Dodaj do ulubionych

rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal kocham

30.05.06, 12:36
Odeszłam od męża z powodu czynnej choroby alkoholowej , złego traktowania
mnie przemocy fizycznej i psychicznej. Jak zobaczył , że rozwód to nie żarty
tak odrazu przestał mnie nękać telefonami i przyjezdżaniem do mnie .
I co teraz mi zoastalo , teraz jak nie mam z nim dłuższego kontaktu to
zapomniałam o tym złym co robił a trwalo to pare lat , a tęsknie za nim tym
dobrym , normalnym i fajnym takim w którym sie zakochałam bez wódy.

Czy któś cos podobnego przezywa?
Obserwuj wątek
    • adsa_21 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 30.05.06, 12:54
      chyba kazda z Nas ma cos takiego, ze przypominaja jej sie fajne chwile z mezem,
      wtedy gdy bylo dobrze..to jest normalne, bo my kobiety jestesmy sentymentalne.
      mi tez czesto przypominaja sie chwile, kiedy oboje z mezem bylismy szczesliwi,
      zakochani, kiedy nie bylo klopotow i trosk. Ale trwa to tylko chwile.
      Popatrz na swoja sytuacje racjonalnie, nie mozesz byc z alkoholikiem w zwiazku,
      zniszczy Cie.Tak jak ja nie moge byc z mezem, mimo tego ze nie jest
      alkoholikiem ani norkomanem.
        • fikus28 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 30.05.06, 14:37
          Dobrze że zdajesz sobie sprawę ze współuzależnienia i pracujesz z psychologiem.
          Zapewne psycholog powiedział Ci że istnieje coś takiego jak żałoba po związku?
          Każdy musi przejść przez ten okres, kiedy właśnie pojawiąją się wątpliwości,
          pytania i wspomnienia. Musisz opowiedzieć o nich swojemu psychologowi, on jeśli
          jest dobry pomoże Ci przez to przejść. Trzymam za Ciebie kciuki i bardzo dobrze
          Cię rozumiem. Bądź dzielna.:))))
        • ohane Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 30.05.06, 14:47
          tego nie trzeba się uczyć, po prostu trzeba mocno chcieć a wszystko samo
          zacznie się dobrze układać, grunt to wierzyć w siebie, ja też byłam kiedyś
          nieszczęśliwą męzatką, która bała się cokolwiek zmienić, ale spróbowałam i
          udało się, głowa do góry i do przodu, najpierw zacznij marzyć, jak byś chciała,
          żeby wyglądało twoje życie, potem zrób pierwszy mały krok, potem kolejny, po
          trzecim kroku powinnaś poczuś że jesteś już silna i wiesz co chcesz od życia,
          powodzenia
          • myszka190 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 30.05.06, 16:56
            dzięki , pracuje nad tym wszystkim bardzo mocno a nauczyć sie zyc dla siebie to
            trzeba wyciwiczyć, ogólnie to jestem szczęśliwa dlatego że dobrze sypiam , nie
            rycze od 4 miesięcy , nie biore prochów od 4 miesięcy mam chęć zycia a miałam
            myslei smobujcze i ogólnie jestem szczęsliwa bo już bardzo dawno sie tak dobrze
            nie czułam , żałobe chyba powoli mam juz za sobą . Teraz jestem w obliczu chyba
            zamrozenia bez marzeń , bez chęci na chłopa tylko myslami że tamtego mimo
            wszystko jeszcze kocham żeby jeszcze to mnie opuścilo i byloby chyba ok z tym
            rozwodem , bo wiecie jak sędzia w prost sie spyta czy czuje cos do niego
            jeszcze to nie chciałabym kłamać
          • galareta2 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 08:06
            To nie zupełnie tak z tym chceniem - ja wiem czego chce, marze o życiu "potem",
            które wiem jak będzie wygladało, wszystko niemal poukładane ale ... ale nie
            umiem się uwolnić, odejść, powiedzieć koniec. Chyba jestem współuzależniona,
            tak teraz to widzę. Mąż - od zewnątrz idealny, a ja czuję się jak służąca,
            wyrobnik, obsługa pana cudownego. A kiedy mowie, jak sie czuję on robi psie
            oczy i twierdzi, że przecież dba o mnie, że wszystko jest tak jak ja chcę ...
            Ale to nie tak - ja już niemal wyrzekłam się siebie byle tylko był spokój.
            Boję się jego krzywej miny, jego przekleństw, jego pretensji, nawet tych
            cholernych psich oczu. Czasem podnoszę głowę, rzucam cierpkie uwagi a potem dla
            świętego spokou znów kule uszy, macham ręką. Dwa razy już niemal się
            rozstaliśmy, byłam gotowa na ostateczne rozwiązanie, ale on stawiał ultimatum,
            robił z siebie ofiarę i w imię dobra i ratowania rodziny dla
            dziecka "dobrodusznie" wybaczał moją niepokorność, stawiając warunek "będę
            dobry pod warunkiem, że spokorniejesz". I znów na zewnątrz jest cudownie ale w
            środku już jestem inna ...
            • myszka190 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 10:08
              a przed oltarzem mowil ci takie warunki" będe dobry pod warunkiem , że
              spokorniejesz" , nie wiem czy braliście slub kościelny to tylko przenośnia ,
              ale porócz milość chyba slubował Ci szacunek, wierność itd itd , a szantaż
              emocjonalny daleko lezy od szacunku. Jak Ty zyjesz tylko tak żeby jemu bylo
              dobrze bo boisz sie go i jego reakcji to to nie milość tylko przywiązanie
              chyba , wszystko robisz zeby jemu bylo ok a gdzie jestes TY W TYM ZWIĄZKU ,
              czemu on nie ma sie starać zebys Ty nie robila miny pieska alebo żebyś TY nie
              była zła , gdzie jste powiedziane ze Ty ma sz stwawać na rzęsach żeby go
              zadowolic kosztem swojego szczęścia , jakbyście sie dwoje starali bez szantarzu
              tak dobrowolnie to może cos by z tego wyszlo a tak to sie udusisz w tym związky
              prędzej czy puźniej to sie skończy takie kłamstwo na zewnątrza , boląca prawda
              w srodku, powodzenia porozmawiaj z nim szczerze bez szantarzu jak partnerzy,
              powodzenia!!!
            • fikus28 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 02.06.06, 23:39
              Galareto droga, ja w swoim związku totalnie zatraciłam swoją torzsamość, nie
              wiedziałam czego chcę, czego mogę chcieć, liczyło sie tylko dobro i dobre
              samopoczucie mego pana i władcy, tej alfy i omegi. Czyli jak on wychodził z
              kolegami i wracał w stanie totalnego zamroczenia alkoholowego to było w
              porządku, natomiast jak ja chciałam wyjśc, chodzic na lekcje rysunku, to było
              źle, bo ja nie miałam dla niego czasu i nie zajmowałam się nim. Powiem jedno, w
              takiej sytuacji czeka Cię albo załamanie albo depresja, albo jedno i drugie. I
              to nie jest tylko moje zdanie, mój psycholog który własnie wyciąga mnie za uszy
              z tego opłkanaego stanu w jakim się znalazłam, twierdzi to samo.
              Przedewszystkim powionnaś zastanowić się czego chcesz Ty, czego potrzebujesz
              żeby być szczęśliwą. Bo dla Ciebie to Ty powinnaś być najwazniejsza. Wiem że to
              trudne, potwornie trudne, ale wykonalne. Życzę szczęścia i pozdrawiam.
    • 666jola Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 19:10
      Podwody mojego rozwodu takie same jak u ciebie. Nie było tylko przemocy
      fizycznej, o czym stale przypominała mi była teściowa, pytając, co ja właściwie
      chcę od jej syna, bo "przecież cię nie bije". Mnie do rozwodu wystarczyło wiele
      lat jego nałogu, upokorzeń, wyzwisk, awantur, a na koniec jeszcze przyplątała
      się kochanka. Prawie od roku jestem po rozwodzie, nie mieszkamy od dwóch lat ze
      sobą. Przez 4 miesiące, jak wyrzuciłam go z domu, nie mogła się pozbierać. Płacz
      i ogromny ból! Teraz jest trochę lepiej. Chociaż stale tęsknię za nim, za takim
      jaki był 20 lat temu kiedy się poznaliśmy. Ale nie można żyć przeszłością. Mam
      syna i mam dla kogo żyć. Pomaga zaangażowanie w pracy, znajomi. Jednak można żyć
      bez powietrza...
      • myszka190 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 19:40
        właśnie masz syna i masz dla kogo zyć a ja na każdym kroku kontroluje sie i
        szukam sobie powodow do zycia , spontanicznie nie umiemzyc tak poprostu sama
        dla siebie , tylko ciągle ciągle wymyslam cos do dzialania , praca tok uciekam
        w nia a jak nie ma pracy to wymyslam inne wysilki fizyczne jakos musze sobie
        radzić moze z czasem to przejdzie
        • 666jola Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 20:55
          Myszko, łatwo jest radzić, trudniej pomóc. Musisz to sama przerobić. Domyślam
          się, że ciągnie się to już długo, a Ty masz już czasami dosyć takiego trwania i
          jałowego życia. Spróbuj myśleć więcej o sobie, a coraz mniej o nim. Rób sobie
          przyjemności. Otaczaj się wesołymi ludźmi. Małe to pocieszenie - inne mają
          gorzej bo tkwią w okropnych związkach. Myślę o tobie ciepło
          • myszka190 Re: rozwodze sie z nim mimo tego że go nadal koch 01.06.06, 20:58
            dzięki za wsparcie powodzenia i trzymaj sie , wiesz co a teraz mi tak dowalił
            moj alko przez telefon że chyba juz mam go dosyć, może ja za szybko odeszłam od
            niego moze on za malo mi dowalił w tym związku dlatego sie jeszcze borykam z tą
            milością , sama nie wiem, jakbym więcej przezyła koszmaru to może bym sie
            skuteczniej z niego wyleczyła
    • tu_lipa Myszko 04.06.06, 14:06
      Zabłakałam się na to forum. Rozwiedź sie z nim, to najlepsze. Gdyby on tylko
      pił, a szanował cię, tylko spóźniał się i wracał brudny, to może...
      Ale jesli bije i cię poniża, to nich zegna. Dlaczego to piszę - bo mimo braku
      bezposredniej stycznosci z alkoholizmem, znam taka jedną fajną rodzinę. Ona
      emerytowana prawniczka, on emerytowany robotnik, ich syn prawnik mężczyzna
      wszelakiego sukcesu: zawodowego, rodzinnego, zyciowego, wszyscy szczęsliwi, bo -
      ona męża porzuciła na czas. Nikt nie zmarnował nikomu zycia. Chłopak dorastał
      bez ojca pijaka, ojciec pijak musiał sam zadbać o siebie, oprać, ugotować,kupić
      itp. Teraz szanują sie , odwiedzaja, wspólnie remontują co potrzeba, prowadzaja
      po szpitaklach. Teraz jest dobrze, ale tego dobrze muszą chcieć wszyscy a nie
      jedna strona. Nie udźwigniesz cudzych pretensji.
      • myszka190 Re: Myszko 06.06.06, 20:50
        Cześc tu_lipa, tak tez robie mimo to ze go kocham rozwodze sie znim poniewaz
        trafiłam tu prosto z forum bezpieczeństwo kobiet " czy to też jest przemoc wobe
        mnie" , ponizanie , brak godności , szacunku , wyzwiska , agresja it itd.... i
        do tego przmoc psychicnz i fizyczna plus alkocholizm tego chyba jest więcej niz
        samego uczucia kocham zeby mialo wystarczyc , zeby z nim być
          • delika1 żałoba po związku.. 21.08.06, 13:09
            opowiecie coś więcej na ten temat?Wiem ,że dobrze zrobiłam odchodząc, że mąż
            zniszczyłby mnie do reszty, a co za tym idzie-cierpiałoby dziecko.Ale i tak mam
            rozdrapy, poczucie winy, rozpamiętuję jakieś okruchy dobra w tym
            związku..Trudno jest czasem..ech rozum swoje a serce swoje..Jak sobie z tym
            poradzić?-skoro psycholog mówił o żałobie po związku, to pewnie doradził coś
            jak z tego wyjść...
            • myszka190 Re: żałoba po związku.. 21.08.06, 19:40
              To jest wykład na temat, jak się należy rozstawać.
              A oto duchowa przypowiastka o człowieku, który wędrował przez pustynię.
              Któregoś dnia kiedy zabrakło mu picia i jedzenia, spotkał na swojej drodze
              starca, który szedł z dużą torbą. Ponieważ był bardzo zgłodniały, zapytał
              starca, czy ma coś do jedzenia i do picia. Ten otworzył torbę i podzielił się
              połową swojego chleba, połową wody i całym pozostałym jedzeniem. Wędrowiec
              posilił się i zadowolony pożegnał się, ale kątem oka zauważył, że starzec
              oprócz jedzenia ma w torbie olbrzymi diament. Idąc zastanawiał się, po co
              starcowi taki diament i do czego mu się może przydać. Wrócił po chwili do
              starca i podzielił się swoimi wątpliwościami.
              – Masz olbrzymi diament, który jest takim olbrzymim skarbem. Na co ci on? Czy
              nie mógłbyś mi go dać?
              Starzec przystał na to. Oddał mu swój diament bez chwili wahania. Człowiek
              odszedł kilka kroków dalej, ale wrócił znowu do starca i mówi­:
              – A czy mógłbyś mi dać to coś, dzięki czemu możesz podzielić się takim wielkim
              skarbem? Co to jest?
              Miłość?
              Miłość jest w znacznej mierze wolnością. Prawdziwa miłość nie więzi. Są dwa
              syndromy miłości. I tak - mama małego Jasia, pokazała mu, w jaki sposób
              zatrzymać (poznać) przyjaciela. Nabrała w dwie garści piasku. Jedną garść
              ścisnęła, a drugą trzymała otwartą. Gdy potem otworzyła garść, zostało tam
              kilka ziaren piasku, a ciągle otwarta garść była pełna. Ale jak tu się nauczyć
              tak kochać? To nie takie proste. No właśnie, dlaczego odczuwamy żal po stracie?


              Pierwsza rzecz, którą warto zauważyć, czy chcemy czy nie, to taki proces, który
              można różnie nazwać, np. że to jest proces zbliżania się do śmierci. Można też
              powiedzieć, że to jest proces zmian. Każdy z nas, jeżeli ktoś z was w tej
              chwili jest smutny czy w depresji może sobie powiedzieć: kiedyś byłem
              najbardziej fachowym plemnikiem – wygrałem konkurencję. Jestem. Z plemnika
              rodzi się płód, z płodu rodzi się dziecko, ale każda z tych form musi „umrzeć”.
              Żeby być dorosłym, to trzeba skończyć z dzieciństwem. By pójść do szkoły
              średniej, to trzeba ukończyć podstawówkę. Co to oznacza? Że proces życia,
              proces zmiany, to jest proces narodzin i śmierci, ciągłej transformacji. Jeżeli
              ktoś akceptuje proces zmian, proces życia, to tym samym akceptuje śmierć.
              Przecież to jest naturalne.

              Teraz mamy Zaduszki. Zapalamy na grobach świeczki. Jak się tak nad tym
              zastanawiamy, to osoby odchodzą, ale nie umiera miłość. Komu stawiamy te
              świeczki? Jeżeli soba umarła żyje dotąd, dopóki żyje w naszej pamięci.
              4:35 myslimy o tym z dużą niechęcią. Czym jest życie? Czym jest śmierć? Warto
              jest sobie uświadomić, ze jeżeli akceptuję życie, to co muszę akceptować? –
              Proces zmiany. Bo jeżeli nie potrafię się pożegnać z dzieciństwem, to co? – To
              mogę żyć i 120 lat, a być infantylny jak małe dzieciątko. Dlatego, że nie
              potrafię się odpępowić. Rozstać ze swoimi rodzicami. Nie potrafię dokonać
              transformacji. Czyli proces życia, proces zmian, to proces rozstawania się. W
              tym procesie rozstawania problemem jest coś takiego, co się nazywa „strata”.
              Straty takie najbardziej typowe to strata dzieciństwa, młodości, zdrowia. Duże
              straty, takie które nas bardzo bolą, to strata ukochanej osoby, śmierć i często
              żeby poradzić sobie z dużą stratą często trzeba szukać pomocy farmakologicznej.
              Co się pojawia, kiedy coś tracimy? – Uczucie smutku, żalu.
              Ale czego to jest dowód? – że jestem przywiązany do czegoś, że coś cennego
              straciłem. No a wolność podobno nie uzależnia od niczego. „Nie czuję smutku,
              żalu, bo jestem wolny” – nie o to chodzi. Ten smutek dowodzi, ze jestem
              przywiązany do czegoś i to jest ludzkie.
              Wyjechałem na wczasy bardzo atrakcyjne w piękne okolice i wracam do domu. Co
              się pojawia? – Smutek, tęsknota, wspominania, oglądanie zdjęć.
              Fredro napisał wiersz„Osiołkowi w żłoby dano…”, który pokazuje jedną z
              życiowych mądrości. Mówi o trudności w podejmowani decyzji. Dokonać wyboru, to
              znaczy umieć zrezygnować. Gdyby taki wczasowicz nie umiał zrezygnować z
              wczasów, siedziałby tam do końca życia. Niektórzy tu tez są takimi małymi
              dzieciątkami. Nie mogą się rozstać z takimi wczasami – na jedną nóżkę, na drugą
              nóżkę… tak czasem wygląda że mają 100 nóżek.

              Umiejętne korzystanie z przyjemności też jest życiową mądrością. Częste
              powtarzanie przyjemności staje się nieprzyjemne. Czyli takie „wczasy” w
              nadmiarze stają się… „obozem koncentracyjnym”
              Najlepsza szynka, jeżeli jest nam podawana na śniadanie, obiad i kolację, po
              tygodniu by nam obrzydła. Na widok szynki miałbym taką gulę, ze chciałbym kogoś
              zamordować . Odruch wymiotny.
              Wierszyk Fredry pokazuje ważną rzecz, że należy nauczyć się rezygnować. Jeżeli
              chcę założyć rodzinę, wziąć ślub i wychowywać dzieci, to naturalne, że muszę
              się „rozstać” z mamusią. To może być bolesne odpępowienie dla mamusi i dla
              synka. No chyba że znajdziemy sobie drugą mamusię. Kobiety, jeżeli nie potrafią
              się odpępowić, wychodzą za „tatusia”. A niektóre szukają „dzidziusia”. Skąd te
              trudności w doborze partnera? Ważne przy wyborach jest umiejętność przeżywania
              żalu po stracie. Żeby umieć się rozstawać, trzeba mieć zgodę, ze cierpienie
              jest naturalną częścią rozwoju, życia. To nie jest przyjemne, ale żeby się
              rozwijać, trzeba umieć cierpieć. Jeżeli chcę wejść pod górę, muszę się nauczyć
              znosić zakwasy, lęk, pot, trud. Ale na szczycie jest pięknie. A jak nie umiem
              cierpieć, to siedzę na kanapie i patrzę jak w TV inni zdobywają Himalaje – Ach,
              jakie życie jest cudowne, a ja sobie siedzę na kanapie. Ale ludzie pod koniec
              życia, kiedy podsumowują swoje życie, nie mówią, że mało TV oglądali. Żałują,
              że za mało ryzykowali, że nie mają osiągnięć, ze nie weszli na taką górę.
              Jeżeli nie zaryzykujesz to nie masz szans sprawdzić, a żyjesz tylko projekcją
              lub lękiem. Czy jesteś wtedy wolny? To ty decydujesz, czy twój lęk decyduje o
              twoich wyborach?
              Czyli ważnym elementem rozwoju jest wiadomość, że to naturalne że się cierpi,
              że cierpienie jest konstruktywne, niezbędne do życia. Żadna kobieta nie urodzi
              dziecka jeżeli nie zgodzi się na cierpienie. I to jest pierwszy warunek
              miłości. Miłość pojawia się poprzez cierpienie – konstruktywne. Idę do szkoły
              średniej to rozstaję się z miejscem, z kumplami – trochę mi żal – ale drugiej
              strony cieszę się. Jeżeli nie zgodzę się na przezywanie żalu, to do niczego nie
              dojdę. Będę miał pretensję do losu i zadawał sobie pytanie „dlaczego mnie to
              spotkało”, „dlaczego jest mi źle”, „dlaczego nic nie mam” itp. Ale jakoś
              dziwnie, kiedy wygramy w Totka nie zadajemy pytania: „Boże, dlaczego ja
              wygrałem 5 milionów dolarów?” albo „Dlaczego jestem obdarzony
              talentem?” „Dlaczego” to jest pytanie egocentryka. Czy nie jest ważniejsze
              pytanie „Czy stało się?” i „Co mam z tym zrobić?” – własna odpowiedzialność? Na
              przykład straciłem jakąś część zdrowia, muszę więc sobie zdać z tego sprawę, że
              tak jest i leczyć się. Dopadło mnie np. choroba alkoholowa, albo
              współuzależnienie. Pytanie „dlaczego” jest bez sensu. Nie ma na nie
              jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co z tym
              zrobić. Czy jestem odpowiedzialny, że dopadnie mnie katar? Nie. Jestem
              odpowiedzialny za to jak choruję i czy się leczę. To ja, to moje zdrowie. Nikt
              za mnie nie będzie się leczył. W interesie lekarzy i terapeutów nie jest
              zdrowie chorego. To w interesie chorego jest wyzdrowieć. Szukam kompetentnego
              lekarza, ale to ja biorę odpowiedzialność za to czy chcę się leczyć. A
              terapeuta powie: „Ja ci mogę powiedzieć, jak się wchodzi na szczyt góry, mogę
              być twoim przewo
                • myszka190 Re: żałoba po związku.. 27.08.06, 14:43
                  „Ja ci mogę powiedzieć, jak się wchodzi na szczyt góry, mogę być twoim
                  przewodnikiem, ale nie zaniosę cię tam na swoim grzbiecie, nie jestem
                  współuzależniony” .

                  W pierwszym etapie po dużej stracie przezywamy szok, złość (Ten bandzior spadł
                  z 4 piętra i nic mu się nie stało, a tu taka niewinna istota i nie żyje.
                  Dlaczego?) Pan Wołodyjowski, bogobojny patriota, któremu umiera żona zaraz po
                  ślubie, trzymając zmarłą w ramionach, przeklina Boga. Wściekamy się, potem jest
                  smutek, potem znowu targowanie.

                  Proces żalu po stracie trwa jakiś czas. Po dużych bolesnych stratach trwa do
                  dwóch lat. Wiadomo, że trzeba szukać wtedy sprzymierzeńców. To ja mam nie
                  przeżyć. To dowodzi, ze jestem troszkę uzależniony od tego człowieka. On już
                  tak naprawdę nie cierpi. Ja powinienem się cieszyć, ze osoba, którą kocham już
                  jest w Raju. A ja chodzę i płaczę i nie mogę żyć.

                  Było zrobione takie doświadczenie, że 10 muzykom dano zagrać koncert
                  fortepianowy i tuż przed ostatnim akordem przerwano im grę. Ośmiu z nich wstało
                  w nocy i podczas snu dogrywało ostatni akord. Jeżeli coś się kończy raptownie,
                  to zostaje w nas pewien rodzaj energii, potrzeby „dogrania”, nie wiadomo co z
                  tym zrobić. Gdzie teraz tę energię umiejscowić. Przecież wcześniej coś robiłem,
                  kłóciłem się, rozmawiałem. Pozostała po tej osobie pustka. Niektórzy próbują
                  żyć iluzją, tak jakby ta osoba była, stawiają zdjęcie, robią dla niej zakupy,
                  niektórzy uciekają w pracę, niektórzy uciekają w alkoholizm. Dlaczego to robią?
                  Bo chcieliby ten ból znieczulić, uważają że nie należy tego procesu przeżywać.
                  Chcieliby szybko tę pustkę wypełnić. Podstawowym błędem jest niezgoda na ten
                  proces bólu. Chęć zaspokojenia natychmiast czymś innym. Jedna metoda do jest
                  klin (2. faza).
                  Eureka! Już nie cierpię (tylko już jestem w drugim przedziale uzależnienia).
                  Wyobraźcie sobie, że ktoś się zatruje grzybami, zawożą go do szpitala, a lekarz
                  mówi: „Czym się zatruł? Muchomorem? No to już, klin klinem, dajcie mu
                  muchomorka na odtrucie”
                  Inny rodzaj klina stosujemy na zdradę, na odejście partnera. „Co ty się
                  martwisz. Teku kwiatu pól światu” – mówią życzliwi koledzy. No i co z tego
                  wychodzi? Jestem z Krysią, a myślę o Zosi. Jestem z Kaziem, a myślę o Rysiu.
                  Które z nich jest lepsze? Ta była lepsza w łóżku, ale tamta świetnie gotowała.
                  Czy ja wtedy tak naprawdę coś czuję? Mam toksyczne podejście do bólu, żalu,
                  straty.
                  A jeżeli ten proces przeżywamy w sposób naturalny, to jak umrze mi matka, to
                  nie przechodzę nad tym do porządku dziennego, niczym nie zastępuję niczym
                  uczuć. Muszę najpierw przeżyć ten żal, aż pojawi się „pustka” pogodzenie.
                  Powstaje miejsce na nowe uczucia. Żeby tak było, trzeba przeżyć najpierw ten
                  żal po stracie.

                  Mistycy mówią, że każda strata jest nieuświadamianą korzyścią. W samym momencie
                  straty jest ból, ale jak już pojawia się pustaka to cały wszechświat duchowy
                  chce tę pustkę zapełnić. Ale najpierw musi być ta pustka, bo w przeciwnym razie
                  nie ma miejsca na nowe uczucia. A jeżeli jeszcze ktoś ma koncepcje „klin
                  klinem” to w ogóle nie ma szans na zrobienie wolnego miejsca na nowe uczucia. I
                  to jest błąd. Gdy musimy się rozstawać, to najpierw pożegnajmy się z
                  toksycznymi przekonaniami. Klasyczna postawa, kiedy przezywamy żal po stracie
                  to czas wolny, bierność i nie robienie niczego. Kto oglądał film „Książę
                  przypływów”. Tam był przykład na to, że jak rany po stracie nie oczyszczono, to
                  przez 30 lat cała rodzina była chora, nie umiała wyzwolić się z toksycznych
                  uczuć. Trauma, rana nieumyta jest schowana gdzieś głęboko i ciąży na
                  zachowaniach. Trzeba sobie pomóc. Jak się oczyści ranę, to ona szybko się
                  zagoi. Toksyczne przekonania to takie, które stawiają na bierność. „Nie
                  płacz”, „Zdechł kotek? Nie martw się, kupię ci żółwika”. Tak szybko byśmy
                  chcieli pozbyć się bólu. Nie da się tak - matka ci umiera „Nie martw się, kupię
                  ci drugą mamę” 27:15


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka