Witajcie,
wiem, że za pewne postów w tym tonie na tym forum znajdują się tysiące...Jeżeli żadna z Was nie zechce napisać choćby najkrótszego słowa, zrozumiem. Myślę, że mój pierwszy w życiu post, na jakimkolwiek forum, jest swoistym wołaniem o pomoc i ciepłe słowo. A może jest tylko chęcią przelania w "coś" bólu, żalu i rozczarowania...??!
Do sedna. Staramy się z mężem od roku o dziecko. Jesteśmy szczęśliwym małżeństwa dwojga skrajnie różnych ludzi

Ale chyba te różnice powodują, że się uzupełniamy i jesteśmy wspaniałymi przyjaciółmi - dla mnie jest to jedna z najcenniejszych wartości w byciu razem.
Lada chwila (z początkiem Nowego Roku) skończę 29 lat. Mąż w 2012 roku skończy 30 lat. Nie wiem czy to kwestia wieku (choć w moim przekonaniu

) wcale nie jesteśmy jakoś przesadnie posunięci w rozwoju

) ). Ale...chaotycznie jak zwykle, czyli standarodowo...nie zachodzimy w ciąże. Nie wiem dlaczego. Nie wiem czy to kwestia wieku. Niedobrania. Słabej jakości spermy mojego męża ( nie robiliśmy jeszcze badań - wiem, że powinniśmy ale chyba moje odkładanie tego na zaś, wynika z mojego strachu - "a co będzie jak...?"). Może ze mną jest coś nie tak...? Czy też zbyt wielkiej chęci posiadania maleństwa.
Być może przespaliśmy nasz "najlepszy czas". Może nie dane nam posiadać maluszka?! A może to nie ten moment. Sama nie wiem ale jedno co wiem na pewno, to że tracę nadzieję. Przy każdej @ zaczynam wygrażać i złożyczyć losowi, mężowi i wszystkim świętym. Nie radzę sobie... Nie chce mi się żyć.. A z drugiej strony, nie robię nic by wyeliminować swoje obawy - poprzez zbadanie męża i siebie.
Z miesiąca na miesiąc żyję nadzieją i mocno wsłuchuję się w siebie...Na nic. Każdy miesiąc nie przynosi nic prócz rozczarowania bólu. Jednak najbardziej przeraża mnie w sobie gorycz i złość, która zalewa moją duszę...Już nie mam sił, jest mi ciężko.
Wiem, że wiele z Was starało się znacznie dlużej ode mnie i że jest wiele, które dalej się starają, a ten mój rok, to "mały pikuś", ale każda z nas ma o"graniczony limit" wiary i nadziei.
Mój jest na wyczerpaniu.
Dziękuję, że mogłam się z kimś podzielić tym, co skrywa się tam głęboko pod powłoką pozornego uśmiechu i coraz smutniejszych oczu...