chcemy pół roku spędzać w Polsce a drugie pół- zimę w zupełnie innym miejscu na świecie. Pomyślałam o Azji ale nie mam przekonania. Chciałabym wziąć pod uwagę klimat- lubimy ciepło, brak malarii i innych zjawisk chorobowych i ceny. Jesli macie doświadczenia albo podobne plany napiszcie które miejsce na świecie uważacie za godne czasowego osiedlenia.
-
Indochiny, Malezja, Filipiny, mniej egzotyczne Singapore, w ostatecznosci Hong Kong. Zakladam ze macie fundusze zeby spedzac tam pol roku.
-
Nam wypadlo na Hongkong jako centrum interesow zyciowych na emeryturze, glownie ze wzgledu na brak podatku od zyskow kapitalowych (przydatne gdy trzeba sie utrzymywac wylacznie z kapitalu), wysoki poziom uslug medycznych, angielski jako jez. urzedowy, urozmaicony krajobraz i duzo zieleni, bezposrednie polaczenia lotnicze z calym swiatem.
Zeby mieszkac w Hongkongu potrzebujesz wizy inwestorskiej (aktywa > HKD 10.000.000).
Minusem HK jest cena mieszkan - akceptowalne do zamieszkania dla 2 osob to wydatek ok USD 500.000.
Wiecej minusow nie ma :)
f.
--
People don't move markets. Markets move people...
-
Ciekawe jakie są koszty pobytu przez pół roku w Malezji, Tajlandii, Indonezji, Singapuru lub Hong Kongu- ktoś z formułowiczów pokusi się o obliczenia?
-
Mam doświadczenie z Kambodży, gdzie mieszkałem i pracowałem przez pół roku. Kraj jest tani i przyjazny, trudno się w nim nudzić, słońca jest dużo nawet w porze deszczowej, w Phnom Penh nie ma malarii. Oczywiście trzeba sobie zdawać sprawę, że nawet jeśli mieszkasz w urządzonej w europejskim standardzie willi na obrzeżach stolicy, a zakupy robisz w stworzonym dla białasów i khmerskich nowobogackich supermarkecie, to nadal znajdujesz się w jednym z biedniejszych krajów regionu, co wiąże się z pewnymi urokami. Na przykład:
-Twoja ulica jest raczej nieutwardzona i kiedy wychodzisz z domu po deszczu, toniesz w błocie; chociaż cały rok chodzisz boso i w gumowych, łatwo zmywalnych japonkach, więc to nie problem ;)
-Phnom Penh to nie Bangkok, czy Pattaya, więc poza ścisłym centrum biały to atrakcja - nici z anonimowości, sąsiedzi koniecznie chcą się z Tobą przyjaźnić, dzieci biegają za Tobą na ulicy; po kilku miesiącach sytuacja trochę się normuje, ale z samego faktu posiadania białej skóry jesteś jednym z ważniejszych członków lokalnej społeczności, zapraszają Cię na imprezy rodzinne, pani na targu ma dla Ciebie codziennie najlepszy wg niej kawałek mięsa, lokalna jadłodajnia niemal ustawia menu pod Ciebie - to wszystko megamiłe, ale wiąże się z zobowiązaniami - nie możesz nie iść na kolację, bo Ci się nie chce, bo gospodarze specjalnie z okazji Twojego przyjścia się pozastawiali, nie możesz zrezygnować z tego kawałka mięsa, bo jesteś stałym ważnym wpływem w budżecie tej sprzedawczyni itp. To oczywiście kwestia ustawienia sobie tych relacji, ale wierz mi, że to nie takie proste, zwłaszcza dla osoby wrażliwej;
-musisz jak najszybciej starać się przejść na relacje partnerskie z tubylcami, tępić z całych sił zwracanie się do Ciebie sir/madame; im zwracanie się do Ciebie po imieniu najpierw nie przechodzi przez gardło, ale takie relacje partnerskie szybko procentują, na przykład wzrostem poczucia bezpieczeństwa - masz całą dzielnicę ochroniarzy, którzy nie pozwolą Ci stracić włosa z głowy, czasem czujesz się nawet w związku z tym jak w złotej klatce, ale to też jest kwestia do ustawienia; oczywiście to 'partnerstwo' zawsze będzie trochę sztuczne, bo jednak w takim społeczeństwie, jak khmerskie zawsze status materialny ostatecznie decyduje o wszystkim. Postkolonialna relacja pan - sługa w byłych koloniach ma się nadal świetnie i jest nie do ruszenia, mimo usilnych prób, ale zawsze lepiej być ludzkim panem, bo taki cieszy się autentycznym szacunkiem, opartym na rachunku wzajemnych korzyści, a nie na strachu i dystansie.
Jeśli chodzi o kwestie zdrowotne, to nie ma problemu - w stolicy znajdują się prywatne kliniki (zazwyczaj tajskie), oferujące opiekę medyczną na dobrym poziomie. To na wypadek większych atrakcji typu zapalenie wyrostka, czy jakaś wyglądająca na malarię gorączka (malaria podobno w mieście nie występuje, ale przecież nie siedzisz pół roku w mieście). W życiu codziennym znowu zalecam poddanie się azjatyckiemu biegowi - obowiązkowa sjesta w południe zapewnia normalne funkcjonowanie przez resztę dnia. Na początku buntowałem się przeciw temu leniuchowaniu w środku dnia, ale na dłuższą metę organizm nie wytrzyma prowadzenia innego niż ten tradycyjny tam dziennego harmonogramu. Żywność z supermarketu mimo że ładnie wygląda jest zazwyczaj gorszej jakości niż ta ze straganu. Polecam szybkie przełamanie się i kupowanie mięsa na targu - nie ma tam lodówek i zamrażarek, zatem możliwości podrasowywania go z dnia na dzień - albo jest świeże i to widać i czuć, albo jest nieświeże i to też widać i czuć.
Z gryzoniami, których pełno łatwo sobie poradzić zaopatrując się w kota/koty - to załatwia sprawę w domu, a na ulicy o zmierzchu trzeba się przyzwyczaić do biegających szczurów. Koleżanka, z którą tam byłem, cierpiąca na silną fobię szczurzo-mysią (taką z płaczem, tupaniem i drgawkami na widok szczura) w zasadzie się jej pozbyła, a przynajmniej ją oswoiła. To się chyba nazywa terapia ekspozycyjna, ale nie jestem tu specjalistą ;)
Tyle przychodzi mi do głowy a propos mieszkania w Azji, ale jeśli masz jakieś pytania, to jestem do dyspozycji. Nie pytaj mnie tylko o konkretne koszty, bo mam dane z 2008 roku i mogą być one mocno nieaktualne, zwłaszcza w związku z tym, co stało się od tego czasu z kursem dolara i szerzej ze światową gospodarką.
-
Ja polecam Malezję, co prawda nie byłam tam długo, bo zaledwie 6 tygodni (
etraveler.pl/strefa-podroznika/azja/malezja/malezja-story-part-3,artykul.html?material_id=4e27ff599a22dd5347030000), ale wydaje mi się, że to dobry kraj na osiedlenie się ze względu na niezbyt uciązliwy klimat, niskie koszty życia, obcokrajowcom względnie łatwo dostac pracę (sama dostałam propozycje nauki angielskiego w tamtejszej podstawówce i sprzątanie na statku), poznałam wielu białasów, którzy już od lat mieszkali w Malezji i bardzo sobie to chwalili. Poza tym Malezja do dobra baza wypadowa do innych krajów (Indonezja, Tajlandia), przy czym w odróżnieniu od Indonezji nie meczy tak bardzo, nie ma tego wszechobecnego ścisku. Krótko mówiąc jest przyjemniej. Niezły plan!
-
Singapur to miejsce drogie do życia na zasadzie odcinania kuponów.
Wynajem mieszkania w przyzwoitej okolicy, stosunkowo nowego, w dobrym kondominium, nie po hindusach, nie po Chińczykach, najlepiej po expatach, przykładając polskie ramy, o powierzchni około 60 metrów, to wydatek mniej więcej od 3200 dolarów singapurskich. Przeliczając, daje to kwotę ok. 8000zł! Brzmi przerażająco, prawda. Do tego dochodzą koszty mediów typu woda, prąd, Internet, TV. Powiedzmy ok. 200-250 dolarów. Natomiast czemu wspomniałem o hindusach i Chińczykach? Dużo gotują i mieszkania, a szczególnie kuchnie po nich są zapuszczone, niedomyte, przesiąknięte zapachami mocno aromatycznego jedzenia, mimo, że czasem są to w miarę nowe mieszkania. Zwykle nie spełniają naszych, znaczy się polsko-europejskich kryteriów czystości. Ale to moja subiektywna ocena.
Koszty życia również nie należą do najtańszych, powiedziałbym, że raczej są drogie. Wyżywienie można oprzeć na tzw. food court-ach. Jest to rozwiązanie tanie, lokalne i jest ich mnóstwo. 10 dolarów to kwota wystarczająca aby się najeść po kokardy. Natomiast korzystanie z wersji restauracyjnych, w dodatku zalatujących europejskością mocno podwyższa koszt. Zresztą wszystko co europejskie (głównie francuskie, włoskie itp.) jest tu z definicji dobre i snobistyczne, co notabene dobrze oddaje charakter Singapuru, miasta snobistycznego i nastawionego na blichtr, hołdującego zasadzie 5C. Condominium, credit card, car, cash, country club. Głównie jest to zasada respektowana przez nowobogackich Chińczyków, tytułujących się tu Singapurczykami, mimo, że państwo nie wykształciło jeszcze dwóch pokoleń, więc trudno zatem mówić o narodowości. Czepiam się.
Jeśli chodzi o zakupy typu ubraniowego, jest drogo. W czerwcu i lipcu jest GSS, czyli generalna przecena we wszystkich sklepach, co nie oznacza, że jest tanio. Poza tym terminem można trafić na sporadyczne obniżki cen, ale to pojedyncze wypadki. Ubrania jeśli nie mają firmowych metek, zwykle dziadowskiej jakości. Jeżeli jednak nie zamierzasz tu pracować, wystarczą Ci flip flopy, szorty, przewiewne t-shirty, koszule itp. Najlepiej sprawdzają się rzeczy lniane. Są przewiewne, nie wymagają prasowania i szybko schną, gdy się spocisz. Zakupy jedzeniowe w dużych sklepach spożywczych to wydatek rzędu 220-240 dolarów (1x w tygodniu, dwie osoby). Bez szaleństw, ale i bez odmawiania sobie frykasów. Alkohol drogi. Butelka przyzwoitego wina, średnio od 25-30 dolarów. Oczywiście jedzenie dla westernów odpowiednio droższe i mocno ograniczone (nabiał, wędliny itp.).
Posiadanie samochodu to sprawa droga (jak wszystko) i raczej niedostępna dla expaty. Wymaga czasowego pozwolenia na zakup auta, co często jest równowartością samego samochodu i zwykle nieosiągalnego dla kogoś tymczasowo przebywającego w Sing.
Jeśli nie jesteś matką polką karmiąco-wychowującą, co zapewni Ci zajęcie, tudzież, Twój przyjazd nie jest związany z pracą, to Singapur jest średnim celem. Oczywiście, na ulicach jest mnóstwo westernów, ale ich główne zajęcie to praca. Singapur to wyczerpywalne miejsce, z mocno ograniczoną ilością atrakcji, sztucznie tworzonych przez władze nadrzędną, państwo/rząd. Trochę jak w epoce socjalizmu realnego, gdzie państwo zapewniało rozrywki, ale i Singapur to państwo autorytarne. Mocno odmóżdżone społeczeństwo z nerwicą natręctw w postaci telefonów najnowszej generacji, oraz wszelkiej maści i – coś tam. Odmóżdżające rozrywki nie skłaniające do jakiejkolwiek refleksji typu kolejne parki rozrywki, wszechobecny zalew K-Pop, narodowy sport jakim są zakupy w markowych sklepach,
sieczkowato - kaszaniasty repertuar kin, niewielka ilość księgarni, ale po co skoro naród i tak nie czyta. Tak uformowane społeczeństwo jest jednak bardziej plastyczne i podatne na nakazy władzy. Oczywiście jest jeszcze możliwość leżenia na plaży, eksploracja regionu, co weekendowe zalewanie pały w expackich barach, ale nie mając stałego zajęcia, po miesiącu będziesz waliła głową w ścianę. Co nie oznacza, że żyje się tu źle, ale nie znam nikogo, kto by tu przyjechał i pozostał. Wszyscy tzw. westerni przyjeżdżają tu zadaniowo.
Może dobrym rozwiązaniem jest poszukanie sobie miejsca w Australii. Skądinąd wiem, że okolice Brisbane to punkt docelowy singapurskich emerytów. Głównie ze względu na koszty i jakość życia oraz klimat.
-
Mieszkalem w Kostaryryce - jak masz duzo pieniazkow i dasz sie okradac, bedziesz cacy. Duzo expats mieszkaja tam, bo wtopili duzo pieniazkow i nie moga sprzedac.
Hong Kong czy inne duze azjatyckie masto - lubisz miasto szczurow, tlok, bedziesz jednym z nich. Mozna tam ustawic swoje "gniazdko", dla taxow, ale mieszkac na plazy, zreszta co rok inne miejsce.
Sam mieszkam od lat w Chinach, na poczatku blisko Hong Kongu, teraz w Guangxi w gorach w Bama longevity valley. Chiny na stale takze nie polecam.
Badz turysta, nie tax payers