Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

     

Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Każdy z nas w swoim życiu na pewno przeżył wakacyjną przygodę, która przyprawiła go o dreszcz emocji. Każdy, kto zdecyduje się opisać tutaj swoje dziwne, niezwykłe, niepokojące, niebezpieczne, zaskakujące przygody podczas wyjazdów wakacyjno-urlopowych, ma szansę na zdobycie wspaniałych nagród. Główna wygrana to atrakcyjna wycieczka dla zwycięzcy i osoby towarzyszącej ufundowana przez wydawnictwo Bezdroża. Do wygrania także 3 vouchery Sky Europe uprawniające do lotu w dwie strony na dowolnie wybranej trasie obsługiwanej przez Sky Europe. A do tego 20 zestawów wspaniałych przewodników wydawnictwa Bezdroża.
    Zachęcamy do opisywania swoich ”Wakacji z dreszczykiem”!

    Regulamin konkursu

    Ps. Pamiętaj, żeby się zalogować. Dzięki temu będziemy mogli się z Tobą skontaktować w sprawie przekazania nagrody!

    Redakcja
    • forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=24924207
      to moja wyprawa
      i fotografie z niej

      ;)

      pozdrawiam
    • Redakcjo - świetny pomysł... a można posłużyć się nutką fikcji literackiej? :)
      A gdyby było wiele ciekawych historii lub kilka, ale za to świetnych... to może
      jakieś "Gazetowe" nagrody pocieszenia? Mam nadzieję, że spotkam się z przygodą w
      te wakacje... bo kiedy jak nie teraz? :)

      Pozdrawiam,
      cintus (Warszawa)
      • Dziękujemy za pochwałę pomysłu;) A jeśli chodzi o prawdziwość historii, to w
        regulaminie nie ma zapisu, że historia ma być poświadczona podpisami trzech
        świadków;)
        Chociaż wychodzimy z założenia, że nic nie przyprawia o dreszcz emocji tak jak
        rzeczywistość.
        Czekamy z niecierpliwością na Wasze historie - te prawdziwe i te okraszone
        nutką wyobraźni.
        Pozdrawiamy i zapraszamy do klawiatur! ;)
        • Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w dłoni
          jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
          spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
          dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
          i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
          narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
          tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
          Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
          wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
          spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
          że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
          został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


          Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
          dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
        • Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w
          dłoni
          jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
          spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
          dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
          i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
          narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
          tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
          Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
          wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
          spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
          że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
          został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


          Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
          dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
        • Wymyślili, że idziemy na jagody, Nie po to tutatj przyjechałam, żeby zbierać
          jagody. Ok. jutro za to ja wybieram co robimy. Drugi lipca, dzień słoneczny, ale
          niezbyt ciepły. Oddaliłam się, ale już widzę, że idą w moją stronę.Mam czerwony
          dres z daleka więc mnie widać. Siadłam sobie na grubym pniu, wokół którego rosły
          ogromne czarne kulki. Spodobało mi się. Nazbieram pierwsza, a poźniej położę się
          na tym mchu, Cha. A onie niech zbierają. Już są. Krzyczą, machają rękami jakby
          się wściekli. Nie mam pojęcia o co im chodzi. Siedzę dalej.Ale wszyscy zaczęli
          mnie, ni z tego ni z owego okładać. Zwariowali? Nawet mama? Dopiero po chwili
          zrozumiałam. Siedziałam na mrowisku, a wielkie czerwone mrówki obsiadły mnie
          całą. Za chwilę pewnię by mnie chyba zagryzły. Setki, albo więcej. Mój dres
          dosłownie się ruszał, chodził. Odprowadzili mnie na ścieżkę, i zaczęli szukać
          pozostałych. Ja miałam odpocząć. Fajnie, przecież wcale nie byłam zmęczona! Po
          chwili znudziło mi się i zaczęłam sięgać po jagądki rosnące w trwanie, na
          ścieżce. Myślałam o tych mrówkach. Co by było gdyby ? Naraz poczułam czyjś wzrok
          na sobie. Podniosłam oczy, a tam, tam, ogromne brązowe piŁkne oczy patrzyły
          wprost we mnie. Bez ruchu, bez drgania powiek. Wielki, ogromny jeleń stał przy
          mnie dosłownie o pół metra. Zamarłam i wpatrywałam się w niego, w jego oczy, w
          ogromne, rozałazione, jak konary poroże. Wielki i piękny. Poczułam przerażający
          strach. Porażający, nie mogłam ruszyć się i nadal patrzyliśmy sobie w oczy.
          Nagle w ułamku sekundy zniknął. Słychać było jedynie trzask łamanych gałęzi, a
          dopiero później, jak gdyby odgłos kopyt, ale zdaje mi się, że słyszałam wiele
          kopyt. A może to tylko strach podwajał, ich liczbę?
        • Jadę w góry. Szczęście bez granic. Pierwszy raz w góry. Do Karpacza. Mam 15 lat,
          góry znam z widokówek i z telewizji. Jestem szczęśliwa. Obóz. Chyba będę
          wdzięczna rodzicom do śmierci. Po całodniowej podróży jesteśmy na miejscu, ja i
          kilkoro przygodnie w podróży poznanych nowych znajomych.Zmęczeni niemiłosiernie.
          Spać !!! Ranek. Obóż mamy rozbity prawie w centum Karpacza, przy skoczni. Super.
          Pierwszy dzień rozlokowanie i popołudniowy wypad w okolice. Kolejne dni mijają
          na zwiedzaniu okolic, suchy prowiant i marsz. Codziennie wracamy późnym
          wieczorem wykończeni dosłownie, ale bardzo zadowoleni. Dwa tygodnie minęły nie
          wiadomo kiedy? Jutro idziemy na Snieżkę. Pobudka wcześnie z rana. Posiłek,
          pobranie suchego prowiantu, obozowy sprawdza, czy mamy dodatkowe ciepłe rzeczy i
          wygodne buty. Pestka - wszystko już wiemy. Idziemy. Wyuszyliśmy gupką 21 osób.
          Jest świetnie. W obozie został jak zwykle "Gruby", on odpadka przy każdej
          wędrówce, nieco wyżej. Woli pomagać w kuchni - błazen, nie wiem po co jechał w
          góry, żeby teraz siedzieć w obozie? Mamy jeszcze kawałek do schroniska, już je
          widać, ale ścieżka jest kręta, trochę stroma i faktycznie chyba każdy z nas
          chciałby już siedzieć w schronisku. Docieramy, wyjmujemy i wcinamy co kto ma,
          wcześniej zerkamy tylko na ceny, są za wysokie na nasze kieszenie zwłaszcza po
          zakupach pamiątek, lasek, szkatułek, typowych pamiątek z okolicy. "Królowa
          Karkonoszy" zerka do nas, a my wygłupiamy się. Stoję na jednym ze szczebli
          balustrady,wyżej zawsze lepiej widać, podemną przepaść Nagle ktoś mnie popycha,
          tracę równowagę i wiszę na jednej dłoni, usilnie starając się uchwycić drugą
          ręką. Panika, krzyki, nie mam siły, powoli moje palce same rozwierają się i wiem
          że t już koniec, lecz w tym momencie jakiś dorosły mężczyzna schwycił mnie za
          kurtkę i już z pomocą innych przeciągnął na drugą stronę. Dopiero teraz tracę na
          chwilę przytomność, nie pamiętam chwili jak znalażłam się wewnątrz, czy sama
          weszłam, czy też mnie ktoś wniósł. Wychowawca, jakiś lekarz sprawdzają czy
          wszystko w porządku. Oczywiśie, probuję nawet żartować. Podejmują decyzję, że
          schodzimy. Też mam już dość. Wychodzę na zewnątrz, ze wszystkimi, i nie możliwe,
          w głowie mi się kręci, nogi same się uginają, przeraźliwie się boję. Już wiem,
          ja stąd nigdy nie zejdę. Panika - to za mało powiedziane, strach ogromny, po
          prostu nie ma takich słów, żeby to uczucie określić. Idę w środku grupy, z
          jednej strony trzymana przyz naszego wychowawcę obozu, z drugiej przez chyba
          tego samego mężczyznę, co mnie uratował, ale ja nie zdaję sobie na razie z tego
          sprawy. Dopiero zmrok zakrywający wszystko nieco mnie uspokoił. Myślałam, że to
          przejdzie, jednak lęk wysokości, który wtedy mnie dopadł został na wiele lat, i
          wiele lat z nim walczyłam. Krok po kroku. Przerażenie wywoływało we mnie wejżcie
          na piętro budynku, drugi szczebel drabiny - pokonałam go częściowo - nigdy
          jednak nie podziękowałam człowiekowi, który mnie uratował. Nie znam jego imienia
          nazwiska. Może z łam waszej gazety powiem jemu, bardzo dziękuję, a może moje
          podziękowanie trafi do innej osoby, której też nikt będąc przerażony, tak
          bardzo, że prawie chory, nie podziękował. Dziękuję, choć wiem, że to za mało.
    • To były moje pierwsze wakacje spędzone z przyszłym mężem (choć wtedy tego
      jeszcze nie wiedzieliśmy). Pojechaliśmy na 2 tygodnie do domku znajomych
      rodziców. Domek znajduje się w miejscowości Stryszawa. Żeby do niego dojść
      trzeba iść od głównej drogi ok 20 minut cały czas pod góre i co nam się
      najbardziej podobało wokół las iżądnych innych domów (zupełna dzicz).
      Zdarzenie o którym chce opisać miało miejsce w drugim tygodniu naszego pobytu.
      Jak zwykle wieczorkiem zrobiliśmy sobie klacyjke grilową posiedzieliśmy troche
      na tarasie, ponieważ zaczął padać deszcz postanowiliśmy wejsć do środka i
      pooglądac telewizje. Zasneliśmy chyba koło północy. Niestety nasz słodki sen
      został przerwany dzwonkiem do drzwi. Oboje jak na komende staneliśmy przerażeni
      na równe nogi bo kto o tej porze i na takim pustkowiu dzwoniłby do drzwi.
      Pierwsza myśl:pewnie jakiś włamywacz sprawdza czy dom jest pusty. Szybko
      zapaliliśmy światło na tarasie i wyglądneliśmy przez okno- nikogo nie
      widzeliśmy, padał tylko deszcz i wiał silny wiatr. Oczywiście reszta nocy nie
      była przespana. Ze strachu nie mogłam zasnąć. Jakie było nasze zdziewienie
      kiedy rano wyszliśmy przed drzwi i zobaczylismy żę przy dzwonku stała miotła na
      długim kiju. Najprawdopodobniej wiatr popchnął ja na dzwonek i zadzwoniła.
      Nochyba że był to faktycznie jakiś włamywacz a my świecąć siatło wystraszyliśmy
      go. Tego nie dowiemy sie nigdy jedno jest pewne posiom adrenaliny napewno
      wzróśł i to bardzo.
      Pozdrawiam Karina
      • Moja "chwila grozy" miala miejsce na obozie sportowym mojej szkoly, który
        odbywal sie w miejscowosci Ogonki na Mazurach.
        Dzien zapowiadal sie normalnie. Razem z grupa wybralismy sie (jak co dzień) na
        wycieczke rowerowa.
        Ale akurat tego dnia zlapała nas straszna burza!Lalo straszliwie, w kolo
        strzelaly pioruny, a my mknelismy poboczem ruchliwej ulicy do osrodka.
        Dla mnie to byl horror, gdyz na ulicy bylo niebezpiecznie, nieustannie mijaly
        nas pedzace samochody, nic nie widzialam wiec balam sie ze zaraz sama wyladuje
        pod któryms z nich! Niektore osoby, tracily kontrole nad rowerem i ladowaly co
        chwila w rowie w zdłuż ulicy...Non stop znosilo mnie w strone srodka ulicy...
        Ale najstraszniejsze byla chwila, gdy juz pod samym osrodkiem w rower kolegi
        uderzyl piorun! Cale szczescie ze nic mu sie nie stalo!
        Dla mnie to byly najgorsze chwile, gdyz boje sie przebywac na dworze w czasie
        burzy, a w tedy nie mialam sie nawet gdzie schronic!
        Na szczescie reszte obozu odbylam bez wiekszych stresów:)
        Pozdrawiam
    • Moją chwilę grozy przeżyłam na Krecie wraz z moim obecnym mężem.
      Było późne popołudnie upalnego, wrześniowego dnia. Wracamy z parku wodnego.
      Oczywiście po co autobusem, czy taksówką skoro to tylko 8-10 km a nas tak
      dobrze karmią w przytulnym hoteliku nad plażą ze wypada zrzucić kolejne
      kilogramy. Wrócimy i znowu rzucimy się do „szwedzkiego” stołu z widocznym
      ślinotokiem. Nie takim jak nasi sąsiedzi, okrągli Niemcy, którzy już przebierają
      nogami 10 minut przed otwarciem restauracji, ale jednak. Na samo wspomnienie
      czuję zapach wspaniałych potraw.
      Spacer wzdłuż asfaltowej drogi nie należy do najprzyjemniejszych dlatego
      postanowiliśmy skrócić drogę skręcając w gaje oliwne. Zachodzące słońce ,
      czerwony grecki kurz na ścieżce pomiędzy oliwkowymi drzewkami-było pięknie.
      Po jakimś czasie znaleźliśmy się w samym centrum sadu i widzieliśmy tylko oliwki
      i żadnych zabudowań. Było cudnie do momentu, w którym zaczęliśmy się niepokoić
      czy oby idziemy we właściwym kierunku i czy zdążymy na kolacje-nie wiem o co
      bardziej. Nagle w środku oliwnego gaju wyrosła przed nami szklarnia.Trochę
      zaniedbana, zarośnięta, ale nie wygląda na całkowicie zapomnianą. Opodal stały
      stare zdezelowane ciężarówki, jakiś wrak osobowego samochodu, którego marki nie
      rozpoznałam. No trudno musieliśmy przejść przez ten uroczy placyk. Mieliśmy
      świadomość, iż wkraczamy na czyjś teren prywatny, tylko pytanie czyj i czy nie
      czai się gdzieś groźny pies. Krajobraz jak z amerykańskiego westernu. Czerwone
      zachodzące słońce, czerwony kurz, cisza, nawet liść się nie poruszy, żadnych
      oznak cywilizacji-Meksyk. Gęsia skórka zaczęła się pojawiać na plecach. Przed
      oczami miałam obraz nielegalnej hodowli narkotyków-wszystko pasowało. Boże, co z
      ludźmi robi wyobraźnie i amerykańskie kino!
      Nagle usłyszeliśmy jakieś męskie głosy dochodzące z pobliskich zarośli. Pomimo
      zmęczenia dostaliśmy odpowiednia dawkę adrenaliny i od razu przyspieszyliśmy
      kroku z możliwością szybkiego przejścia w bieg. Nie ważne czy we właściwym
      kierunku-ale byle dalej.
      Wyobraźnia zaczęła pracować w zastraszającym tempie-przecież nas tu nikt nie
      znajdzie, a to dopiero początek wakacji, co za pech, jacyś handlarze,
      gangsterzy, a tu odludzie i jesteśmy niemile widzianymi świadkami, po co nam to
      odchudzanie, czyż idealny kształt kuli nie jest piękny…a u nas pewno za chwile
      okrąglutki grecki kucharz wniesie smakołyki dla gości.
      W szybkim tempie minęliśmy zarośla usiłując udawać spacerujących turystów na
      plaży. Cali spoceni i ulepieni we wszędobylskim kurzu oddalaliśmy się od
      podejrzanego miejsca nie zważając na wołania smagłych greków. Co oni chcą
      przecież my spacerujemy? Resztkami przytłumionej strachem inteligencji rzuciłam
      przez ramię dwa z nielicznych znanych mi słów w języku greckim: kalispera ,
      kalinichta ( dobry wieczór, dobranoc)-to wszystko, na co było mnie stać w tamtej
      chwili.
      Nie pamiętamy jak wyszliśmy z gaju oliwnego, ale wyszliśmy na znaną nam szosę
      szybkiego ruchu, z której już tylko 15 minut do hotelu i plaży.
      Zdążyliśmy na kolacje. Adrenalina wyszczupliła nas dość znacznie, więc
      pochłonęliśmy dodatkowe porcje jedzenia. W końcu jutro znowu można iść na spacer
      i zrzucić kilka gram…

    • To było lato, kilka lat temu, gdy jeszcze studiowałam i gdy popularne (i dodam
      że niezwykle tanie) były podróże autostopem. Wybrałam sie z koleżanką do
      Krakowa- tzn. taki był plan. Jechałyśmy z daleka, bo aż z mojego rodzinnego
      Olecka i jakoś nie bardzo nam tego dnia szło.... Po 6 godzinach podróżnowania
      ciężarówkami, polonezami i czym się tam jeszcze dało utknęłyśmy w Warszawie,
      czyli w najgorszym z możliwych miejsc... Stojąc na wylotówce czułyśmy sie jak
      istoty z kosmosu, którym sie wszyscy przyglądają... Po 1,5 godzinie byłyśmy
      załamane, zniechęcone i zdesperowane.... Do tego stopnia, ze wsiadłybysmy nawet
      do kombajna...
      I w pewnym momencie zły los sie odwrócił i zatrzymał sie samochód. Koleżanka
      pobiegła zapytac co i jak, gdy ja stałam z dwoma plecakami ze stelażem, i po
      chwili wołała mnie do siebie uradowana!!! Jak sie potem okazało nie na długo...
      Nie przyglądając sie wnikliwie kierowcy rozsiadłam sie wygodnie obok niego i
      samochód ruszył. Po chwili gdy już sie uspokoiłam mogłam bliżej przyjrzeć sie
      aucie i jego właścicielowi. Do moich uszu dolatywała dziwna muzyka, podobna do
      tej reklamujacej batony kitkat, a o nogę stukała mi butelka piwa. Samochód
      ogólnie był zaśmiecony, brudny i śmierdzący, a pan zapewne innej narodowości
      sądząc po jego kolorze skóry... I w tym momencie zauważyłam, ze zamiast skręcić
      na trasę wiodącą do Krakowa, skręcił w zupełnie odwrotnym kierunku. Zamarłam. Z
      wyrzutem w głosie powiedziałam: Ale my jedziemy do Krakowa, pan skręcił w złą
      stronę!!!-Wśistko dobze-usłyszałam w odpowiedzi czując jednocześnie alkoholowy
      odór i kołysanie samochodu.... Facet miał mętny wzrok i taki dziwny wyraz
      twarzy... Byłam przerażona tą sytuacją!!! Zapytałam go gdzie jedzie, i co on
      powiedział???????????Że jedzie do Czeczenii!!!!!!Na to słowo znieruchomiałam
      przed oczami widziałam bomby, gruzy domów i zakrwawionych ludzi i pomyślałam,
      że on nas chce tam wywieźć!!! Kategoryczie poprosiłam o zatrzymanie samochodu.
      Trochę sie drażnił, ale w końcu postawiłam na swoim. Znalazłyśmy sie na pustej
      ulicy wśród pól. Zupełnie nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy... Na szczęscie stały
      tam dwie miłe dziewczyny , które bez mrugnięcia okiem objasniły nam jak wrócić
      do Warszawy... Dopiero gdy juz bezpiecznie dotarłyśmy do naszego celu
      zorientowałyśmy sie co te miłe dziewczyny robiły same na pustej drodze....
    • a ja bylam w miami jak szedl huragan, ale nagrody nie chce, chce ksiazke PODROZ
      DO MATAKUMBE gdzie ja zdobyc?
      --
      *** Forum Francuskie ***
      • Lubię pociągi . Uwierzcie . Nazywam się Przemek . Mam 17 lat. Mieszkam
        nigdzie – trochę tu , trochę tam . Sposób na spędzenie wakacji ? Pakuję się ,
        biorę kasę i
        do pociągu . I tak z reguły zaczynają się moje podróże , z których rodzą się
        wspomnienia.
        Wspomnienia usiane na szynach kolejowych od Gdańska do Bielsko Białej , od
        Zakopanego do
        Warszawy ....
        I tak zaczęła się moja dzisiejsza podróż. Siedziałam na stacji w Gdańsku i
        zastanawiałam się , do jakiego pociągu mam wsiąść. Słucham uważnie komunikatu :
        „Pociąg ekspresowy z Gdańska do Krakowa odjedzie z toru drugiego za pięć minut” .
        Myślę – to coś dla mnie. Chcę tam być.
        Kupiłem bilet , teraz wsiadam do pociągu. Wsiadam i czuję ten charakterystyczny
        zapach ....
        Nareszcie .
        Przedział wygląda znajomo. Tak jak zawsze. Położyłem plecak na górze i usiadłem .
        Pociąg turkocze i turkocze, mija kolejne miasta, a ja słodko myślę o tym co
        napotknę w Krakowie... Zasypiam....
        Budzą mnie promienie porannego słońca, jestem już w Krakowie. Wspaniale. Wysiadam z
        pociągu.
        Wychodzę ze stacji kolejowej i widzę ... no właśnie , nie widzę niczego. Przede
        mną ukazuje się obraz zniszczenia, dewastacji... po prostu nie ma nic! Kraków
        nie był już tym Krakowem, którego pamiętałem z dwóch lat. Najwyraźniej musiało
        tu się stać coś o czym nawet w mych najśmielszych i najbardziej zwariowanych
        myślach nie mogłem sobie wyobrazić... Ta pustka na ulicach i zniszczenie
        najwyrażniej było spowodowane wybuchem bomby atomowej. Ale dlaczego w takim
        razie stacja kolejowa, z której wyszedłem była nietknięta przez tę katastrofę???
        No cóż, szczerze mówiąc nie byłem w stanie sobie odpowiedziećna to pytanie...
        cieszyłem się że w ogóle jestem i nic mi się nie stało... Po chwili postanowiłem
        przejść się przez zrujnowane ulice Krakowa, znaczy się byłego Krakowa.
        Przechodząc przez zniekształcone przez siłę wybuchu ulice nie widzę ani jednego
        człowieka. Niebo było jakby " na stałe" zachmurzone, było ciemne a promienie
        słoneczne tylko nieśmiało przebijały się przez gęstą warstwę smogu
        powybuchowego. Mimo to zauważam pozytywne strony tej zaistniałej sytuacji...
        Hmmm jako jedyny człowiek jestem w tak wielkim mieście i właściwie mogę robićco
        chcę... Tak więc postanowiłem, że zostanę tu na kilka dni mimo powiedzmy dość
        rygorystycznych warunków... Na początku postanowiłem poszukaćsobie wśród gruzów
        jakieś miejsce tymczasowego pobytu...Po kilku godzinach wyszukiwań znalazłem
        stosunkowo mało zniszczony domek jednorodzinny, gdzieś na skraju miasta. Po
        dwóch dniach przyzwyczaiłem się do tego że jestem sam w mieście, i szczerze
        mówiąc nie przeszkadzało mi to . Podczas jednej z moich wypraw przez ruiny
        miasta usłyszałem jak trzy czy nawet cztery osoby rozmamiają. Nie słyszałem
        nawet o czym rozmawiali ale w pamięć zapadły mi ich jakby uschnięte głosy...
        Zaciekawiony tym faktem że widocznie ktoś w tym mieście jednak przeżył
        podszedłem do nich... Jednak to co ujrzałem przed sobą było zniewalające... Nie
        byli to ludzie byli to kreatury czlekopodobne o bladych twarzach i ranami na
        całym ciele, niektórzy z nich z wyrwanymi pojedynczymi kończynami albo z jednym
        okiem czy też intensywnie owłosionymi na całym ciele... Te makabryczne
        stworzenia przypominały Zombie z horrorów... Po chwili jeden z nich zaczął mi
        tłumaczyć że ich grupka, a było ich ośmiu, jest jedyną pozostałością ludzką w
        Krakowie,i co nad to siędowiedziałem w całej Eurazji... powiedzieli mi, że
        podczas ostatniej nocy zaczęła się intensywna wymiana ciosów pomiędzy
        największymi mocarstwami ówczesnego świata... mówili coś o tym, że Korea
        Północna wspólnie z Irakiem zaatakowały biały dom zrzucając tam bombę atomową,
        podczs wybuchu której zginął sam prezydent G.W. Bush!!! po tym incydencie niemal
        w minutowych odstępach zaczęli bombardować się wszelkimi środkami masowago
        rażenie, aż wreszcie zostało to co właśnie nastałem... co gorsza , mówili że nie
        tylko tutaj tak wygląda, lecz niemal cały świat jest w takim stanie... nie ma
        prąd, nie ma żadnych surowców, Słońce nie przebija przez niebo... nie ma ludzi.
        Po tych chorych opowieściach przedstawiciel grupy z Krakowa ponownie powiedział
        że są oni jedynymi pozostałościami po "prawdziwych" ludziach i chcieliby żeby to
        tak zostało... patrząc się na mnie groźnym wzrokiem dali mi do zrozumienia że
        chcą się mnie pozbyć... W tym momencie zerwałem się do ucieczki, biegnąc tak
        szybko jak mogłem . Potknąłem się wtedy już wiedzałem że jest już po mnie... w
        tym właśnie momencie ...budzą mnie promienie porannego, krakowskiego słońca...
        ufff do był tylko zły sen :p


        Mam nadzieje że to opowiadanie nie było zbyt fantastyczne,,, ale w temacie
        chodziło o chwile grozy przybyte podczas wakacji, a ten sen to właśnie moje
        chwile grozy podczas wakacji.... i na dodatek niezmyślone ;)
        Pozdrawiam Przemas!!!
      • Gość: Gocha IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.07.05, 17:06
        1) JAKO 5-LETNIE DZIECKO ZGUBIŁAM SIĘ NA PLAŻY WE WŁOSZECH
        2) W PIERWSZY DZIEŃ POBYTU W CHORWACJI SKALECZYŁAM SIĘ W WODZIE I NIE MOGŁAM
        PŁYWAĆ PRZEZ KOLEJNY TYDZIEŃ
        3)DRUGI RAZ WE WŁOSZECH PRZEZIĘBIŁAM SIĘ (PIELĘGNIARKA W PENSJONACIE POWIEDZIAŁA
        "ZJEDZ LODA". NIE ZJADŁAM. ZAPALENIE PŁUC. PO DWUTYGODNIOWYM POBYCIE W ITALII
        DWUTYGODNIOWY POBYT W SZPITALU

        TO NA RAZIE WSZYSTKO..

        Ah.. Byłabym zapomniała. Miesiąc temu zacięłam się z rowerem w windzie.
        Pozdrawiam.
    • deszczyk ;) Ale po kolei. Wakacje spędzałam w zeszłym roku na Riwierze
      Olimpijskiej... miało być słońce, piaszczyste plaże i zimna kawa. Ta ostatnia
      była, ale z dwiema wcześniejszymi rzeczami już nie było tak łatwo... więc razem
      z siostrą postanowiłyśmy się rozglądnąć za jakimś ciekawym towarzystwem.
      Początkowo wygląd zaczepiających nas mężczyzn już nas przyprawiał dreszczem, a
      my coraz bardziej posuwałyśmy się w głąb plaży, by uniknąć niemiłego
      towarzystwa. I raz zagadał do nas atrakcyjny Grek. Był miły, sympatyczny, więc
      szybko się dogadaliśmy, a po wspólnej kawie umówiliśmy się na kolejny dzień. I
      tak upływały nam dni, bez żadnych niespodzianek... aż tu pewnego dnia Grek
      zaproponował nam przygodę naszego życia - nocny spacer po dplnych partiach
      Olimpu!!! Razem z siostrą, spragnione mocnych wrażeń, przystałyśmy na pomysł
      ochoczo. I gdy się ściemniło, ruszyłyśmy. Serce biło mi mocno, gdy tylko
      wkroczyliśmy do lasu, ale cisza, jaka panowała, wydawała się obca. Chwilę
      trwało, zanim ją oswoiłam... i dzielnie szłam dalej. Pomysł mi się nagle
      przestał podobać, gdy dotarliśmy do wąskiego przesmyku - żadnego ogrodzenia, a
      jak się spojrzało w dół, z obu stron przepaść!!! Ale i dreszczyk emocji, co
      będzie dalej, dał o sobie znak... niepewnym krokiem, z trzęsącymi się nogami,
      szłam dalej. Jaka ulga, gdy nagle spoczęliśmy na ławeczce, i mogliśmy przez
      moment podziwiać gwiazdy - tak wyraziste, jak nigdzie w Polsce. W międzyczasie
      nasz towarzysz próbował nas nastraszyć opowieściami o greckihc bogach, którzy
      nie lubią takich intruzów u siebie... ale kto dziś w bajki wierzy? Ruszyliśmy
      dalej, i choć momentami droga nie była zbyt szeroka, strach minął. Za to
      wpadłyśmy w zachwyt, widząc wodospad!!! Już się uspokoiłam, moja siostra także
      stała patrząc z szeroko otwartymi oczami... gdy wtem, wydało nam się, że
      widzimy odbicie białej szaty w wodzie. Odwróciłyśmy się, ale nikogo za nami nie
      było, nie licząc naszego Greka, który ustwaiał kadr do zdjęcia. Zaczęłyśmy się
      śmiać, gdy... po raz drugi biała szata zamigotała nam w wodzie. Zrobiło się nam
      nieswojo, ale nic nie dawałyśmy poznać, że coś jest nie tak. Po zrobieniu
      zdjęcia ruszyliśmy w powrotną drogę, gdy w oddali zamajaczyła świecąca zjawa.
      Aż krzyknęłyśmy z przerażenia. Grek też wydawał się mocno poruszony. Szliśmy
      wolno, uważając na kroki... gdy posłyszeliśmy jakieś wycie za nami. Wilków tam
      nie ma, ale było nam już mocno nieswojo. Co jakiś czas dama w zjawie migotała
      nam między drzewami, a my szliśmy, mając serce w gardle. Dawno się nie bałam
      jak tamtej nocy. Nagle odezwały się bębny, jakieś śpiewy... czułam, że nie
      tylko mi, ale i pozostałym mocno bije serce. Gdy w końcu wydostaliśmy się z
      Olimpu, odetchnęłiśmy z ulgą. "Co to było" - zapytała moja siostra trzęsącym
      się głosem. I wtedy... Grek nie wytzrymał. Aż się popłakał ze śmiechu. Okazało
      się, że namówił znajomych, by nas nieco wystraszyli, bo chciał, by nasze
      wakacje w Grecji były niezapomniane... Ale dawno się tak nie bałam. Na ochłodę,
      chwilę później spadł na nas wszystkich letni deszczyk!!!
    • Moja historia miała miejsce w Austrii i jest związana z narciarstwem a raczej
      głupotą początkujących narciarzy. Ale po kolei ... Z żoną i znajomymi
      pojechaliśmy na narty do Mayrhofen z zamiarem poznania dużej części doliny
      Zillertal. Przed wyjazdem kolega roztaczał przed nami wizje wspaniałych tras o
      różnym stopniu trudności o całkowitej długości ponad 600 km. Co tu dużo mówić,
      już na starcie byliśmy przerażeni bowiem na nartach uczyliśmy się jeździć rok
      wcześniej w Zieleńcu. Można by powiedzieć, że wspólnie skończyliśmy jeden (sic!)
      tygodniowy kurs.
      Przed wyjazdem kupiliśmy nasze pierwsze narty i odważnie, z wiarą we własne
      umiejętności udaliśmy się na miejsce pobytu. Reszta towarzystwa miała większe
      doświadczenie w narciarstwie i obiecała zaopiekować się nami w razie problemów.
      Ze spokojem więc podeszliśmy do pomysłu aby kupić karnet, który obejmuje także
      lodowiec Hintertux. Gdy zobaczyliśmy, że wszyscy na drugi dzień tam się
      wybierają to miny nam lekko zrzedły. Jednak, gdy wjechaliśmy na sam szczyt -
      3250 m – znów wstąpił w nas duch gór. Jak to wygląda na żywo można zobaczyć w
      każdej chwili na stronie www.hintertuxergletscher.at/en/cam1.html. Był
      tylko jeden minus. Aby pojeździć po łagodnych, niebieskich trasach trzeba było
      najpierw zjechać około 200 metrów trasą czerwoną. Dla niewtajemniczonych
      wyjaśniam, że kolor czerwony oznacza średni poziom zaawansowania. Mówi się
      trudno. Założyliśmy narty i ... każdy pojechał w inną stronę. Jeszcze tylko
      kątem oka zobaczyłem jak moja lepsza połowa łapie się taśmy, która wyznacza
      granice jazdy dla narciarzy i zdążyłem krzyknąć UWAŻAJ !! Po chwili już
      staczałem się po stoku a jedna narta została kilka metrów wyżej. Z trudem,
      umęczony jak koń po Wielkiej Pardubickiej; z wybitym palcem, który boli mnie do
      dziś dotarłem w końcu na płaski teren. I wtedy skojarzyłem, że nie widzę żony…
      Historia ta miała szczęśliwe zakończenie, odnaleźliśmy się po chwili i już do
      końca dnia spokojnie trenowaliśmy zjazdy. Zapytacie gdzie ta głupota, o której
      pisałem na początku. Otóż po taaakim pierwszym dniu w Alpach już nic nam się nie
      wydawało straszne. I tak jeździliśmy sobie coraz pewniej przez kolejne dni, aż
      nadszedł dzień, gdy wybraliśmy się na Penken. W porównaniu z lodowcem to miała
      być pestka.
      Nasi znajomi uznali, że w tym miejscu trasy są dla nich za łatwe i zostawili nas
      samych. Wszystko wyglądało wspaniale. Słoneczko świeciło, na mapce
      zaplanowaliśmy sobie całodniową trasę o długości około 20 km samymi niebieskimi
      szlakami. Po kilku przejechanych kilometrach przez las dotarliśmy do doliny, z
      której nie było kolejki na dół, tylko wszystkie prowadziły w górę. Ponieważ
      jeszcze nie było południa a zobaczyliśmy taki duży „wagonik” na 150 osób to
      postanowiliśmy zmienić nieco plany i zobaczyć dokąd nas on zawiezie. A przy
      okazji pochwalimy się czym jechaliśmy, bo nigdy dotąd takiej kolejki nikt z nas
      nie widział. Wagonik powoli piął się do góry aż wjechał na szczyt. Widok był
      wspaniały. Przed nami trasy, choć oznaczone na mapce czerwonymi liniami to nie
      wyglądały na zbyt trudne. Do tego jeszcze niewiele osób tam było. W to nam graj
      – pomyślałem. Jeździmy tutaj. Ale w górach pogoda jest zmienna i uczą o tym już
      w przedszkolu. My do przedszkola nie chodziliśmy to skąd mamy wiedzieć. Nagle
      pojawiła się mgła tak gęsta, że na 5 metrów nic nie było widać. Udało nam się
      powoli dojechać do wyciągu krzesełkowego chyba tylko dlatego, że na każdym
      skrzyżowaniu tras sprawdzałem czy dobrze jedziemy. Szczęśliwi, że najgorsze mamy
      za sobą wróciliśmy w okolice tego 150-cio osobowego wagonika. Niestety, aby w
      nim stanąć trzeba było najpierw podejść pod górkę jakieś 200 metrów piechotą, z
      nartami na plecach. W tej chwili doszedłem do sedna opowieści. Jeśli ktoś
      wytrzymał ten przydługi wstęp to za chwilę niech zamknie oczy i wyobrazi sobie
      taką oto sytuację:
      Mamy do wyboru podejście lub dosyć długi zjazd czerwonym szlakiem, który z
      początku leniwie prowadzi na dół. Oczywiście wybieramy ten drugi wariant. A co !
      Kilkaset pierwszych metrów faktycznie było łatwe ale za to potem – masakra. Jak
      dla nas początkujących to była pionowa ściana w dół. Myśli szybko kłębią się w
      głowie – zawrócić źle – bo jak długo będziemy szli pod górę – zjechać nie damy
      rady – może trochę poschodzimy. Jednak zjeżdżamy. Ja jakimś nadludzkim wysiłkiem
      utrzymuję się na nartach, ale moja żona po chwili się przewraca i stacza w dół
      po drodze gubiąc narty. Pomagam jej wstać, mówi mi, że ją boli noga i nie może
      iść. Patrzę na zegarek, jest godzina 14.30. Odpoczywamy chwilę i powoli
      zaczynamy schodzić. Tu przerwę aby wtrącić, że jeśli mieliście na nogach
      kiedykolwiek buty narciarskie to wiecie jak się w nich wygodnie idzie, zwłaszcza
      z dwiema parami nart na ramieniu. Powiem krótko – nie było lekko. Mijali nas
      nieliczni już narciarze a ja zachowywałem kamienną twarz, ale w wyobraźni
      widziałem jak odjeżdża ostatni działający wyciąg w dolinie. Około 15.30
      trafiliśmy na płaski teren. Ale co z tego, gdyż jazda nam nie wychodziła, bo
      wcześniej tędy nie przejechał żaden ratrak. Co chwilę zapadaliśmy się w głęboki
      śnieg. Minęło kolejnych 15 minut a my byliśmy dopiero w dolinie z perspektywą
      jazdy tylko w górę. Człowiek z obsługi wyciągu pokazuje aby wsiadać bo za chwilę
      zamykają. No cóż, o tyle dobrze, że mamy jak się wydostać – pomyślałem.
      Nadrabiamy minami nasze położenie – jedziemy w górę a potem przed nami
      kilkukilometrowy zjazd na nartach do kolejki, która prowadzi do Mayrhofen. I
      nagle… wyciąg się zatrzymuje. Siedzimy na kanapie sami pośrodku wyciągu,
      kilkanaście metrów nad ziemią. Jak zaraz nie ruszy to koniec. Sekundy trwają w
      nieskończoność. Zastanawiamy się czy Austriacy mają lornetki, aby sprawdzić czy
      ktoś nie został. Ulga, jednak ktoś widział, że wsiadaliśmy. Wyciąg rusza. Powoli
      zjeżdżamy szukając właściwej trasy, ale pojawia się dodatkowa trudność – robi
      się ciemno. Pytam jakiegoś snowbordowca, którędy na dół. Pokazuje kierunek i
      odjeżdża. Słyszę jak z tyłu żona coś krzyczy do mnie. Obracam się a ona pokazuje
      na gościa, który uruchamia skuter śnieżny. To był ktoś z obsługi wyciągu. Za nim
      siedziały dwie dziewczyny, ale miał jeszcze przyczepkę. Pytam po angielesku czy
      nas zabierze – powiedział abyśmy wsiadali. Trochę rzucało ale za to w 5 minut
      byliśmy przy kolejce. A tam zabawa na całego. Przy typowej tyrolskiej muzyce
      tłum ludzi czekających na kolejne wagoniki popija piwo i opowiada wrażenia z
      kolejnego dnia na nartach. My też byśmy mogli im coś opowiedzieć, tylko szkoda,
      że po niemiecku to znam kilka słów, z których najczęściej używane jest „Bier”.
      Dla chcących odnaleźć miejsca, w których byliśmy podaję adres strony:
      www.zillertalski.at/
    • Moją największą przygodę z dreszczykiem przeżyłam kila lat temu, ale do tej
      pory na myśl o tamtym zdarzeniu przechodzą mnie ciarki...A było to tak:
      jak co roku z paczką przyjaciół wybraliśmy się we wrześniu w Bieszczady.
      Uwielbialiśmy te stosunkowo puste szlaki, piękne, barwne połoniny, atmosferę
      schronisk i widok najbardziej na świecie gwiaździstego nieba, wędrówki w
      samotności i wspólne rozmowy, chleb z pasztetem po drodze i wieczorną grę w
      karty przy kuflu piwa.
      Pewnego dnia wybraliśmy się na "łatwą, lekką i przyjemną" leśną trasę z Wetliny
      do Cisnej. Żadnych wyższych wzniesień, sam relaks. Odpoczynek. Nic dziwnego, ze
      podzieliliśmy się na mniejsze, 2-3 osobowe grupki, które szły od siebie w
      pewnej odległości. A dzień wcześniej słyszeliśmy opowiastkę o pewnym mieszkańcu
      schroniska, który zmykał przed niedźwiadkiem na drzewo i czekał na pomoc
      siedząc na nim pare godzin. Pośmialiśmy się trochę i tyle. No więc tak idziemy
      sobie leśnym jarem, po lewej stronie kompletny brak horyzontu. Śmiejemy się,
      gadamy, plotkujemy. Nagle jedna z koleżanek stanęła: "Słyszałyście?". "Ale
      gdzie tam, nic nie słyszałyśmy. Ola, nie wymyślaj!". Idziemy. I dalej języki w
      ruch. Po minucie, a może dwóch, wszystkie trzy stanęłyśmy. I teraz już
      usłyszałyśmy. Gdzieś z oddali, z tej nieszczęsnej lewej strony wyraźnie
      dochodził jakiś mruk! Trochę się zdziwiłyśmy raczej bardziej niż
      przestraszyłyśmy, ale wyraźnie coś tam było! Nic to, idziemy dalej. Nie
      zdążyłyśmy zrobić ktoku, gdy teraz po prostu huknęło, zaryczało, i był to ryk
      przeraźliwy! i było to tuż koło nas! W życiu takiego nie słyszałam i w życiu
      tak się nie przeraziłam. Nie tylko ja, bo zaraz widziałam podskakujący plecak
      Magdy, która pędem rzuciła się w dół. Z Olą nie miałyśmy zamiaru czekać, aż
      niedźwiedź (byłyśmy przekonane, że właśnie jego ryk słyszymy) stanie nam na
      drodze. Biegiem ruszyłyśmy za Magdą. "Cholera, same buki, bez bocznych gałęzi,
      nie da się nawet na nie wdrapać". "Czy misie szybciej biegną w górę, czy w
      dół?" "W razie czego to zrzucamy plecaki" - różne pomysły przychodziły nam do
      głowy."Byle do jeziora" - nie wiem czemu wydawało mi się ono głupio ostoją
      bezpieczeństwa. Przecież niedźwiedzie doskonale pływają!
      Zasapane dobiegłyśmy do jeziora. Ani razu nie oglądnęłyśmy się za siebie. Cud,
      że nie skręciłyśmy nogi. Dopiero tam zobaczyłyśmy, że za nami biegnie reszta
      ekipy, nie mniej przerażona. Wtedy wcale nie było nam do śmiechu!
      Do dziś dnia nie wiem, czy rzeczywiście stanęliśmy na drodze niedźwiedziowi,
      czy był to tylko jeleń na rygowisku. I nigdy się o tym nie przekonam. Zawsze
      jednak będę pamiętać o "łatwej, lekkiej i przyjemnej" leśnej trasie z Wetliny
      do Cisnej!
      Ale Bieszczady i tak polecam wszystkim, bez wyjątku. Gorąco!!!
    • Mimo lipcowej aury i dość wczesnej godziny na drewnianą chatę padał gigantyczny
      cień.
      Otoczona była puszczą gęstych drzew pozwalających przedrzeć się zaledwie kilku
      cienkim promieniom wschodzącego słońca, uczepionym spróchniałego drewna.
      Chciałoby się powiedzieć, że nielicznym światełkom udawało się wejrzeć przez
      okna starego domku, rozjaśniając jego wnętrze, ale te niezdarnie zabite były
      deskami.
      Nie wiodła tu żadna dróżka. Pierwotnie były dwie, lecz teraz zarosły wysoką
      trawą, tak jak wszystko dookoła. W powietrzu unosił się zapach drewna i
      fiołków, oraz dźwięk deptanych przez jelenie patyków i śpiewu ptaków.
      Dom znajdował się całkowicie na uboczu, w miejscu, którego nikt nie odwiedzał
      przez długie, długie lata, ponieważ niewielu wiedziało o jego istnieniu.
      Niestety, były wyjątki.
      Zaledwie kilka kilometrów od chaty płynęła niewielka rzeka. Woda przyciągała
      turystów pragnących odpoczynku od zatłoczonych autostrad, brudnych ulic
      metropolii i całej reszty tego, co nazywamy cywilizacją. Tylko nieliczni znali
      to miejsce głównie z opowiadań, ponieważ droga nie widniała na żadnej mapie. Na
      dodatek trzeba było mieć prawdziwe szczęście (albo pecha) żeby w gąszczu
      zarośli znaleźć ów rozkładający się domek, cały zabity deskami i malutkim
      kominkiem nie pamiętającym już dymu.
      Takie właśnie szczęście (lub pech) uśmiechnęło się do pewnego rodzeństwa, które
      po sytym grillu oddaliło się od odpoczywających rodziców. Chwilę później
      zniknęli im z oczu.
      Brat - Martin, pod pachą niósł piłkę, siostra - Natasha, kurczowo ściskała jego
      koszulkę, aby przez przypadek nie zbłądzić.
      - Na pewno wiesz jak wrócić do obozu? - pytała co chwilę. Z każdym metrem
      czuła, że brat nie pamiętał drogi powrotnej, choć odnosiła wrażenie, że nie
      przeszli daleko. Od kilku (może kilkunastu?) minut przedzierali przez gęste
      zarośla. Potem miękka ziemia usłana dywanem ściółki ułatwiła wyprawę, więc
      śmielej kroczyli przed siebie.
      W pewnym momencie Martin przystanął, a siostra wpatrzona w długie konary drzew
      uderzyła w jego plecy.
      Dom wyglądał, jakby wyrósł z ziemi. Dzieci najbardziej zaskoczyło jedno,
      zamknięte okienko - niewielka prostokątna szybka umieszczona tuż pod
      spróchniałym i zapewne przemakającym (podczas pory deszczowej) dachem. Poza tym
      było już tylko drewno, wysoka trawa, głośne bzyczenie owadów i olbrzymia
      duchota wysuszająca usta.
      - Chyba będzie lepiej, jeżeli wrócimy do rodziców. – Stwierdziła Natasha
      pociągając koszulkę brata.
      Jednak ten podbiegł do otoczonej wysokimi trawami drewnianej ściany zupełnie
      ignorując jej uwagę.
      - Myślisz, że ktoś tu mieszka? - Zapytał podniecony. - Opuszczony dom. - Dodał
      po chwili zafascynowanym głosem.
      Natasha nerwowo obracała się we wszystkie strony. Postanowiła zbliżyć do brata,
      ale tylko po to, by odciągnąć go od tajemniczej chaty. Szybko odgarnęła
      spadające na oczy włosy, wyrwane z objęć gumki z froty i przebiła przez
      sięgającą do pasa trawę.
      - Naprawdę myślę, że powinniśmy iść, Martin. Nie wiadomo, co to jest.
      - Nie wiadomo? - Krzyknął w odpowiedzi. - W tym domu ukryta być może fortuna!
      Powinniśmy sprawdzić, co jest w środku. W ogóle nie jesteś ciekawa?
      Rozchodzące echo dotarło do jego wnętrza.
      Otworzył oczy. Leżał na poszarpanym materacu, tuż przy przeciwległej ścianie,
      mimo to słyszał rozmowę dzieci. Wciągnął zakurzone, paskudnie śmierdzące
      powietrze i podniósł głowę. Całe ciało miał niezdarnie obwinięte starymi,
      brudnym bandażami, z ust wystawało czarne uzębienie. Szeroko otwarte oczy
      nerwowo przeszukiwały mroczne pomieszczenie. Poczuł swąd kału, moczu i potu,
      gdzieś w oddali jego nozdrza wybadały stare drewno. Podłoga rozścielana była
      popękanymi deskami, w kącie wił się szczur niszczący pajęcze sieci. Przy
      ścianie leżała olbrzymia, stara dębowa szafa.
      Upewnił się, że był sam. Głosy dzieci dobiegały z zewnątrz.
      Drgnął gdy usłyszał dudniący łomot, jakby coś uderzyło w ścianę. Podniósł się
      do pozycji siedzącej, a wraz z nim w górę poszybowała gruba warstwa kurzu,
      potem patrzył w szybkę gdy coś znowu łupnęło, w końcu usłyszał piskliwy
      krzyk: “Martin, przestań!”.
      Czuł, jak podskoczyło mu tętno napełniając ciało wydzielającą adrenaliną.
      Oddychał głośniej i szybciej, niemalże równo z biciem serca. I nagle – TRACH! –
      zakurzona szybka pękła rozlatując na drobne kawałki, a do środka wleciała
      skórzana piłka. Podskoczyła kilka razy i przyturlała zatrzymując tuż przy
      materacu. Rozszerzył oczy.
      - Widzisz, co narobiłeś? - Usłyszał.

      *

      Tom dźwignął oczy. Poczuł, że rozgrzana koszulka przylepiła się do jego ciała,
      a pościel była cała mokra. Wbił wzrok w sufit z trudem odnajdując w
      rzeczywistości. Na szczęście, był w domu.
      A gdzież by indziej? - Pomyślał.
      Bordowy cień firan okrywał całą sypialnię. Przez otwarte okno słychać było
      ćwierkanie ptaków oznajmiających, że wstał nowy, słoneczny dzień.
      Przez myśli ponownie przemknęło mu wspomnienie rodziców.
      Tom Jenkies był Szczęściarzem. Przed laty pewna ogólnokrajowa stacja
      telewizyjna nazwała go Cudownym Dzieckiem, a cały świat trąbił o jedynym
      ocalałym z gigantycznej katastrofy samolotowej Boeinga 747 na trasie Nowy York -
      Paryż. Tom często wyobrażał sobie, jak byłoby wspaniale, gdyby rodzice
      przeżyli, bo przecież byli tak blisko Prawdziwego Cudu. Siedzieli tuż obok
      niego, pamiętał, że matka obwinęła jego ciało ramionami... Potem przygarnęła go
      pewna rodzina, lecz gdy tylko ukończył pełnoletność, odciął się od opiekunów
      podejmując studia, a później pracę. Prawdziwi świętej pamięci rodzice zostawili
      w spadku ukochany dom na przedmieściach Philadelphii, oraz sporą kwotę
      pieniędzy. Z rodzicami przybranymi utrzymywał kontakt sporadyczny, i chociaż
      byli to dobrzy ludzie, nie widział potrzeby odwiedzania ich głównie dlatego, że
      najbardziej z wszystkich przypominali o śmierci najbliższych.
      Z trudem wyrwał się z objęć niechcianych wspomnień, pokonanych przez wielkie,
      wręcz nadludzkie pragnienie spotkania z Emily. Tęsknił za nią tak bardzo mimo,
      że rozstali się zaledwie wczorajszego wieczoru! Kiedy szukał wzrokiem telefonu
      przypomniał sobie, że kochana Emily jest na zajęciach aż do późnego popołudnia,
      postanowił więc wykręcić numer do Marka, który miał wolne, tak jak on.
      Usłyszał pukanie do drzwi. Kiedy odlepił się od wilgotnej pościeli, zza okna
      dobiegły znajome krzyki dzieci; chłopca i dziewczynki.
      To interesujące, pomyślał drapiąc po rozmierzwionych włosach. Powoli
      rozbudzając zszedł po schodach.
      Gdy otworzył drzwi, jego oczy radośnie zaświeciły.
      - Witaj, śpiochu! - Krzyknął Mark. Letnie słońce spowodowało, że jego koszulka
      z ręcznie wyszywanym na przodzie “Flyers” wyglądała, jakby przed chwilą
      wskoczył do basenu, a brązowe włosy przylepiły się do czoła. - Wiem, wiem. -
      Uspokoił go machając dłonią. - Wbrew pozorom wcale nie padało. Postanowiłem się
      przebiec, ale za nic w świecie nie myślałem, że jestem w stanie wydzielić tyle
      potu. Teraz wiem, że nie był to dobry pomysł. Zresztą widzę, że ty też nie
      próżnowałeś. - Powiedział z uśmiechem oglądając mokre plamy na koszulce Toma. -
      Onanizowałeś się?
      Tom wybuchnął śmiechem i uchylił szerzej drzwi wejściowe. Kiedy podali sobie
      dłonie, powiedział:
      - Rozbawić to ty potrafisz. Choć miałem dziś strasznie zakręcony ranek i wcale
      nie było mi do śmiechu. W każdym razie jestem zadowolony, że mnie odwiedziłeś.
      Weszli do kuchni, gdzie Tom rozlał do szklanek zmrożonego Sprite`a. Szybko
      wchłonęli napój i usiedli przy stole. W domu panował niewiarygodny porządek.
      Tom zawsze był z niego dumny, uważał, że nigdy nie wiadomo kiedy ktoś wpadnie z
      odwiedzinami, dlatego lubił być przygotowany na niespodzianki. A gdy
      rzeczywiście zjawiał się gość, był uradowany po raz kolejny nie dając zaskoczyć.
      - Wpadłem, żeby powiedzieć, że umówiłem się z Nadine. Na dziś wieczór. -
      Obwieścił Mark, starając zachować spokój, choć nie najlepiej mu to wychodziło.
      Tom spo
    • Ja,na hasło "wakacje z dreszczykiem" mam jedno skojarzenie-obóz zuchowy:))wiele
      lat temu.Chyb nie bez powodu był taki barwny,w końcu wiek i wyobrażnia w nim
      działająca,ubarwiała nawet najbanalniejsze wydarzenia.zaczęło sie od znalezienia
      na polanie brzozowego drąga.Był dość gruby i wysoki, jak na dziecięce standardy
      i mial syzorykiem wyryte inicjały"B.D."...i co ja wtedy pomyslałam, będąc fanką
      "Wakacji z duchami"?sam duch Białej Damy we własnej, zakamuflowanej osobie(czyli
      duch nieszczęsliwej księżniczki,która rzuciła sie z wieży)..wtajemniczyłam w
      historie koleżanke z namiotu i zaczeła się nasza przygoda.Na drugi dzień,za
      zupełnie innej polanie,znalazłyśmy ją-B.D...hmmm,podejrzane.Nad rzeką,przy
      ognisku,kilka przyprawiających nas o dreszcz razy widziałyśmy ten sam drąg"Jak
      nic nas pzreśladuje,chodzi za nami!!"
      Ale koniec tej historii nastąpił w deszczową noc,kiedy to zachciało mi sie
      siku,ale ponure warunki nie sprzyjały samotnemu załatwieniu sprawy.Obudziła
      koleżankę,która zgodziła sie ze mna wyjść..uchyliłyśmy poły namiotu..a tam,wbita
      dokładnie przed nami,w srodku deszczowej nocy stała ona-Biała Dama...rozległ się
      wrzask budzący cały obóz..
      Do dziś,ilekroć spotkam kolezankę Beatę,nie wiemy,czy to wszystko było zbiegiem
      okoliczności,żartem..czy zagadką nadprzyrodzoną:))
    • Parę lat tamu wybraliśmy się ze dwójką znajomych na weekend w Bory Tucholskie.
      Znajomy znajomego użyczył nam swojej chatki w lesie - cisza, spokój, daleko od
      skupisk ludzi, dzika głusza. Odpoczywaliśmy sobie rewelacyjnie, bezstresowo do
      momentu gdy mąż poszedł do chatki po coś do picia i zobaczył na drewnianej
      podłodze mokre ślady dziecięcych stópek.... Do dziś nie wiemy jak ten fakt
      wytłuczaczyć, nie było z nami dzieci, w pobliżu też nie, najbliższy dom był
      paredziesiąt kilometrów od nas. Co ciekawe, nie było też w pobliżu żadnej
      wody,by móc chociaż próbować tłumaczyć te mokre ślady... To zdarzenie zostanie
      dla nas zagadką do końca życia.
    • te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
      przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
      wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
      maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
      mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
      spokojnie wrocic i napisac mature!!!
    • te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
      przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
      wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
      maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
      mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
      spokojnie wrocic i napisac mature!!!
    • To było 10lat temu, ale do tej pory czuję dreszyk na samo wspomnienie:)
      Zapisałysmy się koleżanką z klasy na letni spływ kajakowy. Miałyśmy podany
      termin i miejsce, gdzie mamy się stawić. Dotrzeć miałyśmy z Poznania do okolic
      Olsztyna. W ramach oszczędzania postanowiłysmy, nikomu nic nie mówiąc, pojechać
      autostopem. W sumie szło nieźle, aż do pewnego momentu, gdzie zostałyśmy na
      średnio uczęszczanej drodze, a czas mijał nieubłaganie...
      Ruszyłyśmy przed siebie z nadzieją, że ktoś w końcu tą drogą przejedzie i nas
      zabierze. I owszem, zatrzymał się samochód, na którego nawet nie pomachałyśmy.
      Ale ponieważ czas gonił, a dwóch panów wydawało sie sympatycznych, wsiadłyśmy.
      Podróż mijała spokojnie, ale w pewnym momencie panom zachciało się jeść, i
      zjechali do zajazdu. Grzecznie czekałyśmy. Było już po 16-tej, na którą byłyśmy
      umówione na spływ, więc trochę się denerwowałyśmy. (przypominam, ze było to 10
      lat temu i o komórkach nawet nie marzyłyśmy) Ruszliśmy dalej. Zbliżamy się do
      naszej miejscowości - a panowie sienie zatrzymują. Zaczynamy się denerwować,
      wiecie, lasy i te sprawy... Negocjujemy. Przeklęte plecaki w bagażniku, więc
      jeśli wyskoczymy w biegu, wszystko pojedzie w siną dal. Panowie zjeżdżaja z
      trasy w leśna uliczkę, zatrzymują się na polanie. Wyciągają jak gdyby nigdy nic
      wino i proponują nam. Jakoś udaje się nam odzyskać plecaki i w te pędy rwiemy w
      kierunku głównej szosy. Obyło się bez szarpaniny, ale mamy jakieś 3 godzinne
      opóźnienie. Docieramy do trasy, łapiemy kolejnego stopa (stwierdzamy, że
      prawdopobieństwo, że znowu trafimy na takich (...) jest nikłe) i dojeżdżamy na
      miejsce. Po spływie ani śladu, już ruszyli, ale zostawili wiadomość gdzie mają
      postój i ktoś nas tam podrzucił (z organizatorów).
      Spływ był cudowny:)
    • Wszystko wydarzyło się w jednej z malutkich, mazurskich wsi. W jednej z tych
      wsi, gdzie jest jedna kawiarnia, w której wieczorem gromadzą się wszyscy
      mieszkańcy, gdzie w charakterze budzika występuje podstarzały kogut, każdy pies
      ma co najmniej kilku właścicieli a dzieci chodzą po ulicach w samych tylko
      koszulkach i majtkach jedząc lody i eksponując swoje poobijane i podrapane od
      łażenia po drzewach nogi. Ten dzień był taki sam, jak wszystkie pozostałe -
      zapiał podstarzały kogut, ulicą przeszedł starszy pan wyprowadzający na spacer
      kolejno swojego kota a zanim swojego psa, odsłoniły się rolety przy sklepie
      spożywczym i miasteczko powoli budziło się do życia. Jedynym nieznajomym
      elementem byłam ja, która pojawiłam się tam w nocy przychodząc piechotą z innej
      miejscowości. Poszłam do sklepu, kupiłam sobie bułkę i karton maślanki i udałam
      się na poszukiwanie łąki, na której mogłabym spożyć śniadanie. Znalazłam ją
      niebawem, zrzuciłam plecak z ramion i zasiadłam do śniadania. Nieopodal
      spostrzegłam siedzącego na pniu mężczyznę, który mówił coś do konia. Człowiek
      był do mnie odwrócony plecami, tak więc nie zdawał sobie sprawy z mojej
      obecności. Gładził konia po grzywie i mówił do niego. Myślałam, że są to zwykłe
      czułostki, jakimi właściciele obdarzają swoje zwierzęta- ale nie - mężczyzna
      opowiadał koniowi swoje przeżycia. Spokojnym, usypiającym głosem opowiadał
      koniowi o tym, jak całe życie ukrywał przed wnukami swoją przeszłość, aż tu
      nagle jeden z nich dojrzał w pokoju dziadka jego zdjęcie w mundurze Wehrmachtu,
      opowiadał o tym, jak odeszła jego żona (pewnego dnia zrozumiała, że po
      przeczytaniu i nauczeniu się na pamięć wszystkich haseł z encyklopedii nie ma
      nic do roboty, ubrała się w białą, bawełnianą sukienkę i usiadła na krześle, z
      którego już nie wstała), jak rosną jego wnuki (jeden prawie wcale i chodzi na
      gimnastykę - podwieszają go pod sufitem i rozciągają kości - jak na razie
      wydłużyła się mu tylko szyja, drugi rośnie jak na drożdżach). Opowiada i
      opowiada, głaszcząc konia po grzywie, od czasu do czasu klepiąc po grzbiecie. A
      ja siedzę tam i nie mam odwagi się poruszyć, żeby nie zawstydzić tego mężczyzny.
      Po jakimś czasie udało mi się bezgłośnie wycofać, ale zapomniałam zabrać ze sobą
      śniadania, tak więc mężczyzna i tak pewnie potem dowiedział się, że oprócz konia
      słuchał go też jakiś człowiek. Ta historia wydała mi się niezwykła z uwagi na
      to, że nigdy nie podejrzewałam, że zwierzę może być lepszym powiernikiem niż
      człowiek a także dlatego, że obraz człowieka, który mówi do błyszczącego konia,
      opowiada mu ze łzami w oczach najintymniejsze historie wydał mi się
      nieprawdopodobny i piękny.
    • Gość: Aga IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 12:52
      Było to kilka lat temu , kiedy pojechałam z koleżanką do Hiszpanii . Wpaniałe i
      niezapomniane chwile mam w głowie do tej pory , a historia , która mi się
      wtedy wydarzyła teraz przyprawia mnie o śmiech , natomiast co ja wtedy
      przeżyłam ...
      Była piękna słoneczna pogoda , a organizator wycieczki wziął nas do parku
      wodnego . Takich ślizgawek wodnych wtedy jeszcze w życiu nie widziałam , więc
      postanowiłyśmy z koleżanką pozjeżdżać na każdej . Kolejki były strasznie
      długie , ale cóż , dla przeżycia czegoś takiego warto było czekać . Stojąc w
      kolejce każdy patrzył na reakcję osób , które już zjechały .
      Wszyscy byli zadowoleni .
      Ale spodobała nam sie przede wszystkim taka ślizgawka zawijana z tunelami ,
      poskręcana , gdzie puszczali co jakiś czas po jednej osobie .
      Stojąc w kolejce do niej sprawdzałam czy nikt aby nie ma problemów ze
      zjechaniem . Obserwowłam po strojach : bikini zjeżdżały , tak samo jak i pełne
      stroje kąpielowe ,osoby chudsze i grubsze też nie miały problemów ze
      zjechaniem , więc : co to dla mnie !! (pomyślałam).
      Przyszła moja kolej ,koleżanka stała za mną i miała zjeżdżać kilka sekund po
      mnie , no to ok ...
      Położyłam się , odepchnęłam i ruszyłam ...
      Weszłam w tunel i .. zatrzymałam się ! No to dawaj rękami zaczełam się
      odpychać , położyłam się i ..stoję w miejscu! Jak to ?! Co się dzieje ?
      Odwracam się , a tam koleżanka zjeżdża tuż za mną , no to złapałam ją za
      nogę : " Jak nie powiesz mi jak zjechać będziemy siedziały tu jak ofiary losu "-
      powiedziałam do niej . Ona poradziła mi , żebym położyła się i z pewnością
      pojadę . Ok, posłuchałam jej i puściłam. Zaobserwowałam , że ona tak zrobiła i
      ruszyła , więc ja też : kładę się ( w dalszym ciągu w tym tunelu) i ...nic ,
      stoję nadal !! Odwracam się po raz drugi , a za mną tłuścioszek zjeżdża !!
      Miałam taki strach w oczach , że jak przyspieszyłam rękami , używając ich jak
      pagajów , to byłam tuż tuż przed nim w basenie kończącym tą straszną podróż .
      Celowo używam tu stwierdzenia "tuż ,tuż " gdyż , wyłaniając się z wody on
      skoczył mi " na barana" i musiałam się jeszcze spod jego ciężaru uwolnić ,
      podważając go jak lewarek ...
      Jakim upokożeniem był dla mnie , wzrok wszystkich tych śmiejących się ze mnie
      ludzi , którzy tak jak ja stojąc w kolejce , obserwowali . Tylko , że to byłam
      ja !!!
    • Dreszcze do dziś mam, jak wspominam wędrówkę po Beskidzie. Wyruszyliśmy rano, z
      mapą w ręce, licząc że do godziny 14.00 będziemy w schronisku. Droga wydawała
      się prosta i łatwa, więc z ciężkimi bagażem ruszyliśmy z niewielkiej
      miejscowości do pierwszego miejsca postoju. Szliśmy i szliśmy asfaltową drogą,
      a według mapy mieliśmy skręcić w pierwszą ulicę w lewo - ku naszemu zdumieniu,
      dotarliśmy po godzinie do jakiejś większej miejscowości, która na mapie była
      dokładnie po drugiej stronie!!! Zatrzymaliśmy jakiegoś miejscowego, ale pan
      patrzył i patrzył na mapę, po czym poprzestawiał nam długopisem miejscowości.
      Byliśmy zdumieni, że tyle błędów, ale okazało się, że nie musimy się cofać, bo
      możemy iść inną drogą. Zaufaliśmy panu, i poszliśmy dalej asfaltem. Już coś nam
      nie pasowało, ale zawsze lepiej iść naprzód, niż wracać w upale. Most był,
      kładka też, więc wszystko się zgadzało z wskazówkami miejscowego. Ale choć
      szliśmy godzinę, mijaliśmy tylko szczere pola. Zero żywyt istot!!! Nie było
      kogo się zapytać, a gdy stanęliśmy na rozstaju, zgłupieliśmy. Którędy iść? Na
      wyczucie, poszliśmy w lewo. W końcu dotarliśmy do jakiejś wsi, i zaczęliśmy
      pytać mieszkańców jak iść. Jak to bywa, każdy zapytany miał własną wersję - iść
      naprzód, cofnąć się, skręcić w prawo lub lewo. Powoli przestawało nam się
      podobać, tym bardziej, że gromadziły się nad nami czarne chmury!!! Wybraliśmy
      jedną z wersji, i znów z tobołami, i zwiększającymi się obawami, ruszyliśmy
      naprzód. Gdy spadł na nas letni deszczyk, już przestawaliśmy się dobrze czuć, a
      zamiast wesołej rozmowy, słychać było pojękiwania. Nikt jednak nie przeczuł, że
      nagle rozpęta się burza, i spadnie deszcz jakiego żaden z nas nie widział.
      Schroniliśmy się niestety pod drzewem, licząc że nas ominą pioruny. Dreszcze
      jednak, spowodowane zimnem, zaczęły nam towarzyszyć. Jak i strach, gdy drzewo w
      pobliżu zostało roztrzaskane. Zrozumieliśmy naszą głupotę, i zdecydowaliśmy się
      przedzierać, choć nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy. Las, jakieś
      wzniesienie, i woda, która starała się nas wciągnąć swym szybkim nurtem.
      Pierwszy raz się tak bałam. Ale iść trzeba było, choć trzęśliśmy się z zimna, i
      obawy, że uderzy w nas piorun. Gdy dotarliśmy do rzeki, zwątpiliśmy. W ciągu
      może godziny spadło tyle deszczu, że malutki strumyczek stał się rwacą rzeką.
      Przeprawa była konieczna, a my trzymając się za ręce, szliśmy po kamieniach,
      bojąc się każdego kroku. Dlaczego nie zawróciliśmy wcześniej? - każdy zadawał
      sobie to pytanie. I dokąd dojdziemy? Wszędzie widzieliśmy niebezpieczeństwo.
      Nawet nie mieliśmy jak się przebrać, zresztą nasze plecaki były kompletnie
      przemoczone!!! A plecak mokry to i ciężar większy. Baliśmy się wszyscy. Nikomu
      się nie podobała perspektywa nocy gdzieś w lesie, a szliśmy po omacku, słabo
      widząc w tym deszczu gdzie idziemy. Kto był w górach podczas burzy wie, co to
      wakacje z dreszczykiem. Niemiłym zresztą :( Trzęsąc się, około 19.00
      znaleźliśmy schronisko!!! Nawet nie odczuwaliśmy radości, tylko ulgę, że
      jesteśmy cali. Pani ze schroniska widząc nas zdumiała się, że ktoś do niej
      zawitał. Barszcz smakował jak nigdy wcześniej!!! Jakieś dwie godziny po moim
      ciele rozchodziły sięmdreszcze, a ja czułam, że nie panuję nad własnym ciałem -
      cała się trzęsłam. Pozostali również nie wyglądali lepiej. Dostaliśmy aspiryny,
      i położyliśmy się do łóżek. Na drugi dzień poczuliśmy się lepiej, ale deszcze
      nie ustawał. Zostaliśmy poinformowani, że szlaki są pozamykane. Miło było w
      schronisku, ale jakże żeśmy się zdumieli, gdy usłyszeliśmy, że z punktu wyjścia
      do schroniska była 1-1,5 godziny!!! My szliśmy prawie 9!!! Mapa poszła w
      kosz... do dziś nie wiem, kto ją wydał!!! A na wspomnienie burzy, i
      roztrzaskanego drzewa, czuję wciąż dreszcze. I więcej nie wybiorę się bez
      sprawdzenia trasy, i upewnienia się, że mapa nie kłamie!!!
    • Ps Gość : Aga to ja , zapomniałam się zalogować
    • Historia, o której chciałbym Wam opowiedzieć wydarzyła się ładnych parę lat
      temu. Wydarzenie to miało miejsce około roku 1988. Miejsce owego wydarzenia
      jest już miejscem historycznym bowiem było to NRD. Niestety nie umiem
      przytoczyć dokładnej nazwy miejscowości, ale było to miejsce - jak na tamte
      realia - dla mnie niezwykłe. Niesamowita „zachodnia” zieleń a w całej okolicy
      jeziora jak z bajki :) To tyle tytułem wstępu.
      A więc... początek całej historii należałoby rozpocząć od tego, że po
      przebudzeniu usłyszałem z ust mojego taty mniej więcej takie słowa: „Czy
      miałbyś ochotę dziś popływać łódką po jeziorze?”. Oczywiście z dziecięcym
      entuzjazmem (piszę dziecięcym ponieważ miałem w tamtym czasie nie więcej niż 10
      lat) przystanąłem na tą propozycję. Po skonsumowaniu przepysznego śniadania
      przygotowanego przez moją mamę nie zastanawiając się zbyt długo poszliśmy z
      tatą do wypożyczalni sprzętu wodnego. Wypożyczyliśmy drewnianą łódkę i
      wyruszyliśmy ku środkowi jeziora, żeby podziwiać piękną „zachodnią” przyrodę.
      Pogoda na taką wyprawę była naprawdę wymarzona. Słońce prażyło z bezchmurnego
      nieba i nie było czuć najmniejszego powiewu wiatru. Pływaliśmy tak przez ładne
      parędziesiąt minut mijając po drodze niezliczone ilości ptactwa wodnego
      oraz.... miejscowych Niemców opalających się na swoich jachtach w stroju... Ewy
      i Adama :) I w ten sposób docieramy do punktu kulminacyjnego naszej wyprawy. To
      co wydarzyło się w kolejnych minutach zmroziło krew w moich i taty żyłach.
      Nagle, niewiadomo skąd, zerwał się niesamowicie silny wiatr pod wpływem którego
      zaczęły tworzyć się fale jakich do tej pory nie widziały na jeziorze moje
      dziecięce oczy. Ale jakby tego było mało zza przybrzeżnych tataraków wyłoniła
      się „trąba powietrzna”, która po wejściu do wody przeobraziła się w „trąbę
      wodną”. I w tym właśnie momencie zaczął się prawdziwy koszmar. Trąba zaczęła
      coraz bardziej zbliżać się w stronę naszej łódki by dosłownie w ostatniej
      chwili ominąć nas o centymetry. W całym tym thrillerze była też chwila na to by
      móc się uśmiechnąć ponieważ ten niesamowity powiew wiatru porwał wszystkie
      ubrania z jachtów wspomnianych wcześniej „śmiałych” Niemców co spowodowało
      niemały popłoch w ich szeregach :) Na szczęście łódka, którą pływaliśmy wyszła
      bez szwanku z konfrontacji z „wodną trąbą” i po uspokojeniu się fali na
      jeziorze mogliśmy spokojnie udać się do brzegu.
      Historia, którą Wam opowiedziałem jest chyba na tyle niewiarygodna, że do
      dzisiejszego dnia jak tylko wspominamy z tatą to wydarzenie to na twarzy mojej
      mamy oraz siostry zarysowuje się tajemniczy uśmiech niedowierzania. Ale
      niezależnie od tego czy ktoś wierzy w to co wydarzyło się na tych
      niezapomnianych wakacjach, to ja ten dzień będę wspominał do końca moich dni.
      Na zakończenie chcę podziękować wszystkim, który znaleźli chwilę by przeczytać
      całą historię. Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim takich niezapomnianych
      przygód.

      Pozdrawiam.
      Mariusz.
    • Ukraina, Lwów – rok 2003.
      Ukraina sprzed Juszczenki, kraj ludzi smutnych i ostrożnych, przygnębionych
      wszechobecną szarością. Kraj ludzi, którzy boją się powiedzieć za dużo. Jadę
      tam z polską grupą jako pilotka. Jest nas dwa autokary.
      Socrealistyczna bryła hotelu gdzieś na przedmieściach Lwowa, w otoczeniu
      ponurego blokowiska. W pokojach tapczany pamiętające chyba jeszcze dziadzię
      Breżniewa, unoszący się w powietrzu zaduch nie do zlikwidowania i kij sterczący
      ze ściany zamiast prysznica.
      Niestety, także jedna rzecz pozytywna dla moich turystów – w osiedlowych
      sklepikach tani alkohol. Okazja do wyjścia na miasto i zrobienia sporych
      zakupów.
      Przyjechaliśmy do Lwowa późnym popołudniem, było kwaterowanie, trochę
      zwiedzania i kolacja. Mimo, że maj, zmrok zapadał szybko. Kiedy kończyłam
      kolację w opustoszałej hotelowej restauracji, było prawie ciemno, chociaż duży
      zegar na ścianie wskazywał dopiero 21:00.
      Od dziwnego dania, w którego składniki wnikać już nie chciałam, odrywa mnie
      sygnał sms. Czytam i jedzenie staje mi w gardle: „Nasi ludzie zostali
      napadnięci i ciężko pobici, siedzą w recepcji, jedzie pogotowie i milicja”.
      Przez chwilę mam nadzieję, że to ponury żart drugiego pilota, który już
      wcześniej wykazywał się specyficznym poczuciem humoru. Schodzę jednak do
      recepcji – faktyczny stan rzeczy odpowiada opisowi. Dwoje zakrwawionych ludzi,
      krew na prowizorycznych bandażach, na ich ubraniach i na stoliku. Przy nich –
      histeryzująca współtowarzyszka. Zdrowa, nietknięta – bo bez oporu oddała
      torebkę z paszportem, kartą kredytową, komórką i sporą sumą w portfelu.
      Pozostali, ufając w swoje siły w starciu z młodocianymi chuliganami,
      przeliczyli się. Kobieta ma złamaną rękę, jej brat liczne stłuczenia i
      zadrapania.
      Drugi pilot jedzie z milicją i obrabowaną na komisariat, ja z poszkodowanymi
      wsiadam do karetki, która wygląda tak, jakby to miał być jej ostatni kurs. Po
      drodze dowiaduję się, co zaszło – pomimo późnej pory poszli do osiedlowego
      sklepiku, a wracając z zakupami zostali napadnięci przez grupę ok. 18-19-
      letnich ludzi. Krzyczeli, wołali o pomoc – ludzie w blokach zamykali okna,
      alejka błyskawicznie zrobiła się pusta.
      Wreszcie szpital. Prześwietlenie na jakiejś starodawnej, trzeszczącej
      aparaturze, gips na rękę. W Polsce okaże się, że był za cienki, trzeba go
      zerwać i położyć jeszcze raz… Obługa – współczująca, miła, serdeczna,
      przeplatają się słowa polskie, ukraińskie… Nie mamy najmniejszego problemu ze
      zrozumieniem się. Lekarz prosi, żeby mu odkupić w aptece bandaże, bo między
      Polską i Ukrainą nie ma umowy o refundacji kosztów poniesionych za leczenie
      pacjenta (?!!!).
      Po powrocie ze szpitala – kolejny szok. Milicja była opryskliwa, niemiła,
      rozmawiali tylko po ukraińsku, podsuwali do wypełnienia jakieś druczki w języku
      ukraińskim. Nie chcieli wystawić zaświadczenia o kradzieży paszportu, a wizja
      lokalna polegała na żartach i pogaduszkach z ekspedientką w sklepie. Nie został
      spisany żaden protokół ze skargą! Jest późno, idziemy spać, jutro pojedziemy do
      polskiego konsulatu.
      Na drugi dzień rano – piękna pogoda i wszystko wygląda jakoś lepiej, ale do
      czasu. Taksówkarz „nie umie” odnaleźć ulicy, gdzie znajduje się nasz konsulat,
      kluczy po mieście i jest bardzo rozgoryczony, bo na koniec nie otrzyma całej
      zapłaty za tę wycieczkę krajoznawczą;).
      Wreszcie konsulat – krótka, rzeczowa rozmowa, zdjęcie do nowego paszportu. Moi
      turyści decydują, że nie odpuszczą i doprowadzą do przyjęcia przez milicję
      zgłoszenia o przestępstwie. Jedziemy więc z pracownikiem konsulatu na
      komisariat. A tam… Masywne mury, zakratowane okna. Ściany pomalowane obłażącą
      olejną farbą, która pozwala poznać kolorystykę także sprzed iluś lat.
      Rozchwiane krzesełka, zniszczone biurka i starożytne maszyny do pisania. Pani
      pisze tak jak ja – dwoma palcami ;), więc już na wstępie nastawiam się na
      długie czekanie.
      Czekamy. Najpierw na szefa. Szef na spotkaniu. Potem na jego podwładnych,
      którzy wczoraj przyjmowali zgłoszenie. Pracownik konsulatu cierpliwie tłumaczy
      naszą relację coraz to nowym osobom. Niestety, również i te osoby znikają bez
      śladu i już do nas nie wracają ;). Nie pomaga nawet fakt, że nasi pokrzywdzeni
      to emerytowani policjanci.
      Po ok. dwóch godzinach szef znajduje dla nas kwadrans, przesłuchanie zaczyna
      się od nowa. Potem znika na następne dwie godziny. W pokoju unosi się zapach
      papierosów, które milicjanci palą przy biurkach, kurzu i zastarzałego potu.
      Pani ze złamaną ręką robi się zielona na twarzy.
      Wreszcie jest protokół, ale komendant nie chce… przystawić pieczątki. Kolejne
      40 minut negocjacji. Rozmowa oczywiście w języku ukraińskim, dobrze, że jest z
      nami pracownik konsulatu. Walczy o nasze sprawy – to pogrozi, to robi się
      stanowczy, to przymilny…
      Po około pięciu godzinach możemy wyjść z upragnionym papierkiem, pan z
      konsulatu odwozi nas swoim samochodem do hotelu. Po drodze rozmawiamy o
      sytuacji na Ukrainie - jest ostrożny, nie chce nic osądzać. „Ludzie się tu
      boją” – zamyka temat.
      Dwa lata później śledztwo nie postąpiło ani na krok, być może zostało umorzone,
      a strony polskiej nie zawiadomiono o niczym. Paszport nie odnalazł się nigdy.
      Ale oglądając w telewizji pomarańczową rewolucję miałam przynajmniej jedną
      nadzieję – że będąc tam w przyszłości nie usłyszę już słów świadczących o
      strachu. Że milicjanci nie będą lekceważyć cudzoziemców, ale poczują się
      gospodarzami w swoim kraju i zechcą zapewnić bezpieczeństwo swoim gościom. I że
      przemiły pracownik konsulatu będzie mógł bez obawy powiedzieć: tak, mam
      ukraińskie obywatelstwo. Ale jestem, urodziłem się i czuję Polakiem.
    • "Wakacje z dreszczykiem" to na 100% moja podróż poślubna. Byliśmy na Majorce i
      w sumie było wszystko OK. Hotel fajny, jedzenie fajne. Pojechali z nami nasi
      długoletni znajomi i bawiliśmy się świetnie. Nasz hotel organizował różne
      wycieczki po wyspie i z kilku skorzystaliśmy, ale stwierdziliśmy, że fajniej
      będzie wypożyczyć samochód i samemu pojeździć. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy.
      Następnego dnia rano wypożyczyliśmy terenowy samochód z napędem na 4 koła,
      ustaliliśmy trasę i wyruszyliśmy w drogę. Majorka jest bardzo górzystą wyspą
      (dla tego jest taka śliczna). Jeździliśmy kilka godzin po wysokich i stromych
      górach i pagórkach. Drogi były tak wąskie, że mieliśmy trudności z minięciem
      się z samochodami z naprzeciwka. Widzieliśmy za to dom M.Dugglasa oraz dom
      Króla Hiszpanii. Po całym dniu wrażeń postanowiliśmy wracać do Hotelu i wtedy
      się zaczęło. Najpierw zabrakło nam benzyny.. Po kilku kwadransach stania na
      poboczu zatrzymał się samochód i przelaliśmy troche benzyny do naszego auta.
      Potem szukanie stacji benzynowej ... koszmar. Byliśmy ok. 20 kilometrów od
      naszej miejscowości, głusza - same plantacje pomarańczy i cytryn, żadnego domu
      w okolicy. Zatrzymaliśmy się na zmianę kierowcy i wtedy podczas ruszania - huk,
      samochodem zatrzęsło i zobaczyliśmy części samochodu jak rozsypują się po
      ulicy. Szok - co robić? Okazało się, że rozwalił się w drobny mak - wał.
      Niestety z dalszej jazdy nici. Byliśmy przerażeni, pusta droga, środek pola.
      Zaczeliśmy szukać jakiegoś domu. Po godzinie marszu - udało nam się.
      Właścicielami było dwóch niemców, którzy okazali się bardzo mili. Zadzwonili po
      pomoc drogową, dali nam jeść i pić i w końcu zawieźli nas do Hotelu. Po
      wszystkim okazało się, że mieliśmy niespotykane szczęście bo gdyby taka awaria
      trafiła nam się w górach to nic po nas by nie zostało. I właśnie takie przygody
      mieliśmy w trakcie podróży poślubnej. M
    • Jako szczęśliwa studentka prawie drugiego roku studiów pojechalam na miesiąc do
      ciotki za Morze Baltyckie-do Szwecji.Po równie mile i szczęśliwie spędzonych
      wakacjach-lato bylo wtedy hiszpańskie iście, nadeszla pora na powrót.
      Samodzielny rejs promem chyba "Pomerania". Odwieziono mnie do portu, w którym to
      porcie zreflektowalyśmy się obie, że jest to koniec lipca , a co za tym
      idzie-zmiana turnusu. Huk ludzi. Wniosek- brak wolnych miejsc w kajutach.
      Odstanie pól godziny w kolejce z beznadziejnym o to pytaniem potwierdzilo nasze
      przypuszczenia. No cóż- ciotka mówi- wiesz co, czasem ci z obslugi sprzedają na
      lewo miejsca w swoich prywatnych kajutach... Pożegnawszy się z przerażoną ciotką
      i przeszedlszy odprawę podążylam z tobolami (ciuchy dla calej rodziny) na prom.
      Podszedl do mnie pewien pracownik promu, wynajęlam go do dźwigania owego
      brzemienia. I zadal mi wiekopomne pytanie:nie szukasz może kajuty? "Tykanie"
      wkurzylo mnie, no ale nie wyglądalam na swoje 20 lat (dziś wszyscy mówią mi już
      "pani",niestety).Przecież nie będę nocować na pokladzie pośród pijanych
      Szwedów,a z restauracji mnie wygonią w końcu. Umówiliśmy się, że jak tylko prom
      ruszy gość pokaże mi tę kajutę. Przyszedl, pokazal, dal mi klucz,przyniósl mi
      pościel. Wytlumaczyl mi (niejasno) gdzie na korytarzu znajduje się prysznic, z
      którego i tak nie skorzystalam,o czym za chwilę. I poprosil mnie abym się za
      bardzo nie szwendala po tym korytarzu, bo go ktoś może podkablować. OK.Wyszedl.
      Za chwilę wrócil,chyba z tą pościelą, nie pamiętam. Coś tak gadka-szmatka,
      spytal czy mi rano śniadanie przynieść. Do lóżka. I zahihotal "O,
      przepraszam."Ja na to, że doskonale dam sobie radę. Poszedl. Jeszcze byla
      wczesna godzina, zatem wybralam się do sklepu bezclowego (lza się w oku kręci na
      wspomnienie!)kupić sobie prawdziwy rum Bacardi, zjeść coś na pokladzie, i
      poczekać na zawsze przepiękny zachód slońca na pelnym morzu. Cudownie, cieplo,
      bryza koila podejrzenia i myśli. Sloneczko schowalo się w swoją morską kolderkę
      i trzeba bylo wracać. Po drodze usilowalam zlokalizować ten prysznic- bez
      skutku. Jeszcze mnie na korytarzu zaczepilo jakiś dwuch i mialam dosyć. Trafilam
      do kajuty. I próbuję otworzyć. Ani rusz! Klucz nie pasuje. A ten caly marynarz
      nie wiem gdzie jest. Wrócilam z tą butelką rumu na poklad. Zimno się już zdążylo
      zrobić. I czekam. W końcu trafilam na drania. A on wcale nie zdziwiony, że klucz
      mi nie pasowal otworzyl drugim."No wiesz do tego klucza trzeba wprawy".Dal mi
      potem ten swój jak się okazalo uniwersalny. Zasugerowalam mu, że może tak byśmy
      się rozliczyli- a nie musi być teraz, to może ja rano przyjdę. Bardzo dobitnie
      mu rzeklam, że ja chcę teraz. No dobra. Pyta mnie co będę robić wieczorem, czy
      na dyskotekę się wybieram może? Wkurzylo mnie to maksymalnie, bo nie sądzilam,
      że wyglądam na bywalczynię dyskotek. Nie, proszę PANA, ja nie chodzę na
      dyskoteki.A to szkoda, szkoda.Dziewczyna w twoim wieku ble ble..Już wcześniej
      dostrzeglam na jego palcu zlotą obrączkę , co sugerowalo, że zapewne jest żonaty
      i być może nawet dzieciaty. Zaczęlam wspólczuć tej biednej kobiecie zdradzanej
      przy każdej lepszej, czy gorszej okazji. No i wkońcu chcąc wzbudzić we mnie
      litość zapytal "A czy nie przeszkadzaloby ci jakbym potem przyszedl i tu na
      górnym lóżku się przespal?"(piętrowe tam stalo)"Tak tylko parę godzin.No bo tak
      calą noc na pokladzie wiesz..." Jak mnie wpienil!!! Nie, nie moze pan.
      Przeszkadzaloby mi to. Zaplacilam za kajutę, to chcę w niej być sama! Do
      widzenia. Poszedl. Ja chcialam mieć tę noc już za sobą. Świadomość, ze cala
      obsluga ma klucze uniwersalne wcale nie napawala optymizmem. W obawie, ze znowu
      nie zdolam otworzyć tych przeklętych drzwi od kajuty, i że gdybym wyszla ktoś by
      się przyczepil, i że mogę spotkać tego wyluzdańca- zostalam w kajucie do rana. W
      kajutach dla turystów są i toalety i prysznice. Tu byla tylko umywalka.Ale za to
      bylo okno z widokiem na morze. Jednak zdecydowanie na minus szalę wagi
      przechylil kalendarz z golą panienką. Kąpiel w umywalce i sposoby na opróżnienie
      pęcherza- pominę. Zabarykadowalam drzwi krzeslem i częścią bagaży (resztę
      zostawilam w depozycie). Na morzu na ogól sypia się świetnie, bo kolysze. Ale
      tej nocy do końca życia nie zapomnę. Calutką noc śnily mi się trąby powietrzne.
      "Twister" czy tym podobne to wieczorynka, przy tym co wyprodukowal mój
      mózg.Oscar senny za efekty specjalne. I calą noc uciekalam przed tymi trąbami.
      Cale szczęście mój dziadek nieboszczyk za życia wybudowal zapobiegliwie schron
      pod powierzchnią podwórka, bo bym tej nocy chyba nie przeżyla . Rozerwaloby mnie
      na strzępy. Podczas przeblysków świadomości slyszalam jak zaloga dobrze się
      bawi, w tym facet z którym zawarlam ustną umowę najmu tej kajuty. O świcie
      zabawa ustala. Trąby powietrzne daly mi dożyć poranka. Wstalam ultra wcześnie,
      wyzbieralam się i ulotnilam tuż przed 7.00 (o tej otwierają kafeterię). Drzwi
      się zatrzaskują same więc cale szczęście moglam klucze zostawić w środku. Wraz z
      ulotką na temat szczęśliwego życia rodzinnego. Niech go chociaż trochę zaboli!
      Dotarlam szczęśliwie na polską ziemię.

      Rum wypil mój ojciec z kolegą i nie zostawili mi ani kropelki. Ale chociaż bylo
      mu glupio.

      (Wszystkie zdarzenia wyżej opisane są autentyczne. Ten schron na podwórku także.)
    • A co to były za wakacje, skoro cały czas czułam dreszcze. Miałam wrażenie, że
      niczym Telimena śpię na mrówkach. A o te dreszcze przyprawiła mnie... moja
      przyszła teściowa!!! Bo tak się stało, że mój mężczyzna zdecydował, że czas bym
      poznała jego rodzinę, a że mieszkają wiele kilometrów ode mnie, wakacje wydały
      się najlepszym czase. Miałam dreszcze, zanim jeszcze wkroczyłam do domu, ale
      słyszałam, że to sztywna pani adwokat. Sztywna?? Przypominała kij. Gdy mnie
      pierwszy raz ujrzała, zlustrowała z góry na dół (a dreszcze się od razu
      odezwały!!!), i podała dłoń. Uścisnęła ją lekko, po czym... wyjęła chusteczkę,
      i swoją przetarła!!! Akurat była pora obiadowa, a ja ledwo co na nogach stałam,
      tak mi się trzęsły. Jak tu jeść, gdy ręka drży? Mój mężczyzna mnie uspokajał,
      ale gdy tylko pomyliłam widelce, i groźne spojrzenie zerknęło na mnie, drżałam
      cała. Potem okazało się, że dałam nie tą saładkę do ziemniaczków co miała być -
      bo ta druga to była na deser, z jakimiś kuleczkami, źle nalałam wina, złą
      serwetkę wybrałam, a przyszła teściowa sumiennie mnie poprawiała. Gdy koszmarny
      obiad się skończył, na dodatek zjedzony prawie w ciszy, zaprosiła nas do
      salonu. Jeszcze się z nią nie oswoiłam, a poczułam się jak na spowiedzi.
      Posypał się na mnie grad pytań, a ja czułam dreszcze widząc jej spojrzenie,
      które mówiło samo za siebie - nie nadaję się na kobietę jej syna! I tak ciągle
      coś było nie tak. Co położyłam kubek, szła i poprawiała. Co ściereczkę
      zawiesiłam, okazało się że nierówno. Co się ubrałam, nie pasowałam do czegoś
      tam, np. do jej kapelusza. Mimo oparcia mojego mężczyzny, ciągle trzęsły mi się
      ręce. W końcu On stwierdził, że ma dosyć, bo wyglądam jak alkoholik, i
      strasznie zmarniałam. Przeprosił mamę, i wynieśliśmy się do przytulnego
      pensjonatu, a jego rodzinę odwiedzaliśmy od czasu do czasu. Długo trwało, zanim
      opuściły mnie dreszcze. Gdy tylko miałam iść w gości, one mi towarzyszyły.
      Trwały przy mnie, psuły wakacje. Ale udało się. Po dwóch miesiącach przyszła
      teściowa stwierdziła, że nadaję się do rodziny!!! I przestała na mnie patrzyć
      jak na potencjalnego przestępcę. Tylko że ja oswoiłam dreszcze, i jeszcze długo
      po powrocie do domu trzęsłam się cała, gdy przypominało mi się jej karcące
      spojrzenie. Już wolałabym spędzić wakacje z duchami!!!
      • Gość: Paul IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 11:44
        ach coz za dreszczyk ;) wiesz z gory przepraszam za nieprzychylna opinie, ale
        to byla bardzo nudna historia... sam sposob opisywania...
        moze to nie grzeczne, ale ile Ty masz lat?? 16?? naprawde nie spotkalo Cie w
        zyciu nic bardziej pasjonujacego lub strasznego??
        nic tylko pozazdroscic :) oby tak bylo nadal.
    • To było jeszcze na studiach w tych wspaniałych, bajecznych czasach kiedy
      wakacje trwały 3 miesiące a po Europie stopem jeździło sie miesiąc z hakiem z
      10 dolcami w kieszeni.. ach..
      Cała rzecz działa się w leśnych ostępach bieszczadzkich szlaków. Jak co roku
      mieszkaliśmy w namiocie zwanym "szczurek" w bazie studenckiej pod ,a właściwie
      nad Wetliną. Pięknie tam było bo i ludzie "prawdziwi" przyjeżdżali a jak się
      pieniążki kończyły to za narąbanie drewna to i nocleg i zupę można było dostać!
      (baza przy Wetlinie już nie istnieje niestety:((
      I tak mieszkaliśmy sobie, poranna toaleta w rzeczce, leniwe wędrówki po
      połoninach, zdjęcia wschodu słońca i niebieskich dzwoneczków a na śniadanko
      bułeczka z kozim serkiem. Słowem- sielanka!
      Aż nastał TEN dzień!
      W sumie nic nie zapowiadało rozwoju wypadków, poza podskórnym mrowieniem i
      uczuciem lekkiego niepokoju…żartuję oczywiście nic takiego nie było! poza
      jednym- z lekką niechęcią przystałam na propozycję mojego lubego- dziś już męża
      na wyprawę na Małą i Duża Rawkę- kto miał przyjemność- wątpliwą, ten wie- 25km,
      górka dołek, górka dołek i tak w koło Macieju, az w końcu Rawka i pięęęęękny
      widok. (nie było mi dane…ale nie uprzedzajmy!)
      Po porannych oblucjach i sytym śniadanku i o rozsądnej godzinie- czyli tak koło
      południa- ruszyliśmy.
      Trochę mglisto, lekko parno wiadomo, aura bieszczadzka,raz leje raz grzeje.
      Nawet miło było, Marek raczył mnie opowieściami o niedzwiedzaich,ulewach,
      lawinach błotnych, o tym jak błyskawicznie zmienia się pogoda w Bieszczadach
      hehe takie czary mary, słowem macho ,dżolero prawdziwy nic dodać nic ująć:)
      Wyprawa trwała, czas mijał gdy w tle usłyszałam złowrogi pomruk…aaaa…burzy..
      (!!!!)
      He, myślę sobie- daleko jest ale dreszczyk przeszedł- ja wychowana na
      opowieściach babci o burzy, o piorunie kulistym co wpadł kiedyś do mieszkania
      babcie na łóżko rzucił i zegar rozbił a sąsiadowi stodółkę spalił, łooo
      paaanie!!!, o tym że biegać nie wolno,metalowych rzeczy tykać a tym bardziej w
      górach w czasie burzy przebywać absolutnie nie, nie i jeszcze raz nie!, cóż
      poczułam się lekko nieswojo..
      Chmury i atmosfera zagęszczała się z minuty na minutę, nawet mojemu macho mina
      zrzedła,aż nagle- z nieba lunęły na nas hektolitry wody a nawałnica nabrała
      mocy!
      Co najgorsze byliśmy już naprawdę wysoko, na przełęczy, ani do przodu ani do
      tyłu! Przekrzykując pioruny i nawałnicę wykrzyczałam w ucho lubemu że schodzimy
      ze szlaku w dół żeby nie być dla morderczych piorunów jak na patelni i
      przeczekujemy, a no i że oczywiście żeby nie ważył się puścić mojej reki bo jak
      go piorun trafi a ja nie daj Boże przeżyję to przecież ja bez niego żyć nie
      mogę a tak trafi nas oboje i na miejscu w miłosnym uścisku ubije:)) ach młodość
      jest dzika!!:)
      Schodziliśmy ze szlaku co raz niżej a wkoło szalał żywioł..w końcu
      przycupnęliśmy pod skałami i czekamy pioruny biją drzewo za drzewem kończy
      żywot..pół godziny, godzina…dwie..burza powoli słabnie, przemoczeni i
      zziębnieci,Marek mówi żeby iść bo się wyziębimy i w ogóle będzie kiszka bo
      niedługo się zrobi ciemno. Ruszamy powoli stokiem pod góre-logicznie- idąc pod
      gorę trafimy wreszcie na samą góre..logicznie?? Jakoś ta droga wydała nam się
      dużo dłuższa niż ta w dół, zaczęło robić się ciemniej, podniosłą się mgła. W
      końcu wyszliśmy na połoninę i…..okazało się ze to nie szczyt tylko mała
      zagubiona polanka na której pasły się jelonki!! Wpadłam w panikę! Nie były to
      czasy mobilnych telefonów,serce załomotało mi gdzieś w okolicy krtani a nogi
      odmówiły posłuszeństwa, no tak, za parę lat pogranicznicy znajdą tu nasze
      pobielałe kości Marek!! Marek!!! zrób coś je nie chcę umierać, ja jestem mokra,
      głodna i w ogóle to chcę do namiotu a najlepiej to do babci mojej na rosół!!
      zrób coś! Marek zrobił coś,tzn postawił mnie na nogi i powlókł dalej. Minęliśmy
      jeszcze kilka takich polanek i wreszcie..przed nami.. Ukazał się szczyt
      Wielkiej Rawki!
      Łzom szczęścia- moim- nie było końca! Ale poprzysięgłam że nigdy na tę górkę
      nie wlezę, ominęliśmy ją łukiem po stoku, wyszliśmy na szlak, obejrzeliśmy
      okolicę w poświacie wieczornej i ruszyliśmy w dłuuugą drogę powrotną.. Głównie
      w błocie, na tyłku potykając się ze zmęczenia, ale dotarliśmy na cztery porcje
      gorącego żurku z jajkiem prosto od pani bufetowej w wetlińskiej knajpie po
      schodkach…
      I oto moje story, czy była z dreszczykiem- sami oceńcie, ja mam dreszczyk choć
      minęło już dobre 7lat od tej wyprawy,i na całą przygodę patrzę z ogromnym
      sentymentem to przysięgam uroczyście ze na żadną Rawkę nie wlizę nigdy i już!

      pozdr:)kama


    • 20.06.2002r.

      Jeszcze tylko dwie godzinki i koniec tej nudnej szkoły na dziś...jak ja marzę o
      wakacjach, o wspaniale chłodnej kapieli w naszym jeziorku i o tych upałach
      jakie zawsze nawiedzają nasz okolicę..
      Tak naprawde to zostały jeszcze tylko dwa dni i WAKACJE!!!Upragnione,wymarzone
      wakacje za którym tęskni się cały rok!!
      W końcu nadszedł ten dzień, jednak pogoda niestety nie dopisywała,było
      pochmurno,deszcowo i brzydko-wymarzone wolne a jeszcze takie zapadane:(Wychodzi
      na to,że musze pozostać w domku i siedzieć przed telewizorem i oglądać razem z
      babcią kiepskie tasiemce czyli telenowele..no ale cóż..lepszy rydz-niz nic-
      prawda?
      Oglądam już chyba 1598 albo 1599 odcinek Luz Klarity-jednym okiem patrzę drugim
      już przyspaim-aż tu nagle dzwonek do drzwi!
      Otwieram i co widzę-paczkę moich najlepszych przyjaciół ze szkoły,którzy
      namawiają mnie na wieczorny spacerek-a skoro juz przestało padać...postanowiłam
      dać sie namówić:)
      No i poszłam...bylo bardzo cieplutko...rozmawialiśmy bardzo długo,aż naglejedna
      z osoób rzucła hasło idziemy na cmentarz!!!
      A powiem szczerze,że nie bardzo mi się to uśmiechało bo była...24 w nocy :
      (...jednak po raz kolejny uległam namowom przyjaciół...
      Byłam zlana potem przechodząć przez setki grobów..nie widziałam nic prócz
      ogroimnych krzyży i gdzieniegdzie pozapalanych zniczy-bylo
      potwornie,myślałam,że za chwilkę umre i nie bedzie problemu z pochowaniem
      mnie,bo własnie jestem na cmentarzu!!
      Kolega zauważył mój potworny strach i postanowił wziać mnie za rączke,żeby było
      mi lepiej,żebym się nie bała..byłam bardzo szczesliwa ze sie ktos tak mna
      zaopiekował...
      Pozliśmy na grób mojego znajomego babci-grób był świeży..przestałam sie bać..i
      tak sie rozbrykałam ze chodzilam w koło tego grobu już sama..bez
      obaw..strachu...
      Aż nagle usłyszałam krzy Anki-i ujżałam przerażenie w oczach wszystkich...za
      krzyżem stał kościotrup-swiecil sie caly na zielono..cos z niego
      kapalo..wygładał jak upior..wszyscy zaczeli uciekac..zamykac oczy...zaczeli
      wolac zebym uciekala..i prawie mi sei udalo gdyby nie to ze zrobiłam tylko pare
      krokow i wpdalam do jakies dziury..glebokiej...zaczelam krzyczec z calych
      sil...poplakalam sie jak male dziecko...
      Na pomoc dzieki Bogu przybiegli policjanci-oczywiscie z moich znajomych nikogo
      nie pozostalo..
      Zaopiekowali sie mna ..spisali wydarzenie!
      Jak sie później okazało wszystko było zaplanowane...doskonały strój z
      pobliskiej wypożyczalni no i oczwiście dół..którego nie widzialam a byl
      przykryty tylko zwykła folia..Tylko jedno im nie wyszło..Policja,ktora mnie
      spisala i pouczyla :(
      Mimo wszystko mile wspominam tamta chwile..jednak balam sie niesamowicie .
    • To było jak miałam mniej więcej 12 lat. Wracałam z mamą i młodszym bratem z
      pobytu u babci. Jechaliśmy pociągiem. Było strasznie duszno i zapasy wody
      skończyły się znacznie wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Kiedy dojechaliśmy do
      Malborka okazało się, że mamy tam co najmniej półgodzinny postój. Postanowiłam
      więc pójść szybko do sklepu na stacji i dokupić wody. Jak pomyslałam, tak też
      zrobiłam. Ale najpierw spytałam się zwiadowcy, czy mogę, a on odparł, że nie ma
      sprawy i że jakby co pociąg poczeka na mnie. Gdy stałam w kolejce moja mama z
      bratem cały czas byli w oknie. Kiedy już prawie podchodziłam do kasy, aby
      dokonać zakupu zorientowałam się, że pociąg odjeżdża. Nie wiedziałam co się
      dzieje, tylko czym prędzej ruszyłam w kierunku pociągu. Wszyscy krzyczeli i w
      końcu ktoś zatrzymał pociąg. To co przeżyłam tam na stacji, widząc jak mój
      pociąg odjeżdża to było nie do opisania. Nie miałam przy sobie nic -
      legitymacji, komórki ani nawet pieniędzy, bo cóż znaczyły te 2 złote, które
      wzięłam na wodę? To było straszne... Gdy wróciłam do mojego przedziału ujrzałam
      moją mamę i brata płaczących... A wszystko przez to, że zawiadowca zapomniał o
      mnie... Na szczęscie wszystko dobrze się skończyło...
    • Gość: Pióro Piotr IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.07.05, 19:24
      Mam na imie piotrek gdy byłem na obozie dostaliśmy dziwny pokuj.Gdy z kolegom
      siedzałem w pokoju usłszeliśmy dziwny odgłos brzmiał tak haszsas.Pojego
      usłszeniu zamkneły się dziwi i dziwi od balkonu.Natyhmiast stamtont uciekliśmy.
      Dwa dni pużniej w naszym zamku klucz zaczoł się sam ruszać.
    • To Chorwackie bezdroża przyprawiły mnie o dreszcz emocji w te wakacje.
      Wybraliśmy się na samodzielną,, samochodową wyprawę w dolinę rzeki Cetiny.
      Zatrzymując się w różnych miejscach podziwialiśmy piękno Chorwackiego
      krajobrazu. Mieliśmy mało dokładną mapę, a kolejnym celem naszej wyprawy tego
      dnia było przygraniczne miasto Imotski. Staraliśmy kierować się na południowy
      wschód jednocześnie wybierając najbardziej atrakcyjne widokowo drogi. Błądząc
      po wąskich szlakach znaleźliśmy się na szczycie, z którego mogliśmy podziwiać
      ujście Cetiny do Adriatyku. Widok był bajkowy, ale zgodnie doszliśmy do
      wniosku, że nie do końca wiemy, gdzie się znajdujemy i gdzie należy jechać.
      Zastanawiając się, w którą stronę powinniśmy się udać, zobaczyliśmy
      kierunkowskaz, a właściwie reklamę konoby (czyli knajpy). Reklama była
      słusznych rozmiarów. Uznaliśmy, że konoba ta znajduje się zapewne przy głównej
      drodze, która zaprowadzi nas dalej do Imotski kolejnego celu naszej wyprawy.
      Przez kilka kilometrów podążaliśmy za wielkimi znakami KONOBA. Droga stawała
      się coraz węższa i bardziej kręta. Dotarliśmy do bardzo małej, starej i lekko
      zaniedbanej wioski, w której uliczka była tak wąska, że lusterka samochodu
      niemal ocierały się o mijane zabudowania. To tu, na końcu drogi (końcu – bo
      dalej nie dało się po prostu jechać) znajdowała się KONOBA. Knajpka okazała
      się „mini barem” w jednej z wiejskich izb. Wierzcie mi – tu diabeł mówił
      dobranoc. Zatrzymaliśmy się tam na krótki odpoczynek. U miejscowych gospodarzy
      kupiliśmy domowe wino i pyszną orzechówkę przy której wieczorem wspominaliśmy
      naszą małą przygodę z chorwackich bezdroży.
    • Witam!

      Ponizej jest moja przygoda. W zasadzie to jest moj bardzo stary mail do rodziny
      i przyjaciol w Polsce z czasow, gdy przebywalam jako au pair w USA. (Dlatego nie
      uzywalam polskich znakow. Teraz tez tego nie robie, bo rowniez przebywam za
      granica.)
      Rzecz miala miejsce pod koniec listopada 2002 roku.
      Cytuje:

      W ubiegly weekend (a scislej mowiac w piatek i sobote) bylam w Yosemite
      - Parku Narodowym USA, czesci gor Sierra Nevada. Wczesniej duzo sie o tym
      naczytalam i naogladalam i wiedzialam, ze koniec listopada nie jest
      najlepszym czasem na wycieczke w tamte strony. Gory sa zawsze piekne, ale
      wodospady i ukwiecone laki najladniej wygladaja wiosna. Dla mnie jednek
      ubiegly weekend byl jedynym mozliwym terminem przed przeprowadzka do
      Teksasu. Postanowialam wykorzystac to, ze poki co, jestem w Kaliforni i
      pomimo tego, ze nie udalo mi sie zebrac ekipy, wyruszylam na wyprawe. Sama.

      Dolina Yosemite jest cudowna! Nie jest rozlegla- spladrowalam ja w jeden
      dzien, w czym bardzo pomogly bezplatne autobusy kursujace wokol.
      Porosnieta jest cedrami, sekwojami, sosnami, debami i innymi drzewkami.
      Utoczona- (jak to doliny maja w zwyczaju) gorami: olbrzymimi, strzelajacymi w
      niebo i o
      ciekawych ksztaltach. Naturalnym kolorem tych gor jest blado szary, jednakze
      przy zachodzie slonca barwa zmienia sie na czerwona (tam, gdzie slonce dociera,
      w cieniu gory
      sa czarne, tylko sczyty sa czerwone), a przy wschodzie -
      pomaranczowo-zolto-szare. Wspaniale widoki!

      Jak napisalam wczesniej pojechalam tam sama, a do tego nie zarezerwowalam
      miejsca w zadnym hotelu. Zgodnie z przewodnikiem, o tej porze roku nie
      powinno bylo byc tam tlumow, stwierdzialam wiec, ze cos znajde. Niestety,
      okazalo sie, ze w tym czasie odbywala sie tam jakas konferencji. W calej
      dolinie bylo wolne tylko jedno miejsce i to do tego w najdrozszym hotelu:
      ok. 400$ za noc! Stwierdzilam, ze to troche za duzo, jak dla mnie. Z dugiej
      jednak strony
      wracac do domu po jednym dniu tez nie chcialam, postanowialam wiec
      poszukac miejsca w jakims lokalu "ogolnodostepnym". Po jakims czasie
      intensywnego wypatrywania za bezpiecznymi zakamarkami przekonalam sie, ze
      jedynym takim miejscem moze byc tylko toaleta! Znalazlam nawet sensowna z duzym
      pomiesczeniem dla
      niepelnosprawnych, ogrzewanym i zamykanym na normalne drzwi (tutaj toalety
      maja przewaznie drzwi z duza dziura na dole i szczelinami po bokach, przez
      ktore mozna obserwowac oczekujacych w kolejce i vice versa:). Do tego w
      pomieszczeniu tym byl zlew z olbrzymim obudowaniem, na ktorym mogalam sie polozyc i
      tylko stopy byly w zlewie. Stwierdzialam, ze w razie czego tutaj
      przekoczuje. Byl tylko jeden bardzo duzy problem: niedzwiedzie! Nawiedzaja
      one doline bardzo czesto. A do tego panuje tu prawdziwa niedziwedziomania:
      wszyscy o nich rozmawiaja:
      "-Widziales dzisiaj niedzwiedzia?
      -Widzialem, dwojke, przy Nevada Fall..."(ten wodospad byl dosyc daleko od
      wioski, uff!)
      Inna rozmaowa:
      "Pamietaj, niezaleznie od tego, czy niedzwiedz jest szary, brazowy, bezowy,
      czy tez czarny, to i tak to jest grizzly!" (Nieswiadoma, uwierzylam w to.
      Dopiero wczoraj przeczytalam, ze ostatni grizzly z Yosemite zostal
      zastrzelony pod koniec XIX wieku.)
      -"Mozesz go zobaczyc o kazdej porze dnia i nocy i w kazdym miejscu..."
      Gdy dzieci zachowuja sie za glosno, rodzice strasza ich niedzwiedziami.
      W lokalnej gazetce i przy kazdym smietniku sa informacje, co robic, zeby
      niedzwiedzia nie zwabic, i co robic, gdy sie go zobaczy. Gdy stalam w
      kolejce, zeby sie dowiedziec o miejsca noclegowe, obejrzalam film, o tym,
      jak to niedzwiedzie wybijaja szyby w samochodach na parkingu, demoluja je,
      wchodza do srodka i szukaja jedzenia. Pod zadnym pozorem nie mozna ich
      dokarmiac. Nalezy tez trzymac wlasne jedzenie szczelnie zamkniete, w miare
      mozliwosci wszystko zjadac, zeby w smietnikach nie bylo duzo resztek. To
      wlasnie ludzkie jedzenie sprawia, ze staja sie one agresywne: domagaja sie
      wiecej i wiecej. W ubieglym roku straznicy musieli zabic 5 niedziwedzi, bo
      za bardzo rozrabialy.
      Nic nie wskazywalo na to, ze bede miala dobry sen...

      Postanowilam spedzic w mojej noclegowni jak najmniej czasu. Z lokalnej
      gazetki dowiedzialam sie, ze wieczorem straznicy cos organizuja (zreszta
      robia to codziennie!). Mialo to byc o geologii. Zapowiadalo sie bardzo
      naukowo, ale stwierdzilam, ze wole to niz samotnosc w ubikacji (chociaz
      samotnosc oczywiscie bylaby lepsza niz towarzystwo niedzwiedzia). Przybylam
      na spotkanie jako pierwsza. Od razu strazniczka zapytala mnie, czy moge byc
      ochotnikiem i przeczytac dla wszystkich pewna historie. Ledwo zdanie
      powiedzialam, a ona juz wylapala moj akcent, ktory ja zainteresowal.
      Powiedziala, ze nie spotkala tu ludzi
      z Polski, chociaz oczywiscie nie pyta wszystkich, skad przybyli...Zaproponowala
      tez: "A moze zaspiewasz piosenke?" Mialo to byc cos w stylu naszej "Gzie strumyk
      plynie z wolna...". Ja na to, ze bardzo chetnie, tylko ze nie znam ani slow, ani
      melodii zadnej amerykanskiej
      turystycznej piesni. Powoli zaczeli sie schodzic inni ludzie, strazniczka
      zwerbowala innych ochotnikow. Okazalo sie, ze ona miala spiewac zwrotki, a
      my po kazdej zwrotce powinnismy cos albo kogos udawac: jeden pan mial byc
      pociagiem, inny mial sie glaskac po brzuchu i mowic "yammy, yammy", jedna
      pani miala wolac "hey, baby", nie pamietam juz co robili inni. Ja w kazdym
      razie mialam byc spiaca i chrapiaca babcia. Wieczor sie rozpoczal. Na
      poczatku strazniczka wypytala sie kto - skad przybyl. Okazalo sie, ze tylko
      ja jestem spoza USA i w zwiazku z tym dostalam brawa. Nastepnie rozmowa
      zeszla oczywiscie na niedzwiedzie. A potem, dla rozluznienia, byl nasz
      wystep. Bardzo sie wszystkim podobalo, wszyscy sie smieli z mojej babci (juz
      myslalam, ze moze Amerykanie chrapia inaczej, bo naprwde dla mnie to nie
      bylo az tak smieszne), jeden pan nakrecil nas na video. I tak nadszedl czas
      na "gwozdz programu": tzn. pokaz slajdow wraz z opowiazdka geologiczna, tez
      w dosc laickim tonie. Wieczor zakonczyl sie dosyc szybko: ok. 21. Nie bylam
      pewna, co mam robic i wtedy nadjechal bezplatny autobus. Jezdzialam nim
      przez godzine (tzn. do czasu, kiedy autbusy przestaja kursowac) i
      podziwialam ksiezyc. Byl rzeczywiscie piekny, tylko ze za kazdym zakretem
      musialam sie obracac.

      O 22 poszlam do mojejego miejsca noclegu. I wtedy okazalo sie, ze te drzwi w
      ubikacji nie zamykaja sie na zasuwe: cos albo ktos je zepsul. Zastawilam je
      wiec smietnikiem, opracowalam strategie ucieczki:
      1. Gdy niedzwiedz nadejdzie NA PEWNO najpierw zainteresuje sie smietnikiem,
      bo bedzie myslal, ze tam jest jedzenie.
      2. Ja w tym czasie wskocze na dosyc wysoka skrzynke, ktora stala obok zlewu,
      wybije szybe i:
      A. Jesli okaze sie, ze pod oknem bedzie stal drugi niedzwiedz (albo
      stado niedzwiedzi), wskocze na dach.
      B. Jesli okaze sie, ze droga wolna, zaczne uciekac.
      Pomimo tego, ze plan byl perfekcyjny, nie poczulam sie lepiej. Nad moja
      glowa wisiala tabliczka: "Don't be bear careless", na drzwiach "Beware the
      bears". Patrzylam na nie, odmowialam caly rozaniec, opracowalam plan
      wycieczki na jutro (w wierze, ze jutra doczekam). W sumie zdrzemnelam sie
      moze nie dluzej niz godzine. Ale niedzwiedz nie nadszedl! Przyszla za to
      malutka myszka i schowala sie pod "moim" zlewem. Ci, ktorzy znaja moje
      podejscie do tych stworzen, zapewne domyslaja sie, jaka byla moja pierwsza
      reakcja. Zaczelam piszczec, po chwili stwierdzialam jednak, ze to moze
      spowodowac problemy, bo ktos sie moze tym zaineresowac. W instrukcji "Co
      robic, gdy sie spotka niedziwedzia" bylo napisane, ze nalezy klaskac.
      Wyprobowalam wiec te metode na myszy. I to dopiero bylo przygnebiajace, bo
      nawet mysz sie tego nie bala. Pomyslalam wiec, ze co dopiero niedzwiedz!
      Mniej wiecej po 15 min. mysz sama mnie opuscila. Nikt wiecej mnie nie
      odwiedzil! Ok. 5.30 opuscilam ubikacje, na zewnatrz nadal bylo bardzo ci
    • Gość: Ozz@ IP: *.internetdsl.tpnet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 21:42
      Moja "najstraszniejsza" chwila miała miejsce całkiem niedawno. Byłem w
      Tarnowskich Górach na Egzaminach z ratownictwa wodnego. W sumie 4 dni imprezy.
      To stało się w pierwszą noc... Razem z kumplami z namiotu (a było nas pięciu)
      doszliśmy do wniosku, że 2 rano to idealna pora na rozwałkę namiotów.
      Narobiliśmy przy tym sporo hałasu i obudziliśmy naszego prezesa. Po ciemku
      kadra wopru zaczęła nas ścigac. Zabawa przerodziła się w grę typu metal gear
      solid, tyle że w realu. Rozdzieliliśmy się. W pewnym momencie niemal wpadłem na
      żonę prezesa, i momentalnie dałem nura w pobliskie krzaki i drzewa. Udało mi
      się zwiac, i tak siedząc w egizpskich ciemnościach, tuż koło ucha coś czknęło
      tak głośno jak to tylko możliwe. Myślałem, że przeskoczę drzewa, pod którymi
      siedziałem. okazało się, że kumpel dostał ze stresu czkawki i również czaił się
      w leśniej gęstwinie :)
    • hmm.....
    • Chcialabym opisac tu nie zwykla historie wakacyjna, lecz usilnie mysle i
      dochodze do wniosku nigdy takiej nie przezylam.Moje wakacyjne wypady
      ograniczaly sie do wyjazdow rodzinych,i wycieczek szkolnych( na ktorych trzeba
      bylo realizowac plan wycieczki, ktory byl nie jednokrotnie nie przemyslany i
      malo ciekawy). Chcialabym zwiedzac swiat aczkolwiek nawet obecne promocje sa
      dla mnie duza bariera finansowa i na pewno przez najblizsze lata nie do
      przeskoczenia.Pomimo tego nie trace nadzieji:)Zazdroszcze Wszystkim, którzy
      jezdza po swiecie, poznaja nowe kultury, miejsca, obyczaje... To musi byc nie
      samowite przezycie!!!!!! pozdrawiam:))
      • Gość: Paweł z Krakowa :) IP: *.kolornet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 16.07.05, 01:24
        Cześć wszystkim moja wakacyjna historia idealnie sie nadaje do waszego konkursu
        jestem zaskoczony mile iz taki pomysl powstal. Przechodzac do rzeczy otoz rok
        temu czyli w ubiegle wakacje pojechalem wypoczac na wies do rodzinki.
        Wyruszylem z Krakowa autobusem do celu ktorym byla Stroza taka wies lezaca nad
        rzeka Raba. Spedzilem tam 2 tygodnie ktore jak nic do dzisiaj od 1 dnia pobytu
        pamietam. Historia ktora wam opowiem jest szokujaca przeczytacie uwaznie to co
        wam napisze :) W koncu dojechalem z babcia na wies! Byla godzina 14.00
        poszlismy z babcia do domku na niewielkim pagorku oddalonym jakies 80-100
        metrow od rzeki Raby. Pomoglem babci sie rozpakowac i potem od razu pobieglem
        zobaczyc i poczuc rzeke Rabe byla piekna goraca szumiala i tak patrzac na nia
        pomyslalem ach juz jest super dobrze zrobilem wyjezdzajac na te wakacje hehe :)
        Prad rzeki byl slaby sciaglem wiec "wszystko" z siebie i ruszylem wszerz rzeki
        liczac ile ona ma szerokosci obliczylem 20 metrow sporo . Posrodku rzeki jej
        glebokosc nadspodziewanie byla duza siegala mi prawie po ramiona hmm
        zaciekawilo mnie to gdyz bedac tu rok temu jak nic byla o polowe plytsza!! Hmmm
        nie wiem moze bylem nizszy ale bez przesady!! Postanowilem wiec zapytac babcie
        jak jest z ta rzeka. Otrzepalem sie szybko wzialem rzeczy i smiglem do babci.
        Wlasnie szykowala wspanialy obiad umylem rece i przy obiedzie zadalem pytanie:
        Babciu dlaczego ta woda jest tak gleboka mi sie wydaje ze jakos dziwnie nabrala
        wody?? I wtedy nagle zdebialem serce zaczelo mi do tego stopnia walic ze
        stracilem na chwile oddech zobaczylem jak brazowe oczy babci staja sie
        niebieskie!!!! coraz bardziej niebieskie!!! z oczu zaczyna lac sie woda to bylo
        straszne ale po sekundach ustalo babcia nie odpowiedziala mi na pytanie lecz
        zaczela plakac po prostu plakac tak czy ja tu mam zwidy czy jestem walniety nie
        wiedzialem wtedy babcia zaczela gadac o jakiejs znajomej ktora porwala rzeka
        hehe rzeka!! porwala kobiete dobre smialem sie dla odmiany. Ten dzien byl
        dziwny brr bardzo dziwny gdyz w nocy ok. godziny 22.00 kiedy bylo jeszcze w
        miare szarawo i moglem cos zobaczyc przez swoja lornetke tak lornetke zawsze
        wszedzie gdzie jade zabieram ze soba lornetke moim zdaniem to podstawa!!
        ujrzalem cos zaskakujacego jakby rzeka tracila wode posrodku i tworzyla suchy
        korytarz pomiedzy och jaki byl to widok zamarlem na chwile pomyslalem jaaa
        chyba snie kurde ide sie polozyc poszedlem do babci aby powiedziec jej dobranoc
        a tu ... nie ma nie ma jej ale gdzie ona poszla hmm nie wiem w kazdym badz
        razie wtedy nie mialem zamiaru myslec bylem zmeczany calym dniem a podroza
        szczegolnie poszedlem wiec spac. W kolejnych dniach babcia znikala coraz
        czesciej ale nie martwilem sie tym bylem zajety poznawaniem ludzi chodzeniem po
        lesie plywaniem itd. Kazdego dnia obserwowalem rzeke i kazdego dnia sytuacja
        sie powtarzala babci nie ma dziwnie cicho wszedzie a rzeka sie dzieli cos
        nieprawdopodobnego!! Chcialem powiadomic o tym rodzicow balem sie ze cos jest
        nie tak ale telefony i budka i stacjonarny nie dzialaly!! Co sie dzieje ludzie
        tez wydawali sie dziwni moze ja jestem dziwny nie chcialem tego wiedziec
        wiedzialem jedno chce do domu i tak po tygodniu pobytu na wsi przy sniadaniu
        powiedzialem o tym babci: Ja chce do domu!! Nudzi mi sie :( a tu babcia
        stanowczo powiedziala nie!!!!!!!!!! Jak to mozna nazwac mowa poprostu wydarla
        sie na mnie nie pojedziemy do domu za tydzien tak jak bylo w planie 2 tygodnie
        wakacji i bez komentarza!! Gdy to uslyszalem przerazilem sie teraz wiedzialem
        ze jestem uziemiony i sam :( nie Paweł ty nie jestes baba wez sie do garsci :)
        powiedzialem sobie i nabralem odwagi jak nigdy do dzisiaj nie wiem jak ja to
        zrobilem otoz tego samego dnia wieczorem sledzilem babcie. Wyszedlem z domku
        przykuclem i zaczalem powoli isc za babcia na wszelki wypadek wzialem ze soba
        lornetke jakbym czegos nie widzial z daleka :D i tak szedlem przez 5 min az w
        koncu dotarlem za babcia nascrodek sciezki prowadzacej do rzeki łał co to byl
        za widok prawie zawalu dostalem babcia nagle blysla cala na niebiesko i wtedy
        kilkadziesiat punkcikow posrod tej calej ciemnosci blyslo zewszad blyskalo cala
        wies blysla!! a przynajmniej jej mieszkancy!! cofnalem sie w kszki zeby zajac
        dobra pozycje do obserwacji. Po chwili ujrzalem chyba wszystkich mieszkancow
        Strozy wsi ktora do dzis budzi we mnie dreszcze i strach .... kazdy z ludzi
        ktorych widzialem poruszal sie wolno z glowa i rekoma opuszczonymi w dol widok
        ten byl jak z koszaru cos niesamowitego zaczela nagle mnie bolec glowa
        strasznie bolec zaczalem sie pocic i obudzilem sie co?? Gdzie ja jestem??
        okazalo sie ze bylem chory i poprostu majaczylem a to byl glupi sen heh wakacje
        byly ok ogulnie 1tydzien spoko 2 bylem chory . To koniec mojej historii papa!
    • Gość: mee... IP: *.avenel01.nj.comcast.net 15.07.05, 22:50
      ...byl grudzien roku 89 a ze mialem troche wolnego czasu wybralem sie do ryjo-
      brazylia.lot jambo jet'em 747 zapowiadal sie konfortowo pasazerow jak na
      lekarstwo... mialem miejsce lezace tuz przy szkrzydle. stalo sie to gdzies tak
      w polowie drogi nie moglem usnac i gapilem sie w ciemna otchlan i migajace
      swiatelka za oknem do tego wokol mnie ani jednego pasazera. ogien z silnika
      wybuch gwaltownie niemal muskajac szybe mego okienka. skulilem sie jakbym dobil
      do kresu.poczulem podobne uczucie gdzies w srodku brzucha jak przed tym lotem.
      tak, to bylo przeczucie...trwalo to wszystko dlugie sekundy...po chwili
      pojawila sie biala mgla zmieszana z ogniem a za nia ciemnosc...zabrzeczaly
      swiatelka do zapiecia pasow...i tak przelecialem bez jednego silnika do
      ryjo...co i wam polecam...oczywiscie ma sie rozumiec ryjo de janerio...)))
    • Po czteromiesięcznych pracowitych wakacjach w USA postanowiliśmy
      (ja i mój narzeczony) zrobić sobie tydzień odpoczynku. Wypożyczylismy
      samochód - nowy sportowy Fordzik Focus RS. Jedną z naszych wypraw
      stanowiła wycieczka do Yosemite - jednego z parków w
      Californi. Z naszego miejsca zamieszkania dojazd do tego parku
      zajmował około 3 godzin. Wyruszyliśmy więc z samego rana zaopatrzeni
      w dobrą pożyczoną mapę. Dojechaliśmy bez problemu, park piękny,
      majestatyczne, olbrzymie sekwoje, piękne skaliste góry,
      krajobrazy zapierające dech w piersiach. Na zwiedzenie całego parku przeznaczylismy sobie dwa dni.
      Zbliżał się zmrok, wiec postanowiliśmy poszukać noclegu. Jednak
      jako niezbyt doświadczeni turyści nie byliśmy dobrze do tego
      przygotowani. W parku znadowało sie kilka pól namiotowych, kilka
      kempingowych, ale my nie mieliśmy ani namiotu ani przyczepy. Wpadliśmy na pomysł, że będziemy spać w samochodzie na jednym z parkingów,
      jednak skutecznie odstraszyła nas naturalnej wielkości rzeźba
      niedźwiedzia wyjadającyego jedzenie z samochodu. Rzeźba ta stanowiła
      ostrzeżenie przed dziką zwierzyną, która mogłaby stanowić zagrożenie
      dla "dziko" nocujących turystów. Ku naszej radości po około godzinnym
      krążeniu po parku znaleźliśmy hotel. Jednak ceny nie były na naszą
      kieszeń $200 za noc. Nic z tego. I co tu zrobić. Godzina 22, ciemno, a my nie mamy gdzie się podziać. Postanowiliśmy, że najlepszym rozwiązaniem
      będzie wyjechać z parku i poszukać jakiegoś noclegu na zewnątrz.
      I tak też zrobiliśmy. Piękne za dnia góry i malownicze zbocza po
      zmroku budziły tylko przerażenie. Wąska niczym nieogrodzona droga,
      gdzie z lewej strony padał na nas cień olbrzymiego, porośniętego
      krzakami zbocza góry, a z prawej przeraźliwie szumiała rzeka nie
      była niczym oświetlona, ratowało nas tylko światło samochodu.
      Po półgodzinnej jeżdzie w ciemności natknęliśmy się na jakąś
      wydawałoby się miejscowość,
      którą okazało się być kilka domów. Przerażenie razem ze zmęczeniem
      prowadziło do rezygnacji z dlszego zwiedzania. Chcieliśmy tylko
      bezpiecznie znależć się w jakimś hotelu, albo wracać do domu. W końcu znależliśmy jakiś motelik. Wjeżdżało się do niego w dół, tzn. trzeba
      było zjechać ze zbocza w ciemność. Zjechaliśmy. Jednak nie było tam
      żywej duszy.
      Nagle zauwazyłam jakąś postać. Podjechaliśmy bliżej. Człowiek ten
      znajdował się za płotem, gdy zobaczył, że chcemy o coś zapytać
      wstał i kierował się w naszą stronę. Gdy podszegł bliżej jego brudne
      ubranie, braki w uzębienu, długie potargane włosy i brak prawej ręki
      skutecznie zniechęcił nas do pozostania w tym hotelu.
      Postanowilismy jechac dalej. Okazało się, że niedaleko był
      kolejny motelik, prowadzony przez skośnookiego miłego właściciela.
      Rano wyruszyliśmy z powrotem do parku.
      Po kolejnym dniu podziwiania natury, zdecydowaliśmy, że pojedzimy do domu
      "troszkę" naokoło, aby jak najwięcej zobaczyć. Wyruszylismy po południu,
      aby zdążyć przed zmrokiem. Droga ciekawa, czasami niebezpieczna,
      bo wiodąca jakby naokoło gór, gdzie po spojrzeniu w boczną szybę
      przechodzą dreszcze ze strachu, że się spadnie...
      Zatankowaliśmy raz, jakiś czas wcześniej.
      Przejechaliśmy przez pewne miasteczko,
      droga zmieniła się i zaczęła prowadzić przez las. Kreska na wskaźniku
      zużycia benzyny była na połowie, natknęlismy się na stację benzynową,
      w zasadzie dość często mijalismy jakieś stacje, ale przy tej ostatniej stwierdziliśmy, że jak dojedzimy na następną to zatankujemy do pełna
      i tym samym paliwa wystarczy nam na dłużej. I to był nasz błąd.
      Kolejnej stacji benzynowj nie było widać. Jedziemy jakiś czas i nic.
      Nagle zapala się lampka. Żarty się skończyły, robi się ciemno. Wycieczka
      nie jest taka fajna jak do tej pory. Jakoś nie widać innych turystów,
      jesteśmy praktycznie sami, jedynie co jakiś czas mija nas auto
      z naprzeciwka. Wyłączamy klimę i radio żeby zaoszczędzić paliwo i modlimy
      się o jakąś stację. Ale nie ma. Jedziemy z górki, więc dajemy na luz, gasimy silnik.
      Ciemno jak cholera, nie ma nikogo, las, dzikie zwierzęta. Planujemy
      co zrobimy gdyby samochód stanął: będziemy czekać na inny, iść na piechotę,
      czy czekać w aucie na nieoświetlonej drodze do rana. Nagle przed
      nami pojawia się auto. Cień nadziei, ale nie zatrzymuje się,
      jedzie dalej. Ja ze łzami w oczach nie odzywam się. Odległości
      na mapie nie wydaja się takie duże jak w rzeczywistości. Nagle
      w oddali widac jakieś światła. Miejscowość nazywa się Markleevillee.
      Stoi samotny dystrybutor z benzyną. Odetchnęliśmy. Humory wróciły...
      Dojechaliśmy do domu po jakiejś godzinie. Strach pomyśleć, co by
      było gdybyśmy mieli pod górkę...:)
      Na pamiątkę i jako dowód naszej głupoty zachowałam sobie paragon
      z tej stacyjki benzynowej. O 8.45 PM kupiliśmy 3.694 galony benzyny za $ 9.8. Wystarczyło by dojechac do domu.

      Zapraszamy
      www.nps.gov/yose/index.htm
    • "California Dreaming", czyli Przemyślenia Wakacyjne :)

      Człowiek - jako istota udająca odpowiedzialną i rozsądną, dla której ważna jest
      konkretna perspektywna na teoretycznie konkretną przyszłość - tak naprawdę (po
      części, oczywiście :P) jest hedonistycznie carpediemowski... :)

      Weźmy najbardziej banalny przykład: WAKACJE (=> urlop).

      1. "Knockin` on heaven`s door" - czyli skamlanie pod drzwiami banku. Zapożyczamy
      się, naruszamy żelazne rezerwy finansowe, łamiemy prawa zwierząt, rozbijając
      świnkę (:P), odważamy się poprosić o pomoc teściową lub jakąś inną dzianą
      przedstawicielkę rodu (z przedstawicielami sprawa jest trudniejsza, ostrzegam!
      :]), aby tylko spędzić tydzień poza domem w jakiejś wielce egzotycznej scenerii
      odległej Jastarni :D

      2. "Na plaży słońce praży..." - tam przez kilkakrotnie kilkadziesiąt godzin
      wylewamy Z SIEBIE ósme poty, podsmażamy sobie to, czym nas Matka Natura
      obdarzyła, wylewamy NA SIEBIE tony olejku do opalania, lądujemy w pokoju
      hotelowym z 2-stopniowym oparzeniem wysmarowani domowym sposobem maślankowym,
      jęcząc, narzekając i zdzierając z siebie schodzącą powłokę skórną. Wracamy do
      domu, aby przeparadować przez co najwyżej tydzień po osiedlu, chwaląc się swą
      wątpliwą opalenizną ;)

      3. "Dla mnie masz stajla..." / "Uh Baby, I love your way..." (wersja dla
      dżentelmenów - a istnieją tacy?! ;]) a potem -> "Live or without U" aż wreszcie
      -> "Ona jest zwykłą szmatą..." i na końcu -> "Ile dałbym by zapomnieć te
      wszystkie chwile złe..." ;P (szczera prawda objęta HIP - POLOwą klamerką, kiedy
      dajemy się ponieść emocjom podczas beach parties :D)

      4. "Red red wine..." (wersja dla wrażliwych) / "Facet to świnia!" - hohoho! mąż
      znów jest pijany ;) Nie można się z nim pokazać na deptaku. Chociaż sie opalił,
      to jest pijany jak świnia i na deptak nawet nie zajdzie, wrr...! ;)

      5. "It`s all about the money..." - lody, dropsy, hektolitry wody mineralnej,
      rybka z fryteczkami, kolejny olejek do opalania, drożdżówki tak smakowicie
      wyglądające u Pana Z Torbą, kręcącego się po plaży, piwko / zimne trunki innego
      rodzaju (wersja dla abstynentów - like me :D), widokówki, dziecko widzi kolejną
      (!) zabawkę, autmoaty do gier ("dziecko - rozumiem, ale mój facet też?" :P),
      nowa sukienka ("przecież nie mogę do domu wrócić w starych ciuchach, to chyba
      oczywiste, phi!" - taa, o tyle, o ile :P), muzeum / galeria (dla wprawionych) -
      ukulturalniajmy się!, ITD. ITP. ...

      6. "Take a risk, no matter what will be tomorrow" - łapiemy cudną, jedyną,
      niepowtarzalną last minute, nie zważając na dokładną analizę umowy (<-
      inspirowane notką z "JaskiniNieCienia" :]) + inne surprisy urlopowe, np. nie
      umiejętność aklimatyzacji, kleszcze, komary i ich rodzinki, kieszonkowcy...

      7. "Tyle było dni do utraty sił..." - wakacje się skończyły, a my dopiero
      chcielibyśmy odpocząć :P

      Życzę udanych wakacji! Co złego, to nie ja :) :*
    • w połowie czerwca pojechałem nad morze, wszedlem do wody, zmina była i taki
      mnie dreszcz przeszedł, że lepiej nie mówić :)
    • Mój wakacyjny dreszczyk nie miał dużo wspólnego z nocą, wyciem wilków czy
      przeszywającymi niebo błyskawicami. Zdarzyło się to w biały, wręcz oślepiająco
      biały dzień na pięknym polskim wybrzeżu, na plaży w Darłówku. Rozłożyliśmy z
      mężem i synkiem Kubą ręczniki, parawan, wyjęłam wiaderko, grabki, łopatki i
      resztę sprzętów plażowych, mąż przyniósł trochę wody w wiaderku dla małego.
      Słoneczko cudownie rozpieszczało naszą skórę.
      Kuba bawił się w piasku i nagle zniknął. Po prostu zniknął. Poczułam, jak nogi
      się pode mną uginają. Wokół były setki ludzi, dzieci krzyczących do rodziców i
      rodziców krzyczących do dzieci, wydawało mi się, że morze zaczęło złowrogo
      szumieć, a ludzie dookoła dziwnie się uśmiechali. Już widziałam poszukiwania,
      ratowników. Miałam łzy w oczach. Oczywiście wołanie Kubusia nie przynosiło
      rezultatów. Mąż zaczął nerwowo biegać, ja próbowałam wypatrzeć nasze dziecko.
      To były najgorsze minuty w naszym życiu.
      Dziecko, tak długo wyczekiwane, ukochane, które zjawiło się w naszym życiu
      przez ból, strach i łzy. Nie przeżyłabym takiej tragedii. Tylko ja i mój mąż
      wiemy, co w tej chwili czuliśmy.
      Nagle z daleka zobaczyłam czapeczkę Kubusia, zaczęłam biec w tamtą stronę jak
      szalona. Nasze dziecko spostrzegło dużą nadmuchiwaną piłkę kilka parawanów
      dalej i po prostu tam poszło.
      Ten stan szalejących emocji, lęku wymieszanego z bólem, zaciśniętego gardła
      trwał może dwie minuty, ale nie czas był tu ważny. Zakołysał mi się świat i
      długo nie chciał powrócić do dawnego stanu.
      To nie była bolesna lekcja życia, ale znak, którego nie można przegapić.
    • Ameryka, USA, California, Los Angeles, San Francisco- te słowa od wielu, wielu
      lat spędzały mi sen z powiek. Od dziecka nie wiem dlaczego- czy to na podstawie
      filmów, internetu, opowiadań rodziców i znajomych Ameryka była dla mnie czymś
      szokującym, przyprawiającym o zawrót głowy.
      Tak bardzo chciałem tam być, że zrobiłbym wszystko, aby tam się znaleźć.
      Za kieszonkowe, które co miesiąc dostaję od rodziców nie kupiłem nigdy sobie
      nawet cukierka, gdyż odkładałem na wyjazd do USA w przyszłości. Po trochu
      czasami w szkole, czy w domu wyśmiewano się ze mnie. Ołówek i pióro miałem we
      wzorki USA, T-shirt i czapeczkę z napisem USA, a na ścianie mojego pokoju
      wisiała ogromna flaga USA, a małe chorągiewki USA towarzyszyły mi wszędzie.
      Na 18-te urodziny w prezencie od klasy dostałem olbrzymi (ma on z 3 metry
      długości) dmuchany młot ze wzorem USA z dopiskiem „dla najbardziej
      zamerykanizowanego chłopaka na świecie” i na końcu wielokropek (ha, ha- chyba
      nie chcieli dopisać abym się nim stuknął w głowę).
      Często mój Tata, który z racji swego zawodu (jest inżynierem nawigatorem)
      wielokrotnie był statkiem w USA tłumaczył mi- OK Jacek- USA to super kraj lecz
      nie jest tam wszystko tak dobre jak ja mówiłem. Ja jednak myślałem dalej swoje-
      USA jest „the best”.
      Największy jednak problem był w tym, iż pomimo, że cukierków dalej nie
      kupowałem, moje kieszonkowe w stosunku do cen wycieczek oferowanych przez biura
      podróży rosło w polskich warunkach powoli.
      Godzinami siedziałem w internecie i szukałem przyjaciół, którzy zaprosiliby mnie
      do siebie. Wszystko kończyło się jednak tylko na rozmowach.
      Nawiązywałem kontakty z firmami, które oferują wyjazdy dla młodzieży do szkół w
      USA, jednakże koszty takich wyjazdów rozmywały moje marzenia.
      Wszystkie moje zapały systematycznie chłodzili moi rodzice. Dziś ich rozumiem,
      gdyż byłem jeszcze za młody, aby samodzielnie wyjechać w taką podróż, zachęcając
      przy tym, aby uczyć się angielskiego, a może kiedyś moje marzenia się spełnią.
      To był ogromny plus moich amerykańskich marzeń. W każdej wolnej chwili
      korzystając z multimedialnych programów uczyłem się języka, rozmawiałem przez
      internet po angielsku, pisałem listy do przyjaciół w tym języku, przeglądałem
      amerykańskie strony internetowe. Pomogło mi to w znacznym stopniu, pomimo, iż
      wiem, że bardzo długa droga do pełnego opanowania tego języka, do względnego
      opanowania znajomości angielskiego.
      Kiedy zbliżały się moje 18-te urodziny, a moje wyniki w nauce okazały się
      celujące, rodzice zaproponowali mi: „OK. Jack- chcemy spełnić Twoje marzenia.
      Kupimy Ci na urodziny bilet do USA, musimy jednak poprosić Wujka w USA, aby Cię
      zaprosił, a następnie utrzymał i pokrył koszty Twojego pobytu.”
      Kiedy pewnego dnia wróciłem ze szkoły i zobaczyłem na stole list od Wujka
      z zaproszeniem dla mnie do USA myślałem, że wygrałem główną nagrodę w wielkiej
      loterii. Całą noc nie spałem pilnując przy łóżku zaproszenia i wiedząc, że
      jeszcze długa droga do wyjazdu- uzyskanie wizy (którą w Polsce trudno otrzymać)
      oraz zakup biletu, których ceny wzrastały z każdym dniem zbliżających się wakacji.
      Termin spotkania z konsulem USA w Krakowie dla dodania humoru uzyskałem na Dzień
      Dziecka ( obchodzony w Polsce 1 czerwca) i i okazał się on rzeczywiście
      szczęśliwy dla mnie, gdyż uzyskałem wizę bez problemu po krótkiej rozmowie z
      konsulem. Dużo pomógł mi w tym styl napisanego przez Wujka zaproszenia.
      Większość starających się o wizę miało zaproszenia na ogromnych formularzach z
      wielobarwnymi naklejkami firmowymi notariuszy, kilkoma pieczątkami.
      Moje krótko, konkretnie napisane zaproszenie, Konsul przeczytał i natychmiast
      wydał decyzję o przyznaniu wizy.
      Został jeszcze zakup biletu, których ceny rosły z każdą godziną nadchodzących
      letnich wakacji. Siedzieliśmy z Tatą ok. 3 dni w internecie, aby znaleźć
      najkorzystniejszą ofertę i mogę dziś powiedzieć, że szukanie popłaca, gdyż
      trafiliśmy bardzo korzystnie.
      Dzień wyjazdu- radość ogromna- spełniły się moje marzenia, jadę do USA, z
      drugiej jednak strony mała łezka w oczach- po raz pierwszy w życiu opuszczam dom
      i rodzinę na 2 miesiące.
      Lot pomimo przesiadki w Paryżu przebiegł bardzo dobrze- sprawnie, bez opóźnień i
      terrorystów !!!
      Po raz pierwszy jadłem lody na wysokości 10 km.
      Jest- jestem w Ameryce- szczęśliwe lądowanie w Los Angeles.
      Tak bardzo chciałem już stanąć na amerykańskiej ziemi lecz pomimo, że samolot
      już po kołowaniu stanął na pozycji docelowej nie otwierano drzwi ponad 1/2
      godziny. To podobno problemy lotnisk USA, gdzie jest tak wiele odlotów i
      przylotów, że jak czytałem obecnie bardziej niebezpieczny jest pobyt
      i kołowanie samolotu na lotnisku niż sam lot. Lotniska są ponad miarę przeciążone.
      Przykra też niespodzianka czekała mnie przy odprawie celno- paszportowej. Wiele
      razy przekraczałem już granice w Europie nawet za czasów komunizmu lecz pomimo,
      iż byłem nastawiony, że w USA spotka mnie długa przeszkoda przy odprawie nie
      wiedziałem, że jest, aż tak brzydka i długa. Trwało to ok. 1 godz., a bardzo
      krępująca jest obecnie procedura pobierania odcisku palca i wykonanie zdjęcia.
      To wszystko jednak nic w stosunku do chwili kiedy za bramką Emigration
      zobaczyłem oczekującego na mnie Wujka Stanleya i przebywającej również
      w tym czasie w USA cioci Jadwigi, a najważniejsze jestem, jestem, jestem...
      w USA. Pomimo, iż byłem zmęczony podróżą oraz późną porą (było już ok. północy),
      kiedy ruszyliśmy w drogę do Westminster, gdzie mieszka Wujek, przeżyłem szok
      wpatrując się w mijający z samochodu widok.
      Ogromne wielopasmowe drogi, olbrzymie samochody, limuzyny o długości ponad 10
      metrów i pomimo późnej pory ciągły ruch i wir uliczny. Byłem już w wielu krajach
      Europy lecz ten ruch nocny mocno mnie zaskoczył.
      W Los Angeles szerokość autostrad dochodziła do 10 pasów w jednym kierunku ruchu
      !!! Samochody jednak w przeciwieństwie do Europy jeżdżą z kulturą oraz starają
      się utrzymać stałą prędkość 75-80 mph i to daje poczucie bezpieczeństwa, a nie
      tak jak np. w Niemczech, gdzie jest brak ograniczeń prędkości (na autostradach)
      i są szaleńcy którzy jadą ponad 120 mph, a to krok do tragedii nawet dla tego,
      kto jedzie wolno i bezpiecznie.
      Wujek Stanley jeżdzi obecnie samochodem BMW 525 iA. To piękny i drogi samochód
      potrzebny mu na codzienne potrzeby, jednak jak mi się zwierzał najbardziej ceni
      (i ma rację) drugi jego samochód- sportowy czerwony
      Datsun z 1967r. To naprawdę wspaniałe auto wykonane z perfekcyjną precyzją,
      które zawsze będę wspominał.
      Wujek mieszka w typowo amerykańskim domu, w pięknej dzielnicy Westminster
      niedaleko od oceanu. Jest to dom zbudowany z drewna, parterowy- są tam 4 pokoje,
      salon, kuchnia z jadalnią i 2 łazienki.
      Generalnie całe Westminster jest zabudowana, a podejrzewam cała California, tego
      typu domkami. Trochę mnie zraziła bliskość sąsiadujących domków oraz brak
      ogrodzeń (Wujek jednak miał ze względu na psa).
      W Polsce w przeciwieństwie do tych buduje się nadal ogromne domy, których samo
      ogrzanie spędza lokatorom sen z oczu.
      Zaskoczyły mnie jednak ceny nieruchomości w Californi. Na domek wykonany z
      drewna trzeba zaciągnąć kredyt- który praktycznie spłaca się całe życie.
      Ceny są zupełnie nie adekwatne do wartości wniesionych materiałów i kosztów
      budowy. Myślę, że największą wartość mają działki pod zagospodarowanie.
      Mój Tata w Polsce budował długo- 7 lat, był w stylu amerykańskim mały lecz
      piętrowy. Bardzo go lubiłem, sam zrobiłem tam wiele prac własnoręcznie. Stąd
      znam ewentualne koszty takiej inwestycji. Niestety w trakcie powodzi
      1000- lecia w Polsce nasz dom w 1997 roku popłynął- chociaż był z cegły
      i betonu.
      California jest z kolei narażona na trzęsienia ziemi, stąd budownictwo drewniane
      (odpowiednio) lecz ceny zdecydowanie odbiegają od rzeczywistych kosztów ich
      wytworzenia Ja jednak myślałem (niedawno), że w USA dom to dostaje się za
      „piękne oczy”.
      Dosyć jednak narzekać, przecież ja kocham A
    • DOKOŃCZENIE (NIE ZMIEŚCIŁO SIE W POPRZEDNIM POŚCIE)

      Dosyć jednak narzekać, przecież ja kocham Amerykę. Naprawdę, dzięki Wujkowi
      Stanleyowi pomimo zaawansowanego wieku zorganizował mi
      „wakacje moich marzeń”.
      Wujek Stanley pomimo sędziwegowieku zorganizował mi wspaniałe wakacje. Jest to
      człowiek błyskotliwy, z własnym specyficznym poczuciem humoru, który pokazał mi
      USA w jak najlepszym wydaniu. Bardzo go polubiłem.
      Dzień w dzień, od rana do wieczora poświęcał swój czas i pieniądze, aby pokazać
      mi przede wszystkim dobre, wspaniałe miejsca Californii.
      Wyjeżdżaliśmy wcześnie rano, a wracaliśmy późnym wieczorem by poznać
      najciekawsze zabytki Californii.
      Poznałem również San Francisco, gdzie przebywałem ok. 2 tygodni u syna Stanleya-
      Johna oraz w San Luis Obispo 2-giego syna Gary’ego.
      Sprawiłeś mi Wujku wakacje moich marzeń- wielkie dzięki.
      Byłem w najciekawszych parkach rozrywki Europy (Mirabilandia- Italia,
      Hasna Park- Niemcy, Tivoli- Dennmark) lecz dzień w którym zobaczyłem prawdziwy
      Disneyland zapamiętam do końca życia. To jest naprawdę niebo, tego nie da się
      wyrazić na piśmie.
      Jedyny mankament Ameryki to to, że Amerykanie mało czasu spędzają z rodziną. Są
      bardzo zapracowani. Pomimo swojej zamożności, każdy z nich dba o utrzymanie
      swego stanowiska w pracy, po to by go nie utracić.
      Trochę mój zapał ochłonął. Myślę, że to powód mojej dojrzałości. Dzisiaj Tata
      żartował ze mnie- „How are you JAck” And its true- „Now I know”- USA jest piękne
      lecz aby być tam szczęśliwym trzeba być kimś. Dzięki ekscytującym wakacjom
      zrozumiałem rodziców namowy- aby być kimś trzeba na to zapracować, czy to będzie
      Polska czy USA.
    • Moja historia jest dość stara, jednak mimo wszystko do tej pory powoduje zimny
      dreszcz na placach. Zdarzenie to miało miejsce dwa lata temu na obozie
      kolonijnym w Czechach. Razem ze znajomymi postanowilismy wymknąć się późną nocą
      nad małą rzekę położoną nieopodal ośrodka kolonijnego. Kiedy szliśmy "w miejsce
      naszego przeznaczenia" zerwał się silny wiatr. Nie był to szczyt mozliwości
      matki natury, jednak wywołał przynajmniej u mnie nieprzyjemny dreszczyk emocji.
      Mimo wszystko postanowilismy dotrzeć nad rzeczkę. Ponieważ było lato w planach
      mieliśmy również kąpiel. Idąc przez małą łączkę położoną przed rzeką ujrzelismy
      nieprawdopodobny obraz. Po polanie krążyła postać w czarnym kapturze i
      poruszała się w równie dziwny sposób, mianowicie wyglądała tak, jak by
      utrzymywała się nad ziemią bez pomocy nóg. Skierowała się w naszą stronę i
      poruszała się coraz szybciej. Spanikowaliśmy. Nie byłem w stanie się ruszyć.
      Jednak na szczęście po pewnym czasie byłem zdolny do ucieczki. Odwróciłem się i
      zacząłem biec ile sił w nogach. Nagle czyjeś ręce złapały mnie za brzuch.
      Słyszalem głosny oddech i sapanie. Krzyczałem i szarpałem się. Nagle wszyscy
      znajomi stanęli i podeszli bliżej, byłem kompletnie zdezorientowany. Błagałem o
      pomoc. Jednak oni zaczęli sie smiać. W jednej chwili znienawidziłem ich. Mój
      kolega - Michał polecił bym odwrócił sie do tyłu. Oprawca uwolnił mnie z
      uścisku, a moim oczom zamiast smierci, czy obłąkanego satanisty ukazał się
      Przemek - mój przyjaciel z którym razem przyjechałm na obóz. Byłem w szoku,
      jednak juz po chwili obróciłem tę sytuację w żart. To były niezapomniane
      wakacje.
    • Gość: Oliver IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 08:36
      Kiedyś wyjechalem nad morze i nie było fal i nie było zabawy aż przyprawiło
      mnie o dreszczyk emocji dziekuje dowidzenia.
    • Moja przygoda miała miejsce w ostatnie wakacje... Gdy bylam z siostra i jej
      przyjaciolmi w Chorwacji, jej chlopak postanowil zdrobić mi niespodzianke...
      gdy sie obudzilam powiedzial ze dzisiaj bedzie najniezwyklejszy dzien w moim
      zyciu... jechalismy jakimis waskimi drogami w strone jakiejs rzeki. Samo to juz
      bylo adrenalina, bo nie mialam pojecia co on wymyslil! Gdy bylismy na miejscu
      powiedzial ze dzisiaj spelni sie moje najwieksze marzenie ii...skocze na
      bungee!!!! Bylam zaskoczona jak malo kto! Cieszylam sie niemilosiernie a
      zarazem balam... przeciez inaczej sie na to patrzy w TV czy na fotach a inaczej
      nad przepascia, stojac przy facecie zajmujacym sie tym, będącym wsrod mnostwa
      linek... bylam przerazona ale nie moglam zaprzepascic takiej okazji... Pan
      przywiazal mi nogi. Kilka razy pytalam, czy to jest bezpieczne i czy na pewno
      wszystko jest dobrze przymocowane... wykonalam szybki ruch zeby jak najszybciej
      miec z glowy ten pierwszy "wyskok". Ale wlasnie tutaj byla najwieksza
      adrenalina gdy moja siostra krzyknela stoj, jeszcze ta duza lina!
      Zamarlam...skoczylam w przepasc z rzeką w dole i gorami wokol bez wsparcia bo
      jakas lina nie jest jeszcze przygotowana... lecac w dol myslalam ze to juz moje
      ostatnie chwile... nie myslalam o niczym tylko o tym czy przezyje upadek do
      wody z takie wysokosci ale... myslalam ze to jakis cud...lina zatrzymala sie
      pare metrow przed woda...bylam przerazona ale...ZYLAM! Gdy bylam na gorze
      okazalo sie ze siostra zrobila mi beznadziejny zart! Specjalnie krzyknela w ten
      sposob zebym sie przestraszyla...no i niestety...udalo jej sie :P to byla
      najwieksza przygoda mojego zycia :)))
    • WOW ja to z kumplami miałem ,,NIEZŁE'' wakaje! rozpoczeło sie tak: Niemieliśmy
      co robic wienc szukalismy jakis przygodek,jak my na to muwimy:ADREALINKA :D.
      Poszlismy na pole do Wawrzyna:D po drodze patrzymy O KROWY! pozucaliśmy je
      kamieniami wśród nich był byczek...on sie zdenerwował i biegł za nami.Kumple
      pobiegli do mnei na podwurko i skryli sie za drzewem,ja ucielkem i lewo(bo muj
      dom byl na prawo:D)Na lewo były kubły(takie do segregacji)A byk biegł za mnom
      (AAAAAAAAA) i ja za kubły sie kryłem on mnie szukał,weszłem na kubeł i trzaskał
      w niego,było neizłe rodeo!prawie spadłem,a serce biło mi tak że zaraz przebiło
      by mi klatke piersiowom...wkońcu to sie byczkowi znudziło i poszedł spowrotem
      do stada(uff...) to sie nazywa ADREALINA!!!Wieczorem poszlismy do namiotu
      spać,ale wyszlismy patrzeć na gwiazdy bo były naprawde dobrze widoczne- no to
      zabralismy śpiwory i poszlismy leżeć na dachu patrzonc w gwiazdy.zauwazylismy
      najpierw takie koło gwiazd a w srodku blyszczonca gwiazdka.Potem lecialy
      pomarańczowe gwiazdy do tego kregu(nazwalismy to miejsce KRĄG RZEMIOSŁA) i sie
      zderzyły ale jak?
      i juz ich nie było widac,zadnego wybuchu nic poprostu znikneły!mieliśmy stracha
      ze odłamki spadnom na ziemie.To było nic w okolicach Dużego wozu leciała
      gwiazdka malutka i błyskała sie jak błyskawica!przybieralo to znak krzyża.To
      według mnie nie była satelita-widzieliscie satelite ktura leci tak szybko jak
      samolot?? wtedy to juz wogule stracha mielismy!!! przezywalismy to potem całom
      noc.Nie spalismy do rana byla juz 6:00 i poszlismy w chate,ja spałem w chacie
      do 14:00:D to był super dzień!!! wiencej takich! ! ! ! ! ! !
      • Dwa lata temu byłam z rodzicami na wakacjach we Włoszech. Nie powiem żeby mi
        się nie podobało, ale jednak tamtejsze uroki przyćmiewał fakt, iż pojechałam z
        nimi tylko jako... tłumacz. Nic więcej. Rodzice nie opuszczali mnie nawet na
        krok, bali się, że jakiś napalony Włoch nie daj Boże zrobi mi krzywdę.
        Odetchnęłam z ulgą jak wreszcie nadszedł czas powrotu. Rodzice jednak
        uwielbiają wracać okrężną drogą, chcą najwięcej zobaczyć, zwiedzić. I w ten
        właśnie sposób dotarliśmy do Czarnogóry. Zbliżała się godzina 23, tata był już
        z 15 godzin za kółkiem a nigdzie w pobliżu nie mogliśmy znaleść żadnego
        campingu. Jechaliśmy i jechaliśmy, z prawej góra, z lewej przepaść i ciągle
        jakieś tunele... A campingu niet... Nagle z oddali zobaczyliśmy mały,
        rozwalający się,na połamanej desce napis "camp". Tata szybko skręcił w prawo i
        odetchnęlismy z ulgą.
        Camp jak camp, polanka, toaleta i nic więcej... Nawet nie wiem czy zmieściły by
        się tam dwa namioty. Strudzeni podróżą zaczęliśmy się wypakowywać gdy nagle
        podszedł do nas właściciel tego pseudo campingu i mówi coś w tym swoim
        języku... Zrozumiałam tylko "moment". Więc zaprzestaliśmy rozkładania
        namiotu... Po chwili okazało się, że ten facet pobiegł szybko po swoich
        sąsiadów aby ci mogli zobaczyć jak wygląda namiot... Dziwili się, zaglądali do
        środka, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli!
        Później rodzice zasiedli do stołu z tym państwem... i dowiedzieli się, że
        grasują tu jacyś złodzieje, że w nocy będzie wielka burza, ale żebyśmy się nie
        bali, bo on będzie nas pilnował i włos z brody nam nie spadnie.
        Nadeszła noc, faktycznie, lało potwornie, grzmiało, nawet grad padał... Baliśmy
        się okropnie. Do tego za namiotem był lasek i cały czas wyło jakieś zwierze...
        nie wiem wilk czy coś... Koło godziny trzeciej nagle usłyszałam szelest trawy..
        tak jak by ktoś chodził... Powoli zbliżał się do namiotu, widziałam jego
        cień... Bałam się okropnie... Na szczęście ktoś tylko podszedł i zaraz odszedł.
        Nigdy więcej takich pseudo campingów, nigdy więcej :)
        • Gość: Fiefiurka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 17:27
          Wakacje!!! Yuupii :D Pojechałem na obóz na białe-błota :] Ogólnie było fajnie,
          fajni ludzie i fajne dziewczynki :P Noc dzień 6 i tego dnia zaczyna się
          historia. Była noc około godz. 1 gdy nagle przez obóz przeszło niebieskie
          światło. Spytałem kolegów z namiotu " Widzieliście to światło" oni mi
          odpowiedzieli "jakie światło". Wow czyżbym miał haluny. Niee napewno nie, więc
          otworzyłem jedną strone namiotu i czekałem. Po jakihś 20 minutach cały obóz( a
          był duży) został oświetlony niebieskim światłem. Tym razem moji koledzy to
          widzieli. To było dziwne :/ Ale zbytnio się nieprzejeliśmy, i po 2 godzinkach
          poszliśmy spać :] Ta historia jest prawdziwa.
    • Gość: Ziutek IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 19:26
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      ................................................................................
      .............................:)
    • To były wakacje 1999 roku, a ja miałam w nie skończyć moje 16- ste urodziny. No
      i ta wielka szansa, wyjazd do nieznanego, dużego miasta - Monachium. Pierwszy
      raz sama miałam troche obaw, ale co mi się może przydażyć…może tylko jakaś
      przygoda. Miałam pracować u niemieckiej rodziny. Praca nie była cieżka ale
      trochu męcząca - jak się szybko okazało, gdyż od rana do wieczora zajmowałam
      się dwójka dzieci. Ale mimo to byłam zadowolona z pracy i dumna z siebie,
      głównie dlatego że to wielkie miasto mnie nie przerażało i okazało się bardzo
      bezpieczne nawet noca, kiedy wracałam do miejsca mojego nocelgu…ale wkrótce to
      się także zmieniło. Nie pamietam jaki to był dzień ani jaki miesiąc…jak codzień
      wracałam autobusem do domu, tylko że tym razem poźniej, gdyż dzieci były chore
      i nie chciały zasnać. Ze wzgledu na pore autobus był prawie pusty, zobaczyłam w
      środku dwóch meżczyzn i siadłam za nimi. Zaczęli mnie ciekawić, bo nie
      wyglądali jak dżentelmeni w garniturkach. Mieli wytarte spodnie na sobie i
      stare koszule, a ponadto niezliczoną ilość tatuaży na całym ciele, które
      przykuwały uwage. Troche zapatrzyłam się, wiec nie slyszłam o czym rozmawiają,
      ale nagle coś błysło w dłoni jednego z nich, gdy na to spojrzałam okazało się
      że jest to duży noż myśliwiski, lekko czymś popalamiony (do dziś mam nadzieje
      że nie była to krew). Na moje nieszczeście panowie zorientowali się że ich
      obserwuje, a zwłaszcza noż. Spojrzeli na mnie a ja w tym momencie w ostatniej
      chwili wyskoczyłam z autobusu przerażona całą sytuacją i wtedy dopiero
      przypomniały mi się ranne wiadomości w radiu: “Dwóch białych meżczyzn zbiegło
      dziś z więzienia w München i prawdopodonie przebywają jeszcze na terenie
      miasta. Sterroryzowali strażnika nożem myśliwskim i biorąc go za zakładnika
      wydostali się z terenu aresztu. Nie wiadomo czy mają broń. Odsiadywali kare za
      morderstwo. Policja bedzie wdzieczna za wszelkie informacje”.
    • "WEEKENDOWY HORROR"
      Dziwna i przerażająca opowieść wydażyła się naprawdę w
      Sancygniowie.
      Jest to mała wieś, która z dnia otoczona jest przepięknym lasem,
      lecz w noc zamienia się on w dziką i gęstą ciemność, gdzie
      wszystko może się wydażyć.
      Pierwszy dzień weekendu zaczął się normalnie. Ja z dwójką
      przyjaciół i moim chłopakiem przyjechaliśmy na miejsce późnym
      popołudniem. Zakwaterowaliśmy się u starszej pani, która nas
      ugościła i przygotowała pyszną kolację. Wszyscy byliśmy zmęczeni
      więc położyliśmy się spać.
      Drugiego dnia postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę po okolicy
      a, że była piękna pogoda to spytaliśmy się starszej pani jak
      trafić nad jezioro, które się tam znajdowało. Powiedziała nam, że
      jak pójdziemy małą wydeptaną ścieżką, która wiedzie przez las i
      nie zejdziemy z niej, to po 15 min. powinniśmy być na miejscu.
      Ostrzegła nas jeszcze abyśmy się jej czymali, bo inaczej
      zabłądzimy, a tym bardziej nie powinniśmy wracać gdy nastanie
      wieczór. Zebraliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Gdy
      przechodziliśmy przez las zuważyliśmy, że ścieżka odbija w lewo, a
      dalej przy niej stoi stara, zaniedbana figurka. Chcieliśmy ją
      zobaczyć ale, że było gorąco, to stwierdziliśmy, że zrobimy to w
      drodze powrotnej.
      Trafiliśmy w końcunad jezioro. Było bardzo duże a woda miała
      złoty kolor od odbijających się promieni słonecznych.
      Posiedzielismy tam pare godzin i zapomnieliśmy, że nie mamy wracac
      tak późno. Szczerze mówiąc to chyba nikt z nas nie przypuszczał,
      że tak szybko zrobi sie ciemno. W drodze powrotnej ja z koleżanką
      byłyśmy przerażone. Chłopaki zaczęli się wygłupiać i opowiedać
      dziwne, straszne historyjki. Nie było mi wesoło, gdyż zrobiło się
      ciemno i ponuro, a drzewa przy wietrze wyglądaly jakby odrzyły.
      Nagle staneliśmy wszyscy nieruchomo. Poczuliśmy dziwny chłód na
      plecach a przed nami stała ta stara figurka, którą mieliśmy
      zobaczyć. Przedstawiała ona zarys małej dziewczynki. Nie
      zastanawiając się dłóżej powiedziałam im, że chce jak najszybciej
      chce wyjść z tego lasu. Odchodząc od niej usłyszeliśmy cichy płacz
      dziecka. Poczułam jak serce mi zamarło a nogi zaczęły się robić
      miękkie. Koleżanka spytała się czy to my robimy sobie jakieś żarty
      i jeśli tak to mamy przestać, bo to nie jest zabawne. Wszyscy
      stwierdziliśmy, że to nie jest nikt z nas. Więc zerwaliśmy się i u
      kciekliśmy przedzierając się przez ciemną dzicz lasu. Będąc już w
      domu nikt z nas nie zmróżył oka zastanawiając się w jaki sposób ta
      figurka stanęła nam na drodze skoro była na innej ścieżce i skąd
      ten odgłos płaczącego dziecka.
      Na następny dzień, przed wyjazdem do domu opowiedzieliśmy tą
      historię starszej pani licząc na to, że to wytór naszej wyobraźni.
      Lecz ona z dziwnym wyrazem twarzy odpowiedziała, że ta figurka
      została postawiona bardzo dawno temu nie wiadomo w jakich
      okolicznościach i, że dużo osób słyszało ten płacz. Niejedni
      mówili, że nawet w dzień widzieli jak płacze.
      To były moje najdziwniejsze a zarazem przerażające wakacyjne
      przeżycie jakie kiedykolwiek miałam. Do dziś dzień jak o tym
      wspomne lub jak teraz o tym piszę przechodzi mnie zimny dreszcz.


      P.S. Przepraszam za błędy ale jestem dysortografikiem. Mam
      nadzieje, że po przeczytaniu tego nie jeden z was poczuje gęsią
      skórke na swoim ciele. Pozdrawiam serdecznie Danusia.

      Mój adres to dana-82@o2.pl lub danusia27@gazeta.pl


    • Ok, to i ja dopiszę swoja historię.

      Lata temu, tuż po maturze czyli w 1992 roku, postanowiliśmy wraz z kilkorgiem
      znajomych wybrać się na wycieczkę do, wówczas jeszcze Czechosłowacji.
      Zakwaterowaliśmy się w małej miejscowości niedaleko Ostrawy czyli całkiem
      niedaleko polskiej granicy. Któregoś dnia wymyśliliśmy, że będąc bliżej Austrii
      niż jest to z Warszawy, warto byłoby wybrać się do Wiednia. Jak pomyśleli, tak
      zrobili :). Wstaliśmy rano, spakowaliśmy kilka rzeczy - w końcu wycieczka
      raczej niedługa i ruszyliśmy naszymi bolidami (fiat 126p oraz skoda 105 s) w
      drogę. Start nastąpił około 6 rano. Dzień był słoneczny, ciepły. Droga wiodła
      przez malownicze, czyściutkie czechosłowackie wioski, w których płoty
      przystrojone były doniczkami z kolorowymi kwiatami. Urocza trasa. Około ósmej
      czy dziewiątej rano stwierdziliśmy, że warto byłoby posilić sie w jakimś
      niedrogim czeskim barze. Z reszta większość z nich była niedroga. Zauważyliśmy
      w jednej z wsi napis "Bar" i niezwłocznie wstrzymaliśmy nasze "rumaki" udając
      się do owego przybytku. Weszliśmy, przeczytaliśmy menu i zamówiliśmy parówki z
      chlebem i musztardą oraz oranżadę. Jakież było nasze zdziwienie kiedy pani
      Bufetowa wsiadła na rower i pojechała do pobliskiego sklepu po rzeczone
      parówki :). Wróciła jednak szybko, wszystko było swieże i smaczne. Humory
      dopisywały. Tylko ten zapach w barze... Dziwny jakiś. Po skończonym posiłku my
      faceci wyszliśmy zapalić po papierosku, podczas gdy nasze koleżanki udały się
      (dlaczego zawsze w grupie? :) ) do toalety. Palimy sobie, rozmawiamy oczywiście
      o filozofii Nietsche'go i Schopenhauera :) i w tym czasie widzimy wracające
      nasze koleżanki. Wyraźnie zdenerwowane, wręcz zielone na twarzach. Uśmiechy nam
      powoli gasły widząc ich twarze. Podeszły do nas i pada pytanie:
      - czy wiecie gdzie jedliśmy?
      - no, w barze czeskim - pada odpowiedź, wielce inteligentna i natychmiast
      pytanie - a nie?
      - no nie - odpowiedziała jedna z nich
      - to gdzie? - zapytaliśmy
      - idźcie do toalety i przekonajcie się...
      - ale...
      - no idźcie!
      Cóż było robić? - poszliśmy. Przeszliśmy przez pomieszczenie barowe, w którym
      przed chwilą raczeni byliśmy smacznym i pożywnym śniadankiem i podążaliśmy za
      strzałkami z napisem "WC". Otworzyliśmy drzwi w drodze do wc i znaleźliśmy sie
      w ogromnej, jasnej sali, która swoją jasność zawdzięczała całej ścianie
      ogromnych, niezbyt czystych okien. Jednak to nie brak czystości okien wywołał
      zieloność na twarzach naszych koleżanek. To wyposażenie sali czyli kilkanaście
      wanien, służacych pierwotnie do przechowywania czy "sprawiania" zwłok ludzkich.
      Tak, dobrze Wam się wydaje!!! Spożywaliśmy śniadanie w barze zlokalizowanym w
      prosektorium czy kostnicy - nie znam się, ale niezależnie co to było i tak
      zrobiło na nas spore wrażenie. Zrozumieliśmy skąd ten zapach się wziął. Przez
      co najmniej kilkanaście minut później podróż odbywaliśmy w absolutnej ciszy...

      Nic podczas tego wypadu nie pokona śniadania spożywanego niemalże z trupami ,
      jednak zdarzyły się i inne sytuacje, które wywołały bicie potów. Po krótce:
      1. jazda autostradą w kierunku Bratysławy, droga lekko pod górę, łuk w prawo,
      wjeżdżamy z prędkościa ok 100km/h pod górę gdy przed maska pojawia sie leżąca
      na środku pasa skrzynka, taka jak w Polsce na ziemniaki. Udało się.
      2. Droga przez góry i lasy. Ciemna noc. Około 2 w nocy (powrót z Wiednia - nie
      śpimy od ok. 48 godzin) w samochodzie piszczy coś w tylnym lewym kole - bardzo
      niepokojąco. Nagle w światłach pojawia się identyczna skoda, blokująca pas,
      którym jadę - z urwanym lewym tylnym kołem. Gorąco!!!! Znowu się udało. :)
      3. Ostry zjazd z góry, swieżo wylaną drogą, także ciemna noc, jakaś godzina po
      spotkaniu z popsutą skodą. W reflektorach znowu coś sie pojawia. Udało się
      ominąć - znowu!!! Tym razem stojące na środku wiadro pełne cementu!!!

      Jak widzicie, wyjazd pełen "wzruszeń". Wspominamy ze znajomymi do dziś dnia.
      Dziś, mniej traumatycznie.
      Pozdrawiam serdecznie Redakcję i Forumowiczów
      Michał
    • Gość: DH_RiDeR IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 16:19
      Największy dreszczyk przeżyłem w tym roku po wyjeździe do Austrii gdzie
      odbywały się mistrzostwa świata w Downhillu. Postanowiłem przejechać traske i
      zdecydowałem się na troche szaleństwa. Niestety poniosło mnie za bardzo i po
      skoczeniu 7 metrowej skarpy zatrzymałem sie na skraju prawie 30 metrowej
      przepaści. Gdy zaczęłem kierować się nadal trasą zauważyłem że grunt pod
      oponami zapada się i nagle zobaczyłem napis na drzewie mówiący że jest to teren
      kamieniołomu i że tutaj nie wolno przebywać. Dopiero po szybkiej ucieczce z
      rowerem w kierunku najbliższych drzew udało mi się odnaleźć właściwą trase oraz
      zobaczyłem 5 ratowników i ambulans. Ich zdziwienie było wielkie po tym jak
      usłyszeli moje tłumaczenie i stwierdzili, że skarpa z której skoczyłem była
      wyzwaniem dla ratowników oraz miejsce gdzie wylądowałem było najbardziej
      ruchomym miejscem kamieniołomu. Gdy po powrocie wróciłem do domu i
      opowiedziałem wszystko żonie to stwierdzila ze przy nastepnej wycieczce kupi
      dla mnie wieniec :)
    • Gość: Daria IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.05, 16:46
      Byłam na obozie na Słowacji. W ostatni dzień opiekunowie zrobili nam pyszną
      kolacje, a my wręczaliśmy im prezenty z podziękowaniami. Po kolacji była
      dyskoteka, która miała trwać do 2:00, ale ok. godziny 12:00 się zakończyła,
      ponieważ ktoś rzucał w nas kamieniami i organizatorzy bali się o nasze
      bezpieczeństwo. Nie było paniki, ale kazano nam pozamykać okiennice i okna i
      pod żadnym pozorem nie wychodzić z domków. Przez całą noc szukano sprawców, ale
      na szczęście skończyło się tylko na strachu i nikomu nic się nie stało. Innym
      znowu razem podczas gdy stałam w kolejce do prysznica z koleżankami przyszli do
      nas jacyś cudzoziemcy prawdopodobnie z Argentyny i się nam narzucali, ale jak
      zobaczyli naszych chłopców to zwątpili i odjechali na swoim motocyklu.
    • W zeszłym roku, 31 lipca, siedziałam sama przed domkiem letniskowym,
      usytułowanym nieopodal jeziora, w lesie. Nudziło mi się, więc poszłam nad
      jezioro. Po kilkunastu minutach wróciłam, weszłam do domku i otworzyłam lodówkę
      w celu wyciągnięcia z niej kiełbasek na grilla. Nagle, kotara zasłaniająca
      kawałek kuchni, znajdująca się obok lodówki zaczęła się poruszać. Szybko
      zamknęłam lodówkę i zaczęłam obserwować kotarę, która po woli wybrzuszała się.
      Wyglądało to tak, jak by ktoś włamał się do domku i próbował niepostrzeżenie
      wyjść zza kotary. Szybko chwyciłam leżący na półce nóż i czekałam na dalszy
      rozwój wydarzeń. Kotara zsunęła się z wybrzuszającego się przedmiotu, którym
      była... zwykła miska. I nie byłoby w tym nic niespotykanego, gdyby nie fakt, że
      miska, przez kilka sekund wisiała poziomo w powietrzu, tak, jak gdyby trzymała
      ją jakaś niewidzialna ręka. Odwróciłam się, aby chwycić leżącą za stołem
      siekierkę i ruszyłam sprawdzić, kto siedzi za kotarą. Nie było nikogo... W tej
      chwili, pomyślałam, że ktoś, po prostu, w czasie kiedy się schylałam, uciekł w
      głąb domku. Zaszokowana i wystrasozna wybiegłam z domku i zamknęłam go od
      zewnątrz. Siedziałam sparaliżowana przed domkiem. Po kilku minutach, gdy trochę
      ochłonełam, zadzwoniłam do ojca, żeby przyjechał do domku, bo zamknęłam w nim
      właśnie włamywacza.
      Ojciec przyjechał za dwadzieścia minut. Okazało się, że w domku nikogo nie ma.
      Nie pomyślałam o tym, że jednak w domku nie mogło być nikogo, ponieważ miska
      wisiała w powietrzu cała i nikt nie mógłby trzymać jej zza kotary. O tym
      przypomniałam sobie dopiero następnego dnia. A przypomnialam sobie dlatego, że
      spacerując po lesie, trafiłam na starą płytę nagrobną, na której widniał tylko
      fragment daty urodzin i daty śmierci śmierci.. 01.08...97-31.07...
      Przeżyłam szok. Chciałam pokazać ojcu znaleziony grób, jednak poźniej nie
      mogłam znaleźć go w lesie. Mimo, że szukałam kilka razy, mimo, że pamiętałam
      miejsce, nigdy więcej nie zobaczyłam tego grobu...
      Już nigdy nie pojadę tam 31 lipca ani 1 sierpnia!
    • Wakacje z dreszczykiem przeżyłam jadąc do Chorwacji i w samej Chorwacji, gdy
      sobie je przypomnę do tej pory nie jest to dla mnie śmieszne. Drogi w Chorwacji
      wyglądają tak-po jednej stronie góry po drugie przepaść, my mieliśmy góry po
      lewej, czyli pas sąsiedni również po lewej, spokojnie jechaliśmy naszym małym
      autkiem a z drugiej strony na zakręcie zupełnie z nikąd wyłania się potężny
      biało-czarny TIR i zmierza prosto na nas, pierwsze, co zobaczyłam to kółka
      jechał chyba 90 km/h i lada moment popatrzyłam na kierowcy-i zobaczyłam cos,
      czego nie przewidywałam w najśmielszych snach kierowca przyciśnięty do
      siedzenia i wielgachne niebieskie oczy na dodatek nie mrugające, Facet miał
      wyglądał na 40 lat. Zamknęłam oczy i nie wiem skąd w rękach pojawił mi się
      różaniec (błękitny), zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić się "Zdrowaś
      Maryjo..."Więcej nie zdążyłam powiedzieć, bo otworzyłam oczy i popatrzyłam do
      tyłu tira nie było nie wiedziałam, co się z nim stało póki nie włączyłam na
      miejscu TV i wiadomości. Dowiedziałam się, że Facet ten był Bułgarem jechał
      spotkać się z rodziną, bo w Chorwacji był przejazdem, w trasie dostał
      zakrzepnięcia krwi czy cos podobnego nie pamiętam, ale pamiętam, że ostatnim
      miejscem, w którym był nawiedzony dom. Do tej pory bałam się, sie jeździć za
      granicę, ale w maju przełamałam się i jechałam do Paryża. Nie życzę nikomu
      takiej przygody a za przeżycie, co jest cudem dziękuje codziennie.
    • Żeby przeżyć coś interesującego, doświadczyć prawdziwej przygody o dziwo
      wcale nie trzeba wybywać na drugi koniec świata, przekonałam się o tym na
      własne oczy. Tego czego byłam świadkiem napewno nigdy nie zapomnę.
      Na początku tegorocznych wakacji wyjechałam na kilka dni do mojej siostry,
      która mieszka kilkanaście kilometrów ode mnie. Następnego dnia po moim
      przyjeździe rozpętała się straszna burza. Trwała bardzo długo i była naprawde
      straszna! Przerażało mnie to że dookoła się błyskało i nigdzie nie było widać
      choć skrawka jasnego nieba, który sugerował by zbliżający się koniec burzy. W
      mieszkaniu zrobiło się strasznie gorąco i duszno. Stwierdziłam, że jeszcze
      chwila a nie będzie czym oddychać, więc podeszłam do okna i uchyliłam je. Nigdy
      nie przyszłoby mi na myśl, że był to największy błąd który mogłam zrobić tego
      dnia. Zaledwie kilka sekund po moim odejsciu do mieszkania niczym odrzutowiec
      wleciało coś co wyglądało jak wodno-ognisty jęzor. Zamarłam w bezruchu podobnie
      jak moja siostra i jej mąż. Nie mogłam nadążyć wzrokiem za tym paskudzstwem a
      ono odbijało się w pokoju od jednego końca do drugiego! W pewnym momencie
      przeleciało tak blisko mojego szwagra że go opażyło w ramię. Szwagier w szoku
      nagle podbiegł do okna i otworzył je na całą szerokość!!! Jęzor po chwili odbił
      się od przeciwległej ściany i wyleciał na zewnątrz przez okno po czym bardzo
      szybko mąż siostry zamknął okno!!!W tym samym czasie za oknem powoli zaczeło
      się przejaśniać a po jęzorze nie było już ani śladu.
      Do dzisiaj nie potrafie wyjaśnić tego zjawiska. Nie umiem stwierdzić co to
      było. Niektórzy mowią że to piorun ale ja mam co do tego duże wątpliwości,
      ponieważ ten jęzor nie pasuje mi do opisu pioruna. Jestem tylko jednego pewna-
      napewno już nigdy nie otworzę okna w czasie burzy!
    • Gość: oliwia IP: *.psk.com.pl / 80.51.205.* 19.07.05, 22:58
      w naszej miejscowości czyli w pełczycach jest stary opuszcony klasztor
      cystersów.zawsze bałam sie przechodzic koło tego upiornego budynku, lecz w
      czasie poprzednich wakacji wraz z kolegami i moja przyjaciółka ośmieliłysmy sie
      odwiedzic to miejsce.długo zastanawiałysmy sie co mamy ze soba zabrac oraz
      która drogą wejśc do środka.klasztor był bardzo stary i niezadbany.aby wejśc do
      niego trzeba było pokonac wielki mur, a to dlatego poniewaz brama wejściowa
      była zamknieta.ale ja znałam jeszcze jedno wejście:stromą drózkę, która
      prowadziła przez gączsze zarosli oraz oktopnych pokrzyw.aby nikt nie zwrócił
      nam uwagi postanowiliśmy przejśc odkryta przezemnie drogę.wreście dotarliśmy
      na miejcse.wczyscy stanelismy jak słupy soli.przed oczyma ukazała nam sie
      stara budowla przez której okno widac było zachód słońca. ogarnął mnie
      strach.wiedziałam że nie powinnam tego robic ale było juz za póżno.moja stopa
      jako pierwsza zawitała na klasztorskich deskakach podłogi.bałam sie
      nieubłaganie ale coś jakby pchało mnie do przodu.sama dokładnie nie wiedzialam
      co sie ze mnom dzieje. klasztor mial swoje historie oraz tajemnice które
      oczywiście my jako wści..kie dzieciaki chcieliśmy odgadnąc.TRACH!!!nagle za
      nami zamknęły sie drzwi.zawiał chłodny wiatr, gdzies w oddali słychac było
      skrzypot podłogi.karolina mocno scisnela moją dłoń i w grupie pobiegliśmy na
      sama góre okropnego budynku.tam było jeszcze straszniej.podłoga była
      spróchniala, na ścianach wisiały długie,mocne pajeczyny.w pewnym momencie
      myślałam ze to tylko sen, lecz przekonalam sie o rzeczywistości tego wydarzenia
      gdy na poddaszu znalezliśmy szro-białego kotka, który pokazał nam droge
      powrotną.spadł nam jak gwiazdka z nieba.po niedługich przemyśleniach
      postanowiłam, że nigdy wiecej nie zawita tam moja noga
      • ta opowies o tym jak spdzilam moje zeszloroczne wakacje
        wyjechalam z rodzicami do naszego domku w beskidach wszystko zowiadalo sie
        super ! wielki dom jeszcze wiekszy ogród wspaniale widoki z okna i wielki las
        który rosposcieral sie tuz za domem ......... zycie jak w bajce.... miejscowi
        opowiadali dziwne historie na temat niewielkiego centarza który znajdowal sie
        po drugiej stronie pagórka.........
        a legedna bzmiala tak:
        co 1000 pelni ksiezycowych w lesie (tym kolo mojego domku) czarne dusze
        odprawiaja taniec pokótny . kto wiezy w takie bajki? napewno nie ja ( to czasu
        kiedy...) wlasnie mialam isc z moim psem na spacer kiedy nad lasem zaczely
        kolowac wilekie czarne ptaszyska .Bylam przekonana ze to wielkie jaszczebie ale
        nie......... po chwili ich skrzyla zaczely sie szczepic asz w koncu nie
        przypominaly juz skrzydel tylko czrne potargane sukna z bielejaca czszka
        szybowaly nad lasem jak sempy polujace na swoja ofiare ........... nie
        wiedzialam co mam robic bylam przerazona..... nagle w lesie rosprysnala sie
        wieka kula ognia caly las stanol w plomieniach ........... czarnych upiorów
        bylo coras wiecej az calkowicie zasnuly niebo zrobil sie ciemno plomienie
        ztrawily jusz pawie caly las lecz cos kazalo mi tam isc musialam.........
        czarne straszydla zaczely mnie otaczc nie milam jusz wyoru nie wiedzialam co
        sie dzieje powoli zaczly mnic do gory ju| sie nie szamotalam moje cialo bylo
        calkowicie bezwladne ..... nagle obudzil mnie jakis krzyk to byla moja siostra
        widzialam byla na dole zaczlam sie wyrywac.... niewiem co bylo dalej obudzilam
        sie na ziemi moj pies lizal mnie po policzku ........ las byl nie naruszony po
        oniu ani sladu.... zato cale zbocze porosniete bylo czarnymi rózami .......

        koniec legedy brzmi: dusze musza zlozyc ofiare aby mogly byc czyste jesli im
        sie to nie uda juz na zawsze zostana kwiatami.......... zato ofiary kórym nie
        udalo sie uciec na zawsze zostana w cieplych promychkach slonca w letnim
        deszczu w gorskim potoku w karzdym kamyczku beskidów i w karzdej rózy
        bialej....



        czy w twoim ogrodzie rosnie biala róza?




        • Gość: rk19 IP: 80.51.249.* 20.07.05, 20:54
          Nie no bajka może i w miarę... ale nie te błędy... "Pokótne" jeszcze
          przebolałem, ale już "JASZCZEBIE", "ASZ", "SEMPY", "CORAS"... długo by
          wymieniać... - Redakcjo - dyskwalifikacja za coś takiego, bo naprawdę aż
          przykro czytać. Ciekawe jeszcze ile ta Sylwuska ma lat... Jak sobie pomyślę, że
          ktoś taki pojedzie na wycieczkę, a mnie, ofiary "reformy" oświaty nie stać na
          porządne wakacje, to aż mnie nosi... Żałosne :/
        • Spoko opowiesc fantastyczna :) podobalo mi sie moglas tylko bardziej rozciagnac
          te historie i poopisywac szczeguly ale ogulnie spoko :)
    • Agata nachyliła się i pogłaskała gładką taflę. Woda była czysta i ciepła.
      Siedziały na drewnianym pomoście, wrzynającym się w jezioro na długość około
      siedmiu metrów. Za ich plecami rozciągało się nieduże wzniesienie, na jego
      szczycie można było dostrzec ceglane ściany niewielkiego domku letniskowego.
      Wszystko szczelnie otulał gęsty las.
      - Podoba mi się tutaj.
      - Matce też – odpowiedziała Beata.
      - To spokojne i ciche miejsce. Czegoś takiego potrzebowała.
      - Może wreszcie odpocznie. A my chyba powinnyśmy już wracać. Trzeba się
      rozpakować, przebrać i... Na miasto. Co ty na to, siostra?
      Agata kiwnęła głową. Beata miała na myśli Mabel, niedużą wioskę turystyczną
      oddaloną od nich o dwa kilometry.
      - Aż tak ci się spieszy, żeby kogoś upolować?
      Beata uśmiechnęła się szeroko.
      - Jesteśmy w końcu na wakacjach, no nie?
      Wstały i zaczęły powoli piąć się z powrotem do domku.
      Wokół nich las rozbrzmiewał dziesiątkami głosów. Z pobliskich krzaków doszedł
      ich głośny szelest, pewnie mysz czmychała właśnie do swojej kryjówki. Korony
      drzew kiwały się w spokojnym, majestatycznym tańcu. Dziewczyny zatrzymały się w
      połowie wzniesienia. Z tego miejsca roztaczał się wspaniały widok na jezioro i
      okoliczne tereny. Na kilku plażach spokojnie smażyło się kilkudziesięciu
      wczasowiczów, wodę cięły sylwetki kajaków. Pachniało żywicą i latem.
      Splotły dłonie.
      „Piękny widok” – pomyślała Agata.
      „Masz rację. Tu jest po prostu cudownie... Kocham cię” – pomyślała Beata.
      Uścisnęły się mocniej. Na ich twarzach rozkwitł uśmiech, ciepły, pełen spokoju.
      Beata przesunęła palcem po srebrnym pierścionku, który nosiła na małym palcu
      prawej dłoni. Musiała go nosić. Inaczej ludzie nie odróżniliby jej od siostry.

      ***

      Najpierw była ciemność. Następnie otworzyła się przestrzeń, którą natychmiast
      wypełniły barwy i dźwięki. Ktoś nazwał rzeczy, opowiedział o gwiazdach, podał
      soczek. Wszystko było cytrynowe i soczyste. Szczęśliwe. Pełne ciepła i miłości.
      Jednak potem przestrzeń się zamknęła. Stało się coś, co zalało ją z powrotem
      smolistą, nieprzeniknioną czernią. Co to było? Nie wiadomo. Pamięć,
      zazdrośnica, zamknęła te wspomnienia w zimnej klatce i schowała w klitce pod
      schodami. Pozbyła się klucza, rozbijając go na tysiące kawałków.
      Przez jakiś czas w środku tliła się nadzieja na dawne szczęścia, dawne życie.
      Jednak i ona zgasła, stłumiona zimną, mokrą dłonią pustki.
      Nie było nadziei.
      Aż nagle, dzisiaj, przestrzeń otworzyła się ponownie.
      Była jednak inna.

      ***

      Mabel było mieściną typowo wypoczynkową, z rodzaju tych, co ożywają pod koniec
      marca, a z nadejściem jesieni kładą się do snu. W lecie pulsowało życiem i
      energią wczasowiczów, kroczących główną aleją z goframi lub parującymi kolbami
      kukurydzy. Zimą można było zapewne przejść z jednego końca Mabel na drugi i nie
      spotkać żywej duszy.
      Niektórzy ludzie odwracali się.
      Przyzwyczaiły się już do tego, że zwracają na siebie uwagę. Chcąc choć po
      części tego uniknąć, na pierwszy spacer po mieście ubrały się inaczej. Agata
      miała na sobie beżowe spodnie i czarną bluzkę na cienkich ramiączkach, Beata
      założyła błękitną sukienkę. Włosy spięła w elegancki kucyk.
      - To co? Przełamanie lodów? – Zapytała Beata.
      - Pewnie.
      Kupiły lody i usiadły na niewysokim murku okalającym ośrodek wczasowy Polskiego
      Stowarzyszenia Nauczycieli. Czas mijał im szybko. Obeszły Mabel wzdłuż i
      wszerz, zajrzały do każdego niemal sklepiku, niekiedy głośno komentując takie
      rewelacje jak okulary przeciwsłoneczne z lustrzankami, które pozwalały stale
      obserwować śledzących cię osobników czy też „smerfową” polewę do lodów.
      Do domku wróciły zmęczone, ale zadowolone.
      - I jak wam się podoba okolica? – Zapytała matka, gdy rzuciły się na kanapę w
      salonie.
      - Okolica świetna, tylko wszystko drogie – odparła Beata. – Za głupiego gofra
      trzeba zapłacić pięć złotych.
      - Gofry możemy zrobić tutaj. W szafie widziałam gofrownicę. Macie ochotę?
      - Gofer-machinę – wtrąciła Beata.
      - Macie ochotę?
      - Jeszcze się pytasz! Mamo!

      ***

      Michał Ruciak opadł ciężko na łóżko. Cisnął w kąt firmową, żółtą czapeczkę.
      - Ile?
      - Dwadzieścia cztery Wyborcze i trzy Wprosty.
      - Ładnie.
      - Gdzie tam ładnie... Poniżej limitu. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mnie
      stać na powrót do domu. Zamiast zarabiać muszę dopłacać do interesu. Tfu!
      Pierdzielę taką robotę.
      - To wyjedź.
      Michał wzruszył ramionami.
      - Nie wiem... W końcu siedzę nad jeziorem, na pobyt i jedzenie mam. Rodzice
      zawsze mogą coś przysłać. Nie dzwoniłem jeszcze, ale chyba nie będą robić
      problemów.
      - Nie myśl o tym. Póki co jeszcze wychodzisz na swoje.
      - Poza tym to ciekawa praca. Codziennie jakieś atrakcje. Wiesz, kogo dzisiaj
      widziałem?
      - Mów.
      - Bliźniaczki. Identyczne, mówię ci! A jakie ładniutkie... Ach!
      - I co?
      - Jak to co? Podszedłem od razu.
      - O. I co powiedziałeś?
      - Hm. Dokładnie?
      - Dokładnie.
      Michał westchnął i wbił oczy w sufit. Minęło kilka sekund, nim wycedził:
      - „Może gazetkę.”
      Rafał, piętnastoletni rudzielec, aktualnie – wakacyjny kolega Michała,
      wybuchnął śmiechem. Echo donośnych, soczystych chichotów jeszcze długo odbijało
      się od ścian małego pokoiku.

      ***

      Agata i Beata siedziały na tarasie. Była ciepła, wilgotna noc. Piły gorącą
      czekoladę z dużych, niebieskich kubków. Matka poszła już spać, uprzednio
      odkurzywszy pół domku.
      - Co jutro robimy? – Zapytała Agata.
      - Jak to: co? Plaża, plaża i jeszcze raz plaża... Tego lata chcę się spiec. W
      zeszłym roku nie wyszło.
      Rzeczywiście. Rok wcześniej przesiedziały nad morzem równe dwa tygodnie. Przez
      dwanaście dni padało. Wróciły do domu wściekłe i spłukane, dosłownie i w
      przenośni.
      - Ja chyba przejdę się po lesie.
      - Terenów do spacerów brakować ci tu nie będzie – stwierdziła Beata.
      - Chciałabym też coś napisać.
      - Właśnie. Skończyłaś wreszcie ten wiersz, „Zumanity”?
      - Nie. I obawiam się, że już go nie skończę – dodała po chwili.
      - Dlaczego? Zapowiada się świetnie. Naprawdę masz do tego talent.
      - Nie o to chodzi – Agata pokręciła głową i odłożyła kubek. – Kiedyś ci już to
      tłumaczyłam, z wierszami, w odróżnieniu od opowiadań, sprawa jest o tyle
      dziwna, że to nie autor rządzi wierszem, tylko wiersz rządzi autorem. Nie można
      po prostu powiedzieć sobie: „dzisiaj napiszę piękny, poruszający wiersz” i
      usiąść przed kartką... A szkoda – uśmiechnęła się.
      Beata oparła łokcie o drewniany blat, otuliła twarz dłońmi. Jej długie, złote
      włosy spłynęły na ramiona. Zmrużyła oczy i przechyliła głowę.
      - Tutaj nikt ci nie przeszkodzi. Wierzę, że go skończysz.
      - Chciałabym. Naprawdę.
      Ich dłonie powędrowały ku sobie, by w końcu odnaleźć się, pod rozgwieżdżonym
      niebem. Wschodził księżyc, noc pachniała igliwiem. Palce bliźniaczek splotły
      się nieśmiało.
      „Wierzę w ciebie” – pomyślała Beata.
      „Wiem.”
      Siedziały w milczeniu ponad kwadrans.

      ***

      Słońce prażyło niemiłosiernie. Na niebie nie było widać nawet najmniejszej
      chmurki. Wiał słaby, ciepły wiatr, a woda była cudowna.
      Beata zanurkowała z rozkoszą.
      Dzień zapowiadał się wspaniale. Od dziewiątej rano leżała na dzikiej plaży,
      którą znalazły podczas wczorajszego, wieczornego spaceru. Niewielką połać
      złocistego piasku otaczały nieprzeniknione krzewy. Intymność właściwie
      gwarantowana. Czegóż chcieć więcej?
      Powoli płynęła w kierunku brzegu.
      Nagle dostrzegła błysk. Zatrzymała się i obróciła głowę w jego stronę. Coś
      prześwitywało pomiędzy drzewami, daleko, po drugiej stronie jeziora.
      Opalizujący kształt rzucał na wodę srebrzyste refleksy.
      Wtedy usłyszała krzyk.
      Ktoś krzyczał. W jej głowie. Nawiedziły ją obrazy. Jakby ktoś rozrzucił przed
      jej oczami kolorowe szkiełka. Rysa na czymś zimnym. Krople wody, spadające
      na... Chłód, wilgoć i mrok, kwitnący pomiędzy drzewami, mający źródło w
      czymś... Cichy brzęk, ja
    • Uwielbiam pływać i latać i zawsze chciałam robić to jednocześnie. To prawie tak
      jak seks w powietrzu, no niektórym to się udaje.
      Gorzej jednak z pływaniem na desce przy pomocy, której można wykonywać
      wspaniałe ewolucje w powietrzu, oczywiście jak ktoś potrafi. Moja podróż
      zaczęła się od Łeby, gdzie parę lat wstecz odwiedził nas Pan Nasch mistrz
      świata w Kiteserfingu, który zaprezentował ewolucje, które nigdy nie mieściły
      mi się w głowie, ale zachęciły mnie a wręcz powiem, że rozgrzały mnie do
      zrobienia tego, co mi się tylko mogło śnić. Była również Pani (nie pamiętam jej
      nazwiska) - mistrzyni świata, która nic dziwnego nie pokazała, jedynie tylko
      szybkość, jaką można osiągnąć pływając w te i z powrotem do brzegu i od niego.
      Zapalona, czym prędzej udałam się na kurs do Władysławowa. Super było, nawet
      stanęłam parę razy na desce, a nawet przepłynęłam 5 metrów i bum. Woda płytka,
      wiatr słaby albo wcale a ja siedzę tydzień na plaży i czekam, aż halny zawieje.
      No, ale cóż za 2 tygodnie jadę na Rodos. Pan trener powiedział, że to
      super: "Tam dopiero daje kopa wietrzysko". Czym prędzej skierowałam się na
      poleconą mi przez recepcjonistę plażę w celu wykupienia sobie kolejnego kursu,
      tym razem udanego bo wieje wiatr. Kurs oczywiście po angielsku, no, ale przy
      takim sporcie to trzeba być oblatanym z tymi językami. Nie ważne zapał to
      zapał, kupiłam latawca to mnie będzie ciągał po wszystkich rzekach, morzach i
      krainach tam gdzie będę chciała. No i mnie zaciągnął i to pierwszego dnia.
      Wiało tak, ze odpłynęłam ze 2 kilometry od brzegu, aż miły Pan z kursu
      zainteresowany moją długą nieobecnością przypłynął po mnie motorówką i
      przytargał do upragnionego brzegu. Ktoś sobie pomyśli, że jestem ostatnia
      ofiara życiowa, ale chciałam zapewnić, że tak nie jest. Skończyłam AWF, więc
      jestem wysportowana i w niejednej dyscyplinie pływackiej dostałam dyplom.
      Niestety, ale nie wymyślono jeszcze komórki wodoodpornej, a przydałaby się i to
      bardzo. Przynajmniej nie leżałabym godziny w lodowatej wodzie, myśląc o
      rekinach.. W każde wakacje od 3 lat intensywnie podnoszę poziom swojej
      adrenaliny, dopóki nie osiągnę własnego zadowolenia z nowego aczkolwiek
      niebezpiecznego, ale sportowego hobby.


      Pozdrawiam:
      Agnieszka
    • Prawie dokładnie rok temu, bo 21 lipca wybrałam się na obuz sportowy do Czech.
      Razem z koleżankami dostałyśmy kluczyk do jednego z małych domków znajdujących
      się na terenie ośrodka. Do tej pory pamiętam że miał numer 4. Jak to zwykle
      bywa każdy obóz musi zacząć się zwołaniem przez organizatora uczestników do
      jednej sali na nudny "wieczorek zapoznawczy". Kiedy sala się zapełniła przez
      rużno wiekowe grupy, trener rozpoczął czytanie zakazów i nakazów. Na końcu
      dodał jeszcze jeden zakaz związany z tajemniczą 4-osobową chuśtawkę. Część osób
      wiedziała o co chodzi, a część nie. Łatwo się domyśleć w której grópie się
      znajdowałam. Od razu zrobłam wywiad z organizatorem który wyjaśnił ,że 5 lat
      temu pewna dziewczynka zgineła przez nią w dość drastyczny sposób. Oczywiście
      powiedział nam że miedzkała w domku nr. 4. Niewieżyłam mu ale mimo wszystko się
      bałam. W pierwszą noc obozu położyłam się o 3 w nocy. Razem z koleżankami już
      zasypiałyśmy kiedy usłyszałyśmy dźwięk skrzypiącej chuśtawki i dźwięk
      udeżającego o nasze okna gradu. Usnełyśmy z trudem i z niepokojem. Rano okazało
      się że to był chrzest kolonijny organizowany przez trenera.
    • Moje wakacyjne przeżycia nie są ani straszne, ani mrożące krew w żyłach, są one
      ciekawe i zaskakujące...
      Dwukrotnie w moim życiu zaskoczyli mnie sami artyści..
      Otóż 2 lata temu byłam nad morzem przez dwa tygodnie, mieszkałam w małym
      hoteliku razem z koleżankami. W drugim tygodniu naszego pobytu, pewnej nocy do
      naszych dni kilka osób zaczęło się dobijać, byli tak głośno, że wszystkich
      obudzili. My bałyśmy się otworzyć drzwi, ale naszczęście kierownik hotelu
      zerwany na równe nogi szybko pozbył się nieproszonych gości. Jak się później
      okazało byli to członkowie zespołu "Łzy", którzy byli "lekko" podchmieleni
      pomylili sobie pokoje. Następnego dnia zagrali świetny koncert w mieście, a na
      przeprosiny mi i moim koleżankom z pokoju dali autografy...

      Drugą ciekawą historią, jest moje spotkanie z Muńkiem Staszczykiem z zespołu
      T.Love. Ten znany zespół grał w naszym mieście na festiwalu, była świetna
      atmosfera. Po zakończeniu całej imprezy jak już wychodziliśmy zauważyliśmy, że
      przy stoisku z kiełbaskami stoi wokalista zespołu, więc poszliśmy do niego po
      autografy. W czasie podpisywania się, Muniek spytał mnie i kilka osób spod
      jakiego znaku jesteśmy. pierwsza się wyrwałam i powiedziała, że jestem spod
      znaku panny. On spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nie dowierzająco
      spytał: "PANNA? WRZEŚNIOWA?? " i poprosił mnie żebym z nim porozmawiała na
      boku. najpierw mi wyjaśnił, że ma sentyment do mojego znaku... Póżniej spytał
      czy z kimś tu jestem i jak się dowiedział, że jestem z chłopakiem
      powiedział "TO NIE MAM CO LICZYĆ NA TAKIE TAM...?". Musiałam go zmartwić, ale
      za to mam piękny jego autograf z dedykacją:))
    • To byly studenckie wakacje, czyli praca w hotelu w Gorach Skalistych w USA.
      Problem polegal na dojezdzie na lotnisko, bo trzeba bylo sie przeprawic autem
      przez wysokie gory do Denver - ok. 3 godz. drogi. Na szczescie udalo mi sie
      znalezc transport dosc przypadkowo - jeden koles, Amerykanin, ktory pracowal w
      tym samym hotelu zaoferowal podrzucenie swoim "domem na kolkach", w ktorym
      mieszkal. Kiedy wyruszylismy zaczal palic trawe i trwalo to przez caly czas
      podjezdzania serpentynami do przeleczy gorskiej. W pewnym momencie auto zgaslo,
      bo zabraklo benzyny - kierowca ani sie zastanawiajac - wciaz na trawie,
      zawrocil i sila rozpedu tymi samymi serpentynami, hamujac bez pracujacego
      silnika, dotoczyl sie do pierwszej stacji benzynowej. Potem na szczescie
      wszystko potoczylo sie juz gladko, ale nie wiem czy nie przybylo mi podczas tej
      eskapady kilku siwych wlosow.
    • To było w Lubrzy. Małej miejscowości w województwie lubuskim. Wraz ze
      znajomymi, postanowiliśmy, iż jadąc na wczasy nie będziemy specjalnie myśleć
      nad miejscem naszego noclegu ale pojedziemy „w ciemno” z nadzieją, że na
      miejscu uda nam się coś znaleźć. Jak się jednak okazało, znalezienie wygodnego
      miejsca wypoczynku graniczyło wręcz z cudem.
      Wszystkie okoliczne domy wczasowe, hotele i ośrodki były wypełnione po brzegi i
      gdzie byśmy nie pytali wszędzie spotykało nas szydercze i lekko
      kąśliwe „przykro mi”. Zbliżał się już wieczór i kiedy wszyscy tracili nadzieje,
      na naszej drodze pojawiła się mała dziewczynka. Ubrana cała na biało o czarnych
      włosach i bladej skórze, wyglądem przypominała raczej rzeźbę niż człowieka.
      Pamiętam że pomyślałem wtedy, że spokojnie mogłaby ubiegać się o role w jakimś
      horrorze i gdyby nie fakt, że po paru sekundach milczenia przemówiła cichutkim
      dźwięcznym, dziecinnym głosikiem oddaliłbym się jak najdalej.
      - Wy też? – spytała stojąca dalej w bezruchu postać.
      - Co my też? – odparłem zaskoczony, że z tak chudego ciała mogą wydobywać
      się jakiekolwiek dźwięki.
      - Też szukacie miejsca gdzie można przenocować. – Odparła jakby od dawna
      spotykała ludzi podobnych do nas z takim samym problemem.
      - Tak my... – Nie zdążyłem dokończyć bo spod gęstych włosów dobiegł
      kolejny syczący już niemal dźwięk – Tu w lesie mieszka stary młynarz, czasem
      wynajmuje swoją dobudówkę za niewielkie pieniądze- odparła nie pytana postać i
      obracając się na pięcie zaczęła kroczyć w przeciwnym kierunku.
      Byliśmy tak zaskoczeni, że nie próbowaliśmy nawet pytać dalej o szczegóły.
      Widzieliśmy tylko białą smugę powoli znikającą gdzieś w gęstwinie lasu.
      Staliśmy tak w bezruchu jakieś trzy minuty gdy jeden z kolegów zaproponował
      abyśmy poszli dalej przed siebie pytając ludzi o okoliczny młyn. Jak się
      okazało nie musieliśmy szukać długo. Po dziesięciu minutach drogi zobaczyliśmy
      stary, wykonany z dębowego drzewa kierunkowskaz z napisem „Młyn”. Namalowana
      białą farbą strzałka, była skierowana w kierunku mocno zarośniętej wąskiej
      ścieżki. Wyczerpani nie zastanawiając się długo, podążyliśmy wzdłuż
      wyznaczonego szlaku, którego podejrzewam nikt nie używał od lat. Las był ciemny
      i cichy. Tylko nielicznym strugom jasnego światła udawało się przebić przez
      ogrom rozłożystych gałęzi wielkich i starych buków. Po jakimś czasie
      wyczerpującej wędrówki naszym oczom ukazał się wielki drewniany budynek z
      jeszcze większym kołem zanurzonym w wodzie. Młyn był wielki i swoją
      monumentalnością przywoływał na myśl raczej gotycką fortecę niż obiekt,
      w którym za dawnych lat wytwarzano mąkę. Po krótkiej chwili zachwytu i obejściu
      budowli dookoła zobaczyliśmy również gospodarza. Człowiek o krępej budowie
      ciała i pomarszczonej skórze stał na wprost nas z dyskretnym uśmieszkiem
      i wyraźnie czekał na rozpoczęcie rozmowy.
      - Dzień dobry. – Zagadałem.
      - Witam moich drogich przybyszów. – Wykrzyczał wręcz, jakby całe życie na
      nas czekał.
      Po krótkich rozmowach i negocjacjach znaleźliśmy się w jednym z pokoi
      i zaczęliśmy się rozpakowywać. Nasz gospodarz powiedział, że wszystkie rzeczy
      w jego „królestwie”, jak określił swe miejsce zamieszkania, są do naszej
      dyspozycji. Wychodząc usłyszeliśmy tylko:
      - Aha, zapomniałbym nie, wchodźcie do młyna bo jest tam dość
      niebezpiecznie, wszystko jest stare i grozi zawaleniem. – Powiedział i zaczął
      kierować się do wyjścia gdy jeden z nas odparł:
      - Szkoda... miałem nadzieje że zobaczę jak odbywała się produkcja mąki za
      dawnych lat, wie pan, takich budowli jest chyba w Polsce niewiele.
      Na te słowa krępa postać bezszelestnie poruszająca się w kierunku wyjścia
      zatrzymała się nagle i już z mniejszą życzliwością w głosie odparła:
      - Uważałbym na młyn. Niektórzy mówią, że tam straszy. Zaskrzypiały drzwi,
      a z korytarza dobiegł odgłos skrzypiących pod nogami desek. Byliśmy tak
      zmęczeni, że nawet nie próbowaliśmy domyślać się o co chodziło tajemniczemu
      młynarzowi. Szybko położyliśmy się do łóżek i zapadliśmy w głęboki sen.
      Nie pamiętam dokładnie o której godzinie obudził mnie cichutki
      dochodzący z góry dźwięk tupotu czyichś stóp. Deski dyskretnie trzeszczały tuż
      nad moją głową a spod posadzki unosił się kurz. Postanowiłem, że przeczekam aż
      wszystkie dźwięki umilkną jednak po paru minutach ciekawość wzięła górę.
      Na bosaka, jak najciszej się dało, zbliżyłem się do drzwi wyjściowych. Było tak
      ciemno że musiałem kroczyć wzdłuż ściany aby trafić na klamkę. Ku mojemu
      zdziwieniu okazało się, że gdy tylko wyciągnąłem rękę aby otworzyć drzwi, one
      same odskoczyły, uchylając się z jazgotem w moim kierunku. Gdy spojrzałem na
      moich kompanów i upewniłem się że śpią dalej, ruszyłem przed siebie. Na
      korytarzu było wilgotno i unosił się zapach świeżo pieczonego chleba. Światło
      pełni księżycowej rozświetlało pomieszczenie ukazując kształty starych
      drewnianych mebli, które rzucały długie cienie po całym pokoju. Wtem,
      usłyszałem kolejne szmery dochodzące z góry. W narożniku pokoju znalazłem
      drabinę, która najprawdopodobniej służyła jako wejście na strych. Powoli
      wspinałem się szczebel o szczeblu. Kolejne stopnie krzyczały wręcz przeraźliwie
      jakby każde ich dotknięcie sprawiało im ból. Koniec drabiny przylegał mocno do
      blaszanego wejścia. Spróbowałem raz i drugi ale niestety drzwiczki ani drgnęły.
      Kiedy już zniechęcony kolejnymi niepowodzeniami miałem zamiar zejść, usłyszałem
      cichy trzask, a potem dźwięk podobny do pocierania metalu o metal. Trwało to
      chwile, aż podniecony z ogromną dozą adrenaliny powoli popchnąłem wieko i ku
      mojemu zdziwieniu okazało się, że wejście jest otwarte. Wsunąłem głowę do
      otworu i nagle coś przebiegło szybko za moimi plecami. Kiedy się odwróciłem nic
      jednak nie zobaczyłem poza obłokiem mąki unoszącej się w powietrzu.
      Po wczołganiu się do góry powolnym krokiem zbliżałem się do wierzchołka
      wielkiego koła stanowiącego niegdyś zapewne napęd dla młyna. Pomieszczenie było
      szerokie i stało w nim wiele dziwnych przedmiotów, których nigdy wcześniej
      nie widziałem. Nagle drzwiczki, którymi się dostałem na strych zatrzasnęły się
      z ogromnym hukiem. Dobiegł mnie syczący, przeszywający na wskroś dźwięk
      dziewczynki:
      - Pomóż mi.
      - Kim jesteś? – Zapytałem
      - Pomóż mi. – Wyszeptał po raz kolejny głos a ja poczułem jak nogi same
      mi się uginają. Zacząłem powoli zmierzać w kierunku miejsca skąd dochodziły
      skrzeczące dźwięki. Okazało się że tajemniczy głos pochodzi z wielkiej beczki
      stojącej w rogu pokoju. Gdy byłem już przy niej wszystko ucichło. Powolnym
      ruchem dłoni z całej siły pociągnąłem wieko od beczki. Nagle ziemia zaczęła
      drżeć, wielkie koło młyna drgnęło ociężale unosząc białe obłoki mąki.
      Spojrzałem najpierw na wieko, na którym wyryte były ludzkimi paznokciami
      otwory, jakby ktoś żłobił je latami, a potem do środka gdzie moim oczom ukazała
      się mała skulona postać dziewczynki. Chciałem uciekać ale chwyciła mnie za rękę
      tak mocno że nie mogłem się ruszyć. Sama wstała powoli i odgarniając drugą ręką
      włosy wlepiła we mnie swe białe źrenice. W pewnym momencie mojej bezskutecznej
      szamotaniny wysyczała:
      - Popatrz a zrozumiesz. – Wraz z jej słowami moim oczom ukazały się
      urywki wizji jak z pociętej taśmy filmowej. Najpierw dziewczynka bawiąca się w
      młynie. Ciemność. Mężczyzna stojący za dziewczynką. I znowu ciemność. Białe
      omdlałe ciało ciągnięte po ziemi. Ciemność. Beczka i dochodzące z niej odgłosy
      drapania i przeraźliwych dźwięków „pomocy!”. Wszystko było jasne. Morderca
      dziewczynki ze strachu. Iż jego zbrodnia będzie wykryta schował ciało do
      beczki. Nie pomyślał jednak o tym, że dziecko nadal żyje. Nie patrzyłem już ze
      strachem na oczy nieznajomej, tym bardziej, że zaczęły nabierać one normalnych
      ludzkich, radosnych wręcz barw. Usłyszałem tylko ciche: „
    • Gość: Sylwuska1 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.07.05, 00:37
      ta historia wydarzyla sie w okolicach jezora zywieckiego , jeziora o prawie tak
      mrocznej historii jak wody lekko otólajce przegi zalewu .w derzczowe dni ludzie
      przy kominkach gawdza jak to bylo ,a historia siega czasow bardzo dawnych ale
      do dzis zachowaly sie slady tamtych wydarzen..............
      w pewien cieply wieczór wybralam sie na spacer aby obejrzec zachód slonca (mimo
      zakazów babci, po zachodzie nad jeziorem dzieje sie zeczy nie wyjasnione..... )
      byl tam równiez starszy pan z sasiectwa lowil ryby przylaczylam sie do
      niego .zapytalam o historie jeziora (poniewaz jeszcze jej nie znalam) starszy
      pan rozsiadl sie wygodnie na lawce i zaczol snuc mroczna historie......

      nie boicie sie? jesli nie to uwaznie sluchajcie.....

      bardzo dawno temu nie bylo tu jeziora zato ozposcieraly sie dwie piekne wioski
      ludzie byli tam dobrzy na twarzach dzieci goscil usmiech zyli jak w raju . lecz
      pewnego dnia........
      tego dnia na niebie nie bylo slonca.... niebo zasnute blo chmurami z ktorych
      sypaly sie wielkie lncuchy blyskawic....
      nagle mieszkancy uslyszeli tupot koni . oto zblizal sie wielki car wrogi tym
      ziemia.... jego wojska palily domy rozrtala sie prawdziwa masakra ...woalka
      ustala nad ranem . car zadowolony ze swojego zwyciestwa przechadzal sie po
      zdobytych terenach . tej nocy potoki oraz rzeka znacznie wezbrala . pogoa nie
      zmieniala sie od tygodnia . skala tamujaca wody rzeki ulegla ... woda zaczela
      zapelniac dolie w ktorej znajdowaly sie wioski z minuty na minue wody bylo
      coras wiecej i wiecej car uciekl ze swoim wojskiem zostawiajac mieszkacow
      wioski .... nie bylo drogi ucieczki mieszkancy zkazani byli na smierc .... gdy
      nastepnego dnia zza gor wylonilo sie slonce nie bylo wioski wylonilo sie jzioro
      o chmurnych wodach ..... tak co wieczur gdy slonce zajdzie za gory nad jeziorem
      cisza tylko powiew wiatru i szelest lekko falujacej tafli jeziora , ale
      nagle .... cisze to przerywaja jeki i krzyki i wolanie o pomoc....... a na
      brzegach tupot koni i zza drzewa nie jedna sie wyloni blada postac ni to z wody
      ni to zywa i znika ....... i tak noc cala te dziwy sie dzieja lecz gdy slonce
      ukojenie zawom bladymi promykami przyniesie cisza nad cisze znów nad
      jeziorem ....

      na moim ciele pojawila sie gesia skorka . slonce jusz dawno zchowalo sie za
      horyzontem.... jak tu wrócic do domu? boje sie

      • Cześć ta historia powiem szczerze jest świetna naprawde :) Moim zdaniem bardzo
        dokładnie ją opisałaś i poprawnie pod każdym względem <brawo> to jest "coś"
        czytałem uważnie do końca bardzo mi się podoba.
    • Grozy tej historii nie pojmie każdy. Ale zrozumie ją astmatyk szukający w
      panice inhalatora, nałogowy gracz w totka, który odkrył, że do szóstki zabrakło
      mu jednego trafienia i wszyscy dumni posiadacze rozmaitych natręctw.
      Te wakacje miały być idealne. Od tygodni chuchaliśmy i dmuchali na dzieci, żeby
      tuż przed wyjazdem się nie rozchorowały. Wykupiliśmy wszelkie możliwe
      ubezpieczenia. Przewodniki upstrzyliśmy żółtymi karteczkami „zobaczyć
      koniecznie”. Przegródki w portfelu były starannie oznaczone: wynajem samochodu,
      przyjemności, pizza, nagłe wypadki. W mojej przepastnej torbie tkwiły
      posłusznie dwie szczoteczki do zębów i dwie pasty. Tak na wszelki wypadek.
      Na miejscu okazało się, że rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia! Za
      plecami góry, przed oczami morze. Powietrze drgało od gorąca. Pierwsze
      śniadanie bajeczne – poczuliśmy lekki zawrót głowy od niezliczonej ilości
      zapachów i smaków. Siedziałam przy stoliku ignorując radosne wrzaski dzieci,
      zapatrzona w oleandry za oknem. Przede mną dwa tygodnie w raju. Lody bardziej
      czekoladowe niż czekolada. Kawa gęstsza niż mój strach w samolocie. Mój mąż
      zbliżał się powoli z lampką szampana. I właśnie wtedy, gdy odwzajemniłam jego
      rozmarzony uśmiech, wakacje się skończyły! Nagle, brutalnie, bez ostrzeżenia,
      zanim zdążyłam wyobrazić sobie nasze pierwsze plażowanie. Oliwka którą bawiłam
      się w ustach trzasnęła, poczułam coś na kształt wewnętrznego trzęsienia ziemi,
      na chwilę straciłam ostrość widzenia, głosy oddaliły się. Rozmiar katastrofy
      pojęłam, gdy wymacałam językiem olbrzymi krater. Dolna szóstka po prawej
      stronie. W panice, która narastała w postępie geometrycznym wyplułam na stół
      pestkę i część zęba. Zrobiło mi się niedobrze, jak przy pobieraniu krwi. Chyba
      nie wyglądałam najlepiej. Mąż mówił coś do mnie, pani przy stoliku obok
      zamarła, córeczka przezornie wykrzywiła buzię w podkówkę. Nie mogłam uwierzyć.
      Może jeszcze śpię? Po locie to normalne, człowiek różnie odreagowuje stres….Ale
      nie, zbyt wyraźnie czułam językiem ostre krawędzie. Prawie leżałam na stole,
      oblana zimnym potem, nie mogąc sobie wyobrazić wycieczek po rzymskich ruinach z
      taką przepaścią w buzi. Ręce mi drżały, kolorowe plamki skakały przed oczami.
      Nie będę mogła jeść prawą stroną. Nie będę mogła w ogóle jeść! Trzeba wracać.
      Tak, trzeba szybko sprawdzić powrotne loty, może jeszcze dzisiaj uda się złapać
      moją dentystkę. Wsparta na ramieniu męża doczłapałam do pokoju. Szczęka mi
      zesztywniała od manewrowania w niej lusterkami, ale niewiele mogłam dojrzeć
      poza tajemniczym cieniem w pobliżu siódemki. Potem godzina szorowania,
      kontrolnego zagryzania, płukania, i tak w kółko, dopóki mój mąż nie przyniósł
      dwóch wieści – dobrej i złej. Dobra była taka, że nasze ubezpieczenie obejmuje
      jedną usługę stomatologiczną do 75 EURO, druga – przeohydna – że miejscowy
      dentysta rekonstruował ostatnio ząb niemieckiej turystce za…600 EURO. To więcej
      niż wszystkie nasze portfelowe przegródki! Mąż łagodnym, rozsądnym tonem
      przekonywał mnie do wizyty – powinnam poprosić o fleczer. Ale ja oczami duszy
      widziałam fleczer za 300 EURO na lewej piątce i moją rozoraną szóstkę tkwiącą
      żałośnie w kleszczach dentysty! Przecież oni tutaj w ogóle nie znają
      angielskiego! Nie dogadam się, wyrwie mi zęba, albo jeszcze gorzej, wywie mi
      zupełnie niewinnego zęba i co ja wtedy zrobię?!
      Dziś jeszcze czuję nieprzyjemne mrowienie w plecach na wspomnienie tego
      horroru. Przez dwa dni prawie nic nie jadłam. Wszystko skończyło się dobrze,
      ale to już zupełnie inna historia. Dość powiedzieć, że lekarz znał angielski,
      założył plombę za 80 EURO, zrobił to szybko i bezboleśnie. Ubytek okazał się
      niewielki. Odwrotnie proporcjonalny do mojej paniki – ale tak to już jest z
      panikami właścicieli natręctw – zwłaszcza proweniencji zębowej:)

    • Jade z kolega do kina we Freiburgu (poludniowe Niemcy). Za dobrze sie nie znamy
      ale wiem, ze mu wpadlam w oko, choc mnie on sie nie podoba. Ale milo sie z nim
      czas spedza (i tylko on chcial jechac specjalnie do kina). Oboje nie znamy
      miasta ale znajdujemy szybko miejsce do parkowania zaraz przy ulicy. Gdy
      wysiadamy zauwazam znak zakazu parkowania. Postanawiamy przestawic samochod na
      znajdujacy sie obok parking podziemny. Szczesliwi, ze nie dopadnie nas
      przypadkowo kara za parkowanie w niedozwolonym miejscu, idziemy podbijac
      miasto.
      Poznym wieczorem wracamy do samochodu. I oto, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu,
      parking jest zamkniety. Rozgladamy sie dokola i widze tablice informujaca o
      godzinach otwarcia parkingu - od siodmej rano do dziewietnastej. Ponizej numer
      telefonu i informacja dla takich jak my, tak samo nieuwaznych, ze dzwoniac pod
      ten numer wezwiemy "portiera", ktory przyjedzie specjalnie by nam otworzyc
      brame. Swietnie, ale koszt tej uslugi to 25 euro plus oplata parkingowa. "Moze
      wezmiemy hotel?", pyta kolega. "Pewnie", odpowiadam w myslach, "tylko kto nam
      uwierzy, ze parking nam zamknieto i musielismy zostac na noc we Freiburgu...".
      Smieje sie w duchu i mowie mu, zeby zadzwonil po tego portiera. Trudno, 25 euro
      jest dla mnie duzo lepsze niz nocleg z kolega, hihi. Gosc ma przyjechac za pol
      godziny. Lazimy dokola parkingu smiejac sie z sytuacji ale przeklinajac juz
      stracone pieniadze. Nagle widze wyjezdzajacy samochod z zakmnietego ponoc
      parkingu. Jestem jednak za daleko by podbiec. Okay, moze pracownik firmy
      znajdujacej sie nad parkingiem. Spacerujemy nadal. Nagle, nastepny samochod
      wyjezdza stamtad. Kolejny oddany firmie pracownik siedzacy po godzinach w
      firmie? ;) Podchodzimy jak najblizej i stoimy zaraz przy bramie, moze znow ktos
      wyjedzie.
      I faktycznie, kilka minut pozniej, ktos znow opuszcza parking. Podbiegam i
      prosze o wypuszczenie nas stamtad. Kierowca dosc dziwnie na mnie patrzy, jest
      wyraznie zdziwiony moim pytaniem. Po chwili tlumaczy nam, bysmy weszli do
      srodka parkingu i przez parking przeszli do hotelu (znajdujacego sie po drugiej
      stronie ulicy). Tam znajduje sie kasa automatyczna, tam zaplacimy i wyjedziemy.
      Zegnamy go, dziekujemy i patrzymy oszolomieni na siebie. To takie proste?! "To
      chyba tylko dla Niemcow!", smiejemy sie. "Nie podpowiedza, ze jest hotel po
      drugiej stronie i ze nie trzeba placic 25 euro za otwarcie bramy!!". Wystarczy
      tylko to wiedziec. Biegniemy to automatu, placimy za parking i wyjezdzamy.
      Zaraz za brama widze samochod "portiera". "GAZU!!!!!", krzycze, smiejac sie
      jednoczesnie i uciekamy. Smiejemy sie nieustannie, marudzac na Niemcow, ktorzy
      by pewnie nie wpadli na pomysl obejscia procedury i poczekaliby na "portiera",
      hojnie oddajac mu 25 euro wlasciwie nie wiadomo za co (koszt dojazdu? hihi, to
      droga ta taksowka).
      Nie stracilam pieniedzy, kolega pozostal kolega, a za kazdym razem gdy parkuje,
      sprawdzam do ktorej godziny jesty parking czynny :)
    • Był zwykły czerwcowy dzień 2004 roku, pogoda skłaniająca jedynie do siedzenia w
      barze i zastanawiania sie ... co dalej. Wówczas w umysłach kilku młodych ludzi,
      którzy zważywszy na posiadanie dowodu osobistego jedną nogą byli juz w dorosłym
      życiu, a dopiero czekali w związku z egzaminami wstępnymi na studia, by
      przekroczyć tę bezpowrotną granicę przez drugą z kończyn dolnych, narodził sie
      pomysł kilkudniowego wyjazdu nad Balaton. Długo sie nie
      zastanawiając "skłoniliśmy" rodziców do pożyczenia nam samochodu, spakowaliśmy
      wszystkie potrzebne rzeczy, nie zapominając oczywiście o zabraniu dobrego
      humoru i w czteroosobowym dobrze znającym sie składzie ruszyliśmy przed
      siebie...
      Wtedy żadne znaki na ziemi, na niebie, nawet horoskop z www.onet.pl nie
      zapowiadał tego co miało sie wydarzyć w przeciągu najbliższych dni. Diametralna
      zmiana pogody wywołała uśmiech i rozjaśniła nasze umysły, stopniowo i
      skutecznie zapełniane mrokiem wiedzy przez ostatni rok, spędzony głównie na
      siedzeniu przed książkami. Prawdziwie wakacyjna atmosfera, muzyka płynaca z
      głośnika, wiatr we włosach mojej pięknej dziewczyny Ani i przyjaciółki Ulki,
      sprawił że zapomniałem o wszystkim i cieszyłem się każdą z chwil, które niczym
      zimny prysznic po upalnym dniu, zmywały ze mnie trud ostatnich miesięcy.
      Jedynie niepokoiło mnie zachowanie Maćka twierdzącego z zastraszającą
      stanowczością, że wydarzy sie coś złego. Dziewczyny jednak szybko sprawiły, iż
      o wszystkim zapomniał i uległ ogólnemu nastrojowi. Kilkudniowy pobyt w miejscu
      będącym wizytówką Węgier przebiegł znakomicie. Prażące słońce, widok mojej
      ukochanej kobiety w stroju kąpielowym, pyszne jedzenie, wszechobecne puszyste
      niemieckie turystki w średnim wieku i kąpiele w ciepłym Balatonie. To wszystko
      sprawiło, że byłem w dobrym humorze i nabrałem ochoty do żmudnego
      przygotowywania sie do egzaminów wstępnych. Pewnie z tą wyprawą związane byłyby
      same ciepłe uczucia, gdyby nie pomysł jak zwykle nieobliczalnych kobiet, że
      przed powrotem do Polski musimy koniecznie "odwiedzić" Rumunie. Do dzis na samą
      myśl o tym kraju, z którym do tamtej pory kojarzył mi sie jedynie znakomity
      piłkarz Hagi, mam dreszcze, a ciarki elektryzuja mnie od samych stóp aż po
      najdłuższy włos na mojej głowie. Dotychczasowe wyobrażenia nieco sie zmieniły,
      gdy przekroczyliśmy granice w okolicach miasta Oradea, jednak juz kilka godzin
      później tkwiący w naszych mózgach stereotyp został umocniony z tak dużą siłą,
      że gdy dziś wspominam to wydarzenie i miejsce w obecności Ani widze momentalnie
      jak jej twarz blednie przypominając w stadium końcowym ... prześcieradło
      wybielone w Ace. Im dalej zapuszczaliśmy się w głąb tego dziwnego kraju, z tym
      większą siłą kierowało mną przekonanie, że była to błędna decyzja. W pewnym
      momencie złośliwość rzeczy martwych, w tym przypadku samochodu, zmusiła nas do
      zatrzymania się w miasteczku, którego nazwy nie pamiętam i niech mnie broni
      siła najwyższa przed przypomnieniem jej sobie. Widok miasteczka i jego
      mieszkańców był przerażający, sprawiali wrażenie jakby czas się tam zatrzymał
      50 lat temu. Pierwsze oznaki niepokoju narodziły się w momencie, kiedy to pan
      na stacji benzynowej, mechanik i sprzedawca w nazwijmy to sklepie spożywczym
      wyglądali niemal identycznie. Uspokajaliśmy dziewczyny, że jest to kwestia
      przypadku. Nasze telefony komórkowe nie dość, że nie miały tam zasięgu to nawet
      nie chciały spełniać żadnych funkcji zaprogramowanych w nich przez producenta.
      Tłumaczyłem sobie, że tak sie czasem zdarza. Powoli zbliżał sie już wieczór, a
      wiadomość o tym, że auto zostanie naprawione dopiero nazajutrz wprawiła
      wszystkich we frustracje. Konieczność spędzenia nocy w tym miejscu nikogo
      wyrażając się sarkastycznie, nie satysfakcjonowała. Wynajęliśmy pokój w
      obskurnym pensjonacie, coś na kształ meksykańskich "spelun" z amerykańskich
      filmów akcji. Niesamowity odur i wilgoć spowodowana obecnością "roślin" na
      ścianach sprawiły, że nikt z nas nawet nie próbował zasnąć. Czarę lęku i
      niepewności przepełniały ciągłe krzyki i skowyt zwierząt, które nie
      przypominały żadnych znanych nam odgłosów. I nagle w momencie, w którym wszyscy
      chyba mimowolnie przysnęliśmy do pokoju (wcześniej zamkniętego) wbiegła naga
      dziewczynka. Mimo, że nie zrozumieliśmy jej słów wypowiadanych z ogromnym
      przerażeniem, stało się zupełnie jasne, iż nie możemy tu dłużej pozostać. Tak
      szybko chyba nikt z naszej czwórki nigdy wcześniej się nie ubierał. Wybiegliśmy
      z Maćkiem z owego "pensjonatu" kierując sie mechanicznie prosto do miejsca,
      gdzie stał nasz samochód, który dziwnym zbiegiem okoliczności wcale nie wymagał
      naprawy. Odpaliliśmy go w pośpiechu, chwilę później dołączyły do nas dygoczące
      dziewczyny. Rzekomy mechanik nagle pojawił się tuż przed naszymi oczami
      trzymając na smyczy coś przypominające krzyżówkę małpy z ... nawet nie próbuje
      myśleć czym. To stworzenie natychmiast skoczyło na maskę naszego samochodu,
      powodując krzyk wydobywający sie z naszych gardeł, który pod względem decybeli
      znacznie przekraczał hałas panujący na stadionie piłkarskim. Bez zastanowienia
      Maciek ruszył z piskiem opon zrzucając tego "pasażera", który chciał się chyba
      zabrać na gape. Stworzenie jeszcze biegło za nami, a przy ulicy, którą
      opuściliśmy to miejsce stała dziewczyna z hotelu. Zwróciliśmy na nią uwagę
      zaledwie na krótką chwile, gdy nagle tuż przed samochodem pojawił się stojący
      na środku jezdni mężczyzna. Był to jeden z tych trzech identycznych mężczyzn z
      sektora "usług" tego miasteczka. Było juz za późno, by Maciek zdołał go
      wyminąć. Jednak w momencie, kiedy zdawało się, że bardzo dokładnie zapozna się
      z maską samochodu taty ... on zniknął.
      Przez pół godziny jechaliśmy z prędkością, z jaką jeździ Hołowczyc w czasie
      rajdów. Wśród nas panowała zupełna niemal grobowa cisza. Dopiero po
      przekroczeniu granicy, gdy z powrotem byliśmy na "bezpiecznym" terenie naszych
      południowych bratanków Węgrów, atmosfera trochę sie rozluźniła. Ale nikt nie
      próbował nawet domniemywać co, by mogło się stać, gdybyśmy pozostali tam do
      rana. Po powrocie do domu na pytania rodziców odpowiadaliśmy krótko i
      wymijąjąco, ale ojciec zapytał się, skąd na masce wzięły sie zarysowania. Gdy
      spostrzegłem wyraźne kilkunastocentymetrowe ślady po pazurach, serce prawie
      podskoczyło mi do gardła. Wtedy opowiedziałem mu całą historię, którą skwitował
      zaledwie ironicznym uśmiechem. Nigdy więcej już nikomu nie opowiadałem o tym ,
      gdyż sama myśl o czerwcowych wydarzeniach zeszłego roku przyprawia mnie o ...
      domyślcie się.
    • Dreszcze dosłownie...
      Pojechałam na pierwsze w życiu egzotyczne wakacje do Tunezji. Tak jak się
      spodziewałam pogoda przepiękna, ludzie przemili a morze cieplutkie. Polak w
      takim miejscu traci głowę (no, może nie każdy, ja na pewno) i rzuca się do tego
      cieplutkigo i milusiego morza. Fantastyczne uczucie odpręzenia i błogości
      zakłóciło nagłe ukłucie, tak jakby poparzenie pokrzywą, taką największą. No nic,
      pomyślałam, wiedziałam że w morzu mogą pływać meduzy. Trochę szczypało ale nie
      przejmowałam się zbytnio ze względu na wspaniałe okoliczności przyrody:)
      Po chwili położyłam się na kocu i wtedy się zaczęło. W miejscu oparzenia zaczęła
      mnie boleć noga, coraz bardziej i bardziej. Potem ból zaczął atakować także
      drugą nogę i doszedł aż do bioder. W dodatku zaczęłam się trząść. No tak, myślę
      sobie, ten jad z meduzy idzie coraz wyżej, zaraz dojdzie do serca a potem do
      mózgu i umrę. Chyba lepiej umierać w pokoju, a nie na plaży. Wyszeptałam z
      wysiłkiem do koleżanki że muszę wracać do pokoju. Wracałyśmy razem, ja się na
      niej opierałam i jedocześnie odmawiałam zdrowaśki. Na czworakach (dosłownie!!!)
      wczołgałam się nałóżko w hotelu i zwijając się z bólu myślałam o najbliższych,
      że ich już pewnie nie zobaczę, albo że w najlepszym razie zostanę kaleką do
      końca życia. Intensywnie też myślałam , co koleżanka ma przekazać mojej
      rodzinie, bo było coraz gorzej...
      Na szczeście dreszcze ustały zanim doszły do serca :) i po jakiejś godzinie
      czułąm się już świetnie. Po prostu reakcja na jad meduzy była bardzo silna bo
      nigdy nie miałam ze stworem do czynienia. Wiele razy potem meduza mnie "użarła",
      ale to nie było bardzo bolesne ani nie powodowało już takich przykrych skutków.
      Teraz to jest zabawne, ale wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu...:P
      Pozdro
    • No to spróbuję swoich sił...
      Rok 1997,luty...Przyjeżdżamy do Zakopanego pociągiem,po całonocnej podróży
      zmęczeni,ale uśmiechnięci,trzymamy się za ręce,gęby śmieją nam się do zimowego
      słońca i ośnieżonych szczytów. Plecaki pełne ciepłych ciuchów, puszek,
      chińskich zupek, u mnie śpiwory, u Niego namiot... Ruszamy w góry...Najpierw
      bez śniegu, ciągle w słońcu. Im wyżej tym bardziej biało, czerwone policzki,
      błyszczące oczy...Płuca pełne świeżego, mroźnego powietrza...Przyjazne "cześć"
      na szlaku...Zmęczeni, lekko zmarznięci planujemy ogrzać się w schronisku -
      zjeżdżamy do niego na pupach po świeżutko zdeptanym sniegu. Parujące kubki
      parzą w dłonie, ale pasztet smakuje jak nigdy w życiu! Ma w sobie smak tej
      przygody, zapach powietrza, nawet wiatr...w akademiku nie ma tego smaku! Gdy
      nabieramy sił ruszamy dalej, jeszcze trochę wyżej,ale zmrok już skraca
      widzenie, już odbiera pewność siebie...Życzliwy na szlaku ostrzega przed dalszą
      wędrówką. Ale my mamy swój cel, szukamy miejsca na namiot. Nie może być byle
      jakie, musi mieć swój urok i czar. Znajdujemy polankę, śnieg poza szlakiem
      sięga kolan. Obok przyjaźnie otula nas strzelista sosna - jej zieleń daje
      poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Szybko rozbijamy namiot, rozkładamy w nim
      śpiwory,koce, ubieramy wszystkie ciuchy. Chcemy wzmocnić się "chinką" ale
      zamarza gaz w butli...Reszta herbaty z termosu przyjemnie grzeje od środka.
      Światło latarki, jak maleńki świetlik, jest tylko jasną plamką w zapadającej
      dookoła ciemności. Pstrykamy zdjęcie - dwie rumiane twarze, głowy otulone
      czapkami, niewielka przestrzeań namiotu..Jedno jedyne zdjęcie, aparat też nie
      wytrzymuje mroźnego powietrza, zatrzymuje się. Na termometrze - minus 15
      stopni. Wokoło cisza - góry jej strażnicy. Zasypiamy.
      Ranek zimny, szary, a obok namiotu tylko ta ścieżynka, którą przyszliśmy.
      Zamarznięte buty nie dają się wcisnąć na nogi, trochę śmiechu i turlania w
      śniegu,są, weszły, wymieniają ciepło ze stopami, miękną...
      Zwijamy namiot. Oprócz śladów na śniegu nie pozostaje po nas nic...może sosna
      tylko szumi na do widzenia?
      Prosta historia,ale ma swoje miejsce w naszych sercach. A teraz jesteśmy
      małżeństwem i marzymy o wyprawie z naszym synkiem! Pozdrawiam!
    • Miało to miejsce dwa lata temu. Jechaliśmy z moim chłopakiem jedną z krajowych
      dróg na wakacje do wynajętego domku. Była piękna, słoneczna pogoda. Cieszyliśmy
      się, że możemy spędzić czas bez rodziców koncentrując się tylko i wyłącznie na
      sobie. W końcu można było odpocząć od uczelni i od wszelkich problemów. Lato,
      miłość i mazurskie jeziora- zapowiadała się niezła przygoda. W połowie drogi
      złapaliśmy korek. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Ludzie jak oszaleli trąbili
      klaksonami, krzyczeli, widać, że upał dał im się we znaki. Podkręciłam głośniej
      muzykę i próbowałam się zrelaksować. Mój chłopak po dziesięciu minutach
      wyłączył silnik i chciałam wykorzystać ten wolny czas. Po dłuższym czasie
      zaniepokoiliśmy się tym, że samochody nie posuwają się do przodu. Wyszłam z
      naszego golfa i zobaczyłam, że auta ciągną się z dwa kilometry. Po chwili
      usłyszałam rozmowę kilku mężczyzn:
      - Jakaś ciężarówka wioząca żużel wywróciła się i wszystko leży na ulicy- mówił jeden
      - A co ty za głupoty gadasz- stwierdził ironicznie drugi- żadna ciężarówka i
      żaden żużel. Zderzyły się dwa samochody- czerwona corsa i jakiś maluch.
      Wywody przerwał trzeci, stojący dotąd na poboczu i przysłuchujący się całej
      rozmowie:
      - Mały dzieciak…chłopczyk…może pięcioletni….-mówił ze smutkiem w głosie- jechał
      sobie rowerkiem i jakieś dwie godziny temu jakiś wariat go potrącił. Chłopczyk
      spadł do rowu i żaden kierowca go nie widział. Dopiero po dwóch godzinach udało
      mu się z niego wyjść. Zatrzymał wtedy pierwszy napotkany samochód…-tu przerwał,
      aby wziąć oddech jednak jego twarz zaczęła walczyć ze łzami, krzywiąc się przy
      tym niesamowicie, a z dużych, pomarszczonych oczu zaczęły płynąć łzy- niestety
      dzieciaka nie dało się uratować- szepnął
      Staliśmy w korku ponad trzy godziny. Tragedia tego chłopca całkowicie zgasiła w
      na chęć jakiejkolwiek zabawy i wypoczynku. Najlepiej by było, jakbyśmy wtedy
      wrócili do domu, jednak coś kazało nam jechać do przodu. Gdy dojechaliśmy na
      miejsce od razu zapomnieliśmy o przykrym incydencie. Poznaliśmy nowych ludzi,
      domek był wspaniały a powitalna impreza przy ognisku trwała aż do świtu. Można
      powiedzieć, że tam, na Mazurach naprawdę udało nam się wypocząć. Nie wiadomo
      nawet, kiedy zleciał cały tydzień. Żal nam było wyjeżdżać,dlatego zostaliśmy na
      grillu u znajomych do popołudnia. Adaś stwierdził, że może prowadzić w nocy a ja
      mu obiecałam, że postaram się czuwać. Wstaliśmy o pierwszej w nocy i ruszyliśmy.
      Droga była całkowicie pusta jednak było mglisto, więc jechaliśmy wolniej.
      Wszystko dokoła wyglądało jak w jakiejś baśniowej krainie, zamglone, szare i
      tajemnicze. W pewnym momencie dostrzegliśmy jakąś małą postać na środku naszego
      pasa. Było to prawdopodobnie dziecko, które machało rączką w naszą stronę. Im
      bliżej byliśmy, tym bardziej przerażał nas jego widok. Miało obdrapaną twarz i
      posiniaczone ciałko. Z rany w głowie wypływała gęsta strużka krwi. Jego ubranko
      było podarte i nie miał jednego bucika. Adam zatrzymał się gwałtownie i wybiegł
      na ulicę krzycząc do mnie, że mam dzwonić na pogotowie. Jednak, gdy dobiegł do
      miejsca, gdzie ostatni raz widział chłopca, nikogo tam nie było. Spojrzałam na
      niego i przełknęłam ślinę. On natomiast zaczął biec przed siebie. Po chwili
      wrócił zdyszany:
      - Kochanie jedźmy z stąd- prosił- widziałem tabliczkę, to tutaj ktoś potrącił
      tego chłopca- mówił przerażony
      Nie minęła minuta a byliśmy z powrotem w trasie…milczący i bezsilni.
    • © widan5@gazeta.pl

      CZŁOWIEK PRZED WYSTAWĄ

      Wczasy w przepełnionym kurorcie to w zasadzie hipotetyczny tylko wypoczynek.
      Wiedziałem o tym, ale wiedziałem też, że gdyby nawet świętego spokoju nie
      zakłócał najmniejszy nawet szmerek i tak po kilku dniach znudzę się tym
      beznadziejnie. Jeżeli do tego dojdzie zimno, wiatr i plucha, czego nad polskim
      morzem wcale wykluczyć nie można, odpoczynek zmieni się w katorgę. Dlatego
      pojechałem samochodem, choć kuszetki są wygodniejsze, tańsze, a kilkaset
      kilometrów po polskich drogach to tyle co wielogodzinny taniec ze śmiercią.
      Dobrze zrobiłem; jak zaczęło lać zaraz na drugi dzień, to lało i lało bez
      końca. Byłbym ugotowany, bo przecież knajpy mam w Krakowie i wcale nie muszę
      jechać aż nad morze, skoro wystarczy wyjść z domu, skręcić za róg, a znajomy
      właściciel bez słowa napełni kufelek. Byłbym ugotowany – a tak, mając samochód,
      nabyłem jakiś przewodnik i zacząłem zwiedzać ciekawe miejsca w okolicy.
      Któregoś dnia dotarłem do miasteczka leżącego daleko od atrakcyjnych
      turystycznie szlaków – cztery ulice na krzyż i rynek otoczony niskimi domkami,
      z których odpadały liszaje zmurszałego tynku. To było jedno z takich miejsc,
      gdzie czas się zatrzymał, a diabeł mówi dobranoc i coś w tym stylu natychmiast
      mi się nasunęło. Wrażenie potęgował jeszcze fakt, że, nie licząc kilku
      wałęsających się psów, nie widać było żywej duszy, a ciszę mąciły jedynie
      dostojne dźwięki kościelnych dzwonów.
      Trochę pobłądziłem nie zaglądając do mapy, wysiadłem więc z zamiarem
      zasięgnięcia języka. Wtedy na południowej pierzei ryneczku natknąłem się na
      elegancką wystawę, wciśniętą między obskurną knajpę o niemożliwej do ustalenia
      kategorii, a zabite na głucho deskami okna. Była to wystawa antykwariatu
      urządzona z tak wyrafinowanym smakiem, że stanąłem jak wryty. Zza
      przyciemnionej na brązowo szyby przykuwały uwagę stare domowe sprzęty – jakieś
      młynki, szatkownice, kufle, brytfanny, żelazka – ale również wiele takich,
      które zachwycały już tylko niegdysiejszym szlachectwem formy, bo rzeczywistego
      przeznaczenia trudno się było nawet domyślić. Słowem, była to wystawa dla
      wyrafinowanego konesera i taki sklep nie dziwiłby na Carnaby, Avenue Marceau
      czy choćby Floriańskiej – tutaj wydawał się zjawiskiem z innej planety.
      Sklep był zamknięty, ale moją uwagę przykuło co innego: zauważyłem człowieka w
      stroju, że tak powiem, ludowym. To znaczy w granatowym ferszalungu, którego
      nogawki wpuszczone były w gumiaki o wywiniętych cholewach, i w bereciku z
      piorunochronem, wieńczącym stertę posypanych łupieżem włosów. W całej postaci
      wyróżniał się jeden szczegół – nos. Nos z gatunku wspaniałych, truskawkowych
      karbunkułów, nie pozostawiający cienia wątpliwości co do konsumpcyjnych
      preferencji właściciela. Taki nos stanowiłby wymarzoną reklamą dla wszystkich
      wyrobów przemysłu fermentacyjnego, a Cyrano de Bergerac niechybnie zbladłby i
      zzieleniał z zazdrości. Co było jednak najdziwniejsze, właściciel tego
      imponującego narządu powonienia stał przed interesującą mnie wystawą. Stał i
      wpatrywał się w nią z takim natężeniem, z taką uwagą, z taką dociekliwością, że
      jego nos, do którego jak pięść ta wystawa pasowała, zostawiał na szybie
      ślimakowate ślady.
      Nie mogłem się oprzeć wrażeniu jakiejś surrealistycznej groteskowości, która
      nie wiedzieć czemu wydała mi się nawet upiorna. Zapragnąłem za wszelką cenę
      zagadnąć gościa, zapytać, poprosić o wyjaśnienie niezwyczajnego zainteresowania
      czymś tak niezwyczajnym. Zwlekałem jednak, nie chcąc przerywać jego skupionej,
      przypominającej modlitwę żarliwości.
      Pomyślałem, że nie suknia zdobi człowieka. Nasunęła mi się zaraz anegdota, jak
      nieodżałowanej pamięci profesor Jacek Puget zasnął na plantach zmęczony
      oprowadzaniem po Krakowie rektora jakiejś zagranicznej uczelni. Zasnął, spadła
      mu czapka, a jak się obudził, miał w niej pełno drobnych. Ze względu na pamięć
      o profesorze inaczej spojrzałem na intrygującego dżentelmena. „A może to
      rzeźbiarz?”, pomyślałem i od razu wszystkie odłamki puzzla zaczęły wskakiwać na
      swoje miejsce. Strój niedbały, wygląd niechlujny, no bo jak ma wyglądać ktoś
      grzebiący cały czas w czymś tak zniechęcająco paskudnym jak przypominająca
      ekskrementy glina? Pewnie termin zlecenia przedwczorajszy, a w kieszeni pustka,
      bo zaliczka, o czym świadczyły znaczne odchyłki od pionu, poszła w całości na
      niezbędne dowartościowanie towarzyskie...
      Chyba nawet odetchnąłem z ulgą na takie rozwiązanie, ale przyjrzałem się
      człowiekowi uważniej i stwierdziłem, że niektóre plamy na granatowym
      ferszalungu mogły rzeczywiście pochodzić od gliny czy gipsu, większość
      natomiast stanowiły bez wątpienia plamy po farbach. Zanim więc oddałem się
      dalszym, bardziej już rozbudowanym spekulacjom, zmieniłem mu specjalizację na
      malarza. Nic to w gruncie rzeczy nie zmieniło, więc dalej tłumaczyłem sobie
      gładko, że nadzwyczaj skromny wygląd tego człowieka musiał wynikać z
      pauperyzacji spowodowanej przemianami społeczno - ekonomicznymi ostatnich lat.
      Artyści nagle rzuceni zostali na rynek, a ten rynek zaczął schlebiać gustom
      niezbyt wysokiego lotu. Może ten człowiek nie chciał albo nie umiał się
      przystosować? Może wbrew wszelkim modom, trendom i naciskom pozostał przy
      hermetycznym abstrakcjonizmie? A może był za komuny specjalistą od malowania
      metodą wcierkową olbrzymich portretów, obnoszonych w pochodach przy okazji
      świąt państwowych, a że na śmietniku historii wylądowały obiekty jego twórczych
      uniesień, został bez pracy? Może chciał się przystosować, może usiłował, może
      nawet nadesłał ofertę do czyjegoś sztabu wyborczego? Cóż, kiedy jeden głupi
      szczegół pozbawił go perspektyw na przyszłość, gdyż nieostrożnie napisał w
      liście motywacyjnym: „Malowałem Stalina, Bieruta, Gomułkę, Gierka – mam bardzo
      szczęśliwą rękę...”
      Taki beznadziejny pech zniechęcił mnie do tego stopnia, że pozbawiłem go zawodu
      artysty. Poza tym frapujący wydał mi się obraz zbiedniałego historyka sztuki,
      może nawet profesora uniwersytetu. Zaraz go jednak odrzuciłem ze względu na
      smarkanie w palce; wysublimowany esteta, choćby zbiedniały do cna, zachowałby
      bez wątpienia znaczniejszy w tym względzie umiar, a już na pewno nie wycierałby
      potem palców o szybę. Odrzuciłem profesora na rzecz zapoznanego kombatanta
      jaruzelskiej okupacji. Kombatanta bohaterskiego, ideowego, nie baczącego na
      zaszczyty czy przywileje, samotnie nastawiającego plecy pod milicyjne pałki, a
      później haniebnie napiętnowanego listą Widsteina. W jednej chwili jego świat
      runął wraz z tą listą, odwrócili się najbliżsi, a on bezskutecznie walił głową
      w mur zabiegając o sprostowanie. Słał błagalne listy, telefonował – wszystko na
      próżno. Nie był w stanie wytłumaczyć przypadkowej zbieżności imienia i nazwiska
      i mimo iż w końcu dostał odpowiedni papier, poddany ostracyzmowi, zepchnięty na
      margines, na tym marginesie marnował się właśnie do cna...
      No tak; tylko skąd u prostego robola zainteresowanie czymś tak subtelnym jak
      to, w co właśnie z taką nabożną uwagą się wpatrywał? Nie, już prędzej zdradzony
      mąż, wysoki funkcjonariusz państwowy, przy okazji kolekcjoner dzieł sztuki, bo
      było go wtedy na to stać. Niestety, w szale zazdrości pozbawił życia żonę,
      kochanka i parę zupełnie przyzwoitych osób, gdyż jak raz nacisnął, nie był w
      stanie wyprostować palca na cynglu. Nie dało się sprawy zatuszować i tylko
      cudem, dzięki łasce Przewodniczącego Rady Państwa, przekiblował człowiek
      dwadzieścia pięć lat, zamiast od razu zawisnąć na szubienicy. Może właśnie
      wyszedł i dojrzał na wystawie przedmioty ze swojej niegdysiejszej kolekcji?..
      Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne
      uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo
      puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczeg
    • CIĄG DALSZY TEKSTU POPRZEDNIEGO

      Powoli dorabiałem jeden za drugim elementy układanki, znajdując symultaniczne
      uzasadnienia dla takiego, a nie innego obrotu sprawy. Zaczęło to stopniowo
      puchnąć, przenikać się, rozrastać, aż w końcu tak dalece zabrnąłem w szczegóły,
      tak się w nich zaplątałem, że niemal zapomniałem, o co szło na początku. Wciąż
      mi jednak czegoś brakowało, a historia wydawała się niepełna. Wciąż nie
      spuszczałem też oka z człowieka przed wystawą.
      Zauważył mnie w końcu. Rzucił jedno i drugie spojrzenie, jak wstępny błysk
      flesza dla uniknięcia efektu czerwonych oczu. Coś tam widać przekalkulował, bo
      podszedł. Jego twarz gwałtownie zmieniła wyraz, a w ogromniejących nagle oczach
      zamigotały łzy.
      – Panie!... – złapał się za głowę, a głos mu rwało przeplatane rozpaczą
      wzburzenie. – Ku..!... Panie!... Korkociąg trzy stówy!
przejdź do: 1-100 101-144
(101-144)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.