Dodaj do ulubionych

Zachodnie USA – Parki narodowe

12.01.12, 13:42
Na przełomie czerwca i lipca (w sumie 30 dni) chcemy spędzić wakacje delektując się fantastycznymi widokami. Od kilku lat takie wyjazdy organizujemy sami, jednak w Ameryce jeszcze nie byliśmy. Stąd prośba do osób, które już tam były o pomoc w kilku kwestiach, których pomimo lektury wypowiedzi tego szanownego forum nadal pozostają dla mnie niedoprecyzowane.

Miejsca, które chcemy zobaczyć są „standardowe” – Z miast LV, LA, SF może San Diego jeszcze się uda. Z atrakcji naturalnych Zion, Arches, Bryce, Grand Canyon, Yosemite, Yellowstone, Grand Teton, Sequoia, Death Valley, Canyonlands, Joshua Tree, Petrified Forest, White Pocket. Plan dosyć ambitny, ale z góry zakładam, ze może nie wszystkie te miejsca uda się nam zobaczyć. Startujemy i kończymy w LV.

Ponieważ jest to podróż „obwoźna” najbardziej obawiam się o dobytek. Mam tu na myśli pożyczony samochód i bagaże, które siłą rzeczy będziemy musieli w nim zostawiać. Dlatego chciałbym zapytać jak to jest z pozostawieniem auta w parkach narodowych np. w GC (South Trim – 2 dni wspinaczki), Havasupai falls (2 dni z noclegiem w Supai, to w sumie nie jest NP). Czy przy tych "Visit center" są jakieś parkingi, jeżeli tak to czy są płatne i ile kosztują no i oczywiście jaki jest poziom bezpieczeństwa przy założeniu, że portfel i aparat nie leżą na półce przed szybą?
Drugie pytanie będzie wymagać subiektywnej odpowiedzi, ale liczę na pomoc osób które tak jak my musiały dokonywać pewnych wyborów w obliczu ograniczonych zasobów czasu i pieniędzy. Czy warto schodzić do wodospadów Havasupai i potem ponownie w GC do Indian Gardens czy też doznania z tych tras są podobne i lepiej ten czas poświęcić na inną atrakcję a dodatkowo wybrać np. kilkugodzinny rafting rzeką Colorado z Page? Zakładam, że już nigdy więcej nie będę miał możliwości ponownej wizyty w tym miejscu bo życie krótkie, świat duży a pieniędzy i czasu mało.

Czy macie jakieś doświadczenia z rezerwacją wejściówek np. do Coyote Buttes North (The Wave) albo noclegiem w parku (Indian Gardens)? Zastanawiam się czy możliwe jest w ogóle jakieś sensowne planowanie z wyprzedzeniem większym niż 5 miesięcy (okresy losowań i przyznawania zgody). Czy lepiej po prostu iść wcześnie rano na żywioł i może się uda?
Na koniec zastanawiam się czy warto ciągnąć z sobą namiot, czy też może szukać alternatywnych form noclegu. Może couchsurfing? Tylko że nas jest czwórka – rodzina z dużymi dziećmi. Co o tym myślicie?

A może ktoś wybiera się w te rejony w podobnym terminie?

Pozdrawiam i z góry dziękuję za pomoc.
Sam
Edytor zaawansowany
  • Gość: robak IP: *.arc.nasa.gov 12.01.12, 22:57
    Polecam przeczytac obszerna relacje z takiej podrozy (ze zdjeciami) ktora odbyl ostatniego lata Pawel_EPWR ktory jechal razem z 3 doroslymi osobami podobna trasa i dla ktorego to byla pierwsza wizyta w USA. Link tutaj podany - jego obszerna relacja i spostrzezenia zaczyna sie w #112 (wstawione 21-10-2011). On mial tylko 14 dni. Wszystkie pytania czy "warto" sa trudne bo dla jednego warto a dla drugiego nie. Ja bylem w Indian Gardens i zaraz obok Plateau Point i dla mnie to bylo niezapomniane przezycie, bylem tez na samym dnie. Nie wiem czy wogole mozna to porownywac z czyms innym.

    lotnictwo.net.pl/3-tematy_ogolne/85-podroze_lotnicze/36526-usa_pytania_do_tambylcow-6.html
  • samsung_pl 13.01.12, 10:57
    Dziękuje za odpowiedź.
    Relację Pawła już analizowałem - jest świetnym materiałem (i te wspaniałe zdjęcia !). To między innym dzięki niej mam "tylko" tyle pytań. Piszesz, że byłeś w Indian Gardens. Mieliście tam nocleg? Pytam, bo chciałbym się upewnić co do procedury uzyskania zezwolenia. Domniemam, że byliście tam autem - nie ma problemu z jego pozostawieniem na górze? Jak oceniasz tą trasę, czy osoby niespecjalnie (to taki eufemizm) wysportowane nie będą miały problemu z podejściem w jeden dzień? Oczywiście pytam tylko o podejście, zakładam, że po zejściu do Plateau Point, wrócimy do Indian Gardens.
    pozdrawam
    Sam
  • Gość: robak IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 13.01.12, 21:33
    W Indian Gardens mielismy nocny camping. Zejscie na samo dno w jeden dzien, tam nocleg, potem w gore do Indian Gardens, znowu nocleg i powrot. Powinienes bez problemu zejsc i wrocic w 1 dzien do Indian Gardens (bez schodzenia na sam dol) i zobaczyc tez Plateau Point, dobre buty wskazane, zadne klapki lub sandaly. Oczywiscie Plateau Point jest najlepszy przy zachodzie slonca ale wracajac w ten sam dzien nie mozecie czekac. Nie bylo zadnych problemow z zostawianiem rzeczy na parkingu w aucie, zreszta niewiele tam zostalo bo wiekszosc poszla z nami.
  • samsung_pl 14.01.12, 18:04
    Dzięki za info. Myślałem, żeby nie nosić ze sobą co cięższego dobytku, a skupić się na rzeczach najbardziej wartościowych i tych niezbędnych (woda).
    Sam
  • Gość: robak IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 14.01.12, 19:40
    Ja mieszkam w US wiec waliz ze soba nie mialem w aucie. Tak naprawde to nigdy nie slyszalem zeby ktos tu sie do auta wlamal bo zobaczyl bagaz, to nie Ameryka Pld., owszem jak zostawisz laptopa nie wierzchu to ryzykujesz.
  • samsung_pl 13.01.12, 14:14
    Czy ktoś może odpowiedzieć na pytanie jak wygląda transfer z lotniska McCarran w Las Vegas do centrum? Czy są tam jakieś autobusy, jakie są ewentualnie koszty taxi ? Przylatujemy około północy i boję się że, możemy mieć problem z dojazdem do hotelu. Auto wypożyczam dopiero dwa dni później.
  • Gość: frequentflyer IP: *.public.twinsnet.pl 13.01.12, 14:25
    sprawdź na stronie hotelu czy nie oferuje darmowego shuttle'a. choć często gdy oferują, trzeba dzwonić do hotelu i czekać nawet godzinę gdy hotel niewielki.
    tak czy owak, ten link powinieneś był sam znaleźć:
    www.vegas.com/transportation/shuttles.html
  • starypierdola 13.01.12, 16:04
    Taxi do wiekszosci hoteli na The Strip kosztuje do USD20. Kilka dolarow wiecej do Centrum,

    Lasvegan SP
  • samsung_pl 13.01.12, 16:12
    Dzięki ! Jeden problem z głowy, chociaż i tak na razie przybywa ich więcej niż ubywa. Hotel rezerwowałem przez internet - nie było tam informacji o transferze, ale masz rację zawsze lepiej zapytać.

    pozdrawiam
    Sam
  • samsung_pl 13.01.12, 16:41
    Próbuję zestawić trasę dojazdową do tego miejsca. Z analizy mapy i zdjęć Google doszedłem do wniosku, że zejście rozpoczyna się od parkingu przy Hualapai Hiltop, który zresztą dosyć dobrze widać na zdjęciach satelitarnych - dojazd od południa, przez Peach Springs lub Grand Canyon Cavern. Kiedy użyłem mapy drogowej, ta zaproponowała mi dojazd od wschodu od strony Grand Canyon Village. Również relacja Pawła umieszczona w internetowym przewodniku interAmeryka sugeruje dojazd z tej strony. Na zdjęciach satelitarnych w tym miejscu są jednak tylko nagie skały. Nie widać na nich ani samochodów, ani parkingu, ani lądowiska (Havasupai Airport). Miejsca te dzieli od siebie sześć kilometrów w linii prostej, ale jeżeli przejechać je autem to będzie 80 mil i 5 godzin jazdy. Który z tych dojazdów jest bardziej korzystny pod kątem drogi jaką trzeba odbyć do Supai i czy na tym wschodnim jest jakiś parking. Z góry dziękuję za pomoc.
    Sam
  • Gość: gosc IP: 65.32.247.* 15.01.12, 03:53
    ...dojazd jedynie przez Peach Springs ten drugi tylko dla 4WD i bardzo "wtajemniczonych"...village nie ma specjalnego ladowiska to tylko skrawek niby laczki obok sklepu (jedyny)...Trail per pedes niezbyt latwa (powrotna) a szczegolnie w dzien i do tego lecie...dziecko odpada- jedynie konie (?) z parkingu lub copter (najlepiej)..
  • samsung_pl 15.01.12, 13:52
    Dziękuję za informację.
    Pisząc o lądowisku miałem na myśli raczej to na górze. Google sugeruje, że jest ono w pobliżu końcówki tego wschodniego dojazdu. Wynajmuję jeepa, ale nie jestem doświadczonym kierowcą jeżeli chodzi o jazdę terenową, więc raczej nie chcę się zapuszczać na bardzo techniczne trasy, zwłaszcza kiepsko oznaczone. Z drugiej strony, rozważam powrót helikopterem i wtedy zależy mi na tym aby lądował on w pobliżu miejsca w którym mam samochód. Czy helikopter ląduje gdzieś przy parkingu ?
    Sam
  • Gość: gosc IP: *.tampabay.res.rr.com 15.01.12, 17:51
    ...Dobra rada - wybij sobie z glowy raz na zawsze jezdzenie na pustynnych czy badlands (BLM) nieoznakowanych drogach...czesto sie to konczy bardzo tragicznie...GPS zawodzi w tamtych terenach bardzo czesto....spotykam tez wyczynowcow ale oni jezdza grupami 3-4 4WD z topograficznymi mapami , notebookami i co najwazniejsze lokalnym doswiadczeniem...pamietam jak jeden z takich samochodow wpadl niespodziewanie go glebokiej wyrwy (poopadowej) bo tego nie mogl przewidziec a odcinek drogi w tym miejscu byl niezbyt dobrze widoczny nawet z wysokosci siedzenia kierowcy... Biura BLM-ow tez nie maja dobrej aktualizowanej informacji o stanie drog....NIE RYZYKUJ, pomocy czesto nie uswiadczysz....
    To ladowisko na Hilltop tuz przy parkingu jest tez prymitywne ale dla helikopterow nie trzeba specjalnych wymogow....tak to bylo chyba 2-3 lata temu...w tym roku jeszcze raz sie tam wybieram (per pedes) bo mimo trudnosci i wyrzeczen jest tam wspaniale...
  • samsung_pl 16.01.12, 08:42
    Dzięki za radę - zamierzam się do niej zastosować. Skoro lądowisko jest przy parkingu, to jestem już spokojny.

    pozdrawiam
    Sam
  • maciek7 17.01.12, 12:27
    Miałem przyjemność robic podobną trasę ponad rok temu. Jest pięknie, już Ci zazdroszczę, ale do rzeczy... Masz naprawdę bogaty plan, ale czasu sporo, więc OK.
    Po pierwsze bezpieczeństwo - nie ma jakichkolwiek obaw, wszędzie spotkasz się z wielką pomocą i zaufaniem. W Parkach Narodowych jest zupełnie inna atmosfera niż w miastach - ludzie są naprawdę zyczliwi i mili i nie masz sie czegokolwiek obawiac.
    Co do parków pytales o The Wave - rezerwuj miejsce juz teraz, w czasie wakacji trudno sie tam dostac, warto zrobic to wczesniej lub miec szczescie w losowaniu. My pojechalismy na zywiol i niec z tego nie wyszlo (takich jak my bylo jeszcze z 30 osob...).
    Rozumiem ze startujesz i konczysz w LV. Z lotniska do hoteli sa busy, ktore za kilka dolców obwozą ludzi po całym miescie. Sprawdzasz tylko do jakiego hotelu jada i sprawa zalatwiona.
    Najtansza wypozyczalnia w LV to FOX - ceny o wiele nizsze niz gdzie indziej - mozna im zaufac.
    Co do miejsc mozna pisac bardzo duzo o kazdym z nich - sa naprawde fantastyczne. Na miasta nie trac za duzo czasu, procz San Francisco (piekne miejsce).
    Gdybys mial dodatkowe pytania chetnie odpowiem.
    Pozdrawiam
    Maciek
  • Gość: gosc IP: *.tampabay.res.rr.com 17.01.12, 14:01
    The Wave correction - tam nie ma zadnych rezerwacji - jest tylko scisle przestrzegana loteria (tough schedule zobacz website) a czasami szczesliwa szansa na permit w tym samym dniu (rano) w BLM Paria Rt.89
  • samsung_pl 17.01.12, 23:35
    Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Bardzo mnie pocieszyłeś z tym bezpieczeństwem. Generalnie nie spodziewałem się jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale świadomość tego, że wszystko trzeba wozić ze sobą a potem zostawić w aucie jest przybijająca. teraz martwię się jeszcze czy wszystkie walizki dolecą zgodnie z planem - mam połączenie z dwoma przesiadkami (Poznań - Frankfurt - Denver - LV). Mam nadzieję, że nie przepadną w przepastnych magazynach lotniskowych.

    Z The Wave zdecydowałem się zrezygnować, choć z wielkim żalem. Jak ktoś już powyżej napisał (dzięki !) nie ma tam żadnej gwarancji, że zostanie się wylosowanym, a ja lubię trzymać się planu. Prawdopodobieństwo załapania się na dziką kartę jest również niewielkie, zwłaszcza w tym okresie.

    Auto już zarezerwowałem w Nationalu. Za Jeepa z promocjami i pełnym ubezpieczeniem na 26 dni wyszło jakieś 930 USD. Pewnie podatek doliczą jakiś lokalny, ale cena i tak wydaje się dobra. Będę jeszcze szukał promocji i sprawdzę jak to wygląda w FOXie.

    Co do pytań. Nie wiem czy byłeś w Indian Garden (na szlaku w dół GC). Zastanawiam sie czy na ten jeden nocleg zabierać ze sobą namiot, czy też po prostu położyć się w śpiworach na ziemi w nadziei, że węże ani "inne" skorpiony nie spróbują się do nas przytulić. Być może hamak byłby rozwiązaniem, ale nie wiem czy jest tam możliwość rozwieszenia 4 sztuk, a poza tym miejsca mogą być już zajęte. Z drugiej strony taki namiot to kilka kilo do dźwigania. Jeżeli masz jakiś pomysł to napisz proszę.

    Zastanawiam się także nad obuwiem. Czy wysokie z usztywnioną kostką, czy też może sandały na sztywnej podeszwie Vibram z chronionymi palcami. Te bardzo dobrze spisałyby się w Zionie, ale nie wiem jak spiszą się na szlakach w GC.

    Jeszcze raz dzięki za odpowiedź.
    pozdrawiam
    Sam
  • porterhouse 18.01.12, 01:38

    > Co do pytań. Nie wiem czy byłeś w Indian Garden (na szlaku w dół GC). Zastanawi
    > am sie czy na ten jeden nocleg zabierać ze sobą namiot, czy też po prostu położ
    > yć się w śpiworach na ziemi w nadziei,

    Ja na samym dole GC spalem razem z grupa bez zadnych namiotow, w Indian Gardens rozbilismy namioty ale nie pamietam dlaczego, w kazdym nie dlatego zeby sie chronic przezd wezami. Byl lipiec i bylo dosc cieplo, im glepbiej w dol tym cieplej. Pamietaj ze na noclegi w srodku GC potrzebujesz przepustki.
  • Gość: tomaszki IP: *.mnc.pl 18.06.13, 23:34
    witam
    lece do san Francisco i wracam z los Angeles 3.5tygodnia
    szukam jakies dobrej wypożyczalni samochodow ze w jednym miejscu biore SF w innym oddaje LA...
    i mam pytanie jade w kilka rodzin szukam sieci telefonicznej NA ZACHODNIM WYBRZEZU w której możemy się porozumiewać bez ograniczen...;)
  • jorn 17.01.12, 16:02
    Cześć, robiłem podobną trasę + Arizona i parki na południu Utah + badlands w Płd. Dakocie – kilka punktów z twojej, ale w rozbiciu na dwie podróże (raz 5 tygodni, drugi raz 4). W parkach narodowych zawsze parking był wliczony w cenę wstępu (jedynym wyjątkiem od tej zasady był Mt. Rushmore, gdzie parking kosztował 10$ rocznie). Nigdy mi nic nie zginęło, ani nie zauważyłem żadnych śladów po próbach włamania. Ale też pilnowałem, żeby zawsze bagaż w całości mieścił się w bagażniku i nic, co wygląda na to, że ma jakąkolwiek wartość nie zostawało na widoku. O ile dobrze pamiętam, w materiałach informacyjnych NPS ostrzegała, żeby wartościowych przedmiotów w samochodach nie zostawiać, bo kradzieże się zdarzają.
    --
    Jorn van der Ar
    ---------------------------
    Człowiek bez religii jest jak ryba bez roweru.
  • samsung_pl 17.01.12, 23:42
    Dzięki.
    Cieszę się, że moje poczucie bezpieczeństwa wzrosło, jesteś kolejną osobą która to potwierdza :)
    Czy na parkingach o których piszesz zawsze było miejsce, czy też może trzeba odpowiednio wcześnie przyjechać aby się załapać ? Nie pamiętam już gdzie - ostatni wiele czytam w tym temacie, ale znalazłem informację, że wiele osób staje przy drogach dojazdowych, co nie jest życzliwie widziane przez służby mundurowe. Zastanowiło mnie dlaczego tak robią i zacząłem podejrzewać, że może po prostu nie mają gdzie stanąć.

    pozdrawiam
    Sam
  • samsung_pl 17.01.12, 23:09
    Sporządziłem wstępny plan podróży. Jest baardzo napięty i niezwykle wyczerpujący. Ale przy odrobinie szczęścia wykonalny. Zdaję sobie sprawę, że wiele ciekawych miejsc obejrzymy zaledwie powierzchownie. Dylemat chcieć czy móc zawsze powraca - ja uważam, że lepiej tak niż wcale. Starałem się optymalizować trasę, minimalizując puste przejazdy,ale nijak nie mogłem wrzucić Doliny Śmierci i wyszło jak wyszło. Jeżeli widzicie w nim jakieś poważne zagrożenia bardzo Was proszę o komentarze.

    nocleg; atrakcja; mile; godziny jazdy
    Dzień 0 Las Vegas; przylot;
    Dzień 1 Las Vegas; miasto, aklimatyzacja; 195; 4
    Dzień 2 Grand Canion Cavern; zejście Havasupai Falls; 0; 0
    Dzień 3 Supai Lodge; wejście Havasupai Falls; 0; 0
    Dzień 4 Grand Canion Cavern; zejście GC South Rim
    do Plate Point; 126; 3
    Dzień 5 Indian Garden; wejście GC South Rim; 138; 3
    Dzień 6 Page; rano rafting Colorado,
    południe Antelope Canyon; 30; 1
    Dzień 7 Page; Monument Valley; 180; 8
    Dzień 8 Holbroock; Petrified Forest; 291; 6
    Dzień 9 Tucson; Saguaro; 410; 7
    Dzień 10 San Diego; miasto; 60; 2
    Dzień 11 San Diego; plaża nad Pacyfikiem; 154; 3
    Dzień 12 Yucca Valley; Joshua Tree; 122; 3
    Dzień 13 Los Angeles; miasto; 50; 4
    Dzień 14 Los Angeles; Sequoia; 217; 4
    Dzień 15 Three Rivers; Yosemite; 163; 4
    Dzień 16 Mariposa; San Francisco; 210; 5
    Dzień 17 San Francisco; miasto; 250; 5
    Dzień 18 Reno; Lassen Volcanic; 416; 8
    Dzień 19 Klamath Falls; Crater Lake; 836; 16
    Dzień 20 jazda nocna; Grand Teton; 50; 1
    Dzień 21 Moose; Yellowstone; 512; 10
    Dzień 22 jazda nocna; Arches; 52; 2
    Dzień 23 Mooab; Canyonlands; 300; 6
    Dzień 24 Kanab; Bryce; 88; 2
    Dzień 25 Kanab; Zion (Narrows); 307; 6
    Dzień 26 Beatty; Death Valley; 161; 4
    Dzień 27 Las Vegas; rezerwa;
    Dzień 28 Las Vegas; wylot (14:30); 0; 0

    Mile tylko częściowo oddają trasę w samych parkach czy miastach, tak więc może się okazać że będzie ich trochę więcej. Na ten moment zakładam, że przejedziemy około 6 tys mil i 120 godzin za kierownicą.
  • riviera_maya 18.01.12, 03:24
    Moim zdaniem bez sensu jest zbaczac do Tucson tylko po to zeby zobaczyc Saguaro NP. Kaktusy sa fajne ale nie warto dla nich zbaczac z drogi. Ja bym gnal prosto z Petrified Forest do Joshua Tree NP (warto zobaczyc po drodze Meteor Crater) a potem San Diego i LA. Zaoszczedzony czas przeznaczylbym na Yellowstone. W jeden dzien to tylko przejedziecie glowna droga i nic nie zobaczycie. Na GC przeznaczyliscie sporo czasu a na Yellowstone prawie wcale - ja bym to troche zbalansowal - odjal jeden dzien GC i dodal do jeden do Yellowstone, ale to juz Wasza decyzja.
    Nastepna sprawa to po calonocnej jezdzie bedziecie za bardzo zmeczeni na chodzenie po Arches NP. Dojscie do Delicate Arch to spory wysilek w takim szalonym tempie. Najpierw Canyonlands (zakladam ze nie robicie tam wycieczek bo nie bedzie czasu) a potem Arches.

    Pozdrawiam

  • Gość: 9y8ibjh IP: *.lightspeed.irvnca.sbcglobal.net 18.01.12, 21:56
    dobre! Usmialem sie zdrowo! Pisz tak dalej!
  • Gość: ja IP: 79.162.122.* 18.01.12, 22:54
    Ten plan jest niewykonalny. Yellowstone nie da się zobaczyć w jeden dzień. Havasupai falls też nie da się raczej zrobić w jeden dzień.
    Co do Saguaro to ja polecam bardzo, niesamowite widoki, ale tam tez trzeba dojechać, to tez są mile.
  • maciek7 19.01.12, 12:07
    Macie strasznie napięty plan!!! Nie rozumiem tylko dlaczego najpierw poświęcasz tyle dni na Grand Canyon a potem inne parki i atrakcje oglądasz powierzchownie?
    Yosemite czy Yellowstone to parki w których jest wiele atrakcji - na pewno więcej niż tylko na chwilę...
    Poza tym codzienna gonitwa przez 4 tygodnie - współczuję...
    Powiem Ci ze swojego doświadczenia, że po prawie 2 tygodniach ciągłej jazdy i zwiedzania miałem tak dość, że zrezygnowałem częściowo z Page żeby jeden dodatkowy dzień spędzić w hotelu w LV na byczeniu się na basenie:)
    Przez cały wyjazd tylko jeden raz spędziliśmy 2 noclegi pod rząd w jednym miejscu (San Francisco) reszta to ciągła jazda gdzie na koniec nie za bardzo kojarzysz w jakim motelu się budzisz...
    Pamiętaj że po drodze zobaczysz wiele ciekawych i zaskakujących rzeczy, gdzie będziesz chciał zatrzymać się na chwilę, zboczyć z drogi etc. Przy takim planie nie masz na to czasu, jesteś w ciągłym biegu...
    Na Twoim miejscu zrezygnowałbym z Petrified Forest na rzecz Sedony i Red Rock State Park (można bardzo przyjemnie wejść na the Bell). Jeszcze jedna zmiana to Saguaro - nie pchałbym się aż do Tuscon. Podobne widoki i klimat będziesz miał w okolicahc Phoenix - tzw. Apache trail. Piękne krajobrazy, kaktusy, słynna Tortilla Flat - warto i przynajmniej nie musisz jechać tak daleko...
  • samsung_pl 19.01.12, 13:30
    Po wpływem Waszych odpowiedzi powyżej ponownie analizuję tą trasę. Bardzo chciałbym zobaczyć te kaktusy, ale może rzeczywiście lepiej spędzić jeden dzień dużej w Yellowstone. Co prawda miałem jednodniową rezerwę i zakładałem, że najprawdopodobniej wykorzystam ją właśnie tam, z drugiej strony rezerwa jest na zdarzenia nie przewidziane, więc nie wiem na co przyjdzie mi ją wykorzystać. Akurat w przypadku Saguaro trochę czasu i mil dałoby się zaoszczędzić, a jadąc tyle kilometrów na północ do Yellowstone, może warto poświęcić mu więcej czasu, zwłaszcza w kontekście nocnych podróży autem.

    @riviera_maya
    Dziękuję za rady, właśnie o coś takiego mi chodziło. Zamienię kolejnością Arches i Canyonlands.

    @9y8ibjh
    Fajnie, że się ubawiłeś. Też się cieszę.

    @Ja
    Na wodospady przeznaczyłem dwa dni, nocleg na dole w Supai. Na Yellowstone teraz także dwa ale niestety kosztem Saguaro.

    @maciek7
    Brak balansu GC z innymi atrakcjami wynika przede wszystkim ze specyfiki tego parku. Bardzo chcę zobaczyć wodospady, co zajmie 2 dni. Nie wiem na ile wrażenia ( odczucia związane z potężnym masywem, widok rzeki itd ) z tego zejścia są porównywalne do zejścia południowym szlakiem GC. Z tego drugiego mógłbym zrezygnować, gdyby były podobne. Pytałem o to w wątku głównym, ale do tej pory nikt nie udzielił mi odpowiedzi na to pytanie. W opisie Havasupai wszyscy skupiają się raczej na wodospadach a nie na samej trasie. Jeżeli nie są, to także automatycznie muszę poświęcić na to zejście 2 dni. Ostatni dzień jest związany z Antelope Canyon. W sumie jeżeli załapałbym się na śmigłowiec we wczesnych godzinach w Supai (co nie jest pewne), to z "raftingu" mógłbym zrezygnować i byłbym dzień do przodu. W przypadku innych parków lub atrakcji czas jaki chcemy na nie poświęcić wynika po części z ograniczonej wiedzy na temat ich atrakcyjności a po części z chęci zobaczenia jak najwięcej w tym czasie, który mamy do dyspozycji.
    Wiem, że będzie to bardzo męczący wyjazd. Odpoczniemy w pracy po powrocie :) Mam już za sobą kilka podobnych, choć mniejszych wypraw po Europie wschodniej i południowej oraz północnej Afryce. W ostateczności, jeżeli naprawdę nie damy rady to po prostu z czegoś zrezygnujemy. Zaciekawiła mnie Twoja propozycja dotycząca Sedony. Musze na ten temat poczytać. Bardzo też dziękuję za informację na temat Apache trail. Szkoda mi było tych kaktusów, a teraz będę miał chociaż substytut, muszę się tylko zastanowić jak mogę to wkomponować w trasę.

    Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za odpowiedzi.
    Sam
  • riviera_maya 19.01.12, 16:11
    Jeszcze rada dotyczaca Arches NP. Jezeli wybieracie sie do Delicate Arch to radzilbym zrobic to wczesnie rano lub poznym popoludniem. W srodku dnia slonce i temperatury sa mordercze.
    Wedlug mnie przy zachodzacym sloncu Delicate Arch prezentuje sie najlepiej a rano bedziecie go ogladac troche pod slonce.

    Po powrocie napisz ile udalo Wam sie zobaczyc z tego szalonego planu.

    Pozdrawiam


  • Gość: ja IP: *.centertel.pl 20.01.12, 20:48
    2 dni w Yellowstone to już jest w miarę ok, niby minimum to 3 dni, ale macie napięty program, więc pewnie z czegoś można tam zrezygnować. Ja zrezygnowałabym w tym przypadku z Tower Falls i Upper Falls, a także Grand Canyon of Yellowstone. Na pewno musicie zobaczyć starego poczciwego Old Faithful, na pewno Mud Geyser i okoliczne gejzery i Hot Mammoth Spring. Musisz wziąć pod uwagę, ze w całym Yellowstone obowiązuje ograniczenie prędkości, często można utknąć na drodze w korku spowodowanym przez bizony :) I bardzo polecam przewodniki wydawnictwa Moon, szczególnie ten Yellowstone and Grand Teton, choć my akurat wszystkie mamy z Moon, bo bardzo lubie i super się sprawdziły we wszystkich stanach, w których byliśmy. Są bez fajnych zdjęć, zdjęcia czarno-białe, ale za to super przydatna treść. Z Yellowstone jest świetna krajobrazowo droga przez góry, Beartooth Loop, ale otwarta jest chyba od czerwca tylko w miesiącach letnich, na wysokości ponad 3300 mnpm, naprawdę warto, ale droga zajmuje dużo czasu.
  • Gość: robak IP: *.arc.nasa.gov 20.01.12, 21:22
    Oczywiscie nie zapomnij o drodze 12 w Utah, jedna z najpiekniejszych, najbardziej malowniczych tras w USA.
  • kika139 18.01.12, 16:25
    Zapraszam na bloga z opisem wycieczki po parkach na zachodzie USA.
    Może jakieś informacje przydadzą się.
    krzak-13.blog.onet.pl

  • samsung_pl 19.01.12, 13:39
    Czołem. Rewelacyjny blog! Fajne fotki. Przeczytałem go raz na szybko. Teraz czytam dokładnie analizując szczegóły. Myślę, że parę pytań mi się uzbiera :) Na pewno się skontaktuję.
    Pozdrtawiam.
    Sam
  • Gość: Dadcia Las Vegas IP: *.lv.lv.cox.net 07.02.12, 06:48
    Hey
    wez tez pod uwage wynajem np domu zamiast hotelu w LV, mam dom i wypozyczam go turystom wiec daj znac jakbys byl zainteresowany. Blisko stripu i zmiesci Was wszystkich.

    Pozdrawiam z Vegas


  • Gość: film IP: *.adsl.inetia.pl 10.02.12, 18:22
    www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=zxlm_oPhV7o
  • samsung_pl 13.02.12, 07:48
    Czołem !
    Dziękuję za propozycję. Nie mówię nie, ale zastanawiam się jaki sens ma dla Ciebie wynajem na 2 + 1 dni, bo tak to mniej więcej w moim przypadku wygląda. Dodatkowo zależy mi na transferze z/na lotnisko, który hotele (czasami za dodatkowa opłatą) oferują. Ceny hoteli w LV nie są specjalnie wysokie - 50 USD za dzień na rodzinę wystarczy. Czy w tej sytuacji nadal jesteś zainteresowany ?

    pozdrawiam
    Samsung
  • Gość: Rad IP: *.pafw.pl 21.02.12, 17:56
    Witaj Samsung - widzę że planujemy tę samą trase i to w tym samym skladzie (rodzice z duzymi dziećmi). My zaczynamy w SF w pierwszych dniach lipca. Może nawiażemy bezposredni kontakt- wymiana informacji a może i spotkanie na szlaku ?
    pozdrawiam
    Rad
  • samsung_pl 27.02.12, 14:00
    Czołem RAD.
    Bardzo chętnie wymienię się wiedzą jaką udało mi się zdobyć. Kto wie, może nawet się spotkamy :)
    Jak można się z Tobą skontaktować.

    Sam
  • Gość: szklanka IP: *.warszawa.vectranet.pl 25.02.12, 21:33

    wow:) super plan wycieczki, w wiekszosci z nich bylam, nie pozalujecie!:)
  • samsung_pl 27.02.12, 14:01
    Dzięki !
    Już ręce zacieram :)

    Sam
  • Gość: Rad IP: *.pafw.pl 01.03.12, 16:06
    Witaj Samsung- podaje namiary na tymczasową skrzynke e-mailowa . Proszę podeślij na nią kontakt do siebie to przejdziemy na bezpośrednią korespondencje e-mailowa na stałych adresach a ten adres skasuję. e-mail: karinka.zielona@gmail.com .
    Rad
  • samsung_pl 01.03.12, 23:44
    po-szło !
    Samsung
  • samsung_pl 13.03.12, 15:08
    Czołem !
    Czy ktoś z Was odwiedzał to miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat ?
    Chciałbym się dowiedzieć, czy obecnie TRZEBA korzystać z usług "licencjonowanego przewodnika" oraz jak wygląda kwestia fotografowania. Na stronie Navajo Nation Parks znajduje się w miarę dokładna informacja dotycząca komercyjnego wykorzystania zdjęć i filmów. Organizuje się także specjalne wycieczki dla fotografów. Mnie jednak interesuje nie tyle profesjonalna fotografia ile po prostu fotka rodziny na tle ściany. Domyślam się, że jest to płatne, zastanawiam się jednak, czy mogę takie zdjęcia robić na "rodzinnej wycieczce" czy tez muszę zabrać wszystkich na słono płatną wycieczkę dla fotografów.

    z góry dziękuję za info
    Samsung
  • jetlag1 14.03.12, 02:27
    bylem w pazdzierniku,
    musisz wykupic bilet/wycieczke na miejscu od tutejszych Navajo
    fotki sa darmowe, mozesz pstrykac do woli,
    przewodnicy bardzo pomocni, wskaza gdzie i jak pstrykac,

    --
    "The world is a book, and those who do not travel read only one page"
  • samsung_pl 14.03.12, 07:15
    Dzięki za info.
    Pamiętasz może jaka była od osoby cena tej Twojej wycieczki i ile trwała?
    Oglądałeś Upper czy Lover Canyon?

    pozdrawiam
    Sam
  • samsung_pl 14.03.12, 19:31
    samsung_pl napisał:

    >Upper czy Lover Canyon?
    oczywiście miałem na myśli Lower Canyon :)
  • jetlag1 14.03.12, 20:44
    wstep $20-25,
    dokladnie nie pamietam
    cala wycieczka okolo 2h,
    dojazd z parkingu z 1.5 mili,
    przejscie przez canyon i powrot.


    "The world is a book, and those who do not travel read only one page"
  • samsung_pl 15.03.12, 08:06
    Ok. Dzięki.
    Sam
  • Gość: bibi IP: *.iitd.pan.wroc.pl 20.03.12, 12:58
    Byłam w sierpniu w GC - Havasu Falls. Jesteś pewien, że chcesz się drapać z dołu na krawędź kanionu tych 16 km?:) Myśmy zlecieli na dół helikopterem - jakieś 7 minut - poszliśmy do wodospadów (dróżka jest słabo oznakowana, nie byliśmy do końca pewni, że w ogóle tam dojdziemy;), najpierw mija sie pierwszy wodospad, a po jakims czasie dochodzi się do tego właściwego. Trasa ma ok. 3-4 km, idzie sie niewygodnie, w upale i po głębokim piasku, weźcie wodę lub/i napoje energetyczne. Po kąpieli przy wodospadzie (rewelacja, zero innych ludzi, fantastyczna sprawa:) i dojściu do wioski - znowu w upale i po głębokim piachu - zrezygnowaliśmy z ambitnych planów 16-km podejścia w górę. Wlecieliśmy helikopterem i mój mąż stwierdził potem, ze było to chyba najlepiej wydane 80$ w jego życiu;)) Jezeli chcecie zlecieć do wioski (helikoptery odlatują praktycznie z parkingu), to bądźcie przygotowani na zapłatę gotówką - mój brat mailował z Indiańcami, którzy prowadzą ten biznes i była mowa o możliwości zapłaty kartą, a na miejscu okazało się, że w dół brali tylko gotówkę - nie wiem, może terminal im nawalił - dobrze, że akurat tyle co trzeba przy sobie mieliśmy. Lot w górę juz bez problemów, zapłaciliśmy kartą (i całe szczęście, bo byliśmy w 6 osób, a razem gotówki mieliśmy już tylko na 2 sztuki:)
    Fajna wyprawa przed Wami, ja też planuję już kolejna podróż:))

    Dojście pod sam Delicate Arch wcale nie takie męczące, nawet w środku dnia - wieje wiaterek, 10 latek bez żadnych problemów dał sobie radę. I potwierdzam - jest naprawdę bardzo bezpiecznie wszędzie (no, może metro w Nowym Jorku nie wyglądało za ciekawie, ale tez problemów żadnych nie doświadczyliśmy przez 3 tygodnie naszej wyprawy)
  • samsung_pl 20.03.12, 13:52
    Dzięki za odpowiedź :)

    > Byłam w sierpniu w GC - Havasu Falls. Jesteś pewien, że chcesz się drapać z doł
    > u na krawędź kanionu tych 16 km?:)

    Nie nie jestem - zwłaszcza że 2 dni później mamy zejście i podejście w GC NP. Dlatego wymyśliłem sobie, że zejdziemy tam na piechotę ale z powrotem wracamy helikopterem :)
    Jest nas czworo więc to trochę słono, ale czas to także waluta :) Napisz proszę jak było z bagażem - są tam jakieś limity na ten helikopter. Nie chciałbym potem płacić dodatkowo.

    pozdrawiam
    Sam


  • bogna71 21.03.12, 12:42
    Jeżeli chodzi o bagaż, to myśmy nic takiego wielkiego ze sobą nie tachali - mieliśmy normalne podręczne plecaki z napojami (dużo), batonami + ręcznik + strój kąpielowy + aparaty fotograficzne i żadnej dopłaty za to nie było.
    (wszystko inne - cały nasz bagaż w ogóle - zostało w bagażniku samochodu, na parkingu)
    Te helikoptery głównie zaopatrują mieszkańców wioski w różne dobra - typu np. wielkie paczki chipsów, płatków, kubełki z KFC, kanistry coli itp.;) i wożą te różne bambetle w podpiętej u dołu wielkiej siatce. Z tym, że niestety nie wiem, czy turyście nie każą przypadkiem dopłacić, gdy jego bagaż nie zmieści się z nim w kabinie...
    Spróbujcie spakować się w normalne niewielkie plecaczki i nie powinno być problemu.

    Fajny jest widok, jak helikopter podchodzi do lądowania, a tam już czekają kobiety z taczkami i gromadkami dzieci, żeby odebrać te swoje zakupy;)

    Acha, w Antelope Canyon zdjęcia można robić bez problemu, podobno w południe, jak słońce jest najwyżej, to tam walą tłumy fotografów i chyba wtedy jest jakoś drożej, myśmy byli ok. 11.00, jak kończyliśmy, to faktycznie za nami już wycieczka rozkładała wszędzie statywy i ciężko było przejść:) Jak już będziecie tam, to dosłownie rzut beretem jest przełom Colorado - Horseshoe Bend - warto spojrzeć, naprawdę rewelacja:)
  • bogna71 22.03.12, 20:13
    Przeczytalam Twoj pierwszy post i wtrącę swoje 3 grosze nt. White Pocket. Żeby się tam dostać na własną rękę potrzebny jest NAPRAWDĘ terenowy samochód na wielkich kołach. Nasz GMC z napędem na 4 koła nie dał rady... A ford Edge, który niby miał być 4x4 - zakopał się w piachu i wtedy dopiero okazało sie, że nie ma takiego napędu - wygrzebywanie auta z piachu na pustkowiu - przeżycie niezapomniane;)
    (Nawet nie próbowaliśmy reklamowac w wypożyczalni, bo faktycznie zamawialiśmy 2 jeepy albo land rovery, już nie pamietam, ale akurat nie było, więc dali nam niby prównywalne auta, z tym, że jak napisałam wyżej - jeden z nich okazał sie nie mieć napędu na 4 koła, ale wg regulaminu nie wolno zjeżdzać na bezdroża...) A White Pocket jest naprawdę na dalekim bezdrożu - jakieś 20 km (albo i wiecej) od głównej drogi, bez żadnego zasięgu telefonicznego, najpierw szutr, więc jechało się jeszcze spokojnie, a potem już dość głęboki piach, no i w piachu jedno auto nam utknęło - 5 km od celu;) Wpakowaliśmy się w GMC, który miał 4x4, ale po przejechaniu kilometra okazało się, że i on nie da rady - nie było szans. Mój brat z żoną polecieli na piechotę, ale niewiele zobaczyli, bo się zrobiło ciemno - sporo czasu zajęło nam wykopywanie się z piachu, niestety.Tam, gdzie wykupiliśmy wycieczkę do Antelope Canyon niby sie reklamują, że robia tez wyjazdy do White Pocket - mają wielkie terenowe auta i spokojnie dojadą, tylko coś było z terminami, w sierpniu chyba tam nie jeździli, bo było pełno chętnych do Antylop, więc na tym się skupiali.
    --
    koniś;)
  • samsung_pl 25.03.12, 23:25
    Czołem Bogna

    Bardzo, bardzo dziękuję za wyczerpującą informację !
    W kwestii White Pocket czytałem, że są tam dwie alternatywne drogi dojazdu, z czego jedna - południowa jest "trudniejsza" i wymaga "cięższego" sprzętu, natomiast druga zachodnia jest trochę dłuższa ale łatwiejsza. Po Twoich informacjach, przypatrzę się temu problemowi bliżej. Tak się składa, ze ja właśnie zamówiłem tego Forda o którym piszesz - w opisie był 4x4, ale może podniosę na miejscu standard auta, choć trochę liczę wydatki, a paliwo to całkiem wysoki koszt.
    Wracając do Antelope Canyon, czy mam rozumieć, że mając wynajęte auta wykupiliście wycieczkę z dojazdem z Page? Nie rozumiem sensu takiego działania, dlatego drażę dalej :)
    Podkowę chcemy zobaczyć niejako przy okazji, ale dzięki za radę. Czy w trakcie tego wyjazdu odwiedziliście inne ciekawe miejsca? Chętnie się jeszcze czegoś dowiem.
    Pozdrawiam serdecznie.

    Sam


  • bogna71 26.03.12, 20:02
    Nie ma innej możliwości dotarcia pod kanion antylop, niż tylko z wykupioną u miejscowych wycieczką. I nie wynika to tylko ze stanu drogi dojazdowej - którą może przejechac tylko naprawdę ciężki sprzęt;), ale i z faktu, że jest to teren miejscowych Indian i oni nie wydają pozwoleń na wjazd. Wożą turystów sami, oprowadzają po kanionie, a potem odwożą z powrotem na miejsce zbiórki. Samemu można sobie podjechać na parking, z którego dochodzi się do Horse Shoe Bend.
    Tak że śpiąc w Page (Budget Inn Lake Powell), musieliśmy podjechac kawałeczek na parking przy takim centrum wycieczkowo-sklepikowym, tam mieliśmy zarezerwowaną wcześniej wycieczkę do Antylop. Potem, po obejrzeniu jeszcze przełomu Kolorado, ruszyliśmy do Moab (żeby rzucić okiem na Arches). Podczas wyprawy zwiedziliśmy też Monument Valley (wschód słońca;), potem jechaliśmy do Petrified Forrest i po drodze wstąpilismy obejrzec dziurę po meteorze (Barringer Meteor), a następnie Havasu, GC - brat z żoną zeszli na dół do dziury i wydrapali się z niej po 11 godzinach;) - szli tzw. Angel Trial, z tego co pamietam. Potem jechaliśmy do LA, a z LA lecieliśmy na Florydę - Sanibel Island, Everglades, Miami, Key West. Zaczęliśmy w ogóle w Nowym Jorku - 3 dni, potem lot do LV, 2 dni tam (również Death Valley), a potem to już wiesz;))

    Następnym razem chcemy ruszyć w górę mapy;P - to co Ty teraz będziesz zwiedzac - Yellow Stone itp.:) Ale to w tej chwili jest to na etapie zgrubnych planów:))

    Jak by co, to mam jeszcze notatki i nazwy hoteli w których spaliśmy po drodze, wiec w razie czego służę informacjami. A tu parę fotek:
    picasaweb.google.com/bogna71/USA2011?authkey=Gv1sRgCO6ZkIDou7_eLQ#
    --
    koniś;)
  • samsung_pl 26.03.12, 21:13
    Faaajne te focie ;)
    Wiem już, że trzeba zwiedzać Antelope Canyon z przewodnikiem ale wyobrażałem sobie, że podjadę na skraj kanionu, a tam w jakiejś budce na miejscu wykupię wycieczkę. Częściowo zakładałem tak na podstawie tej relacji: www.usa.wortale.net/27-Krotkie-sprawozdanie-z-wycieczki-do-Antelope-Canyon-Arizona-maj-2010.html . Autor pisze co prawda, że tak jak Wy jechał tam z wycieczką z Page, ale poniżej pisze , że drugą wycieczkę kupił już na miejscu. Zakładałem, że większość ludzi wybiera wycieczkę z Page bo po prostu nie wiedzą, ze można ją wykupić bliżej/taniej. Teraz muszę to założenie potwierdzić bądź odrzucić. Sprawdziłem już ceny kilku organizatorów takich wyjazdów i muszę przyznać że rozpiętość jest bardzo duża (powyżej 100%). Właśnie rozglądam się za jakimś noclegiem w Page - byliście zadowoleni z Waszego? O Budget Inn krążą różne historie. Będę również wdzięczny za informacje o noclegu w Moab. Tam także planuję się zatrzymać.
    Co do GC to Twoja rodzinka miała niezłą przeprawę, ja nie mam niestety takiej kondycji i nawet nie będę próbował. Z ulotki którą przesłali mi rangersi wynika, że Bright Angel Trailhead to 10 km w jedną stronę do punktu widokowego Plateau Point a dobre 13 km do dna kanionu przy różnicy wysokości 1335 metrów! Czy możesz napisać coś o samym LA. Co tam widzieliście, czym się poruszaliście itp. ? Jak wrócę odwdzięczę się informacjami z górnej części trasy :)

    pozdrawiam
    Sam
  • samsung_pl 26.03.12, 22:20
    I chciałem Cię jeszcze zapytać czy doszliście do Havasu Falls (to ten drugi po Navajo Falls) czy może udaliście się również do Mooney Falls i Beaver Falls.
    Sam.
  • Gość: bogna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.03.12, 12:45
    Powiem Ci, że te wszystkie noclegi (oprócz NY, LV i Sanibel - w tych miejscach spędziliśmy po kilka nocy)) zlewają mi się w jeden, bo po drodze wszędzie spaliśmy tylko 1 noc - jak by w Page było jakieś ekstremum to pewnie bym zapamiętała i zanotowała, ale tam bylo raczej normalnie - pewnie łóżko, łazienka, bez robali;) Zresztą myśmy tam dotarli w środku nocy, po przebojach z odgrzebywaniem samochodu z piachu, więc bylismy szczęsliwi, że już jestesmy na miejscu i mamy gdzie głowę przyłożyć;))) Poza tym z tamtąd było blisko do tego miejsca, skąd odjeżdżaliśmy do Antylop. Jeżeli nie planujecie kilkudniowego pobytu, to nie ma się co przejmowac recenzjami - wszędzie można się przespac i umyć, a potem rusza się dalej.
    Co do Antylop, to mój brat z żoną był tam już drugi raz i z pewnościa dobrze odrobił lekcje - twierdzi, ze nie ma innej mozliwości, jak tylko z tubylcami. Nie pamietam juz, ile płaciliśmy od łebka za tę wycieczkę (dowóz, pół godziny wśród skałek i powrót do miasteczka), ale nie było drogo - 15-20$??? Rezerwowaliśmy wszystko z Polski. Daliśmy jeszcze na koniec naszemu przewodnikowi 10$ napiwku, bo fajnie opowiadał, robił nam zdjęcia, pokazywał co i z jakiego miejsca sfocić, żeby było ładnie:)
    W Moab spaliśmy w Days Inn Moab (426 North Main Street) - ale naprawde żaden szczegół z tego noclego nie pozostał mi głowie:)
    Co do Havasu Falls to widzieliśmy tylko te dwa wodospady, które są na zdjęciach, a pluskaliśmy się tylko w jednym. Tutaj przeliczyliśmy się trochę z siłami - byliśmy nastawieni na wyjście na piechotę i w związku z tym mieliśmy zaplanowane niewiele czasu na relaks, a w ostateczności skończyło sie, jak pisałam wyżej, na helikopterze. Gdybyśmy to wiedzieli wcześniej, to pewnie połazilibyśmy, albo pobyczylibysmy się tam dłużej, no ale trudno.

    W LA byliśmy króciutko, zaliczyliśmy oczywiście Hollywood Boulvare, China Theater (odciski) widok na napis HOLLYWOOD na wzgórzach, do Universal Studios niestety nie dojechaliśmy, pojechaliśmy za to do Santa Monica na Venice Beach, żeby zamoczyc tyłek w Atlantyku, bo za 2 dni mieliśmy już być na Sanibel Island, nad Pacyfikiem:) Głównym punktem programu w LA był dla nas (a raczej może dla mojego brata i 10-letniego syna:) park rozrywki - Six Flags - tam spędziliśmy cały dzień, a potem już było fruuu do Fort Meyers (Fl).
    Przy wjeździe autem do LA (no i w ogóle, na całą podróż) doradzam GPS-a z dobrą mapą - naprawdę trzeba się nagimnastykować, żeby ogarnąć te wielopasmówki:)...
    --
    koniś;)
  • Gość: Marek IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.03.12, 14:54
    Jak sie Wam podobalo na Sanibel-Island? Dlugo tam byliscie?
  • Gość: bogna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.03.12, 17:16
    Byliśmy tam tylko 3 dni, odwiedziliśmy też Captivę - fajne klimaty, biała plaża, palmy kokosowe, cieplutki ocean, fajne knajpki, oczywiście muszelki i przede wszystkim była to chwila relaksu po szaleńczym maratonie - od NY do pd-zach wybrzeża, więc wspominam bardzo miło:)
    Byłam teraz w styczniu na Zanzibarze i trochę mi się tak podobnie skojarzyło, z tym, że na Zanzibarze nie ma aligatorów:)
  • Gość: Kris IP: *.altec.pl 27.03.12, 22:08
    Venice Beach to dzielnica Los Angeles, a Santa Monica to odrębne miasto. Ale fakt, że można przejść się plażą i dojść z jednego miejsca do drugiego. I oczywiście moczyliście się tam w Pacyfiku, a nie Atlantyku.
    Wyspa Sanibel nie leży na Atlantyku, tylko w Zatoce Meksykańskiej.
  • Gość: bogna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.03.12, 09:28
    Ups, faktycznie porąbało mi się:) No jasne, że LA to Pacyfik - wiedziałam tylko, że w ciągu dwóch dni "zaliczyliśmy" obie duże wody, z dwóch stron kontynentu, a zawsze byłam kiepska z geografii;)) Dzięki za sprostowanie. Teraz sięgnęłam do moich notatek i to było tak, że była mowa o Santa Monica, bo mój brat z żoną zrobili spacer z Venice Beach do Santa Monica właśnie, a myśmy tylko podjechali na Venice Beach, żeby m.in. zobaczyć koniec Route 66, połazic po molo i zalegnąć na chwilę na plaży. (Myślałam, że SM to dzielnica LA;)
  • Gość: Kris IP: *.altec.pl 28.03.12, 19:12
    Dzielnicą Los Angeles jest Venice, a Venice Beach to oczywiście plaża w tej dzielnicy.
  • Gość: Panna ja IP: *.centertel.pl 07.04.12, 21:21
    Wycieczkę do Anthelope Canyon można wykupić na miejscu przy parkingu.
  • Gość: JanuszGee IP: *.nwrknj.fios.verizon.net 08.04.12, 02:16
    Nie ma Anthelope Canyon jest Antelope Canyon
  • samsung_pl 26.03.12, 22:18
    I chciałem Cię jeszcze zapytać czy doszliście do Havasu Falls (to ten drugi po Navajo Falls) czy może udaliście się również do Mooney Falls i Beaver Falls.
    Sam.

  • samsung_pl 25.03.12, 23:41
    UWAGA - Oferta nie do odrzucenia - nocleg za czteropak :)

    Aby skorzystać pola namiotowego w Grand Canyon National Park niezbędne jest odpłatne zezwolenie władz parku. Można je otrzymać wysyłając specjalny formularz listem lub faxem. Aby mieć stuprocentową pewność, że dotarł wysłałem go korzystają cz obu tych form i załączając informację o tym fakcie w korespondencji. Jak się powoli dowiaduję na własnej skórze, w USA podchodzi się do życia w nieco inny sposób niż u nas, dlatego w rezultacie otrzymałem 2 zgody - każda dla 4 osób. Oczywiście za obydwie zapłaciłem, o czym dowiedziałem się studiując wyciąg z karty kredytowej :(. W związku z powyższym mogę zaoferować drugą zgodę osobom zainteresowanym. Zrobię to nieodpłatnie, bowiem i tak jej nie wykorzystam. Wartość takiej zgody to 30 USD. Zgoda obejmuje 4 osoby. Zejście 14.06.2012, nocleg w Indian Garden i podejście 15.06.2012.
    Osoby zainteresowane proszę o kontakt - na tym nicku nie posiadam konta pocztowego, więc proszę o założenie jakiegoś konta śmieciowego i wpis na forum.

    pozdrawiam
    Sam.
  • Gość: Tom IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 12.04.12, 10:57
    Witaj Sam,

    Wybieram się w na przełomie czerwca i lipca na zachodnie wybrzeże. Mam już bilety ale dopiero zaczynam planować szczegóły. Mam kilka pytań do Ciebie. Prośba o kontakt pod adresem: xentom@gmail.com.

    Pozdrawiam,
    Tom
  • samsung_pl 12.04.12, 12:13
    poszło :)

    Sam
  • Gość: turystka IP: 194.25.30.* 13.04.12, 11:16
    Hallo Samsung!
    Czy masz juz finalny plan podrozy ? Bardzo by mnie interesowal - jako sciagawka na moja evt. podroz w pszyszlym roku.
    Jesli mozesz to prosze zamiesc Twoj plan na forum .
    Pozdrawiam i dzieki za ciekawy watek!
  • samsung_pl 13.04.12, 13:04
    Czołem. Nie mam jeszcze finalnego planu i myślę, że nie będę o nim pisał. Po prostu po przyjeździe napiszę jak on ostatecznie wyglądał. Wtedy ta informacja będzie potencjalnie bardziej pomocna. Pozdrawiam.
    Sam
  • Gość: turystka IP: 194.25.30.* 13.04.12, 15:04
    samsung_pl napisał:

    > Czołem. Nie mam jeszcze finalnego planu i myślę, że nie będę o nim pisał. Po pr
    > ostu po przyjeździe napiszę jak on ostatecznie wyglądał. Wtedy ta informacja bę
    > dzie potencjalnie bardziej pomocna.
    W takim razie czekam na relacje po podrozy. Ja mam jeszcze caly rok na planowanie.
    Zycze udanej wyprawy !
  • samsung_pl 12.06.12, 15:28
    Dzień 1

    No to się zaczęło. Po miesiącach przygotowań i tygodniu pakowania siedzimy na walizkach. Mam nieodparte wrażenie, że i tak czegoś zapomniałem, choć zrobiłem specjalną listę i wszystko odznaczałem. Ale jeżeli zapomniałem umieścić tego na liście? ;)
    Rodzice zawieźli nas na lotnisko w Poznaniu. Ładnie się prezentuje, choć jest bardzo małe jak na światowe realia – w sumie to dobrze, nie potrzeba czasu na przemieszczanie ;)
    Pierwszy problem mamy na check in`nie. Pani z Lufthansy nie może mi wydrukować biletów. Problemem jest to, że ja i syn mamy to samo imię. Dla Lufthansy to nie problem – Niemcy przewidzieli, ale kolejne połączenia do Huston i dalej do Las Vegas obsługuje United, a Amerykanie jacyś nieobrotni w tym temacie. Po 15 minutach Pani się poddała i powiedziała, że mamy to załatwić na odprawie we Frankfurcie. Odlatujemy o 10:40. Lufthansa poczęstowała nas sałatką i paluszkami. Lądujemy we Frankfurcie i biegniemy na odprawę. Jesteśmy dość szybko, mniej więcej w połowie kolejki. I dobrze że tak się stało bo problem z imionami się powtarza i jest dla obsługi bardzo trudny – za każdym razem jak drukują bilety system wskazuje im to samo miejsce w samolocie. Nie wiem dlaczego nie mogą go po prostu wpisać długopisem ;) Czas leci a obsługa walczy z programem, jesteśmy już ostatni, wylot za pięć minut – rzutem na taśmę manager United drukuje nowy bilet, jakby zakupiony oddzielnie i na jego podstawie wchodzimy do samolotu. Samolot jest spory ale nie wielki, układ 2-3-2 w klasie ekonomicznej. Dużo miejsca na nogi, w miarę szerokie fotele (dla mnie ważne bo mam daleko idącą nadwagę), w każdym oparciu zamontowany terminal z dużym wyborem muzyki filmów i gier oraz aktualną informacją o danych przelotowych. Polski jest niestety rzadkością, w oryginale można było zobaczyć „W ciemności”. W kategorii gier, należy uważać na szachy – komputer nie lubi przegrywać i po takiej partii przechodzi w stan błogiego zawisu, i wymaga resetu przez obsługę co trochę trwa. Z racji naszych problemów, mamy miejsca porozrzucane po całym samolocie, ale nam to nie przeszkadza. Lot trwa ponad 11 godzin. W jego trakcie podano obiad – do wyboru danie wegetariańskie, wołowina i kurczak. Można zamówić sobie także jedzenie koszerne, niektórzy tak robią bo jest szybciej podawane. Potem były jeszcze lody, kanapka i jakieś słodycze. Napoje do wyboru ale za alkohol, obojętnie jaki trzeba było płacić. Lądujemy w Teksasie około 17 czasu lokalnego (7 godzin przesunięcia), udajemy się na rozmowę z konsulem. Czytając różne wypowiedzi miałem pewne obawy, ale okazały się bezpodstawne. Przypomina to zwykłą odprawę paszportową, kilka stanowisk, kilka kolejek. Ustawiamy się w kilku naraz, zależy nam na czasie, za 2 godziny następny lot, a nie wiemy jakie jeszcze spotkają nas formalności i ile to zajmie. Przychodzi moja kolej, wołam rodzinę i zdziwienie – urzędnik mówi, że oni tu nie stali więc ich nie obsłuży. Cóż co kraj to obyczaj. Przenoszę się do kolejki obok, gdzie stoimy już wszyscy. Podchodzimy wszyscy razem, proszą nas o przyłożenie palców, i skanują oczy. Żadnych pytań o czas pobytu, czy też o cel wizyty – widać po naszych plecakach żeśmy turyści. Wbija nam wizę na 6 miesięcy. Jedyne pytanie dotyczy żółtej kartki, wszytej w paszporcie w trakcie procesu wizowego. To informacja o polskich konsulatach w USA i ostrzeżenie dla tych, którzy przedłużali pobyt powyżej określonego przy wlocie. Najwyraźniej należało ją usunąć od razu. Ogólnie miło i bez problemów, tak jak przy wizie. Problematyczne przypadki są chyba sporadyczne. Idziemy dalej, czeka nas kontrola bagaży. Przyznaję, że mocno się jej obawiam. Ponieważ planuję zejście i podejście do GC oraz wspinaczkę w nurcie zimnego potoku w parku Zion potrzebuję hermetycznych i podgrzewanych chemicznie posiłków. Zakupiłem takie w Polsce, są to wojskowe racje żywnościowe. Niestety zawierają przetworzone mięso, co w USA nie jest dopuszczalne. W sumie to trochę niejednoznaczne – czytałem ten przepis kilka razy o można go różnie interpretować, ale niepokój pozostał. Kontrola w Huston wygląda tak, że siedzi trzech panów przy stolikach. Podchodzi się do nich z bagażem i deklaracjami przewozowymi, wypełnianymi jeszcze w samolocie. Pan patrzy na deklarację i każe przechodzić albo zagląda do bagażu. Przy mnie przechodziło ze 100 osób – do żadnych walizek nie zaglądali. Może to taki kierunek?
    Biegniemy do naszej bramki, po drodze zostawiając bagaż w na podłodze w holu, co nakazuje nam pracownik lotniska w żółtej kamizelce. Trochę mnie to dziwi, ale robię co każą. Przy naszej bramce jesteśmy 90 minut przed wylotem. To dobrze, bo zaczynamy akcję „bilet”. Operator w tym miejscu wykazuje mniejszą cierpliwość. Po 40 minutach skreśla długopisem numer miejsca i zapisuje nowy. Czyli jednak można . Lądujemy w Las Vegas 3 godziny później i cofamy zegarki o kolejne 2 godziny. W Polsce jest teraz 7:30 rano. Lotnisko równie duże jak poprzednie, tylko całe zastawione automatami hazardowymi. Nie można znaleźć żadnej informacji. Łapiemy taksówkę (można było wybrać taką większą, gdzie 4 osoby i bagaże weszły bez problemu) i jedziemy do motelu. Mnie wiem czy to była najbliższa możliwa droga dojazdowa, ale 15 minut i 30$ później jesteśmy już na miejscu. Po 24 godzinach podróży padamy jak kawki, nie myśląc o jutrze ;)

    Nie mam doświadczenia w zamieszczaniu takich informacji. Na tym forum nie można umieszczać zdjęć. Może ktoś z Was może polecić lepsze miejsce dla takiej relacji?

    Pozdrawiam
    Samsung
  • Gość: Małgosia IP: 195.164.0.* 12.06.12, 15:40
    zanosi się na niezłą opowieść, szkoda, że nie zacząłeś w nowym wątku:)
  • samsung_pl 12.06.12, 17:56
    Dzień 2

    Wstaliśmy wcześnie, gdzieś koło 5:30. Musimy się przystosować do zmiany czasu. Zrobiłem krótki rekonesans po najbliższym otoczeniu. Szału nie ma, dzielnica wygląda bardzo pospolicie, choć to kilka minut drogi od Stripu. Zajrzałem do lokalnego sklepu, przypominał te nasze na stacjach benzynowych. Wybór żywności jak na nasze standardy bardzo ubogi. Pieczywo tylko tostowe, trochę słodkich ciastek, hot dogi i jakieś hamburgerowate mini kanapki na ciepło w słodkiej bułce. Z braku wyboru, je właśnie kupiłem po sztuce na osobnika. Do tego sok pomarańczowy, tonik, woda i cola. Jedzenie było straszne, co do tego nikt się nie mylił w opisach, które czytałem. Trociny przyprawione na ostro. Napoje, wszystkie w mojej ocenie mocno przesłodzone, względem naszych odpowiedników. Ceny raczej wysokie. Przy obecnym kursie $ (ok 3,5) to jakieś 50% drożej niż u nas i do tego niestety mniej smaczne. Po tym krótkim posiłku udaliśmy się na miasto. Naszym celem był Strip - postanowiliśmy przejść całym ciągiem tej ulicy, co zwłaszcza w godzinach popołudniowych okazało się dużym wyzwaniem. LV Blvd jest ciekawym miejscem do zobaczenia. Kolejne kasyna rywalizują przepychem i całkiem ładnie wykonanymi reprodukcjami innych światowych atrakcji. Są tu wieża Eifla (Paris), sfinks z piramidą (Luxor), statua wolności (New York), fontanna Di Trevi (Caesar Palace) czy most westchnień (Venetian). Wiele kasyn przyciąga instalacjami wodnymi i fontannami (Bellagio, Mirrage, Treasure Island). Wszędzie po południu rozpoczynają się wystawy albo występy gwiazd. To wszystko było ładne, ale nie powiem aby zatykało dech w piersiach. Czułem jakąś taką sztuczność. Przeszliśmy całym ciągiem głównej części Stripu – od Mandalay Bay do Stratosphere Tower. Po drodze zatrzymaliśmy się w Dennys na posiłek. Znowu byłem zawiedziony. Dwie duże porcje natchos (całkiem niezłe), dwa jaja sadzone z tostami na smażonych w tłuszczu ziemniakach z kiełbaską i sałatka z kurczakiem plus napoje (bez limitu – jak wielka dolewka w Pizza Hut) to wydatek 49$. Potem znalazłem gdzieś jakieś ulotki, które upoważniały do 20% upustu. Warto przejrzeć te ulotki przed zwiedzaniem, można znaleźć coś ciekawego. Amatorzy nocnego obstawiania, mogą skorzystać z płatnych kuponów sprzedawanych w dosyć licznych „kioskach”. Upusty są dosyć znaczne 25-50% na posiłki i przedstawienia w kasynach. Bardzo drogie okazały się lody 6$ za gałkę. Irytujący dla nas jest zwyczaj podawania cen bez lokalnego podatku. Widzisz 9.99 a płacisz 10,81. Po kilku godzinach dreptania, wypiciu sporej ilości wody byliśmy na tyle zmęczeni, że nie chcieliśmy już wracać tą samą drogą. Wybraliśmy ichni tramwaj, czyli monorail. Koszt przejazdu 5$, dla nas, miejscowi mają taniej. Tu miałem też możliwość po raz kolejny spotkać się z „amerykańskim podejściem”. Przy automacie do biletów stała mała budka, a w niej pani sprzedawała bilety, jak się okazało dla miejscowych. Zapytałem ją, ile kosztuje bilet na przejazd tym środkiem lokomocji, a ona siedząc pewnie codziennie w odległości 2 metrów od maszyny z biletami odpowiedziała wzruszając ramionami, że nie wie bo to nie jej sprawa. Automat, jak się okazało wymagał dotknięcia ekranu, aby wyjść z trybu wygaszacza. Potem już wszystko było zrozumiałe i czytelnie opisane. Ogółem wrażeń z tego miejsca nie chcemy jeszcze komentować. Przed wyjazdem, przy powrocie zobaczymy jeszcze jak to się prezentuje nocą.

    Samsung
  • Gość: turystka1 IP: *.dip.t-dialin.net 12.06.12, 21:05
    Czekam z ciekawoscia na dalszy ciag.
    I zycze milego zwiedzania
  • samsung_pl 13.06.12, 18:20
    Wczoraj, wymęczeni i jeszcze nie do końca przystosowani do nowego czasu poszliśmy spać bardzo wcześnie. W rezultacie o 4 nad ranem nikt już nie spał. Miałem czas aby coś napisać i porozmawiać z rodziną. O 9:30 byliśmy już gotowi do drogi. Auto miałem wstępnie zarezerwowane w National, ale z całym majdanem musieliśmy się udać na lotnisko. Dobrze, że nasz motel (Super 8) obsługiwał transfer na lotnisko. Skwapliwie z tej okazji skorzystaliśmy. Przed samym wyjazdem założyłem jeszcze w internecie kartę lojalnościową sieci Wyndham. Tak się składa, że większość noclegów zaplanowałem właśnie w oparciu o obiekty tej sieci. Jeżeli się zamówi pokój z 7 dniowym wyprzedzeniem, otrzymuje się 15% rabat, ale trzeba uważać, bo takiej rezerwacji nie można już odwołać. Przepełnionym busem udajemy się na lotnisko i tu niespodzianka. Wszyscy stoją w korku, a kierowca wysadza nas na … przystanku autobusowym. Okazuje się, że wypożyczalnie aut dla lotniska znajdują się w innej części miasta, a ruch pomiędzy nimi a lotniskiem zapewniają shuttle autobusy. Wkrótce okazuje się, że to rozwiązanie jest dobrze przemyślane – w ciągu 10 minut odjeżdżają trzy – po 15, 20 klientów. Jakby to wszystko wyjeżdżało z lotniska to strach się bać ;) Jazda trwa około 10 minut. Wypożyczalnie zlokalizowane są przy LV Blvd! , ale na obrzeżach miasta. Sam proces lekko mnie zadziwił. Pożyczałem już auta w Europie i Afryce – tutaj jest jak na linii produkcyjnej. Podchodzę do pani przy okienku, ona sprawdza moje prawo jazdy i kartę kredytową. Minimum informacji. Zero kaucji. Pytam, czy mogę zmienić auto na lepsze, uzyskuję odpowiedź, że ona nie wie co jest. Zdziwienie (moje). Jedyne pytanie jakie padło to to czy chcę zapłacić za paliwo – w tej opcji odbieram pełny bak a oddaję pusty. Zdecydowałem się na to, bo po pierwsze nie musze się martwić przy odbiorze, a po drugie mieli dobry kurs paliwa (3,6$ za galon, gdzie indziej to zazwyczaj koło 3,8- 4$). Podpisuję kartkę o ubezpieczeniach i wariancie paliwa. Przechodzimy dalej, myślałem, że teraz jakieś przekazanie pojazdu, instrukcja, papierki, a tu pan prowadzi mnie do zaparkowanych samochodów (kluczyki są w środku) i daje możliwość wyboru – Jeep Grand Cherokee albo Dodge Nitro. Wybieram tego drugiego bo ma napęd 4x4, a nie wiem czy gdzieś w bok się nie zapuszczę ;). I … tyle pana widziałem. Zonk. W życiu nie prowadziłem auta z automatyczną skrzynią biegów. Czy to ma tempomat? Jak to się obsługuje? Ale pana już nie było, obsługiwał kolejkę oczekujących na auta.
    Pozostało mi samemu dojść co i jak. Proste to jak konstrukcja cepa, wiem już dlaczego w USA wszyscy maja prawo jazdy ;) Jest jedna zasada – NIE UŻYWAJ lewej nogi, reszta wychodzi sama ;) Auto jak się patrzy, roczne, niestety pojemność 3,7 i 6 cylindrów. Benzynę wybiera dosyć szybko, nawet przy ekonomicznej jeździe 100 – 120 km/h to jakieś 13/14 l/100. Aby zaakcentować naszą obecność założyłem na naszym samochodzie polskie flagi. Najpierw pojechaliśmy na zakupy – Walmart (codziennie niskie ceny ? ;)). Musiałem kupić nawigację, nokia ovi nie potrafiła się odnaleźć choć mapy miała załadowane. W sklepie spędziliśmy kilkadziesiąt minut. Owoce, pieczywo, coś do obkładu i oczywiście napoje. Ceny bardziej przystępne ale opakowania bardzo duże. Np. masło można nabyć w ilości 4 kostek (ok 500 gr) minimum, trzeba do tego uważać aby nie było solone ;). Po zakupach posiłek w KFC i w drogę. Z LV wyjechaliśmy w kierunku Henderson celem obejrzenia Tamy Hoovera. Robi wrażenie, choć myślałem, że jest większa. Straszny tam upał, ale warto zobaczyć. Rarytas dla miłośników Falouta ;). Następnie udaliśmy się starą autostradą 66 do Saligman. To klimatyczne, sprawiające wrażenie zapomnianego miejsce. Warto tu dojechać. Sama 66 jest ciekawa. Mały ruch, to znaczy mały ruch pojazdów bo piesków preriowych biegających po drodze to jest mnóstwo. Na noc zatrzymaliśmy się w Grand Canyon Cavern. Bardzo sympatyczne i pełne klimatu miejsce. Gorąco polecam. Poza tym to najbliższy punkt dla tych którzy chcą zobaczyć wodospady Havasupai. Tu naprawdę czuje się swoje wyobrażenie Ameryki lat 60 – przynajmniej ja tak miałem. Pełno tu ptaków – po raz pierwszy widziałem np. kolibra. Po sesji zdjęciowej, przygotowujemy kolację z zakupionych produktów i udajemy się na spoczynek. Poprzedniego dnia napisałem, że wszystko tu jest przesłodzone. Nie jest to do końca prawda, gdyż banany smakują tak jak u nas ;) Dla tych, którzy uważają, że to oczywiste napiszę, że np. pomarańcze są zdecydowanie słodsze ;P. Rozumiem też potencjalną przyczynę takiego stanu rzeczy, autochtoni używają dużo lodu, jak się taki napój wleje do kubka wypełnionego lodem, to smak staje się normalniejszy ;). Od dziś zacząłem też zbierać spostrzeżenia, dotyczące ewidentnych różnic pomiędzy naszymi kulturami. Jak je zbiorę do kupy, to napisze o tym w oddzielnym wątku, jako wrażenia z podróży.

    Pozdrawiam
    Samsung
  • Gość: Ania o. IP: 212.180.168.* 13.06.12, 21:47
    Dwa miesiące temu wróciłam z podróży po USA. Czytam Twoją relację i mam niemal identyczne spostrzeżenia. Rewelacyjnie piszesz. Aż mi się na wspominki zebrało...
  • samsung_pl 14.06.12, 15:11
    Piszę w biegu, w miarę jak mam czas i uda mi się dorwać do komputera - jest tu rozchwytywany przez moje latorośle ;). Stąd błędy i równoważniki zdań. Nie mam czasu czytać drugi raz tego co napisałem, a piszę głownie po to aby lepiej zapamiętać jak tu było. Dzięki za słowa wsparcia.
    Sam.
  • samsung_pl 14.06.12, 15:08
    To miała być jedna z głównych atrakcji naszego wyjazdu, Niestety już od samego początku nic się w tym kierunku nie układało. Mój pierwotny plan zakładał zejście do osady Indian Supai, nocleg w ich „motelu”, a następnego dnia wycieczkę do trzech głównych wodospadów i powrót helikopterem na górę. Podstawowym warunkiem była możliwość przenocowania na dole, którą to starałem sobie zapewnić z półrocznym wyprzedzeniem. Najpierw jednak Indianie nie odpowiadali na moje maile (co w zasadzie jest standardem w USA, wysłałem ich wiele odpowiedź dostałem jedną), potem telefoniczne dowiedziałem się, że rezerwacji jeszcze nie przyjmują i że mam zadzwonić za miesiąc. Jak już zadzwoniłem pytając o konkretny dzień dowiedziałem się, że miejsca są już zajęte, Próbowałem alternatywnego noclegu na polu namiotowym – jednak tu również nie było miejsc. Przy okazji dowiedziałem się, że nie tylko w ten dzień który mnie interesował ale i w całym miesiącu. W tej sytuacji został mi plan „B”. Załapać się na pierwszy śmigłowiec i wylecieć ostatnim. To ryzykowne, bo śmigłowiec w pierwszej kolejności obsługuje pracowników rządowych, starszyznę wioski i chorych, ale uznałem, że warto, a alternatywy nie miałem. Kilka razy dzwoniłem do jedynej firmy, która ma z Indianami „układ” na te przeloty, rozmawiałem z synem właściciela. Plan wydawał się realny. Do dziś, kiedy dowiedziałem się, że … środa jest dniem wolnym i dziś latać nie będą. Wszystko rozumiem, ale mogli powiedzieć wcześniej! W tej sytuacji jakakolwiek zmiana planu była już nierealna i niestety wodospady muszę sobie odpuścić . Jednak najpewniejsze są własne nogi. Cóż n pewno nie zepsuje nam to wakacji! Z tego punktu noclegowego nie miałem wielu alternatywnych atrakcji. Zwiedziliśmy groty kryształowe w Grand Canion Caverns. Miejsce ciekawe, ale jeżeli ktoś był w Jaskini Niedźwiedziej i Wieliczce to raczej na kolana nie padnie. Wiążą się z nią jednak dwie ciekawostki. Pierwsza to to że wewnątrz znajduje się pokój który można sobie wynająć na noc. Myślałem o tym swego czasu, ale cena mnie powaliła (ok 700 $) za noc. Spędza się ją komfortowo, 100 m pod ziemią, w absolutnej ciemności i ciszy w środowisku z zerową wilgotnością (dlatego nic tu nie żyje). Drugą ciekawostką jest fakt, ze za Kennedy`iego był tu schron nuklearny dla 2 tys. ludzi. Miał starczyć na 2 tygodnie. Jaskinia nie pełni już tej funkcji, ale zapasy przetransportowane w tym celu zostały i można je tam podziwiać. Kolejny smaczek dla sympatyków Fallouta. Z jaskini pojechaliśmy starą 66 z powrotem do Saligman, gdzie postanowiłem zakupić sobie pamiątkową oryginalną tablicę rejestracyjną z Nevady – jakoś wolałem ją od tych z Arizony. Była stosunkowo droga – 17$, warto się trochę potargować, należy jednak pamiętać że nie jest to do końca legalne ;) – oczywiście piszę o zakupie tablicy a nie targowaniu się. Tu też, w przydrożnym barze wyklejonym walutą z całego świata i wizytówkami zjedliśmy wyśmienite burgery (najlepsze jakie dotąd jadłem) i całkiem smaczne lody włoskie, to wszystko za sensowną cenę 30$ (4 osoby z napojami). Następnie udaliśmy się do Wiliams. Krajobraz zmieniał się powoli. Nie było już pustyń jakie otaczają Nevadę. Sucha preria zaczęła ustępować miejsca krzewom iglastym, które w miarę jak wjeżdżaliśmy wyżej zmieniły się we wzgórza porośnięte sosnami. To Kaibab National Forest, którego większa część znajduje się po drugiej stronie kanionu. Musze przyznać, że to otoczenie bardziej przypadło mi do gustu ;) W Williams zatrzymaliśmy się w motelu sieci Super8. Wybrałem go jeszcze przed wyjazdem kierując się radami internautów. To był strzał w dziesiątkę. Jak na standardy tej sieci ten był znacznie nowszy i czystszy. Cena jedna z najniższych jakie tu płaciłem (zamówiłem już kilka kolejnych noclegów) i do tego ze śniadaniem. W dodatku jest on prowadzony przez polskie małżeństwo – bardzo mili i sympatyczni ludzie. Zazwyczaj tego nie robię ale podam tu telefon 1-928-635-4700 (można bez problemu rozmawiać po polsku), a co mi tam naszych trzeba wspierać! Samo miasteczko również posiada swój koloryt. Jakże odmienne jest od tych w Nevadzie. Centralna ulica, przy której znajdują się wszystkie punkty użyteczności publicznej. Widać że miasto żyje swoim własnym życiem. Nie było tu Walmartu ale był inny market Safeway. Jedzenie nieznacznie droższe, ale jakbym miał zrobić porównanie to Walmart to takie Tesco, a Safeway to Alma albo Piotr i Paweł. Naprawdę widać różnicę. Do tego produkty znacznie lepszej jakości. Tak dobre pomidory jadłem ostatnio na Ukrainie. Można nawet kupić ugotowane zupy ;)
    Po powrocie rozpoczęliśmy pakowanie na wielką wyprawę w dół kanionu. Okazało się to nie lada wyzwaniem. Balansowanie pomiędzy tym co chcieliśmy zabrać a tym ile chcieliśmy nieść i odpowiednie rozłożenie tego w plecakach zajęło nam kilka godzin. Nie spodziewałem się, że to tyle potrwa. Zabraliśmy po paczce prowiantu, po galonie wody na głowę, dodatkowo składany zbiornik na wodę i tabletki odkażające. Dużo ważył namiot, trochę śpiwory i karimaty. Do tego latarki czołowe i inne „pierdoły”. Rzeczy zabraliśmy absolutne minimum. Przyznam, że oceniając wagę naszych plecaków – po około 10 jesteśmy lekko zaniepokojeni, ale tylko lekko! Przygotowani do drogi udajemy się na spoczynek. Jutro wczesna pobudka, toaleta, śniadanie i kilometr drogi do parku.

    Pozdrawiam
    Samsung
  • kwiatek_leona 15.06.12, 00:00
    Swietna wyprawa - czekam niecierpliwie na ciag dalszy!!!
  • pawel_zet 15.06.12, 21:41
    Pragnę Cię zapewnić, że czytam Twoją relację z wielkim zainteresowaniem. Tym większym, że za tydzień z rodziną ląduję w SFO i ruszam w czterotygodniową podróż do Tucson. Jeśli znajdziesz czas, by kontynuować relację, będą Ci razem z rodziną bardzo wdzięczny.
  • samsung_pl 16.06.12, 16:39
    Pobudka o 7:00. Dobrze, że byliśmy już spakowani, ale samo ułożenie toreb i plecaków oraz ogarnięcie pokoju zabrało ze 30 minut. Śniadanie w motelu, do tego kupione poprzedniego dnia bagietka i salami i ruszamy w drogę. Z Williams do Grand Canyon National Park jest około godzina drogi. Na rogatkach parku kupujemy całoroczną kartę wjazdową do wszystkich parków narodowych – koszt 80$. Kiedy dojeżdżamy zbliża się 9:30. Zatrzymujemy się na dużym parkingu przy Visitors Centre, parkingów jest kilka położone są przy kluczowych punktach parku. Kursują między nimi dwie linie (a może więcej, ja widziałem pomarańczową i niebieską) autobusów. Zakładamy ekwipunek, dokładamy polską flagę i udajemy się po informacje do VC. Dowiadujemy się, że jest dziś bardzo gorąco, i mamy rozsądnie prowadzić naszą wycieczkę. Rozsądnie to znaczy stosując się do pewnych zasadach: dużo pić, często siusiać, robić dłuższe przerwy w tzw. Rest Point’s. Wsiadamy do autobusu linii błękitnej i 5 przystanków dalej rozpoczyna się nasza wspinaczka. Zaczynamy na punkcie widokowym, to nasz pierwszy bezpośredni kontakt z kanionem, robi wrażenie! Gdzieś na dole widać kawałek płaskowyżu i maleńką wijącą się ścieżkę – coś czuję, że to tamtędy przyjdzie nam iść. Kurczę trochę daleko ;) Ale nic, schodzimy o resztę będziemy się martwić później. Zgodnie z planem mamy zejść do miejsca zwanego Indian Garden, rozbić tam namiot i zejść podejść do punktu widokowego Plateau Point. Aby móc spać na terytorium parku, należało otrzymać zgodę władz parku. Procedura jest prosta, trzeba zapłacić 30$ - 10$ opłata stała +5$ od osoby (podaje się numer karty kredytowej, opłatę pobierają sobie sami) i przesłać im faksem albo pocztą wniosek. Zależało mi na tym aby wniosek doszedł i wysłałem go zarówno pocztą jak i faksem, o czy poinformowałem w samym wniosku. Nikt tego jednak nie czytał i w rezultacie zapłaciłem za dwa noclegi 
    Ruszamy. Po jakimś czasie mijamy pierwszy z 2 wykutych w skale łuków. Robimy cały czas zdjęcia, mamy jeszcze siły . Schodzimy w prażącym słońcu, cienia jak na lekarstwo, przechodzimy pod drugim łukiem. Schodzenie zaczęliśmy o 10. Zgodnie z informacją rangersów zejście to ok. 6 godzin, podejście ok 9. Czym niżej tym bardziej upalnie. Mija nas wielu ludzi, wchodzących pod górę. Dziwimy się, że w zasadzie nie mają wyposażenia, a czasem nawet butelki z wodą. Mijamy rangersa, który uważnie przypatruje się turystom, pyta o samopoczucie, o wodę. Widać dużą troskę pracowników Parku. Po pokonaniu 1,5 mili (jakieś 2,4 km) dochodzimy do pierwszego reststopu. Zeszliśmy 345m jeżeli wierzyć ulotce. Jest tu toaleta, kran z wodą i trochę cienia. Zajmujemy miejsce nieopodal grupy Amiszy. Staramy się zbyt nachalnie im nie przyglądać. Schodzimy dalej, z góry widać cel naszej wędrówki – ciemnozieloną plamę. Tłum na drodze nagle zniknął, okazuje się, większość turystów dochodzi tylko do pierwszego przystanku. Rzadko widzimy kogoś idącego pod górę, wszyscy ci (nazwałem ich sobie prawdziwymi turystami w odróżnieniu od tych niedzielnych ;) witają się na szlaku, czasem zapytają o samopoczucie, ale zazwyczaj są mocno zmęczeni. Nasza flaga budzi zainteresowanie. Często pytają nas skąd jesteśmy, dowiadujemy się, że prawie każdy ma tu jakieś polskie powiązania ;) Przez warstwy czerwonej skały przebijamy się do punktu odpoczynkowego położonego 3 mile od początku trasy. Zeszliśmy kolejne 300m w dół. Jesteśmy zmęczeni, mocno doskwierają nam ciężary na plecach. Zupełnie niepotrzebnie niesiemy z sobą tyle wody, mogliśmy zabrać mniejsze dwulitrowe butelki i uzupełniać je wodą po drodze, a tak każdy z nas niesie galon (prawie 4 litry) co oznacza po 2kg na głowę niepotrzebnego bagażu. Mięśnie łydek dają o sobie znać, i czujemy, że ze stopami także się coś dzieje, ale nie ma już odwrotu. Schodzimy dalej, ten odcinek jest najdłuższy – jakieś 1,7 mili (2,7 km) ale przez to mniej stromy – to następne 300m w dół. Potężnie wyczerpani (ech ten trening przy biurkach;)) dochodzimy do miejsca noclegu. Sprawdzam godzinę, jesteśmy dużo przed czasem – zajęło nam to trochę ponad 3 godziny, czyli 2 razy szybciej niż w informacjach parkowych. Ten „zwyczaj” w USA bardzo mi się podoba. Czas przejścia uwzględnia przerwy i minimalne tempo potrzebne do przejścia danego dystansu i wyliczony jest na podstawie średniej lub nawet niskiej sprawności fizycznej. W Polsce, jak dla mnie informacje są wyciągnięte z rękawa, wchodzi się na szlak który ma zając 2 godziny, a ja potrzebuję na jego przejście 4.
    Indian Garden to niewielki lasek, w którego cieniu znajdują się stanowiska dla namiotów. Są tu toalety i jest bieżąca woda. Jest również zagroda dla mułów, bo jak się okaże dnia następnego, można sobie wykupić wycieczkę na dół na mułach. Jest tu także malutki strumyczek, opisany prze turystów jako „basen” ;). Po chwili odpoczynku rozbijamy nasz namiot. Jest bardzo duszno, w namiocie trudno wytrzymać. Przyrządzamy sobie ciepły posiłek i delektujemy się odpoczynkiem. Za radą spotkanego rangersa odkładamy trochę dalszą część naszej wycieczki. Trasa do Plateau Point wiedzie na ogrzanym przez słońce płaskowyżu. To wg opisu 2 godziny marszu w jedną stronę (nam zajęło około godziny), co w palącym słońcu może być dużym problemem. Wychodzimy na szlak około 17, widoki rewelacyjne. Po naszej prawej, w dół podąża ścieżka, którą można zejść bezpośrednio na dno kanionu – kolejne 400 metrów i ponad 5 kilometrów do przejścia. Ja wymiękłem, nie miałby sił aby podejść z powrotem, dlatego udaliśmy się na Plateau Point. Ku naszej radości na końcu tej drogi jest woda, choć nigdzie w ulotkach parkowych nie było takiej informacji. Widok jest wspaniały, wręcz inspirujący. Po wejściu na kamienną platformę, w dole pod nami wije się ciemnozielona wstęga Kolorado. Słychać wyraźnie huk wody, uderzającej o kamienie. Na dodatek jesteśmy tu zupełnie sami, na całym szlaku nie spotkaliśmy nikogo innego. Naprawdę odczuwa się tu wieź z naturą i jej potęgę. Wracamy, do zachodu słońca pozostało jeszcze jakieś 3 godziny, to trochę długo aby czekać, choć mamy z sobą latarki czołowe. Gdy wracamy do obozu, widać kilka osób które wybierają się tam gdzie my i chcą zobaczyć zachód słońca, wszyscy z latarkami powoli szykują się do drogi. My, wypompowani jak dętki padamy w namiocie. Nawet jeść nam się już nie chce. Staramy się zasnąć.

    Sam
  • samsung_pl 16.06.12, 18:30
    Noc nie należy do najprzyjemniejszych. Jest bardzo ciepła i wietrzna. Dobrze, że porządnie zakotwiczyliśmy namiot. Wskazane jest korzystanie z moskitiery, nie pogryzły mnie komary, ale często coś po mnie lazło, budząc tym u mnie ambiwalentne odczucia, związane z szacunkiem dla dzikiej przyrody ;) Dzieciaki nie miały tego problemu. Cisza nocna na obozowisku trwa do 6 rano, ale już o 4:30 w górę wychodzili pierwsi obozowicze. Około 5, w ciemnościach staramy się zwinąć nasz biwak. Widać jacy jesteśmy niezorganizowani. Drugi raz podszedłbym do tej wycieczki nieco inaczej, ale o tym później. Nogi bolą nas srodze, na szczęście głównie te partie mięśni które przejmują ciężar przy schodzeniu. Z bąblami trzeba sobie będzie radzić. Przed wyruszeniem, zmuszamy się do zjedzenia szybkiego śniadania. Drogę do toalety blokują dwa dzikie kozły, zupełnie nie interesując się naszymi potrzebami ;) Zabieramy ze sobą wszystkie śmieci i wylewamy część wody. Będziemy ją uzupełniać po drodze. O 5:45 rozpoczynamy wspinaczkę. Początek nie jest zły, słońce jest jeszcze nisko i idziemy w cieniu. Wieje lekki wiatr poranny. Pierwszy punkt osiągamy w mniej więcej 75 minut, ale odczuwamy zmęczenie. Zatrzymujemy się na 20 minut, celem wzmocnienia sił. Drugi etap jest dużo gorszy. Połowę trzeba już przechodzić w słońcu, dobrze, że w związku z tym że droga wije się zakosami , co jakiś czas można odpocząć w cieniu. Mocno wyczerpani zatrzymujemy się w drugim punkcie postojowym. Tym razem droga zajęła nam ponad 2 godziny. Odczuwam mocne zmęczenie, mięśnie mi drgają. Zatrzymujemy się na 40 minut. Czas umilają nam skaczące wszędzie (w tym po nas) szare wiewiórki. Rozpoczynamy ostatni etap. Jak dla mnie masakra. Szedłem od cienia do cienia (przed południem da się jeszcze znaleźć takie miejsca).Małymi kroczkami, z pomącą kijków trekkingowych udało się mi wejść z powrotem na górę, choć przez większą część drogi dyszałem jak parowóz. Dobrze, że wraz z wysokością obniża się temperatura, a tuż przed szczytem na niebie pojawiło się kilka chmurek. Chyba nigdy chmury nie sprawiły mi większej radości. Ogólnie podejście zajęło nam jakieś 6,5 godziny. Na górze byłem tak wykończony, że przez resztę dnia poruszałem się niczym paralityk. Resztką sił dowlekliśmy się do autobusu. Autobusy jeżdżą trasą okrężną, dlatego w drodze powrotnej mogliśmy zobaczyć interesującą drewnianą zabudowę dworca kolejowego, który w sezonie obsługuje połączenie z Williams. Spakowaliśmy samochód i ruszyliśmy drogą w kierunku Page. Pomimo ostrzeżeń nigdzie nie udało nam się zobaczyć pumy, po drodze, jeszcze na terenie parku jest kilka punktów widokowych. Po wyjeździe, z parku przejeżdża się przez tereny Indian Nawaho. To przygnębiające wrażenie. Ziemia jest tu bardzo sucha, w zasadzie nie widać koloru zielonego. Indianie mieszkają w małych domkach przypominających przyczepy, lub w samych przyczepach. Raz widziałem po drodze zamieszkane tipi. żyją w środku niczego. Utrzymują się produkując ceramikę i świecidełka tudzież paciorki, które sprzedają turystom w przydrożnych „sklepach”, jakich mija się po drodze dziesiątki. Cóż za ironia losu. Po drodze można w kilku punktach zobaczyć kanion. Polecam zwłaszcza ujęcie, które ukazuje kanion, wyżłobiony w płaskiej powierzchni płaskowyżu. Widać to wyraźnie po drodze. Do Page docieramy kilka godzin później. To bardzo gorące miejsce, i jako miasteczko nie wygląda zbyt interesująco. Zatrzymujemy się w zarezerwowanym uprzednio motelu. Po odświeżeniu (co za ulga!) kończymy dzień obiado-kolacją w Subwayu (w końcu warzywa!, i za rozsądną cenę – duży posiłek dla 4 osób z napojami 35$) i zakupami w Safewayu. Polubiłem tą sieć za jakość. Dodatkowo wyrobiłem tam sobie kartę stałego klienta, która często znacznie obniża ceny! Warto to zrobić zaraz po wejściu – pytajcie o club card. Z obolałymi nogami udaliśmy się na spoczynek.
    Na koniec parę rad dla osób planujących zejście do kanionu. Jeżeli ktoś jest wysportowany i ma kondycję, to jak najbardziej możliwe jest zejście i wejście jednego dnia, trzeba tylko uważać na odwodnienie. Należy zabrać ze sobą minimum bagażu, tak aby obozowisko można było szybko zwinąć. Ja zabrałem namiot z Polski. Zrobiłem tak bo go miałem i rzadko go używam oraz dlatego, że limit bagażu mi na to pozwalał. Myślę, że zrobiłem błąd. Mój namiot ważył 8 kilogramów. W Walmarcie, za jakieś sto kilkanaście dolarów kupić można dużo lżejszy namiot, którego ściany stanowi sama moskitiera, i którego konstrukcja jest szybka i prosta do montażu. Śpiwory należy zabrać jak najmniejsze i najlżejsze, można takie kupić za małe kilkadziesiąt złotych w Polsce. Zajmują mało miejsca i w zupełności tu wystarczą. My mieliśmy dodatkowo takie dmuchane karimaty, które kupiłem na allegro. Są bardzo wygodne, zupełnie nie czuć nierówności, ale choć niewiele ważą, drugi raz bym ich nie zabrał (na kanion). Wodę należy zabierać w małych pojemnikach – maksymalnie 2 litry i uzupełniać po drodze. Dobrze aby pojemnik był pod ręką, aby nie było potrzeby ściągać plecaka. Jedzenia zabrałem za dużo, nie bardzo chciało się nam jeść. Warto zabrać kilka wysokoenergetycznych batonów i jakiś napój rozpuszczalny w zimnej wodzie – poprawi smak chlorowanej kranówki. Warto mieć latarkę, najlepiej czołową – na biwaku nie ma prądu (przynajmniej dla turystów). Zejście i wejście należy zaplanować w jak najwcześniejszych godzinach. Podejście można zacząć nawet po ciemku.
    Sam
  • Gość: turystka1 IP: *.dip.t-dialin.net 16.06.12, 21:02
    Co za insteresujaca relacja i to na wesolo ! Tyle cennych informacji - dzieki samsung.
    Mam pytanie: czy (pomijajac sportowy wyczyn - brawo!) wrazenia i widoki wynagradzaja tak mozolne zejscie i wejscie. Czy kanion mozna tez porownywalnie podziwiac z latwiej osiagalnych miejsc widokowych ? Pytam sie o to gdyz obawiam sie ze w taki upal nie dala bym rady uprawiac wspinaczki przez 6 godzin.
  • samsung_pl 17.06.12, 23:24
    Czołem
    Tak jak pisał Robak na początku tego wątku, zejście do kanionu jest nieporównywalne z niczym innym i każdy musi ocenić sam czy warto czy też nie. Ja jestem zadowolony i drugi raz też bym to zrobił, choć nogi jeszcze czują tę wycieczkę. Oczywiście kanion możesz podziwiać z góry. Robi tak większość turystów. Na terenie GCNP jest kilka punktów widokowych, na drodze do Page również, zwłaszcza ciekawe są te, na płaskowyżu. Nie zobaczysz z nich jednak samej rzeki. Kanion ma jakby dwa poziomy wyżłobienia - szeroki, ten wyższy, który ukazuje 3 - 4 warstwy skał osadowych (mam nadzieję że dobrze to nazwałem, najwyżej niech mnie ktoś skoryguje, bo o geologii nie mam pojęcia) i wąski, niższy, którym płynie rzeka. Z góry zobaczysz ten szeroki. To wspaniały widok, ale niepełny.

    pozdrawiam
    Sam
  • Gość: al IP: *.static.qsc.de 05.07.12, 19:09
    Nie umniejszajac wyczynu zejscia do kanionu, chcialem skorygowac informacje Sam'a:
    Sa miejsca, latwo dostepne punkty widokowe, z ktorych widac rzeke i wewnetrzny kanion.
    Czy widok jest taki sam jak z wewnatrz - napewno nie!

    P.S. Bardzo ciekawy opis, relacja z wyprawy. Mysle, ze czytanie tego dla wielu osob bedzie odswierzeniem wspomnien, dla innych inspiracja do wyprawy a dla pozostalych jej substytutem.
    Brawo!
    P.P.S. Rozczarowany jestem tym co (gdzie) jedliscie w USA, Wydaje mi sie ze mozna bylo duzo lepiej trafiac. Dla mnie US jest przygoda kulinarna - tylko nie mozna tam zostac dluzej bo nadwaga gwarantowana :-)
  • samsung_pl 17.06.12, 23:14
    Dzień 7 Page – Antelope Canyon
    Budzę się przegrzany i obolały. Nie włączyliśmy nocą klimatyzacji i w pokoju nad ranem było bardzo duszno i gorąco. Czujemy tez zakwasy z dnia poprzedniego. Ze spokojem jemy śniadanie w cieniu pod parasolem. Wycieczkę do Antelope Canyon rozpoczynamy około 10. Zdecydowaliśmy się na zorganizowaną wizytę w Upper AC. Jest bardziej zatłoczony, ale w całości płaski. Nie trzeba się wspinać po schodach i drabinach (a nas bolą nogi). Wrażenia estetyczne podobno są porównywalne, nie mogę tego stwierdzić osobiście, ale wydaje mi się, że pewne punkty odniesienia do kamienia dobrze byłoby mieć na zdjęciach. Właścicielka naszego motelu (Lulu) dała nam „kupon” rabatowy, dzięki, któremu zapłaciliśmy 40$ od osoby zamiast 48$. Wycieczka rozpoczyna się w biurze w centrum miasta, skąd starymi jeepami jedziemy na terytorium Indian. Kierowca twierdzi, o ile go dobrze zrozumiałem, że jest to terytorium autonomiczne, na którym nie obowiązują prawa USA. Przejeżdżamy przez coś na kształt posterunku granicznego, stoją tam w kolejce kampery i prywatne auta, co może oznaczać, że nawet w tym miejscu można wjechać prywatnie, a nie poprzez zorganizowane wycieczki. Nasz kierowca omija to przejście bokiem, pokazując jedynie na palcach ilość pasażerów, którą Indianka w budce skwapliwie notuje. Zaraz potem zaczyna się off-road. Przez około milę jedziemy w piaskach, szerokim na kilkadziesiąt metrów traktem. Dojeżdżamy do Kanionu w ciągu 10 minut. Sam kanion nie robi oszołamiającego wrażenia. W jego sławie jest dużo marketingu ;) Piękne kolory widziane na zdjęciach w większości nie są kolorami naturalnymi, ale wypracowanymi przez elektronikę aparatu (ustawienie P, ISO 800 – 1200, efekt dla pochmurnego nieba, nie łapać w kadr nieba, warto zrobić kilka zdjęć w formacie raw). W rzeczywistości kolor jest mniej pomarańczowy, Nie żałuję, że tam byłem, ale spodziewałem się więcej. Fajne ujęcia padającego światła wymagają obecności w odpowiednich godzinach (11 - 12) i użycia statywu. W mojej ocenie nie warto kupować wycieczek dla fotografów, tak czy tak robi się zdjęcia w tym samym tłumie ludzi. Myślę, że w Lower AC warunki są bardziej przyjazne, a wnioskuję tak, gdyż wycieczki z miasta są nastawione na Upper AC. Lower AC znajduje się po drugiej stronie tej samej drogi. Wracamy w sam czas, aby kibicować naszej drużynie w meczu z Czechami. Znaleźliśmy w Page bar z telewizorami w centrum (Dam Bar) i uzbrojeni w barwy narodowe udaliśmy się tam. Na miejscu byli już inni nasi rodacy – para z Warszawy i małżeństwo z Florydy. Jak wiecie nasze wsparcie niewiele dało, szkoda :(
    W przerwie zamówiliśmy po burgerze na obiad. Przyznam, że były przeciętne. Dzieciaki miały focha, bo choć w Polsce pełnoletnie, w USA nie mogły usiąść przy barze (to samo dotyczy kasyn w LV). Tutaj wymaga się 22 lat i bardzo dokładnie się to sprawdza – kontrolują nawet osoby w podeszłym wieku.
    Po meczu, postanowiliśmy poprawić sonie humor wypadem na plażę, choć „plaża” to niezbyt dobre określenie na zejście do jeziora po formacji skalnej. Skorzystaliśmy z mariny położonej w Antelope Point. Aby tu dojechać (z Page to blisko) trzeba wjechać na teren Parku Glen Canyon NP. Jeżeli się ma kartę, to jest to wjazd za darmo. Woda czysta, chłodna (ale nie zimna) i malownicze widoki. Ludzi bardzo mało, w zasadzie sami Indianie. Trzeba jednak pamiętać, że o 19:00 strażnicy zamykają marinę i można tu nocować w aucie. Nam o mało to nie groziło, bo stawiliśmy się na bramce o 19:02, kolce już były wyciągnięte i musieliśmy za przyzwoleniem strażnika wyjechać pod prąd.
    Wieczorem zjedliśmy własnoręcznie przygotowaną kolację przed motelem i udaliśmy się na spoczynek, czekając co nam przyniesie dzień następny.

    Sam
  • dotii_m 28.06.12, 22:23
    Mam pytanie odnośnie noclegu w Page w motelu Lulu's (...) - bo na stronie motelu nigdzie nie mogę znaleźć cennika - pamiętasz może ile wynosi w przybliżeniu koszt noclegu? Bo jestem akurat na etapie poszukiwania jakiegoś noclegu w rozsądnej cenie w Page.

    Pozdrawiam

    dotii
  • samsung_pl 29.06.12, 16:03
    Czołem

    cena za pokój z podatkiem to 116$ (za 2 osoby) do tego dochodzi 10$ od dodatkowej osoby, chyba, że to dzieci <11. Nas była 4-ka, więc to 136$ - 8$ upustu za płatność gotówką. Ostatecznie 128$ za noc za 4 osoby.

    pozdrawiam
    Sam
  • samsung_pl 18.06.12, 07:59
    Tym razem wstajemy znowu wcześnie. Poprzedniego dnia zamówiliśmy wycieczkę w jedynym biurze, które ją oferuje. Prowadzą je Indianie Nawajo. Cała wycieczka zajmuje około 5 godzin, Jej koszt to 87$ od osoby, czyli całkiem sporo. Zastanawialiśmy się czy warto. Moje Kochanie przeliczyło na prędce, że opłata za nasza czwórkę to 1/3 torebki Luisa Vuittona, którą widzieliśmy w Las Vegas ;), jednak ostatecznie ją wykupiliśmy. Po wszystkim uznajemy, że było warto! Nie zdecydowaliśmy się natomiast na pakiet śniadaniowy w cenie ok. 10$ Po przestudiowaniu jego zawartości, składającej się z jednej kanapki i zestawu czipsów i słodyczy uznaliśmy, że absolutnie nie warto. Zostaliśmy poinformowani, że nie możemy zabrać własnego prowiantu - no i dobrze, zjedliśmy śniadanie przed wyjazdem - co zresztą i tak nie było prawdziwe, gdyż wielu uczestników wyjazdu zabrało z sobą plecaki z napojami i przekąskami. Upewniliśmy się tylko, czy na pontonie dostępna jest woda, a otrzymawszy potwierdzenie byliśmy już uspokojeni. Spływy organizowane są w dwóch trybach krótkim i długim. Długi trwa dzień lub nawet kilka dni, my jednak z oczywistych przyczyn wybraliśmy ten krótki. Odbywa się on 2x dziennie, rano o 7:00 i około południa. My wybraliśmy ten poranny, za radą Lulu, i ze względu na temperaturę była to bardzo dobra decyzja. Zebraliśmy się na miejscu wyjazdu przed biurem podróży, gdzie był już tłum oczekujących i dwa autobusy. Zostaliśmy przeszukani na okoliczność posiadania broni, wjeżdżaliśmy w obszar tamy Powella i rozsiedliśmy się w klimatyzowanym autobusie. Wcześniej musieliśmy podpisać deklarację o braku odpowiedzialności ze strony biura, za różnego rodzaju „wypadki”. W USA to bardzo popularna forma, bo nigdy nie wiadomo kto i za co wytoczy komu proces – na pewno słyszeliście o pozwaniu McDonalda za poparzenie kawą. No ale siedzimy i jedziemy. Autobus wjeżdża w tunel który normalnie nie jest dostępny dla żadnego ruchu cywilnego. Tunel ma 2 mile długości, jest bardzo wąski – autobus ma może po metrze luzu z każdej strony. Co jakieś 200m, po lewej, wybite są w ścianie tunelu „okna”, czyli małe tunele pomocnicze, które jak się później okazuje przebite są wprost w ścianie kanionu. Tunel prowadzi na dół, bezpośrednio pod zaporę. Wspaniały widok, inaczej niedostępny. Zakładamy na głowę kaski i ruszamy metalową rampą do pontonów oddalonych o jakieś sto metrów. Tu kaski zdejmujemy i oddajemy, były na wszelki wypadek, aby ktoś nie oberwał kamieniem z góry, co przy tej wysokości mogło by mieć poważne konsekwencje. Dzieci do lat 12 dostają kamizelki, reszta jak kto chce. Pontony są duże, zabierają po kilkanaście osób i są w miarę wygodne. Nie ma na tej trasie bystrzy, można śmiało zabierać aparaty i kamery, i to bez zabezpieczeń. Nasz ponton prowadzi młody Indianin, jest bardzo zaangażowany i stara się wiele przekazać. Widok jest imponujący, przepływamy rzeką Colorado, wśród majestatycznych skał. Dowiadujemy się sporo o geologii tego obszaru jak również paru ciekawostek technicznych, związanych z budową tamy, Woda jest czysta i bardzo zimna 9-10 stopni C! Naprawdę nie warto wypadać ;), wiem bo wsadziłem do wody nogi. Widzimy, wspomniane uprzednio okna i podziwiamy brzegi i krawędzie kanionu. Spływ trwa około 3 godzin, w jego trakcie jest przerwa, w czasie której można skorzystać z toalety i obejrzeć oryginalne malowidła na ścianach kanionu, wykonane przez przodków dzisiejszych mieszkańców tych terenów. Zostaliśmy również poczęstowani mrożoną herbatą. Dodatkową atrakcją były pasące się czasem przy brzegach dzikie mustangi. Cały ten teren to obszar parku narodowego Glen Canyon NRA, ale nikt nam już kart tutaj nie sprawdzał. W miarę spływu robiło się coraz bardziej gorąco, byłem wdzięczny za otrzymaną uprzednio radę, wskazującą na poranną turę. Po drodze przepływamy przez Horshoe Bend , to bardzo znane z fotografii miejsce w którym rzeka Colorado tworzy zakole w kształcie podkowy. Widzę na górze sylwetki stojących ludzi i słyszę komentarze o ich głupocie, ze strony naszego przewodnika. Spływ kończy się w dawnej przystani promowej, gdzie opuszczamy tratwy i przesiadamy się z powrotem do autobusów. Niestety nie znam jeszcze tutejszych obyczajów, wychodząc z tratwy zobaczyłem, że ludzie za mną wpychają naszemu przewodnikowi do kieszeni kilka dolarów. Widziałem, że był wdzięczny i było mi trochę głupio. Będę wiedział na przyszłość, wbrew pozorom takie zachowanie to nie jest tu norma i może się różnie skończyć, myślę że, było to związane z pochodzeniem naszego przewodnika i jego staraniami. Autobusem wracamy około godziny, a już na miejscu jemy pyszne „warzywne” kanapki w Subwayu. Całość 35$ - nieporównywalne do zestawu śniadaniowego oferowanego za 40$, o którym pisałem powyżej. Na resztę dnia mieliśmy zaplanowane zakupy w Walmart`cie, gdzie nastawiliśmy się na tanią odzież, której ceny dla odmiany są często niższe o połowę albo i więcej w porównaniu do cen polskich. Co ciekawe nie jest to odzież chińska, ale pochodząca z Bangladeszu, Nikaragui, Hondurasu, Dominikany, Panamy, Kambodży etc. Dokupujemy karton 24 puszek coca coli, których promocyjna cena po przeliczeniu na złotówki to … 75 groszy za puszkę. Prosto z zakupów jedziemy podziwiać Horshoe Bend z góry. Aby tam dotrzeć, należy wyjechać jakieś 2 mile poza Page, drogą która prowadzi tu z GCNP. Miejsce jest oznaczone tylko od strony Page, co jest zapewne związane z ciągłą linią i brakiem możliwości skrętu w lewo w tym miejscu, kiedy jedzie się ze strony przeciwnej. Samochody zostawia się na małym parkingu, po czym należy się udać na małą wycieczkę (jakieś 1,2 km) prowadzącą piaszczystą ścieżką przez rozpalone wzniesienie, a następnie w dół do skalnej krawędzi kanionu. Moja wizyta tu wzbudziła u mnie mieszane uczucia. Jak już doszliśmy na miejsce zastanawiałem się po co tu w ogóle przyszedłem. Nie ma tam żadnych zabezpieczeń. Aby zrobić niezwykle popularne ujęcie należy stanąć dosłownie na krawędzi kanionu ! Dla mnie to niemal próba samobójcza. Podobnie jak parę innych osób zrobiłem kilka zdjęć z pozycji leżącej, ale one nie były w stanie oddać tego, po co tu wszyscy przyjeżdżają. Najbardziej niepocieszona była moja młodzież, którą dostała absolutny zakaz zbliżania się do krawędzi na odległość mniejszą niż 4 metry. Dodam, że przywitał mnie tam gwałtowny i bardzo mocny powiew wiatru, który dosłownie „biczował” nas piaskiem i kamykami. Możecie nie wierzyć ale mam od nich porysowane nogi. Może rozwiązaniem jest posiadanie statywu i zdalnego spustu migawki, wtedy można te ujęcia zrobić w miarę bezpiecznie. Oczywiście świadom jestem tego, że wielu po prostu podejdzie do krawędzi i zrobi sobie te fotki, i za pewne zdecydowanej większości się to uda, jednak ja nie zamierzam być ta mniejszością ;).
    Po wszystkim wróciliśmy do motelu, gdzie trzeba się przygotować do kolejnych punktów naszego planu.

    Sam
  • emigrant_ka 18.06.12, 13:30
    Witaj:)
    Bardzo ciekawe sa Twoje wrazenia z podrozy, ale poniewaz jedziesz dalej to grzecznosciowa rada :

    cytuje:"wychodząc z tratwy zobaczyłem, że ludzie za mną wpychają naszemu przewodnikowi do kieszeni kilka dolarów. Widziałem, że był wdzięczny i było mi trochę głupio. Będę wiedział na przyszłość, wbrew pozorom takie zachowanie to nie jest tu norma i może się różnie skończyć, myślę że, było to związane z pochodzeniem naszego przewodnika i jego staraniami."

    Nie wiem o jakim zachowaniu jako norma piszesz, ale napiwki sa w tym kraju wiecej niz norma, tutaj zostawia sie napiwki prawie wszedzie i nie ma to powiazania z pochodzeniem przewodnika, kelnera, sprzataczki w hotelu, taksowkarza, oddziwernego, bagazowego.. itd...

    Szerokiej drogi i wielu wrazen:)

    emigrant_ka
    --
    www.pbase.com/turystka
  • samsung_pl 18.06.12, 15:10
    Ok, dzięki za radę !
    Sam
  • samsung_pl 18.06.12, 08:00
    Parę słów o Page. Po tych dwóch dniach znam już miasteczko dosyć dobrze. Ciekawostką jest tu ulica, którą nazwałem ulicą „kościelną”, choć w rzeczywistości nosi miano Lake Powell Blvd. Znajduje się na niej 13 różnych kościołów, jeden za drugim. W całym miasteczku które liczy ze 3 tys. mieszkańców jest ich aż 18. Jak się dowiedziałem za wybudowanie tych kościołów zapłacił rząd USA, który po wybudowaniu tamy chciał jakoś zasiedlić te tereny. Pomogło. Po wybudowaniu kościołów populacja zwiększyła się ponad dwukrotnie. Samo miasteczko tak jak już pisałem nie wygląda specjalnie interesująco, ale na jego przykładzie poznałem schemat budowy miast w USA. Jest on zgoła odmienny od naszego. Kiedyś dawno temu grywałem w grę komputerową, która nazywała się Sim City i w której chodziło o projektowanie i zarządzanie budowanym przez siebie miastem. W tej grze do wyboru gracz miał 3 strefy zabudowy – mieszkalną, komercyjną i przemysłową. Gra była amerykańska, i tak tutaj właśnie jest. Centrum miasta to obiekty komercyjne, sklepy, przychodnie, wszelkiej maści bary i jadłodajnie. Motele zorganizowane są w kwartałach moteli! Nie ma tu żadnego „domu” ani zakładu „przemysłowego”. Te, położone są w innych strefach. Z innych ciekawostek jest tu bardzo czysto, w tym sensie, że nie ma żadnego śmiecia, niedopałka, niczego. W parkach (narodowych, nie miejskich ;)), na plaży, na ulicy – wszyscy o to dbają. Już widzę, jak wyglądałoby to u nas. Generalnie, wszyscy przestrzegają tu prawa. Zostawiają na parkingach auta z otwartymi szybami –nawet nie odważę się porównywać ;) Na toalecie publicznej widniał napis, że miasto wypłaci nagrodę każdemu, kto wskaże lub doprowadzi do osądzenia osoby odpowiedzialnej za zniszczenie mienia publicznego. Może to działa ? Grafiti także tu nie widziałem. W tej części kraju obowiązuje dodatkowo zakaz sprzedaży alkoholi wysokoprocentowych – to ze względu na Indian. W sklepach mają kilka ciekawych patentów – używa się tu tylko czterech głównych monet (oczywiście są tak jak u nas numizmaty): 1,5,10 i 25 centów. W wielu miejscach kasjerzy wydają tylko banknoty, bilon wydają automatycznie maszyny. W większych sklepach, są z kolei automaty które wymieniają bilon na banknoty. Zanosi się słoik monet, wsypuje, a maszyna je sortuje i przelicza wydając ewentualnie resztę. W dużych sklepach przy kasach są również specjalne kołowe uchwyty na reklamówki, w które to kasjerzy od ręki pakują towary. Wszystko dla wygody klienta.

    Na dziś to tyle.
    Sam
  • Gość: Małgosia IP: 195.164.0.* 18.06.12, 09:09

    a zdjęcia? gdzie są zdjęcia?
  • Gość: Mart IP: *.europe.hp.net 18.06.12, 10:52
    Nie wymagajmy zbyt wiele. Przecież Sam jest na urlopie i to, że codziennie dzieli się z nami swoimi doświadczeniami jest wspaniałe. Można się dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy, których nie wyczytamy w przewodnikach, a zdjęcia można znaleźć w Internecie.

    Sam, będziemy wdzięczni za kolejne relacje w miarę możliwości jak czas pozwoli.
  • Gość: Małgosia IP: 195.164.0.* 18.06.12, 11:30
    jak czytam takie opisy, to mam ochotę spojrzeć na to wszystko oczami autora;), no tak mam i proszę mi tego nie mieć za złe,
    zdjęcia w internecie są anonimowe, a tu mamy człowieka z krwi i kości, z bąblami i zakwasami, z którym wspólnie niosę ten 8 kilogramowy namiot w upale i odczuwam jego trudy wycieczki.

  • pawel_zet 18.06.12, 19:59
    Może zdjęcia kiedyś będą, a na razie chłońmy opowieść. :-)
    Faktycznie ośmiokilowy namiot to straszny garb na plecach. W sam raz, żeby wziąć do samochodu, bo do noszenia się nie nadaje. Ja mam skompletowany sprzęt do namiotowych eskapad, ale kupowałem najlżejsze, co się da, wiedząc, że będę musiał kiedyś te ciężary dźwigać na swoich plecach, w górach, co do przyjemności nie należy. Można dziś kupić "czwórkę" ważącą mniej niż 4 kilogramy. Kiedyś czytałem, że zaleca się, by nie przekraczać wagi plecaka wynoszącej 20% ciężaru własnego ciała. Oczywiście lepiej, by ważył jeszcze mniej.
  • samsung_pl 19.06.12, 04:21
    Czołem.
    Na chwilę obecną prędkość internetu oraz brak czasu na wybór i obróbkę uniemożliwiają mi przesyłanie zdjęć. Jeżeli coś się w tym temacie zmieni to oczywiście napiszę. Czy możecie polecić jakiś dobry serwis realizujący taką usługę ?

    pozdrawiam
    SAM
  • Gość: Ania o. IP: 212.180.168.* 19.06.12, 21:55
    Jeśli to nie kłopot to wstaw plan podróży, będziemy wiedzieć co nas jeszcze czeka :)
  • samsung_pl 20.06.12, 14:54
    Ależ ten wątek się od niego zaczyna :)
    Sam
  • samsung_pl 19.06.12, 04:17
    Pobudka o 6:00. To już nic niezwykłego. Śniadania nie jedliśmy, bo wczoraj wieczorem na kolację był kurczak i bułeczki, które bardzo polecam – kupione w Walmartcie za 4$ - zrolowany pakiet 24 bułek. Nie dość, że smakują podobnie jak u nas, to jeszcze długo zachowują świeżość – dziś były na śniadanie i kolację. Spakowanie auta i napisanie tego co wysyłałem rano zajęło nam godzinę. O 7:00 opuściliśmy Page, zmierzając w kierunku miejscowości Kayenta, widokową drogą nr 98. To jedna z tych fajnych dróg, na których można spotkać wszystko – ja dziś spotkałem przechadzającą się po jezdni krowę, ale nie mogę być zdziwiony, bo znak mnie o takim zagrożeniu ostrzegał :) Krajobrazy są głównie stepowo pustynne, po drodze jest trochę skałek i wzniesień. W Kayencie zatankowałem auto i udałem się w kierunku MV. Drogę otwierają dwie bardzo intersujące formy skalne. Oczywiście zostały uwiecznione na zdjęciach. Następnie po jakichś 15 milach zobaczyliśmy to, czego się spodziewaliśmy, czyli skały, które wszystkim kojarzą się z MV. Niestety nie udało się nam zrobić ładnych zdjęć. Silny wiatr i tumany kurzu i piasku spowodowały, że obiekty naszego zainteresowania były zamglone. Zjechaliśmy w kierunku Visitor Centre. Na rogatkach zapłaciliśmy za wstęp po 5$ od osoby i otrzymaliśmy ulotki z mapą okolicy. Na miejscu można przejechać trasą widokową własnym samochodem (wskazane 4x4) lub skorzystać z przejazdów wycieczkowych. Te ostatnie dojeżdżają do miejsc niedostępnych dla samochodów prywatnych. My jednak wybraliśmy przejazd własnym autem i jestem z tego wyboru bardzo zadowolony. Jeździliśmy od punktu do punktu robiąc zdjęcia. W sumie duża frajda i bardzo nam się podobało. Przy parkingu są również hotel, restauracja i małe muzeum. Ogólnie objazd całej okolicy zajął nam jakieś 3 godziny. Turyści korzystający z wycieczek, jechali chyba trochę dłużej, co biorąc pod uwagę wiatr, piach, temperaturę oraz, to że jechali na nieosłoniętych platformach, mogło im trochę zepsuć odbiór tych atrakcji. Naszym kolejnym celem jest Petrified Forest NP, dlatego na nocleg wybraliśmy Holbrook. Nawigacja podpowiadała nam drogę 89 przez Flagstaf, my jednak wybraliśmy krajobrazową drogę 264, prowadząca przez teren rezerwatu Indian Hopi, To co widzieliśmy za oknami było mało zróżnicowane, głownie płaskie tereny porośnięte suchą trawą, ważniejsze jest jednak to czego nie widzieliśmy, a mianowicie stacje benzynowe. Do ceku dojechałem właściwie na oparach – 200 mil bez możliwości zatankowania. Na dzisiejszy obiad wytypowaliśmy lokal Pizzy Hut. Przede wszystkim dla bufetu sałatkowego. Kelnerka dwoiła się i troiła aby klienci byli zadowoleni, ale oferta jest dużo uboższa niż to co oferuje ta sieć u nas. Nie mniej jednak, choć nie jest to najtańszy posiłek (w sumie z napiwkiem wyszło 60$), to uważam, że było warto. Na koniec kąpiel w basenie motelowym i można iść spać. Z ciekawostek dnia dzisiejszego – niesamowity widok pociągu, ciągniętego przez cztery lokomotywy spalinowe, z ponad setką wagonów, na których kontenery ustawione były po dwa – jeden na drugim. Robi wrażenie.
    Sam
  • Gość: gosc IP: *.tampabay.res.rr.com 19.06.12, 18:56
    ...tez przeczytalem choc nie wszystko mi sie podoba w opisach ale to raczej kwestia osobistej obserwacji....
    ....dla scislosci w Stanach prawie wszedzie uzywa sie slow jak "program czy center"....tylko w francofonicznych terenach no i w Kanadzie slowa jak "programme czy centre" sa nagminnie uzywane ........
    .....Co do Havasupai to straciles wiele, wiele wrazen - jak kiedys juz pisalem nalezalo wyruszyc "pieszkom" w obie strony co ja tez musialem zrobic bo kopter w tym dniu nie lecial do parkingu ale bezposrednio do GCanyon....
    ....Petrified Forest to bym odpuscil - masz w poblizu Moab, Canyonlands i Capitol Reef, miejsca o wiele bardziej ciekawe niz poprzednio wspomnany park...
  • samsung_pl 20.06.12, 15:36
    Pobudka o 6:00. Dziś spaliśmy w Motelu Days Inn, to podobnie jak Super 8 motel sieci Wyndham, ale pozycjonowany nieco wyżej. Różnica jest taka, że pokoje są trochę większe, jest w nich duże lustro i trochę większy jest basen. Niestety motel lata świetności miał już dawno za sobą. W tym motelu pierwszy raz w USA zażądano od nas kaucji w wysokości 50$. Gdy zapytałem po co ta kaucja, pani z uśmiechem na twarzy odpowiedziała, że to na wypadek gdybym zgubił lub zepsuł pilot do TV ;) Rano nikt tego pilota nie sprawdzał, po prostu oddając klucze otrzymałem 50$ z powrotem. Zjedliśmy w biegu szybkie śniadanie kontynentalne, dojedliśmy resztkami wczorajszej pizzy i ruszyliśmy w drogę. Prawdę mówiąc nie obiecywałem sobie zbyt wiele po tym parku, tym większe było moje zaskoczenie. Na miejsce przyjechaliśmy przed ósmą (dojazd z Holbrook do Visitors Center PFNP to jakieś 30 minut. Niestety wszystkie obiekty, otwierają dopiero o 8:00, choć na teren parku można już wjechać od 7:00. Starczyło nam czasu akurat na to aby dopompować koła na pobliskiej stacji benzynowej, bo po wczorajszym off-road`zie dziś rano autko błysnęło mi żółtą lampką informującą o niskim ciśnieniu w oponach – to miło z jego strony. Bo uzyskaniu kilku informacji od pomocnego Rangersa wjeżdżamy na teren parku. Pierwsze co ukazuje się naszym oczom, to tzw. „Kolorowa Pustynia”. Widok jest naprawdę bardzo ciekawy, iście księżycowy krajobraz. Dalej jest jeszcze lepiej. Jedziemy od punktu do punktu – PF, to taki Park w którym w zasadzie głównie przemieszcza się w aucie – zatrzymując się i robiąc zdjęcia. Widoki są urzekające, naprawdę warto to zobaczyć. Czarne tufy, przechodzą w białe lub pomarańczowe. Na dole wije się szara wstęga wyschniętej rzeki, to trzeba zobaczyć, nie potrafię tego opisać. Przejeżdżamy nad starą 66 road, przypomina o tym tablica pamiątkowa i wrak kilkudziesięcioletniego pojazdu. Pierwszym punktem po przejechaniu autostrady jest Puerco Pueblo. Znajduje się tu tablica pamiątkowa dotycząca kolei Santa Fe, której tory przebiegają tuż obok. Nieopodal znajdują się ruiny puebla oraz stare malowidła na kamieniach. Spotykamy tu dwóch rangersów, którzy łowią węże i jaszczurki. Przy nas złapana została ubarwiona w kolorach zielonym i pomarańczowym. Mała ale zawzięta, zdążyła łowcę chapnąć w palec, choć z ogonem miała jakieś 20cm. Zrobiliśmy parę fotek, i pojechaliśmy do miejsca o nazwie Blue Mesa, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy w końcu spetryfikowane drzewa. Jest tu także pieszy szlak turystyczny długości ok kilometra, który oczywiście przeszliśmy. Rewelacja, wiatr we włosach i jedyna w swoim rodzaju okolica. Kolejne punkty, takie jak Most Agaty (przewrócone skamieniałe drzewo) nie są już tak widowiskowe. Na końcu trasy znajduje się małe muzeum i krótka trasa spacerowa na której skamieniałe drzewa można obejrzeć w całej okazałości, jest ich tu mnóstwo. Jeszcze tylko fotka strażniczki, która przejeżdżając konno miło się do na uśmiechnęła i wyjeżdżamy z parku. Jesteśmy pod wrażeniem, bardzo nam się tu podobało. Dalej jedziemy na południe, W kierunku Tucson, gdzie mamy nocleg. Jedziemy trasami widokowymi. Powoli jesteśmy coraz wyżej. Krajobraz zmienia się nie do poznania. Robi się bardzo zielono – co za ulga dla oczu. Przejeżdżamy przez trzy połączone ze sobą miejscowości Snowflake, Taylor I Show Low (choć na mapie wyglądają jak oddalone od siebie). To widok zupełnie inny, niż ten do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Duże zadbane rancza, sporo zwierząt, dużo elementów „cywilizacji”. W Show Low naliczyłem chyba z 5 dealerów samochodowych – choć to mała miejscowość. Zatrzymaliśmy się aby zatankować i zjedliśmy rewelacyjne hot dogi po 1$ za sztukę. Dalej trasa biegnie przez rezerwat Apachów. To wspaniałe porośnięte drzewami iglastymi góry. Widoki są niesamowite, szkoda tylko, że absolutnie brak tu infrastruktury. Punkty widokowe są zaśmiecone a na dole straszą zamalowane ruiny dawnych rest pointów, które z przyczyn mi nie znanych już nie funkcjonują. Po przejechaniu gór, jedziemy trasą 77. Widok znowu się zmienia, pojawia się pustynia a na niej wielkie kaktusy, które są właśnie celem tego etapu naszej wyprawy. Zmęczeni dojeżdżamy do Tucson. Niestety znowu zapala mi się lampka kontroli ciśnienia. Szczęśliwie przejeżdżamy obok serwisu opon. Mówi się trudno, trzeba to naprawić, zajeżdżamy do środka, gdzie jesteśmy obsłużeni bardzo miło, kawa , zimna woda, a na koniec dowiadujemy się, że naprawiono nam trzy koła (co zresztą widzieliśmy przez wielką szybę), wyciągając z nich gwoździe. Najlepszy jest koszt tej usługi – 0$ ! Niesamowite. Długo nie mogłem uwierzyć. Pan powiedział, że płatana jest wymiana a nie naprawa – zasłużył na napiwek ;) Ostatnie 10 mil pokonujemy już bez problemów.
    Sam
  • Gość: Rymic IP: *.adsl.inetia.pl 03.07.12, 22:02
    Dzieki Samsung.Faaaaantastyczna relacja.Czekam każdego dnia na nowy odcinek Twojej opowieści.Relacja jest wyjątkowa bo pisana na gorąco.To właśnie stanowi o jej wartości.Za miesiąc ruszamy na podobną do Twojej trasę.W niektórych miejscach już byliśmy,niektóre będą pierwszy raz.....Sporo informacji bardzo się nam przyda.Pozdrawiam
  • ja_aninka 20.06.12, 16:00
    Bardzo mi się podoba idea czteroosobowej rodziny próbującej podróżować z CS :) Z dużą ciekawością zaczekam na Wasze wrażenia z tej podróży (o ile się zdecydujecie na taką formę :)
    --
    Oferty last minute
  • Gość: Małgosia IP: 195.164.0.* 20.06.12, 16:11
    co to jest CS?
  • ja_aninka 09.07.12, 14:53
    Małgosiu - to Couch Surfing czyli zbiorowisko ludzi z całego świata, którzy są gotowi za darmo Cię przenocować, jeśli Ty jesteś gotowa na to samo :)
    --
    Oferty last minute
  • Gość: Wedrownik IP: *.hsd1.il.comcast.net 20.06.12, 23:09
    Widze ze coral wiecej blondynek an forum!
  • samsung_pl 21.06.12, 04:58
    Czołem
    jeżeli poczytasz więcej, zobaczysz, że zrezygnowaliśmy z tej formy (Couch Serfing). Ale nie dlatego, że się nie da - czytałem relacje osób, które niektóre z noclegów w ten sposób sobie rozwiązały. Po prostu jest to mniej wygodne. Relację z naszego wyjazdu możesz poczytać w tym wątku ;)

    Sam

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka