyczne siedzenie w domu nie oznacza ani braku checi do kontaktow towarzyskich, ani braku samych kontaktow. Ja czesto siedze caly dzien w domu, ale CALY CZAS mam kontakt z innymi przez FB czy fora. Taki nastolatek domator moze miec co dzien rozmowe przez Skype np. z mnostwem ludzi, moze pisac publicznego bloga i brac udzial w roznych inicjatywach.

    Mysle, ze w dzisiejszych czasach definicja domatora sie zmienila. Ciekawy temat.
    --

    Sprawdz, co slychac w Narnii
  • gat45 29.05.12, 07:34
    Niekoniecznie. Sama byłam taką nastolatką w czasach zdecydowanie przedinternetowych i tak mi już zostało. Bywają osoby tak pozbawione instynktu stadnego, że każde zebranie w jednym miejscu więcej niż 5-ciu osób jest im niemiłe. Ja znoszę maximum 7, mam to wypróbowane.

    W przypadku nastolatka ważna jest tylko rzeczywista przyczyna - jeżeli rzeczywiście taka jego wola, to nic a nic bym się nie martwiła.
  • joa66 29.05.12, 09:25
    Ależ życie towarzyskie to nie tylko wielkie imprezy - przecież można się spotykać w 2-3 osoby. I niekoniecznie codziennie. Ale chyba martwiłby mnie nastolatek, który w ogóle z nikim się nie spotyka po lekcjach (nie wliczam tu zajęć dodatkowych, bo to kontakty w dużym stopniu sformalizowane).


  • verdana 29.05.12, 11:41
    No własnie. Spotkania towarzyskie to nie tylko dyskoteki, chlanie i seks po krzaczkach. To takze przyjaciele, kino i spacery ze znajomymi. Wcale nie uwazam, że "domatorstwo" powinno cieszyć, bo nawet jeśli nastolatek jezt z niego zadowolony, to jednak znajomi są po prostu przydatni.

    --
    zpopk.blox.pl
  • croyance 29.05.12, 14:46
    Alez oczywiscie, nie mowie, ze nie ma 'prawdziwych domatorow', tylko ze samo siedzenie w domu - w dzisiejszych czasach - wcale nie musi oznaczac domatorstwa.
    --

    Sprawdz, co slychac w Narnii
  • nisar 29.05.12, 09:16
    Podejrzewam, że taki nastolatek przede mną. Syn już w tej chwili (4 lata) jest dzieckiem, które niespecjalnie potrzebuje innych dzieci. Jeśli dziecko podejdzie, to się pobawi. Ale sam absolutnie nie przejawia potrzeby nawiązywania kontaktu.
    Byłam taka sama, jego ojciec był taki sam, oboje do dzisiaj najbardziej lubimy być w domu, sami, stąd przypuszczenie, że syn może być takim nastolatkiem.
    Jeśli poza tym "felerem" będzie umiał nawiązać normalne relacje z innymi - nie widzę w tym nic złego ani dziwnego. Każdy ma prawo być szczęśliwy na swój sposób. A bunt można objawiać zupełnie innymi metodami, niż rozbudowane grono kumpli.
  • ding_yun 29.05.12, 17:43
    nisar napisała:

    > Podejrzewam, że taki nastolatek przede mną. Syn już w tej chwili (4 lata) jest
    > dzieckiem, które niespecjalnie potrzebuje innych dzieci. Jeśli dziecko podejdzi
    > e, to się pobawi. Ale sam absolutnie nie przejawia potrzeby nawiązywania kontak
    > tu.

    Ale to jeszcze nie musi oznaczać, że wyrośnie na domatora wydaje mi się. Ja jako dziecko (tak do 6 roku życia) też nie bardzo potrzebowałam towarzystwa innych dzieci, jakoś mnie ono nudziło. Nie żebym była genialnym dzieckiem czy coś, normalnym całkiem, ale jakoś nie widziałam sensu biegania w kółko z wrzaskiem i wydłubywania patykiem dżdżownic z piachu. Potem poszłam do szkoły i mi się jakoś odmieniło, zaczęły się dziewczyńskie przyjaźnie i sekrety, a potem to już standardowo. Ani ze mnie szczególna domatorka ani dusza towarzystwa, towarzyska osoba, która jednak ceni sobie spokój i ciszę.
    --
    In God we trust, all others must bring data.
  • jhbsk 29.05.12, 09:44
    Po prostu nie wiem. Problem będzie mnie dotyczył za kilka lat - wtedy potomek będzie nastolatkiem.
    A na razie to po prostu nie potrafię określić, co bym w przyszłości wolała.
    --
    JS
  • ginny22 29.05.12, 09:48
    Kurczę, ja byłam taką nastolatką. Tzn. niekoniecznie po szkole wracałam do domu, bo miałam życie towarzyskie, ale nie piłam, nie paliłam, buntów nie przeżywałam (sporadyczne draki to chyba za mało?). Czy mam się czuć wybrakowana? wink
  • iwoniaw 29.05.12, 10:45
    A owszem, cieszyłabym się. Tzn. nie z tego, że siedzi w domu, tylko z tego, że jest zadowolone z życia.
    Oczywiście piszę o sytuacji, w której dziecko potrafi normalnie funkcjonować w społeczeństwie, ma swoich znajomych i nie stroni od kontaktów z ludźmi w stopniu powodującym podejrzenia zaburzeń.
    Napisałaś, że nie ma się z czego cieszyć - no ale nie ma się też czym martwić. Jeden woli połazić z kolegami po mieście, drugi z tymiż kolegami pograć na kompie via net, jeden lubi czytać w parku/kawiarni/wychodzić do kina, drugi uwielbia czytać w ciszy własnego pokoju na własnej kanapie, a filmy ogląda najchętniej na własnym sprzęcie, przewijając interesujące momenty tyle razy, ile mu się spodoba - itd. itp.

    --
    Niedźwiedź polarny to niedźwiedź kartezjański po transformacji
  • lolinka2 29.05.12, 11:31
    ja byłam podobna:
    - wracałam do domu i w domu siedziałam zatwardziale długo, czytając, ucząc się, grając na instrumentach etc.
    - buntowałam się, owszem, ale dość krótko (12-15 lat), przy czym bunt miał postać ustawicznych pyskówek z matką
    - alkohol w ilościach umiarkowanych w domu (niedzielne piwo z ojcem)
    - papierosy w wieku lat 12 przy matce, a potem długo długo nic
    - jako domator nie czułam się nieszczęśliwa w zasadzie, uważałam, że rówieśnicy nie mają mi nic do zaoferowania, zero wspólnych z nimi tematów itp. Relacje (jakieś) miałam z ludźmi od zawsze, różnie: lepsze-gorsze, ale nigdy nie byłam uznawana za nieśmiałą itp. (dobre maskowanie).

    I teraz (po upływie wielu lat) żałuję, że tak było i że mi matka nie pomogła jakoś znaleźć sensowną grupę rówieśniczą i skanalizować młodzieńczą energię inaczej niż w książki.

    Efekt jest taki, że ja się towarzysko jako-tako rozkręcam dopiero teraz, mając trójkę z przodu w liczbie oznaczającej wiek, męża i dwoje dzieci. Teraz wychodzę wieczorami na całą noc (karaoke), teraz dopiero uczę się (!), że człowiek tańczący publicznie nie musi być śmieszny itp.

    I strasznie się cieszę, że moje córki mają masę koleżanek, wychodzą z nimi, albo u nas się spotykają i mają różne swoje sprawy, oraz że się pojawiają akcje typu "bo ja kończę o pierwszej, ale potem.... i wrócę koło piątej, OK? no to pa!!!". Bo to znaczy, że one są pod tym względem zdrowe.


    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • verdana 29.05.12, 11:44
    Otóż to właśnie. Trudno, aby matka znajdowała nastolatkowi towarzystwo. Ale taka nietowarszyskość w wieku nastoletnim może się przekładać na późniejsza samotność. I moim zdaniem - jednak coś się traci. Gdyby zapytać "Czy martwić sie, ze nastolatek nie czyta" - to pewnie wszystcy odpowiedzieliby "No oczywiście". A przecież kontakty z ludźmi są równie kształcące i rozwijające co czytanie, o ile nie bardziej.
    Mam jednak wrażenie, ze na towarzystwo nastolatka rodzice patrzą na tyle podejrzliwie, ze wolą, aby go wcale nie było.
    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 12:19
    Traci się umiejętność swobodnego nawiązywania kontaktów społecznych zwłaszcza z płcią przeciwną. I nie, nie chodzi o to, żeby domatora przerobić na wodzireja, duszę towarzystwa, osobnika, który ma 2 tysiące znajomych na fb i musi prowadzić terminarz, bo ma tyle zaproszeń. Chodzi o to, że omijają go typowe dla jego rówieśników doświadczenia - wspólny wypad pod namiot, jakaś niebezpieczna sytuacja w plenerze bez dorosłych, podchody do dziewczyny/chłopaka, robienie czegoś całą paczką, co wymaga współpracy i jest polem do konfliktów itd.
  • triss_merigold6 29.05.12, 11:53
    Dopóki jest szczęśliwy i ma jakieś sensowne kontakty społeczne to nie widzę większego problemu.
    Z drugiej strony, kiedy będzie miał czas na rozrywki z rówieśnikami, nieskrępowane wychodzenie z domu, poznawanie nowych ludzi, jak nie teraz w liceum? Nie chodzi o picie i palenie, modeli rozrywki jest multum, są kręgi sportowe, modelarskie, miłośników fantasy, projektantów animacji, grotołazów itd.
    Wypychałabym z domu. Niekoniecznie na imprezy, bo nie każdy musi lubić kluby/puby/koncerty, ale jakaś aktywność pozadomowa i pozaszkolna rówieśnicza jest potrzebna, żeby małolat nie zdziczał i nie patrzył na rówieśników z góry. No i trening społeczny z dziewczynami jest chłopakowi potrzebny, żeby nie był łosiem, który kobiety zna wyłącznie wirtualnie, a w realu się boi.
  • lolinka2 29.05.12, 12:17
    i w drugą stronę (trening dla dziewczyn w obchodzeniu się z chłopakami) również potrzebny - i to bardzo!
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • triss_merigold6 29.05.12, 12:23
    Oczywiście! Odniosłam się do sytuacji chłopaka, bo Verdana pisała o synu, ale dotyczy obu płci jak najbardziej.
    Napiszę otwarcie: lata nastoletnie to trening i nauka umiejętności interpersonalnych. Czasem bolesna, bo każdy, absolutnie każdy, musi zaliczyć jakieś wtopy towarzyskie, niezręczności, nieporozumienia, głupie, bezmyślne zachowania, musi urazić i zostać urażony, bo na tym się uczy . To jak z jazdą konną, jak nie spadniesz sto razy i się nie poobijasz, to się nie nauczysz ani jeździć dobrze, ani w miarę bezpiecznie spadać, nie nauczysz się też co leży w zasięgu Twoich obecnych umiejętności, a co trzeba doskonalić.
  • lolinka2 29.05.12, 13:14
    podpisuję się pod Twoimi słowami.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • mamapodziomka 29.05.12, 16:50
    Zgadzam sie z przedmowczyniami.

    Na dodatek kiedy teraz rozmawiam z osobami doroslymi, ktore byly i sa domatorami i nie maja przyjaciol ani znajomych, to choc ogolnie sa zadowoleni z sytuacji, to jeszcze nie spotkalam przypadku, zeby to bylo tak "samo z siebie" i "glebi duszy". Zawsze pojawia sie jakie ale: Asperger, patologiczna rodzina kompletnie siepiaca poczucie wlasnej wartosci, albo jakas trauma z dziecinstwa. No, ale pewnie sa tez egzemplarze majace tak same z siebie, tylko to chyba niesamowicie rzadkie. Czesciej wycofanie sie i brak checi jest reakcja na brak umiejetnosci.

    Ja jako dziecko bylam domatorem totalnym, potem na szczescie jakos udalo sie to okielznac i z dzisiejszej perspektywy mi szkoda tego czasu przed, chociaz ewidentnie nieszczesliwa w dziecinstwie nie bylam.
  • verdana 29.05.12, 16:57
    Ja!!! Ja jestem niesamowicie rzadka!
    Zawsze mi się tak wydawało, ale teraz mam potwierdzenie na piśmiesmile
    --
    zpopk.blox.pl
  • hankam 29.05.12, 12:26
    Nie.
    Mam taki egzemplarz.
    Egzemplarz jest najszczęśliwszy, jak może siedzieć w domu i zajmować się swoimi obsesyjnymi (fakt, że dosć wyrafinowanymi) zainteresowaniami.
    Egzemplarz nie odrzuca całkiem towarzystwa, ale znosi tylko takie, które akceptuje jego świry.
    Matka egzemplarza wolałaby, żeby czuł się dobrze i wygodnie w świecie.
    --
    Hiding Tonight
  • nisar 29.05.12, 12:55
    To powiedzcie mi: jak dalece można ingerować w życie nastolatka? Bo organizowanie mu grupy towarzyskiej (nawet tylko proponowanie takowej) pachnie mi jednak uszczęśliwianiem go na siłę.
    Chyba bym zabiła matkę, która próbowałaby mnie utowarzyszczyć w wieku nastoletnim. Gdyby próbę podjęła w momencie gdy czytałam książkę, to nie zdążyłaby się nawet zorientować, że umiera wink
  • verdana 29.05.12, 13:02
    Nijak. Póki nie dzieje się coś dramatycznegosmile
    Ale zachęcać ewentualnie można. I nie cieszyć się, ze ma się takie "grzeczne dziecko".
    Moja matka, gdy zaliłam się, zę syn nie tykla alkoholu, co na obozach zeglarskich jest pewnym problemem (nie, nie mówcie mi, że to wspaniale, że niemal dorosły nastolatek odżegnuje się od ćwierci piwa dla towarzystwa), poradziła "To mu zabrońcie pić"smile
    --
    zpopk.blox.pl
  • nisar 29.05.12, 13:08
    Ale on nie musi lubić alkoholu. Nie lubiłam alkoholu do trzydziestki, nigdy nie paliłam, nigdy nawet nie spróbowałam narkotyku.
    Oceniam się jako względnie normalną... Może zbyt optymistycznie? smile
  • verdana 29.05.12, 13:19
    Nie, to nie dlatego, ze "nie lubi". Starszy dlatego nie pije, że nie lubi (a na to co lubi jest uczulony, biedny).
    Nawet nie chodzi mi o to, zęby jakoś sie specjalnie martwić , że dziecko jest domatorem. Ale nie bardzo rozumiem, jak rodzice mogą się tak bardzo z tego cieszyć i być domnym, ze ich dziecko nigdzie nie wychodzi. Raczej to mnie dziwi - bycie domatorem nie, bo sama taka byłam...
    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 13:29
    Ja byłam częściowo z konieczności (mieszkanie w zupełnie innym miejscu niż przedszkole/szkoła), a częściowo z powodu nieśmiałości - pogłębianej przez bycie domatorem. Przeszło mi gdzieś koło 12 roku życia, jak w nowym środowisku zaczęłam bardziej świadomie i celowo układać sobie kontakty z rówieśnikami, chciałam być lubiana i mieć koleżanki, przyjaciółkę i realizować potrzeby towarzyskie.

    Wracając do dzieci, alkoholu, buntów itd. Z tej perspektywy lepsza jest na początku bardzo krótka smycz. Małolat się buntuje - zdrowo! smycz można popuszczać, a małolat ma świadomość sukcesu i tego, że sobie "wywalczył". Taka gra międzypokoleniowa. D
  • joa66 29.05.12, 13:22
    Przede wszystkim chyba trzeba trochę się zastanowić dlaczego nastolatek nie ma ochoty spotykać się z rówieśniami.

    Sorry, ale nawet nastoletni domatorzy potrzebują od czasu do czasu towarzystwa drugiego nastolatka i moim zdaniem tylko naprawdę niewielka grupa tego nie potrzebuje. Może się zdarzyć, że nasze dziecko akurat do takiej grupy należy, ale pomyśleć warto.
  • verdana 29.05.12, 13:41
    Rówiesnicy zawsze są w szkole. No, chyba, że w szkole nastolatek też jest kompletnym samotnikiem, ale wtedy to już jest problem, wymagajacy rozwiązania.
    Teraz pytanie - czy będąc 7 godzin dziennie z rówieśnikami - nastolatek musi potrzebować ich także po południu? Sama nie wiem, bo ja nie potrzebowałam.
    --
    zpopk.blox.pl
  • joa66 29.05.12, 14:20
    Ale ile tego czasu jest z kolegami - kilka przerw po 10-15 minut?
  • verdana 29.05.12, 14:26
    To pewnie zalezy od egzemplarza - jak gada na lekcjach, to sporo więcejsmile Albo jak razem się wraca do domu.
    Ale mnie nie bulwersuje tak bardzo fakt, ze ktoś nie ma ochoty na spotykanie sie ze znajomymi, tylko to, że rodzice tacy są z tego dumni...
    --
    zpopk.blox.pl
  • nisar 29.05.12, 14:57
    Dzisiejsi rodzice są dumni z czegokolwiek. Agresywny bachor - jak sobie świetnie radzi, nie daje sobie w kaszę dmuchać. Zacukany, ryczący, wycofany - wrażliwy taki. Same piątki i klucha - intelektualista nam rośnie. Same dwóje tylko z wf szóstka - sportowiec, nie taki cycuś jak te prymusy.
    I tak dalej i tak dalej...
  • verdana 29.05.12, 14:58
    No, coś w tym jestsmile
    --
    zpopk.blox.pl
  • joa66 29.05.12, 14:58
    Ale mnie nie bulwersuje tak bardzo fakt, ze ktoś nie ma ochoty na spotykanie sie ze znajomymi, tylko to, że rodzice tacy są z tego dumni...

    Być może są to rodzice, którzy dzielą nastolatków na tych siedzących w domu i tych włóczących się po imprezach. No i wtedy jest to duma, że nie należy do tej drugiej grupy.

    Albo są dumni z siebie, bo mają dowód na własną atrakcyjność ....

  • menodo 29.05.12, 15:15
    Ale mnie nie bulwersuje tak bardzo fakt, ze ktoś nie ma ochoty na spotykanie si
    > e ze znajomymi, tylko to, że rodzice tacy są z tego dumni..."

    Ja znam dwa typy takich rodziców.
    1. Rodzice dzieci ze środowisk zagrożonych patologią - np. pani, która nam w różnych rzeczach domowych pomaga - samotna matka; jej syn chodzi do technikum, po szkole do domu, dobrze się uczy, chodzi na siatkówkę, ma dziewczynę, pomaga babci, jest wolontariuszem w jakiejś fundacji zajmującej pomocą dzieci z zagrożonych środowisk.
    Jakichś tam kolegów ma, głównie tych od siatkówki, ale nie ze szkoły ani z bloku. Matka jest dumna - ja też bym była big_grin

    2. Rodzice kilku koleżanek mojej córki z liceum, reprezentujących pewien specyficzny "ponadczasowy" typ rodziców... Miałam okazję ich poznać przy okazji różnych szkolnych przedsięwzięć, wymagających współpracy rodziców. Już wcześniej słyszałam od córki, że do jej szkoły i chodzi kilka "niewidzialnych" dziewczynek, dokładnie takich jak z Muminków. Kiedy poznałam ich mamy - sama na chwilę stałam się niewidzialnabig_grin
    Mamy wzajemnie wspierające się w wymianie poglądów, ileż to zagrożeń niesie wspólczesny swiat dla młodzieży - narkomania, alkoholizm, nikotynizm, przedwczesny seks ... Kiedy nieśmiało wtrąciłam, że hmmm... nasze córki mają 19 lat i seks w ich wieku zdecydowanie nie jest przedwczesny, , usłyszałam: ja tam jestem dumna, że moja córcia ze szkoły do domu; ona nawet nie chce nigdzie wychodzić, bo i po co; jak będzie pora na zamążpójście - to i kandydat się znajdzie...

  • verdana 29.05.12, 15:23
    W tym pierwszym wypadku rozumiem, zresztą syn nie tyle jest domatorem, ile wybiera sobie towarzystwo.
    Ale moje obserwacje są podobne - ci, co się cieszą to głównie ci, którzy uwazają, że poza ich dziećmi i częśćią dzieci znajomych reszta to zdemoralizowana banda, albo osobniki niewarte zainteresowania ich dzieci.
    Jesli chodzi o seks, to przypomniały mi się dwie historie. Spotkałam raz kolezankę ze studió, której nie widziałam ze 20 lat. Pierwsza informacja, jaką zostałam uraczona, to ze jej córka ma 18 lat i jest jeszcze dziewicą. Choć nie uwazam, aby był obowiązek uprawiania seksu w liceum (zakazu tez nie ma) z trudem powstrzymałam się od zapytania "AS co, taka brzydka?"
    Druga opowieść pochodzi od mamy. Miała przyjaciółke, wychowywaną przez ciotkę. Ciotka mówiła mojej mamie, zę ta Jasia "woli bożej nie czuje, chłopcy jej nie interesują jeszcze". Jasia miała lat 17 i była już po kilku skrobankach.
    --
    zpopk.blox.pl
  • lolinka2 29.05.12, 15:36
    Boże! (pozwolę sobie na tę religijną inwokację, bo sprawa grubego kalibru) moja matka też się tak mną przechwalała, gdy miałam 18 lat. To było okropne! I zasadniczo czasem miałam ochotę dla ucięcia przechwałek (i tylko z tego jednego powodu) faktycznie przygruchać sobie kogoś na jednorazówkę - żeby tylko się zamknęła. Gdy wyszłam za mąż, to przez parę lat chodziła i opowiadała, że jej córka uczciwie we wianku szła do ślubu.... równie ohydne gadanie, bo co to kogo do ciężkiej cholery...?
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • dakota77 29.05.12, 16:02
    Eee... Raz, ze jak niby rodzice moga byc pewni takich rzeczy, dwa, jak moga chodzic i opowiadac o intymnych sprawach swoich dzieci innym?


    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuściwink"-by Marslo55
  • lolinka2 29.05.12, 16:04
    nie mam pojęcia, ale tak to wyglądało te naście lat temu...
    do tej pory mam niesmak będąc ofiarą takiego obgadywania.
    --
    Ad maiorem interpret(ation)is gloriam smile
  • triss_merigold6 29.05.12, 13:23
    To się robi wcześniej. Jako niegdyś dziecko wychowywane wśród dorosłych, które do połowy podstawówki miało ileś razy zmieniane otoczenie i kraj (więc długo zero znajomych z placu zabaw i stałej grupy rówieśniczej), miałam przy synu świra na punkcie łagodnego ale stanowczego uspołeczniania.
    I chodził na place zabaw, odwiedzaliśmy inne dzieci, zapraszaliśmy do siebie, od zerówki judo i zuchy, obóz, kolonia itd. Teraz z naszego wewnątrzosiedlowego placu zabaw ściągam go siłą wieczorem - poza szkołą ma tu grupę dzieci mniej więcej w swoim wieku i szaleją bawiąc się w jakieś zabawy o skomplikowanej fabule. Lubi przebywać i bawić się w domu ale przy ładnej pogodzie koledzy wygrywają zdecydowanie.
  • triss_merigold6 29.05.12, 16:42
    Tak teraz pomyślałam, że zdrowemu nastolatkowi dom rodzinny nie powinien jawić się jako atrakcyjniejszy od pozadomowych form spędzania czasu.
    Dom rodzinny może być przyjazny, inspirujący, bezpieczny, rodzice - zapewniać wspólne wyjazdy w ciekawe miejsca, wspólną aktywność fizyczną/inną ale naturalnym odruchem wieku dorastania jest chęć wyjścia poza to środowisko, poznania, doświadczenia, poszukania adrenaliny, a tego się w domu nie doświadczy. Nastolatka powinno, przynajmniej trochę, "ciągnąć" na zewnątrz, do rówieśników, do innych, z ciekawości i potrzeby rozwinięcia skrzydeł poza domem. Wirtual tego nastolatkowi nie załatwi.
  • verdana 29.05.12, 16:49
    Ale nie każdy lubi adrenalinę - jak tak opisujesz świat, to ja nie mam ochoty wyjść poza drzwismile
    Zastanawiam się też, czy dla niektórych mlodych ludzi takie wycofanie sie "do domu" nie jest efektem albo niewłasciwego towarzystwa w szkole (nie złego, tylko niedopasowanego), albo efektem zmęczenia nadmierną ilością zajęć pozalekcyjnych. Licealiści, dzieci moich znajomych miewali zajecia codziennie, czasami więcej niz jedno.

    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 17:06
    Ależ ja nie mam na myśli skoków na bungiee koniecznie po upaleniu się trawą i wypiciu litra wódki. D

    Adrenalinę daje wyjście na kina na horror (czy co kto preferuje), RPG, park linowy, cokolwiek co jest fajne, ekscytujące, dostarcza emocji.
    Zmęczenie to inna sprawa, ale zmęczenie w jakieś ferie, długie weekendy, wakacje, powinno mijać.
    No i dobrze, jeśli małolat ma towarzystwo nie tylko szkolne.
  • verdana 29.05.12, 17:11
    Nie znasz moich znajomych. Weekend? Ferie? Co to są ferie?
    Hm, to ja widzę problem mojego małolata, do kina chodzi tylko z siostrą, z powodu manii siostry (mania w sygnaturce).
    Ze znanych mi starszych nastoletnich małolatów wielkomiejskich 80% ma towarzystwo tylko szkolne. Pozostałe sportowe lub kościelnesmile
    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 17:21
    Dostaje w domku komunikat, że czas spędzony poza domem na głupotach, jest czasem straconym? Jest szansa, że odbije sobie na studiach albo i nie, jeśli został dobrze wytrenowany na pracoholicznego perfekcjonistę.
    I tak w całej szkole nie znajdą kilku osób, z którymi chcieliby spotkać się w wolnym czasie? Ściana.
  • verdana 29.05.12, 17:40
    WSZYSTKO, co nie służy dalszej karierze jest czasem straconym. Córka znajomej miała korepetycje z chemi o 10 wieczorem, bo wczesniej była zajęta.
    Nie zaczęła szaleć na studiach, bo rozchorowała sie onkologicznie, lekarze stwierdzili, że jedną z przyczyn osłabienia odporności może być przepracowanie. Dziewczyna wyzdrowiała, a teraz matka tak samo orze w młodszego syna.
    Natomiast inny znany mi, tak wychowany facet, facet pracuje od 5 rano do 10 wieczorem i matka jest bardzo dumna. Mam tylko nadzieję, że facet nie pracuje naprawdę, tylko urywa się z domu. Ale chyba nie...
    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 17:12
    Dobra, to ujmę inaczej: nastolatek, któremu dom cały czas (biorąc poprawki na zmęczenie, gorsze nastroje, fascynującą lekturę) wydaje się atrakcyjniejszy niż świat poza domem, jest najdelikatniej mówiąc dziwny. Albo się boi rówieśników, albo traktuje z buta jako durnych z definicji, albo jest przez rówieśników odrzucany czy nie rozumie/nie chce zrozumieć norm grupowych.
  • verdana 29.05.12, 17:20
    No, to zdecydowanie podbadam pod "dziwne".
    I jako, że dokonałam głębszej autoanalizy chyba wiem, co u mnie szwankowało - ja nie lubiłam nigdy rozrywek młodziezowych. Imprezy, dyskoteki itd. koszmarnie mnie nudziły. Jak rówieśnicy stali się dorośli, to awersja do towarzystwa bardzo mi przeszła. Nie tak, abym stała sie istotą towarzyską, ale nie jestem już odludkiem.
    --
    zpopk.blox.pl
  • triss_merigold6 29.05.12, 17:27
    Zdaje się, że ileś postów wyżej zaznaczałam (i nie tylko ja), że nie chodzi o te nieszczęsne dyskoteki/puby/kluby/głośne koncerty.
    Są, przynajmniej obecnie, w dużym wyborze, aktywności, które można uprawiać w towarzystwie, a nie samotnie. I niekoniecznie trzeba przy tym biegać, skakać, męczyć się fizycznie, pić alkohol itd. Można wspólnie chodzić na warsztaty do CNK i robić doświadczenia.
  • joa66 29.05.12, 17:34
    Imprezy, dyskoteki itd. koszmarnie mnie nudziły

    Mnie też. Ale były wypady do kina, teratru, na koncert. Rozmowy przy zamkniętych drzwiach, spacery. I o dziwo (???) było sporo takich osób.

  • verdana 29.05.12, 17:42
    A nie jest to częściowo różnica płci? Jako, ze mam dzieci płci odmiennej widzę, zę te rozmowy i spacery to albo same dziewczyny, albo pary mieszane. Nie spotykam natomiast tak umawiajacych sie starszych chłopaków. Do kina tak, ale na tym raczej sie kończy.
    Wakacje pomijam.
    --
    zpopk.blox.pl
  • joa66 29.05.12, 22:19
    Chłopcy rzeczywiście mniej "spacerują", ale spotykają się nie tylko na kino. Mój niedługo 17 latek spotyka się regularnie z paczką z gimnazjum, spotyka się też ( a raczej chodzi gdzieś po szkole) z kolegami z nowej szkoły plus znajomi z innej szkoły. Z najbliższym kumplem z gimnazjum spotykają się właśnie po to, żeby sobie pogadać w "klubokawiarni" . W sumie nie spotyka się częściej niż raz - dwa razy w tygodniu, bo święty spokój też sobie ceni.

    Ale teraz krótka historyjka dla tych, którym nie odpowiadało towarzystwo rówieśników. Niedawno mój syn poszedł do opery (sam- lubi). W czasie przerwy spotkał dwóch kolegów z klasy - jeden też sam, drugi z rodzicami. Pełne zaskoczenie, bo oczywiście wcześniej nie rozmawiali na ten temat " bo na pewno nikt na operę to nie będzie chciał iść"
  • dakota77 29.05.12, 17:48
    Mialam tak samo, Verdano.
    Nie ciagnelo mnie na imprezy i dysloteki, a wiekszosc rowiesnikow zwyczajnie nudzila. Nie widzialam powodu, by spedzac z nimi czas poza szkola. Za to spotykalam sie z ludzmi, z ktorymi laczyly mnie wspolne zainteresowania- to bylo cos innego.

    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuściwink"-by Marslo55
  • verdana 29.05.12, 17:54
    Ja wiem , co było moim problemem.
    Ja po prostu nie lubiłam młodzieży. Teraz lubię, ale wtedy - starasznie mnie denerwowała. Podejrzewam, zę to skutek bycia jedynaczką. Albo niesmile
    --
    zpopk.blox.pl
  • dakota77 29.05.12, 18:05
    Ja zawsze uwazalam, ze mam pelne prawo wybierac towarzystwo, z ktorym chce przebywac. I kryterium "grupa rowniesnicza" bylo niewystarczajacewink

    --
    "Nick zobowiązuje: Dakota Ameryce nie przepuściwink"-by Marslo55
  • triss_merigold6 29.05.12, 18:11
    Ale jakieś towarzystwo wybierałaś, prawda? Nie siedzenie w domu w towarzystwie rodziców jako najbardziej atrakcyjny model spędzania weekendu czy wakacji.
  • godiva1 29.05.12, 18:14
    Zobacz, Verdana, ilu nas jest, takich co nie przepadali za zyciem towarzyskim w liceum a teraz wyszli na w miare towarzyskich ludzi. Ja tez tak mialam, ze nudzilam sie w kregu rownolatkow, i wolalam poczytac ksiazke niz dyskutowac o temamach ciekawych dla moich kolegow. Moim zdaniem Twoj syn jest wychowany w domu gdzie jest na tyle stymulowany intelektualnie, ze, jako introwertyk, nie czuje potrzeby innych kontaktow.

    Im bedzie starszy tym latwiej mu bedzie znalezc grono ludzi z ktorymi bedzie mial ochote rozmawiac i spedzac czas, nie zamartwiaj sie.
    --
    I'd rather have questions I cannot answer than answers I cannot question.
  • verdana 29.05.12, 18:26
    Ja nie jestem towarzyskasmile
    Ja sie njei zamartwiam, ale cieszyć się też nie ma czym. Tym bardziej,z ę widzę na przykładzie najstarszego, zę to nie zawsze mija.
    --
    zpopk.blox.pl
  • slotna 29.05.12, 19:37
    Ja tez nie przepadalam za towarzystwem rowiesnikow. Socjalizacje mialam w przedszkolu i szkole piec razy w tygodniu od wczesnego dziecinstwa. Adrenaline na nartach, rowerze, koniach, rozwoj na zajeciach dodatkowych w mlodziezowym domu kultury. Interesujacych ludzi w moim wieku zaczelam poznawac duzo pozniej, na studiach w duzym miescie. Ale wydawalo mi sie, ze potrzebuje towarzystwa, jakie by ono nie bylo, wiec w pewnym okresie malowalam sie elegancko i pilam piwo z kolegami pod blokiem, siedzac na trzepaku. Fajna sprawa, tylko troche nudna. Ksiazki wygrywaly.

    --
    Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka