Dodaj do ulubionych

Kolej Transsyberyjska

IP: routwmw3:* / 10.0.1.* 04.04.03, 17:49
marzę o takiej podróży ale zawsze się obawiam o bezpieczeństwo,
tym bardziej, że odległość od Polski jest porażająca.
Obserwuj wątek
    • Gość: Marzena Re: Kolej Transsyberyjska IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 05.04.03, 00:03
      Bilety na kolej transs kupuje sie w pkp albo wasteels - albo tez w biurach z
      wycieczkami do rosji. Kosztuje ok 450$ w jedna strone, z bezpieczenstwem to juz
      jest roznie :)) ale nasze pociagi tez bezpieczne nie sa. jak sie nie ma za duzo
      kasy ze soba (a trzeba tylko troche miec na jedzenie i ewentulane gratyfikacje
      dla konduktora)to w kocu co moga zabrac?
      Bilet z powrotem mozna zamienic na lotniczy - np z Pekinu albo Mongolii.Tez ok
      500$ w jedna strone.
      Do tego trzeba doliczyc koszt dojazdu/dolotu do Moskwy. Transsyberyjaska jedzie
      sie tydzien.
    • amalczewski Fajny kawał 07.05.03, 16:48
      Dwaj Rosjanie jadą koleją transsyberyjską. Spotkali się na
      korytarzu i palą papierosy.
      Jeden pyta: "Zdrawstwuj. Ty kuda jedziosz?".
      Drugi: "Zdrawstwuj. Ja jedu iz Maskwy w Nowosybirsk".
      Pierwszy : "Charaszo. A ja jedu iz Nowowosybirska w Maskwu!"
      Drugi zaciągnął się papierosem i po chwili mówi: "Wot kurwa
      tiechnika!"
        • Gość: Lacis transsyb-nie dajcie się wpuscić w maliny! IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 08.05.03, 12:57
          Nie dajcie się nabrać na zadne 450 dolarów - za tyle to chyba mogli byście
          wynająć salonke, albo jeździć pożyczoną lokomowtywą przez tydzień po całej
          Syberii.
          Na Syberii byłem dwukrotnie rok i dwa lata temu.
          Nie mam teraz czasu - a dokładnie nie pamiętam - ale w jedną stronę [do
          Irkucka] zapłacicie nie więcej niż 80 dolców.
          moim zdaniem najlepsze są połączenie z Brześcia do Nowosybirska [zdaje się
          doczepka do pociągu Berlin-Saratów], albo [tylko w sezonie] z Mińska
          Litewskiego do Irkucka. Ale pociągi nie odchodzą codziennie [tak 2 razy w
          tygodniu]. Bilety kupuje się na miejscu, za białoruską walutę [na Białorusi nie
          ma taryfy dla cudzoziemców]. Warto odrazu kupić powrotny - bo to i pewniej i na
          Białorusi ten sam bilet był zauważalnie tańszy niż w Rosji... Orientacyjną cenę
          podałem dla wagonu "płackartnego", czyli jaby kuszetki, ale bez przedziałów. To
          podstawowy wagon dla sowietów. Kupejny - czyli z czteroosobowymi przedziałami,
          jerst jakieś 70 procent droższy. To nie unia nie ma się czego bać!!! Płackart
          jest najbezpieczniejszy - bo nikt Ci nic nie zrobi na oczach kilkudziesieciu
          współpasażerów.
          Jeżeli kogoś interesuje więcej szczegułów to odezwe się w nastepnym tygodniu -
          gdy bedę miał więcej czasu i sprawdzę [zeszłoroczne] ceny.
          Tylko pamiętajcie, że euroonanisci zafundowali nam od 1 lipca br. wizy do
          Rosji - wiec możecie mieć problemy z wyjechaniem po tem terminie...
    • lusiazet Re: Kolej Transsyberyjska 10.05.03, 18:24
      Prosze o dobra rade tych, co juz nad Bajkalem byli. Wjade na teren Rosji na
      pieczatke AB. Czy mam starac sie o rejestracje? Wiem, ze na granicy, przy
      wyjezdzie beda mnie o nia pytali. Jak wy sobie z tym, poradziliscie?
      • Gość: Lacis Re: Kolej Transsyberyjska IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 12.05.03, 09:13
        Pamiętaj, że na AB wjedziesz TYLKO PRZED 1 lipca 2003!!!!!!!!!!!!!!!!
        Kiedyś można było olać "propisku" - ale teraz Rosja wprowadziła, jakieś
        specjalne kwity rejaestracyjne juz na samej granicy - i nie wiem, czy nie
        bedzie trudności na miejscu. Najlepiej prześpij sie jednanoc w jakimś hotelu -
        nawet jeśli cię nie zarejestrują zachowaj rachunek z nazwiskiem, datą i numerem
        paszportu. Hotel ma obowiązek zamekldowania cię w OWIR-ze, więz taki rachunek
        bedzie dowodem, ze ty sie z formalnosci wywiazałeś...
      • Gość: Lacis Re: Kolej Transsyberyjska IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 12.05.03, 09:46
        Sądząc po braku odpowiedzi [ostatnio na Forum wchodziłem w sobotę przed
        południem], nie wiem czy to w ogóle kogoś obchodzi, ale zaryzykuję:
        Ceny przejazdów na trasie Białystok-Irkuck w latach 2001 i 2002 wyglądały
        następująco [podaję w walucie oryginalnej+przybliżone przeliczenie na
        złotówki]. O ile nie jest to zaznaczone specjalnie chodzi o wagon „płackartny”
        [плацкартный]:
        2001: Mińsk Lit.-Nowosybirsk 47tys. rub. Brus. [~134zł]; Mińsk Lit.-Grodno
        4tys. rub. Brus. [~12zł]; Abakan-Tajszet 217 RUR [~36zł] ;Tajszet-Irkuck 241
        RUR [~40zł];
        2002: Mińsk Lit.-Krasnojarsk 107tys. rub. brus. [~240zł]; Abakan-Moskwa 1321
        RUR [~220zł]; Krasnojarsk-Abakan 230 RUR [~40zł]; Moskwa-Mińsk lit. 436 RUR
        [~72zł]; Białystok-Grodno elektr. ~15zł.
        Oczywiście trzeba się liczyć ze stałym wzrostem cen na Wschodzie w przeliczeniu
        na złotówki -–wiec za każdy rok należy dodać 10-15% wzrostu kosztu... A więc w
        tym roku z Mińska do Nowosybirska powinno się do jechać tym samym pociągiem za
        jakieś 270zł... Oprócz typu wagonu – liczy się też rodzaj pociągu: pasażyrskij,
        skoryj, firmiennyj – wagony w zasadzie takie same, ale każdy kolejny jest o
        kilkanaście-dwadzieścia procent droższy od poprzedniego. Firmienny z Mińska do
        Nowosybirska będzie kosztował powiedzmy ~230zł, ale pasażyrskij tylko 170zł...
        Tyle, że nie zawsze jest wybór – na wielu trasach chodzi tylko jeden typ
        pociągu. Co prawda z Moskwy jest więcej połączeń, ale z Mińska jest taniej – a
        i przenocować w Mińsku, a tem bardziej Grodnie [już tam można próbować kupować
        bilet na pociąg jadący z Minska] – w razie nie zdobycia biletu na dzień odjazdu
        można o wiele taniej, niż w Moskwie...
        Kogo interesują warunki podróży – dla tego umieszczam w następnej
        wypowiedzi fragmenty moich wspominków z przejazdów pociągami na transsybie.




      • Gość: Lacis2001 Jak to na transsybie bywa IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 12.05.03, 09:49
        2001:Do Mińska przybyłem dwa dni przed odjazdem mojego pociągu - by móc jeszcze
        zaopatrzyć się na drogę i nieco odpocząć przed trwającą ponad trzy doby podróżą
        pociągiem.
        Sowieckie pociągi to przygoda sama w sobie. Przede wszystkim od kilku lat
        podróżuję niemal wyłącznie wagonem płackartnym, który ma tę wyższość nad
        kupejnym że bilet nań, kosztuje co najmniej 40 % mniej. Opisać taki wagon komuś
        kto go nie widział - jest niezmiernie trudno. Jeśli kupejny przypomina nieco
        nasze sypialne: zamykane przedziały z czterema miejscami do leżenia w każdym -
        to płackart wyróżnia się zupełnie inną filozofią. Nie ma w nim właściwie
        przedziałów - a dokładniej, są ścianki między „przedziałami” ale nie ma ścian i
        drzwi na korytarz - bo nie ma nawet korytarza... Zamiast tego jest zwyczajne
        przejście - trochę jak w pociągach podmiejskich, a przy oknach wzdłuż wagonu są
        jeszcze dodatkowe - boczne - miejsca do leżenia. Tak więc płackart, ma dwa razy
        więcej miejsc leżących (!) w wagonie, niż kupejny, ale za to wszyscy wszystkich
        widzą - zwłaszcza przechodząc do ubikacji. Jedynie prowadnik [konduktor] ma do
        swojej dyspozycji dwa zamykane przedziały. Jak już wspomniałem - ci którzy
        takim wagonem nie jechali, a nawet go nie widzieli mogą mieć całkowicie błędne
        wyobrażenie o urokach jazdy takim środkiem lokomocji. Co prawda są trudności z
        przebieraniem się - czy w ogóle zachowaniem intymności, ale za to nigdy nie
        jesteś sam. To tak na prawdę oznacza, że zarówno ty sam, jak i twój bagaż jest
        o wiele bezpieczniejszy niż w innych typach pociągów [w tym polskich] - bo kto
        zdecyduje się na kradzież na oczach minimum kilkunastu osób! O wiele też
        łatwiej w takim wagonie o towarzystwo - bo spokojnie możesz rozejrzeć się czy
        nie ma w nim kogoś kto by ci odpowiadał!
        Tak właśnie było ze mną. Co prawda w poprzednim roku jechałem już takim
        wagonem pełne dwie doby - z Mińska do Murmańska, ale nie byłem sam, więc podróż
        mi się nie dłużyła - zwłaszcza że zawsze można sobie pospać. Ale tym razem
        miałem jechać sam i to na dodatek 65 godzin! Co prawda na peronie zauważyłem
        dosyć liczną grupę kajakarzy, z ogromnymi plecakami - ale czort wie do jakiego
        wagonu wsiądą... Wsiedli do mojego! - i już mi się nie nudziło. Gdybym miał
        opisać wszystkie szczegóły naszej wspólnej podróży musiał bym chyba zapełnić
        cały numer „Podróży” - na co zapewne nie ma miejsca. Kompania okazała się być
        towarzyską - i różnorodną. Było to kilkanaście dorosłych osób [były też
        kobiety], a szefem grupy był imponujący rozmiarami i głosem śpiewak opery
        mińskiej. Był zawodowy rozbawiacz - mający na każdą okazję [dość często
        pieprzne] dowcipy, no i towarzystwo nie wylewało za kołnierz. Mylił by się
        jednak ten, kto hołdując utartym stereotypom sądził by, że wszyscy byli cały
        czas na ostrej bani i wlewali w siebie ogromne ilości mocnych alkoholi. Alkohol
        był raczej sposobem na skrócenie drogi i rozweselenie towarzystwa, niż
        nieodzowną częścią przemiany materii. Zresztą w miarę przebytych kilometrów
        zabawa rozkręcała się coraz bardziej. W Omsku - gdzie pociąg miał prawie
        godzinny postój - wyszliśmy do pobliskiego sklepu, a w drodze powrotnej
        nasz „solista” dał koncert miejscowym grajkom, którzy jeszcze chwilę przedtem
        sami chcieli nam coś zagrać i zaśpiewać [za pieniądze ma się rozumieć]. Zresztą
        o mało nie pozostaliśmy, w tym mieście na dłużej - gdyż pociąg ruszył i trzeba
        było wsiadać w biegu - dobrze że świadoma tego prowadnica nie zamknęła drzwi
        wagonu! Na kolejnej stacji, w środku nocy zaczęliśmy na peronie grać w jakąś
        zabawę, która polegała na skakaniu na stopę współgrającego [dokładnie o co
        chodziło - do dzisiaj nie rozumiem]. W Nowosybirsku, gdzie pociąg kończył bieg
        i wszyscy wysiadaliśmy bardzo żałowałem, że podróż nie trwa jeszcze
        przynajmniej z trzy dni...
        Nie zapominałem jednak i o innych atrakcjach. Przede wszystkim zależało
        mi na tym by zobaczyć i sfotografować granicę między Europą, a Azją. Jako że
        nikt tak dokładnie nie wiedział gdzie to będzie - przeszło pół godziny stałem
        przy oknie z aparatem gotowym do „strzału”. Może zrobione przeze mnie zdjęcie
        nie jest najpiękniejsze - ale mam fotkę z białym betonowym [a może kamiennym?]
        słupem oznaczającym granicę kontynentów. Co mnie niezmiernie zdziwiło - to że
        na pierwszy rzut oka za Uralem, ani nawet do samego Nowosybirska przyroda nie
        zmieniła się specjalnie. przez okno pociągu można było podziwiać, głównie lasy
        liściaste z wyraźną przewagą brzóz. Może botanik by mnie poprawił, ale takie
        atrakcje to i pod Moskwą można podziwiać.
        Warto dodać jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą kolei rosyjskich - zupełnie nie
        przejmują się one zmianami jakie zaszły w ostatnich czasach w Rosji. Dworzec w
        Jekatierynburgu nazywa się - Swierdłowsk, tak jak nazywało się miasto w epoce
        sowieckiej - tak sam o zresztą jest w rozkładzie kolejowym. Dobrze że chociaż
        dworce w Petersburgu nie noszą nazwy Leningrad...
        Do Nowosybirska przyjechaliśmy z godzinnym opóźnieniem gdyż -
        jechaliśmy po „świeżych śladach” Kim Dzong Ila! Ale nie fakt przebywania w
        jednym mieście z „przywódcą narodu koreańskiego” był dla mnie najbardziej
        zaskakujący. Mój abakański korespondent zapowiedział, że na dworcu będzie mnie
        oczekiwał jego syn z kolegą - ale oczekiwało mnie aż pięciu młodych ludzi!
        Oczywiście chwilę mi zajęło nim się zorientowałem, który z nich to
        syn „Saurona”, a którzy to jego koledzy.


        Elektryczka to sowiecki pociąg podmiejski - nieco podobny do naszych
        pociągów elektrycznych - tyle, że większy - zwłaszcza „przedziały” są o wiele
        dłuższe i mieszczą przeszło stu siedzących w jednym. Wprawdzie był to dopiero
        piątkowy poranek, lecz elektryczka wypełniła się na irkuckiej stacji
        niezmierzonymi ilościami grzybiarzy, jagodziarzy i orzeszników [zbieraczy
        orzeszków cedrowych], którzy ciągnęli w tajgę by zbierać to co rodzi las. Z
        posiłkami nadciągnęli im również „dacznicy” - czyli właściciele dacz -
        rosyjskiej odmiany podmiejskich ogródków działkowych. Pociąg był wypełniony,
        wobec czego musiałem zająć miejsce w korytarzy przy drzwiach. Co prawda
        antytytoniowe przepisy kolei rosyjskich zabraniają palenia papierosów, nie
        tylko w przedziałach ale także na korytarzach - gorzej z praktyką. Co
        kilkanaście minut musiałem toczyć batalię o przejście palaczy do łącznika
        między wagonami - jedynego miejsca gdzie legalnie można było popalić - i gdzie
        nikomu nie mogło to przeszkadzać. Mimo że większość palaczy nie grzeszyła
        dobrym wychowaniem i z oczywistych względów nie była do mnie życzliwie
        ustosunkowana, nikt nie próbował wyjaśniać ze mną wątpliwości przy użyciu siły -
        a nawet przekleństwa były rzucane rzadko i raczej tak bezosobowo. Dopiero
        kilkadziesiąt kilometrów za Irkuckiem zaczęło się rozluźniać i udało mi się
        znaleźć wolne miejsce siedzące. Do samej Sljudjanki dojechała nieznaczna część
        początkowych pasażerów.
        Za oknem rozciągały się przepiękne widoki tajgi syberyjskiej, która była celem
        moich współpasażerów, ale dopiero Bajkał wprawił mnie w prawdziwy zachwyt.
        Objawił się jak zjawa, ponad wierzchołkami cedrów - blady, jakby spowity
        mgiełką. Mimo że się go spodziewałem, nie byłem pewien czy to już Bajkał -
        dlatego dla pewności spytałem się konwersującej ze mną Rosjanki czy to on.
        Dobrą stroną zbliżania się do jeziora koleją transsyberyjską od strony Irkucka
        jest to, że powoli zjeżdża się z górki, dzięki czemu można obserwować je w
        całej okazałości. Słoneczna pogoda powodowała, że na powierzchni wody
        połyskiwały promienie słoneczne, a mgła bardzo powoli zaczęła opadać. Bajkał
        dawał się poznawać jakby powoli, dzięki temu że nasz pociąg wciąż obniżał swą
        trasę i zbliżał się do brzegu.
        Stacją końcową była Sljudjanka, gdzie spotkałem się z pierwszą
        bajkalską atrakcją. Nie zawsze da się w Rosji utrzymać
      • Gość: Lacis2002 Jak to na transsybie bywa II IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 12.05.03, 09:51
        2002: Wagony w naszym pociągu były to - niestety - nowe płackartne, w których
        otwierały się [i to tylko ciut-ciut] niewielkie lufciki, a o pracy wentylacji
        lepiej nie wspominać... Na dodatek nasze miejsca były akurat w tym przedziale
        gdzie było wyjście awaryjne - więc nie było nawet otwieranego lufcika!!! Było
        jak w łaźni tak, że nawet białoruskie cukierki roztopiły się całkowicie! Ta
        podróż nie tylko, że nie pozwoliła wypocząć ale jeszcze zmęczyła nas strasznie.
        Od tej pory upał i duchota będą naszym stałym i najgorszym wrogiem. W pociągu
        towarzystwo też nie dopisało - nie było z kim pogadać, a w Tiumeni wsiadła
        ekipa nafciarzy i o mało nie doszło do awantury - a może wręcz mordobicia
        (zapewne mnie). Gdy wróciliśmy do wagony okazało się, że jakiś baran (niemal na
        pewno jeden z nafciarzy) wrzucił papiery jakie były na stoliku „bokowoj” półki,
        do mojego ledwo napoczętego trzylitrowego słoika soku brzozowego. Byłem
        wściekły i urządziłem awanturę, a po pysku nie dostałem chyba tylko dlatego, że
        stawiałem się aż tak bardzo, że chyba pomyśleli iż lepiej ze mną nie zaczynać -
        bo w mojej tielniażce wyglądałem bardzo bojowo. Awanturowałem się oczywiście po
        białorusku - i zwymyślałem nafciarzy od „moskiewskich kozłów”! Potem nawet
        proponowali napić się z nimi i nawiązać rozmowę - choć niektórzy mieli wyraźnie
        niepochlebne zdanie o nas (gdy z Gośką rozmawiałem po polsku - najwyraźniej
        sądzili, że mówimy po białorusku). Prowadnicy – sądząc po nazwiskach białoruscy
        Polacy - panikowali na każdej stacji i zaganiali pasażerów do wagonu 7-15 minut
        przed odjazdem. Nie była to zbyt sympatyczna podroż.
        Jednak w Krasnojarsku nie było lepiej. Przyjechaliśmy o 4 nad ranem, ale po
        moskiewskiemu - którym to czasem z grubsza żyliśmy w pociągu - była dopiero 24
        [00], a w Polsce [nie całkiem się przestawiliśmy] była dopiero 22!!! Mięliśmy
        wszystkiego około 60 rubli, czyli dwa dolary - a przechowanie jednego dużego
        plecaka kosztuje 39 rubli!!! Wiec trzeba było czekać, do rana by wymienić
        forsę - tyle, że nikt nawet nie wiedział gdzie są kantory - jakby ich w ogóle
        nie było [na dworcu rzeczywiście nie było]. Z wielkim trudem dotrwaliśmy więc
        do tamtejszego rana i w pobliskim banku dokonałem wymiany. Cały czas drugie z
        nas musiało siedzieć przy bagażu w poczekalni - gdzie formalnie nie mieliśmy
        prawa być, bo wpuszczali byli tylko posiadacze biletów, a myśmy jeszcze nie
        mieli biletu do Abakanu i pieniędzy na jego zakup...
        Potem było już trochę lepiej - Kupiliśmy bilety do Abakanu oddaliśmy bagaż i
        poszliśmy w miasto. Coś zjedliśmy sobie w "kawiarni" a potem zaczęliśmy szukać
        internetu. Gdyby nie Gośką może bym tego nie robił - ale zaraziła mnie i
        [przynajmniej formalnie], ja byłem inicjatorem poszukiwania sieci - choć
        udawałem, że robię to dla niej… Zwłaszcza zdenerwowała mnie gdy po nieudanym
        samodzielnym szukaniu nie chciała się nikogo spytać gdzie przybytek internetu
        się znajduje. W końcu niemal przypadkiem znaleźliśmy - bardzo dobrze
        zamaskowany na podwórku.
        Sam Krasnojarsk - najpierw wywarł na mnie bardzo złe wrażenie [rankiem] - ale
        jak się ożywił wypadł nie najgorzej. Prawie wszystkie zdjęcia zrobiłem na
        odcinku 150m prospektu Mira - i można odnieść wrażenie, że to bardzo miła
        europejska metropolia. Rosły tam palmy [w wielkich donicach] i pluskała
        przyjemna fontanna. Zjadłem sobie podróbkę czak-czak - był nie na miodzie, ale
        na zguszczonkie. Natomiast przez ten cały internet nie udało nam się zjeść
        obiadu.
        Tak się śpieszyliśmy na pociąg, a na dworcu okazało się, że wpuszczają do
        pociągu bardzo późno… Pociąg na szczęście był stary i otwierały się w nim
        okna!!! Poznałem pewna Tuwinkę, która co nieco nam poradziła i dala telefon do
        swojej siostry w Kyzyle obiecując pomoc, po naszym przyjeździe do Kyzyłu. W
        Abakanie nie wzięliśmy taksówki, bo na dworcu żądali bandyckich cen - nie udało
        się też niczego złapać 200 metrów od dworca, wiec trolejbusem dojechaliśmy do
        centrum, gdzie przesiedliśmy się na taksówkę za 20 rubli.


        Gdy wyjeżdżaliśmy na nasze wyprawy Sauron zamawiał nam taksówki - tym razem
        postanowiłem zrobić to sam! Chodziło również o to, że chciałem jechać „wołgą” -
        zarówno z powodu jej wielkości (w końcu miały jechać trzy osoby i kupa bagażu),
        jak i dla zasady - przecież to Rosja, a ja miałem już dosyć przymałych
        japońskich samochodzików! Trochę przedobrzyłem, bo na dworcu byliśmy dobre pół
        godziny przed podstawieniem pociągu - ale dzięki temu jeszcze uzupełniłem
        zapasy napojów i porozmawialiśmy trochę z Sauronem. Co prawda panowało lekkie
        poddenerwowanie i znużenie - ale Sauron zawsze coś ciekawego powie.
        Dowiedziałem się między innymi, że to właśnie on opracował litery chakaskie
        (kilka znaków różniących alfabet chakaski od rosyjskiej grażdanki) i tuwińskie
        dla komputerów.
        Gdy wsiadaliśmy do wagonu, zauważyliśmy kilku mundurowych oficerów armii - jak
        się okazało w wagonie z nami jechała banda płatnych morderców z wojsk
        federalnych, którzy jechali zabijać Czeczeńców w Czeczenii. Jeden z nich –
        Chakas - zajął miejsce w naszym „przedziale” (jechaliśmy płackartnym) i na
        początku nie wiedziałem, że należy do bandy federalnej. Byłem zszokowany, gdyż
        zrozumiałem, że on też jedzie do Czeczenii i spytałem go po co mu to, przecież
        on jest Chakasem, a nie Rosjaninem - odparł, że „Za Rosję!”... Na bocznej półce
        usadowił się jakiś zawodowy „starszina”, który w odróżnieniu od większości
        bandytów, którzy jechali w cywilnych ubraniach, jechał ubrany w mundur polowy.
        Trochę z nim porozmawiałem - okazało się, że jadą do Nowosybirska, a tam będą
        formowani w oddziały i wysyłani do Czeczenii. Mam nadzieję, że już nie żyją -
        chociaż jak się z nimi rozmawiało oko w oko byli całkiem sympatyczni... zanim
        jeszcze zorientowaliśmy się, że „nasz” Chakas jest żołnierzem, jechaliśmy sobie
        spokojnie i rozmawialiśmy po polsku. Chakas wyraził przypuszczenie, że nie
        jesteśmy Rosjanami, które to przypuszczenie poparł domniemaniem, że jesteśmy...
        Finami!!! To chyba wpływ filmów z serii „Osobiennosti nacijonalnoj...”, gdzie w
        roli cudzoziemców występują Finowie. Rozumiem, że mowa polska - zwłaszcza
        szybka, niewyraźna i nie zwrócona ku niemu - może być dla Rosjanina
        niezrozumiałą - ale że by nie zauważyć wyraźnych jednak podobieństw w zakresie
        słownictwa i nie sklasyfikować naszej mowy jako słowiańskiej (niechby i jako
        bułgarski, albo słoweński) - to wydaje mi się dziwne. Zwłaszcza, że z podobną
        sugestią wyszedł kilka godzin później „Starszyna”, który po moim przedstawieniu
        się jako Polak, stwierdził że niepodobny...Wieczorem przejeżdżaliśmy przez
        miejscowość Tajga - gdzie odpoczywała Nadieżda Konstantinowna. Przez Saurona
        umówiła się z nami, że będzie na nas czekać, na stacji. Tyle że stacja
        (przynajmniej jak na potrzeby tak długiego pociągu), okazała się być krzakami i
        widząc ją przez okno bardzo daleko od naszego wagonu, wysiadłem by do niej
        dojść. Nadieżda Konstantinowna raczyła się u wód, jakąś „srebrną wodą” - bardzo
        dobra na wszystko i postanowiła podzielić się z nami tym cudem! Przyniosła nam
        dwie butelki PET pełne tego specyfiku, a dodatkowo na osłodę podróży, dwie
        czekolady „rosyjskie”. Wody prawdę mówiąc wypiliśmy niewiele - bo smaczna była
        tylko póki była zimna - a na dodatek ja nie przepadam za „minerałkami” - ale
        dobroć i poświęcenie tej kobiety warte są oddzielnej uwagi. Może była trochę
        naiwna - w odróżnieniu od Saurona, który wykazywał zdrowy sceptycyzm i
        ironiczny dystans do większości rzeczy - ale za to była jak własna matka - a
        może nawet lepsza!
        Co się tyczy temperatury i napojów, to tem razem było w wagonie dosyć znośnie -
        zwłaszcza że mieliśmy dostęp do otwierającego się okna. Podróż minęła
        spokojnie - by nie rzec n
        • Gość: Lacis Jak to na transsybie bywa. C.D. IP: *.lo9.szczecin.pl / 10.10.10.* 12.05.03, 09:57
          Nie wszystko z 2001 roku zmieściło się w jednej wypowiedzi - więc tu
          dokończenie - jeżeli oczywiście ktokolwiek zechce to przeczytać...

          2001 ciąg dalszy: Stacją końcową była Sljudjanka, gdzie spotkałem się z
          pierwszą bajkalską atrakcją. Nie zawsze da się w Rosji utrzymać z pensji na
          państwowej posadzie, jak to bywało za czasów władzy sowieckiej dlatego ludzie
          próbują zarabiać nowymi sposobami - najbardziej widoczny jest handel odręczny.
          Sprzedaje się to co jest - gdzieniegdzie są to wyroby miejscowych fabryk,
          którymi płaci się robotnikom, na trasie pociągów dalekobieżnych ludzie
          przynoszą artykuły spożywcze, a nawet gotowe posiłki. Nad Bajkałem oczywiście
          takim towarem są ryby! Nie wiem jak w innych miejscach, ale w Sljudjance, były
          to wyłącznie endemiczne omule bajkalskie - ryby z rodziny siejowatych.
          Sprzedawano je w cenie 10 rubli [półtora złotego] za sztukę, w dwóch formach:
          wędzone na ciepło i wędzone na zimno. Sprzedawczynie omuli rzuciły się na
          wysiadających z pociągu - ale wkrótce okazało się, że cały - przeszło
          stumetrowy peron „obstawiony” jest przez sprzedawców omuli, wspieranych przez
          osoby handlujące orzeszkami cedrowymi i jednego starszego pana z mapami. Jako
          że obraz miejscowego handlu uzupełniony był dwudziestoma kioskami spożywczymi -
          turysta mógł się na stacji zaopatrzyć właściwie we wszystko co do życia nad
          Bajkałem potrzebne. Bardziej wymagający mieli do dyspozycji jeszcze dwa sklepy
          spożywcze i kiosk z nielicznymi gazetami - ale za to z pocztówkami.
          Sljudjanka miała być dla mnie tylko pierwszym etapem dalszej drogi wzdłuż
          Bajkału. Tak szczęśliwie się składało, że jeszcze tego samego dnia miałem
          pociąg do Mysowej - jeszcze blisko 150 kilometrów wzdłuż jeziora. Mysowa jest
          jedną z ostatnich stacji nad Bajkałem - dalej linia kolejowa odbija na południe
          w kierunku Ułan-Ude. Tym sposobem mogłem przejechać tego dnia, trzy czwarte
          nadbajkalskiego odcinka kolei transsyberyjskiej. Na stacji zwrócił moją uwagę
          pewien podejrzany turysta - nie pasował do otoczenia - Polak, Czech, albo
          Słowak - pomyślałem. Zagadałem więc najpierw po polsku i otrzymałem odpowiedź w
          ojczystym języku. Okazało się, że ta samą elektryczką co ja jechało jeszcze
          trzech studentów biologii z Wrocławia - mieli jednak więcej czasu niż ja i
          bogatszy program.
          Jazda pociągiem wzdłuż Bajkału dostarczyła wielu doznań estetycznych, ale
          trzeba było wybrać miejsce na nocleg. Kilkadziesiąt kilometrów przed końcem
          trasy podszedłem do grupy ludzi których wziąłem za turystów i spytałem czy nie
          mogli by podpowiedzieć gdzie warto by wysiąść. Wprawdzie zagadnięci przeze mnie
          Rosjanie okazali się nie być turystami, lecz mimo to zgodnie zaproponowali mi
          przystanek o „poetycznej” nazwie 5448km... Po chwili jednak najstarszy z nich
          Anatolij, uzupełnił podpowiedź propozycją przenocowania u niego w miejscowości
          Rieczka Miszycha. Zdecydowałem się i po chwili żałowałem... Okazało się, że
          wcale nie idziemy do domu Anatolija tylko do jego przyjaciela. Tu właśnie
          spotkała mnie niemiła niespodzianka: najpierw spiorunowała mnie spojżeniem
          kobieta gospodarza, a zaraz z domu wytoczył się pijaniutki gospodarz. Gdy
          próbowałem otrząsnąć się z szoku z domu wychynęło dwóch kompanów gospodarza -
          jeszcze bardziej ubzdryngolonych wypowiadających się [z ledwością]
          nieprzyjemnie o Polakach. Niezależnie od swojego stanu, sam gospodarz okazał
          się bardzo serdeczny i zachwycony faktem iż jednym z licznych gości jest
          właśnie Polak. Zaproponowano mi spacer nad Bajkał - i w trójkę z Anatolijem i
          Gospodarzem poszliśmy....
          By móc zdążyć na popołudniową elektryczkę ze Sljudjanki do Irkucka, musiałem
          wyjechać z Rieczki Miszycha wcześnie rano - gdy pozostali jeszcze spali. Bardzo
          żałowałem, bo zapowiadano mi różne atrakcje, jak: wybieranie sieci z omulem i
          wyjście w góry do domku myśliwskiego. Niestety na drugi dzień miałem pociąg z
          Irkucka do Mińska, a niewielka liczba elektryczek powodowała, że musiałem
          wyjechać z Miszychy już owego dnia rano.
          Cały dzień spędziłem na pośrednim przystanku, gdzie trochę odespałem, a
          trochę uganiałem się za moimi ulubionymi burundukami. W Sljudjance spotkała
          mnie niespodzianka. Poznałem tam dwoje niemieckich studentów, również
          wracających do Irkucka. Prowadziliśmy konwersacje, głównie w języku angielskim
          [nie jest to moja mocną stroną], ale i tak udało mi się dowiedzieć od nich
          kilku frapujących rzeczy. Przede wszystkim tego, że znając zaledwie
          kilkanaście - może trzydzieści słów po rosyjsku, podróżują tak sobie po Rosji,
          już drugi raz. Przy czym robią to bynajmniej nie na zachodni sposób:
          samolotami, z przewodnikami, śpiąc w luksusowych hotelach, tylko po prostu -
          pociągami, śpiąc w tanich noclegowniach i żywiąc się tym co w sklepach. Zawsze
          uważałem, że by podróżować po Rosji trzeba znać język i unikać wątpliwych
          sytuacji - a wtedy podróż będzie bezpieczną. Nie sądziłem jednak, że można tak
          robić również pochodząc z Zachodu i nie znając języka. Okazało się że można!
          Nie warto tu chyba zwracać uwagi na takie drobiazgi, jak to że zaraz za
          Sljudjanką pociąg stanął i bez zrozumiałej dla nas przyczyny stał przeszło
          godzinę, czy to że młodzi ludzie od których nie chcieliśmy nabyć jagód, ani
          orzeszków, co jakiś czas obrzucali nas tymi orzeszkami. Ogólnie powrót z nad
          Bajkału był równie spokojny, jak cały mój pobyt na Syberii.

          W pociągu z Irkucka do Mińska poczułem się jak w domu - zwłaszcza, że
          podróż umilało mi towarzystwo jadących ze mną w przedziale przemiłych pań z
          Połocka - matki i córki wracających do kraju z Buriacji. Radość moja była tym
          większa, że córka – Euhienija [Hienia] - okazała się historyczką - moją
          koleżanką po fachu, a interesujące nas oboje dyskusje mogliśmy prowadzić w
          języku białoruskim. Ponownie potwierdziło się moje głębokie przeświadczenie, że
          podróż wagonem płackartnym nie może być nudna!


    • Gość: wojciech Re: Kolej Transsyberyjska IP: *.internetdsl.tpnet.pl 22.05.03, 14:45
      Gość portalu: krzychu napisał(a):

      > marzę o takiej podróży ale zawsze się obawiam o bezpieczeństwo,
      > tym bardziej, że odległość od Polski jest porażająca.

      To co wypisuja tu niektore osoby to jakies nie wiadomo co. Przede wszystkim nie
      martw sie o bezpieczenstwo. Jest bezpiecznie. W transsibie wagonowa pilnuja
      specjalni pracownicy - nikt nie wejdzie i nie wyjdzie bez biletu.Ogolnie
      ludnosc miejscowa jest uprzejma, czasami az nadto i jak nie pijesz alkoholu, to
      co najwyzej wowczas mozesz miec problemy jak kogos obrazisz odmowa ;)
      Bilety sa banalnie tanie, tylko pod warunkiem ze kupujesz na miejscu poza
      Polska. Bielt do Wladywaostoku to dla 2 klasy pociagu okolo 300 zl. Nocleg na
      iejscu okolo 350 rubli. Z zarciem nie ma problemu, tylko przygotuj sie na
      spartanskie warunki.
      Duzo info znajdziesz na stronie www.transsib.ru - kilka wersji
      jezykowych.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka