Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

     

Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem'' Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Każdy z nas w swoim życiu na pewno przeżył wakacyjną przygodę, która przyprawiła go o dreszcz emocji. Każdy, kto zdecyduje się opisać tutaj swoje dziwne, niezwykłe, niepokojące, niebezpieczne, zaskakujące przygody podczas wyjazdów wakacyjno-urlopowych, ma szansę na zdobycie wspaniałych nagród. Główna wygrana to atrakcyjna wycieczka dla zwycięzcy i osoby towarzyszącej ufundowana przez wydawnictwo Bezdroża. Do wygrania także 3 vouchery Sky Europe uprawniające do lotu w dwie strony na dowolnie wybranej trasie obsługiwanej przez Sky Europe. A do tego 20 zestawów wspaniałych przewodników wydawnictwa Bezdroża.
    Zachęcamy do opisywania swoich ”Wakacji z dreszczykiem”!

    Regulamin konkursu

    Ps. Pamiętaj, żeby się zalogować. Dzięki temu będziemy mogli się z Tobą skontaktować w sprawie przekazania nagrody!

    Redakcja
    • forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=24924207
      to moja wyprawa
      i fotografie z niej

      ;)

      pozdrawiam
    • Redakcjo - świetny pomysł... a można posłużyć się nutką fikcji literackiej? :)
      A gdyby było wiele ciekawych historii lub kilka, ale za to świetnych... to może
      jakieś "Gazetowe" nagrody pocieszenia? Mam nadzieję, że spotkam się z przygodą w
      te wakacje... bo kiedy jak nie teraz? :)

      Pozdrawiam,
      cintus (Warszawa)
      • Dziękujemy za pochwałę pomysłu;) A jeśli chodzi o prawdziwość historii, to w
        regulaminie nie ma zapisu, że historia ma być poświadczona podpisami trzech
        świadków;)
        Chociaż wychodzimy z założenia, że nic nie przyprawia o dreszcz emocji tak jak
        rzeczywistość.
        Czekamy z niecierpliwością na Wasze historie - te prawdziwe i te okraszone
        nutką wyobraźni.
        Pozdrawiamy i zapraszamy do klawiatur! ;)
        • Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w dłoni
          jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
          spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
          dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
          i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
          narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
          tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
          Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
          wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
          spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
          że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
          został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


          Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
          dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
        • Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w
          dłoni
          jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
          spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
          dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
          i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
          narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
          tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
          Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
          wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
          spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
          że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
          został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


          Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
          dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
        • Wymyślili, że idziemy na jagody, Nie po to tutatj przyjechałam, żeby zbierać
          jagody. Ok. jutro za to ja wybieram co robimy. Drugi lipca, dzień słoneczny, ale
          niezbyt ciepły. Oddaliłam się, ale już widzę, że idą w moją stronę.Mam czerwony
          dres z daleka więc mnie widać. Siadłam sobie na grubym pniu, wokół którego rosły
          ogromne czarne kulki. Spodobało mi się. Nazbieram pierwsza, a poźniej położę się
          na tym mchu, Cha. A onie niech zbierają. Już są. Krzyczą, machają rękami jakby
          się wściekli. Nie mam pojęcia o co im chodzi. Siedzę dalej.Ale wszyscy zaczęli
          mnie, ni z tego ni z owego okładać. Zwariowali? Nawet mama? Dopiero po chwili
          zrozumiałam. Siedziałam na mrowisku, a wielkie czerwone mrówki obsiadły mnie
          całą. Za chwilę pewnię by mnie chyba zagryzły. Setki, albo więcej. Mój dres
          dosłownie się ruszał, chodził. Odprowadzili mnie na ścieżkę, i zaczęli szukać
          pozostałych. Ja miałam odpocząć. Fajnie, przecież wcale nie byłam zmęczona! Po
          chwili znudziło mi się i zaczęłam sięgać po jagądki rosnące w trwanie, na
          ścieżce. Myślałam o tych mrówkach. Co by było gdyby ? Naraz poczułam czyjś wzrok
          na sobie. Podniosłam oczy, a tam, tam, ogromne brązowe piŁkne oczy patrzyły
          wprost we mnie. Bez ruchu, bez drgania powiek. Wielki, ogromny jeleń stał przy
          mnie dosłownie o pół metra. Zamarłam i wpatrywałam się w niego, w jego oczy, w
          ogromne, rozałazione, jak konary poroże. Wielki i piękny. Poczułam przerażający
          strach. Porażający, nie mogłam ruszyć się i nadal patrzyliśmy sobie w oczy.
          Nagle w ułamku sekundy zniknął. Słychać było jedynie trzask łamanych gałęzi, a
          dopiero później, jak gdyby odgłos kopyt, ale zdaje mi się, że słyszałam wiele
          kopyt. A może to tylko strach podwajał, ich liczbę?
        • Jadę w góry. Szczęście bez granic. Pierwszy raz w góry. Do Karpacza. Mam 15 lat,
          góry znam z widokówek i z telewizji. Jestem szczęśliwa. Obóz. Chyba będę
          wdzięczna rodzicom do śmierci. Po całodniowej podróży jesteśmy na miejscu, ja i
          kilkoro przygodnie w podróży poznanych nowych znajomych.Zmęczeni niemiłosiernie.
          Spać !!! Ranek. Obóż mamy rozbity prawie w centum Karpacza, przy skoczni. Super.
          Pierwszy dzień rozlokowanie i popołudniowy wypad w okolice. Kolejne dni mijają
          na zwiedzaniu okolic, suchy prowiant i marsz. Codziennie wracamy późnym
          wieczorem wykończeni dosłownie, ale bardzo zadowoleni. Dwa tygodnie minęły nie
          wiadomo kiedy? Jutro idziemy na Snieżkę. Pobudka wcześnie z rana. Posiłek,
          pobranie suchego prowiantu, obozowy sprawdza, czy mamy dodatkowe ciepłe rzeczy i
          wygodne buty. Pestka - wszystko już wiemy. Idziemy. Wyuszyliśmy gupką 21 osób.
          Jest świetnie. W obozie został jak zwykle "Gruby", on odpadka przy każdej
          wędrówce, nieco wyżej. Woli pomagać w kuchni - błazen, nie wiem po co jechał w
          góry, żeby teraz siedzieć w obozie? Mamy jeszcze kawałek do schroniska, już je
          widać, ale ścieżka jest kręta, trochę stroma i faktycznie chyba każdy z nas
          chciałby już siedzieć w schronisku. Docieramy, wyjmujemy i wcinamy co kto ma,
          wcześniej zerkamy tylko na ceny, są za wysokie na nasze kieszenie zwłaszcza po
          zakupach pamiątek, lasek, szkatułek, typowych pamiątek z okolicy. "Królowa
          Karkonoszy" zerka do nas, a my wygłupiamy się. Stoję na jednym ze szczebli
          balustrady,wyżej zawsze lepiej widać, podemną przepaść Nagle ktoś mnie popycha,
          tracę równowagę i wiszę na jednej dłoni, usilnie starając się uchwycić drugą
          ręką. Panika, krzyki, nie mam siły, powoli moje palce same rozwierają się i wiem
          że t już koniec, lecz w tym momencie jakiś dorosły mężczyzna schwycił mnie za
          kurtkę i już z pomocą innych przeciągnął na drugą stronę. Dopiero teraz tracę na
          chwilę przytomność, nie pamiętam chwili jak znalażłam się wewnątrz, czy sama
          weszłam, czy też mnie ktoś wniósł. Wychowawca, jakiś lekarz sprawdzają czy
          wszystko w porządku. Oczywiśie, probuję nawet żartować. Podejmują decyzję, że
          schodzimy. Też mam już dość. Wychodzę na zewnątrz, ze wszystkimi, i nie możliwe,
          w głowie mi się kręci, nogi same się uginają, przeraźliwie się boję. Już wiem,
          ja stąd nigdy nie zejdę. Panika - to za mało powiedziane, strach ogromny, po
          prostu nie ma takich słów, żeby to uczucie określić. Idę w środku grupy, z
          jednej strony trzymana przyz naszego wychowawcę obozu, z drugiej przez chyba
          tego samego mężczyznę, co mnie uratował, ale ja nie zdaję sobie na razie z tego
          sprawy. Dopiero zmrok zakrywający wszystko nieco mnie uspokoił. Myślałam, że to
          przejdzie, jednak lęk wysokości, który wtedy mnie dopadł został na wiele lat, i
          wiele lat z nim walczyłam. Krok po kroku. Przerażenie wywoływało we mnie wejżcie
          na piętro budynku, drugi szczebel drabiny - pokonałam go częściowo - nigdy
          jednak nie podziękowałam człowiekowi, który mnie uratował. Nie znam jego imienia
          nazwiska. Może z łam waszej gazety powiem jemu, bardzo dziękuję, a może moje
          podziękowanie trafi do innej osoby, której też nikt będąc przerażony, tak
          bardzo, że prawie chory, nie podziękował. Dziękuję, choć wiem, że to za mało.
    • To były moje pierwsze wakacje spędzone z przyszłym mężem (choć wtedy tego
      jeszcze nie wiedzieliśmy). Pojechaliśmy na 2 tygodnie do domku znajomych
      rodziców. Domek znajduje się w miejscowości Stryszawa. Żeby do niego dojść
      trzeba iść od głównej drogi ok 20 minut cały czas pod góre i co nam się
      najbardziej podobało wokół las iżądnych innych domów (zupełna dzicz).
      Zdarzenie o którym chce opisać miało miejsce w drugim tygodniu naszego pobytu.
      Jak zwykle wieczorkiem zrobiliśmy sobie klacyjke grilową posiedzieliśmy troche
      na tarasie, ponieważ zaczął padać deszcz postanowiliśmy wejsć do środka i
      pooglądac telewizje. Zasneliśmy chyba koło północy. Niestety nasz słodki sen
      został przerwany dzwonkiem do drzwi. Oboje jak na komende staneliśmy przerażeni
      na równe nogi bo kto o tej porze i na takim pustkowiu dzwoniłby do drzwi.
      Pierwsza myśl:pewnie jakiś włamywacz sprawdza czy dom jest pusty. Szybko
      zapaliliśmy światło na tarasie i wyglądneliśmy przez okno- nikogo nie
      widzeliśmy, padał tylko deszcz i wiał silny wiatr. Oczywiście reszta nocy nie
      była przespana. Ze strachu nie mogłam zasnąć. Jakie było nasze zdziewienie
      kiedy rano wyszliśmy przed drzwi i zobaczylismy żę przy dzwonku stała miotła na
      długim kiju. Najprawdopodobniej wiatr popchnął ja na dzwonek i zadzwoniła.
      Nochyba że był to faktycznie jakiś włamywacz a my świecąć siatło wystraszyliśmy
      go. Tego nie dowiemy sie nigdy jedno jest pewne posiom adrenaliny napewno
      wzróśł i to bardzo.
      Pozdrawiam Karina
      • Moja "chwila grozy" miala miejsce na obozie sportowym mojej szkoly, który
        odbywal sie w miejscowosci Ogonki na Mazurach.
        Dzien zapowiadal sie normalnie. Razem z grupa wybralismy sie (jak co dzień) na
        wycieczke rowerowa.
        Ale akurat tego dnia zlapała nas straszna burza!Lalo straszliwie, w kolo
        strzelaly pioruny, a my mknelismy poboczem ruchliwej ulicy do osrodka.
        Dla mnie to byl horror, gdyz na ulicy bylo niebezpiecznie, nieustannie mijaly
        nas pedzace samochody, nic nie widzialam wiec balam sie ze zaraz sama wyladuje
        pod któryms z nich! Niektore osoby, tracily kontrole nad rowerem i ladowaly co
        chwila w rowie w zdłuż ulicy...Non stop znosilo mnie w strone srodka ulicy...
        Ale najstraszniejsze byla chwila, gdy juz pod samym osrodkiem w rower kolegi
        uderzyl piorun! Cale szczescie ze nic mu sie nie stalo!
        Dla mnie to byly najgorsze chwile, gdyz boje sie przebywac na dworze w czasie
        burzy, a w tedy nie mialam sie nawet gdzie schronic!
        Na szczescie reszte obozu odbylam bez wiekszych stresów:)
        Pozdrawiam
    • Moją chwilę grozy przeżyłam na Krecie wraz z moim obecnym mężem.
      Było późne popołudnie upalnego, wrześniowego dnia. Wracamy z parku wodnego.
      Oczywiście po co autobusem, czy taksówką skoro to tylko 8-10 km a nas tak
      dobrze karmią w przytulnym hoteliku nad plażą ze wypada zrzucić kolejne
      kilogramy. Wrócimy i znowu rzucimy się do „szwedzkiego” stołu z widocznym
      ślinotokiem. Nie takim jak nasi sąsiedzi, okrągli Niemcy, którzy już przebierają
      nogami 10 minut przed otwarciem restauracji, ale jednak. Na samo wspomnienie
      czuję zapach wspaniałych potraw.
      Spacer wzdłuż asfaltowej drogi nie należy do najprzyjemniejszych dlatego
      postanowiliśmy skrócić drogę skręcając w gaje oliwne. Zachodzące słońce ,
      czerwony grecki kurz na ścieżce pomiędzy oliwkowymi drzewkami-było pięknie.
      Po jakimś czasie znaleźliśmy się w samym centrum sadu i widzieliśmy tylko oliwki
      i żadnych zabudowań. Było cudnie do momentu, w którym zaczęliśmy się niepokoić
      czy oby idziemy we właściwym kierunku i czy zdążymy na kolacje-nie wiem o co
      bardziej. Nagle w środku oliwnego gaju wyrosła przed nami szklarnia.Trochę
      zaniedbana, zarośnięta, ale nie wygląda na całkowicie zapomnianą. Opodal stały
      stare zdezelowane ciężarówki, jakiś wrak osobowego samochodu, którego marki nie
      rozpoznałam. No trudno musieliśmy przejść przez ten uroczy placyk. Mieliśmy
      świadomość, iż wkraczamy na czyjś teren prywatny, tylko pytanie czyj i czy nie
      czai się gdzieś groźny pies. Krajobraz jak z amerykańskiego westernu. Czerwone
      zachodzące słońce, czerwony kurz, cisza, nawet liść się nie poruszy, żadnych
      oznak cywilizacji-Meksyk. Gęsia skórka zaczęła się pojawiać na plecach. Przed
      oczami miałam obraz nielegalnej hodowli narkotyków-wszystko pasowało. Boże, co z
      ludźmi robi wyobraźnie i amerykańskie kino!
      Nagle usłyszeliśmy jakieś męskie głosy dochodzące z pobliskich zarośli. Pomimo
      zmęczenia dostaliśmy odpowiednia dawkę adrenaliny i od razu przyspieszyliśmy
      kroku z możliwością szybkiego przejścia w bieg. Nie ważne czy we właściwym
      kierunku-ale byle dalej.
      Wyobraźnia zaczęła pracować w zastraszającym tempie-przecież nas tu nikt nie
      znajdzie, a to dopiero początek wakacji, co za pech, jacyś handlarze,
      gangsterzy, a tu odludzie i jesteśmy niemile widzianymi świadkami, po co nam to
      odchudzanie, czyż idealny kształt kuli nie jest piękny…a u nas pewno za chwile
      okrąglutki grecki kucharz wniesie smakołyki dla gości.
      W szybkim tempie minęliśmy zarośla usiłując udawać spacerujących turystów na
      plaży. Cali spoceni i ulepieni we wszędobylskim kurzu oddalaliśmy się od
      podejrzanego miejsca nie zważając na wołania smagłych greków. Co oni chcą
      przecież my spacerujemy? Resztkami przytłumionej strachem inteligencji rzuciłam
      przez ramię dwa z nielicznych znanych mi słów w języku greckim: kalispera ,
      kalinichta ( dobry wieczór, dobranoc)-to wszystko, na co było mnie stać w tamtej
      chwili.
      Nie pamiętamy jak wyszliśmy z gaju oliwnego, ale wyszliśmy na znaną nam szosę
      szybkiego ruchu, z której już tylko 15 minut do hotelu i plaży.
      Zdążyliśmy na kolacje. Adrenalina wyszczupliła nas dość znacznie, więc
      pochłonęliśmy dodatkowe porcje jedzenia. W końcu jutro znowu można iść na spacer
      i zrzucić kilka gram…

    • To było lato, kilka lat temu, gdy jeszcze studiowałam i gdy popularne (i dodam
      że niezwykle tanie) były podróże autostopem. Wybrałam sie z koleżanką do
      Krakowa- tzn. taki był plan. Jechałyśmy z daleka, bo aż z mojego rodzinnego
      Olecka i jakoś nie bardzo nam tego dnia szło.... Po 6 godzinach podróżnowania
      ciężarówkami, polonezami i czym się tam jeszcze dało utknęłyśmy w Warszawie,
      czyli w najgorszym z możliwych miejsc... Stojąc na wylotówce czułyśmy sie jak
      istoty z kosmosu, którym sie wszyscy przyglądają... Po 1,5 godzinie byłyśmy
      załamane, zniechęcone i zdesperowane.... Do tego stopnia, ze wsiadłybysmy nawet
      do kombajna...
      I w pewnym momencie zły los sie odwrócił i zatrzymał sie samochód. Koleżanka
      pobiegła zapytac co i jak, gdy ja stałam z dwoma plecakami ze stelażem, i po
      chwili wołała mnie do siebie uradowana!!! Jak sie potem okazało nie na długo...
      Nie przyglądając sie wnikliwie kierowcy rozsiadłam sie wygodnie obok niego i
      samochód ruszył. Po chwili gdy już sie uspokoiłam mogłam bliżej przyjrzeć sie
      aucie i jego właścicielowi. Do moich uszu dolatywała dziwna muzyka, podobna do
      tej reklamujacej batony kitkat, a o nogę stukała mi butelka piwa. Samochód
      ogólnie był zaśmiecony, brudny i śmierdzący, a pan zapewne innej narodowości
      sądząc po jego kolorze skóry... I w tym momencie zauważyłam, ze zamiast skręcić
      na trasę wiodącą do Krakowa, skręcił w zupełnie odwrotnym kierunku. Zamarłam. Z
      wyrzutem w głosie powiedziałam: Ale my jedziemy do Krakowa, pan skręcił w złą
      stronę!!!-Wśistko dobze-usłyszałam w odpowiedzi czując jednocześnie alkoholowy
      odór i kołysanie samochodu.... Facet miał mętny wzrok i taki dziwny wyraz
      twarzy... Byłam przerażona tą sytuacją!!! Zapytałam go gdzie jedzie, i co on
      powiedział???????????Że jedzie do Czeczenii!!!!!!Na to słowo znieruchomiałam
      przed oczami widziałam bomby, gruzy domów i zakrwawionych ludzi i pomyślałam,
      że on nas chce tam wywieźć!!! Kategoryczie poprosiłam o zatrzymanie samochodu.
      Trochę sie drażnił, ale w końcu postawiłam na swoim. Znalazłyśmy sie na pustej
      ulicy wśród pól. Zupełnie nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy... Na szczęscie stały
      tam dwie miłe dziewczyny , które bez mrugnięcia okiem objasniły nam jak wrócić
      do Warszawy... Dopiero gdy juz bezpiecznie dotarłyśmy do naszego celu
      zorientowałyśmy sie co te miłe dziewczyny robiły same na pustej drodze....
    • a ja bylam w miami jak szedl huragan, ale nagrody nie chce, chce ksiazke PODROZ
      DO MATAKUMBE gdzie ja zdobyc?
      --
      *** Forum Francuskie ***
      • Lubię pociągi . Uwierzcie . Nazywam się Przemek . Mam 17 lat. Mieszkam
        nigdzie – trochę tu , trochę tam . Sposób na spędzenie wakacji ? Pakuję się ,
        biorę kasę i
        do pociągu . I tak z reguły zaczynają się moje podróże , z których rodzą się
        wspomnienia.
        Wspomnienia usiane na szynach kolejowych od Gdańska do Bielsko Białej , od
        Zakopanego do
        Warszawy ....
        I tak zaczęła się moja dzisiejsza podróż. Siedziałam na stacji w Gdańsku i
        zastanawiałam się , do jakiego pociągu mam wsiąść. Słucham uważnie komunikatu :
        „Pociąg ekspresowy z Gdańska do Krakowa odjedzie z toru drugiego za pięć minut” .
        Myślę – to coś dla mnie. Chcę tam być.
        Kupiłem bilet , teraz wsiadam do pociągu. Wsiadam i czuję ten charakterystyczny
        zapach ....
        Nareszcie .
        Przedział wygląda znajomo. Tak jak zawsze. Położyłem plecak na górze i usiadłem .
        Pociąg turkocze i turkocze, mija kolejne miasta, a ja słodko myślę o tym co
        napotknę w Krakowie... Zasypiam....
        Budzą mnie promienie porannego słońca, jestem już w Krakowie. Wspaniale. Wysiadam z
        pociągu.
        Wychodzę ze stacji kolejowej i widzę ... no właśnie , nie widzę niczego. Przede
        mną ukazuje się obraz zniszczenia, dewastacji... po prostu nie ma nic! Kraków
        nie był już tym Krakowem, którego pamiętałem z dwóch lat. Najwyraźniej musiało
        tu się stać coś o czym nawet w mych najśmielszych i najbardziej zwariowanych
        myślach nie mogłem sobie wyobrazić... Ta pustka na ulicach i zniszczenie
        najwyrażniej było spowodowane wybuchem bomby atomowej. Ale dlaczego w takim
        razie stacja kolejowa, z której wyszedłem była nietknięta przez tę katastrofę???
        No cóż, szczerze mówiąc nie byłem w stanie sobie odpowiedziećna to pytanie...
        cieszyłem się że w ogóle jestem i nic mi się nie stało... Po chwili postanowiłem
        przejść się przez zrujnowane ulice Krakowa, znaczy się byłego Krakowa.
        Przechodząc przez zniekształcone przez siłę wybuchu ulice nie widzę ani jednego
        człowieka. Niebo było jakby " na stałe" zachmurzone, było ciemne a promienie
        słoneczne tylko nieśmiało przebijały się przez gęstą warstwę smogu
        powybuchowego. Mimo to zauważam pozytywne strony tej zaistniałej sytuacji...
        Hmmm jako jedyny człowiek jestem w tak wielkim mieście i właściwie mogę robićco
        chcę... Tak więc postanowiłem, że zostanę tu na kilka dni mimo powiedzmy dość
        rygorystycznych warunków... Na początku postanowiłem poszukaćsobie wśród gruzów
        jakieś miejsce tymczasowego pobytu...Po kilku godzinach wyszukiwań znalazłem
        stosunkowo mało zniszczony domek jednorodzinny, gdzieś na skraju miasta. Po
        dwóch dniach przyzwyczaiłem się do tego że jestem sam w mieście, i szczerze
        mówiąc nie przeszkadzało mi to . Podczas jednej z moich wypraw przez ruiny
        miasta usłyszałem jak trzy czy nawet cztery osoby rozmamiają. Nie słyszałem
        nawet o czym rozmawiali ale w pamięć zapadły mi ich jakby uschnięte głosy...
        Zaciekawiony tym faktem że widocznie ktoś w tym mieście jednak przeżył
        podszedłem do nich... Jednak to co ujrzałem przed sobą było zniewalające... Nie
        byli to ludzie byli to kreatury czlekopodobne o bladych twarzach i ranami na
        całym ciele, niektórzy z nich z wyrwanymi pojedynczymi kończynami albo z jednym
        okiem czy też intensywnie owłosionymi na całym ciele... Te makabryczne
        stworzenia przypominały Zombie z horrorów... Po chwili jeden z nich zaczął mi
        tłumaczyć że ich grupka, a było ich ośmiu, jest jedyną pozostałością ludzką w
        Krakowie,i co nad to siędowiedziałem w całej Eurazji... powiedzieli mi, że
        podczas ostatniej nocy zaczęła się intensywna wymiana ciosów pomiędzy
        największymi mocarstwami ówczesnego świata... mówili coś o tym, że Korea
        Północna wspólnie z Irakiem zaatakowały biały dom zrzucając tam bombę atomową,
        podczs wybuchu której zginął sam prezydent G.W. Bush!!! po tym incydencie niemal
        w minutowych odstępach zaczęli bombardować się wszelkimi środkami masowago
        rażenie, aż wreszcie zostało to co właśnie nastałem... co gorsza , mówili że nie
        tylko tutaj tak wygląda, lecz niemal cały świat jest w takim stanie... nie ma
        prąd, nie ma żadnych surowców, Słońce nie przebija przez niebo... nie ma ludzi.
        Po tych chorych opowieściach przedstawiciel grupy z Krakowa ponownie powiedział
        że są oni jedynymi pozostałościami po "prawdziwych" ludziach i chcieliby żeby to
        tak zostało... patrząc się na mnie groźnym wzrokiem dali mi do zrozumienia że
        chcą się mnie pozbyć... W tym momencie zerwałem się do ucieczki, biegnąc tak
        szybko jak mogłem . Potknąłem się wtedy już wiedzałem że jest już po mnie... w
        tym właśnie momencie ...budzą mnie promienie porannego, krakowskiego słońca...
        ufff do był tylko zły sen :p


        Mam nadzieje że to opowiadanie nie było zbyt fantastyczne,,, ale w temacie
        chodziło o chwile grozy przybyte podczas wakacji, a ten sen to właśnie moje
        chwile grozy podczas wakacji.... i na dodatek niezmyślone ;)
        Pozdrawiam Przemas!!!
      • Gość: Gocha IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.07.05, 17:06
        1) JAKO 5-LETNIE DZIECKO ZGUBIŁAM SIĘ NA PLAŻY WE WŁOSZECH
        2) W PIERWSZY DZIEŃ POBYTU W CHORWACJI SKALECZYŁAM SIĘ W WODZIE I NIE MOGŁAM
        PŁYWAĆ PRZEZ KOLEJNY TYDZIEŃ
        3)DRUGI RAZ WE WŁOSZECH PRZEZIĘBIŁAM SIĘ (PIELĘGNIARKA W PENSJONACIE POWIEDZIAŁA
        "ZJEDZ LODA". NIE ZJADŁAM. ZAPALENIE PŁUC. PO DWUTYGODNIOWYM POBYCIE W ITALII
        DWUTYGODNIOWY POBYT W SZPITALU

        TO NA RAZIE WSZYSTKO..

        Ah.. Byłabym zapomniała. Miesiąc temu zacięłam się z rowerem w windzie.
        Pozdrawiam.
    • deszczyk ;) Ale po kolei. Wakacje spędzałam w zeszłym roku na Riwierze
      Olimpijskiej... miało być słońce, piaszczyste plaże i zimna kawa. Ta ostatnia
      była, ale z dwiema wcześniejszymi rzeczami już nie było tak łatwo... więc razem
      z siostrą postanowiłyśmy się rozglądnąć za jakimś ciekawym towarzystwem.
      Początkowo wygląd zaczepiających nas mężczyzn już nas przyprawiał dreszczem, a
      my coraz bardziej posuwałyśmy się w głąb plaży, by uniknąć niemiłego
      towarzystwa. I raz zagadał do nas atrakcyjny Grek. Był miły, sympatyczny, więc
      szybko się dogadaliśmy, a po wspólnej kawie umówiliśmy się na kolejny dzień. I
      tak upływały nam dni, bez żadnych niespodzianek... aż tu pewnego dnia Grek
      zaproponował nam przygodę naszego życia - nocny spacer po dplnych partiach
      Olimpu!!! Razem z siostrą, spragnione mocnych wrażeń, przystałyśmy na pomysł
      ochoczo. I gdy się ściemniło, ruszyłyśmy. Serce biło mi mocno, gdy tylko
      wkroczyliśmy do lasu, ale cisza, jaka panowała, wydawała się obca. Chwilę
      trwało, zanim ją oswoiłam... i dzielnie szłam dalej. Pomysł mi się nagle
      przestał podobać, gdy dotarliśmy do wąskiego przesmyku - żadnego ogrodzenia, a
      jak się spojrzało w dół, z obu stron przepaść!!! Ale i dreszczyk emocji, co
      będzie dalej, dał o sobie znak... niepewnym krokiem, z trzęsącymi się nogami,
      szłam dalej. Jaka ulga, gdy nagle spoczęliśmy na ławeczce, i mogliśmy przez
      moment podziwiać gwiazdy - tak wyraziste, jak nigdzie w Polsce. W międzyczasie
      nasz towarzysz próbował nas nastraszyć opowieściami o greckihc bogach, którzy
      nie lubią takich intruzów u siebie... ale kto dziś w bajki wierzy? Ruszyliśmy
      dalej, i choć momentami droga nie była zbyt szeroka, strach minął. Za to
      wpadłyśmy w zachwyt, widząc wodospad!!! Już się uspokoiłam, moja siostra także
      stała patrząc z szeroko otwartymi oczami... gdy wtem, wydało nam się, że
      widzimy odbicie białej szaty w wodzie. Odwróciłyśmy się, ale nikogo za nami nie
      było, nie licząc naszego Greka, który ustwaiał kadr do zdjęcia. Zaczęłyśmy się
      śmiać, gdy... po raz drugi biała szata zamigotała nam w wodzie. Zrobiło się nam
      nieswojo, ale nic nie dawałyśmy poznać, że coś jest nie tak. Po zrobieniu
      zdjęcia ruszyliśmy w powrotną drogę, gdy w oddali zamajaczyła świecąca zjawa.
      Aż krzyknęłyśmy z przerażenia. Grek też wydawał się mocno poruszony. Szliśmy
      wolno, uważając na kroki... gdy posłyszeliśmy jakieś wycie za nami. Wilków tam
      nie ma, ale było nam już mocno nieswojo. Co jakiś czas dama w zjawie migotała
      nam między drzewami, a my szliśmy, mając serce w gardle. Dawno się nie bałam
      jak tamtej nocy. Nagle odezwały się bębny, jakieś śpiewy... czułam, że nie
      tylko mi, ale i pozostałym mocno bije serce. Gdy w końcu wydostaliśmy się z
      Olimpu, odetchnęłiśmy z ulgą. "Co to było" - zapytała moja siostra trzęsącym
      się głosem. I wtedy... Grek nie wytzrymał. Aż się popłakał ze śmiechu. Okazało
      się, że namówił znajomych, by nas nieco wystraszyli, bo chciał, by nasze
      wakacje w Grecji były niezapomniane... Ale dawno się tak nie bałam. Na ochłodę,
      chwilę później spadł na nas wszystkich letni deszczyk!!!
    • Moja historia miała miejsce w Austrii i jest związana z narciarstwem a raczej
      głupotą początkujących narciarzy. Ale po kolei ... Z żoną i znajomymi
      pojechaliśmy na narty do Mayrhofen z zamiarem poznania dużej części doliny
      Zillertal. Przed wyjazdem kolega roztaczał przed nami wizje wspaniałych tras o
      różnym stopniu trudności o całkowitej długości ponad 600 km. Co tu dużo mówić,
      już na starcie byliśmy przerażeni bowiem na nartach uczyliśmy się jeździć rok
      wcześniej w Zieleńcu. Można by powiedzieć, że wspólnie skończyliśmy jeden (sic!)
      tygodniowy kurs.
      Przed wyjazdem kupiliśmy nasze pierwsze narty i odważnie, z wiarą we własne
      umiejętności udaliśmy się na miejsce pobytu. Reszta towarzystwa miała większe
      doświadczenie w narciarstwie i obiecała zaopiekować się nami w razie problemów.
      Ze spokojem więc podeszliśmy do pomysłu aby kupić karnet, który obejmuje także
      lodowiec Hintertux. Gdy zobaczyliśmy, że wszyscy na drugi dzień tam się
      wybierają to miny nam lekko zrzedły. Jednak, gdy wjechaliśmy na sam szczyt -
      3250 m – znów wstąpił w nas duch gór. Jak to wygląda na żywo można zobaczyć w
      każdej chwili na stronie www.hintertuxergletscher.at/en/cam1.html. Był
      tylko jeden minus. Aby pojeździć po łagodnych, niebieskich trasach trzeba było
      najpierw zjechać około 200 metrów trasą czerwoną. Dla niewtajemniczonych
      wyjaśniam, że kolor czerwony oznacza średni poziom zaawansowania. Mówi się
      trudno. Założyliśmy narty i ... każdy pojechał w inną stronę. Jeszcze tylko
      kątem oka zobaczyłem jak moja lepsza połowa łapie się taśmy, która wyznacza
      granice jazdy dla narciarzy i zdążyłem krzyknąć UWAŻAJ !! Po chwili już
      staczałem się po stoku a jedna narta została kilka metrów wyżej. Z trudem,
      umęczony jak koń po Wielkiej Pardubickiej; z wybitym palcem, który boli mnie do
      dziś dotarłem w końcu na płaski teren. I wtedy skojarzyłem, że nie widzę żony…
      Historia ta miała szczęśliwe zakończenie, odnaleźliśmy się po chwili i już do
      końca dnia spokojnie trenowaliśmy zjazdy. Zapytacie gdzie ta głupota, o której
      pisałem na początku. Otóż po taaakim pierwszym dniu w Alpach już nic nam się nie
      wydawało straszne. I tak jeździliśmy sobie coraz pewniej przez kolejne dni, aż
      nadszedł dzień, gdy wybraliśmy się na Penken. W porównaniu z lodowcem to miała
      być pestka.
      Nasi znajomi uznali, że w tym miejscu trasy są dla nich za łatwe i zostawili nas
      samych. Wszystko wyglądało wspaniale. Słoneczko świeciło, na mapce
      zaplanowaliśmy sobie całodniową trasę o długości około 20 km samymi niebieskimi
      szlakami. Po kilku przejechanych kilometrach przez las dotarliśmy do doliny, z
      której nie było kolejki na dół, tylko wszystkie prowadziły w górę. Ponieważ
      jeszcze nie było południa a zobaczyliśmy taki duży „wagonik” na 150 osób to
      postanowiliśmy zmienić nieco plany i zobaczyć dokąd nas on zawiezie. A przy
      okazji pochwalimy się czym jechaliśmy, bo nigdy dotąd takiej kolejki nikt z nas
      nie widział. Wagonik powoli piął się do góry aż wjechał na szczyt. Widok był
      wspaniały. Przed nami trasy, choć oznaczone na mapce czerwonymi liniami to nie
      wyglądały na zbyt trudne. Do tego jeszcze niewiele osób tam było. W to nam graj
      – pomyślałem. Jeździmy tutaj. Ale w górach pogoda jest zmienna i uczą o tym już
      w przedszkolu. My do przedszkola nie chodziliśmy to skąd mamy wiedzieć. Nagle
      pojawiła się mgła tak gęsta, że na 5 metrów nic nie było widać. Udało nam się
      powoli dojechać do wyciągu krzesełkowego chyba tylko dlatego, że na każdym
      skrzyżowaniu tras sprawdzałem czy dobrze jedziemy. Szczęśliwi, że najgorsze mamy
      za sobą wróciliśmy w okolice tego 150-cio osobowego wagonika. Niestety, aby w
      nim stanąć trzeba było najpierw podejść pod górkę jakieś 200 metrów piechotą, z
      nartami na plecach. W tej chwili doszedłem do sedna opowieści. Jeśli ktoś
      wytrzymał ten przydługi wstęp to za chwilę niech zamknie oczy i wyobrazi sobie
      taką oto sytuację:
      Mamy do wyboru podejście lub dosyć długi zjazd czerwonym szlakiem, który z
      początku leniwie prowadzi na dół. Oczywiście wybieramy ten drugi wariant. A co !
      Kilkaset pierwszych metrów faktycznie było łatwe ale za to potem – masakra. Jak
      dla nas początkujących to była pionowa ściana w dół. Myśli szybko kłębią się w
      głowie – zawrócić źle – bo jak długo będziemy szli pod górę – zjechać nie damy
      rady – może trochę poschodzimy. Jednak zjeżdżamy. Ja jakimś nadludzkim wysiłkiem
      utrzymuję się na nartach, ale moja żona po chwili się przewraca i stacza w dół
      po drodze gubiąc narty. Pomagam jej wstać, mówi mi, że ją boli noga i nie może
      iść. Patrzę na zegarek, jest godzina 14.30. Odpoczywamy chwilę i powoli
      zaczynamy schodzić. Tu przerwę aby wtrącić, że jeśli mieliście na nogach
      kiedykolwiek buty narciarskie to wiecie jak się w nich wygodnie idzie, zwłaszcza
      z dwiema parami nart na ramieniu. Powiem krótko – nie było lekko. Mijali nas
      nieliczni już narciarze a ja zachowywałem kamienną twarz, ale w wyobraźni
      widziałem jak odjeżdża ostatni działający wyciąg w dolinie. Około 15.30
      trafiliśmy na płaski teren. Ale co z tego, gdyż jazda nam nie wychodziła, bo
      wcześniej tędy nie przejechał żaden ratrak. Co chwilę zapadaliśmy się w głęboki
      śnieg. Minęło kolejnych 15 minut a my byliśmy dopiero w dolinie z perspektywą
      jazdy tylko w górę. Człowiek z obsługi wyciągu pokazuje aby wsiadać bo za chwilę
      zamykają. No cóż, o tyle dobrze, że mamy jak się wydostać – pomyślałem.
      Nadrabiamy minami nasze położenie – jedziemy w górę a potem przed nami
      kilkukilometrowy zjazd na nartach do kolejki, która prowadzi do Mayrhofen. I
      nagle… wyciąg się zatrzymuje. Siedzimy na kanapie sami pośrodku wyciągu,
      kilkanaście metrów nad ziemią. Jak zaraz nie ruszy to koniec. Sekundy trwają w
      nieskończoność. Zastanawiamy się czy Austriacy mają lornetki, aby sprawdzić czy
      ktoś nie został. Ulga, jednak ktoś widział, że wsiadaliśmy. Wyciąg rusza. Powoli
      zjeżdżamy szukając właściwej trasy, ale pojawia się dodatkowa trudność – robi
      się ciemno. Pytam jakiegoś snowbordowca, którędy na dół. Pokazuje kierunek i
      odjeżdża. Słyszę jak z tyłu żona coś krzyczy do mnie. Obracam się a ona pokazuje
      na gościa, który uruchamia skuter śnieżny. To był ktoś z obsługi wyciągu. Za nim
      siedziały dwie dziewczyny, ale miał jeszcze przyczepkę. Pytam po angielesku czy
      nas zabierze – powiedział abyśmy wsiadali. Trochę rzucało ale za to w 5 minut
      byliśmy przy kolejce. A tam zabawa na całego. Przy typowej tyrolskiej muzyce
      tłum ludzi czekających na kolejne wagoniki popija piwo i opowiada wrażenia z
      kolejnego dnia na nartach. My też byśmy mogli im coś opowiedzieć, tylko szkoda,
      że po niemiecku to znam kilka słów, z których najczęściej używane jest „Bier”.
      Dla chcących odnaleźć miejsca, w których byliśmy podaję adres strony:
      www.zillertalski.at/
    • Moją największą przygodę z dreszczykiem przeżyłam kila lat temu, ale do tej
      pory na myśl o tamtym zdarzeniu przechodzą mnie ciarki...A było to tak:
      jak co roku z paczką przyjaciół wybraliśmy się we wrześniu w Bieszczady.
      Uwielbialiśmy te stosunkowo puste szlaki, piękne, barwne połoniny, atmosferę
      schronisk i widok najbardziej na świecie gwiaździstego nieba, wędrówki w
      samotności i wspólne rozmowy, chleb z pasztetem po drodze i wieczorną grę w
      karty przy kuflu piwa.
      Pewnego dnia wybraliśmy się na "łatwą, lekką i przyjemną" leśną trasę z Wetliny
      do Cisnej. Żadnych wyższych wzniesień, sam relaks. Odpoczynek. Nic dziwnego, ze
      podzieliliśmy się na mniejsze, 2-3 osobowe grupki, które szły od siebie w
      pewnej odległości. A dzień wcześniej słyszeliśmy opowiastkę o pewnym mieszkańcu
      schroniska, który zmykał przed niedźwiadkiem na drzewo i czekał na pomoc
      siedząc na nim pare godzin. Pośmialiśmy się trochę i tyle. No więc tak idziemy
      sobie leśnym jarem, po lewej stronie kompletny brak horyzontu. Śmiejemy się,
      gadamy, plotkujemy. Nagle jedna z koleżanek stanęła: "Słyszałyście?". "Ale
      gdzie tam, nic nie słyszałyśmy. Ola, nie wymyślaj!". Idziemy. I dalej języki w
      ruch. Po minucie, a może dwóch, wszystkie trzy stanęłyśmy. I teraz już
      usłyszałyśmy. Gdzieś z oddali, z tej nieszczęsnej lewej strony wyraźnie
      dochodził jakiś mruk! Trochę się zdziwiłyśmy raczej bardziej niż
      przestraszyłyśmy, ale wyraźnie coś tam było! Nic to, idziemy dalej. Nie
      zdążyłyśmy zrobić ktoku, gdy teraz po prostu huknęło, zaryczało, i był to ryk
      przeraźliwy! i było to tuż koło nas! W życiu takiego nie słyszałam i w życiu
      tak się nie przeraziłam. Nie tylko ja, bo zaraz widziałam podskakujący plecak
      Magdy, która pędem rzuciła się w dół. Z Olą nie miałyśmy zamiaru czekać, aż
      niedźwiedź (byłyśmy przekonane, że właśnie jego ryk słyszymy) stanie nam na
      drodze. Biegiem ruszyłyśmy za Magdą. "Cholera, same buki, bez bocznych gałęzi,
      nie da się nawet na nie wdrapać". "Czy misie szybciej biegną w górę, czy w
      dół?" "W razie czego to zrzucamy plecaki" - różne pomysły przychodziły nam do
      głowy."Byle do jeziora" - nie wiem czemu wydawało mi się ono głupio ostoją
      bezpieczeństwa. Przecież niedźwiedzie doskonale pływają!
      Zasapane dobiegłyśmy do jeziora. Ani razu nie oglądnęłyśmy się za siebie. Cud,
      że nie skręciłyśmy nogi. Dopiero tam zobaczyłyśmy, że za nami biegnie reszta
      ekipy, nie mniej przerażona. Wtedy wcale nie było nam do śmiechu!
      Do dziś dnia nie wiem, czy rzeczywiście stanęliśmy na drodze niedźwiedziowi,
      czy był to tylko jeleń na rygowisku. I nigdy się o tym nie przekonam. Zawsze
      jednak będę pamiętać o "łatwej, lekkiej i przyjemnej" leśnej trasie z Wetliny
      do Cisnej!
      Ale Bieszczady i tak polecam wszystkim, bez wyjątku. Gorąco!!!
    • Mimo lipcowej aury i dość wczesnej godziny na drewnianą chatę padał gigantyczny
      cień.
      Otoczona była puszczą gęstych drzew pozwalających przedrzeć się zaledwie kilku
      cienkim promieniom wschodzącego słońca, uczepionym spróchniałego drewna.
      Chciałoby się powiedzieć, że nielicznym światełkom udawało się wejrzeć przez
      okna starego domku, rozjaśniając jego wnętrze, ale te niezdarnie zabite były
      deskami.
      Nie wiodła tu żadna dróżka. Pierwotnie były dwie, lecz teraz zarosły wysoką
      trawą, tak jak wszystko dookoła. W powietrzu unosił się zapach drewna i
      fiołków, oraz dźwięk deptanych przez jelenie patyków i śpiewu ptaków.
      Dom znajdował się całkowicie na uboczu, w miejscu, którego nikt nie odwiedzał
      przez długie, długie lata, ponieważ niewielu wiedziało o jego istnieniu.
      Niestety, były wyjątki.
      Zaledwie kilka kilometrów od chaty płynęła niewielka rzeka. Woda przyciągała
      turystów pragnących odpoczynku od zatłoczonych autostrad, brudnych ulic
      metropolii i całej reszty tego, co nazywamy cywilizacją. Tylko nieliczni znali
      to miejsce głównie z opowiadań, ponieważ droga nie widniała na żadnej mapie. Na
      dodatek trzeba było mieć prawdziwe szczęście (albo pecha) żeby w gąszczu
      zarośli znaleźć ów rozkładający się domek, cały zabity deskami i malutkim
      kominkiem nie pamiętającym już dymu.
      Takie właśnie szczęście (lub pech) uśmiechnęło się do pewnego rodzeństwa, które
      po sytym grillu oddaliło się od odpoczywających rodziców. Chwilę później
      zniknęli im z oczu.
      Brat - Martin, pod pachą niósł piłkę, siostra - Natasha, kurczowo ściskała jego
      koszulkę, aby przez przypadek nie zbłądzić.
      - Na pewno wiesz jak wrócić do obozu? - pytała co chwilę. Z każdym metrem
      czuła, że brat nie pamiętał drogi powrotnej, choć odnosiła wrażenie, że nie
      przeszli daleko. Od kilku (może kilkunastu?) minut przedzierali przez gęste
      zarośla. Potem miękka ziemia usłana dywanem ściółki ułatwiła wyprawę, więc
      śmielej kroczyli przed siebie.
      W pewnym momencie Martin przystanął, a siostra wpatrzona w długie konary drzew
      uderzyła w jego plecy.
      Dom wyglądał, jakby wyrósł z ziemi. Dzieci najbardziej zaskoczyło jedno,
      zamknięte okienko - niewielka prostokątna szybka umieszczona tuż pod
      spróchniałym i zapewne przemakającym (podczas pory deszczowej) dachem. Poza tym
      było już tylko drewno, wysoka trawa, głośne bzyczenie owadów i olbrzymia
      duchota wysuszająca usta.
      - Chyba będzie lepiej, jeżeli wrócimy do rodziców. – Stwierdziła Natasha
      pociągając koszulkę brata.
      Jednak ten podbiegł do otoczonej wysokimi trawami drewnianej ściany zupełnie
      ignorując jej uwagę.
      - Myślisz, że ktoś tu mieszka? - Zapytał podniecony. - Opuszczony dom. - Dodał
      po chwili zafascynowanym głosem.
      Natasha nerwowo obracała się we wszystkie strony. Postanowiła zbliżyć do brata,
      ale tylko po to, by odciągnąć go od tajemniczej chaty. Szybko odgarnęła
      spadające na oczy włosy, wyrwane z objęć gumki z froty i przebiła przez
      sięgającą do pasa trawę.
      - Naprawdę myślę, że powinniśmy iść, Martin. Nie wiadomo, co to jest.
      - Nie wiadomo? - Krzyknął w odpowiedzi. - W tym domu ukryta być może fortuna!
      Powinniśmy sprawdzić, co jest w środku. W ogóle nie jesteś ciekawa?
      Rozchodzące echo dotarło do jego wnętrza.
      Otworzył oczy. Leżał na poszarpanym materacu, tuż przy przeciwległej ścianie,
      mimo to słyszał rozmowę dzieci. Wciągnął zakurzone, paskudnie śmierdzące
      powietrze i podniósł głowę. Całe ciało miał niezdarnie obwinięte starymi,
      brudnym bandażami, z ust wystawało czarne uzębienie. Szeroko otwarte oczy
      nerwowo przeszukiwały mroczne pomieszczenie. Poczuł swąd kału, moczu i potu,
      gdzieś w oddali jego nozdrza wybadały stare drewno. Podłoga rozścielana była
      popękanymi deskami, w kącie wił się szczur niszczący pajęcze sieci. Przy
      ścianie leżała olbrzymia, stara dębowa szafa.
      Upewnił się, że był sam. Głosy dzieci dobiegały z zewnątrz.
      Drgnął gdy usłyszał dudniący łomot, jakby coś uderzyło w ścianę. Podniósł się
      do pozycji siedzącej, a wraz z nim w górę poszybowała gruba warstwa kurzu,
      potem patrzył w szybkę gdy coś znowu łupnęło, w końcu usłyszał piskliwy
      krzyk: “Martin, przestań!”.
      Czuł, jak podskoczyło mu tętno napełniając ciało wydzielającą adrenaliną.
      Oddychał głośniej i szybciej, niemalże równo z biciem serca. I nagle – TRACH! –
      zakurzona szybka pękła rozlatując na drobne kawałki, a do środka wleciała
      skórzana piłka. Podskoczyła kilka razy i przyturlała zatrzymując tuż przy
      materacu. Rozszerzył oczy.
      - Widzisz, co narobiłeś? - Usłyszał.

      *

      Tom dźwignął oczy. Poczuł, że rozgrzana koszulka przylepiła się do jego ciała,
      a pościel była cała mokra. Wbił wzrok w sufit z trudem odnajdując w
      rzeczywistości. Na szczęście, był w domu.
      A gdzież by indziej? - Pomyślał.
      Bordowy cień firan okrywał całą sypialnię. Przez otwarte okno słychać było
      ćwierkanie ptaków oznajmiających, że wstał nowy, słoneczny dzień.
      Przez myśli ponownie przemknęło mu wspomnienie rodziców.
      Tom Jenkies był Szczęściarzem. Przed laty pewna ogólnokrajowa stacja
      telewizyjna nazwała go Cudownym Dzieckiem, a cały świat trąbił o jedynym
      ocalałym z gigantycznej katastrofy samolotowej Boeinga 747 na trasie Nowy York -
      Paryż. Tom często wyobrażał sobie, jak byłoby wspaniale, gdyby rodzice
      przeżyli, bo przecież byli tak blisko Prawdziwego Cudu. Siedzieli tuż obok
      niego, pamiętał, że matka obwinęła jego ciało ramionami... Potem przygarnęła go
      pewna rodzina, lecz gdy tylko ukończył pełnoletność, odciął się od opiekunów
      podejmując studia, a później pracę. Prawdziwi świętej pamięci rodzice zostawili
      w spadku ukochany dom na przedmieściach Philadelphii, oraz sporą kwotę
      pieniędzy. Z rodzicami przybranymi utrzymywał kontakt sporadyczny, i chociaż
      byli to dobrzy ludzie, nie widział potrzeby odwiedzania ich głównie dlatego, że
      najbardziej z wszystkich przypominali o śmierci najbliższych.
      Z trudem wyrwał się z objęć niechcianych wspomnień, pokonanych przez wielkie,
      wręcz nadludzkie pragnienie spotkania z Emily. Tęsknił za nią tak bardzo mimo,
      że rozstali się zaledwie wczorajszego wieczoru! Kiedy szukał wzrokiem telefonu
      przypomniał sobie, że kochana Emily jest na zajęciach aż do późnego popołudnia,
      postanowił więc wykręcić numer do Marka, który miał wolne, tak jak on.
      Usłyszał pukanie do drzwi. Kiedy odlepił się od wilgotnej pościeli, zza okna
      dobiegły znajome krzyki dzieci; chłopca i dziewczynki.
      To interesujące, pomyślał drapiąc po rozmierzwionych włosach. Powoli
      rozbudzając zszedł po schodach.
      Gdy otworzył drzwi, jego oczy radośnie zaświeciły.
      - Witaj, śpiochu! - Krzyknął Mark. Letnie słońce spowodowało, że jego koszulka
      z ręcznie wyszywanym na przodzie “Flyers” wyglądała, jakby przed chwilą
      wskoczył do basenu, a brązowe włosy przylepiły się do czoła. - Wiem, wiem. -
      Uspokoił go machając dłonią. - Wbrew pozorom wcale nie padało. Postanowiłem się
      przebiec, ale za nic w świecie nie myślałem, że jestem w stanie wydzielić tyle
      potu. Teraz wiem, że nie był to dobry pomysł. Zresztą widzę, że ty też nie
      próżnowałeś. - Powiedział z uśmiechem oglądając mokre plamy na koszulce Toma. -
      Onanizowałeś się?
      Tom wybuchnął śmiechem i uchylił szerzej drzwi wejściowe. Kiedy podali sobie
      dłonie, powiedział:
      - Rozbawić to ty potrafisz. Choć miałem dziś strasznie zakręcony ranek i wcale
      nie było mi do śmiechu. W każdym razie jestem zadowolony, że mnie odwiedziłeś.
      Weszli do kuchni, gdzie Tom rozlał do szklanek zmrożonego Sprite`a. Szybko
      wchłonęli napój i usiedli przy stole. W domu panował niewiarygodny porządek.
      Tom zawsze był z niego dumny, uważał, że nigdy nie wiadomo kiedy ktoś wpadnie z
      odwiedzinami, dlatego lubił być przygotowany na niespodzianki. A gdy
      rzeczywiście zjawiał się gość, był uradowany po raz kolejny nie dając zaskoczyć.
      - Wpadłem, żeby powiedzieć, że umówiłem się z Nadine. Na dziś wieczór. -
      Obwieścił Mark, starając zachować spokój, choć nie najlepiej mu to wychodziło.
      Tom spo
    • Ja,na hasło "wakacje z dreszczykiem" mam jedno skojarzenie-obóz zuchowy:))wiele
      lat temu.Chyb nie bez powodu był taki barwny,w końcu wiek i wyobrażnia w nim
      działająca,ubarwiała nawet najbanalniejsze wydarzenia.zaczęło sie od znalezienia
      na polanie brzozowego drąga.Był dość gruby i wysoki, jak na dziecięce standardy
      i mial syzorykiem wyryte inicjały"B.D."...i co ja wtedy pomyslałam, będąc fanką
      "Wakacji z duchami"?sam duch Białej Damy we własnej, zakamuflowanej osobie(czyli
      duch nieszczęsliwej księżniczki,która rzuciła sie z wieży)..wtajemniczyłam w
      historie koleżanke z namiotu i zaczeła się nasza przygoda.Na drugi dzień,za
      zupełnie innej polanie,znalazłyśmy ją-B.D...hmmm,podejrzane.Nad rzeką,przy
      ognisku,kilka przyprawiających nas o dreszcz razy widziałyśmy ten sam drąg"Jak
      nic nas pzreśladuje,chodzi za nami!!"
      Ale koniec tej historii nastąpił w deszczową noc,kiedy to zachciało mi sie
      siku,ale ponure warunki nie sprzyjały samotnemu załatwieniu sprawy.Obudziła
      koleżankę,która zgodziła sie ze mna wyjść..uchyliłyśmy poły namiotu..a tam,wbita
      dokładnie przed nami,w srodku deszczowej nocy stała ona-Biała Dama...rozległ się
      wrzask budzący cały obóz..
      Do dziś,ilekroć spotkam kolezankę Beatę,nie wiemy,czy to wszystko było zbiegiem
      okoliczności,żartem..czy zagadką nadprzyrodzoną:))
    • Parę lat tamu wybraliśmy się ze dwójką znajomych na weekend w Bory Tucholskie.
      Znajomy znajomego użyczył nam swojej chatki w lesie - cisza, spokój, daleko od
      skupisk ludzi, dzika głusza. Odpoczywaliśmy sobie rewelacyjnie, bezstresowo do
      momentu gdy mąż poszedł do chatki po coś do picia i zobaczył na drewnianej
      podłodze mokre ślady dziecięcych stópek.... Do dziś nie wiemy jak ten fakt
      wytłuczaczyć, nie było z nami dzieci, w pobliżu też nie, najbliższy dom był
      paredziesiąt kilometrów od nas. Co ciekawe, nie było też w pobliżu żadnej
      wody,by móc chociaż próbować tłumaczyć te mokre ślady... To zdarzenie zostanie
      dla nas zagadką do końca życia.
    • te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
      przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
      wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
      maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
      mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
      spokojnie wrocic i napisac mature!!!
    • te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
      przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
      wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
      maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
      mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
      spokojnie wrocic i napisac mature!!!
    • To było 10lat temu, ale do tej pory czuję dreszyk na samo wspomnienie:)
      Zapisałysmy się koleżanką z klasy na letni spływ kajakowy. Miałyśmy podany
      termin i miejsce, gdzie mamy się stawić. Dotrzeć miałyśmy z Poznania do okolic
      Olsztyna. W ramach oszczędzania postanowiłysmy, nikomu nic nie mówiąc, pojechać
      autostopem. W sumie szło nieźle, aż do pewnego momentu, gdzie zostałyśmy na
      średnio uczęszczanej drodze, a czas mijał nieubłaganie...
      Ruszyłyśmy przed siebie z nadzieją, że ktoś w końcu tą drogą przejedzie i nas
      zabierze. I owszem, zatrzymał się samochód, na którego nawet nie pomachałyśmy.
      Ale ponieważ czas gonił, a dwóch panów wydawało sie sympatycznych, wsiadłyśmy.
      Podróż mijała spokojnie, ale w pewnym momencie panom zachciało się jeść, i
      zjechali do zajazdu. Grzecznie czekałyśmy. Było już po 16-tej, na którą byłyśmy
      umówione na spływ, więc trochę się denerwowałyśmy. (przypominam, ze było to 10
      lat temu i o komórkach nawet nie marzyłyśmy) Ruszliśmy dalej. Zbliżamy się do
      naszej miejscowości - a panowie sienie zatrzymują. Zaczynamy się denerwować,
      wiecie, lasy i te sprawy... Negocjujemy. Przeklęte plecaki w bagażniku, więc
      jeśli wyskoczymy w biegu, wszystko pojedzie w siną dal. Panowie zjeżdżaja z
      trasy w leśna uliczkę, zatrzymują się na polanie. Wyciągają jak gdyby nigdy nic
      wino i proponują nam. Jakoś udaje się nam odzyskać plecaki i w te pędy rwiemy w
      kierunku głównej szosy. Obyło się bez szarpaniny, ale mamy jakieś 3 godzinne
      opóźnienie. Docieramy do trasy, łapiemy kolejnego stopa (stwierdzamy, że
      prawdopobieństwo, że znowu trafimy na takich (...) jest nikłe) i dojeżdżamy na
      miejsce. Po spływie ani śladu, już ruszyli, ale zostawili wiadomość gdzie mają
      postój i ktoś nas tam podrzucił (z organizatorów).
      Spływ był cudowny:)
    • Wszystko wydarzyło się w jednej z malutkich, mazurskich wsi. W jednej z tych
      wsi, gdzie jest jedna kawiarnia, w której wieczorem gromadzą się wszyscy
      mieszkańcy, gdzie w charakterze budzika występuje podstarzały kogut, każdy pies
      ma co najmniej kilku właścicieli a dzieci chodzą po ulicach w samych tylko
      koszulkach i majtkach jedząc lody i eksponując swoje poobijane i podrapane od
      łażenia po drzewach nogi. Ten dzień był taki sam, jak wszystkie pozostałe -
      zapiał podstarzały kogut, ulicą przeszedł starszy pan wyprowadzający na spacer
      kolejno swojego kota a zanim swojego psa, odsłoniły się rolety przy sklepie
      spożywczym i miasteczko powoli budziło się do życia. Jedynym nieznajomym
      elementem byłam ja, która pojawiłam się tam w nocy przychodząc piechotą z innej
      miejscowości. Poszłam do sklepu, kupiłam sobie bułkę i karton maślanki i udałam
      się na poszukiwanie łąki, na której mogłabym spożyć śniadanie. Znalazłam ją
      niebawem, zrzuciłam plecak z ramion i zasiadłam do śniadania. Nieopodal
      spostrzegłam siedzącego na pniu mężczyznę, który mówił coś do konia. Człowiek
      był do mnie odwrócony plecami, tak więc nie zdawał sobie sprawy z mojej
      obecności. Gładził konia po grzywie i mówił do niego. Myślałam, że są to zwykłe
      czułostki, jakimi właściciele obdarzają swoje zwierzęta- ale nie - mężczyzna
      opowiadał koniowi swoje przeżycia. Spokojnym, usypiającym głosem opowiadał
      koniowi o tym, jak całe życie ukrywał przed wnukami swoją przeszłość, aż tu
      nagle jeden z nich dojrzał w pokoju dziadka jego zdjęcie w mundurze Wehrmachtu,
      opowiadał o tym, jak odeszła jego żona (pewnego dnia zrozumiała, że po
      przeczytaniu i nauczeniu się na pamięć wszystkich haseł z encyklopedii nie ma
      nic do roboty, ubrała się w białą, bawełnianą sukienkę i usiadła na krześle, z
      którego już nie wstała), jak rosną jego wnuki (jeden prawie wcale i chodzi na
      gimnastykę - podwieszają go pod sufitem i rozciągają kości - jak na razie
      wydłużyła się mu tylko szyja, drugi rośnie jak na drożdżach). Opowiada i
      opowiada, głaszcząc konia po grzywie, od czasu do czasu klepiąc po grzbiecie. A
      ja siedzę tam i nie mam odwagi się poruszyć, żeby nie zawstydzić tego mężczyzny.
      Po jakimś czasie udało mi się bezgłośnie wycofać, ale zapomniałam zabrać ze sobą
      śniadania, tak więc mężczyzna i tak pewnie potem dowiedział się, że oprócz konia
      słuchał go też jakiś człowiek. Ta historia wydała mi się niezwykła z uwagi na
      to, że nigdy nie podejrzewałam, że zwierzę może być lepszym powiernikiem niż
      człowiek a także dlatego, że obraz człowieka, który mówi do błyszczącego konia,
      opowiada mu ze łzami w oczach najintymniejsze historie wydał mi się
      nieprawdopodobny i piękny.
    • Gość: Aga IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 12:52
      Było to kilka lat temu , kiedy pojechałam z koleżanką do Hiszpanii . Wpaniałe i
      niezapomniane chwile mam w głowie do tej pory , a historia , która mi się
      wtedy wydarzyła teraz przyprawia mnie o śmiech , natomiast co ja wtedy
      przeżyłam ...
      Była piękna słoneczna pogoda , a organizator wycieczki wziął nas do parku
      wodnego . Takich ślizgawek wodnych wtedy jeszcze w życiu nie widziałam , więc
      postanowiłyśmy z koleżanką pozjeżdżać na każdej . Kolejki były strasznie
      długie , ale cóż , dla przeżycia czegoś takiego warto było czekać . Stojąc w
      kolejce każdy patrzył na reakcję osób , które już zjechały .
      Wszyscy byli zadowoleni .
      Ale spodobała nam sie przede wszystkim taka ślizgawka zawijana z tunelami ,
      poskręcana , gdzie puszczali co jakiś czas po jednej osobie .
      Stojąc w kolejce do niej sprawdzałam czy nikt aby nie ma problemów ze
      zjechaniem . Obserwowłam po strojach : bikini zjeżdżały , tak samo jak i pełne
      stroje kąpielowe ,osoby chudsze i grubsze też nie miały problemów ze
      zjechaniem , więc : co to dla mnie !! (pomyślałam).
      Przyszła moja kolej ,koleżanka stała za mną i miała zjeżdżać kilka sekund po
      mnie , no to ok ...
      Położyłam się , odepchnęłam i ruszyłam ...
      Weszłam w tunel i .. zatrzymałam się ! No to dawaj rękami zaczełam się
      odpychać , położyłam się i ..stoję w miejscu! Jak to ?! Co się dzieje ?
      Odwracam się , a tam koleżanka zjeżdża tuż za mną , no to złapałam ją za
      nogę : " Jak nie powiesz mi jak zjechać będziemy siedziały tu jak ofiary losu "-
      powiedziałam do niej . Ona poradziła mi , żebym położyła się i z pewnością
      pojadę . Ok, posłuchałam jej i puściłam. Zaobserwowałam , że ona tak zrobiła i
      ruszyła , więc ja też : kładę się ( w dalszym ciągu w tym tunelu) i ...nic ,
      stoję nadal !! Odwracam się po raz drugi , a za mną tłuścioszek zjeżdża !!
      Miałam taki strach w oczach , że jak przyspieszyłam rękami , używając ich jak
      pagajów , to byłam tuż tuż przed nim w basenie kończącym tą straszną podróż .
      Celowo używam tu stwierdzenia "tuż ,tuż " gdyż , wyłaniając się z wody on
      skoczył mi " na barana" i musiałam się jeszcze spod jego ciężaru uwolnić ,
      podważając go jak lewarek ...
      Jakim upokożeniem był dla mnie , wzrok wszystkich tych śmiejących się ze mnie
      ludzi , którzy tak jak ja stojąc w kolejce , obserwowali . Tylko , że to byłam
      ja !!!
    • Dreszcze do dziś mam, jak wspominam wędrówkę po Beskidzie. Wyruszyliśmy rano, z
      mapą w ręce, licząc że do godziny 14.00 będziemy w schronisku. Droga wydawała
      się prosta i łatwa, więc z ciężkimi bagażem ruszyliśmy z niewielkiej
      miejscowości do pierwszego miejsca postoju. Szliśmy i szliśmy asfaltową drogą,
      a według mapy mieliśmy skręcić w pierwszą ulicę w lewo - ku naszemu zdumieniu,
      dotarliśmy po godzinie do jakiejś większej miejscowości, która na mapie była
      dokładnie po drugiej stronie!!! Zatrzymaliśmy jakiegoś miejscowego, ale pan
      patrzył i patrzył na mapę, po czym poprzestawiał nam długopisem miejscowości.
      Byliśmy zdumieni, że tyle błędów, ale okazało się, że nie musimy się cofać, bo
      możemy iść inną drogą. Zaufaliśmy panu, i poszliśmy dalej asfaltem. Już coś nam
      nie pasowało, ale zawsze lepiej iść naprzód, niż wracać w upale. Most był,
      kładka też, więc wszystko się zgadzało z wskazówkami miejscowego. Ale choć
      szliśmy godzinę, mijaliśmy tylko szczere pola. Zero żywyt istot!!! Nie było
      kogo się zapytać, a gdy stanęliśmy na rozstaju, zgłupieliśmy. Którędy iść? Na
      wyczucie, poszliśmy w lewo. W końcu dotarliśmy do jakiejś wsi, i zaczęliśmy
      pytać mieszkańców jak iść. Jak to bywa, każdy zapytany miał własną wersję - iść
      naprzód, cofnąć się, skręcić w prawo lub lewo. Powoli przestawało nam się
      podobać, tym bardziej, że gromadziły się nad nami czarne chmury!!! Wybraliśmy
      jedną z wersji, i znów z tobołami, i zwiększającymi się obawami, ruszyliśmy
      naprzód. Gdy spadł na nas letni deszczyk, już przestawaliśmy się dobrze czuć, a
      zamiast wesołej rozmowy, słychać było pojękiwania. Nikt jednak nie przeczuł, że
      nagle rozpęta się burza, i spadnie deszcz jakiego żaden z nas nie widział.
      Schroniliśmy się niestety pod drzewem, licząc że nas ominą pioruny. Dreszcze
      jednak, spowodowane zimnem, zaczęły nam towarzyszyć. Jak i strach, gdy drzewo w
      pobliżu zostało roztrzaskane. Zrozumieliśmy naszą głupotę, i zdecydowaliśmy się
      przedzierać, choć nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy. Las, jakieś
      wzniesienie, i woda, która starała się nas wciągnąć swym szybkim nurtem.
      Pierwszy raz się tak bałam. Ale iść trzeba było, choć trzęśliśmy się z zimna, i
      obawy, że uderzy w nas piorun. Gdy dotarliśmy do rzeki, zwątpiliśmy. W ciągu
      może godziny spadło tyle deszczu, że malutki strumyczek stał się rwacą rzeką.
      Przeprawa była konieczna, a my trzymając się za ręce, szliśmy po kamieniach,
      bojąc się każdego kroku. Dlaczego nie zawróciliśmy wcześniej? - każdy zadawał
      sobie to pytanie. I dokąd dojdziemy? Wszędzie widzieliśmy niebezpieczeństwo.
      Nawet nie mieliśmy jak się przebrać, zresztą nasze plecaki były kompletnie
      przemoczone!!! A plecak mokry to i ciężar większy. Baliśmy się wszyscy. Nikomu
      się nie podobała perspektywa nocy gdzieś w lesie, a szliśmy po omacku, słabo
      widząc w tym deszczu gdzie idziemy. Kto był w górach podczas burzy wie, co to
      wakacje z dreszczykiem. Niemiłym zresztą :( Trzęsąc się, około 19.00
      znaleźliśmy schronisko!!! Nawet nie odczuwaliśmy radości, tylko ulgę, że
      jesteśmy cali. Pani ze schroniska widząc nas zdumiała się, że ktoś do niej
      zawitał. Barszcz smakował jak nigdy wcześniej!!! Jakieś dwie godziny po moim
      ciele rozchodziły sięmdreszcze, a ja czułam, że nie panuję nad własnym ciałem -
      cała się trzęsłam. Pozostali również nie wyglądali lepiej. Dostaliśmy aspiryny,
      i położyliśmy się do łóżek. Na drugi dzień poczuliśmy się lepiej, ale deszcze
      nie ustawał. Zostaliśmy poinformowani, że szlaki są pozamykane. Miło było w
      schronisku, ale jakże żeśmy się zdumieli, gdy usłyszeliśmy, że z punktu wyjścia
      do schroniska była 1-1,5 godziny!!! My szliśmy prawie 9!!! Mapa poszła w
      kosz... do dziś nie wiem, kto ją wydał!!! A na wspomnienie burzy, i
      roztrzaskanego drzewa, czuję wciąż dreszcze. I więcej nie wybiorę się bez
      sprawdzenia trasy, i upewnienia się, że mapa nie kłamie!!!
    • Ps Gość : Aga to ja , zapomniałam się zalogować
    • Historia, o której chciałbym Wam opowiedzieć wydarzyła się ładnych parę lat
      temu. Wydarzenie to miało miejsce około roku 1988. Miejsce owego wydarzenia
      jest już miejscem historycznym bowiem było to NRD. Niestety nie umiem
      przytoczyć dokładnej nazwy miejscowości, ale było to miejsce - jak na tamte
      realia - dla mnie niezwykłe. Niesamowita „zachodnia” zieleń a w całej okolicy
      jeziora jak z bajki :) To tyle tytułem wstępu.
      A więc... początek całej historii należałoby rozpocząć od tego, że po
      przebudzeniu usłyszałem z ust mojego taty mniej więcej takie słowa: „Czy
      miałbyś ochotę dziś popływać łódką po jeziorze?”. Oczywiście z dziecięcym
      entuzjazmem (piszę dziecięcym ponieważ miałem w tamtym czasie nie więcej niż 10
      lat) przystanąłem na tą propozycję. Po skonsumowaniu przepysznego śniadania
      przygotowanego przez moją mamę nie zastanawiając się zbyt długo poszliśmy z
      tatą do wypożyczalni sprzętu wodnego. Wypożyczyliśmy drewnianą łódkę i
      wyruszyliśmy ku środkowi jeziora, żeby podziwiać piękną „zachodnią” przyrodę.
      Pogoda na taką wyprawę była naprawdę wymarzona. Słońce prażyło z bezchmurnego
      nieba i nie było czuć najmniejszego powiewu wiatru. Pływaliśmy tak przez ładne
      parędziesiąt minut mijając po drodze niezliczone ilości ptactwa wodnego
      oraz.... miejscowych Niemców opalających się na swoich jachtach w stroju... Ewy
      i Adama :) I w ten sposób docieramy do punktu kulminacyjnego naszej wyprawy. To
      co wydarzyło się w kolejnych minutach zmroziło krew w moich i taty żyłach.
      Nagle, niewiadomo skąd, zerwał się niesamowicie silny wiatr pod wpływem którego
      zaczęły tworzyć się fale jakich do tej pory nie widziały na jeziorze moje
      dziecięce oczy. Ale jakby tego było mało zza przybrzeżnych tataraków wyłoniła
      się „trąba powietrzna”, która po wejściu do wody przeobraziła się w „trąbę
      wodną”. I w tym właśnie momencie zaczął się prawdziwy koszmar. Trąba zaczęła
      coraz bardziej zbliżać się w stronę naszej łódki by dosłownie w ostatniej
      chwili ominąć nas o centymetry. W całym tym thrillerze była też chwila na to by
      móc się uśmiechnąć ponieważ ten niesamowity powiew wiatru porwał wszystkie
      ubrania z jachtów wspomnianych wcześniej „śmiałych” Niemców co spowodowało
      niemały popłoch w ich szeregach :) Na szczęście łódka, którą pływaliśmy wyszła
      bez szwanku z konfrontacji z „wodną trąbą” i po uspokojeniu się fali na
      jeziorze mogliśmy spokojnie udać się do brzegu.
      Historia, którą Wam opowiedziałem jest chyba na tyle niewiarygodna, że do
      dzisiejszego dnia jak tylko wspominamy z tatą to wydarzenie to na twarzy mojej
      mamy oraz siostry zarysowuje się tajemniczy uśmiech niedowierzania. Ale
      niezależnie od tego czy ktoś wierzy w to co wydarzyło się na tych
      niezapomnianych wakacjach, to ja ten dzień będę wspominał do końca moich dni.
      Na zakończenie chcę podziękować wszystkim, który znaleźli chwilę by przeczytać
      całą historię. Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim takich niezapomnianych
      przygód.

      Pozdrawiam.
      Mariusz.
    • Ukraina, Lwów – rok 2003.
      Ukraina sprzed Juszczenki, kraj ludzi smutnych i ostrożnych, przygnębionych
      wszechobecną szarością. Kraj ludzi, którzy boją się powiedzieć za dużo. Jadę
      tam z polską grupą jako pilotka. Jest nas dwa autokary.
      Socrealistyczna bryła hotelu gdzieś na przedmieściach Lwowa, w otoczeniu
      ponurego blokowiska. W pokojach tapczany pamiętające chyba jeszcze dziadzię
      Breżniewa, unoszący się w powietrzu zaduch nie do zlikwidowania i kij sterczący
      ze ściany zamiast prysznica.
      Niestety, także jedna rzecz pozytywna dla moich turystów – w osiedlowych
      sklepikach tani alkohol. Okazja do wyjścia na miasto i zrobienia sporych
      zakupów.
      Przyjechaliśmy do Lwowa późnym popołudniem, było kwaterowanie, trochę
      zwiedzania i kolacja. Mimo, że maj, zmrok zapadał szybko. Kiedy kończyłam
      kolację w opustoszałej hotelowej restauracji, było prawie ciemno, chociaż duży
      zegar na ścianie wskazywał dopiero 21:00.
      Od dziwnego dania, w którego składniki wnikać już nie chciałam, odrywa mnie
      sygnał sms. Czytam i jedzenie staje mi w gardle: „Nasi ludzie zostali
      napadnięci i ciężko pobici, siedzą w recepcji, jedzie pogotowie i milicja”.
      Przez chwilę mam nadzieję, że to ponury żart drugiego pilota, który już
      wcześniej wykazywał się specyficznym poczuciem humoru. Schodzę jednak do
      recepcji – faktyczny stan rzeczy odpowiada opisowi. Dwoje zakrwawionych ludzi,
      krew na prowizorycznych bandażach, na ich ubraniach i na stoliku. Przy nich –
      histeryzująca współtowarzyszka. Zdrowa, nietknięta – bo bez oporu oddała
      torebkę z paszportem, kartą kredytową, komórką i sporą sumą w portfelu.
      Pozostali, ufając w swoje siły w starciu z młodocianymi chuliganami,
      przeliczyli się. Kobieta ma złamaną rękę, jej brat liczne stłuczenia i
      zadrapania.
      Drugi pilot jedzie z milicją i obrabowaną na komisariat, ja z poszkodowanymi
      wsiadam do karetki, która wygląda tak, jakby to miał być jej ostatni kurs. Po
      drodze dowiaduję się, co zaszło – pomimo późnej pory poszli do osiedlowego
      sklepiku, a wracając z zakupami zostali napadnięci przez grupę ok. 18-19-
      letnich ludzi. Krzyczeli, wołali o pomoc – ludzie w blokach zamykali okna,
      alejka błyskawicznie zrobiła się pusta.
      Wreszcie szpital. Prześwietlenie na jakiejś starodawnej, trzeszczącej
      aparaturze, gips na rękę. W Polsce okaże się, że był za cienki, trzeba go
      zerwać i położyć jeszcze raz… Obługa – współczująca, miła, serdeczna,
      przeplatają się słowa polskie, ukraińskie… Nie mamy najmniejszego problemu ze
      zrozumieniem się. Lekarz prosi, żeby mu odkupić w aptece bandaże, bo między
      Polską i Ukrainą nie ma umowy o refundacji kosztów poniesionych za leczenie
      pacjenta (?!!!).
      Po powrocie ze szpitala – kolejny szok. Milicja była opryskliwa, niemiła,
      rozmawiali tylko po ukraińsku, podsuwali do wypełnienia jakieś druczki w języku
      ukraińskim. Nie chcieli wystawić zaświadczenia o kradzieży paszportu, a wizja
      lokalna polegała na żartach i pogaduszkach z ekspedientką w sklepie. Nie został
      spisany żaden protokół ze skargą! Jest późno, idziemy spać, jutro pojedziemy do
      polskiego konsulatu.
      Na drugi dzień rano – piękna pogoda i wszystko wygląda jakoś lepiej, ale do
      czasu. Taksówkarz „nie umie” odnaleźć ulicy, gdzie znajduje się nasz konsulat,
      kluczy po mieście i jest bardzo rozgoryczony, bo na koniec nie otrzyma całej
      zapłaty za tę wycieczkę krajoznawczą;).
      Wreszcie konsulat – krótka, rzeczowa rozmowa, zdjęcie do nowego paszportu. Moi
      turyści decydują, że nie odpuszczą i doprowadzą do przyjęcia przez milicję
      zgłoszenia o przestępstwie. Jedziemy więc z pracownikiem konsulatu na
      komisariat. A tam… Masywne mury, zakratowane okna. Ściany pomalowane obłażącą
      olejną farbą, która pozwala poznać kolorystykę także sprzed iluś lat.
      Rozchwiane krzesełka, zniszczone biurka i starożytne maszyny do pisania. Pani
      pisze tak jak ja – dwoma palcami ;), więc już na wstępie nastawiam się na
      długie czekanie.
      Czekamy. Najpierw na szefa. Szef na spotkaniu. Potem na jego podwładnych,
      którzy wczoraj przyjmowali zgłoszenie. Pracownik konsulatu cierpliwie tłumaczy
      naszą relację coraz to nowym osobom. Niestety, również i te osoby znikają bez
      śladu i już do nas nie wracają ;). Nie pomaga nawet fakt, że nasi pokrzywdzeni
      to emerytowani policjanci.
      Po ok. dwóch godzinach szef znajduje dla nas kwadrans, przesłuchanie zaczyna
      się od nowa. Potem znika na następne dwie godziny. W pokoju unosi się zapach
      papierosów, które milicjanci palą przy biurkach, kurzu i zastarzałego potu.
      Pani ze złamaną ręką robi się zielona na twarzy.
      Wreszcie jest protokół, ale komendant nie chce… przystawić pieczątki. Kolejne
      40 minut negocjacji. Rozmowa oczywiście w języku ukraińskim, dobrze, że jest z
      nami pracownik konsulatu. Walczy o nasze sprawy – to pogrozi, to robi się
      stanowczy, to przymilny…
      Po około pięciu godzinach możemy wyjść z upragnionym papierkiem, pan z
      konsulatu odwozi nas swoim samochodem do hotelu. Po drodze rozmawiamy o
      sytuacji na Ukrainie - jest ostrożny, nie chce nic osądzać. „Ludzie się tu
      boją” – zamyka temat.
      Dwa lata później śledztwo nie postąpiło ani na krok, być może zostało umorzone,
      a strony polskiej nie zawiadomiono o niczym. Paszport nie odnalazł się nigdy.
      Ale oglądając w telewizji pomarańczową rewolucję miałam przynajmniej jedną
      nadzieję – że będąc tam w przyszłości nie usłyszę już słów świadczących o
      strachu. Że milicjanci nie będą lekceważyć cudzoziemców, ale poczują się
      gospodarzami w swoim kraju i zechcą zapewnić bezpieczeństwo swoim gościom. I że
      przemiły pracownik konsulatu będzie mógł bez obawy powiedzieć: tak, mam
      ukraińskie obywatelstwo. Ale jestem, urodziłem się i czuję Polakiem.
    • "Wakacje z dreszczykiem" to na 100% moja podróż poślubna. Byliśmy na Majorce i
      w sumie było wszystko OK. Hotel fajny, jedzenie fajne. Pojechali z nami nasi
      długoletni znajomi i bawiliśmy się świetnie. Nasz hotel organizował różne
      wycieczki po wyspie i z kilku skorzystaliśmy, ale stwierdziliśmy, że fajniej
      będzie wypożyczyć samochód i samemu pojeździć. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy.
      Następnego dnia rano wypożyczyliśmy terenowy samochód z napędem na 4 koła,
      ustaliliśmy trasę i wyruszyliśmy w drogę. Majorka jest bardzo górzystą wyspą
      (dla tego jest taka śliczna). Jeździliśmy kilka godzin po wysokich i stromych
      górach i pagórkach. Drogi były tak wąskie, że mieliśmy trudności z minięciem
      się z samochodami z naprzeciwka. Widzieliśmy za to dom M.Dugglasa oraz dom
      Króla Hiszpanii. Po całym dniu wrażeń postanowiliśmy wracać do Hotelu i wtedy
      się zaczęło. Najpierw zabrakło nam benzyny.. Po kilku kwadransach stania na
      poboczu zatrzymał się samochód i przelaliśmy troche benzyny do naszego auta.
      Potem szukanie stacji benzynowej ... koszmar. Byliśmy ok. 20 kilometrów od
      naszej miejscowości, głusza - same plantacje pomarańczy i cytryn, żadnego domu
      w okolicy. Zatrzymaliśmy się na zmianę kierowcy i wtedy podczas ruszania - huk,
      samochodem zatrzęsło i zobaczyliśmy części samochodu jak rozsypują się po
      ulicy. Szok - co robić? Okazało się, że rozwalił się w drobny mak - wał.
      Niestety z dalszej jazdy nici. Byliśmy przerażeni, pusta droga, środek pola.
      Zaczeliśmy szukać jakiegoś domu. Po godzinie marszu - udało nam się.
      Właścicielami było dwóch niemców, którzy okazali się bardzo mili. Zadzwonili po
      pomoc drogową, dali nam jeść i pić i w końcu zawieźli nas do Hotelu. Po
      wszystkim okazało się, że mieliśmy niespotykane szczęście bo gdyby taka awaria
      trafiła nam się w górach to nic po nas by nie zostało. I właśnie takie przygody
      mieliśmy w trakcie podróży poślubnej. M
    • Jako szczęśliwa studentka prawie drugiego roku studiów pojechalam na miesiąc do
      ciotki za Morze Baltyckie-do Szwecji.Po równie mile i szczęśliwie spędzonych
      wakacjach-lato bylo wtedy hiszpańskie iście, nadeszla pora na powrót.
      Samodzielny rejs promem chyba "Pomerania". Odwieziono mnie do portu, w którym to
      porcie zreflektowalyśmy się obie, że jest to koniec lipca , a co za tym
      idzie-zmiana turnusu. Huk ludzi. Wniosek- brak wolnych miejsc w kajutach.
      Odstanie pól godziny w kolejce z beznadziejnym o to pytaniem potwierdzilo nasze
      przypuszczenia. No cóż- ciotka mówi- wiesz co, czasem ci z obslugi sprzedają na
      lewo miejsca w swoich prywatnych kajutach... Pożegnawszy się z przerażoną ciotką
      i przeszedlszy odprawę podążylam z tobolami (ciuchy dla calej rodziny) na prom.
      Podszedl do mnie pewien pracownik promu, wynajęlam go do dźwigania owego
      brzemienia. I zadal mi wiekopomne pytanie:nie szukasz może kajuty? "Tykanie"
      wkurzylo mnie, no ale nie wyglądalam na swoje 20 lat (dziś wszyscy mówią mi już
      "pani",niestety).Przecież nie będę nocować na pokladzie pośród pijanych
      Szwedów,a z restauracji mnie wygonią w końcu. Umówiliśmy się, że jak tylko prom
      ruszy gość pokaże mi tę kajutę. Przyszedl, pokazal, dal mi klucz,przyniósl mi
      pościel. Wytlumaczyl mi (niejasno) gdzie na korytarzu znajduje się prysznic, z
      którego i tak nie skorzystalam,o czym za chwilę. I poprosil mnie abym się za
      bardzo nie szwendala po tym korytarzu, bo go ktoś może podkablować. OK.Wyszedl.
      Za chwilę wrócil,chyba z tą pościelą, nie pamiętam. Coś tak gadka-szmatka,
      spytal czy mi rano śniadanie przynieść. Do lóżka. I zahihotal "O,
      przepraszam."Ja na to, że doskonale dam sobie radę. Poszedl. Jeszcze byla
      wczesna godzina, zatem wybralam się do sklepu bezclowego (lza się w oku kręci na
      wspomnienie!)kupić sobie prawdziwy rum Bacardi, zjeść coś na pokladzie, i
      poczekać na zawsze przepiękny zachód slońca na pelnym morzu. Cudownie, cieplo,
      bryza koila podejrzenia i myśli. Sloneczko schowalo się w swoją morską kolderkę
      i trzeba bylo wracać. Po drodze usilowalam zlokalizować ten prysznic- bez
      skutku. Jeszcze mnie na korytarzu zaczepilo jakiś dwuch i mialam dosyć. Trafilam
      do kajuty. I próbuję otworzyć. Ani rusz! Klucz nie pasuje. A ten caly marynarz
      nie wiem gdzie jest. Wrócilam z tą butelką rumu na poklad. Zimno się już zdążylo
      zrobić. I czekam. W końcu trafilam na drania. A on wcale nie zdziwiony, że klucz
      mi nie pasowal otworzyl drugim."No wiesz do tego klucza trzeba wprawy".Dal mi
      potem ten swój jak się okazalo uniwersalny. Zasugerowalam mu, że może tak byśmy
      się rozliczyli- a nie musi być teraz, to może ja rano przyjdę. Bardzo dobitnie
      mu rzeklam, że ja chcę teraz. No dobra. Pyta mnie co będę robić wieczorem, czy
      na dyskotekę się wybieram może? Wkurzylo mnie to maksymalnie, bo nie sądzilam,
      że wyglądam na bywalczynię dyskotek. Nie, proszę PANA, ja nie chodzę na
      dyskoteki.A to szkoda, szkoda.Dziewczyna w twoim wieku ble ble..Już wcześniej
      dostrzeglam na jego palcu zlotą obrączkę , co sugerowalo, że zapewne jest żonaty
      i być może nawet dzieciaty. Zaczęlam wspólczuć tej biednej kobiecie zdradzanej
      przy każdej lepszej, czy gorszej okazji. No i wkońcu chcąc wzbudzić we mnie
      litość zapytal "A czy nie przeszkadzaloby ci jakbym potem przyszedl i tu na
      górnym lóżku się przespal?"(piętrowe tam stalo)"Tak tylko parę godzin.No bo tak
      calą noc na pokladzie wiesz..." Jak mnie wpienil!!! Nie, nie moze pan.
      Przeszkadzaloby mi to. Zaplacilam za kajutę, to chcę w niej być sama! Do
      widzenia. Poszedl. Ja chcialam mieć tę noc już za sobą. Świadomość, ze cala
      obsluga ma klucze uniwersalne wcale nie napawala optymizmem. W obawie, ze znowu
      nie zdolam otworzyć tych przeklętych drzwi od kajuty, i że gdybym wyszla ktoś by
      się przyczepil, i że mogę spotkać tego wyluzdańca- zostalam w kajucie do rana. W
      kajutach dla turystów są i toalety i prysznice. Tu byla tylko umywalka.Ale za to
      bylo okno z widokiem na morze. Jednak zdecydowanie na minus szalę wagi
      przechylil kalendarz z golą panienką. Kąpiel w umywalce i sposoby na opróżnienie
      pęcherza- pominę. Zabarykadowalam drzwi krzeslem i częścią bagaży (resztę
      zostawilam w depozycie). Na morzu na ogól sypia się świetnie, bo kolysze. Ale
      tej nocy do końca życia nie zapomnę. Calutką noc śnily mi się trąby powietrzne.
      "Twister" czy tym podobne to wieczorynka, przy tym co wyprodukowal mój
      mózg.Oscar senny za efekty specjalne. I calą noc uciekalam przed tymi trąbami.
      Cale szczęście mój dziadek nieboszczyk za życia wybudowal zapobiegliwie schron
      pod powierzchnią podwórka, bo bym tej nocy chyba nie przeżyla . Rozerwaloby mnie
      na strzępy. Podczas przeblysków świadomości slyszalam jak zaloga dobrze się
      bawi, w tym facet z którym zawarlam ustną umowę najmu tej kajuty. O świcie
      zabawa ustala. Trąby powietrzne daly mi dożyć poranka. Wstalam ultra wcześnie,
      wyzbieralam się i ulotnilam tuż przed 7.00 (o tej otwierają kafeterię). Drzwi
      się zatrzaskują same więc cale szczęście moglam klucze zostawić w środku. Wraz z
      ulotką na temat szczęśliwego życia rodzinnego. Niech go chociaż trochę zaboli!
      Dotarlam szczęśliwie na polską ziemię.

      Rum wypil mój ojciec z kolegą i nie zostawili mi ani kropelki. Ale chociaż bylo
      mu glupio.

      (Wszystkie zdarzenia wyżej opisane są autentyczne. Ten schron na podwórku także.)
    • A co to były za wakacje, skoro cały czas czułam dreszcze. Miałam wrażenie, że
      niczym Telimena śpię na mrówkach. A o te dreszcze przyprawiła mnie... moja
      przyszła teściowa!!! Bo tak się stało, że mój mężczyzna zdecydował, że czas bym
      poznała jego rodzinę, a że mieszkają wiele kilometrów ode mnie, wakacje wydały
      się najlepszym czase. Miałam dreszcze, zanim jeszcze wkroczyłam do domu, ale
      słyszałam, że to sztywna pani adwokat. Sztywna?? Przypominała kij. Gdy mnie
      pierwszy raz ujrzała, zlustrowała z góry na dół (a dreszcze się od razu
      odezwały!!!), i podała dłoń. Uścisnęła ją lekko, po czym... wyjęła chusteczkę,
      i swoją przetarła!!! Akurat była pora obiadowa, a ja ledwo co na nogach stałam,
      tak mi się trzęsły. Jak tu jeść, gdy ręka drży? Mój mężczyzna mnie uspokajał,
      ale gdy tylko pomyliłam widelce, i groźne spojrzenie zerknęło na mnie, drżałam
      cała. Potem okazało się, że dałam nie tą saładkę do ziemniaczków co miała być -
      bo ta druga to była na deser, z jakimiś kuleczkami, źle nalałam wina, złą
      serwetkę wybrałam, a przyszła teściowa sumiennie mnie poprawiała. Gdy koszmarny
      obiad się skończył, na dodatek zjedzony prawie w ciszy, zaprosiła nas do
      salonu. Jeszcze się z nią nie oswoiłam, a poczułam się jak na spowiedzi.
      Posypał się na mnie grad pytań, a ja czułam dreszcze widząc jej spojrzenie,
      które mówiło samo za siebie - nie nadaję się na kobietę jej syna! I tak ciągle
      coś było nie tak. Co położyłam kubek, szła i poprawiała. Co ściereczkę
      zawiesiłam, okazało się że nierówno. Co się ubrałam, nie pasowałam do czegoś
      tam, np. do jej kapelusza. Mimo oparcia mojego mężczyzny, ciągle trzęsły mi się
      ręce. W końcu On stwierdził, że ma dosyć, bo wyglądam jak alkoholik, i
      strasznie zmarniałam. Przeprosił mamę, i wynieśliśmy się do przytulnego
      pensjonatu, a jego rodzinę odwiedzaliśmy od czasu do czasu. Długo trwało, zanim
      opuściły mnie dreszcze. Gdy tylko miałam iść w gości, one mi towarzyszyły.
      Trwały przy mnie, psuły wakacje. Ale udało się. Po dwóch miesiącach przyszła
      teściowa stwierdziła, że nadaję się do rodziny!!! I przestała na mnie patrzyć
      jak na potencjalnego przestępcę. Tylko że ja oswoiłam dreszcze, i jeszcze długo
      po powrocie do domu trzęsłam się cała, gdy przypominało mi się jej karcące
      spojrzenie. Już wolałabym spędzić wakacje z duchami!!!
      • Gość: Paul IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 11:44
        ach coz za dreszczyk ;) wiesz z gory przepraszam za nieprzychylna opinie, ale
        to byla bardzo nudna historia... sam sposob opisywania...
        moze to nie grzeczne, ale ile Ty masz lat?? 16?? naprawde nie spotkalo Cie w
        zyciu nic bardziej pasjonujacego lub strasznego??
        nic tylko pozazdroscic :) oby tak bylo nadal.
    • To było jeszcze na studiach w tych wspaniałych, bajecznych czasach kiedy
      wakacje trwały 3 miesiące a po Europie stopem jeździło sie miesiąc z hakiem z
      10 dolcami w kieszeni.. ach..
      Cała rzecz działa się w leśnych ostępach bieszczadzkich szlaków. Jak co roku
      mieszkaliśmy w namiocie zwanym "szczurek" w bazie studenckiej pod ,a właściwie
      nad Wetliną. Pięknie tam było bo i ludzie "prawdziwi" przyjeżdżali a jak się
      pieniążki kończyły to za narąbanie drewna to i nocleg i zupę można było dostać!
      (baza przy Wetlinie już nie istnieje niestety:((
      I tak mieszkaliśmy sobie, poranna toaleta w rzeczce, leniwe wędrówki po
      połoninach, zdjęcia wschodu słońca i niebieskich dzwoneczków a na śniadanko
      bułeczka z kozim serkiem. Słowem- sielanka!
      Aż nastał TEN dzień!
      W sumie nic nie zapowiadało rozwoju wypadków, poza podskórnym mrowieniem i
      uczuciem lekkiego niepokoju…żartuję oczywiście nic takiego nie było! poza
      jednym- z lekką niechęcią przystałam na propozycję mojego lubego- dziś już męża
      na wyprawę na Małą i Duża Rawkę- kto miał przyjemność- wątpliwą, ten wie- 25km,
      górka dołek, górka dołek i tak w koło Macieju, az w końcu Rawka i pięęęęękny
      widok. (nie było mi dane…ale nie uprzedzajmy!)
      Po porannych oblucjach i sytym śniadanku i o rozsądnej godzinie- czyli tak koło
      południa- ruszyliśmy.
      Trochę mglisto, lekko parno wiadomo, aura bieszczadzka,raz leje raz grzeje.
      Nawet miło było, Marek raczył mnie opowieściami o niedzwiedzaich,ulewach,
      lawinach błotnych, o tym jak błyskawicznie zmienia się pogoda w Bieszczadach
      hehe takie czary mary, słowem macho ,dżolero prawdziwy nic dodać nic ująć:)
      Wyprawa trwała, czas mijał gdy w tle usłyszałam złowrogi pomruk…aaaa…burzy..
      (!!!!)
      He, myślę sobie- daleko jest ale dreszczyk przeszedł- ja wychowana na
      opowieściach babci o burzy, o piorunie kulistym co wpadł kiedyś do mieszkania
      babcie na łóżko rzucił i zegar rozbił a sąsiadowi stodółkę spalił, łooo
      paaanie!!!, o tym że biegać nie wolno,metalowych rzeczy tykać a tym bardziej w
      górach w czasie burzy przebywać absolutnie nie, nie i jeszcze raz nie!, cóż
      poczułam się lekko nieswojo..
      Chmury i atmosfera zagęszczała się z minuty na minutę, nawet mojemu macho mina
      zrzedła,aż nagle- z nieba lunęły na nas hektolitry wody a nawałnica nabrała
      mocy!
      Co najgorsze byliśmy już naprawdę wysoko, na przełęczy, ani do przodu ani do
      tyłu! Przekrzykując pioruny i nawałnicę wykrzyczałam w ucho lubemu że schodzimy
      ze szlaku w dół żeby nie być dla morderczych piorunów jak na patelni i
      przeczekujemy, a no i że oczywiście żeby nie ważył się puścić mojej reki bo jak
      go piorun trafi a ja nie daj Boże przeżyję to przecież ja bez niego żyć nie
      mogę a tak trafi nas oboje i na miejscu w miłosnym uścisku ubije:)) ach młodość
      jest dzika!!:)
      Schodziliśmy ze szlaku co raz niżej a wkoło szalał żywioł..w końcu
      przycupnęliśmy pod skałami i czekamy pioruny biją drzewo za drzewem kończy
      żywot..pół godziny, godzina…dwie..burza powoli słabnie, przemoczeni i
      zziębnieci,Marek mówi żeby iść bo się wyziębimy i w ogóle będzie kiszka bo
      niedługo się zrobi ciemno. Ruszamy powoli stokiem pod góre-logicznie- idąc pod
      gorę trafimy wreszcie na samą góre..logicznie?? Jakoś ta droga wydała nam się
      dużo dłuższa niż ta w dół, zaczęło robić się ciemniej, podniosłą się mgła. W
      końcu wyszliśmy na połoninę i…..okazało się ze to nie szczyt tylko mała
      zagubiona polanka na której pasły się jelonki!! Wpadłam w panikę! Nie były to
      czasy mobilnych telefonów,serce załomotało mi gdzieś w okolicy krtani a nogi
      odmówiły posłuszeństwa, no tak, za parę lat pogranicznicy znajdą tu nasze
      pobielałe kości Marek!! Marek!!! zrób coś je nie chcę umierać, ja jestem mokra,
      głodna i w ogóle to chcę do namiotu a najlepiej to do babci mojej na rosół!!
      zrób coś! Marek zrobił coś,tzn postawił mnie na nogi i powlókł dalej. Minęliśmy
      jeszcze kilka takich polanek i wreszcie..przed nami.. Ukazał się szczyt
      Wielkiej Rawki!
      Łzom szczęścia- moim- nie było końca! Ale poprzysięgłam że nigdy na tę górkę
      nie wlezę, ominęliśmy ją łukiem po stoku, wyszliśmy na szlak, obejrzeliśmy
      okolicę w poświacie wieczornej i ruszyliśmy w dłuuugą drogę powrotną.. Głównie
      w błocie, na tyłku potykając się ze zmęczenia, ale dotarliśmy na cztery porcje
      gorącego żurku z jajkiem prosto od pani bufetowej w wetlińskiej knajpie po
      schodkach…
      I oto moje story, czy była z dreszczykiem- sami oceńcie, ja mam dreszczyk choć
      minęło już dobre 7lat od tej wyprawy,i na całą przygodę patrzę z ogromnym
      sentymentem to przysięgam uroczyście ze na żadną Rawkę nie wlizę nigdy i już!

      pozdr:)kama


    • 20.06.2002r.

      Jeszcze tylko dwie godzinki i koniec tej nudnej szkoły na dziś...jak ja marzę o
      wakacjach, o wspaniale chłodnej kapieli w naszym jeziorku i o tych upałach
      jakie zawsze nawiedzają nasz okolicę..
      Tak naprawde to zostały jeszcze tylko dwa dni i WAKACJE!!!Upragnione,wymarzone
      wakacje za którym tęskni się cały rok!!
      W końcu nadszedł ten dzień, jednak pogoda niestety nie dopisywała,było
      pochmurno,deszcowo i brzydko-wymarzone wolne a jeszcze takie zapadane:(Wychodzi
      na to,że musze pozostać w domku i siedzieć przed telewizorem i oglądać razem z
      babcią kiepskie tasiemce czyli telenowele..no ale cóż..lepszy rydz-niz nic-
      prawda?
      Oglądam już chyba 1598 albo 1599 odcinek Luz Klarity-jednym okiem patrzę drugim
      już przyspaim-aż tu nagle dzwonek do drzwi!
      Otwieram i co widzę-paczkę moich najlepszych przyjaciół ze szkoły,którzy
      namawiają mnie na wieczorny spacerek-a skoro juz przestało padać...postanowiłam
      dać sie namówić:)
      No i poszłam...bylo bardzo cieplutko...rozmawialiśmy bardzo długo,aż naglejedna
      z osoób rzucła hasło idziemy na cmentarz!!!
      A powiem szczerze,że nie bardzo mi się to uśmiechało bo była...24 w nocy :
      (...jednak po raz kolejny uległam namowom przyjaciół...
      Byłam zlana potem przechodząć przez setki grobów..nie widziałam nic prócz
      ogroimnych krzyży i gdzieniegdzie pozapalanych zniczy-bylo
      potwornie,myślałam,że za chwilkę umre i nie bedzie problemu z pochowaniem
      mnie,bo własnie jestem na cmentarzu!!
      Kolega zauważył mój potworny strach i postanowił wziać mnie za rączke,żeby było
      mi lepiej,żebym się nie bała..byłam bardzo szczesliwa ze sie ktos tak mna
      zaopiekował...
      Pozliśmy na grób mojego znajomego babci-grób był świeży..przestałam sie bać..i
      tak sie rozbrykałam ze chodzilam w koło tego grobu już sama..bez
      obaw..strachu...
      Aż nagle usłyszałam krzy Anki-i ujżałam przerażenie w oczach wszystkich...za
      krzyżem stał kościotrup-swiecil sie caly na zielono..cos z niego
      kapalo..wygładał jak upior..wszyscy zaczeli uciekac..zamykac oczy...zaczeli
      wolac zebym uciekala..i prawie mi sei udalo gdyby nie to ze zrobiłam tylko pare
      krokow i wpdalam do jakies dziury..glebokiej...zaczelam krzyczec z calych
      sil...poplakalam sie jak male dziecko...
      Na pomoc dzieki Bogu przybiegli policjanci-oczywiscie z moich znajomych nikogo
      nie pozostalo..
      Zaopiekowali sie mna ..spisali wydarzenie!
      Jak sie później okazało wszystko było zaplanowane...doskonały strój z
      pobliskiej wypożyczalni no i oczwiście dół..którego nie widzialam a byl
      przykryty tylko zwykła folia..Tylko jedno im nie wyszło..Policja,ktora mnie
      spisala i pouczyla :(
      Mimo wszystko mile wspominam tamta chwile..jednak balam sie niesamowicie .
    • To było jak miałam mniej więcej 12 lat. Wracałam z mamą i młodszym bratem z
      pobytu u babci. Jechaliśmy pociągiem. Było strasznie duszno i zapasy wody
      skończyły się znacznie wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Kiedy dojechaliśmy do
      Malborka okazało się, że mamy tam co najmniej półgodzinny postój. Postanowiłam
      więc pójść szybko do sklepu na stacji i dokupić wody. Jak pomyslałam, tak też
      zrobiłam. Ale najpierw spytałam się zwiadowcy, czy mogę, a on odparł, że nie ma
      sprawy i że jakby co pociąg poczeka na mnie. Gdy stałam w kolejce moja mama z
      bratem cały czas byli w oknie. Kiedy już prawie podchodziłam do kasy, aby
      dokonać zakupu zorientowałam się, że pociąg odjeżdża. Nie wiedziałam co się
      dzieje, tylko czym prędzej ruszyłam w kierunku pociągu. Wszyscy krzyczeli i w
      końcu ktoś zatrzymał pociąg. To co przeżyłam tam na stacji, widząc jak mój
      pociąg odjeżdża to było nie do opisania. Nie miałam przy sobie nic -
      legitymacji, komórki ani nawet pieniędzy, bo cóż znaczyły te 2 złote, które
      wzięłam na wodę? To było straszne... Gdy wróciłam do mojego przedziału ujrzałam
      moją mamę i brata płaczących... A wszystko przez to, że zawiadowca zapomniał o
      mnie... Na szczęscie wszystko dobrze się skończyło...
    • Gość: Pióro Piotr IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.07.05, 19:24
      Mam na imie piotrek gdy byłem na obozie dostaliśmy dziwny pokuj.Gdy z kolegom
      siedzałem w pokoju usłszeliśmy dziwny odgłos brzmiał tak haszsas.Pojego
      usłszeniu zamkneły się dziwi i dziwi od balkonu.Natyhmiast stamtont uciekliśmy.
      Dwa dni pużniej w naszym zamku klucz zaczoł się sam ruszać.
    • To Chorwackie bezdroża przyprawiły mnie o dreszcz emocji w te wakacje.
      Wybraliśmy się na samodzielną,, samochodową wyprawę w dolinę rzeki Cetiny.
      Zatrzymując się w różnych miejscach podziwialiśmy piękno Chorwackiego
      krajobrazu. Mieliśmy mało dokładną mapę, a kolejnym celem naszej wyprawy tego
      dnia było przygraniczne miasto Imotski. Staraliśmy kierować się na południowy
      wschód jednocześnie wybierając najbardziej atrakcyjne widokowo drogi. Błądząc
      po wąskich szlakach znaleźliśmy się na szczycie, z którego mogliśmy podziwiać
      ujście Cetiny do Adriatyku. Widok był bajkowy, ale zgodnie doszliśmy do
      wniosku, że nie do końca wiemy, gdzie się znajdujemy i gdzie należy jechać.
      Zastanawiając się, w którą stronę powinniśmy się udać, zobaczyliśmy
      kierunkowskaz, a właściwie reklamę konoby (czyli knajpy). Reklama była
      słusznych rozmiarów. Uznaliśmy, że konoba ta znajduje się zapewne przy głównej
      drodze, która zaprowadzi nas dalej do Imotski kolejnego celu naszej wyprawy.
      Przez kilka kilometrów podążaliśmy za wielkimi znakami KONOBA. Droga stawała
      się coraz węższa i bardziej kręta. Dotarliśmy do bardzo małej, starej i lekko
      zaniedbanej wioski, w której uliczka była tak wąska, że lusterka samochodu
      niemal ocierały się o mijane zabudowania. To tu, na końcu drogi (końcu – bo
      dalej nie dało się po prostu jechać) znajdowała się KONOBA. Knajpka okazała
      się „mini barem” w jednej z wiejskich izb. Wierzcie mi – tu diabeł mówił
      dobranoc. Zatrzymaliśmy się tam na krótki odpoczynek. U miejscowych gospodarzy
      kupiliśmy domowe wino i pyszną orzechówkę przy której wieczorem wspominaliśmy
      naszą małą przygodę z chorwackich bezdroży.
    • Witam!

      Ponizej jest moja przygoda. W zasadzie to jest moj bardzo stary mail do rodziny
      i przyjaciol w Polsce z czasow, gdy przebywalam jako au pair w USA. (Dlatego nie
      uzywalam polskich znakow. Teraz tez tego nie robie, bo rowniez przebywam za
      granica.)
      Rzecz miala miejsce pod koniec listopada 2002 roku.
      Cytuje:

      W ubiegly weekend (a scislej mowiac w piatek i sobote) bylam w Yosemite
      - Parku Narodowym USA, czesci gor Sierra Nevada. Wczesniej duzo sie o tym
      naczytalam i naogladalam i wiedzialam, ze koniec listopada nie jest
      najlepszym czasem na wycieczke w tamte strony. Gory sa zawsze piekne, ale
      wodospady i ukwiecone laki najladniej wygladaja wiosna. Dla mnie jednek
      ubiegly weekend byl jedynym mozliwym terminem przed przeprowadzka do
      Teksasu. Postanowialam wykorzystac to, ze poki co, jestem w Kaliforni i
      pomimo tego, ze nie udalo mi sie zebrac ekipy, wyruszylam na wyprawe. Sama.

      Dolina Yosemite jest cudowna! Nie jest rozlegla- spladrowalam ja w jeden
      dzien, w czym bardzo pomogly bezplatne autobusy kursujace wokol.
      Porosnieta jest cedrami, sekwojami, sosnami, debami i innymi drzewkami.
      Utoczona- (jak to doliny maja w zwyczaju) gorami: olbrzymimi, strzelajacymi w
      niebo i o
      ciekawych ksztaltach. Naturalnym kolorem tych gor jest blado szary, jednakze
      przy zachodzie slonca barwa zmienia sie na czerwona (tam, gdzie slonce dociera,
      w cieniu gory
      sa czarne, tylko sczyty sa czerwone), a przy wschodzie -
      pomaranczowo-zolto-szare. Wspaniale widoki!

      Jak napisalam wczesniej pojechalam tam sama, a do tego nie zarezerwowalam
      miejsca w zadnym hotelu. Zgodnie z przewodnikiem, o tej porze roku nie
      powinno bylo byc tam tlumow, stwierdzialam wiec, ze cos znajde. Niestety,
      okazalo sie, ze w tym czasie odbywala sie tam jakas konferencji. W calej
      dolinie bylo wolne tylko jedno miejsce i to do tego w najdrozszym hotelu:
      ok. 400$ za noc! Stwierdzilam, ze to troche za duzo, jak dla mnie. Z dugiej
      jednak strony
      wracac do domu po jednym dniu tez nie chcialam, postanowialam wiec
      poszukac miejsca w jakims lokalu "ogolnodostepnym". Po jakims czasie
      intensywnego wypatrywania za bezpiecznymi zakamarkami przekonalam sie, ze
      jedynym takim miejscem moze byc tylko toaleta! Znalazlam nawet sensowna z duzym
      pomiesczeniem dla
      niepelnosprawnych, ogrzewanym i zamykanym na normalne drzwi (tutaj toalety
      maja przewaznie drzwi z duza dziura na dole i szczelinami po bokach, przez
      ktore mozna obserwowac oczekujacych w kolejce i vice versa:). Do tego w
      pomieszczeniu tym byl zlew z olbrzymim obudowaniem, na ktorym mogalam sie polozyc i
      tylko stopy byly w zlewie. Stwierdzialam, ze w razie czego tutaj
      przekoczuje. Byl tylko jeden bardzo duzy problem: niedzwiedzie! Nawiedzaja
      one doline bardzo czesto. A do tego panuje tu prawdziwa niedziwedziomania:
      wszyscy o nich rozmawiaja:
      "-Widziales dzisiaj niedzwiedzia?
      -Widzialem, dwojke, przy Nevada Fall..."(ten wodospad byl dosyc daleko od
      wioski, uff!)
      Inna rozmaowa:
      "Pamietaj, niezaleznie od tego, czy niedzwiedz jest szary, brazowy, bezowy,
      czy tez czarny, to i tak to jest grizzly!" (Nieswiadoma, uwierzylam w to.
      Dopiero wczoraj przeczytalam, ze ostatni grizzly z Yosemite zostal
      zastrzelony pod koniec XIX wieku.)
      -"Mozesz go zobaczyc o kazdej porze dnia i nocy i w kazdym miejscu..."
      Gdy dzieci zachowuja sie za glosno, rodzice strasza ich niedzwiedziami.
      W lokalnej gazetce i przy kazdym smietniku sa informacje, co robic, zeby
      niedzwiedzia nie zwabic, i co robic, gdy sie go zobaczy. Gdy stalam w
      kolejce, zeby sie dowiedziec o miejsca noclegowe, obejrzalam film, o tym,
      jak to niedzwiedzie wybijaja szyby w samochodach na parkingu, demoluja je,
      wchodza do srodka i szukaja jedzenia. Pod zadnym pozorem nie mozna ich
      dokarmiac. Nalezy tez trzymac wlasne jedzenie szczelnie zamkniete, w miare
      mozliwosci wszystko zjadac, zeby w smietnikach nie bylo duzo resztek. To
      wlasnie ludzkie jedzenie sprawia, ze staja sie one agresywne: domagaja sie
      wiecej i wiecej. W ubieglym roku straznicy musieli zabic 5 niedziwedzi, bo
      za bardzo rozrabialy.
      Nic nie wskazywalo na to, ze bede miala dobry sen...

      Postanowilam spedzic w mojej noclegowni jak najmniej czasu. Z lokalnej
      gazetki dowiedzialam sie, ze wieczorem straznicy cos organizuja (zreszta
      robia to codziennie!). Mialo to byc o geologii. Zapowiadalo sie bardzo
      naukowo, ale stwierdzilam, ze wole to niz samotnosc w ubikacji (chociaz
      samotnosc oczywiscie bylaby lepsza niz towarzystwo niedzwiedzia). Przybylam
      na spotkanie jako pierwsza. Od razu strazniczka zapytala mnie, czy moge byc
      ochotnikiem i przeczytac dla wszystkich pewna historie. Ledwo zdanie
      powiedzialam, a ona juz wylapala moj akcent, ktory ja zainteresowal.
      Powiedziala, ze nie spotkala tu ludzi
      z Polski, chociaz oczywiscie nie pyta wszystkich, skad przybyli...Zaproponowala
      tez: "A moze zaspiewasz piosenke?" Mialo to byc cos w stylu naszej "Gzie strumyk
      plynie z wolna...". Ja na to, ze bardzo chetnie, tylko ze nie znam ani slow, ani
      melodii zadnej amerykanskiej
      turystycznej piesni. Powoli zaczeli sie schodzic inni ludzie, strazniczka
      zwerbowala innych ochotnikow. Okazalo sie, ze ona miala spiewac zwrotki, a
      my po kazdej zwrotce powinnismy cos albo kogos udawac: jeden pan mial byc
      pociagiem, inny mial sie glaskac po brzuchu i mowic "yammy, yammy", jedna
      pani miala wolac "hey, baby", nie pamietam juz co robili inni. Ja w kazdym
      razie mialam byc spiaca i chrapiaca babcia. Wieczor sie rozpoczal. Na
      poczatku strazniczka wypytala sie kto - skad przybyl. Okazalo sie, ze tylko
      ja jestem spoza USA i w zwiazku z tym dostalam brawa. Nastepnie rozmowa
      zeszla oczywiscie na niedzwiedzie. A potem, dla rozluznienia, byl nasz
      wystep. Bardzo sie wszystkim podobalo, wszyscy sie smieli z mojej babci (juz
      myslalam, ze moze Amerykanie chrapia inaczej, bo naprwde dla mnie to nie
      bylo az tak smieszne), jeden pan nakrecil nas na video. I tak nadszedl czas
      na "gwozdz programu": tzn. pokaz slajdow wraz z opowiazdka geologiczna, tez
      w dosc laickim tonie. Wieczor zakonczyl sie dosyc szybko: ok. 21. Nie bylam
      pewna, co mam robic i wtedy nadjechal bezplatny autobus. Jezdzialam nim
      przez godzine (tzn. do czasu, kiedy autbusy przestaja kursowac) i
      podziwialam ksiezyc. Byl rzeczywiscie piekny, tylko ze za kazdym zakretem
      musialam sie obracac.

      O 22 poszlam do mojejego miejsca noclegu. I wtedy okazalo sie, ze te drzwi w
      ubikacji nie zamykaja sie na zasuwe: cos albo ktos je zepsul. Zastawilam je
      wiec smietnikiem, opracowalam strategie ucieczki:
      1. Gdy niedzwiedz nadejdzie NA PEWNO najpierw zainteresuje sie smietnikiem,
      bo bedzie myslal, ze tam jest jedzenie.
      2. Ja w tym czasie wskocze na dosyc wysoka skrzynke, ktora stala obok zlewu,
      wybije szybe i:
      A. Jesli okaze sie, ze pod oknem bedzie stal drugi niedzwiedz (albo
      stado niedzwiedzi), wskocze na dach.
      B. Jesli okaze sie, ze droga wolna, zaczne uciekac.
      Pomimo tego, ze plan byl perfekcyjny, nie poczulam sie lepiej. Nad moja
      glowa wisiala tabliczka: "Don't be bear careless", na drzwiach "Beware the
      bears". Patrzylam na nie, odmowialam caly rozaniec, opracowalam plan
      wycieczki na jutro (w wierze, ze jutra doczekam). W sumie zdrzemnelam sie
      moze nie dluzej niz godzine. Ale niedzwiedz nie nadszedl! Przyszla za to
      malutka myszka i schowala sie pod "moim" zlewem. Ci, ktorzy znaja moje
      podejscie do tych stworzen, zapewne domyslaja sie, jaka byla moja pierwsza
      reakcja. Zaczelam piszczec, po chwili stwierdzialam jednak, ze to moze
      spowodowac problemy, bo ktos sie moze tym zaineresowac. W instrukcji "Co
      robic, gdy sie spotka niedziwedzia" bylo napisane, ze nalezy klaskac.
      Wyprobowalam wiec te metode na myszy. I to dopiero bylo przygnebiajace, bo
      nawet mysz sie tego nie bala. Pomyslalam wiec, ze co dopiero niedzwiedz!
      Mniej wiecej po 15 min. mysz sama mnie opuscila. Nikt wiecej mnie nie
      odwiedzil! Ok. 5.30 opuscilam ubikacje, na zewnatrz nadal bylo bardzo ci
    • Gość: Ozz@ IP: *.internetdsl.tpnet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 21:42
      Moja "najstraszniejsza" chwila miała miejsce całkiem niedawno. Byłem w
      Tarnowskich Górach na Egzaminach z ratownictwa wodnego. W sumie 4 dni imprezy.
      To stało się w pierwszą noc... Razem z kumplami z namiotu (a było nas pięciu)
      doszliśmy do wniosku, że 2 rano to idealna pora na rozwałkę namiotów.
      Narobiliśmy przy tym sporo hałasu i obudziliśmy naszego prezesa. Po ciemku
      kadra wopru zaczęła nas ścigac. Zabawa przerodziła się w grę typu metal gear
      solid, tyle że w realu. Rozdzieliliśmy się. W pewnym momencie niemal wpadłem na
      żonę prezesa, i momentalnie dałem nura w pobliskie krzaki i drzewa. Udało mi
      się zwiac, i tak siedząc w egizpskich ciemnościach, tuż koło ucha coś czknęło
      tak głośno jak to tylko możliwe. Myślałem, że przeskoczę drzewa, pod którymi
      siedziałem. okazało się, że kumpel dostał ze stresu czkawki i również czaił się
      w leśniej gęstwinie :)
    • hmm.....
    • Chcialabym opisac tu nie zwykla historie wakacyjna, lecz usilnie mysle i
      dochodze do wniosku nigdy takiej nie przezylam.Moje wakacyjne wypady
      ograniczaly sie do wyjazdow rodzinych,i wycieczek szkolnych( na ktorych trzeba
      bylo realizowac plan wycieczki, ktory byl nie jednokrotnie nie przemyslany i
      malo ciekawy). Chcialabym zwiedzac swiat aczkolwiek nawet obecne promocje sa
      dla mnie duza bariera finansowa i na pewno przez najblizsze lata nie do
      przeskoczenia.Pomimo tego nie trace nadzieji:)Zazdroszcze Wszystkim, którzy
      jezdza po swiecie, poznaja nowe kultury, miejsca, obyczaje... To musi byc nie
      samowite przezycie!!!!!! pozdrawiam:))
      • Gość: Paweł z Krakowa :) IP: *.kolornet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 16.07.05, 01:24
        Cześć wszystkim moja wakacyjna historia idealnie sie nadaje do waszego konkursu
        jestem zaskoczony mile iz taki pomysl powstal. Przechodzac do rzeczy otoz rok
        temu czyli w ubiegle wakacje pojechalem wypoczac na wies do rodzinki.
        Wyruszylem z Krakowa autobusem do celu ktorym byla Stroza taka wies lezaca nad
        rzeka Raba. Spedzilem tam 2 tygodnie ktore jak nic do dzisiaj od 1 dnia pobytu
        pamietam. Historia ktora wam opowiem jest szokujaca przeczytacie uwaznie to co
        wam napisze :) W koncu dojechalem z babcia na wies! Byla godzina 14.00
        poszlismy z babcia do domku na niewielkim pagorku oddalonym jakies 80-100
        metrow od rzeki Raby. Pomoglem babci sie rozpakowac i potem od razu pobieglem
        zobaczyc i poczuc rzeke Rabe byla piekna goraca szumiala i tak patrzac na nia
        pomyslalem ach juz jest super dobrze zrobilem wyjezdzajac na te wakacje hehe :)
        Prad rzeki byl slaby sciaglem wiec "wszystko" z siebie i ruszylem wszerz rzeki
        liczac ile ona ma szerokosci obliczylem 20 metrow sporo . Posrodku rzeki jej
        glebokosc nadspodziewanie byla duza siegala mi prawie po ramiona hmm
        zaciekawilo mnie to gdyz bedac tu rok temu jak nic byla o polowe plytsza!! Hmmm
        nie wiem moze bylem nizszy ale bez przesady!! Postanowilem wiec zapytac babcie
        jak jest z ta rzeka. Otrzepalem sie szybko wzialem rzeczy i smiglem do babci.
        Wlasnie szykowala wspanialy obiad umylem rece i przy obiedzie zadalem pytanie:
        Babciu dlaczego ta woda jest tak gleboka mi sie wydaje ze jakos dziwnie nabrala
        wody?? I wtedy nagle zdebialem serce zaczelo mi do tego stopnia walic ze
        stracilem na chwile oddech zobaczylem jak brazowe oczy babci staja sie
        niebieskie!!!! coraz bardziej niebieskie!!! z oczu zaczyna lac sie woda to bylo
        straszne ale po sekundach ustalo babcia nie odpowiedziala mi na pytanie lecz
        zaczela plakac po prostu plakac tak czy ja tu mam zwidy czy jestem walniety nie
        wiedzialem wtedy babcia zaczela gadac o jakiejs znajomej ktora porwala rzeka
        hehe rzeka!! porwala kobiete dobre smialem sie dla odmiany. Ten dzien byl
        dziwny brr bardzo dziwny gdyz w nocy ok. godziny 22.00 kiedy bylo jeszcze w
        miare szarawo i moglem cos zobaczyc przez swoja lornetke tak lornetke zawsze
        wszedzie gdzie jade zabieram ze soba lornetke moim zdaniem to podstawa!!
        ujrzalem cos zaskakujacego jakby rzeka tracila wode posrodku i tworzyla suchy
        korytarz pomiedzy och jaki byl to widok zamarlem na chwile pomyslalem jaaa
        chyba snie kurde ide sie polozyc poszedlem do babci aby powiedziec jej dobranoc
        a tu ... nie ma nie ma jej ale gdzie ona poszla hmm nie wiem w kazdym badz
        razie wtedy nie mialem zamiaru myslec bylem zmeczany calym dniem a podroza
        szczegolnie poszedlem wiec spac. W kolejnych dniach babcia znikala coraz
        czesciej ale nie martwilem sie tym bylem zajety poznawaniem ludzi chodzeniem po
        lesie plywaniem itd. Kazdego dnia obserwowalem rzeke i kazdego dnia sytuacja
        sie powtarzala babci nie ma dziwnie cicho wszedzie a rzeka sie dzieli cos
        nieprawdopodobnego!! Chcialem powiadomic o tym rodzicow balem sie ze cos jest
        nie tak ale telefony i budka i stacjonarny nie dzialaly!! Co sie dzieje ludzie
        tez wydawali sie dziwni moze ja jestem dziwny nie chcialem tego wiedziec
        wiedzialem jedno chce do domu i tak po tygodniu pobytu na wsi przy sniadaniu
        powiedzialem o tym babci: Ja chce do domu!! Nudzi mi sie :( a tu babcia
        stanowczo powiedziala nie!!!!!!!!!! Jak to mozna nazwac mowa poprostu wydarla
        sie na mnie nie pojedziemy do domu za tydzien tak jak bylo w planie 2 tygodnie
        wakacji i bez komentarza!! Gdy to uslyszalem przerazilem sie teraz wiedzialem
        ze jestem uziemiony i sam :( nie Paweł ty nie jestes baba wez sie do garsci :)
        powiedzialem sobie i nabralem odwagi jak nigdy do dzisiaj nie wiem jak ja to
        zrobilem otoz tego samego dnia wieczorem sledzilem babcie. Wyszedlem z domku
        przykuclem i zaczalem powoli isc za babcia na wszelki wypadek wzialem ze soba
        lornetke jakbym czegos nie widzial z daleka :D i tak szedlem przez 5 min az w
        koncu dotarlem za babcia nascrodek sciezki prowadzacej do rzeki łał co to byl
        za widok prawie zawalu dostalem babcia nagle blysla cala na niebiesko i wtedy
        kilkadziesiat punkcikow posrod tej calej ciemnosci blyslo zewszad blyskalo cala
        wies blysla!! a przynajmniej jej mieszkancy!! cofnalem sie w kszki zeby zajac
        dobra pozycje do obserwacji. Po chwili ujrzalem chyba wszystkich mieszkancow
        Strozy wsi ktora do dzis budzi we mnie dreszcze i strach .... kazdy z ludzi
        ktorych widzialem poruszal sie wolno z glowa i rekoma opuszczonymi w dol widok
        ten byl jak z koszaru cos niesamowitego zaczela nagle mnie bolec glowa
        strasznie bolec zaczalem sie pocic i obudzilem sie co?? Gdzie ja jestem??
        okazalo sie ze bylem chory i poprostu majaczylem a to byl glupi sen heh wakacje
        byly ok ogulnie 1tydzien spoko 2 bylem chory . To koniec mojej historii papa!

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

  • Kategorie tematyczne
  • Najnowsze wątki
  • Więcej forów
  • Więcej wątków na ten temat
  • Tagi
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.