Dodaj do ulubionych

Góry, których nie zdobyłem

20.12.19, 14:38
Zwykle bywa tak, że gdy wybiorę za cel jakiś szczyt – zdobywam go. Oczywiście, nie decyduję się na góry leżące poza moimi możliwościami. Jednakże zdarza się, że moje plany zawodzą i, chociaż jestem przygotowany do drogi lub już na trasie wędrówki – okazuje się, że szczyt nie będzie zdobyty. Różne są przyczyny , okoliczności tych nieudanych wejść. O kilku takich przypadkach chciałem opowiedzieć w tym wątku.

Zachęcam przy okazji do opisywania swoich nieudanych wejść.

Kornel
--
Cenisz dobre dziennikarstwo? Forum Gazeta.pl
"Kornel: moje podróże"
Obserwuj wątek
    • kornel-1 1. Fansipan (Phan Xi Păng) 20.12.19, 14:40
      1. Północny Wietnam, okolice Sapa. Ten region jest zamieszkały przez tzw górskie plemiona, wśród nich wyróżnia się barwnie ubrana ludność Hmong. Jeśli do tego dołożymy urozmaicony krajobrazowo pejzaż pełen fantazyjnie ukształtowanych tarasów z polami ryżowymi – dziwić nie będzie, że jest to często odwiedzany orzez turystów zakątek Wietnamu. Moim, równie ważnym, celem podczas trampingu po Indochinach była również góra Phan Xi Păng leżąca w paśmie Hoang Lien Son. Zwana jest dachem Indochin z racji swojej rekordowej wysokości (3,147 m n.p.m.). Ponieważ zamierzałem ją zaatakować z przełęczy Quy Ho, 2035 m n.p.m., piętnaście kilometrów od Sapy, uznałem, że jeden dzień mi wystarczy na wędrówkę. Wcześniej wyczytałem w sieci, że organizuje się tu 2-3-4-dniowe wycieczki na szczyt, co – w mojej ocenie – byłoby lekką przesadą. Rozmawiałem też z Wietnamczykiem, który zaoferował mi usługę przewodnicką podczas 1-dniowego treku, jednakże koszt indywidualnej wyprawy - 100 USD był dla mnie nie do przyjęcia. Ostrzegł mnie, że przewodnik jest obligatoryjny. Następnego dnia ruszyłem w drogę. Początkowo na piechotę, aż do Srebrnego Wodospadu; droga wiła się przez wioski pełne kwitnących migdałowców (pierwsze dni lutego!) i innych kolorowych kwiatów. Później – jeśli dobrze pamiętam (rok 2012) podjechałem stopem na przełęcz. Fansipan zasnuty był mgłą. To potężny rozległy masyw z rozczłonkowanymi zboczami przez głębokie doliny. Odszukałem początek szlaku i około 9 rano rozpocząłem wędrówkę.
      Wędrówka skończyła się po 100 metrach. Z jakiejś budy wyszedł Wietnamczyk i zapytał, dokąd idę. Gdy mu wytłumaczyłem co i jak – stwierdził, że mnie nie puści bez przewodnika. Powinienem był przewidzieć tę sytuację i próbować wejść bokiem. Wietnamczyk, co prawda był nieuzbrojony i ogólnie mikry, ale jak wiadomo, oni szybko biegają ;-) Odpuściłem więc wariant przemknięcia obok budy i, niepyszny, wycofałem się.
      Tyle było mojego zdobywania najwyższej góry Indochin. Trudno. Dziś być może dołączyłbym do wycieczki (zdaje się, 50 USD) ale 3 dni treku jest w dalszym ciągu bez sensu. Inna rzecz, że w 2016 zbudowano kolejkę gondolową na szczyt. Ech!


      cd. wkrótce.
      --
      Cenisz dobre dziennikarstwo? Forum Gazeta.pl
      "Kornel: moje podróże"
    • kornel-1 2. Krywań 20.12.19, 21:00
      Będąc parę lat temu – po raz pierwszy w życiu! – w Tatrach Słowackich, przyjąłem za naturalną rzecz, że po zaliczeniu Czerwonej Ławki, następnego dnia pójdę z synem na Krywań (2494 m n.p.m.) - tak ważną dla Słowaków górę, narodowy wręcz symbol - wszak sylwetka Krywania jest umieszczona na eurocentach a na szczyt co rok wędrują tysiące Słowaków w okolicach przesilenia letniego....
      Podjechawszy do Strbskiego Plesa kolejką, zaczęliśmy wędrówkę czerwonym szlakiem Droga początkowo prowadziła przez uśpione jeszcze miasteczko, w stronę Szczyrbskiego Jeziora. Jego granatowe wody, otoczonego wysokimi, ciemnozielonymi smrekami, smagane były coraz silniejszymi podmuchami wiatru. Było coś w nim niepokojącego. Idąc Tatrzańską Magistralą doszliśmy do lasu, by po godzinie trafić na żółty szlak idący na Wysokie Siodło (2314 m n.p.m.). Pół godziny później na Rozdrożu przy Jamskim Stawie skręciliśmy w prawo i zaczęło się żmudne podejście lasem. Pogoda się pogorszyła, mżawka zamieniła się regularny deszcz, bardziej odczuwalny po wyjściu na otwartą przestrzeń. Na Przednim Hendlu, na wysokości 1750 m n.p.m. wyprzedziła nas grupa młodych Słowaków, co podniosło nasze morale. Lecz, gdy tylko ruszyliśmy za grupą, rozległ się przeciągły grzmot. Do szczytu zostało jakieś 300 metrów w pionie po odkrytym terenie. W razie czego można by było odbić w lewo i zejść szlakiem do Trzech źródeł (Tri Studnicy). Burza jednak rozwinęła się, wiatr wzmógł a deszcz coraz silniej zacinał po ubraniach. Podjęliśmy decyzję o wycofaniu się. Zanuciliśmy:
      Hej Krywaniu, Krywaniu wysoki!
      Idzie od cię szum lasów głęboki,
      a mojemu idzie żal kochaniu,
      hej Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu!...

      Trudno. Czasem tak trzeba. Zeszliśmy tą samą drogą. I chociaż w lesie deszcz zelżał, to od czasu do czasu słychać było odległe grzmoty. Tyle było mojego Krywania. Może następnym razem się uda…

      Kornel
      --
      Cenisz dobre dziennikarstwo? Forum Gazeta.pl
      "Kornel: moje podróże"
    • kornel-1 3. Gunung Gede 21.12.19, 00:14
      Wulkan Gede (2958 m n.p.m.) i nieco wyższy wulkan Pangrango (3019 m n.p.m.) to dwie główne kulminacje 40-kilometrowego masywu górskiego zlokalizowanego na terenie parku narodowego Mount Gede Pangrango na Jawie. Na całodzienną górską wycieczkę wybraliśmy się startując z Cipanas. Najpierw autobusem jadącym drogą wijącą się wśród herbacianych pól, później z krzyżówki do Cibodas busikiem. Skłoniłem biletera do sprzedaży nam biletów studenckich i, posiliwszy się zawiniętym w liść bananowca ryżem z warzywami, ruszyliśmy 11.5-kilometrowym szlakiem w górę. Trasa najwyraźniej nie była łatwa, skoro według tabliczek droga miała zająć 7 godzin. To już nas niepokoiło – wszak była już godzina 10:00. Wraz z grupkami lokalesów powędrowaliśmy szeroką (początkowo) ścieżką wśród bujnej, tropikalnej roślinności. Drzewa kapokowe wsparte na szerokich łopatach korzeni, pióropusze alokacji wysoko zawieszonych na drzewach, grube liany i pnącza oplatające pnie, gdzieniegdzie liliowe i żółte kwiaty – to wszystko zachwycało nasze oczy. Przystanęliśmy na chwilę przy szmaragdowym, uroczym jeziorku z odbijającymi się w wodzie drzewami pokrytymi mchami i porostami. Na bardziej bagnistych odcinkach droga została poprowadzona po drewnianych podestach. W takim, bardziej otwartym miejscu ujrzeliśmy skryty za chmurami majestatyczny wierzchołek Pangrango. Dalej szlak zwęził się i prowadził wzdłuż szumiącego opodal strumienia. Między 5-metrowymi paprociami drzewiastymi przycupnęły krzaki datury – z charakterystycznymi kwiatami w kształcie dzwonów (trąby anielskie). Zatrzymaliśmy się przy rozwidleniu szlaków. Cecile była nieco zmęczona – wszak dzień był gorący i parny. Zdecydowałem się szybkim krokiem podejść do wodospadu Cibeureum. Niezbyt imponujący, ale widok godzien uwagi. Po godzinie wędrówki, wśród zielonego gąszczu pojawi się nowy element – oto znad towarzyszącego nam strumienia zaczęła unosić się biała para – pewny znak, że woda była gorąca. Po kilkuset metrach bardziej stromego podejścia doszliśmy do gorącego wodospadu – kaskady przecinającej wąską ścieżkę i spływającej w głąb zasnutej parą doliny. Muszę przyznać, że ta ogromna ilość tak gorącej wody, że nie dało się włożyć dłoni – robiła wrażenie.
      Według GPS-a dwa kilometry dalej były kolejne gorące źródła. Chętnie bym poszedł dalej i spróbował wchodzić na szczyt wulkanu Gede – ale szybko uciekający czas, i nasze zmęczenie skłoniło nas do rezygnacji z dalszej wędrówki w górę. Znalazłem poniżej nieco chłodniejszą wodę, rozebrałem się i wykąpałem. To była ulga! Dwie godziny później byliśmy przy wejściu do parku narodowego.
      Nie udało się zdobyć szczytu, od początku szanse ocenialiśmy jako umiarkowane. Trudno. Pocieszaliśmy się, że dwa tygodnie wcześniej weszliśmy na przepiękny wulkan Gunung Batok koło sławnego Bromo.

      Kornel
      --
      Cenisz dobre dziennikarstwo? Forum Gazeta.pl
      "Kornel: moje podróże"
    • kornel-1 4. Aragac 22.12.19, 14:03
      Jadąc do Armenii miałem w planie zdobycie wulkanu Aragac - czterowierzchołkowej, najwyższej góry tego kraju. W drodze do Erywania wysiadłem z marszrutki gdzieś po drodze do Erywania. Na krzyżówkę przed Buyrakan podrzucił mnie leśnik, potem poznakomiłem się z wiekowymi pracownikami stacji meteo, dali wódkę i zakąskę ;-) Po kilku toastach jeden z dziadków postanowił mnie podwieźć "kawałek". Podarował mi jeszcze czapkę, gdyż swoją zgubiłem gdzieś po drodze. Zygzakami ruszyliśmy zdezelowaną wołgą. Potem podreptałem pod górę sam, ale po pewnym czasie zatrzymałem inną okazję i z fizykami z Instytutu Badania Promieni Kosmicznych zabrałem się aż do Kari Licz. Po drodze zacinał śnieg, choć był to początek października ;-) Od dziadków z meteo dostałem wcześniej kartkę do ich kolegów w stacji meteo k/Instytutu, z prośbą, aby mnie przenocowali; przyjął mnie chłopak, skasował na 5.000 AMD i zrobił kolację. Znów trzeba było pić; ciekawy zwyczaj toastów naprzemiennych. W ramach aklimatyzacji i razwiedki polazłem w wieczornej mgle na spiczasty wierzchołek na wschód od południowego Aragacu, jakieś 3500 m n.p.m. Szybko zleciało, godzinka w jedną stronę. Następnego dnia od rana było piękna pogoda, ale widno zrobiło się dopiero o 8. Szron i miejscami śnieg. Droga w górę chwilami prowadziła ścieżką, czasem szlak się gubił i wchodziłem „na pałę”. Po wejściu na krawędź krateru ujrzałem oszałamiające widoki na północne i zachodnie szczyty. Najbliższy mnie był południowy szczyt 3879 m n.p.m. Szybko się tam wspiąłem. Na lewo ode mnie widoczny był zachodni wierzchołek (4007 m n.p.m.). Był właściwie w zasięgu ręki. Ale skoro i tak nie miałem zamiaru wchodzić na stosunkowo odległy najwyższy wierzchołek północny (4095 m n.p.m), to zrezygnowałem ze wspinania się i na zachodni szczyt. Jeśli dobrze pamiętam, drugą przesłanką tej decyzji był umykający czas i chęć dotarcia do Erywania tego samego dnia. Dziś żałuję, że nie poszedłem dalej. Z Aragacu wracałem Promenadą Bohaterów Kosmonautyki początkowo na piechotę (ok. 7 km), potem z drogi zabrała mnie do stolicy ormiańska rodzina.


      Kornel
      --
      Cenisz dobre dziennikarstwo? Forum Gazeta.pl
      "Kornel: moje podróże"
    • stefan4 Czornohora zimą 22.12.19, 20:11
      kornel-1:
      > Zachęcam przy okazji do opisywania swoich nieudanych wejść.

      Nie mam zwyczaju ,,zdobywania'' gór, raczej w nich ,,przebywam''. Dlatego jeśli nie wejdę na coś dzisiaj, to wchodzę jutro -- jak w mieście poszedłbym po zakupy jutro, skoro nie wyrobiłem się dzisiaj. Albo jeśli nie wejdę na to, to wchodzę na coś innego -- jak w mieście poszedłbym do tamtego sklepu, skoro ten okazał się nie po drodze. Z tego powodu rzadko wracam z poczuciem, że się nie udało.

      Jednak co najmniej jedną taką nieudaną wyprawę zaliczyłem. Ogólnym zamiarem grupy 6 osób było przejście przez główny grzbiet Czornohory (w ukraińskich Karpatach) ze wschodu na zachód na nartach. Nie wiem, jak tam jest teraz, ale 20 lat temu jedyną infrastrukturę turystyczną stanowiły noclegi we wsiach -- dlatego mieliśmy ze sobą namioty, kuchenki gazowe i sporo jedzenia.

      Ruszyliśmy ze wsi Dzembronia(*) i szybko zaczęliśmy tonąć w kopnym śniegu. Dobrnęliśmy do polany, na której stał t.zw. prijut, czyli opuszczony na zimę szałas pasterski z czynnym piecem -- łatwo było nazbierać gałęzi (tylko że do lasu po te gałęzie trzeba było udawać się na nartach) i uzyskać przytulne ciepełko.

      Następnego dnia w górę. Śnieg był mniej kopny bo wywiany ponad linią lasu, ale szło się trudno z powodu wściekłego zachodniego wichru. W końcu dotarliśmy do grani -- i kto na nią wyszedł, tego przewracało. Po drugiej stronie grani widać było poletko kosówki, więc pozdejmowaliśmy plecaki i narty, na czworaka przekroczyliśmy grań wlokąc za sobą narty; potem na czworaka wróciliśmy i znowu na czworaka przekroczyliśmy grań ciągnąc plecaki. W końcu dotarliśmy do tej kosówki, ona trochę zasłaniała od wiatru, i rozbiliśmy namioty.

      Kiblowaliśmy tam 2 lub 3 noce, już dokładnie nie pamiętam, czekając, żeby wiatr osłabł. Przed nami była droga na Smotrec, niemożliwa do pokonania przy takim wietrze. Za nami powrót -- i żadnych innych możliwości. Wiatr nie osłabł. W końcu zwinęliśmy namioty, wleźliśmy na grań, przekroczyliśmy ją na czworaka ciągnąc za sobą narty i wracając po plecaki, po czym zjechaliśmy do prijutu. Tam spędziliśmy noc, zjechaliśmy do Dzembroni, a następnie jak niepyszni wróciliśmy do domu.

      A z powrotnej nudnej drogi autobusowo-kolejowej pozostał mi tylko taki wierszyk:


      W dolinach słońce radośnie już świeci,
      na grani nadal trwa surowa zima --
      a ja bez sensu błądzę w internecie,
      żeby zapomnieć, że w górach mnie nie ma.

      Wiosna już pewnie przyszła na Pokucie,
      gdy w szarym mieście ciułam nędzne grosze.
      Znów zamieszkali pasterze w pryjucie
      i śnieg popłynął z nurtem Czeremoszu.

      Siedzę przy biurku i walę w klawisze,
      z ekranu spływa lodu jęzor biały.
      A kiedy uszu nastawię, to słyszę,
      jak wiatr zachodni tryka łbem o skały.

      I o ikonie takiej marzę skrycie,
      że starczy kliknąć -- i stoisz na szczycie.


      -------------
      (*) W Wikipedii stoi, że ta wieś wtedy nazywała się Beresteczko, ale mnie w głowie żadne Beresteczko się nie utrwaliło. Dzembronia to Dzembronia. Może już wtedy ludność miejscowa tak ją nazywała, 10 lat przed oficjalnym dekretem zmieniającym nazwę?

      - Stefan

      --
      Zwalczaj biurokrację!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka