Dodaj do ulubionych

Wielki konkurs ''Wakacje z dreszczykiem''

08.07.05, 18:22
Każdy z nas w swoim życiu na pewno przeżył wakacyjną przygodę, która przyprawiła go o dreszcz emocji. Każdy, kto zdecyduje się opisać tutaj swoje dziwne, niezwykłe, niepokojące, niebezpieczne, zaskakujące przygody podczas wyjazdów wakacyjno-urlopowych, ma szansę na zdobycie wspaniałych nagród. Główna wygrana to atrakcyjna wycieczka dla zwycięzcy i osoby towarzyszącej ufundowana przez wydawnictwo Bezdroża. Do wygrania także 3 vouchery Sky Europe uprawniające do lotu w dwie strony na dowolnie wybranej trasie obsługiwanej przez Sky Europe. A do tego 20 zestawów wspaniałych przewodników wydawnictwa Bezdroża.
Zachęcamy do opisywania swoich ”Wakacji z dreszczykiem”!

Regulamin konkursu

Ps. Pamiętaj, żeby się zalogować. Dzięki temu będziemy mogli się z Tobą skontaktować w sprawie przekazania nagrody!

Redakcja
Edytor zaawansowany
  • 09.07.05, 18:37
    Redakcjo - świetny pomysł... a można posłużyć się nutką fikcji literackiej? :)
    A gdyby było wiele ciekawych historii lub kilka, ale za to świetnych... to może
    jakieś "Gazetowe" nagrody pocieszenia? Mam nadzieję, że spotkam się z przygodą w
    te wakacje... bo kiedy jak nie teraz? :)

    Pozdrawiam,
    cintus (Warszawa)
  • 09.07.05, 18:49
    Dziękujemy za pochwałę pomysłu;) A jeśli chodzi o prawdziwość historii, to w
    regulaminie nie ma zapisu, że historia ma być poświadczona podpisami trzech
    świadków;)
    Chociaż wychodzimy z założenia, że nic nie przyprawia o dreszcz emocji tak jak
    rzeczywistość.
    Czekamy z niecierpliwością na Wasze historie - te prawdziwe i te okraszone
    nutką wyobraźni.
    Pozdrawiamy i zapraszamy do klawiatur! ;)
  • 20.07.05, 21:51
    Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w dłoni
    jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
    spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
    dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
    i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
    narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
    tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
    Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
    wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
    spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
    że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
    został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


    Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
    dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
  • 20.07.05, 21:55
    Usłyszałem tylko ciche: „dziękuje” i dotyk dziewczynki, która zamyka mi w
    dłoni
    jakiś wisiorek, po czym znika bez śladu. Wszystko ucichło. Ostatnie pyłki mąki
    spokojnie opadały na podłogę. Wiatr wypłynął z pokoju wraz z uwolnioną duszą
    dziewczynki. Stałem tak chwile w bezruchu po czym spokojnie odwróciłem się
    i ... wielki mężczyzna, ten z dziwnego snu, z siekierą w ręce, zadał mi cios
    narzędziem. Znowu ciemność. Jakieś światło. Ciche dźwięki. Coś jakby śmiech. To
    tylko sen. Wstaje i wszystko jest po staremu. Jest piękny dzień.
    Wszystko w porządku. Wróciliśmy z kolegami po dwóch tygodniach
    wakacji do domu. Długo zastanawiałem się nad całą zaistniałą sytuacją. I może
    spokojnie mógłbym powiedzieć sobie: „tak, to był tylko koszmar” gdyby nie fakt,
    że po powrocie znalazłem w kieszeni oblepiony mąką wisiorek, a tajemniczy młyn
    został spalony, jak mówią miejscowi jakieś 100 lat temu...


    Ps. Ta historia wydarzyła się naprawdę, nie potrafię tylko sprecyzować gdzie
    dokładnie zaszła granica między snem a realnością...
  • 09.08.05, 00:38
    Wymyślili, że idziemy na jagody, Nie po to tutatj przyjechałam, żeby zbierać
    jagody. Ok. jutro za to ja wybieram co robimy. Drugi lipca, dzień słoneczny, ale
    niezbyt ciepły. Oddaliłam się, ale już widzę, że idą w moją stronę.Mam czerwony
    dres z daleka więc mnie widać. Siadłam sobie na grubym pniu, wokół którego rosły
    ogromne czarne kulki. Spodobało mi się. Nazbieram pierwsza, a poźniej położę się
    na tym mchu, Cha. A onie niech zbierają. Już są. Krzyczą, machają rękami jakby
    się wściekli. Nie mam pojęcia o co im chodzi. Siedzę dalej.Ale wszyscy zaczęli
    mnie, ni z tego ni z owego okładać. Zwariowali? Nawet mama? Dopiero po chwili
    zrozumiałam. Siedziałam na mrowisku, a wielkie czerwone mrówki obsiadły mnie
    całą. Za chwilę pewnię by mnie chyba zagryzły. Setki, albo więcej. Mój dres
    dosłownie się ruszał, chodził. Odprowadzili mnie na ścieżkę, i zaczęli szukać
    pozostałych. Ja miałam odpocząć. Fajnie, przecież wcale nie byłam zmęczona! Po
    chwili znudziło mi się i zaczęłam sięgać po jagądki rosnące w trwanie, na
    ścieżce. Myślałam o tych mrówkach. Co by było gdyby ? Naraz poczułam czyjś wzrok
    na sobie. Podniosłam oczy, a tam, tam, ogromne brązowe piŁkne oczy patrzyły
    wprost we mnie. Bez ruchu, bez drgania powiek. Wielki, ogromny jeleń stał przy
    mnie dosłownie o pół metra. Zamarłam i wpatrywałam się w niego, w jego oczy, w
    ogromne, rozałazione, jak konary poroże. Wielki i piękny. Poczułam przerażający
    strach. Porażający, nie mogłam ruszyć się i nadal patrzyliśmy sobie w oczy.
    Nagle w ułamku sekundy zniknął. Słychać było jedynie trzask łamanych gałęzi, a
    dopiero później, jak gdyby odgłos kopyt, ale zdaje mi się, że słyszałam wiele
    kopyt. A może to tylko strach podwajał, ich liczbę?
  • 12.08.05, 20:45
    Jadę w góry. Szczęście bez granic. Pierwszy raz w góry. Do Karpacza. Mam 15 lat,
    góry znam z widokówek i z telewizji. Jestem szczęśliwa. Obóz. Chyba będę
    wdzięczna rodzicom do śmierci. Po całodniowej podróży jesteśmy na miejscu, ja i
    kilkoro przygodnie w podróży poznanych nowych znajomych.Zmęczeni niemiłosiernie.
    Spać !!! Ranek. Obóż mamy rozbity prawie w centum Karpacza, przy skoczni. Super.
    Pierwszy dzień rozlokowanie i popołudniowy wypad w okolice. Kolejne dni mijają
    na zwiedzaniu okolic, suchy prowiant i marsz. Codziennie wracamy późnym
    wieczorem wykończeni dosłownie, ale bardzo zadowoleni. Dwa tygodnie minęły nie
    wiadomo kiedy? Jutro idziemy na Snieżkę. Pobudka wcześnie z rana. Posiłek,
    pobranie suchego prowiantu, obozowy sprawdza, czy mamy dodatkowe ciepłe rzeczy i
    wygodne buty. Pestka - wszystko już wiemy. Idziemy. Wyuszyliśmy gupką 21 osób.
    Jest świetnie. W obozie został jak zwykle "Gruby", on odpadka przy każdej
    wędrówce, nieco wyżej. Woli pomagać w kuchni - błazen, nie wiem po co jechał w
    góry, żeby teraz siedzieć w obozie? Mamy jeszcze kawałek do schroniska, już je
    widać, ale ścieżka jest kręta, trochę stroma i faktycznie chyba każdy z nas
    chciałby już siedzieć w schronisku. Docieramy, wyjmujemy i wcinamy co kto ma,
    wcześniej zerkamy tylko na ceny, są za wysokie na nasze kieszenie zwłaszcza po
    zakupach pamiątek, lasek, szkatułek, typowych pamiątek z okolicy. "Królowa
    Karkonoszy" zerka do nas, a my wygłupiamy się. Stoję na jednym ze szczebli
    balustrady,wyżej zawsze lepiej widać, podemną przepaść Nagle ktoś mnie popycha,
    tracę równowagę i wiszę na jednej dłoni, usilnie starając się uchwycić drugą
    ręką. Panika, krzyki, nie mam siły, powoli moje palce same rozwierają się i wiem
    że t już koniec, lecz w tym momencie jakiś dorosły mężczyzna schwycił mnie za
    kurtkę i już z pomocą innych przeciągnął na drugą stronę. Dopiero teraz tracę na
    chwilę przytomność, nie pamiętam chwili jak znalażłam się wewnątrz, czy sama
    weszłam, czy też mnie ktoś wniósł. Wychowawca, jakiś lekarz sprawdzają czy
    wszystko w porządku. Oczywiśie, probuję nawet żartować. Podejmują decyzję, że
    schodzimy. Też mam już dość. Wychodzę na zewnątrz, ze wszystkimi, i nie możliwe,
    w głowie mi się kręci, nogi same się uginają, przeraźliwie się boję. Już wiem,
    ja stąd nigdy nie zejdę. Panika - to za mało powiedziane, strach ogromny, po
    prostu nie ma takich słów, żeby to uczucie określić. Idę w środku grupy, z
    jednej strony trzymana przyz naszego wychowawcę obozu, z drugiej przez chyba
    tego samego mężczyznę, co mnie uratował, ale ja nie zdaję sobie na razie z tego
    sprawy. Dopiero zmrok zakrywający wszystko nieco mnie uspokoił. Myślałam, że to
    przejdzie, jednak lęk wysokości, który wtedy mnie dopadł został na wiele lat, i
    wiele lat z nim walczyłam. Krok po kroku. Przerażenie wywoływało we mnie wejżcie
    na piętro budynku, drugi szczebel drabiny - pokonałam go częściowo - nigdy
    jednak nie podziękowałam człowiekowi, który mnie uratował. Nie znam jego imienia
    nazwiska. Może z łam waszej gazety powiem jemu, bardzo dziękuję, a może moje
    podziękowanie trafi do innej osoby, której też nikt będąc przerażony, tak
    bardzo, że prawie chory, nie podziękował. Dziękuję, choć wiem, że to za mało.
  • 13.07.05, 09:59
    To były moje pierwsze wakacje spędzone z przyszłym mężem (choć wtedy tego
    jeszcze nie wiedzieliśmy). Pojechaliśmy na 2 tygodnie do domku znajomych
    rodziców. Domek znajduje się w miejscowości Stryszawa. Żeby do niego dojść
    trzeba iść od głównej drogi ok 20 minut cały czas pod góre i co nam się
    najbardziej podobało wokół las iżądnych innych domów (zupełna dzicz).
    Zdarzenie o którym chce opisać miało miejsce w drugim tygodniu naszego pobytu.
    Jak zwykle wieczorkiem zrobiliśmy sobie klacyjke grilową posiedzieliśmy troche
    na tarasie, ponieważ zaczął padać deszcz postanowiliśmy wejsć do środka i
    pooglądac telewizje. Zasneliśmy chyba koło północy. Niestety nasz słodki sen
    został przerwany dzwonkiem do drzwi. Oboje jak na komende staneliśmy przerażeni
    na równe nogi bo kto o tej porze i na takim pustkowiu dzwoniłby do drzwi.
    Pierwsza myśl:pewnie jakiś włamywacz sprawdza czy dom jest pusty. Szybko
    zapaliliśmy światło na tarasie i wyglądneliśmy przez okno- nikogo nie
    widzeliśmy, padał tylko deszcz i wiał silny wiatr. Oczywiście reszta nocy nie
    była przespana. Ze strachu nie mogłam zasnąć. Jakie było nasze zdziewienie
    kiedy rano wyszliśmy przed drzwi i zobaczylismy żę przy dzwonku stała miotła na
    długim kiju. Najprawdopodobniej wiatr popchnął ja na dzwonek i zadzwoniła.
    Nochyba że był to faktycznie jakiś włamywacz a my świecąć siatło wystraszyliśmy
    go. Tego nie dowiemy sie nigdy jedno jest pewne posiom adrenaliny napewno
    wzróśł i to bardzo.
    Pozdrawiam Karina
  • 13.07.05, 10:39
    Moja "chwila grozy" miala miejsce na obozie sportowym mojej szkoly, który
    odbywal sie w miejscowosci Ogonki na Mazurach.
    Dzien zapowiadal sie normalnie. Razem z grupa wybralismy sie (jak co dzień) na
    wycieczke rowerowa.
    Ale akurat tego dnia zlapała nas straszna burza!Lalo straszliwie, w kolo
    strzelaly pioruny, a my mknelismy poboczem ruchliwej ulicy do osrodka.
    Dla mnie to byl horror, gdyz na ulicy bylo niebezpiecznie, nieustannie mijaly
    nas pedzace samochody, nic nie widzialam wiec balam sie ze zaraz sama wyladuje
    pod któryms z nich! Niektore osoby, tracily kontrole nad rowerem i ladowaly co
    chwila w rowie w zdłuż ulicy...Non stop znosilo mnie w strone srodka ulicy...
    Ale najstraszniejsze byla chwila, gdy juz pod samym osrodkiem w rower kolegi
    uderzyl piorun! Cale szczescie ze nic mu sie nie stalo!
    Dla mnie to byly najgorsze chwile, gdyz boje sie przebywac na dworze w czasie
    burzy, a w tedy nie mialam sie nawet gdzie schronic!
    Na szczescie reszte obozu odbylam bez wiekszych stresów:)
    Pozdrawiam
  • 13.07.05, 13:03
    Moją chwilę grozy przeżyłam na Krecie wraz z moim obecnym mężem.
    Było późne popołudnie upalnego, wrześniowego dnia. Wracamy z parku wodnego.
    Oczywiście po co autobusem, czy taksówką skoro to tylko 8-10 km a nas tak
    dobrze karmią w przytulnym hoteliku nad plażą ze wypada zrzucić kolejne
    kilogramy. Wrócimy i znowu rzucimy się do „szwedzkiego” stołu z widocznym
    ślinotokiem. Nie takim jak nasi sąsiedzi, okrągli Niemcy, którzy już przebierają
    nogami 10 minut przed otwarciem restauracji, ale jednak. Na samo wspomnienie
    czuję zapach wspaniałych potraw.
    Spacer wzdłuż asfaltowej drogi nie należy do najprzyjemniejszych dlatego
    postanowiliśmy skrócić drogę skręcając w gaje oliwne. Zachodzące słońce ,
    czerwony grecki kurz na ścieżce pomiędzy oliwkowymi drzewkami-było pięknie.
    Po jakimś czasie znaleźliśmy się w samym centrum sadu i widzieliśmy tylko oliwki
    i żadnych zabudowań. Było cudnie do momentu, w którym zaczęliśmy się niepokoić
    czy oby idziemy we właściwym kierunku i czy zdążymy na kolacje-nie wiem o co
    bardziej. Nagle w środku oliwnego gaju wyrosła przed nami szklarnia.Trochę
    zaniedbana, zarośnięta, ale nie wygląda na całkowicie zapomnianą. Opodal stały
    stare zdezelowane ciężarówki, jakiś wrak osobowego samochodu, którego marki nie
    rozpoznałam. No trudno musieliśmy przejść przez ten uroczy placyk. Mieliśmy
    świadomość, iż wkraczamy na czyjś teren prywatny, tylko pytanie czyj i czy nie
    czai się gdzieś groźny pies. Krajobraz jak z amerykańskiego westernu. Czerwone
    zachodzące słońce, czerwony kurz, cisza, nawet liść się nie poruszy, żadnych
    oznak cywilizacji-Meksyk. Gęsia skórka zaczęła się pojawiać na plecach. Przed
    oczami miałam obraz nielegalnej hodowli narkotyków-wszystko pasowało. Boże, co z
    ludźmi robi wyobraźnie i amerykańskie kino!
    Nagle usłyszeliśmy jakieś męskie głosy dochodzące z pobliskich zarośli. Pomimo
    zmęczenia dostaliśmy odpowiednia dawkę adrenaliny i od razu przyspieszyliśmy
    kroku z możliwością szybkiego przejścia w bieg. Nie ważne czy we właściwym
    kierunku-ale byle dalej.
    Wyobraźnia zaczęła pracować w zastraszającym tempie-przecież nas tu nikt nie
    znajdzie, a to dopiero początek wakacji, co za pech, jacyś handlarze,
    gangsterzy, a tu odludzie i jesteśmy niemile widzianymi świadkami, po co nam to
    odchudzanie, czyż idealny kształt kuli nie jest piękny…a u nas pewno za chwile
    okrąglutki grecki kucharz wniesie smakołyki dla gości.
    W szybkim tempie minęliśmy zarośla usiłując udawać spacerujących turystów na
    plaży. Cali spoceni i ulepieni we wszędobylskim kurzu oddalaliśmy się od
    podejrzanego miejsca nie zważając na wołania smagłych greków. Co oni chcą
    przecież my spacerujemy? Resztkami przytłumionej strachem inteligencji rzuciłam
    przez ramię dwa z nielicznych znanych mi słów w języku greckim: kalispera ,
    kalinichta ( dobry wieczór, dobranoc)-to wszystko, na co było mnie stać w tamtej
    chwili.
    Nie pamiętamy jak wyszliśmy z gaju oliwnego, ale wyszliśmy na znaną nam szosę
    szybkiego ruchu, z której już tylko 15 minut do hotelu i plaży.
    Zdążyliśmy na kolacje. Adrenalina wyszczupliła nas dość znacznie, więc
    pochłonęliśmy dodatkowe porcje jedzenia. W końcu jutro znowu można iść na spacer
    i zrzucić kilka gram…

  • 13.07.05, 15:55
    To było lato, kilka lat temu, gdy jeszcze studiowałam i gdy popularne (i dodam
    że niezwykle tanie) były podróże autostopem. Wybrałam sie z koleżanką do
    Krakowa- tzn. taki był plan. Jechałyśmy z daleka, bo aż z mojego rodzinnego
    Olecka i jakoś nie bardzo nam tego dnia szło.... Po 6 godzinach podróżnowania
    ciężarówkami, polonezami i czym się tam jeszcze dało utknęłyśmy w Warszawie,
    czyli w najgorszym z możliwych miejsc... Stojąc na wylotówce czułyśmy sie jak
    istoty z kosmosu, którym sie wszyscy przyglądają... Po 1,5 godzinie byłyśmy
    załamane, zniechęcone i zdesperowane.... Do tego stopnia, ze wsiadłybysmy nawet
    do kombajna...
    I w pewnym momencie zły los sie odwrócił i zatrzymał sie samochód. Koleżanka
    pobiegła zapytac co i jak, gdy ja stałam z dwoma plecakami ze stelażem, i po
    chwili wołała mnie do siebie uradowana!!! Jak sie potem okazało nie na długo...
    Nie przyglądając sie wnikliwie kierowcy rozsiadłam sie wygodnie obok niego i
    samochód ruszył. Po chwili gdy już sie uspokoiłam mogłam bliżej przyjrzeć sie
    aucie i jego właścicielowi. Do moich uszu dolatywała dziwna muzyka, podobna do
    tej reklamujacej batony kitkat, a o nogę stukała mi butelka piwa. Samochód
    ogólnie był zaśmiecony, brudny i śmierdzący, a pan zapewne innej narodowości
    sądząc po jego kolorze skóry... I w tym momencie zauważyłam, ze zamiast skręcić
    na trasę wiodącą do Krakowa, skręcił w zupełnie odwrotnym kierunku. Zamarłam. Z
    wyrzutem w głosie powiedziałam: Ale my jedziemy do Krakowa, pan skręcił w złą
    stronę!!!-Wśistko dobze-usłyszałam w odpowiedzi czując jednocześnie alkoholowy
    odór i kołysanie samochodu.... Facet miał mętny wzrok i taki dziwny wyraz
    twarzy... Byłam przerażona tą sytuacją!!! Zapytałam go gdzie jedzie, i co on
    powiedział???????????Że jedzie do Czeczenii!!!!!!Na to słowo znieruchomiałam
    przed oczami widziałam bomby, gruzy domów i zakrwawionych ludzi i pomyślałam,
    że on nas chce tam wywieźć!!! Kategoryczie poprosiłam o zatrzymanie samochodu.
    Trochę sie drażnił, ale w końcu postawiłam na swoim. Znalazłyśmy sie na pustej
    ulicy wśród pól. Zupełnie nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy... Na szczęscie stały
    tam dwie miłe dziewczyny , które bez mrugnięcia okiem objasniły nam jak wrócić
    do Warszawy... Dopiero gdy juz bezpiecznie dotarłyśmy do naszego celu
    zorientowałyśmy sie co te miłe dziewczyny robiły same na pustej drodze....
  • 13.07.05, 22:42
    a ja bylam w miami jak szedl huragan, ale nagrody nie chce, chce ksiazke PODROZ
    DO MATAKUMBE gdzie ja zdobyc?
    --
    *** Forum Francuskie ***
  • 14.07.05, 16:16
    Lubię pociągi . Uwierzcie . Nazywam się Przemek . Mam 17 lat. Mieszkam
    nigdzie – trochę tu , trochę tam . Sposób na spędzenie wakacji ? Pakuję się ,
    biorę kasę i
    do pociągu . I tak z reguły zaczynają się moje podróże , z których rodzą się
    wspomnienia.
    Wspomnienia usiane na szynach kolejowych od Gdańska do Bielsko Białej , od
    Zakopanego do
    Warszawy ....
    I tak zaczęła się moja dzisiejsza podróż. Siedziałam na stacji w Gdańsku i
    zastanawiałam się , do jakiego pociągu mam wsiąść. Słucham uważnie komunikatu :
    „Pociąg ekspresowy z Gdańska do Krakowa odjedzie z toru drugiego za pięć minut” .
    Myślę – to coś dla mnie. Chcę tam być.
    Kupiłem bilet , teraz wsiadam do pociągu. Wsiadam i czuję ten charakterystyczny
    zapach ....
    Nareszcie .
    Przedział wygląda znajomo. Tak jak zawsze. Położyłem plecak na górze i usiadłem .
    Pociąg turkocze i turkocze, mija kolejne miasta, a ja słodko myślę o tym co
    napotknę w Krakowie... Zasypiam....
    Budzą mnie promienie porannego słońca, jestem już w Krakowie. Wspaniale. Wysiadam z
    pociągu.
    Wychodzę ze stacji kolejowej i widzę ... no właśnie , nie widzę niczego. Przede
    mną ukazuje się obraz zniszczenia, dewastacji... po prostu nie ma nic! Kraków
    nie był już tym Krakowem, którego pamiętałem z dwóch lat. Najwyraźniej musiało
    tu się stać coś o czym nawet w mych najśmielszych i najbardziej zwariowanych
    myślach nie mogłem sobie wyobrazić... Ta pustka na ulicach i zniszczenie
    najwyrażniej było spowodowane wybuchem bomby atomowej. Ale dlaczego w takim
    razie stacja kolejowa, z której wyszedłem była nietknięta przez tę katastrofę???
    No cóż, szczerze mówiąc nie byłem w stanie sobie odpowiedziećna to pytanie...
    cieszyłem się że w ogóle jestem i nic mi się nie stało... Po chwili postanowiłem
    przejść się przez zrujnowane ulice Krakowa, znaczy się byłego Krakowa.
    Przechodząc przez zniekształcone przez siłę wybuchu ulice nie widzę ani jednego
    człowieka. Niebo było jakby " na stałe" zachmurzone, było ciemne a promienie
    słoneczne tylko nieśmiało przebijały się przez gęstą warstwę smogu
    powybuchowego. Mimo to zauważam pozytywne strony tej zaistniałej sytuacji...
    Hmmm jako jedyny człowiek jestem w tak wielkim mieście i właściwie mogę robićco
    chcę... Tak więc postanowiłem, że zostanę tu na kilka dni mimo powiedzmy dość
    rygorystycznych warunków... Na początku postanowiłem poszukaćsobie wśród gruzów
    jakieś miejsce tymczasowego pobytu...Po kilku godzinach wyszukiwań znalazłem
    stosunkowo mało zniszczony domek jednorodzinny, gdzieś na skraju miasta. Po
    dwóch dniach przyzwyczaiłem się do tego że jestem sam w mieście, i szczerze
    mówiąc nie przeszkadzało mi to . Podczas jednej z moich wypraw przez ruiny
    miasta usłyszałem jak trzy czy nawet cztery osoby rozmamiają. Nie słyszałem
    nawet o czym rozmawiali ale w pamięć zapadły mi ich jakby uschnięte głosy...
    Zaciekawiony tym faktem że widocznie ktoś w tym mieście jednak przeżył
    podszedłem do nich... Jednak to co ujrzałem przed sobą było zniewalające... Nie
    byli to ludzie byli to kreatury czlekopodobne o bladych twarzach i ranami na
    całym ciele, niektórzy z nich z wyrwanymi pojedynczymi kończynami albo z jednym
    okiem czy też intensywnie owłosionymi na całym ciele... Te makabryczne
    stworzenia przypominały Zombie z horrorów... Po chwili jeden z nich zaczął mi
    tłumaczyć że ich grupka, a było ich ośmiu, jest jedyną pozostałością ludzką w
    Krakowie,i co nad to siędowiedziałem w całej Eurazji... powiedzieli mi, że
    podczas ostatniej nocy zaczęła się intensywna wymiana ciosów pomiędzy
    największymi mocarstwami ówczesnego świata... mówili coś o tym, że Korea
    Północna wspólnie z Irakiem zaatakowały biały dom zrzucając tam bombę atomową,
    podczs wybuchu której zginął sam prezydent G.W. Bush!!! po tym incydencie niemal
    w minutowych odstępach zaczęli bombardować się wszelkimi środkami masowago
    rażenie, aż wreszcie zostało to co właśnie nastałem... co gorsza , mówili że nie
    tylko tutaj tak wygląda, lecz niemal cały świat jest w takim stanie... nie ma
    prąd, nie ma żadnych surowców, Słońce nie przebija przez niebo... nie ma ludzi.
    Po tych chorych opowieściach przedstawiciel grupy z Krakowa ponownie powiedział
    że są oni jedynymi pozostałościami po "prawdziwych" ludziach i chcieliby żeby to
    tak zostało... patrząc się na mnie groźnym wzrokiem dali mi do zrozumienia że
    chcą się mnie pozbyć... W tym momencie zerwałem się do ucieczki, biegnąc tak
    szybko jak mogłem . Potknąłem się wtedy już wiedzałem że jest już po mnie... w
    tym właśnie momencie ...budzą mnie promienie porannego, krakowskiego słońca...
    ufff do był tylko zły sen :p


    Mam nadzieje że to opowiadanie nie było zbyt fantastyczne,,, ale w temacie
    chodziło o chwile grozy przybyte podczas wakacji, a ten sen to właśnie moje
    chwile grozy podczas wakacji.... i na dodatek niezmyślone ;)
    Pozdrawiam Przemas!!!
  • Gość: Gocha IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.07.05, 17:06
    1) JAKO 5-LETNIE DZIECKO ZGUBIŁAM SIĘ NA PLAŻY WE WŁOSZECH
    2) W PIERWSZY DZIEŃ POBYTU W CHORWACJI SKALECZYŁAM SIĘ W WODZIE I NIE MOGŁAM
    PŁYWAĆ PRZEZ KOLEJNY TYDZIEŃ
    3)DRUGI RAZ WE WŁOSZECH PRZEZIĘBIŁAM SIĘ (PIELĘGNIARKA W PENSJONACIE POWIEDZIAŁA
    "ZJEDZ LODA". NIE ZJADŁAM. ZAPALENIE PŁUC. PO DWUTYGODNIOWYM POBYCIE W ITALII
    DWUTYGODNIOWY POBYT W SZPITALU

    TO NA RAZIE WSZYSTKO..

    Ah.. Byłabym zapomniała. Miesiąc temu zacięłam się z rowerem w windzie.
    Pozdrawiam.
  • 14.07.05, 17:07
    deszczyk ;) Ale po kolei. Wakacje spędzałam w zeszłym roku na Riwierze
    Olimpijskiej... miało być słońce, piaszczyste plaże i zimna kawa. Ta ostatnia
    była, ale z dwiema wcześniejszymi rzeczami już nie było tak łatwo... więc razem
    z siostrą postanowiłyśmy się rozglądnąć za jakimś ciekawym towarzystwem.
    Początkowo wygląd zaczepiających nas mężczyzn już nas przyprawiał dreszczem, a
    my coraz bardziej posuwałyśmy się w głąb plaży, by uniknąć niemiłego
    towarzystwa. I raz zagadał do nas atrakcyjny Grek. Był miły, sympatyczny, więc
    szybko się dogadaliśmy, a po wspólnej kawie umówiliśmy się na kolejny dzień. I
    tak upływały nam dni, bez żadnych niespodzianek... aż tu pewnego dnia Grek
    zaproponował nam przygodę naszego życia - nocny spacer po dplnych partiach
    Olimpu!!! Razem z siostrą, spragnione mocnych wrażeń, przystałyśmy na pomysł
    ochoczo. I gdy się ściemniło, ruszyłyśmy. Serce biło mi mocno, gdy tylko
    wkroczyliśmy do lasu, ale cisza, jaka panowała, wydawała się obca. Chwilę
    trwało, zanim ją oswoiłam... i dzielnie szłam dalej. Pomysł mi się nagle
    przestał podobać, gdy dotarliśmy do wąskiego przesmyku - żadnego ogrodzenia, a
    jak się spojrzało w dół, z obu stron przepaść!!! Ale i dreszczyk emocji, co
    będzie dalej, dał o sobie znak... niepewnym krokiem, z trzęsącymi się nogami,
    szłam dalej. Jaka ulga, gdy nagle spoczęliśmy na ławeczce, i mogliśmy przez
    moment podziwiać gwiazdy - tak wyraziste, jak nigdzie w Polsce. W międzyczasie
    nasz towarzysz próbował nas nastraszyć opowieściami o greckihc bogach, którzy
    nie lubią takich intruzów u siebie... ale kto dziś w bajki wierzy? Ruszyliśmy
    dalej, i choć momentami droga nie była zbyt szeroka, strach minął. Za to
    wpadłyśmy w zachwyt, widząc wodospad!!! Już się uspokoiłam, moja siostra także
    stała patrząc z szeroko otwartymi oczami... gdy wtem, wydało nam się, że
    widzimy odbicie białej szaty w wodzie. Odwróciłyśmy się, ale nikogo za nami nie
    było, nie licząc naszego Greka, który ustwaiał kadr do zdjęcia. Zaczęłyśmy się
    śmiać, gdy... po raz drugi biała szata zamigotała nam w wodzie. Zrobiło się nam
    nieswojo, ale nic nie dawałyśmy poznać, że coś jest nie tak. Po zrobieniu
    zdjęcia ruszyliśmy w powrotną drogę, gdy w oddali zamajaczyła świecąca zjawa.
    Aż krzyknęłyśmy z przerażenia. Grek też wydawał się mocno poruszony. Szliśmy
    wolno, uważając na kroki... gdy posłyszeliśmy jakieś wycie za nami. Wilków tam
    nie ma, ale było nam już mocno nieswojo. Co jakiś czas dama w zjawie migotała
    nam między drzewami, a my szliśmy, mając serce w gardle. Dawno się nie bałam
    jak tamtej nocy. Nagle odezwały się bębny, jakieś śpiewy... czułam, że nie
    tylko mi, ale i pozostałym mocno bije serce. Gdy w końcu wydostaliśmy się z
    Olimpu, odetchnęłiśmy z ulgą. "Co to było" - zapytała moja siostra trzęsącym
    się głosem. I wtedy... Grek nie wytzrymał. Aż się popłakał ze śmiechu. Okazało
    się, że namówił znajomych, by nas nieco wystraszyli, bo chciał, by nasze
    wakacje w Grecji były niezapomniane... Ale dawno się tak nie bałam. Na ochłodę,
    chwilę później spadł na nas wszystkich letni deszczyk!!!
  • 14.07.05, 22:17
    Moja historia miała miejsce w Austrii i jest związana z narciarstwem a raczej
    głupotą początkujących narciarzy. Ale po kolei ... Z żoną i znajomymi
    pojechaliśmy na narty do Mayrhofen z zamiarem poznania dużej części doliny
    Zillertal. Przed wyjazdem kolega roztaczał przed nami wizje wspaniałych tras o
    różnym stopniu trudności o całkowitej długości ponad 600 km. Co tu dużo mówić,
    już na starcie byliśmy przerażeni bowiem na nartach uczyliśmy się jeździć rok
    wcześniej w Zieleńcu. Można by powiedzieć, że wspólnie skończyliśmy jeden (sic!)
    tygodniowy kurs.
    Przed wyjazdem kupiliśmy nasze pierwsze narty i odważnie, z wiarą we własne
    umiejętności udaliśmy się na miejsce pobytu. Reszta towarzystwa miała większe
    doświadczenie w narciarstwie i obiecała zaopiekować się nami w razie problemów.
    Ze spokojem więc podeszliśmy do pomysłu aby kupić karnet, który obejmuje także
    lodowiec Hintertux. Gdy zobaczyliśmy, że wszyscy na drugi dzień tam się
    wybierają to miny nam lekko zrzedły. Jednak, gdy wjechaliśmy na sam szczyt -
    3250 m – znów wstąpił w nas duch gór. Jak to wygląda na żywo można zobaczyć w
    każdej chwili na stronie www.hintertuxergletscher.at/en/cam1.html. Był
    tylko jeden minus. Aby pojeździć po łagodnych, niebieskich trasach trzeba było
    najpierw zjechać około 200 metrów trasą czerwoną. Dla niewtajemniczonych
    wyjaśniam, że kolor czerwony oznacza średni poziom zaawansowania. Mówi się
    trudno. Założyliśmy narty i ... każdy pojechał w inną stronę. Jeszcze tylko
    kątem oka zobaczyłem jak moja lepsza połowa łapie się taśmy, która wyznacza
    granice jazdy dla narciarzy i zdążyłem krzyknąć UWAŻAJ !! Po chwili już
    staczałem się po stoku a jedna narta została kilka metrów wyżej. Z trudem,
    umęczony jak koń po Wielkiej Pardubickiej; z wybitym palcem, który boli mnie do
    dziś dotarłem w końcu na płaski teren. I wtedy skojarzyłem, że nie widzę żony…
    Historia ta miała szczęśliwe zakończenie, odnaleźliśmy się po chwili i już do
    końca dnia spokojnie trenowaliśmy zjazdy. Zapytacie gdzie ta głupota, o której
    pisałem na początku. Otóż po taaakim pierwszym dniu w Alpach już nic nam się nie
    wydawało straszne. I tak jeździliśmy sobie coraz pewniej przez kolejne dni, aż
    nadszedł dzień, gdy wybraliśmy się na Penken. W porównaniu z lodowcem to miała
    być pestka.
    Nasi znajomi uznali, że w tym miejscu trasy są dla nich za łatwe i zostawili nas
    samych. Wszystko wyglądało wspaniale. Słoneczko świeciło, na mapce
    zaplanowaliśmy sobie całodniową trasę o długości około 20 km samymi niebieskimi
    szlakami. Po kilku przejechanych kilometrach przez las dotarliśmy do doliny, z
    której nie było kolejki na dół, tylko wszystkie prowadziły w górę. Ponieważ
    jeszcze nie było południa a zobaczyliśmy taki duży „wagonik” na 150 osób to
    postanowiliśmy zmienić nieco plany i zobaczyć dokąd nas on zawiezie. A przy
    okazji pochwalimy się czym jechaliśmy, bo nigdy dotąd takiej kolejki nikt z nas
    nie widział. Wagonik powoli piął się do góry aż wjechał na szczyt. Widok był
    wspaniały. Przed nami trasy, choć oznaczone na mapce czerwonymi liniami to nie
    wyglądały na zbyt trudne. Do tego jeszcze niewiele osób tam było. W to nam graj
    – pomyślałem. Jeździmy tutaj. Ale w górach pogoda jest zmienna i uczą o tym już
    w przedszkolu. My do przedszkola nie chodziliśmy to skąd mamy wiedzieć. Nagle
    pojawiła się mgła tak gęsta, że na 5 metrów nic nie było widać. Udało nam się
    powoli dojechać do wyciągu krzesełkowego chyba tylko dlatego, że na każdym
    skrzyżowaniu tras sprawdzałem czy dobrze jedziemy. Szczęśliwi, że najgorsze mamy
    za sobą wróciliśmy w okolice tego 150-cio osobowego wagonika. Niestety, aby w
    nim stanąć trzeba było najpierw podejść pod górkę jakieś 200 metrów piechotą, z
    nartami na plecach. W tej chwili doszedłem do sedna opowieści. Jeśli ktoś
    wytrzymał ten przydługi wstęp to za chwilę niech zamknie oczy i wyobrazi sobie
    taką oto sytuację:
    Mamy do wyboru podejście lub dosyć długi zjazd czerwonym szlakiem, który z
    początku leniwie prowadzi na dół. Oczywiście wybieramy ten drugi wariant. A co !
    Kilkaset pierwszych metrów faktycznie było łatwe ale za to potem – masakra. Jak
    dla nas początkujących to była pionowa ściana w dół. Myśli szybko kłębią się w
    głowie – zawrócić źle – bo jak długo będziemy szli pod górę – zjechać nie damy
    rady – może trochę poschodzimy. Jednak zjeżdżamy. Ja jakimś nadludzkim wysiłkiem
    utrzymuję się na nartach, ale moja żona po chwili się przewraca i stacza w dół
    po drodze gubiąc narty. Pomagam jej wstać, mówi mi, że ją boli noga i nie może
    iść. Patrzę na zegarek, jest godzina 14.30. Odpoczywamy chwilę i powoli
    zaczynamy schodzić. Tu przerwę aby wtrącić, że jeśli mieliście na nogach
    kiedykolwiek buty narciarskie to wiecie jak się w nich wygodnie idzie, zwłaszcza
    z dwiema parami nart na ramieniu. Powiem krótko – nie było lekko. Mijali nas
    nieliczni już narciarze a ja zachowywałem kamienną twarz, ale w wyobraźni
    widziałem jak odjeżdża ostatni działający wyciąg w dolinie. Około 15.30
    trafiliśmy na płaski teren. Ale co z tego, gdyż jazda nam nie wychodziła, bo
    wcześniej tędy nie przejechał żaden ratrak. Co chwilę zapadaliśmy się w głęboki
    śnieg. Minęło kolejnych 15 minut a my byliśmy dopiero w dolinie z perspektywą
    jazdy tylko w górę. Człowiek z obsługi wyciągu pokazuje aby wsiadać bo za chwilę
    zamykają. No cóż, o tyle dobrze, że mamy jak się wydostać – pomyślałem.
    Nadrabiamy minami nasze położenie – jedziemy w górę a potem przed nami
    kilkukilometrowy zjazd na nartach do kolejki, która prowadzi do Mayrhofen. I
    nagle… wyciąg się zatrzymuje. Siedzimy na kanapie sami pośrodku wyciągu,
    kilkanaście metrów nad ziemią. Jak zaraz nie ruszy to koniec. Sekundy trwają w
    nieskończoność. Zastanawiamy się czy Austriacy mają lornetki, aby sprawdzić czy
    ktoś nie został. Ulga, jednak ktoś widział, że wsiadaliśmy. Wyciąg rusza. Powoli
    zjeżdżamy szukając właściwej trasy, ale pojawia się dodatkowa trudność – robi
    się ciemno. Pytam jakiegoś snowbordowca, którędy na dół. Pokazuje kierunek i
    odjeżdża. Słyszę jak z tyłu żona coś krzyczy do mnie. Obracam się a ona pokazuje
    na gościa, który uruchamia skuter śnieżny. To był ktoś z obsługi wyciągu. Za nim
    siedziały dwie dziewczyny, ale miał jeszcze przyczepkę. Pytam po angielesku czy
    nas zabierze – powiedział abyśmy wsiadali. Trochę rzucało ale za to w 5 minut
    byliśmy przy kolejce. A tam zabawa na całego. Przy typowej tyrolskiej muzyce
    tłum ludzi czekających na kolejne wagoniki popija piwo i opowiada wrażenia z
    kolejnego dnia na nartach. My też byśmy mogli im coś opowiedzieć, tylko szkoda,
    że po niemiecku to znam kilka słów, z których najczęściej używane jest „Bier”.
    Dla chcących odnaleźć miejsca, w których byliśmy podaję adres strony:
    www.zillertalski.at/
  • 14.07.05, 23:47
    Moją największą przygodę z dreszczykiem przeżyłam kila lat temu, ale do tej
    pory na myśl o tamtym zdarzeniu przechodzą mnie ciarki...A było to tak:
    jak co roku z paczką przyjaciół wybraliśmy się we wrześniu w Bieszczady.
    Uwielbialiśmy te stosunkowo puste szlaki, piękne, barwne połoniny, atmosferę
    schronisk i widok najbardziej na świecie gwiaździstego nieba, wędrówki w
    samotności i wspólne rozmowy, chleb z pasztetem po drodze i wieczorną grę w
    karty przy kuflu piwa.
    Pewnego dnia wybraliśmy się na "łatwą, lekką i przyjemną" leśną trasę z Wetliny
    do Cisnej. Żadnych wyższych wzniesień, sam relaks. Odpoczynek. Nic dziwnego, ze
    podzieliliśmy się na mniejsze, 2-3 osobowe grupki, które szły od siebie w
    pewnej odległości. A dzień wcześniej słyszeliśmy opowiastkę o pewnym mieszkańcu
    schroniska, który zmykał przed niedźwiadkiem na drzewo i czekał na pomoc
    siedząc na nim pare godzin. Pośmialiśmy się trochę i tyle. No więc tak idziemy
    sobie leśnym jarem, po lewej stronie kompletny brak horyzontu. Śmiejemy się,
    gadamy, plotkujemy. Nagle jedna z koleżanek stanęła: "Słyszałyście?". "Ale
    gdzie tam, nic nie słyszałyśmy. Ola, nie wymyślaj!". Idziemy. I dalej języki w
    ruch. Po minucie, a może dwóch, wszystkie trzy stanęłyśmy. I teraz już
    usłyszałyśmy. Gdzieś z oddali, z tej nieszczęsnej lewej strony wyraźnie
    dochodził jakiś mruk! Trochę się zdziwiłyśmy raczej bardziej niż
    przestraszyłyśmy, ale wyraźnie coś tam było! Nic to, idziemy dalej. Nie
    zdążyłyśmy zrobić ktoku, gdy teraz po prostu huknęło, zaryczało, i był to ryk
    przeraźliwy! i było to tuż koło nas! W życiu takiego nie słyszałam i w życiu
    tak się nie przeraziłam. Nie tylko ja, bo zaraz widziałam podskakujący plecak
    Magdy, która pędem rzuciła się w dół. Z Olą nie miałyśmy zamiaru czekać, aż
    niedźwiedź (byłyśmy przekonane, że właśnie jego ryk słyszymy) stanie nam na
    drodze. Biegiem ruszyłyśmy za Magdą. "Cholera, same buki, bez bocznych gałęzi,
    nie da się nawet na nie wdrapać". "Czy misie szybciej biegną w górę, czy w
    dół?" "W razie czego to zrzucamy plecaki" - różne pomysły przychodziły nam do
    głowy."Byle do jeziora" - nie wiem czemu wydawało mi się ono głupio ostoją
    bezpieczeństwa. Przecież niedźwiedzie doskonale pływają!
    Zasapane dobiegłyśmy do jeziora. Ani razu nie oglądnęłyśmy się za siebie. Cud,
    że nie skręciłyśmy nogi. Dopiero tam zobaczyłyśmy, że za nami biegnie reszta
    ekipy, nie mniej przerażona. Wtedy wcale nie było nam do śmiechu!
    Do dziś dnia nie wiem, czy rzeczywiście stanęliśmy na drodze niedźwiedziowi,
    czy był to tylko jeleń na rygowisku. I nigdy się o tym nie przekonam. Zawsze
    jednak będę pamiętać o "łatwej, lekkiej i przyjemnej" leśnej trasie z Wetliny
    do Cisnej!
    Ale Bieszczady i tak polecam wszystkim, bez wyjątku. Gorąco!!!
  • 15.07.05, 07:11
    Mimo lipcowej aury i dość wczesnej godziny na drewnianą chatę padał gigantyczny
    cień.
    Otoczona była puszczą gęstych drzew pozwalających przedrzeć się zaledwie kilku
    cienkim promieniom wschodzącego słońca, uczepionym spróchniałego drewna.
    Chciałoby się powiedzieć, że nielicznym światełkom udawało się wejrzeć przez
    okna starego domku, rozjaśniając jego wnętrze, ale te niezdarnie zabite były
    deskami.
    Nie wiodła tu żadna dróżka. Pierwotnie były dwie, lecz teraz zarosły wysoką
    trawą, tak jak wszystko dookoła. W powietrzu unosił się zapach drewna i
    fiołków, oraz dźwięk deptanych przez jelenie patyków i śpiewu ptaków.
    Dom znajdował się całkowicie na uboczu, w miejscu, którego nikt nie odwiedzał
    przez długie, długie lata, ponieważ niewielu wiedziało o jego istnieniu.
    Niestety, były wyjątki.
    Zaledwie kilka kilometrów od chaty płynęła niewielka rzeka. Woda przyciągała
    turystów pragnących odpoczynku od zatłoczonych autostrad, brudnych ulic
    metropolii i całej reszty tego, co nazywamy cywilizacją. Tylko nieliczni znali
    to miejsce głównie z opowiadań, ponieważ droga nie widniała na żadnej mapie. Na
    dodatek trzeba było mieć prawdziwe szczęście (albo pecha) żeby w gąszczu
    zarośli znaleźć ów rozkładający się domek, cały zabity deskami i malutkim
    kominkiem nie pamiętającym już dymu.
    Takie właśnie szczęście (lub pech) uśmiechnęło się do pewnego rodzeństwa, które
    po sytym grillu oddaliło się od odpoczywających rodziców. Chwilę później
    zniknęli im z oczu.
    Brat - Martin, pod pachą niósł piłkę, siostra - Natasha, kurczowo ściskała jego
    koszulkę, aby przez przypadek nie zbłądzić.
    - Na pewno wiesz jak wrócić do obozu? - pytała co chwilę. Z każdym metrem
    czuła, że brat nie pamiętał drogi powrotnej, choć odnosiła wrażenie, że nie
    przeszli daleko. Od kilku (może kilkunastu?) minut przedzierali przez gęste
    zarośla. Potem miękka ziemia usłana dywanem ściółki ułatwiła wyprawę, więc
    śmielej kroczyli przed siebie.
    W pewnym momencie Martin przystanął, a siostra wpatrzona w długie konary drzew
    uderzyła w jego plecy.
    Dom wyglądał, jakby wyrósł z ziemi. Dzieci najbardziej zaskoczyło jedno,
    zamknięte okienko - niewielka prostokątna szybka umieszczona tuż pod
    spróchniałym i zapewne przemakającym (podczas pory deszczowej) dachem. Poza tym
    było już tylko drewno, wysoka trawa, głośne bzyczenie owadów i olbrzymia
    duchota wysuszająca usta.
    - Chyba będzie lepiej, jeżeli wrócimy do rodziców. – Stwierdziła Natasha
    pociągając koszulkę brata.
    Jednak ten podbiegł do otoczonej wysokimi trawami drewnianej ściany zupełnie
    ignorując jej uwagę.
    - Myślisz, że ktoś tu mieszka? - Zapytał podniecony. - Opuszczony dom. - Dodał
    po chwili zafascynowanym głosem.
    Natasha nerwowo obracała się we wszystkie strony. Postanowiła zbliżyć do brata,
    ale tylko po to, by odciągnąć go od tajemniczej chaty. Szybko odgarnęła
    spadające na oczy włosy, wyrwane z objęć gumki z froty i przebiła przez
    sięgającą do pasa trawę.
    - Naprawdę myślę, że powinniśmy iść, Martin. Nie wiadomo, co to jest.
    - Nie wiadomo? - Krzyknął w odpowiedzi. - W tym domu ukryta być może fortuna!
    Powinniśmy sprawdzić, co jest w środku. W ogóle nie jesteś ciekawa?
    Rozchodzące echo dotarło do jego wnętrza.
    Otworzył oczy. Leżał na poszarpanym materacu, tuż przy przeciwległej ścianie,
    mimo to słyszał rozmowę dzieci. Wciągnął zakurzone, paskudnie śmierdzące
    powietrze i podniósł głowę. Całe ciało miał niezdarnie obwinięte starymi,
    brudnym bandażami, z ust wystawało czarne uzębienie. Szeroko otwarte oczy
    nerwowo przeszukiwały mroczne pomieszczenie. Poczuł swąd kału, moczu i potu,
    gdzieś w oddali jego nozdrza wybadały stare drewno. Podłoga rozścielana była
    popękanymi deskami, w kącie wił się szczur niszczący pajęcze sieci. Przy
    ścianie leżała olbrzymia, stara dębowa szafa.
    Upewnił się, że był sam. Głosy dzieci dobiegały z zewnątrz.
    Drgnął gdy usłyszał dudniący łomot, jakby coś uderzyło w ścianę. Podniósł się
    do pozycji siedzącej, a wraz z nim w górę poszybowała gruba warstwa kurzu,
    potem patrzył w szybkę gdy coś znowu łupnęło, w końcu usłyszał piskliwy
    krzyk: “Martin, przestań!”.
    Czuł, jak podskoczyło mu tętno napełniając ciało wydzielającą adrenaliną.
    Oddychał głośniej i szybciej, niemalże równo z biciem serca. I nagle – TRACH! –
    zakurzona szybka pękła rozlatując na drobne kawałki, a do środka wleciała
    skórzana piłka. Podskoczyła kilka razy i przyturlała zatrzymując tuż przy
    materacu. Rozszerzył oczy.
    - Widzisz, co narobiłeś? - Usłyszał.

    *

    Tom dźwignął oczy. Poczuł, że rozgrzana koszulka przylepiła się do jego ciała,
    a pościel była cała mokra. Wbił wzrok w sufit z trudem odnajdując w
    rzeczywistości. Na szczęście, był w domu.
    A gdzież by indziej? - Pomyślał.
    Bordowy cień firan okrywał całą sypialnię. Przez otwarte okno słychać było
    ćwierkanie ptaków oznajmiających, że wstał nowy, słoneczny dzień.
    Przez myśli ponownie przemknęło mu wspomnienie rodziców.
    Tom Jenkies był Szczęściarzem. Przed laty pewna ogólnokrajowa stacja
    telewizyjna nazwała go Cudownym Dzieckiem, a cały świat trąbił o jedynym
    ocalałym z gigantycznej katastrofy samolotowej Boeinga 747 na trasie Nowy York -
    Paryż. Tom często wyobrażał sobie, jak byłoby wspaniale, gdyby rodzice
    przeżyli, bo przecież byli tak blisko Prawdziwego Cudu. Siedzieli tuż obok
    niego, pamiętał, że matka obwinęła jego ciało ramionami... Potem przygarnęła go
    pewna rodzina, lecz gdy tylko ukończył pełnoletność, odciął się od opiekunów
    podejmując studia, a później pracę. Prawdziwi świętej pamięci rodzice zostawili
    w spadku ukochany dom na przedmieściach Philadelphii, oraz sporą kwotę
    pieniędzy. Z rodzicami przybranymi utrzymywał kontakt sporadyczny, i chociaż
    byli to dobrzy ludzie, nie widział potrzeby odwiedzania ich głównie dlatego, że
    najbardziej z wszystkich przypominali o śmierci najbliższych.
    Z trudem wyrwał się z objęć niechcianych wspomnień, pokonanych przez wielkie,
    wręcz nadludzkie pragnienie spotkania z Emily. Tęsknił za nią tak bardzo mimo,
    że rozstali się zaledwie wczorajszego wieczoru! Kiedy szukał wzrokiem telefonu
    przypomniał sobie, że kochana Emily jest na zajęciach aż do późnego popołudnia,
    postanowił więc wykręcić numer do Marka, który miał wolne, tak jak on.
    Usłyszał pukanie do drzwi. Kiedy odlepił się od wilgotnej pościeli, zza okna
    dobiegły znajome krzyki dzieci; chłopca i dziewczynki.
    To interesujące, pomyślał drapiąc po rozmierzwionych włosach. Powoli
    rozbudzając zszedł po schodach.
    Gdy otworzył drzwi, jego oczy radośnie zaświeciły.
    - Witaj, śpiochu! - Krzyknął Mark. Letnie słońce spowodowało, że jego koszulka
    z ręcznie wyszywanym na przodzie “Flyers” wyglądała, jakby przed chwilą
    wskoczył do basenu, a brązowe włosy przylepiły się do czoła. - Wiem, wiem. -
    Uspokoił go machając dłonią. - Wbrew pozorom wcale nie padało. Postanowiłem się
    przebiec, ale za nic w świecie nie myślałem, że jestem w stanie wydzielić tyle
    potu. Teraz wiem, że nie był to dobry pomysł. Zresztą widzę, że ty też nie
    próżnowałeś. - Powiedział z uśmiechem oglądając mokre plamy na koszulce Toma. -
    Onanizowałeś się?
    Tom wybuchnął śmiechem i uchylił szerzej drzwi wejściowe. Kiedy podali sobie
    dłonie, powiedział:
    - Rozbawić to ty potrafisz. Choć miałem dziś strasznie zakręcony ranek i wcale
    nie było mi do śmiechu. W każdym razie jestem zadowolony, że mnie odwiedziłeś.
    Weszli do kuchni, gdzie Tom rozlał do szklanek zmrożonego Sprite`a. Szybko
    wchłonęli napój i usiedli przy stole. W domu panował niewiarygodny porządek.
    Tom zawsze był z niego dumny, uważał, że nigdy nie wiadomo kiedy ktoś wpadnie z
    odwiedzinami, dlatego lubił być przygotowany na niespodzianki. A gdy
    rzeczywiście zjawiał się gość, był uradowany po raz kolejny nie dając zaskoczyć.
    - Wpadłem, żeby powiedzieć, że umówiłem się z Nadine. Na dziś wieczór. -
    Obwieścił Mark, starając zachować spokój, choć nie najlepiej mu to wychodziło.
    Tom spo
  • Gość: Apokalipsa IP: *.miechow.com / *.miechow.com 18.07.05, 21:27
    niedokonczone :(
  • 15.07.05, 08:19
    Ja,na hasło "wakacje z dreszczykiem" mam jedno skojarzenie-obóz zuchowy:))wiele
    lat temu.Chyb nie bez powodu był taki barwny,w końcu wiek i wyobrażnia w nim
    działająca,ubarwiała nawet najbanalniejsze wydarzenia.zaczęło sie od znalezienia
    na polanie brzozowego drąga.Był dość gruby i wysoki, jak na dziecięce standardy
    i mial syzorykiem wyryte inicjały"B.D."...i co ja wtedy pomyslałam, będąc fanką
    "Wakacji z duchami"?sam duch Białej Damy we własnej, zakamuflowanej osobie(czyli
    duch nieszczęsliwej księżniczki,która rzuciła sie z wieży)..wtajemniczyłam w
    historie koleżanke z namiotu i zaczeła się nasza przygoda.Na drugi dzień,za
    zupełnie innej polanie,znalazłyśmy ją-B.D...hmmm,podejrzane.Nad rzeką,przy
    ognisku,kilka przyprawiających nas o dreszcz razy widziałyśmy ten sam drąg"Jak
    nic nas pzreśladuje,chodzi za nami!!"
    Ale koniec tej historii nastąpił w deszczową noc,kiedy to zachciało mi sie
    siku,ale ponure warunki nie sprzyjały samotnemu załatwieniu sprawy.Obudziła
    koleżankę,która zgodziła sie ze mna wyjść..uchyliłyśmy poły namiotu..a tam,wbita
    dokładnie przed nami,w srodku deszczowej nocy stała ona-Biała Dama...rozległ się
    wrzask budzący cały obóz..
    Do dziś,ilekroć spotkam kolezankę Beatę,nie wiemy,czy to wszystko było zbiegiem
    okoliczności,żartem..czy zagadką nadprzyrodzoną:))
  • 15.07.05, 08:51
    Parę lat tamu wybraliśmy się ze dwójką znajomych na weekend w Bory Tucholskie.
    Znajomy znajomego użyczył nam swojej chatki w lesie - cisza, spokój, daleko od
    skupisk ludzi, dzika głusza. Odpoczywaliśmy sobie rewelacyjnie, bezstresowo do
    momentu gdy mąż poszedł do chatki po coś do picia i zobaczył na drewnianej
    podłodze mokre ślady dziecięcych stópek.... Do dziś nie wiemy jak ten fakt
    wytłuczaczyć, nie było z nami dzieci, w pobliżu też nie, najbliższy dom był
    paredziesiąt kilometrów od nas. Co ciekawe, nie było też w pobliżu żadnej
    wody,by móc chociaż próbować tłumaczyć te mokre ślady... To zdarzenie zostanie
    dla nas zagadką do końca życia.
  • 15.07.05, 10:43
    te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
    przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
    wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
    maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
    mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
    spokojnie wrocic i napisac mature!!!
  • Gość: magda IP: *.zamosc.mm.pl 15.07.05, 18:36
    opowiedz :* jestem bardzo ciekawa, a i tak masz to już za sobą. Opowiedz :D
  • 15.07.05, 10:44
    te wszystkie wasze opowiadania sa niczym w porównaniu do tego co ja naprawde
    przezylem! Nikt z was tak naprawde nie wie co to jest strach i ja tez nie
    wiedzialem az do 11 marca 2004 roku kiedy z kolegami bylismy na wycieczce przed
    maturalnej w Madrycie!!! wiecej nie bede opisywal bo to jest cos co wywoluje u
    mnie strach jakiego malo kto doznal!!! Do dzisiaj dziekuje Bogu ze moglem
    spokojnie wrocic i napisac mature!!!
  • 15.07.05, 11:51
    To było 10lat temu, ale do tej pory czuję dreszyk na samo wspomnienie:)
    Zapisałysmy się koleżanką z klasy na letni spływ kajakowy. Miałyśmy podany
    termin i miejsce, gdzie mamy się stawić. Dotrzeć miałyśmy z Poznania do okolic
    Olsztyna. W ramach oszczędzania postanowiłysmy, nikomu nic nie mówiąc, pojechać
    autostopem. W sumie szło nieźle, aż do pewnego momentu, gdzie zostałyśmy na
    średnio uczęszczanej drodze, a czas mijał nieubłaganie...
    Ruszyłyśmy przed siebie z nadzieją, że ktoś w końcu tą drogą przejedzie i nas
    zabierze. I owszem, zatrzymał się samochód, na którego nawet nie pomachałyśmy.
    Ale ponieważ czas gonił, a dwóch panów wydawało sie sympatycznych, wsiadłyśmy.
    Podróż mijała spokojnie, ale w pewnym momencie panom zachciało się jeść, i
    zjechali do zajazdu. Grzecznie czekałyśmy. Było już po 16-tej, na którą byłyśmy
    umówione na spływ, więc trochę się denerwowałyśmy. (przypominam, ze było to 10
    lat temu i o komórkach nawet nie marzyłyśmy) Ruszliśmy dalej. Zbliżamy się do
    naszej miejscowości - a panowie sienie zatrzymują. Zaczynamy się denerwować,
    wiecie, lasy i te sprawy... Negocjujemy. Przeklęte plecaki w bagażniku, więc
    jeśli wyskoczymy w biegu, wszystko pojedzie w siną dal. Panowie zjeżdżaja z
    trasy w leśna uliczkę, zatrzymują się na polanie. Wyciągają jak gdyby nigdy nic
    wino i proponują nam. Jakoś udaje się nam odzyskać plecaki i w te pędy rwiemy w
    kierunku głównej szosy. Obyło się bez szarpaniny, ale mamy jakieś 3 godzinne
    opóźnienie. Docieramy do trasy, łapiemy kolejnego stopa (stwierdzamy, że
    prawdopobieństwo, że znowu trafimy na takich (...) jest nikłe) i dojeżdżamy na
    miejsce. Po spływie ani śladu, już ruszyli, ale zostawili wiadomość gdzie mają
    postój i ktoś nas tam podrzucił (z organizatorów).
    Spływ był cudowny:)
  • 15.07.05, 11:59
    Wszystko wydarzyło się w jednej z malutkich, mazurskich wsi. W jednej z tych
    wsi, gdzie jest jedna kawiarnia, w której wieczorem gromadzą się wszyscy
    mieszkańcy, gdzie w charakterze budzika występuje podstarzały kogut, każdy pies
    ma co najmniej kilku właścicieli a dzieci chodzą po ulicach w samych tylko
    koszulkach i majtkach jedząc lody i eksponując swoje poobijane i podrapane od
    łażenia po drzewach nogi. Ten dzień był taki sam, jak wszystkie pozostałe -
    zapiał podstarzały kogut, ulicą przeszedł starszy pan wyprowadzający na spacer
    kolejno swojego kota a zanim swojego psa, odsłoniły się rolety przy sklepie
    spożywczym i miasteczko powoli budziło się do życia. Jedynym nieznajomym
    elementem byłam ja, która pojawiłam się tam w nocy przychodząc piechotą z innej
    miejscowości. Poszłam do sklepu, kupiłam sobie bułkę i karton maślanki i udałam
    się na poszukiwanie łąki, na której mogłabym spożyć śniadanie. Znalazłam ją
    niebawem, zrzuciłam plecak z ramion i zasiadłam do śniadania. Nieopodal
    spostrzegłam siedzącego na pniu mężczyznę, który mówił coś do konia. Człowiek
    był do mnie odwrócony plecami, tak więc nie zdawał sobie sprawy z mojej
    obecności. Gładził konia po grzywie i mówił do niego. Myślałam, że są to zwykłe
    czułostki, jakimi właściciele obdarzają swoje zwierzęta- ale nie - mężczyzna
    opowiadał koniowi swoje przeżycia. Spokojnym, usypiającym głosem opowiadał
    koniowi o tym, jak całe życie ukrywał przed wnukami swoją przeszłość, aż tu
    nagle jeden z nich dojrzał w pokoju dziadka jego zdjęcie w mundurze Wehrmachtu,
    opowiadał o tym, jak odeszła jego żona (pewnego dnia zrozumiała, że po
    przeczytaniu i nauczeniu się na pamięć wszystkich haseł z encyklopedii nie ma
    nic do roboty, ubrała się w białą, bawełnianą sukienkę i usiadła na krześle, z
    którego już nie wstała), jak rosną jego wnuki (jeden prawie wcale i chodzi na
    gimnastykę - podwieszają go pod sufitem i rozciągają kości - jak na razie
    wydłużyła się mu tylko szyja, drugi rośnie jak na drożdżach). Opowiada i
    opowiada, głaszcząc konia po grzywie, od czasu do czasu klepiąc po grzbiecie. A
    ja siedzę tam i nie mam odwagi się poruszyć, żeby nie zawstydzić tego mężczyzny.
    Po jakimś czasie udało mi się bezgłośnie wycofać, ale zapomniałam zabrać ze sobą
    śniadania, tak więc mężczyzna i tak pewnie potem dowiedział się, że oprócz konia
    słuchał go też jakiś człowiek. Ta historia wydała mi się niezwykła z uwagi na
    to, że nigdy nie podejrzewałam, że zwierzę może być lepszym powiernikiem niż
    człowiek a także dlatego, że obraz człowieka, który mówi do błyszczącego konia,
    opowiada mu ze łzami w oczach najintymniejsze historie wydał mi się
    nieprawdopodobny i piękny.
  • Gość: Aga IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.07.05, 12:52
    Było to kilka lat temu , kiedy pojechałam z koleżanką do Hiszpanii . Wpaniałe i
    niezapomniane chwile mam w głowie do tej pory , a historia , która mi się
    wtedy wydarzyła teraz przyprawia mnie o śmiech , natomiast co ja wtedy
    przeżyłam ...
    Była piękna słoneczna pogoda , a organizator wycieczki wziął nas do parku
    wodnego . Takich ślizgawek wodnych wtedy jeszcze w życiu nie widziałam , więc
    postanowiłyśmy z koleżanką pozjeżdżać na każdej . Kolejki były strasznie
    długie , ale cóż , dla przeżycia czegoś takiego warto było czekać . Stojąc w
    kolejce każdy patrzył na reakcję osób , które już zjechały .
    Wszyscy byli zadowoleni .
    Ale spodobała nam sie przede wszystkim taka ślizgawka zawijana z tunelami ,
    poskręcana , gdzie puszczali co jakiś czas po jednej osobie .
    Stojąc w kolejce do niej sprawdzałam czy nikt aby nie ma problemów ze
    zjechaniem . Obserwowłam po strojach : bikini zjeżdżały , tak samo jak i pełne
    stroje kąpielowe ,osoby chudsze i grubsze też nie miały problemów ze
    zjechaniem , więc : co to dla mnie !! (pomyślałam).
    Przyszła moja kolej ,koleżanka stała za mną i miała zjeżdżać kilka sekund po
    mnie , no to ok ...
    Położyłam się , odepchnęłam i ruszyłam ...
    Weszłam w tunel i .. zatrzymałam się ! No to dawaj rękami zaczełam się
    odpychać , położyłam się i ..stoję w miejscu! Jak to ?! Co się dzieje ?
    Odwracam się , a tam koleżanka zjeżdża tuż za mną , no to złapałam ją za
    nogę : " Jak nie powiesz mi jak zjechać będziemy siedziały tu jak ofiary losu "-
    powiedziałam do niej . Ona poradziła mi , żebym położyła się i z pewnością
    pojadę . Ok, posłuchałam jej i puściłam. Zaobserwowałam , że ona tak zrobiła i
    ruszyła , więc ja też : kładę się ( w dalszym ciągu w tym tunelu) i ...nic ,
    stoję nadal !! Odwracam się po raz drugi , a za mną tłuścioszek zjeżdża !!
    Miałam taki strach w oczach , że jak przyspieszyłam rękami , używając ich jak
    pagajów , to byłam tuż tuż przed nim w basenie kończącym tą straszną podróż .
    Celowo używam tu stwierdzenia "tuż ,tuż " gdyż , wyłaniając się z wody on
    skoczył mi " na barana" i musiałam się jeszcze spod jego ciężaru uwolnić ,
    podważając go jak lewarek ...
    Jakim upokożeniem był dla mnie , wzrok wszystkich tych śmiejących się ze mnie
    ludzi , którzy tak jak ja stojąc w kolejce , obserwowali . Tylko , że to byłam
    ja !!!
  • 15.07.05, 13:04
    Dreszcze do dziś mam, jak wspominam wędrówkę po Beskidzie. Wyruszyliśmy rano, z
    mapą w ręce, licząc że do godziny 14.00 będziemy w schronisku. Droga wydawała
    się prosta i łatwa, więc z ciężkimi bagażem ruszyliśmy z niewielkiej
    miejscowości do pierwszego miejsca postoju. Szliśmy i szliśmy asfaltową drogą,
    a według mapy mieliśmy skręcić w pierwszą ulicę w lewo - ku naszemu zdumieniu,
    dotarliśmy po godzinie do jakiejś większej miejscowości, która na mapie była
    dokładnie po drugiej stronie!!! Zatrzymaliśmy jakiegoś miejscowego, ale pan
    patrzył i patrzył na mapę, po czym poprzestawiał nam długopisem miejscowości.
    Byliśmy zdumieni, że tyle błędów, ale okazało się, że nie musimy się cofać, bo
    możemy iść inną drogą. Zaufaliśmy panu, i poszliśmy dalej asfaltem. Już coś nam
    nie pasowało, ale zawsze lepiej iść naprzód, niż wracać w upale. Most był,
    kładka też, więc wszystko się zgadzało z wskazówkami miejscowego. Ale choć
    szliśmy godzinę, mijaliśmy tylko szczere pola. Zero żywyt istot!!! Nie było
    kogo się zapytać, a gdy stanęliśmy na rozstaju, zgłupieliśmy. Którędy iść? Na
    wyczucie, poszliśmy w lewo. W końcu dotarliśmy do jakiejś wsi, i zaczęliśmy
    pytać mieszkańców jak iść. Jak to bywa, każdy zapytany miał własną wersję - iść
    naprzód, cofnąć się, skręcić w prawo lub lewo. Powoli przestawało nam się
    podobać, tym bardziej, że gromadziły się nad nami czarne chmury!!! Wybraliśmy
    jedną z wersji, i znów z tobołami, i zwiększającymi się obawami, ruszyliśmy
    naprzód. Gdy spadł na nas letni deszczyk, już przestawaliśmy się dobrze czuć, a
    zamiast wesołej rozmowy, słychać było pojękiwania. Nikt jednak nie przeczuł, że
    nagle rozpęta się burza, i spadnie deszcz jakiego żaden z nas nie widział.
    Schroniliśmy się niestety pod drzewem, licząc że nas ominą pioruny. Dreszcze
    jednak, spowodowane zimnem, zaczęły nam towarzyszyć. Jak i strach, gdy drzewo w
    pobliżu zostało roztrzaskane. Zrozumieliśmy naszą głupotę, i zdecydowaliśmy się
    przedzierać, choć nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy. Las, jakieś
    wzniesienie, i woda, która starała się nas wciągnąć swym szybkim nurtem.
    Pierwszy raz się tak bałam. Ale iść trzeba było, choć trzęśliśmy się z zimna, i
    obawy, że uderzy w nas piorun. Gdy dotarliśmy do rzeki, zwątpiliśmy. W ciągu
    może godziny spadło tyle deszczu, że malutki strumyczek stał się rwacą rzeką.
    Przeprawa była konieczna, a my trzymając się za ręce, szliśmy po kamieniach,
    bojąc się każdego kroku. Dlaczego nie zawróciliśmy wcześniej? - każdy zadawał
    sobie to pytanie. I dokąd dojdziemy? Wszędzie widzieliśmy niebezpieczeństwo.
    Nawet nie mieliśmy jak się przebrać, zresztą nasze plecaki były kompletnie
    przemoczone!!! A plecak mokry to i ciężar większy. Baliśmy się wszyscy. Nikomu
    się nie podobała perspektywa nocy gdzieś w lesie, a szliśmy po omacku, słabo
    widząc w tym deszczu gdzie idziemy. Kto był w górach podczas burzy wie, co to
    wakacje z dreszczykiem. Niemiłym zresztą :( Trzęsąc się, około 19.00
    znaleźliśmy schronisko!!! Nawet nie odczuwaliśmy radości, tylko ulgę, że
    jesteśmy cali. Pani ze schroniska widząc nas zdumiała się, że ktoś do niej
    zawitał. Barszcz smakował jak nigdy wcześniej!!! Jakieś dwie godziny po moim
    ciele rozchodziły sięmdreszcze, a ja czułam, że nie panuję nad własnym ciałem -
    cała się trzęsłam. Pozostali również nie wyglądali lepiej. Dostaliśmy aspiryny,
    i położyliśmy się do łóżek. Na drugi dzień poczuliśmy się lepiej, ale deszcze
    nie ustawał. Zostaliśmy poinformowani, że szlaki są pozamykane. Miło było w
    schronisku, ale jakże żeśmy się zdumieli, gdy usłyszeliśmy, że z punktu wyjścia
    do schroniska była 1-1,5 godziny!!! My szliśmy prawie 9!!! Mapa poszła w
    kosz... do dziś nie wiem, kto ją wydał!!! A na wspomnienie burzy, i
    roztrzaskanego drzewa, czuję wciąż dreszcze. I więcej nie wybiorę się bez
    sprawdzenia trasy, i upewnienia się, że mapa nie kłamie!!!
  • 15.07.05, 13:07
    Ps Gość : Aga to ja , zapomniałam się zalogować
  • 15.07.05, 13:28
    Historia, o której chciałbym Wam opowiedzieć wydarzyła się ładnych parę lat
    temu. Wydarzenie to miało miejsce około roku 1988. Miejsce owego wydarzenia
    jest już miejscem historycznym bowiem było to NRD. Niestety nie umiem
    przytoczyć dokładnej nazwy miejscowości, ale było to miejsce - jak na tamte
    realia - dla mnie niezwykłe. Niesamowita „zachodnia” zieleń a w całej okolicy
    jeziora jak z bajki :) To tyle tytułem wstępu.
    A więc... początek całej historii należałoby rozpocząć od tego, że po
    przebudzeniu usłyszałem z ust mojego taty mniej więcej takie słowa: „Czy
    miałbyś ochotę dziś popływać łódką po jeziorze?”. Oczywiście z dziecięcym
    entuzjazmem (piszę dziecięcym ponieważ miałem w tamtym czasie nie więcej niż 10
    lat) przystanąłem na tą propozycję. Po skonsumowaniu przepysznego śniadania
    przygotowanego przez moją mamę nie zastanawiając się zbyt długo poszliśmy z
    tatą do wypożyczalni sprzętu wodnego. Wypożyczyliśmy drewnianą łódkę i
    wyruszyliśmy ku środkowi jeziora, żeby podziwiać piękną „zachodnią” przyrodę.
    Pogoda na taką wyprawę była naprawdę wymarzona. Słońce prażyło z bezchmurnego
    nieba i nie było czuć najmniejszego powiewu wiatru. Pływaliśmy tak przez ładne
    parędziesiąt minut mijając po drodze niezliczone ilości ptactwa wodnego
    oraz.... miejscowych Niemców opalających się na swoich jachtach w stroju... Ewy
    i Adama :) I w ten sposób docieramy do punktu kulminacyjnego naszej wyprawy. To
    co wydarzyło się w kolejnych minutach zmroziło krew w moich i taty żyłach.
    Nagle, niewiadomo skąd, zerwał się niesamowicie silny wiatr pod wpływem którego
    zaczęły tworzyć się fale jakich do tej pory nie widziały na jeziorze moje
    dziecięce oczy. Ale jakby tego było mało zza przybrzeżnych tataraków wyłoniła
    się „trąba powietrzna”, która po wejściu do wody przeobraziła się w „trąbę
    wodną”. I w tym właśnie momencie zaczął się prawdziwy koszmar. Trąba zaczęła
    coraz bardziej zbliżać się w stronę naszej łódki by dosłownie w ostatniej
    chwili ominąć nas o centymetry. W całym tym thrillerze była też chwila na to by
    móc się uśmiechnąć ponieważ ten niesamowity powiew wiatru porwał wszystkie
    ubrania z jachtów wspomnianych wcześniej „śmiałych” Niemców co spowodowało
    niemały popłoch w ich szeregach :) Na szczęście łódka, którą pływaliśmy wyszła
    bez szwanku z konfrontacji z „wodną trąbą” i po uspokojeniu się fali na
    jeziorze mogliśmy spokojnie udać się do brzegu.
    Historia, którą Wam opowiedziałem jest chyba na tyle niewiarygodna, że do
    dzisiejszego dnia jak tylko wspominamy z tatą to wydarzenie to na twarzy mojej
    mamy oraz siostry zarysowuje się tajemniczy uśmiech niedowierzania. Ale
    niezależnie od tego czy ktoś wierzy w to co wydarzyło się na tych
    niezapomnianych wakacjach, to ja ten dzień będę wspominał do końca moich dni.
    Na zakończenie chcę podziękować wszystkim, który znaleźli chwilę by przeczytać
    całą historię. Pozostaje mi tylko życzyć wszystkim takich niezapomnianych
    przygód.

    Pozdrawiam.
    Mariusz.
  • 15.07.05, 13:48
    Ukraina, Lwów – rok 2003.
    Ukraina sprzed Juszczenki, kraj ludzi smutnych i ostrożnych, przygnębionych
    wszechobecną szarością. Kraj ludzi, którzy boją się powiedzieć za dużo. Jadę
    tam z polską grupą jako pilotka. Jest nas dwa autokary.
    Socrealistyczna bryła hotelu gdzieś na przedmieściach Lwowa, w otoczeniu
    ponurego blokowiska. W pokojach tapczany pamiętające chyba jeszcze dziadzię
    Breżniewa, unoszący się w powietrzu zaduch nie do zlikwidowania i kij sterczący
    ze ściany zamiast prysznica.
    Niestety, także jedna rzecz pozytywna dla moich turystów – w osiedlowych
    sklepikach tani alkohol. Okazja do wyjścia na miasto i zrobienia sporych
    zakupów.
    Przyjechaliśmy do Lwowa późnym popołudniem, było kwaterowanie, trochę
    zwiedzania i kolacja. Mimo, że maj, zmrok zapadał szybko. Kiedy kończyłam
    kolację w opustoszałej hotelowej restauracji, było prawie ciemno, chociaż duży
    zegar na ścianie wskazywał dopiero 21:00.
    Od dziwnego dania, w którego składniki wnikać już nie chciałam, odrywa mnie
    sygnał sms. Czytam i jedzenie staje mi w gardle: „Nasi ludzie zostali
    napadnięci i ciężko pobici, siedzą w recepcji, jedzie pogotowie i milicja”.
    Przez chwilę mam nadzieję, że to ponury żart drugiego pilota, który już
    wcześniej wykazywał się specyficznym poczuciem humoru. Schodzę jednak do
    recepcji – faktyczny stan rzeczy odpowiada opisowi. Dwoje zakrwawionych ludzi,
    krew na prowizorycznych bandażach, na ich ubraniach i na stoliku. Przy nich –
    histeryzująca współtowarzyszka. Zdrowa, nietknięta – bo bez oporu oddała
    torebkę z paszportem, kartą kredytową, komórką i sporą sumą w portfelu.
    Pozostali, ufając w swoje siły w starciu z młodocianymi chuliganami,
    przeliczyli się. Kobieta ma złamaną rękę, jej brat liczne stłuczenia i
    zadrapania.
    Drugi pilot jedzie z milicją i obrabowaną na komisariat, ja z poszkodowanymi
    wsiadam do karetki, która wygląda tak, jakby to miał być jej ostatni kurs. Po
    drodze dowiaduję się, co zaszło – pomimo późnej pory poszli do osiedlowego
    sklepiku, a wracając z zakupami zostali napadnięci przez grupę ok. 18-19-
    letnich ludzi. Krzyczeli, wołali o pomoc – ludzie w blokach zamykali okna,
    alejka błyskawicznie zrobiła się pusta.
    Wreszcie szpital. Prześwietlenie na jakiejś starodawnej, trzeszczącej
    aparaturze, gips na rękę. W Polsce okaże się, że był za cienki, trzeba go
    zerwać i położyć jeszcze raz… Obługa – współczująca, miła, serdeczna,
    przeplatają się słowa polskie, ukraińskie… Nie mamy najmniejszego problemu ze
    zrozumieniem się. Lekarz prosi, żeby mu odkupić w aptece bandaże, bo między
    Polską i Ukrainą nie ma umowy o refundacji kosztów poniesionych za leczenie
    pacjenta (?!!!).
    Po powrocie ze szpitala – kolejny szok. Milicja była opryskliwa, niemiła,
    rozmawiali tylko po ukraińsku, podsuwali do wypełnienia jakieś druczki w języku
    ukraińskim. Nie chcieli wystawić zaświadczenia o kradzieży paszportu, a wizja
    lokalna polegała na żartach i pogaduszkach z ekspedientką w sklepie. Nie został
    spisany żaden protokół ze skargą! Jest późno, idziemy spać, jutro pojedziemy do
    polskiego konsulatu.
    Na drugi dzień rano – piękna pogoda i wszystko wygląda jakoś lepiej, ale do
    czasu. Taksówkarz „nie umie” odnaleźć ulicy, gdzie znajduje się nasz konsulat,
    kluczy po mieście i jest bardzo rozgoryczony, bo na koniec nie otrzyma całej
    zapłaty za tę wycieczkę krajoznawczą;).
    Wreszcie konsulat – krótka, rzeczowa rozmowa, zdjęcie do nowego paszportu. Moi
    turyści decydują, że nie odpuszczą i doprowadzą do przyjęcia przez milicję
    zgłoszenia o przestępstwie. Jedziemy więc z pracownikiem konsulatu na
    komisariat. A tam… Masywne mury, zakratowane okna. Ściany pomalowane obłażącą
    olejną farbą, która pozwala poznać kolorystykę także sprzed iluś lat.
    Rozchwiane krzesełka, zniszczone biurka i starożytne maszyny do pisania. Pani
    pisze tak jak ja – dwoma palcami ;), więc już na wstępie nastawiam się na
    długie czekanie.
    Czekamy. Najpierw na szefa. Szef na spotkaniu. Potem na jego podwładnych,
    którzy wczoraj przyjmowali zgłoszenie. Pracownik konsulatu cierpliwie tłumaczy
    naszą relację coraz to nowym osobom. Niestety, również i te osoby znikają bez
    śladu i już do nas nie wracają ;). Nie pomaga nawet fakt, że nasi pokrzywdzeni
    to emerytowani policjanci.
    Po ok. dwóch godzinach szef znajduje dla nas kwadrans, przesłuchanie zaczyna
    się od nowa. Potem znika na następne dwie godziny. W pokoju unosi się zapach
    papierosów, które milicjanci palą przy biurkach, kurzu i zastarzałego potu.
    Pani ze złamaną ręką robi się zielona na twarzy.
    Wreszcie jest protokół, ale komendant nie chce… przystawić pieczątki. Kolejne
    40 minut negocjacji. Rozmowa oczywiście w języku ukraińskim, dobrze, że jest z
    nami pracownik konsulatu. Walczy o nasze sprawy – to pogrozi, to robi się
    stanowczy, to przymilny…
    Po około pięciu godzinach możemy wyjść z upragnionym papierkiem, pan z
    konsulatu odwozi nas swoim samochodem do hotelu. Po drodze rozmawiamy o
    sytuacji na Ukrainie - jest ostrożny, nie chce nic osądzać. „Ludzie się tu
    boją” – zamyka temat.
    Dwa lata później śledztwo nie postąpiło ani na krok, być może zostało umorzone,
    a strony polskiej nie zawiadomiono o niczym. Paszport nie odnalazł się nigdy.
    Ale oglądając w telewizji pomarańczową rewolucję miałam przynajmniej jedną
    nadzieję – że będąc tam w przyszłości nie usłyszę już słów świadczących o
    strachu. Że milicjanci nie będą lekceważyć cudzoziemców, ale poczują się
    gospodarzami w swoim kraju i zechcą zapewnić bezpieczeństwo swoim gościom. I że
    przemiły pracownik konsulatu będzie mógł bez obawy powiedzieć: tak, mam
    ukraińskie obywatelstwo. Ale jestem, urodziłem się i czuję Polakiem.
  • 15.07.05, 14:39
    "Wakacje z dreszczykiem" to na 100% moja podróż poślubna. Byliśmy na Majorce i
    w sumie było wszystko OK. Hotel fajny, jedzenie fajne. Pojechali z nami nasi
    długoletni znajomi i bawiliśmy się świetnie. Nasz hotel organizował różne
    wycieczki po wyspie i z kilku skorzystaliśmy, ale stwierdziliśmy, że fajniej
    będzie wypożyczyć samochód i samemu pojeździć. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy.
    Następnego dnia rano wypożyczyliśmy terenowy samochód z napędem na 4 koła,
    ustaliliśmy trasę i wyruszyliśmy w drogę. Majorka jest bardzo górzystą wyspą
    (dla tego jest taka śliczna). Jeździliśmy kilka godzin po wysokich i stromych
    górach i pagórkach. Drogi były tak wąskie, że mieliśmy trudności z minięciem
    się z samochodami z naprzeciwka. Widzieliśmy za to dom M.Dugglasa oraz dom
    Króla Hiszpanii. Po całym dniu wrażeń postanowiliśmy wracać do Hotelu i wtedy
    się zaczęło. Najpierw zabrakło nam benzyny.. Po kilku kwadransach stania na
    poboczu zatrzymał się samochód i przelaliśmy troche benzyny do naszego auta.
    Potem szukanie stacji benzynowej ... koszmar. Byliśmy ok. 20 kilometrów od
    naszej miejscowości, głusza - same plantacje pomarańczy i cytryn, żadnego domu
    w okolicy. Zatrzymaliśmy się na zmianę kierowcy i wtedy podczas ruszania - huk,
    samochodem zatrzęsło i zobaczyliśmy części samochodu jak rozsypują się po
    ulicy. Szok - co robić? Okazało się, że rozwalił się w drobny mak - wał.
    Niestety z dalszej jazdy nici. Byliśmy przerażeni, pusta droga, środek pola.
    Zaczeliśmy szukać jakiegoś domu. Po godzinie marszu - udało nam się.
    Właścicielami było dwóch niemców, którzy okazali się bardzo mili. Zadzwonili po
    pomoc drogową, dali nam jeść i pić i w końcu zawieźli nas do Hotelu. Po
    wszystkim okazało się, że mieliśmy niespotykane szczęście bo gdyby taka awaria
    trafiła nam się w górach to nic po nas by nie zostało. I właśnie takie przygody
    mieliśmy w trakcie podróży poślubnej. M
  • 15.07.05, 16:43
    Jako szczęśliwa studentka prawie drugiego roku studiów pojechalam na miesiąc do
    ciotki za Morze Baltyckie-do Szwecji.Po równie mile i szczęśliwie spędzonych
    wakacjach-lato bylo wtedy hiszpańskie iście, nadeszla pora na powrót.
    Samodzielny rejs promem chyba "Pomerania". Odwieziono mnie do portu, w którym to
    porcie zreflektowalyśmy się obie, że jest to koniec lipca , a co za tym
    idzie-zmiana turnusu. Huk ludzi. Wniosek- brak wolnych miejsc w kajutach.
    Odstanie pól godziny w kolejce z beznadziejnym o to pytaniem potwierdzilo nasze
    przypuszczenia. No cóż- ciotka mówi- wiesz co, czasem ci z obslugi sprzedają na
    lewo miejsca w swoich prywatnych kajutach... Pożegnawszy się z przerażoną ciotką
    i przeszedlszy odprawę podążylam z tobolami (ciuchy dla calej rodziny) na prom.
    Podszedl do mnie pewien pracownik promu, wynajęlam go do dźwigania owego
    brzemienia. I zadal mi wiekopomne pytanie:nie szukasz może kajuty? "Tykanie"
    wkurzylo mnie, no ale nie wyglądalam na swoje 20 lat (dziś wszyscy mówią mi już
    "pani",niestety).Przecież nie będę nocować na pokladzie pośród pijanych
    Szwedów,a z restauracji mnie wygonią w końcu. Umówiliśmy się, że jak tylko prom
    ruszy gość pokaże mi tę kajutę. Przyszedl, pokazal, dal mi klucz,przyniósl mi
    pościel. Wytlumaczyl mi (niejasno) gdzie na korytarzu znajduje się prysznic, z
    którego i tak nie skorzystalam,o czym za chwilę. I poprosil mnie abym się za
    bardzo nie szwendala po tym korytarzu, bo go ktoś może podkablować. OK.Wyszedl.
    Za chwilę wrócil,chyba z tą pościelą, nie pamiętam. Coś tak gadka-szmatka,
    spytal czy mi rano śniadanie przynieść. Do lóżka. I zahihotal "O,
    przepraszam."Ja na to, że doskonale dam sobie radę. Poszedl. Jeszcze byla
    wczesna godzina, zatem wybralam się do sklepu bezclowego (lza się w oku kręci na
    wspomnienie!)kupić sobie prawdziwy rum Bacardi, zjeść coś na pokladzie, i
    poczekać na zawsze przepiękny zachód slońca na pelnym morzu. Cudownie, cieplo,
    bryza koila podejrzenia i myśli. Sloneczko schowalo się w swoją morską kolderkę
    i trzeba bylo wracać. Po drodze usilowalam zlokalizować ten prysznic- bez
    skutku. Jeszcze mnie na korytarzu zaczepilo jakiś dwuch i mialam dosyć. Trafilam
    do kajuty. I próbuję otworzyć. Ani rusz! Klucz nie pasuje. A ten caly marynarz
    nie wiem gdzie jest. Wrócilam z tą butelką rumu na poklad. Zimno się już zdążylo
    zrobić. I czekam. W końcu trafilam na drania. A on wcale nie zdziwiony, że klucz
    mi nie pasowal otworzyl drugim."No wiesz do tego klucza trzeba wprawy".Dal mi
    potem ten swój jak się okazalo uniwersalny. Zasugerowalam mu, że może tak byśmy
    się rozliczyli- a nie musi być teraz, to może ja rano przyjdę. Bardzo dobitnie
    mu rzeklam, że ja chcę teraz. No dobra. Pyta mnie co będę robić wieczorem, czy
    na dyskotekę się wybieram może? Wkurzylo mnie to maksymalnie, bo nie sądzilam,
    że wyglądam na bywalczynię dyskotek. Nie, proszę PANA, ja nie chodzę na
    dyskoteki.A to szkoda, szkoda.Dziewczyna w twoim wieku ble ble..Już wcześniej
    dostrzeglam na jego palcu zlotą obrączkę , co sugerowalo, że zapewne jest żonaty
    i być może nawet dzieciaty. Zaczęlam wspólczuć tej biednej kobiecie zdradzanej
    przy każdej lepszej, czy gorszej okazji. No i wkońcu chcąc wzbudzić we mnie
    litość zapytal "A czy nie przeszkadzaloby ci jakbym potem przyszedl i tu na
    górnym lóżku się przespal?"(piętrowe tam stalo)"Tak tylko parę godzin.No bo tak
    calą noc na pokladzie wiesz..." Jak mnie wpienil!!! Nie, nie moze pan.
    Przeszkadzaloby mi to. Zaplacilam za kajutę, to chcę w niej być sama! Do
    widzenia. Poszedl. Ja chcialam mieć tę noc już za sobą. Świadomość, ze cala
    obsluga ma klucze uniwersalne wcale nie napawala optymizmem. W obawie, ze znowu
    nie zdolam otworzyć tych przeklętych drzwi od kajuty, i że gdybym wyszla ktoś by
    się przyczepil, i że mogę spotkać tego wyluzdańca- zostalam w kajucie do rana. W
    kajutach dla turystów są i toalety i prysznice. Tu byla tylko umywalka.Ale za to
    bylo okno z widokiem na morze. Jednak zdecydowanie na minus szalę wagi
    przechylil kalendarz z golą panienką. Kąpiel w umywalce i sposoby na opróżnienie
    pęcherza- pominę. Zabarykadowalam drzwi krzeslem i częścią bagaży (resztę
    zostawilam w depozycie). Na morzu na ogól sypia się świetnie, bo kolysze. Ale
    tej nocy do końca życia nie zapomnę. Calutką noc śnily mi się trąby powietrzne.
    "Twister" czy tym podobne to wieczorynka, przy tym co wyprodukowal mój
    mózg.Oscar senny za efekty specjalne. I calą noc uciekalam przed tymi trąbami.
    Cale szczęście mój dziadek nieboszczyk za życia wybudowal zapobiegliwie schron
    pod powierzchnią podwórka, bo bym tej nocy chyba nie przeżyla . Rozerwaloby mnie
    na strzępy. Podczas przeblysków świadomości slyszalam jak zaloga dobrze się
    bawi, w tym facet z którym zawarlam ustną umowę najmu tej kajuty. O świcie
    zabawa ustala. Trąby powietrzne daly mi dożyć poranka. Wstalam ultra wcześnie,
    wyzbieralam się i ulotnilam tuż przed 7.00 (o tej otwierają kafeterię). Drzwi
    się zatrzaskują same więc cale szczęście moglam klucze zostawić w środku. Wraz z
    ulotką na temat szczęśliwego życia rodzinnego. Niech go chociaż trochę zaboli!
    Dotarlam szczęśliwie na polską ziemię.

    Rum wypil mój ojciec z kolegą i nie zostawili mi ani kropelki. Ale chociaż bylo
    mu glupio.

    (Wszystkie zdarzenia wyżej opisane są autentyczne. Ten schron na podwórku także.)
  • 15.07.05, 17:10
    A co to były za wakacje, skoro cały czas czułam dreszcze. Miałam wrażenie, że
    niczym Telimena śpię na mrówkach. A o te dreszcze przyprawiła mnie... moja
    przyszła teściowa!!! Bo tak się stało, że mój mężczyzna zdecydował, że czas bym
    poznała jego rodzinę, a że mieszkają wiele kilometrów ode mnie, wakacje wydały
    się najlepszym czase. Miałam dreszcze, zanim jeszcze wkroczyłam do domu, ale
    słyszałam, że to sztywna pani adwokat. Sztywna?? Przypominała kij. Gdy mnie
    pierwszy raz ujrzała, zlustrowała z góry na dół (a dreszcze się od razu
    odezwały!!!), i podała dłoń. Uścisnęła ją lekko, po czym... wyjęła chusteczkę,
    i swoją przetarła!!! Akurat była pora obiadowa, a ja ledwo co na nogach stałam,
    tak mi się trzęsły. Jak tu jeść, gdy ręka drży? Mój mężczyzna mnie uspokajał,
    ale gdy tylko pomyliłam widelce, i groźne spojrzenie zerknęło na mnie, drżałam
    cała. Potem okazało się, że dałam nie tą saładkę do ziemniaczków co miała być -
    bo ta druga to była na deser, z jakimiś kuleczkami, źle nalałam wina, złą
    serwetkę wybrałam, a przyszła teściowa sumiennie mnie poprawiała. Gdy koszmarny
    obiad się skończył, na dodatek zjedzony prawie w ciszy, zaprosiła nas do
    salonu. Jeszcze się z nią nie oswoiłam, a poczułam się jak na spowiedzi.
    Posypał się na mnie grad pytań, a ja czułam dreszcze widząc jej spojrzenie,
    które mówiło samo za siebie - nie nadaję się na kobietę jej syna! I tak ciągle
    coś było nie tak. Co położyłam kubek, szła i poprawiała. Co ściereczkę
    zawiesiłam, okazało się że nierówno. Co się ubrałam, nie pasowałam do czegoś
    tam, np. do jej kapelusza. Mimo oparcia mojego mężczyzny, ciągle trzęsły mi się
    ręce. W końcu On stwierdził, że ma dosyć, bo wyglądam jak alkoholik, i
    strasznie zmarniałam. Przeprosił mamę, i wynieśliśmy się do przytulnego
    pensjonatu, a jego rodzinę odwiedzaliśmy od czasu do czasu. Długo trwało, zanim
    opuściły mnie dreszcze. Gdy tylko miałam iść w gości, one mi towarzyszyły.
    Trwały przy mnie, psuły wakacje. Ale udało się. Po dwóch miesiącach przyszła
    teściowa stwierdziła, że nadaję się do rodziny!!! I przestała na mnie patrzyć
    jak na potencjalnego przestępcę. Tylko że ja oswoiłam dreszcze, i jeszcze długo
    po powrocie do domu trzęsłam się cała, gdy przypominało mi się jej karcące
    spojrzenie. Już wolałabym spędzić wakacje z duchami!!!
  • Gość: Paul IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.05, 11:44
    ach coz za dreszczyk ;) wiesz z gory przepraszam za nieprzychylna opinie, ale
    to byla bardzo nudna historia... sam sposob opisywania...
    moze to nie grzeczne, ale ile Ty masz lat?? 16?? naprawde nie spotkalo Cie w
    zyciu nic bardziej pasjonujacego lub strasznego??
    nic tylko pozazdroscic :) oby tak bylo nadal.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.