Dodaj do ulubionych

najbardziej niesamowite przeżycie w górach

31.08.06, 23:08

Pomyślałam, że góry są tak piękne i tajemnicze, że napewno spotkało was wiele
niesamowitych przygód, jak macie ochotę, to opiszcie proszę jedną z nich.
Edytor zaawansowany
  • Gość: moko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.08.06, 23:18
    Najpierw Ty napisz o tym starym przewodniku ze Szczelińca;)
  • samanta455 31.08.06, 23:21

    widzę, że wszystko czytasz, parę lat temu napisałam mini-opowiadanie o tym i nie
    chcę nikogo zanudzać tak długim tekstem, a skracać nie chciałabym, bo zatraci
    się klimacik, napiszcie coś najpierw to może przemogę się ....
  • Gość: ŁESLI IP: *.retsat1.com.pl 01.09.06, 00:29
    DLA MNIE NIESAMOWITYM PRZEŻYCIEM BYŁA BURZA W OKOLICACH HALICZA W
    BIESZCZADACH.W LETNI PIĘKNY PORANEK WYBRAŁEM SIĘ Z WOŁOSATEGO ZALICZAĆ
    ROZSYPANIEC,HALICZ,TARNICE I INNE WIERZCHOŁKI.I WŁAŚNIE IDĄC Z ROZSYPAŃCA NA
    HALICZ NIE ZAPOMNE TEGO WIDOKU WCHODZĄC NA SZCZYT UJRZAŁEM CIEMNE OGROMNE
    CHMURY PŁYNĄCE ZNAD UKRAINY WŁAŚNIE W MOJĄ STRONĘ.PRZERAZILEM SIĘ.PAMIETAM
    TYLKO JAK SZYBKO BIEGŁEM PADAŁ GRAD,CHMURY ZASNUWAŁY CAŁY SZLAK,A W ODDALI
    GDZIEŚ ZA MNĄ GRZMIALO.BIEGLEM ILE TCHU MI TYLKO WYSTARCZALO.PAMIETAM,ŻE
    ZATRZYMAŁEM SIĘ NA PRZEŁĘCZY POD TARNICĄ MOKRY DO SUCHEJ NITKI ALE SZCZĘSLIWY
    BO WŁAŚNIE SIĘ NIEBO ZACZĘŁO ROZJAŚNIAĆ.MIMO TEJ PRZYGODY MIŁO JĄ
    WSPOMINAM.POZDRAWIAM WSZYSTKICH MIŁOŚNIKÓW GÓR!!DO ZOBACZENIA NA SZLAKACH!!!
  • samanta455 01.09.06, 00:49

    Myślę, że pobiłeś wtedy własny rekord życiowy, burza w górach to wielkie
    przeżycie, ale i niebezpieczna rzecz, pamiętasz tych sześciu na Świnicy, zabił
    ich piorun. Bieszczady znam mało, wiem, że są dla znawców i miłośników spokoju i
    natury. Ja swoją burzę przeżyłam na Czerteziku nad Dunajcem i też zmykałam z
    dziećmi gdzie pieprz rośnie, w dole turyści na tratwach śpiewali piosenki
    zachęcani przez flisaków ( tak się jeszcze mówi?)Wolałam już być w górze, niż
    tam na dole na tratwie.Pozdrawiam i dziękuję za opowiedzianą historię.
  • samanta455 01.09.06, 12:12
    Uwaga,no to zaczynam:za górami, za lasami....

    Szczeliniec Wielki
    Pewnego lata spędzałam z dziećmi urlop w Kotlinie Kłodzkiej. Po
    zdobyciu Śnieżnika, piciu wód zdrojowych w Polanicy i Dusznikach,
    przybyliśmy do Karłowa. Kto odwiedził Góry Stołowe, zapewne podziwiał
    wspaniałe stwory zastygłe w piaskowcach, ich oryginalne kształty i
    klimat tajemnicy zawieszony nad nimi.
    W schronisku „ Pod Szczelińcem” zajęliśmy kącik na uroczym
    stryszku wraz z grupami harcerzy i studentów. Po zakwaterowaniu,
    zaczęliśmy zwiedzać miejscowe atrakcje. „Błędne skały” i „Szczeliniec”
    dostarczyły niezapomnianych przeżyć. Przez tysiące lat morska woda,
    wiatr i mróz rzeźbiły fantastyczne kształty w skałach, niczym
    artysta z poczuciem humoru i wielką wyobraźnią. Niejedno dziecko
    odnalazło w skałach stworki z ulubionych bajek. Zwierzęta
    i bajkowe postaci zamieszkały w górach nadając im niepowtarzalny urok
    i klimat. Czar tego miejsca sprawia, że tęsknisz i gna cię coś z
    powrotem w te strony. Do dziś jestem urzeczona obrazami z tamtych dni.
    Upływ czasu zatarł ostrość wspomnień, ale jedno zdarzenie pamiętać
    będę długo. Dwa dni wcześniej zwiedzałam Szczeliniec Wielki z dziećmi.
    Każda matka wie jak to wygląda. Dzieci pędzą do przodu, nie
    rozglądają się na boki, ich interesują zazwyczaj inne rzeczy.
    Wiedziałam, że są tu tarasy z barierkami i trzeba dobrze pilnować
    dzieci, aby za bardzo nie wychylały się. Po takim „pościgu”, słowo to
    bardziej pasuje niż zwiedzanie, szybko okazało się, że jesteśmy z
    powrotem na początku trasy, szlak zataczał pętlę na szczycie.
    Zaproponowałam ponowne przejście trasy nie spiesząc się, ale taka
    możliwość wydawała się dzieciom nudna. W biegu rozpoznawałam nazwy
    charakterystycznych skałek, nie mając czasu delektować się klimatem
    miejsca, a taką formę zwiedzania bardzo lubię. W ostatnim dniu pobytu
    obudziłam się rano przed 6 i pomyślałam, że może tym razem sama
    odwiedzę to urokliwe miejsce. Autobus do Kudowy mieliśmy o 9 z
    minutami. Dzieci spały jeszcze, poprzedniego dnia byliśmy w Wambierzycach
    i na piechotę wracaliśmy do Karłowa. Kto sam przebył tę trasę, wie
    jak to daleko. „Tylko” przez 5 km trasa wiodła dość niebezpiecznym
    szlakiem, wzdłuż skał i z przepaścią po drugiej stronie, a sam szlak
    liczył około 12. Moje dzieci miały wtedy 6.5, 10 i 12 lat. Po takich
    emocjach spały na drugi dzień bardzo mocno. Obudzona przez rześki
    poranek, powędrowałam szlakiem w górę. Spotkałam kilku wczesnych
    turystów, ale na Szczeliniec szłam sama. Kasa była jeszcze zamknięta,
    więc w samotności, powoli z planem „zaliczałam” kolejne nazwy skałek.
    Od wejścia na górę, już przy schronisku „ Na Szczelińcu” miałam dziwne
    wrażenie, że nie jestem sama. W schronisku nie słychać było porannej
    krzątaniny.To uczucie nie opuszczało mnie przez cały czas zwiedzania.
    Oglądałam się kilkakrotnie za siebie, czy nikt nie szedł za mną. Na
    ścieżce jednak nie było nikogo. Czułam, że nie jestem sama. Nie bałam
    się. To nie był strach, tylko świadomość bytności innej osoby obok
    mnie, czułam to prawie namacalnie.
    Jakby ktoś położył dłoń na moim ramieniu i mówił mi „popatrz,
    tu jest pięknie i tu i tu...„ Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do
    sytuacji, przyjęłam to jako szczególne przewodnictwo po tym uroczym
    zakątku. Zachwycały rzeźby wygładzone pieczołowicie dłonią wiatru. To
    wielbłąd przysiadł na skale zmęczony długą wędrówką, to groźny troll
    wyciągał złowieszczo do mnie ręce. W pewnym momencie moja wyobraźnia
    poruszyła te stwory i przelękłam się, gdyby ożyły, nie miałabym szansy
    na ucieczkę. Skały o niesamowitych kształtach pokryte porostami, soczysto-
    zielony mech tworzący czapy, ściółka leśna z jagodziskami spływającymi
    z krawędzi jak woale, świerki i karłowate sosny – wszystko to,
    sprawiało wrażenie zaczarowanego ogrodu.
    Co jakiś czas z zachwytu zapierało mi dech w piersiach na widok
    następnych obrazów wyłaniających się zza kolejnej skały.
    Groźne szczeliny zatopione w półmroku i chłód jaki owiewał na pewnych
    fragmentach trasy, dodawały klimatu niesamowitości mojej wędrówce. Kiedy
    tak dotykałam skał, przeciskałam się szczelinami, przed oczami stanął
    mi film „Piknik pod Wiszącą Skałą”. Czułam energię tych skał. Miałam
    poczucie, że tylko ja dostąpiłam tej wielkiej chwili i dotykiem
    jednoczę się z wielką tajemnicą świata. Nie wiedziałam co, ani kto,
    ciągle mi towarzyszy, czułam jednak, że tak samo zachwyca się Górami
    Stołowymi i Szczelińcem. Bez dzieci, moje zwiedzanie wyglądało całkiem
    inaczej, na pewno spokojniej i pełniej. Kilka razy miałam pokusę
    zejścia ze szlaku i zastanawiałam się nad moralną stroną tej
    sytuacji i pytałam siebie czy mogę? Skoro nie depczę żadnej roślinki,
    a ścieżka i tak już jest, nie zdzieram żadnego porostu z kamieni i
    jestem zachwycona pięknem tego miejsca, to może w nagrodę mogę dojść
    do skały spoza szlaku. Nie wiem w jaki sposób, ale po prostu czułam,
    że ten „niewidzialny ktoś obok mnie” pozwala na to odstępstwo. Weszłam
    więc do indyjskiej świątyni. Dotykałam kamieni, a pod palcami przepływała
    pozytywna energia i ładowała mnie. Opanowała mnie aura tajemnicy, czułam,
    że jestem w jej kręgu.
    „Powędrowaliśmy” dalej, wdrapałam się na „Tron Liczyrzepy”. Na
    platformie spotkałam dwóch studentów, spędzili na górze noc w
    śpiworach. Bardzo romantyczne! Miałam ochotę usiąść na tronie w kształcie
    dłoni ale..... rozsądek był silniejszy. Widok z samego wierzchołka
    wspaniały, tron jest najwyższym wzniesieniem tych gór - 919 m.n.p.m.
    Przed moimi oczami roztoczył się piękny widok - na polskie i czeskie
    Góry Stołowe. Obraz zapełniony po horyzont skałkami i dolinami,
    wioskami, samotnymi chałupami zagubionymi wśród wzniesień, polnych dróg
    i krętych szos. Starałam się odgadnąć nazwy pojedynczych skał lub ich
    skupiska. Odnalazłam Wambierzyce i złotą bazylikę, Radkowo i Karłowo u
    podnóża, Białe i Błękitne Skałki. Czas mijał szybko, trzeba się było
    zbierać. Spakować plecaki i śpiwory, śniadanie dla dzieci
    i jedzenie na drogę. Z wielkim żalem opuszczałam „Szczeliniec”, który
    dostarczył mi tylu niezapomnianych wrażeń. Kiedy miałam już schodzić,
    zauważyłam taras z barierką, który ominęłam zwiedzając za pierwszym
    razem. Czułam, że coś mnie pchało w tę stronę, jakaś niewidzialna dłoń.
    Może to legendarny Liczyrzepa? Uległam tej sile i oglądnęłam widok na
    czeską stronę Gór Stołowych, odchodząc już, zauważyłam dwie tablice
    na skałce. Na jednej była wiadomość o Goethem, a druga ...(serce
    stanęło mi na chwilę)... poświęcona pierwszemu przewodnikowi - Francowi
    Pablo. Był sołtysem Karłowa i wytyczył szlak na „Szczelińcu” i przez
    długie lata oprowadzał po nim wycieczki.
    W tym momencie wszystko stało się jasne. To on przez cały czas
    oprowadzał mnie jak za dawnych lat, pozwalając dobrotliwie zbaczać ze
    szlaku. Tak pokochał to miejsce, że nie mógł jego opuścić nawet po
    śmierci, czuwa nad nim, jest dobrym duchem i dalej
  • wobo1704 01.09.06, 13:21
    To nie będzie 'najbardziej niesamowite przeżycie w górach', ale związane z
    górami.
    W końcu lat '80 zdecydowaliśmy się na 'próbne' samodzielne wypuszczenie dwójki
    naszych ok. 10-letnich dzieci w góry. Chodziły juz wcześniej z nami w bardzo
    długie kilkutygodniowe trasy.
    No i pojechały w Beskid Śląski. Miały przejść samodzielnie górki od Równicy k.
    Ustronia do doliny potoku k. Rycerki znanego nam już z wcześniejszych łazęg.
    Tam ustaliliśmy miejsce i orientacyjną datę spotkania.
    Wyruszyłem w to miejsce z Warszawy z kilkudniowym opóźnieniem. Do Zwardonia
    dotarłem przed północą. Aby zdążyć na umówiony termin gnałem całą noc przy
    świetle księżca. Rano w umówionej dolince powiesiłem na wysokim drzewie moją
    kangurkę (aby dzieci łatwiej mnie znalazły) i zasnąłem.
    Koło południa obudziły mnie moje dzieciaki. Bez problemu pokonały wcale nie
    łatwą topologicznie trasę, rozbiły kilkakrotnie namiocik w lesie, ugotowały
    herbatę. Dobrze zdały egzamin z samodzielności.
    A ja z żona mieliśmy 'niesamowite przeżycie'.
  • Gość: samanta455 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.09.06, 14:23
    wędrowanie mają w genach, podziwiam was,ja bym chyba nie odważyła się, w którym
    było to roku? obecnie robi się trochę niebezpiecznie, ale dzieci uwielbiają
    takie wyprawy, ale jak dowiedzą sie panie TPD to no, no.....dziękuję za
    opowieść,pozdrawiam
  • wobo1704 01.09.06, 15:23
    Wtedy (ok. 1981 - po ogłoszeniu stanu wojennego) było w górach bezpiecznie. W
    Beskidzie Śl. nawet bardzo bezpiecznie. Zgadzam się, że emocje były. ;)

    A rok później pojechały w góry sobie nieznane - w góry Sowie i dalej.
    Po kilku dniach zgubiły pieniążki; ale sprzedały konserwy (cenny towar; były
    przecież kartki) i pojechały ... nie do domu do Warszawy, ale do Zakopanego. Bo
    tam miała być Mama na wczasach. I znalazły Mamę ...co prawda nie w Zakopanem
    ale gdzieś w okolicy. (Nigdy nie umiały wytłumaczyć jak tego dokonały.)
  • samanta455 01.09.06, 20:08

    Ich opowieść jest napewno ciekawa, przekaż moją prośbę, aby coś postukały w
    klawiaturę. Co do mojej opowieści, to czasami wydaje mi się że, to tylko moja
    wyobraźnia, ale pamiętam tę historię to do dziś, a minęło dziesięć lat.pozdrawiam.
  • Gość: ppppp7 IP: *.chello.pl 07.09.06, 03:15
    wobo1704 napisała:
    > W końcu lat '80 zdecydowaliśmy się na 'próbne' samodzielne wypuszczenie
    dwójki naszych ok. 10-letnich dzieci w góry.

    10-latki same na kilkudniowej wyprawie z namiotem w górach?
    Albo koloryzujesz, albo miałeś mnóstwo szczęścia (i to z kilku powodów)
  • Gość: olle IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.09.06, 08:50
    Gość portalu: ppppp7 napisał(a):

    >>10-latki same na kilkudniowej wyprawie z namiotem w górach?
    > Albo koloryzujesz, albo miałeś mnóstwo szczęścia (i to z kilku powodów)>>

    No fakt, nawet tacy herosi jak Staś Tarkowski i Tomek Wilmowski mieli po 14 lat;)))
  • Gość: brak IP: *.aster.pl 01.09.06, 15:05
    po górach chodzę od roku 1973. Myślę, że zrobiłem jakieś 200 wycieczek w
    Tatrach i może drugie tyle po innych polskich górach. I wstyd powiedzieć, ale
    nigdy nie zdarzyło mi się nic, co by zainteresowało Szanowną Publiczność. Tak
    sobie to dopiero teraz uświadomiłem, przeczytawszy ten wątek.

    Co nie znaczy, żebym żałował. Jasne, dobrze by było mieć w zanadrzu opowieść o
    spotkaniu z niedźwiedziem, o zagubieniu w grocie, o odkryciu starej pamiątki w
    zapomnianym szałasie, o widmie pod szczytem. Niestety, nic z tego. Ale samo
    szwendanie się po górach zupełnie mi wystarcza.

    Niemniej przyłączam się do apelu: piszcie, chętnie poczytam.

  • samanta455 01.09.06, 20:05

    Myślę, że napewno było dość przygód, ale ze skromności nie chcesz opowiadać,
    proszę, bardzo proszę o jedną...z uśmiechem pozdrawiam.
  • Gość: to może jak niżej IP: *.aster.pl 19.09.06, 13:08
    Pierwszy raz byłem tam w sierpniu owego roku, kiedy nasz piękny kraj dopiero
    stawał się jedną z największych potęg gospodarczych świata, mierzonych ilością
    wydobywanego węgla i tonami produkowanej miedzi. Przełęcz była wtedy clou
    naszej wycieczki z Polany Huciska do Kir, a jej osiągnięcie wyznaczyło mój nowy
    rekord wysokości, odnotowany skrupulatnie w zeszycie w kratkę. Drugi raz
    odwiedziłem przełęcz zaraz po końcu roku szkolnego, tego czerwca o którym
    jeszcze nie wiedzieliśmy, że stanie się pamiętny; w południe doszliśmy z
    plecakami do schroniska na Halę Ornak, a po południu wybraliśmy się na przełęcz
    i z powrotem. Trzeci raz byłem na przełęczy też w czerwcu, ostatniego
    spokojnego lata tamtej epoki, a nasza dość długa wycieczka zaświadczała już o
    moim poważnym życiowym statusie: dookoła Chochołowskiej przez Wołowiec i Ornak.
    Żeby dostać się na przełęcz czwarty raz, tym razem sam, potrzebowałem już
    przepustki, bo tamtego lipca przebywanie w strefie nadgranicznej bez zgody
    odpowiednich władz było nielegalne. Obchodziłem wtedy Kominiarski Wierch
    dookoła, przez Lejowa i Iwaniacką. Niemal równo rok potem, za piątym razem,
    przepustki nie były już potrzebne, więc mogłem wypuścić się na ambitną trasę z
    Kuźnic przez Czerwone Wierchy i Iwaniacką na Chochołowską. Dzień potem byłem
    zresztą na przełęczy szósty raz, wracając przez Kominiarski do Kir. Mój
    pierwszy wiosenny, a w ogóle siódmy raz, przypadł na maj kolejnego roku, tym
    razem w zorganizowanej grupie aspirujących ekspertów od Tatr, kiedy przez
    Iwaniacką doszliśmy granią na Przełęcz Pyszniańską i po śniegu spuściliśmy się
    z powrotem na Halę Ornak. Dwa miesiące potem, w lipcu, byłem ósmy raz na
    Iwaniackiej, przy wypoczynkowym przejściu z dużą grupą ze schroniska na
    Chochołowskiej do schroniska na Ornaku. Wreszcie, tego samego roku, pięknej
    wrześniowej jesieni, chyba samotnie powtórzyłem szlak z Chochołowskiej przez
    Kominiarski do Kir i odwiedziłem Iwaniącą po raz dziewiąty. Nastepnego roku,
    kiedy to przedłużono ważność Układu Warszawskiego do kwietnia 2005, niemal
    zapomniałem o Iwaniackiej, ale dziesiąty raz przypomniałem sobie w niej w
    listopadzie, kiedy wobec obrzydliwej pogody i walącego śniegu porzuciłem na
    przełęczy swoje ornaczańskie ambicje i wróciłem tą samą drogą do Kir. Jedenasty
    raz przypadł na październik kolejnej jesieni, o ile pamiętam, był to jeden z
    tych magicznych dni, który wykorzystałem na przejście do Siwej Przełęczy i
    zejście Starą Robotą. Następnego roku swój dwunasty raz zamierzyłem jako
    listopadową poprawkę dziesiątego, i tym razem wszystko się udało: pamiętam z
    grani Ornaku piękne słońce, masy świeżego śniegu i porywisty wiatr, który
    jednak nie przeszkodził mi zejść już w dolinę Starorobociańską. Trzynasty raz
    przypadł na lipiec owego roku, kiedy na czele rządu stanął wygadany premier-
    dziennikarz – ale Iwaniacka, Ornak i Stara Robota nic o tym nie wiedziały. Za
    czternastym razem, pięknego września rok temu, obszedłem dookoła Chochołowską
    od Iwaniackiej po Bobrowiecką. Piętnasty raz to nieudana wycieczka w marcu tego
    roku, kiedy idąc od Kir odpuściłem zawalony śniegiem Ornak, zeszedłem do
    Chochołowskiej i przez Lejową wróciłem do zostawionego w Kirach samochodu.
    Szesnasty raz był wręcz przeciwnie, bardzo udany – w czerwcu tego roku zrobiłem
    graniówkę dookoła Kościeliskiej od przełęczy Iwaniackiej do przełęczy
    Tomanowej. Siedemnasty raz... siedemnastego razu jeszcze nie było, ale liczę na
    nie niego jeszcze w tym roku.
  • samanta455 20.09.06, 00:54

    ciekawe spojrzenie i dobrze dobrana nazwa - zakrzywienie czasoprzestrzeni,
    jestem pod wrażeniem, jakby to miejsce było związane na wieki z tobą, czasem i
    naszą historią, jestem pewna, że jako staruszek, każesz sie tam zanieść, aby po
    raz ostatni spojrzeć na znajome stoki, dla prawdziwego wędrowca, zdobywcy gór,
    nie jest ważne, aby tylko zaliczyć kolejny szczyt, pamiętam rywalizację Meisnera
    (nie wiem czy dobrze napisałam nazwisko) i Kukuczki, ten pierwszy nawet nie
    umywał się do Jurka.pozdrawiam.
  • samanta455 02.09.06, 17:31

    to wspomnienia powodują, że historie, które przeżyliśmy w przeszłości istnieją
    dalej w naszych głowach, warto je opowiadać - nie ulegają wtedy tak szybko
    zapomnieniu.......kiedy wieczór zapada, gwiazdy świecą nad głowami, a ogień
    trzaska wesoło, kolejna osoba opowiada o swoich przygodach w górach....czekamy...
  • Gość: Jaskółka IP: *.ols.vectranet.pl 02.09.06, 22:44
    A oto i moja przygoda. Od lat jeździmy w polskie ukochane Tatry i jakoś nigdy nic nam się nie przytrafiło aż do ubiegłego roku. Zaplanowaliśmy, że pojdziemy na Czerwone Wierchy, rozdzieliliśmy się w Dolinie Kościeliskiej - nasze dzieciaki a właściwie młodzież 18 i 20 lat poszły na Małomączniak a my z mężem na Ciemniak. Mieliśmy się spotkać gdzieś w połowie Czerwonych Wierchów i razem zejść. Wszystko przebiegało bez niespodzianek, piękna, słoneczna pogoda i co za widoki. Trochę się zachmurzyło ale to dodało tylko uroku naszej wycieczce, chmury zeszły nam pod nogi - niesamowite przeżycie i widok. Ba ... gdybym wiedziała co one przyniosą ... Jeszcze tylko trochę dzieliło nas od Ciemniaka. Gdy zdobywaliśmy szczyt zerwała się wichura, momentalnie zrobiło się czarno, zaczęło lać. Zdążyliśmy jedynie połączyć się z chłopakami i kazać im uciekać - oni dochodzili już wtedy do Krzesanicy. Bałam się schodzić tą samą trasą co przyszliśmy, była dosyć stroma, mgła spowiła całe góry, nic nie było widać, więc zdecydowaliśmy z mężem że zejdziemy Doliną Tomanową - droga dłuższa ale łagodniejsza. Dzwonimy do naszych dzieciaków aby poinformować ich o zmianie trasy, łączności nie ma, mąż wysłał sms-a bez pewności czy dotrze ... Wyobraźcie sobie nasz stres przy schodzeniu z gór - wieje tak że chwytamy tego czego można się chwycić aby nie spaść, ślisko, leje, zimno - HORROR - i cały czas nie wiemy co z dzieciakami, łączności wciąż nie ma, nie wiemy czy sms dotarł. Jakimś cudem doszliśmy do Doliny Kościeliskiej, czekamy na swoich chłopaków a ich nie ma. Moja przerażona wyobraźnia widziała już wszystko ... Po dwóch godzinach oczekiwania, dochodziła juz 20:00 zdecydowaliśmy że musimy wracać na parking i zawiadomić GOPR. Jak ja sobie wyrzucałam że zgodziłam się na pomysł rozdzielenia na szlaku, ze nie poczekałam na nich na Ciemniaku. Zestresowani dotarlismy do parkingu a tam ... czeka na nas nasza rownież zestresowana młodzież. Sms oczywiście do nich nie dotarł, zeszli tym szlakiem co my wchodziliśmy i czekali na nas około 3 godzin również odchodząc od zmysłów. Mieliśmy niezła nauczkę po tej wycieczce - obiecałam sobie - NIGDY już nie zgodzę się na rozdzielenie w górach. To żywioł, pogoda może załamać się nagle, człowek jest bezradny ... W tym roku bez przygód zrobiliśmy Czerwone Wierchy, dopisała nmam przecudna aura i wrażenia ze szlaku nie do opisania. Pozdrawiam wszystkich.
  • Gość: zorro IP: *.lodz.dialog.net.pl 06.09.06, 17:08
    Szperam w pamięci i.. też jakoś cudów specjalnych nie znajduję. Mooże..
    ostatecznie... W tym roku wybrałem się z dwójką przyjaciół w słowackie Tatry.
    Pogoda od początku była nienajlepsza. Dnia pewnego wybraliśmy się na Sławkowski
    Szczyt (chyba trzeci co do wysokości "szlakowy" szczyt w Tatrach, choć mogę się
    mylić). Dodać należy, iż mieliśmy za sobą solidną "zraszkę" gradowo-śnieżną na
    Wielkiej Świstowce dnia poprzedniego. W połowie drogi pogoda się jeszcze
    bardziej popsuła. Zaczął znów padać deszcz z gradem, widoczność wynosiła może ze
    20 m. W tych depresyjnych warunkach zdecydowaliśmy się zawrócić, drugi dzień w
    mokrych rzeczach to nic przyjemnego. Przeszliśmy jakieś 50 m i natknęliśmy się
    na Czecha idącego do góry. Wymieniliśmy standardowe "ahoj" i stwierdziliśmy, że
    my chyba wracamy - nic nie widać, pogoda się psuje... na co pan odpowiedział -
    "niee, na górze będzie dobrze, na pewno się przetrze" (oczywiście powiedział po
    czesku - to baardzo wolny przekład :). Odwróciliśmy się i... zobaczyliśmy szczyt
    na tle w miarę jasnego nieba! Decyzję zmieniliśmy równie szybko jak poprzednio.
    Doszliśmy na szczyt nie niepokojeni już przez opady i choć widoczność jakoś
    bardzo się nie poprawiła, wrażenia były niezłe (czasem faktycznie się
    przecierało). W tym czasie na dole ponoć lunął potężny deszcz. Następnego dnia w
    elektriczce spotkaliśmy kolegę znów. Przewidział tym razem, że do końca tygodnia
    pogoda się przełamie, nadejdzie wyż, w związku z czym on w piątek wybiera się na
    Krywań. Postanowiliśmy tak samo. Oczywiście na Krywaniu też się spotkaliśmy! I
    faktycznie wyż był, niebo cudnie czyste... niestety, zachmurzyło się gdy byliśmy
    GODZINĘ od szczytu :( Ale i tak był to najpogodniejszy z naszych dni. Brat Czech
    zaprosił nas do odwiedzenia Fatry, co na pewno niedługo zrobimy. Rozstaliśmy się
    po przyjacielsku, mając za sobą wspólne doświadczenia.
    Może nie jest to super niezwykła opowieść, ale malutki element nadprzyrodzony
    tam jest. No i wiara w człowieka się buduje :) Oraz w przyjaźń między Słowianami!
    Pozdrawiam wszystkich.
  • samanta455 06.09.06, 20:46

    Kasiu6, dzięki za zmianę ułożenia opowieści Jaskółki, nie umiałam tego zrobić,
    ostatnia opowieść jest przykładem na to, że w górach czuje się bliskość Boga i
    drugiej bratniej duszy. Piszcie kochani o swoich przeżyciach w górach, ja już w
    tym roku nigdzie nie pojadę, piszę za to pracę licencjacką i z chęcią poczytam
    wasze przygody, nie leńcie sie więc ;pozdrawiam wszystkich.
  • Gość: Kuba Terakowski IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.06, 23:59
    Przyjechałem na Wantę we środę wieczorem. Nazajutrz miała odbyć się akcja
    liczenia kozic. Zostałem poproszony o wsparcie. Zgodziłem się chętnie. Wstałem
    przed piątą. O szóstej byłem nad Morskim Okiem. O siódmej - nad Czarnym Stawem.
    Stamtąd, razem z Włodkiem skierowano mnie na Owczą Przełęcz. To niezwykłe
    miejsce, w grani pomiędzy szczytem Rysów, a Żabim Niżnym. Rezerwat ścisły,
    zamknięty nie tylko dla turystów ale także dla taterników. Pogoda była
    wymarzona. Nad głową słońce, błękit, obłoki, wiatr, a pod stopami trawa, kwiaty,
    mchy, porosty, skały. Z jednej strony przełęczy widać Czarny Staw i Morskie Oko,
    z drugiej - słowackiej - dwa Żabie Stawy. Znalazłem tam skałę - "moją" skałę.
    Usiadłem pod nią, oparłem się plecami o jej rozgrzaną ścianę i... zapomniałem o
    kozicach. Pochłonął mnie błękit. Porwał wiatr. Zamroczyło słońce. Zaczarował
    krajobraz. I pewnie siedziałbym tam do dzisiaj, gdyby nie Włodek, który
    przypomniał o naszej misji.

    Łącznie, w rejonie Morskiego Oka zauważono dziesięć kozic. W tym aż cztery
    tegoroczne koźlęta. To cieszy - świadczy bowiem o odmładzaniu populacji.

    Zszedłem nad Morskie Oko wciąż jeszcze odurzony atmosferą Owczej Przełęczy.
    Zupełnie bezbronny wobec kłębiącego się tam tłumu. Schroniłem się na piętrze
    schroniska. Wypiłem herbatę, wzmocniłem czymś słodkim. I stawiłem czoła ciżbie.
    Z trudem opierając się pokusie zejścia na Wantę i odpoczęcia w zaciszu naszej
    bazy. Późnym popołudniem wróciłem do schroniska na następną herbatę. Poszedłem
    do kuchni po wrzątek, który - tradycyjnie - serwuję tam sam sobie, aby nie
    fatygować obsługi. A w kuchni czekała na mnie niespodzianka. Dostałem olbrzymią
    (!) porcję "zepsutej" szarlotki. Czyli pokruszonych kawałków, których nie można
    sprzedać gościom. Usiadłem z herbatą i szarlotką na ławce nad Morskim Okiem.
    Było tam już dużo spokojniej. Wypiłem. Zjadłem. I postanowiłem nadmiar kalorii
    przyswojonych wraz z szarlotką, "spalić" na trasie wieczornego patrolu ścieżką
    dookoła Morskiego Oka. Aliści obok usiadła dziewczyna, która czekała na
    znajomych i zagadałem się. Gdy poszła, uznałem, że czas już wracać na Wantę. I
    wtedy na placu przed schroniskiem zobaczyłem księdza Józefa. To z nim byłem w
    zeszłym roku we Włoszech. Moja radość ze spotkania niemal nie miała granic.
    Zrozumiałem dlaczego "coś" nie pozwoliło mi ani wcześniej zejść na Wantę, ani
    pójść wokół Morskiego Oka. Niestety, pożegnaliśmy się po zbyt krótkiej chwili
    rozmowy, bo Józef spieszył się z podopiecznymi do Zakopanego. Poszedłem do
    schroniska aby oddać talerz po szarlotce i "poprawić makijaż". Miałem wszak
    nadzieję, że szybko uda mi się dogonić grupę. Nie doceniłem księdza Józefa. A
    przecież powinienem był pamiętać jak "biegał" po Rzymie. Zdesperowany
    zatrzymałem samochód jadący w dół. Powiedziałem kierowcy, że muszę dogonić
    turystę. I na Włosienicy zauważyłem "uciekinierów". Dalej schodziliśmy razem.
    Tuż przed Wantą, gdzie mieliśmy pożegnać się, ktoś zgłosił, że jedna z
    podopiecznych Józefa ma udar słoneczny - zawroty głowy i mdłości. Dziewczyna
    rzeczywiście wyglądała blado. I znowu w sukurs przyszedł mi samochód.
    Zatrzymałem auto, wysłałem chorą na dół, umówiłem się z Józefem w Lanckoronie i
    pożegnałem go, bo akurat mijaliśmy Wantę.

    To był dobry dzień.

    Następne dni też były udane. W piątek na Wiktorówkach, po raz pierwszy w życiu,
    samotnie uczestniczyłem w mszy świętej. W słoneczny sobotni wieczór okrążyłem
    Morskie Oko i nie spotkałem po drodze nikogo. Natomiast w niedzielę rano, na
    drodze do Morskiego Oka, spotkałem niedźwiedzia. A około południa, broniłem
    śmigłowiec na lądowisku nad Morskim Okiem, przed gawiedzią, usiłującą wejść pod
    wirnik.
  • Gość: Kuba Terakowski IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:02
    To miała być moja czterdziesta wycieczka na Halę Krupową. Zapowiadała się
    całkiem niewinnie. Wprawdzie zima była ciężka - mróz ostry i śnieg głęboki lecz
    trasa wydawała mi się banalnie prosta. Wraz z dwiema znajomymi, zamierzałem
    pójść do schroniska drogą gospodarczą - po śladach skutera śnieżnego - szlakiem
    przetartym, pewnym, bezpiecznym i doskonale mi znanym. Cóż łatwiejszego?

    "Schody" zaczęły się już w Krakowie. Ala przyszła na dworzec PKS, niosąc w
    jednej ręce śpiwór, a w drugiej karimatę. Poczułem niepokój, bo nawet latem
    niewygodnie byłoby iść w góry z plecakiem i dwoma dużymi pakunkami w rękach.
    Aliści nie był to powód do rezygnacji z wycieczki.

    W drodze z Krakowa do Jordanowa, nasz autobus wpadł w gigantyczną śnieżycę.
    Tylko dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom kierowcy dotarliśmy w końcu do
    Jordanowa. Przyjechaliśmy jednak z opóźnieniem, przez które "uciekł" nam autobus
    do Wielkiej Polany. Czekaliśmy półtorej godziny. Czas płynął, śnieg padał, zmrok
    nadchodził.

    W Wielkiej Polanie byliśmy dopiero o godzinie 15.00. Dość późno jak na tę porę
    roku. Lecz przecież półtorej godziny powinno spokojnie wystarczyć na dotarcie
    stąd do schroniska.

    Początek drogi był całkiem przyjemny - szlak ubity gąsienicami skutera śnieżnego
    pozwalał iść wygodnie i równocześnie chronił przed zabłądzeniem w śnieżycy. A
    śnieg sypał coraz gęstszy, widoczność nie przekraczała kilkudziesięciu metrów,
    wiał silny, przenikliwy wiatr, temperatura spadła do minus dwunastu stopni. Po
    godzinie - gdy zapadł zmrok - byliśmy dopiero na Polanie Pastwowej - czyli w
    jednej czwartej drogi.

    Tam, Ala niespodziewanie oświadczyła, że jest zmęczona i dalej nie pójdzie, a na
    zejście z powrotem nie ma siły. Zabrałem jej śpiwór i karimatę. Od tej chwili z
    każdą chwilą było trudniej. Ślady skutera zostały już zasypane śniegiem i
    zawiane, więc coraz częściej zapadaliśmy głęboko w świeży puch. Wiatr był coraz
    mocniejszy, a widoczność coraz gorsza.

    W połowie drogi Ala postanowiła zostać. Długo prosiliśmy ją aby ruszyła w dalszą
    drogę. Małgosia wzięła śpiwór i karimatę, a sam zabrałem od Ali plecak. Niosłem
    go przed sobą, więc utrudniał mi oddychanie. W efekcie cały czas czułem się
    "przyduszony". Cóż, nie ukrywam, że trudno było mi iść pod górę na permanentnym
    "wdechu", dźwigając dwa plecaki, w głębokim śniegu i w wietrze, który sam z
    siebie "zatykał".

    Po blisko trzech godzinach doszliśmy na Halę Krupową. Słabiej zorientowanym
    wyjaśniam, że schronisko na Hali Krupowej, w rzeczywistości znajduje się na...
    Hali Kucałowej, odległej od Krupowej (w warunkach letnich) o około dwadzieścia
    minut. Na Hali Krupowej stoi natomiast szałas. Postanowiliśmy w nim odpocząć.
    Blisko kwadrans zajęło nam przetarcie zaledwie kilkudziesięciu metrów ścieżki od
    drogi gospodarczej do szałasu. Chwilami śnieg sięgał już do pasa. Po dojściu do
    szałasu okazało się, że drzwi są dokładnie zasypane. Kolejny kwadrans trwało ich
    odśnieżenie. W końcu weszliśmy do środka lecz byliśmy dużo bardziej zmęczeni niż
    pół godziny temu - po dojściu na Halę Krupową. Wnętrze szałasu lśniło jak w
    bajce. Belki powleczone były warstwą białego lukru i posypane śnieżnym pudrem,
    który iskrzył się w świetle naszych latarek, a w kątach szałasu zaspy śniegu
    sięgały sufitu. Było jednak zbyt zimno aby spokojnie delektować się tym pięknem.
    Ażurowy szałas nie chronił przed wiatrem i mrozem. Ruszyliśmy niezwłocznie po
    wypiciu gorącej herbaty i zjedzeniu czegoś słodkiego.

    Z trudem udało nam się znaleźć miejsce, gdzie szlak skręca z Hali Krupowej w
    las. Było tam wprawdzie nieco zaciszniej lecz śnieg był jeszcze głębszy niż na
    otwartej przestrzeni, gdzie wywiewał go wiatr. Albo więc, co dwa - trzy kroki
    zapadaliśmy się niespodziewanie, albo rozpaczliwie staraliśmy się... chronić
    oczy. Oto bowiem gałęzie, które latem rosną sporo ponad szlakiem, teraz znalazły
    się dokładnie na wysokości naszych twarzy.

    Po ponad czterech godzinach wyszliśmy z lasu na Halę Kucałową. Pozostało nam już
    "tylko" przejść na drugą stronę tej rozległej polany. Lecz tu szlak zniknął
    całkowicie. Sypał bardzo gęsty śnieg, wiał przeraźliwie mocny wiatr, widoczność
    spadła do kilku metrów. Oddałem Ali plecak. Gosia wzięła jej śpiwór, a ja -
    karimatę. Powoli torowałem drogę, zapadając się powyżej pasa. W połowie
    przejścia przez Halę Kucałową przewrócił mnie wiatr. Upadłem na brzuch. I leżąc
    z twarzą w śniegu uświadomiłem sobie, że nie mam siły wstać. Głęboko w zaspę
    wciskał mnie mój własny, poczciwy plecak. Wstałem dopiero, gdy zaczęło mi
    brakować powietrza. Na domiar złego, upadając wypuściłem Ali karimatę, którą
    natychmiast porwał wiatr. Ala wpadła w rozpacz. Poszedłem w dół śladem karimaty,
    chociaż szansa na jej odszukanie była znikoma. Karimaty oczywiście nie
    znalazłem, za to znacznie trudniejszy niż mogłem przypuszczać, okazał się mój
    powrót do góry, tam gdzie czekały na mnie Gosia i Ala. Chwała im za światełka
    ich latarek wskazujące mi drogę! Nasze przejście przez Halę Kucałową trwało
    blisko godzinę. Latem, to kwestia kilku minut.

    Już blisko granicy lasu, Małgosia uległa dziwnemu złudzeniu. Zobaczyła
    mianowicie wyraźne światło zabudowań gdzieś obok nas - w miejscu, gdzie nie ma
    żadnego domu. I doszła do wniosku, że zgubiłem drogę lecz nie chcę się przyznać.
    Mimo to ufnie brnęła za mną. Na szczęście, bo chwilę później spostrzegliśmy
    poświatę. To lampa nad drzwiami schroniska wskazywała drogę zabłąkanym turystom.
    Ostatnia przeszkoda wciąż jednak była przed nami: dostępu do drzwi schroniska
    broniła kilkumetrowa zaspa... Jej sforsowanie zajęło mi ponad pięć minut. To
    było pięć bardzo długich i mozolnych minut!

    Tak oto niewinny spacer, który nie powinien trwać więcej niż półtorej godziny,
    okazał się w forsowną, pięciogodzinną wycieczką. A i tak do "rekordu" Hali
    Krupowej było nam jeszcze daleko. Kilka zim temu, dwóch turystów szło tutaj z
    Suchej Góry przez dziesięć godzin. Czyli osiem razy dłużej niż latem. Nota bene,
    gospodarz schroniska stwierdził, że turyści mniej doświadczeni niż tamta dwójka,
    przypuszczalnie wciąż jeszcze byliby w drodze na Krupową...

    P.S. Karimatę znalazłem nazajutrz - przy pięknej, słonecznej pogodzie.
  • Gość: Kuba Terakowski IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:17
    Podczas pierwszego marszonu, przeszliśmy trasę z Krakowa do schroniska na Hali
    Krupowej. 72 kilometry w ciągu doby. Drugi marszon prowadził z Rynku Głównego,
    do schroniska na Luboniu Wielkim. 60 kilometrów w 22. godziny. Trzeci marszon
    połączył poprzednie trasy, wiódł z Lubonia Wielkiego, przez wschód słońca na
    Babiej Górze, do schroniska na Hali Krupowej. Trzeci marszon był też
    trudniejszy, bo rozpoczynał się rano i dopiero po siedemnastu godzinach docierał
    do stóp Babiej Góry. Przejście całej trasy zabrało nam około 30 godzin. Spośród
    pięćdziesięciu czterech osób uczestniczących w marszonie, całą drogę pokonały
    dwadzieścia cztery.

    Pierwszy uczestnik marszonu przybył na Luboń już kilka lat przed
    startem... To Krzysztof - gospodarz schroniska. Następny jest Piotr, który
    przyjechał z Gdańska we środę. A większość z nas przychodzi na Luboń we czwartek
    wieczorem. Siedząc przed schroniskiem rozmawiamy o jutrzejszej trasie. Powoli
    nadchodzi ciepła i jasna noc. Księżyc zbliża się do pełni, a na horyzoncie widać
    światła Krakowa. Jest tak pogodnie, że Marysia z Łukaszem postanawiają spać pod
    gołym niebem. O godzinie czwartej rano zrywa się wiatr, nad Luboń nadciągają
    ciemne, deszczowe chmury. W tym momencie, samotnie na trasę marszonu, wyrusza
    Krzysiek, którego egzamin zmusza do przyspieszenia tempa. O piątej zaczyna padać
    deszcz. Potężna ulewa na trzy godziny przed startem jest bardzo deprymująca.

    Już od szóstej przychodzą na Luboń następni uczestnicy marszonu. Są
    przemoczeni na wylot. Mieli pecha, gdyż o ósmej pojawia się słońce. Kwadrans
    później spotykamy się na odprawie. Każdy dostaje harmonogram trasy. Sprawdzamy
    obecność - jest nas ponad czterdzieści osób. Gospodyni schroniska robi nam
    zdjęcia. Na horyzoncie majaczy Babia Góra, chcemy tam być za dwadzieścia godzin.
    Wyruszamy o wpół do dziewiątej, a niektórzy trochę później. Na przykład para
    nocująca na zewnątrz, uciekła przed deszczem do wiaty przy schronisku i niewiele
    brakowało, by przespali wymarsz. A Witek wpadł do schroniska już po naszym starcie.

    Dla mnie, marszon ma tę przewagę nad rajdem, że nie trzeba się spieszyć.
    Nie ma tu rywalizacji, nikt nie wygrywa i zawsze można liczyć na pomoc.
    Najważniejsze w marszonie jest by wędrować nieprzerwanie (co nie oznacza, iż bez
    odpoczynków) przez całą dobę. W harmonogramie marszonu wyznaczone są tylko
    miejsca i godziny spotkań. Natomiast każdy uczestnik sam decyduje jak szybko
    pokona dany etap i ile czasu przeznaczy na odpoczynek. Tylko na odcinku nocnym
    poruszamy się zwartą grupą.

    Schodząc z Lubonia mijamy dwóch "naszych". Idą do góry... Bezskutecznie
    namawiamy ich by zawrócili. Odmawiają, gdyż postanowili, że przejdą dokładnie
    całą trasę marszonu. W Zarytem jesteśmy o godz. 10.00. Czekają tu na nas:
    Krysia, Mateusz i Michał. Idąc dalej w stronę Rabki dzielimy się na dwie grupy.
    Część wybiera krótszą, lecz ruchliwą szosę, a cześć wędruje dłuższym, acz
    znacznie przyjemniejszym szlakiem wzdłuż Raby.

    Wszyscy spotykamy się ponownie o godz. 12.00, w następnym punkcie
    harmonogramu - pomiędzy Górą Zbójecką, a Birtałową - tam, gdzie czerwony szlak
    przecina Zakopiankę. Tu dogania nas Witold, a chwilę przed wyruszeniem na
    następny etap dołącza dwójka, która nie chciała zawrócić przed szczytem Lubonia.
    Marka, który dopiero o północy wyjechał z Gdańska, też spotykamy tutaj.

    Tuż za Zakopianką szlak nagle skręca z wyraźnej leśnej drogi, w zarośniętą
    ścieżkę. Nie na darmo, dwa tygodnie wcześniej przeszliśmy z Olą trasę marszonu.
    Tym razem bez wahania wybieramy właściwy trakt, zawracając przy okazji tych,
    którzy zdążyli już trochę pobłądzić. Natomiast do Skawy ponownie schodzimy na
    wyczucie, bo szlak wiedzie tu przez łąki, gdzie próżno wypatrywać znaków. Dzwoni
    do mnie Krzysiek - ten, który wyszedł z Lubonia o świcie. Gdzieś za Sidzinką
    zgubił szlak. Niestety, przez telefon nie umiem mu wskazać drogi. Po chwili
    dostaję SMS z wiadomością o odnalezieniu znaków.

    Słońce w zenicie grzeje bezlitośnie. Upał staje się trudny do zniesienia.
    Z entuzjazmem witamy więc sklep spożywczy i kilka ławek w cieniu. Wypijamy morze
    wody mineralnej, piwa i soków. Kupujemy też zapasy na drogę, bo to jest chyba
    ostatni sklep na naszej trasie. I ruszamy w stronę Wysokiej.

    Dwa kilometry rozgrzanego asfaltu ciągną się w nieskończoność. Z ulgą
    wchodzimy do lasu. Zielony chłód jest zniewalający. Szybko mijamy niepozorny
    szczyt Jawornika, by tuż przed Górą Ludwiki ponownie wyjść na otwartą
    przestrzeń. Tutaj jednak niebo jest szczelnie zasnute chmurami i wieje lekki
    wiatr, więc z przyjemnością maszerujemy w kierunku Targoszówki. Sielankę
    zakłócają tylko grzmoty dobiegające z oddali. Na szczęście burza omija nas dużym
    łukiem. Przez chwilę wędrujemy wprost w stronę Babiej Góry, którą widać stąd już
    dużo wyraźniej niż z Lubonia. I nic dziwnego, przecież idziemy od sześciu godzin.

    Za Targoszówką szlaki rozdzielają się. Skręcamy w lewo, drogą oznakowaną
    na żółto. Na większości naszych map szlak ten jest zupełnie niewidoczny, gdyż
    wydrukowany został tym samym bladym kolorem, co poziomice. Na szczęście w
    rzeczywistości, na pniach drzew, znaki żółte są wyraźne. Za skrzyżowaniem czeka
    na nas niespodzianka. Jeszcze przed dwoma tygodniami wiodła tędy droga wysypana
    tłuczniem, a dzisiaj prowadzi tu nowiutki asfalt. Po kilkuset metrach skręcamy w
    las i przy zamkniętej leśniczówce zatrzymujemy się na dłuższy odpoczynek.

    Na szopie obok leśniczówki zauważamy napis "BAR", ale to tylko żart.
    Możemy polegać tylko na własnych zapasach. Opuszcza nas pierwszy uczestnik
    marszonu. Stopy ma zbyt odparzone, by wędrować dalej. Reszta wyrusza w stronę
    Sidzinki, gdzie rezygnują następne dwie osoby. W podjęciu decyzji o odwrocie
    pomógł im chyba autobus, stojący akurat na pętli. Z kolei Mateusz, Michał i
    Tomek nie zauważają miejsca, w którym szlak gwałtownie skręca i wędrują szosą aż
    do Sidziny. Stamtąd, sobie wiadomymi ścieżkami wracają na trasę marszonu w
    pobliżu Przełęczy Wąwóz.

    A ja znów cieszę się, że wcześniej przeszliśmy z Olą całą drogę.
    Dochodzimy bowiem do miejsca, w którym szlak dosłownie znika. I chociaż
    wędrujemy niemal na końcu grupy, to jednak tutaj wszyscy czekają na nas jak na
    wybawienie. Wskazujemy więc właściwą drogę: najpierw miedzą obok ziemniaków,
    później przez rów melioracyjny, następnie na przełaj przez szkółkę leśną i
    jeszcze tylko w poprzek łąki. Tam, na skraju lasu widać żółty znak szlaku.
    Pomstujemy na tych, którzy wytyczając tędy szlak, nie namalowali ani jednego
    znaku. To właśnie tu, przed kilkoma godzinami zgubił się Krzysiek.

    Zatrzymujemy się tuż powyżej tego feralnego punktu. Magda, Gosia, Krysia i
    Marek przychodzą z przeciwnej strony, bo przeoczyli moment, gdy marszon skręcił
    w ziemniaki. Spora grupa gubi się jednak zupełnie. Dołączą do nas dopiero za
    cztery godziny. Postanawiamy zrezygnować z odpoczynku na Przełęczy Wąwóz i iść
    nieprzerwanie do Zubrzycy, by tam zatrzymać się na dłużej. Zresztą meszki gryzą
    tak okropnie, że chyba nikt nie ma ochoty na postój.

    Zaczyna szarzeć gdy schodzimy do Zubrzycy. W pierwszych domach prosimy o
    wodę. Nikt nam nie odmawia. Pytamy też o sklep. Jest już zamknięty, lecz
    właściciele otwierają specjalnie dla nas. Spoglądamy na Babią Górę, której
    wierzchołek tonie w chmurach. Właśnie zastanawiamy się jakie panują tam warunki,
    gdy dzwoni Krzysiek, meldując, iż wszedł na szczyt. Jego komunikat jest krótki:
    widoczność bliska zera, lecz deszcz nie pada. W Zubrzycy dołączają do nas Beata,
    Michał, Oskar, Piotr, Przemek i Sławek, a dwie osoby rezygnują z udziału w
    marszonie. Na wszelki wypadek zarezerwowałem tu kilka noclegów dla najbardziej
    zmęczonych, lecz nikt nie skorzystał.

    Minęła godz. 22.00, zapadł zmrok. Ruszamy zielonym szlakiem w stronę Hali
    Śmietanowej. Pierwszy raz podczas tego marszonu formujemy zwarty szyk. Idę z
    przodu, a Sławek zamyka stawkę, db
  • Gość: Kuba Terakowski IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.09.06, 00:19
    Zdaniem wielu uczestników, ten marszon był trudniejszy od poprzednich. Wprawdzie
    "oficjalna" długość trasy wynosiła 75 km, więc tylko nieznacznie przekraczała
    dystans wcześniejszych marszonów, lecz tym razem wyruszaliśmy ze schroniska na
    Turbaczu. Każdy z nas musiał zatem pokonać około 10 dodatkowych kilometrów
    dojścia na start. A ponieważ nikt nie nocował na Turbaczu, więc w
    rzeczywistości, trasa marszonu liczyła około 85 km, przy łącznej sumie podejść
    wynoszącej 3000 oraz zejść - 2550 metrów. Pokonanie tego dystansu zajęło nam 28
    godzin, przy czym najsilniejsi szli ponad... 31 godzin! Lecz po kolei.

    Marszon zaczyna się załamaniem pogody. Chociaż na trasie, przelotna mżawka
    pojawi się tylko raz, około północy, lecz na Turbacz wchodzimy w strugach
    deszczu. W efekcie część z nas, startuje ze schroniska w mokrych butach i
    kurtkach. Nota bene: pech anonsuje swój udział w marszonie już w autobusie na
    Kowaniec, gdy Marek i Piotr płacą mandat za brak biletu na bagaż.

    Do schroniska na Turbaczu przychodzę trzy godziny przed startem. Czeka tu
    już około 30 osób. Otwieram "biuro". Każdy dostaje "Kartę Uczestnika Marszonu"
    oraz szczegółowy opis trasy przygotowany przez Irka. Szczególne oblężenie
    przeżywam na godzinę przed rozpoczęciem marszonu. W sumie zapisuję 81 osób. To
    niewiele, biorąc pod uwagę, że przestałem przyjmować zgłoszenia gdy lista
    chętnych osiągnęła pułap 130 nazwisk. Część uprzedziła mnie o rezygnacji jeszcze
    przed startem, a dużą część zapewne zniechęciła pogoda. Kolejnych sześć osób
    dołączy do nas po drodze, a zatem łączna liczba uczestników czwartego marszonu
    wynosi 87.

    Pech nie pozwala o sobie zapomnieć. Liczyłem bowiem na łączność radiową
    pomiędzy czołem marszonu, a "zamkiem", gdyż w górach telefony komórkowe bywają
    zawodne. Okazało się jednak, że krótkofalówka Daniela odmówiła współpracy,
    natomiast walkie - talkie Krzysztofa ma zbyt mały zasięg. Poza tym, odbieram dwa
    telefony od zmotoryzowanych uczestników marszonu. Obaj mają kłopoty z
    samochodami. Pierwszy z nich wycofuje swój akces, natomiast Michał i Rafał
    decydują się dogonić nas na trasie. Chwilę przed startem wychodzimy przed
    schronisko licząc na pamiątkowe zdjęcie. Dostaję kilkanaście aparatów, lecz - z
    powodu gęstej mgły - efekt tej sesji fotograficznej jest mizerny. Wracamy
    jeszcze do środka na krótką "odprawę" i o godz.18.55 - czyli pięć minut przed
    "oficjalnym" startem - wyruszamy w drogę. A ściślej: wyrusza cały marszon, z
    wyjątkiem Oli i mnie. Zostajemy w schronisku ponad kwadrans dłużej, czekając na
    ewentualnych "spóźnialskich", lecz nikt już nie przychodzi.

    Noc zapada szybko, wychodzimy w późny zmrok. Chwilę później dzwoni Józek,
    właśnie zbliża się do schroniska i prosi o wskazanie dalszej drogi. Mówię, że
    idąc czerwonym szlakiem dogoni nas niebawem. Po blisko godzinie, już mocno
    zaniepokojony Józek, dzwoni ponownie. Okazało się, że owszem, skręcił na
    czerwony szlak, lecz poszedł w przeciwnym kierunku. Ustalamy, że wróci do
    schroniska na Turbaczu i dołączy do goniącej nas dwójki. Niestety, nie spotykają
    się i nazajutrz Józek wraca do domu. A my z Olą, cały etap do schroniska na
    Starych Wierchach pokonujemy samotnie. Dopiero tam udaje nam się doścignąć
    marszon. Najszybsi są tu już od godziny, lecz chociaż narzekają trochę na zbyt
    długi postój, to jednak nikt nie narusza harmonogramu. Tym bardziej, że dla
    osób, które przyszły na Turbacz tuż przed startem, jest to pierwszy odpoczynek.

    Ze schroniska na Starych Wierchach wychodzimy o godz. 21.20. Jak zwykle na
    odcinku nocnym, idziemy zwartym szykiem. Prowadzi Sebastian i Kuba, a Ola i ja
    zamykamy stawkę. Rozciągamy się jednak na odcinku wystarczająco długim, by jedna
    z grup zgubiła szlak. Dołączą do nas w bacówce na Maciejowej, tuż przed wyjściem
    na kolejny etap. Przerwa na Maciejowej trwa blisko pół godziny. Wpisuję na listę
    uczestników Rafała i Tomka, którzy nie mogli wystartować z Turbacza. Rozmawiam
    też z mieszkańcem Rabki, który przyszedł tu specjalnie po to, by spotkać się z
    nami i wspólnie zejść na dół.

    Tuż po północy jesteśmy w Rabce. Dołączają tu do nas Monika i Tomek. Po
    krótkim odpoczynku wyruszamy w stronę Zarytego. Idziemy niebieskim szlakiem,
    który na tym odcinku jest wyjątkowo słabo oznakowany. Nie na darmo jednak, przed
    kilkoma tygodniami, przeszliśmy z Olą całą trasę marszonu. Nie reagujemy więc,
    widząc jak cała nasza ekipa schodzi ze szlaku, bo wiemy już, że idąc tędy, za
    chwilę wszyscy wrócą na trasę, nie wiedząc nawet o chwilowym pomyleniu drogi.
    Aliści w następnym newralgicznym punkcie, "czołówka" definitywnie gubi szlak, a
    my, idąc na końcu nie możemy zapobiec podzieleniu grupy. Dzwonię do
    prowadzącego. Uzgadniamy, że jego ekipa zejdzie do Zarytego na przełaj. O wpół
    do drugiej znów jesteśmy w komplecie.

    Tu pech przypomina, że nadal jest z nami. Agnieszce płynie krew z nosa.
    Interweniuje Daniel - ratownik medyczny. Krwawienie ustępuje bardzo powoli.
    Agnieszka musi zrezygnować z udziału w marszonie. Zostaje z nią Ania oraz Marek,
    Piotr i Rafał. W pobliżu jest duży dom wczasowy oraz kilka pensjonatów. Umawiamy
    się, że chłopcy pomogą poszukać noclegu i dołączą do nas w schronisku na Luboniu
    Wielkim. Jednak gdy krwawienie mija, Agnieszka postanawia ruszyć dalej. Chłopcy
    zabierają jej plecak i chwilę po nas, cała piątka melduje się w schronisku.
    Niemal w tej samej chwili przychodzi na Luboń Michał z Rafałem, goniący nas od
    Turbacza.

    Postój w schronisku na Luboniu Wielkim trwa półtorej godziny. Dość, aby
    każdy mógł coś zjeść i trochę odpocząć. Wszak idziemy już od ośmiu godzin. Jest
    zimno i wietrznie, a mała jadalnia nie mieści wszystkich, więc gospodarz otwiera
    nam domek letni. Oblegamy wszystkie dostępne pomieszczenia, a kilku "desperatów"
    śpi na zewnątrz, w śpiworach zapiętych po uszy. Z udziału w marszonie rezygnuje
    tu aż dwanaście osób: Agnieszka - poszkodowana w Zarytem, Basia z odparzonymi
    stopami, Tomek - z kontuzją ścięgna i inni. W dalszą drogę nie wyrusza stąd też
    Ania, śpiąca smacznie w kącie schroniska. Obudzi się za dwie godziny, by dogonić
    nas w Jordanowie.

    O godz. 4.45 opuszczamy gościnne progi schroniska na Luboniu Wielkim. Tu
    po raz pierwszy na trasie sprawdzam obecność. Nasze szeregi stopniały już
    wyraźnie. Dzwoni do mnie Piotr, który ze schroniska musiał wyruszyć nieco
    wcześniej. Ostrzega, że zejście na Przełęcz Glisne jest bardzo śliskie. Nie
    przesadza. Chwilę później Andrzej wywraca się tak niefortunnie, że wybija sobie
    bark. Maciek - ratownik GOPR - dzwoni do centrali. Uzgadnia, iż wróci z
    Andrzejem do schroniska, gdzie po poszkodowanego przyjedzie samochód. Do
    dyspozycji Maćka zostają też Piotr i Przemek. To właśnie ta wspomniana na
    wstępie silna trójka, dotarła na metę marszonu blisko cztery godziny po
    słabszych. Tyle dodatkowego wysiłku przeznaczyli na pomoc Andrzejowi. Chapeau bas!

    Rozwidnia się tuż przed Przełęczą Glisne. Tu wycofuje się Rafał,
    wyczerpany "pościgiem" z Turbacza. Wchodzę na Szczebel mocno przygnębiony
    wypadkiem sprzed dwóch godzin. Gdzieś w okolicach Małej Góry mijam biwakującą
    czołówkę marszonu, przekonaną, że to już szczyt. Są tacy zadowoleni, że aż żal
    wyprowadzać ich z błędu. Odbieram telefon: Gosia i Piotr rezygnują z udziału w
    marszonie. Schodzimy zielonym szlakiem. Cieszę się, że omijamy karkołomną
    ścieżkę, którą prowadzą czarne znaki.

    Przychodzimy do Lubnia po wpół do dziewiątej. Ze schroniska na Turbaczu
    wyszliśmy przed blisko czternastoma godzinami. Na Halę Krupową zostało nam
    jeszcze dwanaście godzin marszu. Licząc czas przejścia minęliśmy już zatem
    połowę drogi, lecz licząc kilometry, połowa trasy jest jeszcze przed nami.
    Pokonany odcinek był zarazem trudniejszy od czekającego nas - bo bardziej
    górzysty oraz nocny, i równocześnie łatwiejszy, bo zmęczenie i senność nie
    dokuczały jeszcze zbyt wyraźnie. Jesteśmy właśnie w najniższym punkcie naszej
    trasy - 350 m n. p. m.
  • samanta455 20.09.06, 01:05

    Wiesz Kuba, jest coraz mniej takich wariatów jak ty, ludzi pochłoniętych swoją
    pasją, kochających to co robią, a szkoda, życie jest takie ciekawe i bardzo
    krótkie, szoda je marnować na bezruch, rozumię, że to opisałeś gdzieś, no na
    przykład w zbiorze opowiadań, warto, jak siedzisz tak sobie późną nocą w domku,
    to fajnie się to czyta i chce się wędrować.pozdrawiam i dzięki za opowieści.
  • Gość: Kuba IP: 80.50.166.* 24.09.06, 18:35
    Już po raz "setny", podczas dyżuru nad Morskim Okiem, tłumaczyłem dokarmiającym
    pstrągi, że jest to gatunek drapieżny. Chleb, herbatniki, słone paluszki,
    chipsy, prażona kukurydza nie są naturalnym pokarmem tych ryb i im nie służą.
    Większość populacji tamtejszych pstrągów ma owrzodzone przewody pokarmowe,
    przypuszczalnie właśnie z powodu niewłaściwej diety. Ryby - durne i głodne -
    tłumaczyłem, zjedzą wszystko co wpadnie do wody, więc ludzie - pomimo
    najlepszych intencji - nie powinni ich dokarmiać. Tym razem słuchała mnie grupa
    dziesięciolatków. Byli wyraźnie zawstydzeni i bardzo przejęci
    losem "morskoocznych" pstrągów. Zwróciłem ich uwagę na ryby wyskakujące z wody
    by złapać muchy przelatujące tuż nad samym lutrem wody, razem przyglądaliśmy
    się pstrągom poszukującym na dnie drobnych skorupiaków - ich naturalnego
    pokarmu. Czułem się bardzo zadowolony z siebie - interwencja udana jak mało
    która! Byłem pewny, że dzieciaki na długo zapamiętają sobie ten "wykład". Mina
    mi zrzedła, gdy po kwadransie zauważyłem tę samą grupę, buszujacą w
    kosodrzewinie. Ręce mi opadły - ledwie zdążyłem wytłumaczyć im dlaczego
    dokarmianie pstrągów jest zabronione, a już będę musiał przypomnieć o zakazie
    schodzenia ze szlaków. Mocno nachmurzony wyciągnąłem dzieciaki z kosówki. I
    mina zrzedła mi po raz drugi, gdy dowiedziałem się po co tam poszli: wszyscy
    mieli garście pełne... much złapanych z myślą o pstrągach... Bo przecież -
    proszę Pana - owady to naturalny pokarm tych ryb!

    Kuba Terakowski
  • Gość: Kuba IP: 80.50.166.* 24.09.06, 19:12
    W "martwym sezonie" zdarzało mi się niekiedy zastępować gospodarzy schroniska
    na Luboniu Wielkim. Tak było i tym razem - w listopadzie, kilka lat temu. Agata
    i Krzysztof zeszli na dół, by mój krótki pobyt w schronisku wykorzystać dla
    załatwienia kilku swoich spraw. Zostałem sam. Zapadł zmierzch, zamknąłem
    schronisko i dość wcześnie poszedłem spać. Obudziłem się w środku nocy. To
    niezwykłe, że wiatr potrafi tak doskonale udawać ludzkie głosy - pomyślałem i
    zasnąłem z powrotem. Nie na długo, bo znowu pod schroniskiem usłyszałem ludzi -
    to nie może być złudzenie - stwierdziłem. Wstałem i podszedłem do okna: przy
    drzwiach stało kilka osób. Szybko ubrałem się, zapaliłem światło i zszedłem na
    dół by otworzyć drzwi nocnym wędrowcom. Było mi wstyd, że kazałem im tak długo
    czekać na mrozie. Przed schroniskiem nie było nikogo... Zawołałem raz - cisza.
    Zawołem po raz drugi - nikt nie odpowiedział. Niemożliwe żeby odeszli tak
    szybko - pomyślałem, przecież musieli zauważyć, że zapalam światło w
    schronisku. Zamknąłem drzwi, wróciłem na piętro schroniska, zgasiłem światło,
    stanąłem przy oknie. Po kilku minutach z cienia drewutni wyszło czterech
    młodych mężczyzn, i szybko skierowali się w stronę ścieżki prowadzącej na
    Przełęcz Glisne...
    Dopiero wtedy poczułem ciarki na plecach.
    Nazajutrz, przez telefon Krzysztof wyjaśnił mi, że we wsi na dole grasuje
    szajka, okradająca puste domy letniskowe. Przypuszczalnie przestępcy zauważyli
    odjeżdżających gospodarzy schroniska i przyszli na górę po łup, przekonani, że
    obiekt stoi pusty.

    Kuba Terakowski
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 26.09.06, 18:38
    W ostatni weekend kumple wyciągneli mnie w gory / nie byłem chyba 20 lat/ .Po
    zdobyciu RYS i zejściu do Morskiego Oka ruszylismy na nocleg do Doliny Pieciu
    Stawow. Po przyjsciu do schroniska przywital nas tlum -takich samych turystow
    jak my , liczacych na nocleg . Pokoje byly zarezerwowane od dawna / jakies
    francuskie towarzycho/. Wiec zostala PODLOGA. Nie uwiezycie tej nocy na
    podlodze w spalo podobno 205 osob. / kumpel bajerował jedna z pracownic -stad
    ta informacja/ . Doswiadczeni taternicy nie pamiętali takiej sytuacji.I to było
    moje niesamowite przezycie. Sas
  • Gość: orto IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.06, 19:45
    Rysów (!!)
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 26.09.06, 19:55
    Wprawdzie tematem wątku sa górskie przygody I SPRAWDZANIE ORTOGRAFI jset
    zabieranie glosu nie na temat - lubisz to? Zapraszam na watek o gramatyce -
    tam sie mozesz WYKAZAĆ , a góry zostaw w spokoju .Oczywiscie Masz racje RYSÓW.
    Sas
  • Gość: gor IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.06, 21:18
    Czyli co?
    Wybiórcza poprawność?
    Chyba coś nie tak kolego Sas?
  • gosiazet 26.09.06, 22:10
    wracać mi tu do tematu,prosze koleżeństwa
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 27.09.06, 10:18
    Umiesz czytac NAUCZYCIELU GRAMATYKI ,to albo stosuj sie do zasad o ktorych
    pisze gosiazet, albo zmień forum . Sas
  • Gość: gor IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.06, 14:31
    Sam sobie zmień. Nie chcę być złośliwy ale to Twoje "przeżycie" dorównuje
    ortografii.DD
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 27.09.06, 17:25
    Oczywiscie ,ze nie jestes zlosliwy - samanta 455 założyła wątek na konkretny
    temat , a ty palancie nie majacy nic konkretnego do powiedzenia sprawdzasz
    forowiczą wierszowke. Sas
  • samanta455 27.09.06, 22:47

    kolego or i kolego gor, proszę zmykać z mojego wątku, mam dysortografię i nie
    przeszkadząją mi literówki i błędy ortograficzne, ta przypadłość zaś nie
    przeszkadza wcale w rozwijaniu osobowości, do czego was zachęcam, z lubością zaś
    siadam po zaliczeniu kolejnego sprawozdanka do czytania opowieści, pozdrawiam.
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 28.09.06, 10:13
    Z moją ortografia rowniez nie jest najlepiej. Nie wiem czy moj post byl
    naprawdę taki żałosny jak twierdzi gor . Pisalem o przezyciach a nie kartkówkę
    z ortografi, być moze popelnilem w nim jeszcze wiele innych błedow. Opisalem
    najbardziej niesamowite przezycie i tyle. Na innych forach rowniez spotyka sie
    takich DUPKÓW jak gor, którzy zamiast pisać na temat zajmuja sie ortografia i w
    ten sposób uwazają ,że rozwijaja swoją osobowość.Długa tyrrada -no ale jak
    spadac to spadać . Pozdrawiam Sas
  • Gość: gor IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.06, 11:21
    W zamierzchłych czasach gdy byłem jeszcze nieletnim wyrostkiem spędzałem jedne z
    pierwszych moich wakacji w Zakopanem. Moja ciotka, która sama po górach nie
    chodziła, powoliła mi na wyprawę z dwójką znajomych studentów. Oni niby trochę
    Tatry znali tzn. wiedzieli gdzie Kościeliska, Chochołowska itd. Po drodze,
    właśnie w Dolinie Kościeliskiej spotkaliśmy młodego chłopaka - górala. Poszliśmy
    dalej już razem i nie szlakiem wytyczonym na mapie tylko przez naszego
    przewodnika górala. Prowadził nas gdzieś w górę. W pamięci pozostała mi
    wspaniała panorama na szczyty...Potem były nad urwiskiem jaskinie z ciemnymi
    korytarzami, które trzeba było pokonywać na czworaka, turnie po których on
    skakał jak kozica, a my staraliśmy się dotrzymać mu kroku. Burza która zskoczyła
    nas z nienacka i którą przeczekaliśmy w pasterskim szałasie...
    W późniejszych latach starałem się odtworzyć naszą wędrówkę, ale nie udało mi
    się. Nie odnalazłem też jaskini nad urwiskiem, którą wtedy pokonaliśmy na
    kolanach..
    Ale pozostało mi fajne wspomnienie z gór "od środka", a nie z turystycznego szlaku.
  • samanta455 28.09.06, 23:29

    kolego gor, widzę, że dałeś się wciągnąć w opowieści, zaraz lepiej się ciebie
    czyta,puść pytanie do tatromaniaka, lub Kuby Terakowskiego, czy rozpoznali twoją
    trasę, sama jestem ciekawa tych jaskiń, pozdrawiam.
  • samanta455 28.09.06, 23:33

    jak już pisałam, nie przeszkadzają mi literówki, bo któż z nas jest ideałem?
    chyba nikt, z chęcią wczytuję się w wasze opowieści, moja bujna wyobraźnia
    podpowiada opisywane obrazy i świetnie sie przy tym relaksuję, pozdrówko.
  • saqqara 27.09.06, 11:43
    lata temu, kiedy zaczynalam swoja przygode z Tatrami przechodzilismy przez
    Szpiglasowa w kierunku 5ciu stawow. bylo juz troche pozno, byla godzina 5, moze
    6. idac w gore uslyszelismy odglos spadajacych kamykow. troche wyzej od nas
    stalo spore stado kozic, wsrod nich kilka mlodych. kozice mocno poddenerwowane,
    najwyrazniej mialy wlasnie przejsc przez pusty szlak i my nieswiadomie
    wepchenlismy sie w srodek stada. jedna z koz powoli zeszla na szlak, stanela w
    odleglosci moze 50 m i zaczela nam sie bacznie przygladac. stalismy jak wryci
    probujac jednoczesnie wyciagnac aparat. katem oka widzielismy jak pozostale
    kozy tez stoja i nie bardzo wiedza, co zrobic. sytuacja patowa. ktos musial sie
    pierwszy ruszyc. poszlibysmy chetnie, ale na naszej drodze stala kozica i ani
    myslala noga ruszyc. postanowilismy isc dalej liczac, ze zwierzak w koncu sie
    ruszy w prawo albo w lewo. nic! w sumie glupia sytuacja. bac sie kozicy, ponoc
    tak strachliwej? troche wstyd. z drugiej strony stojacy przed nami dzikus nie
    zachecal do bliskiego kontaktu. glosne tupanie nie pomoglo, zaczelismy klaskac.
    koza jak glucha. w koncu wzielismy male kamyki i zaczelismy rzucac w jej
    kierunku liczac, ze sie sploszy. specjalnie nie zareagowala, po chwili podjela
    jednak decyzje i wrocila do stada, zatrzymujac sie jakies 10 m powyzej szlaku.
    nie powiem, jak sie czulam mijajac tego odwazniaka;)
    --
    Góry to początek nieba!
    Marzy mi sie...
  • Gość: azzurra IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.09.06, 12:05
    Będąc w górach zakochałam się, w mężczyźnie, bo w górach byłam już wtedy
    zakochana :-) Nic bardziej niesamowitego przydażyć się nie mogło. Obie miłości
    trwają do dziś :-)
  • Gość: hipek IP: 212.160.172.* 29.09.06, 10:08
    Ja nie miałam żadnych mega rewelacyjnych ale zawsze...
    1. ulewa i burza w drodze z Piątki przez Świstówkę do Moka - niesamowite
    wrażenie jakby pioruny waliły tuż przy mnie, a to waliły wysoko w górach
    2. moje poślizgnięcie się na niewielkim kawałku lodu w drodze na Świnicę -
    dyndałam nad przepaścią na łańcuchu, przerażenie w oczach, wciągnął mnie mój
    teraźniejszy mąż, potem paraliż spowodowany stresem nie chciałam iść ani do
    przodu ani do tyłu - sytuację rozładowali trzej przesympatyczni turyści z
    Gdańska w wieku mocno tatusiowym o duch i kondycji nastolatków - resztę trasy
    dzięki nim wspominam z uśmiechem
    3. słuchanie muzyki Praisnera na Polanie Rusinowej
    Pozdrawiam
  • samanta455 30.09.06, 01:16

    jak tak piszecie o burzy w górach, to pamiętam jak byłam na Czerteziku, jadłam z
    dziećmi kanapki na szczycie, oglądałam piękne widoki, spoglądałam w dół na
    Dunajec, no i zaczęło się, grzmoty w górach są niesamowite, echo niesie, odbija
    się od skał itd, co ja tam bedę opowiadać, zwiewałam ze szczytu, jak tylko
    mogłam, moje najmłodsze dziecko miało wtedy cztery i pół roku, ale nie to było
    najgorsze, dołem, Dunajcem płynęli ludzie na tratwach, jak zaczęło padać i
    grzmieć, flisacy zachęcali turystów do śpiewu, zaczynali, ale nikt nie chciał
    dalej śpiewać, myślę, że wszyscy bali się i modlili, aby ten spływ jak
    najszybciej się skończył, grzmoty musiały odbijać sie od pionowych ścian i
    potęgować dźwięk, nie zazdrościłam im, mieli niezłą zaprawę, jak przyjechałam do
    Krościenka, to bardzo chciałam wybrać się na spływ, jednak do końca nie
    zdecydowałam się, pozdrawiam wszystkich odważnych
  • Gość: Przerazony IP: *.broker.com.pl 02.10.06, 01:42
    Dzisiaj natkanalem sie w necie na taka fotke. Bez komentarza...
    plfoto.com/992595/zdjecie.html
  • jooggii 02.10.06, 10:04
    hej-to co chciałem opisac nie nazwałbym niesamowitym,lecz fascynującym
    przeżyciem,choc właściwie niech będzie niesamowicie fascynujące przeżycie.jakiś
    czas temu wybrałem się z moją partnerką w tatry,z zamiarem ostrego wędrowania z
    noclegiem w schronisku.wszystko układało się wspaniale,pogoda super(burzy nie
    będzie-wrzesień)
    ,do czasyu gdy w schronisku pięciostawiańskim zapytałem o nocleg:"wolnych
    miejsc brak-tylko podłoga"myśle niech będzie ,karimaty mieliśmy,śpiwory też
    jest dobrze.trochę się zawahałem gdy usłyszałem że taka przyjemnośc kosztuje 20
    zł.od łebka,ale jak zobaczyłem ten podłogowy ścisk,wszyscy po solidnej porcji
    fasolki czy bigosu....wyrywaliśmy czym prędzej.w strażniczówce też pełno więc
    nie pozostało nic jak sen w kosówce.opodal szlaku na krzyżne są piękne
    głazy,wspaniałe legowisko.i teraz dochodzę do tego fascynującego momentu...nie
    nie to...noc była bajeczna sen nie przychodził, tylko gwiazdy znad miedzianego
    wędrowały nam nad głowami,żal było zasypiac.chyba do końca swych dni nie
    zapomnę tej nocy.a ranek był chłodny ale równie piękny.wiem że to niezgodne z
    prawem ale cóż było robic.pozdrawiam.
  • Gość: Sas IP: *.net81.citysat.com.pl 02.10.06, 11:33
    Cześć jooggii . Czy chodzi Ci o noc z 26/27 września? . Opisywałem ten mocleg
    W SCHRONISKU w swoim wątku. Ty mialeś nad sobą piękne gwiaździste niebo , ja
    byłem w środku , oczywiscie oka nie zmrużyłem a fasolka i bigos to tylko
    nieliczne atrakcje , które wydarzyły sie tej nocy. Gratuluję i zazdroszczę
    śmiałej decyzji spania pod chmurką .Nie przejmuj sie złamaniem prawa , sytuacja
    była ekstermalna i tylko ktoś o płyciutkiej wyobraźni mógł by Cię za to
    wykroczenia ukarać. Pozdrawiam Sas
  • jooggii 02.10.06, 19:45
    hej Sas-moja opowieśc dotyczy wyprawy sprzed 2-lat.niepowiem bo od tego czasy
    przytrafiła mi się "recydywa"ale naprawde o ile mogę staram się nie szkodzic
    przyrodzie.filanc też człowiek,nie miałem z nimi jakis nieprzyjemności.
  • Gość: ritter IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.06, 22:41
    moze to dziwne ale najbardziej niesamowita historia jaka mnie spotkala w ciagu
    27 lat szwedania sie po gorach bylo spotkanie z ptakiem Salewa w Dolomitach -
    wysoko tak okolo 3000 m mozna spotkac takie stworzonka a nawet cale ich grupy -
    ptak wyglada bardzo podobnie do naszego gawrona tylko jest troszke mniejszy i
    ma zolty dziubek, czyli generalnie jest krukowaty - w zwiazku z tym wszyscy
    spodziewaja sie, ze w taki czy inny sposob kracze - niz bardziej mylnego - one
    cwierkaja!!! jak nasze wroble tylko troszke bardziej basowo. do tego sa bardzo
    sympatyczne i towarzyskie - turysci zatrzymujacy sie na posilek beda mieli
    kompanow do okruszkow!
  • samanta455 06.10.06, 00:37

    Niewiedziałam, że są takie ptaki, spotkanie z nimi musi być ciekawe, łakomczuchy
    kłócą się napewno o okruchy chleba, a to zawsze wygląda komicznie, pozdrawiam.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka