Dodaj do ulubionych

Fredzio: Francja 2005

28.09.05, 14:05
Francja 2005, ale ciągle nie dokończona

Dlaczego znowu Francja? Nasze wyprawy „na Zachód” już dawno utraciły
pierwotną spontaniczność, gdy jechaliśmy tylko z bardzo ogólnikowym planem
podróży, bez zarezerwowanych noclegów czyli „rzemiennym dyszlem”. Teraz
paradoksalnie pozostał z tego prawie losowy wybór docelowego kierunku wyprawy.
W zeszłym roku np. po wielomiesięcznych rozważaniach czy jechać do Czech?
i/lub Słowacji? i/lub Węgier?, a może do Portugalii? Niemiec? Jadzia bąknęła:
„a ja bym pojechała jeszcze do Florencji…” – no i jakże można było taką
propozycję odrzucić? No więc była Florencja (gdzie przez dwukrotne
pogłaskanie Dzika po ryju zapewniliśmy sobie kolejny tam powrót), Toskania,
Marche, Umbria (moim zdanie niedoceniana), a powrót przez Prowansję. W tym
roku było podobnie - gdy już w wyniku burzy mózgów zdecydowaliśmy się na
Chorwację (przypomnę, że pojechaliśmy tam (Istria i Dalmacja) na przełomie
maja i czerwca (polecam ten termin), w czasie przygotowywania planu Wojtek
(dla odmiany) zgłosił postulat uzupełnienia zwiedzania Francji, …bo po mimo
wielokrotnych tam pobytów ma braki w zwiedzaniu Wersalu, za mało czasu spędził
w Luwrze, w Musée d’Orsay nie był w ogóle itd. Paryż?! – vide wyżej
(…Florencja…). Trochę mnie zaniepokoiło, czy nie przewróci nam się w głowie,
jeśli dwa razy w roku pojedziemy na wakacje? Ale do Francji? Pourquoi pas? Jak
zwykle zaczęliśmy szukać bazy dla paryskiej części wyjazdu, a wiedzieliśmy, że
nasz wypróbowany Neckermann niczego tam niema. Okazało się, że Eurocamp, z
którego oferty wykorzystywaliśmy dotychczas tranzytowe noclegi w drodze na
południe (Traiskirchen/Wiedeń i Kalsdorf/Graz),ma tam mobil home'y.
Zamówiliśmy mobil home (myśleliśmy, że będzie to przyczepa kampingowa, ale
okazało się, że jest to rzeczywiście home – trzy pokoje z łazienką, doskonale
wyposażone we wszystko – z wyjątkiem …chochelki) na kampingu
Paris-International. Kamping ten jest doskonałą bazą do zwiedzania Paryża -
położony na wyspie prawie w centrum Maisons Lafitte, 30 km (z błądzeniem) od
Wersalu i 10 minut spacerkiem od stacji kolei RER, skąd pociągi do Charles de
Gaule-Etoile (i dalej) odchodzą co 10 min. Pozostałe noclegi, przeważnie
pojedyncze (tylko w Reims - dwa i w La Rochelle – trzy) zarezerwowaliśmy w
doskonale nam znanych i lubianych hotelach Formule 1. Trasę przejazdu
wyznaczyliśmy za wskazaniami programu Mappy.com, okazało się przy tym po raz
pierwszy, że można było w pełni wykorzystać itinerer edytowany przez ten
program (mapy znacznie gorsze), w przeszłości próby z itinererami MS Autoroute
Express i nieco lepszymi ViaMichelin wykazały ich nieprzydatność, ze względu
na nieczytelność i niepraktyczność. W odróżnieniu od tamtych itinerer Mappy
jest przejrzysty i dokładny (można nawet wykorzystać możliwość wskazania drogi
pod konkretny dom w danej miejscowości) i ma sympatyczne dodatki np. ikonki
ostrzegające przed fotoradarami (wszystkie zidentyfikowaliśmy w terenie).
Zdziwiło nas tylko, że drogę przez Niemcy „tam” wskazał inną niż „z powrotem”.
Cdn
Edytor zaawansowany
  • aseretka 29.09.05, 07:15
    > Zamówiliśmy mobil home (myśleliśmy, że będzie to przyczepa kampingowa, ale
    > okazało się, że jest to rzeczywiście home – trzy pokoje z łazienką,
    > doskonale wyposażone we wszystko – z wyjątkiem …chochelki).
    Ja tam też sobie chwalę Eurocamp. I co do mobilhoumów
    www.eurocamp.com.pl/index2.php?box=zakwaterowanie2
    i co do namiotów
    www.eurocamp.com.pl/index2.php?box=zakwaterowanie1
    Dobre jest też to, ze nie trzeba siedzieć w jednym miejscu, ale można zmieniać
    campingi. Oczywiście po wcześniejszej rezerwacji.

    > Paris-International. Kamping ten jest doskonałą bazą do zwiedzania Paryża -
    > położony na wyspie prawie w centrum Maisons Lafitte, 30 km (z błądzeniem) od
    > Wersalu
    Na tym campingu nie byłam, ale do Wersalu też błądziliśmy.

    > Trasę przejazdu wyznaczyliśmy za wskazaniami programu Mappy.com, okazało się
    > przy tym po raz pierwszy, że można było w pełni wykorzystać itinerer
    > edytowany przez ten program (mapy znacznie gorsze), w przeszłości próby z
    > itinererami MS Autoroute Express i nieco lepszymi ViaMichelin wykazały ich
    > nieprzydatność, ze względu na nieczytelność i niepraktyczność.
    Ja korzystam z map Cartalla. Mam program wgrany w komputer, ale i w necie mają
    stronę
    www.e-mapa.pl/index2.htm
    I muszę przyznać, że jest bardzo dokładna. Np. wyznaczona trasa wycieczki po
    Toskanii miała wynosić 140 km. W rezultacie, zgodnie ze wskazaniami licznika
    przejechaliśmy 142 km.


  • francja5 29.09.05, 08:47
    > 30 km (z błądzeniem) od Wersalu...
    > ale do Wersalu też błądziliśmy...

    No to widzę, że podjąłem słuszną decyzję - Paryż i jego przedmieścia najlepiej
    zwiedzać bez autka... ;-)

    Pociągi do Wersalu kursują bardzo często i bardzo trudno jest tam zabłądzić...

    bah7


  • petromin 29.09.05, 08:54
    No to teraz czekamy także na relację foto na forum.
  • foolproof 29.09.05, 10:48
    Ze zdjęciami jest taki problem: robimy ja dwoma aparatami, także potem trzeba
    mozolnie je identyfikować (gdzie zostały zrobione) i opisać i ułożyć, ale w
    końcu to sie udaje. Pozdrowienia. Fredzio
  • aseretka 29.09.05, 14:10
    Cierpliwie poczekamy:)
  • foolproof 29.09.05, 15:29
    Cd:
    Plan zwiedzania mieliśmy ułożony dla trasy dojazdowej do Paryża i na pobyt w
    Paryżu, nie będę go tu przytaczał, bo wykonaliśmy go dosłownie, więc znajdzie
    się w dalszym ciągu, potem wiadomo było, że mamy trzy noclegi w La Rochelle i
    tam doplanujemy resztę. Samochód Fiat Punto Dynamic 1,2 nowy, ale sprawdzony już
    w boju, na trudnych przecież drogach Istrii i Dalmacji. Pomimo, że wyposażony w
    ten sam silnik co nasz poprzedni punciak, wydawał mi się żwawszy, szczególnie na
    wyższych obrotach, z których wobec tego z dziecinną radością korzystałem do
    wyprzedzania i przyspieszania np. pod górę. Prócz trzech dorosłych osób:
    kierowcy, genialnego pilota oraz moderatora całości, wiózł bagaż osobisty, w tym
    „białą” pościel do mobil home’u, karton jedzenia (w sumie za 170.-zł, ale część
    z tego wróciła powrotem do kraju, trochę kiełbasy wyżebrały od nas koty
    kampingowe). Posiadanie żelaznej racji żywności (konserwy) uznaliśmy za celowe,
    gdy raz jeszcze w NRD, a niedawno we Włoszech (okazało się, że jest w
    poniedziałek…wobec czego sklepy są krócej otwarte) stanęliśmy wobec perspektywy
    noclegu o suchej … buzi. Pod ręką soki w kartonikach, cukierki, guma do żucia
    (dla uspokojenia nerwów w korkach drogowych – przydała się, oczywiście pod
    Norymbergą, gdzie zlokalizowane jest chyba ogólnoniemieckie Stauzentrum), mapy
    Francji (żółte Micheliny 1:200000, pomimo sędziwego wieku – niektóre pochodzą z
    lat 90 - nie straciły przydatności, bo we Francji przybyło co prawda mnóstwo
    dróg, ale wszystkie dawne pozostały, najwyżej o podniesionym standardzie np.
    stając się bezpłatną autostradą i zmieniając częściowo numer np. z N 10 na A10).
    Nie muszę dodawać, że nadal rygorystycznie przestrzegam zasady, że we Francji
    nie jeżdżę płatnymi autostradami (nie ze skąpstwa, ale ze zdrowego rozsądku i
    korzystania z rozkoszy podróżowania po niemal pustych i malowniczych drogach N,
    D i tych bez literki przed numerem i tych bez numeru, zaznaczonych na mapie
    białą cieniutka kreską), autostrady - jak wiadomo - są dla ścigantów, Tir’ów,
    amatorów korków i zbiorowych karamboli.
    A było to tak:
    Cdn.
  • foolproof 30.09.05, 13:08
    A było to tak:
    03.09.05
    Wyjazd o 11.30, próbujemy najprostszą drogą na starą autostradę* i ku naszej
    radości - zdezelowany odcinek wyraźnie się skrócił, nowa A4 zaczyna się prawie
    zaraz za „górką” „Szwajcarii”** i w ciągu 1 1/2 godziny jesteśmy pod Wrocławiem,
    dalej trwa budowa: jedna jezdnia jest gotowa (z nawierzchnią betonową), druga
    kładą, na wszelki wypadek jedziemy na Środę Śl. i Legnicę, w drodze powrotnej
    okazało się, że niepotrzebnie, ale nie straciliśmy ani na czasie ani na
    kilometrażu, bo na gotowej nitce A 4 jest ograniczenie szybkości. Po drodze
    napotykamy wypadek drogowy, najwyraźniej spowodowany przez jakieś zwierzę,
    którego rozjechane szczątki leżały między dwoma potłuczonymi samochodami. W
    Zgorzelcu „Pod Orłem” (swoją drogą, za wierność – nocujemy tam w drodze na
    Zachód od 35 lat - powinni dawno dać nam dożywotni rabat) dostajemy dwupokojowy
    apartament z dwoma łazienkami i dwoma telewizorami i idziemy na obiad do
    hotelowej kawiarni, bo w restauracji jest wesele, którego atmosfera wpłynęła
    najwyraźniej na zupełne rozkojarzenie roztrzepanej kelnerki – zapomniała, że
    zamawialiśmy barszcz, więc go nie przyniosła, zestaw sałatek do zamówionego
    przez Jadzię dewolaja przyniosła na deser - widocznie widać było, że jedziemy do
    Francji, reszta, czyli ten dewolaj i nasze steki była w porządku.
    324 km
    *dla nie-gliwiczan: chodzi o rozlatujący się odcinek jednej nitki poniemieckiej
    autostrady.
    **jw.: „Szwajcarią” nazywano coś w rodzaju parku przy tej „autostradzie”.
  • aseretka 30.09.05, 14:22
    > W Zgorzelcu „Pod Orłem” (swoją drogą, za wierność – nocujemy tam w drodze na
    > Zachód od 35 lat - powinni dawno dać nam dożywotni rabat)

    Od 35 lat!!! Jestem zaskoczona. Jak wam się udawało zdobyć paszporty za komuny?
    Pytam z ciekawości, bo nam nigdy nie pozwolono jechać dalej niż do demoludów.
  • foolproof 30.09.05, 15:03
    Otóż po raz pierwszy nocowałem w hotelu " Pod Orłem" w Zgorzelcu - wtedy bardzo
    przaśnie socrealnym - jakieś właśnie 35 lat temu i, korzystając z ówczesnej
    umowy o wolnym ruchu turystycznym zwiedziłem Budziszyn i Drezno (potem Berlin,
    Brandenburg i Mekleburgię), codziennie wypełniając pracowicie "Kartę
    przekroczenia granicy" i z niepokojem szmuglowałem rózne NRD'owskie towary, ale
    prawdę mówiąc niepokój był spowodowany moim brakiem wprawy, a "przemycane"
    towary to były: ubranka dla dziecka, buty, akcesoria fotograficzne. Taki to był
    Zachód. Potem miałem paszport "socjalistyczny" (najpierw była to "wkładka
    paszportowa") upoważniający do "bezwizowych" podróży do demoludów i korzystałem
    z niego do zwiedzania NRD, CSR, Węgier, Bułgarii, Rumunii. Na zgniły Zachód
    pojechałem po raz pierwszy w 1996 r. i tak mi zostało do dzisiaj. Pozdrowienia.
  • foolproof 01.10.05, 17:57
    Cd.
    04.09.05.
    Wyjazd o g. 9.30 po obfitym śniadaniu, tankujemy do pełna (po 4,53 !), potem
    15 minut w długiej kolejce do przejścia granicznego. Jedziemy, początkowo w dość
    gęstej mgle, potem w słońcu, inną niż zwykle trasą długo przez byłą NRD (stąd
    wiele robót drogowych, przebudowy, poszerzania, sporo spowolnień), bo zgodnie z
    itinerem Mappy, nie przez Heilbronn i Miluzę, ale bardziej na północ, ciągle
    zmieniając autostrady o coraz bardziej dziwnych numerach; po dobrze znanej A 4,
    kolejno: 7, 5, 66, 648 (!), 66, 63, 6, 320 i stąd już francuską N 3 zaraz do F
    1 w Merlebach. Zadziwia nas gęsty ruch na autostradach, choć bez ciężarówek,
    których stada stoją na parkingach (niedziela). Zatrzymujemy się tylko na
    tankowanie (tu eurosuper nawet po 1,55 €, ale udaje nam się kupić po 1,4939),
    kawę i lunch czyli od lat wypróbowane kanapki z kotletami schabowymi. Pod koniec
    przegapiliśmy właściwy zjazd, ale Wojtek, jak zwykle wykazuje geniusz pilotażowy
    i wyprowadza nas prosto pod hotel, ten jest typu „nowego” tj. z umywalkami w WC
    i wstępnym spłukiwaniem sedesów, automatycznym dawkowaniem żelu prysznicowego
    itd., ale i z WiFi, co dumnie ogłaszają w recepcji. Przechodzimu na diete typu
    ... Formule 1 tj. zupa błyskawiczna ("chińska"), kanapki.
    757 km , śr. szybkość 95 km/g, śr. zużycie paliwa 5,,6 l/100 km
    05.09.05
    Wyjazd o 9.00, droga malownicza, równinna, potem falista, potem Ardeny, mijamy
    Verdun i inne miejscowości pamiętne idiotycznymi rzeziami I WŚ, co parę
    kilometrów zatoczki parkingowe z koszem na śmieci i telefonem SOS, gdy trafił
    się jeden parking „z drzewkiem” (i laskiem) zatrzymaliśmy się na drugie
    śniadanie (jw.). Na drodze miejscami spory ruch, wreszcie nagle pojawia się na
    skraju niewielkiego miasteczka katedra w L’Epine (oczywiście bazylika i
    oczywiście Notre-Dame i z cudowną figurką z 1400 r., ale dziw, że Madonna nie
    jest czarna), z zewnątrz olśniewająca (oczywiście gotyk i to flamboyant,
    zbudowana w XV w. w miejscu kościoła istniejącego od 1200 r.), choć nadgryziona
    przez czas - brak wielu rzeźb, ale podobno samych gargulców jest (było) 120.
    Wewnątrz trzy nawy z „galeryjką” pod oknami nawy głównej, za ołtarzem 5 apsyd,
    „coro”* ze skromnymi stallami, nad „nowym” ołtarzem (tym soborowym, czyli
    zwróconym do prezbiterium) bardzo gotyckie cyborium, o tyle ciekawe, że
    stanowiące coś w rodzaju galerii-balkonu, na który można wejść z obu stron
    spiralnymi („gotyckimi”) schodami. I ciekawostka: w lewej nawie bocznej
    autentyczna cembrowana studnia z kołowrotem (i wodą), głębokości 26 m. W sumie
    katedra ogromna i ładna, ale miasteczko małe i nieciekawe.
    -------------------------------------------------------------
    *Moja fascynacja architekturą romańską i gotycką jest oczywiście zupełnie
    amatorska i czysto emocjonalna, stąd dla prawdziwych znawców francuskich (i
    nietylko) katedr mogą się tu pojawiać różne głupstwa i herezje, jako „coro”(=
    chór) rozumiem część kościoła tuż przed ołtarzem, często w różny sposób
    odgrodzoną od prezbiterium i z boków, wokół której można przejść za ołtarz. A
    samą nazwę wziąłem z folderów hiszpańskich, opisujących tamtejsze kościoły. Nie
    używam określenia "chór” w odniesieniu do miejsca w kościele, aby nie mylić go
    z balkonem z organami i miejscem na … chór (taki zespół śpiewający chóralnie).
    cdn

  • filipfredzio 01.10.05, 16:04
    foolproof napisał:


    > Nie muszę dodawać, że nadal rygorystycznie przestrzegam zasady, że we Francji
    > nie jeżdżę płatnymi autostradami (nie ze skąpstwa, ale ze zdrowego rozsądku i
    > korzystania z rozkoszy podróżowania po niemal pustych i malowniczych drogach N,
    > D i tych bez literki przed numerem i tych bez numeru, zaznaczonych na mapie
    > białą cieniutka kreską) ...
    Fredziu dróg bez literki przed numerem we Francji nie ma. Właśnie te najcieńsze
    to D (no czasami dziwne C), co wcale nie znaczy, że inna droga D może byc
    oznaczona na mapie grubą czerwoną linią a w naturze oczywiście stan i standard
    drogi odpowiada temu co na mapie. Czasami zerknij na mapę lub zapytaj jaką drogą
    w danej chwili jedziesz (o zwracaniu uwagi na mijane znaki drogowe nie
    wspominając. Pilot nie zawsze będzie jechal na sąsiednim siedzeniu)

  • foolproof 01.10.05, 16:39
    Mądrala....
  • foolproof 02.10.05, 13:32
    Dla niezorientowanych: filipfredzio to opiewany przeze mnie pilot- nawigator
    naszych wypraw, stąd taki zorientowany (mądrala).
    Fredzio
  • aseretka 04.10.05, 07:03
    Dobry pilot powinien również głosno "czytać" znaki drogowe:) Oj, skad ja znam
    ten ból...? :)
  • foolproof 05.10.05, 13:15
    Czyta. ale czaem się zagapi i ma pretensje, że coś nie tak jadę. Swoją drogą
    mając pilota koncentruję się na drodze i obrotomierzu, a mniej na znakach i
    drogowskazach.
  • foolproof 05.10.05, 13:22
    Cd:
    Następny stop, kilkanaście kilometrów dalej, to Chalons-en-Champagne (ma kod
    pocztowy 51 000, co wreszcie wyjaśniło mi, że to nie jest to samo co
    Chalons-sur-Marne - 51 700), znowu bardzo gotycka katedra, przepiękna z
    zewnątrz, z wyjątkowo fajnymi gargulcami (jak kto woli – rzygaczami) i innymi
    takimi, bardzo zdobna rozeta i trzy okna witrażowe w ścianie frontowej, w ogóle
    wspaniałe witraże. Coro zupełnie otwarte, znowu pięć apsyd za ołtarzem, ściany z
    jasnych bloków kamiennych z wyraźnie ciemniejszymi fugami, co zwróciło moją
    uwagę i przypomniało mi się w tych katedrach, w których odtwarzano
    średniowieczne (?) polichromie. W sumie katedra wspaniała, ale wydała się nam
    uboższa, niż poprzednia.
    I zaraz Reims: metropolia, ogromny ruch samochodowy o typie stołecznym, czyli
    nie ma litości, przepychanie się, nie ustępowanie z drogi, trąbienie, ale
    autobusy miejskie dzwonią dzwonkami, jak owce na łące. W centrum duża strefa
    piesza – bogate sklepy, restauracje itp. No i katedra (do kolekcji) : znowu
    stoimy oślepieni bogactwem ozdób fasady: anioły, królowie, święci, urocze
    gargulce i pinakle…Część jest w remoncie czyli w rusztowaniach. Wnętrze ogromne,
    nawet w nawach bocznych można by swobodnie wytyczyć dwupasmowe jezdnie. Stare,
    jak to nazywam - „komiksowe”, witraże urzekające, nowe, te Chagala jakieś
    takie... hmmm ... mazajkowe. Nawy niebotyczne (a to XIII w.), gigantyczna
    rozeta, za ołtarzem 4 apsydy. Niewielkie, puste, romańskie krypty (właśnie:
    dziwnie małe, na pewno musi ich być wiecej, ale nie udostępnione). Dalszy spacer
    po mieście, w tym kawa i jedziemy do F 1, dojazd dość skomplikowany, ale dobrze
    oznakowany, obok hotelu zespół kilku nowocześnie dziwacznych domów mieszkalnych
    w kształcie niesymetrycznych trójkątnych brył, może w środku są funkcjonalne.
    280 km, 5,6 l, 49 km/g
    Cdn.
  • foolproof 06.10.05, 15:24
    Czy kontynuować?
  • aseretka 07.10.05, 07:50
    Chorego się pytaj :P
  • foolproof 07.10.05, 18:42
    Cd:(Fredzio)
    06.09.05.
    Droga głównie przez winnice (ach, przecież to Szampania!) niektóre zupełnie małe
    i przez senne, jakby zupełnie wyludnione wioski, wąskimi uliczkami, często
    obramowanymi murami lub domami stojącymi na krawędzi jezdni, ruch minimalny, ale
    trzeba uważać przy wymijaniu. Drogi bardzo kręte, nawierzchnie miejscami łatane,
    ale równe i bez dziur. Mapy w użyciu, bez problemów trafiamy do Laon W mieście
    „dolnym” trochę szukamy parkingu, w końcu koło dworca znajdujemy bezpłatne
    miejsce i idziemy w kierunku dworca, podziwiając po drodze stalową estakadę, po
    której poruszają się wagony dziwnej kolejki („Poma”), kursującej do haute ville.
    Kupujemy bilety po 1 € i po chwili wsiadamy do bezobsługowego ogumionego
    wagonika, który ciągnięty przez linę rusza dość stromo i daleko w górę. Tam
    miłe stare miasto, sporo domów opuszczonych i zakonserwowanych, ale zdarzają się
    zaniedbane, z wybitymi szybami lub w remoncie, ale większość w dobrym stanie i
    zagospodarowana, mają przeważnie 1-2 okna i nie są wyższe niż trzy kondygnacje.
    Jezdnie wyłożone szorstką kostką granitową, chodniki, często bardzo wąskie,
    kostkami białego kamienia. W jednym z okien balansuje zabawnie mały czarno-biały
    kotek. Kościół św. Marcina, który wzięliśmy początkowo za katedrę, z zewnątrz
    surowo gotycki, tym bardziej, że wszystkie posągi nie mają głów, a jest ich
    dużo, także interesujące rzygacze. Wnętrze niedostępne. Odnajdujemy katedrę
    (oczywiście Notre-Dame), oczywiście gotycką, niezbyt efektowną, ale wnętrze
    ogromne, trójnawowe (nawy boczne wąskie) i jeszcze 46 małych bocznych kapliczek
    (może więcej, tyle doliczyłem się), oddzielonych od naw misternymi renesansowymi
    murkami, niektóre po prostu zamknięte, w jednej sarkofag, w innej typowy,
    niewielki posążek Czarnej Madonny (Madonna de Liesse), w niektórych ołtarze. W
    posadzce sporo płyt nagrobnych o zupełnie zatartych napisach i rzeźbach.
    Transepty z wejściami i - z jednej strony rozetą, a z drugiej wielkimi
    gotyckimi oknami. Za ołtarzem 3 duże witraże (nie ma absyd). Nad nawą główną
    arkadowa galeria, potem odkrywamy jakby drugi, płytszy transept, też z rozetą (
    może kościół jest zbudowany na planie krzyża lotaryńskiego?). Coro szczelnie
    odgrodzone, od prezbiterium ozdobną kratą, ładna, drewniana ambona.
    Cdn
  • aseretka 13.10.05, 07:00
    Fredzio!!! Nie leń się, bo nie mam co poczytac do śniadania.
  • foolproof 13.10.05, 21:10
    Rzeczywiście, leń ze mnie. Dla uniknięcia komplikacji zignoruję błąd w
    numeracji, więc po błędnym 2005.6 konsekwentnie jest 2005.7
    Cd.:W dalszej drodze chwyta nas krótka ulewa, ale gdy dojeżdżamy do Senlis i
    znajdujemy parking tourist gartuit – wypogadza się. Chwilę przed tym tankujemy,
    co przyjmuję z ulgą, bo choć nie było gwałtu, ale przez z górą 100 km nie
    spotkaliśmy czynnej stacji, nawet ta przy Intermarché (i sam market) miała
    przerwę obiadową. Tu katedra mniejsza od poprzednich, ale strzelista, z zewnątrz
    bardzo bogata, wewnątrz skromniejsza ze śladami fresków, także tu płyty nagrobne
    w posadzce, ładna romańska chrzcielnica. Trochę dziwny, bardzo płytki transept.
    Ruszamy na spacer dość zaniedbaną starówką wzdłuż resztek zutylizowanych
    umocnień, tj. przerobionych na budynki mieszkalne. Jeszcze kawa (tu po 1,50€) i
    jedziemy do Maisons Lafitte. Nawet łatwo trafiamy na właściwy szlak, ale pod
    koniec skręcamy za stojącym za skrzyżowaniem (jak zwykle tu) drogowskazem
    „Camping” w prawo i po dłuższej jeździe stwierdzamy, że coś nie tak i
    zaskakujemy, że to nie było „ w prawo” tylko „prosto”, bo dopiero teraz
    uświadomiliśmy sobie, że strzałka nie stała dokładnie prostopadle do naszej
    drogi, ale trochę pod kątem (czyli nie „droit”, ale „tout droit”), wracamy więc
    i przebijamy się przez wąskie ulice o dwustronnym ruchu, ale z połową jezdni
    zastawioną przez parkujących, wreszcie przez mostek wjeżdżamy na położony na
    wyspie Camping-International. Przyjmuje nas sympatyczny recepcjonista Eurocampu,
    zadziwiająco dobrze, jak na Francuza, mówiący po angielsku i to z wzorowym
    akcentem, ale Wojtek uświadamia mnie, że to po prostu Anglik, rezydent
    (angielskiej przecież) firmy Eurocamp. Dostajemy za kaucją 30 € magnetyczny
    klucz do szlabanu wjazdowego na teren kampingu i prowadzą nas do mobil home’u.
    Okazuje się, że jest to duży, bardzo schludny i doskonale urządzony ”barakowóz”
    (w wyposażeniu kuchni rzeczywiście brakuje tylko chochelki, wzmianka o czym
    dziwiła nas w dodatku do vouchera}, stoi w szeregu innych podobnych, przy nich
    samochody z przeważnie angielską rejestracją, chociaż w bezpośrednim sąsiedztwie
    mieszka muzułmańska rodzina z Belgii, a nieco dalej stoją dwa samochody z polską
    rejestracją. Stoją też mobile z innymi znakami firmowymi, znowu najwięcej z
    angielskimi, nieco dalej „dzielnica” firmowych namiotów (a jakże, z lodówkami i
    kuchniami gazowym), trochę prywatnych przyczep i kamperów, pojedyncze namioty,
    jest market, restauracja. Słychać pędzące po niedalekich torach pociągi,
    samoloty zbliżające się do lotniska i buczenie silników barek na kanale, ale
    wszystko to w granicach przyzwoitości, po za tym na parkingu cisza – w dzień i w
    nocy. Mając wyposażoną kuchnię przechodzimy na dietę pełnowymiarową.
    250 km, 5,8 , 48 km/g.
  • aseretka 14.10.05, 07:47
    > zaskakujemy, że to nie było „ w prawo” tylko „prosto”, bo dopiero teraz
    > uświadomiliśmy sobie, że strzałka nie stała dokładnie prostopadle do naszej
    > drogi, ale trochę pod kątem (czyli nie „droit”, ale „tout droit”),

    Mnie też niejednokrotnie zmyliły te strzałki. Teraz nauczyłam się, że skręt z
    reguły jest sygnalizowany przed skrzyżowaniem.

    > (w wyposażeniu kuchni rzeczywiście brakuje tylko chochelki, wzmianka o czym
    > dziwiła nas w dodatku do vouchera},

    A mnie zdziwiło, że wogóle była taka wzmianka. Ja nie dostałam żadnego dodatku
    do vouchera. Chyba złożę reklamację:)

    Mam jeszcze jedno pytanie, czy średnią prędkość liczysz włączając w czas
    przerwy na zwiedzanie, czy jest to "czysty "czas jazdy?
  • foolproof 14.10.05, 15:39
    (w wyposażeniu kuchni rzeczywiście brakuje tylko chochelki, wzmianka o cz
    > ym
    > > dziwiła nas w dodatku do vouchera
    Ależ był dołączony śliczny kolorowy folderek z opisem i fotografiami kampingu,
    co jest w homie i gdzie szukać rezydenta i że nie ma chochelki ( i zapałek),
    koniecznie reklamuj.
    - Średnią prędkość (i takież zużycie paliwa) spisywałem z wyświetlacza komputera
    pokładowego, który wylicza je z czystej jazdy - bez postojów.
    Pozdrowienia
    Fredzio
  • foolproof 14.10.05, 16:34

    Aby zatrzeć nie miłe wrażenie mego lenistwa- następny odcinek.
    07.09.05.
    Za radą rezydenta Eurocampu, aby ominąć poranny szczyt komunikacyjny, do Wersalu
    wybieramy się dopiero po 10.00. Mimo to trochę błądzimy w gęstym ruchu, bo z
    powodu zaawansowanych przygotowań do jakiegoś niedzielnego festynu zamknięto
    jedną jezdnię i nie można było zawrócić z jednokierunkowej ulicy. Popełniamy
    typowy błąd – wydaje się nam oczywiste, że jeśli skręcimy w lewą boczną ulicę i
    jeszcze dwa razy w lewo, to potem wystarczy tylko skręcić w prawo i będziemy na
    właściwym kierunku, rezultacie plączemy się po willowych dzielnicach, bardzo
    urodziwych, ale nam zupełnie nie po drodze, wreszcie zawracamy i jedziemy, gdzie
    nam potrzeba.Pod zamkiem stawiamy samochód na olbrzymim, ale prawie pełnym
    parkingu, widać też ogromne tłumy wędrujące w stronę pałacu (znowu nasuwa się
    pytanie: co tu się dzieje w szczycie sezonu?) Ze zdumieniem stwierdzamy, że mamy
    trudności z odnalezieniem kasy, trafiamy do właściwej za zasłyszaną rozmową (po
    angielsku) na ten temat. Kupujemy „Passport de jour” upoważniające do zwiedzania
    całego zespołu zamkowego, w tym pewnych jego części dostępnych tylko z tym
    biletem, z możliwością dowolnego wchodzenia i wychodzenia przez cały dzień i
    to z ominięciem kolejek, a w sumie tańszego niż ewentualna suma kosztu biletów
    do poszczególnych obiektów. Jako dodatek otrzymujemy bez dodatkowej opłaty
    audiofony w wybranym języku (polskiego nie ma), tekst w nich czytany jest bardzo
    dokładny, w sumie za obszerny, ale bardzo interesujący – nie tylko opis
    zwiedzanych sal, ale i rozmaite dygresje historyczne, obyczajowe itp. Zaczynamy
    od pokoi królewskich, z audiofonu dowiadujemy się takich np. szczegółów, że w
    jednej z sypialni królewskich król nigdy nie nocował (Luis XIV), bo służyła ona
    wyłącznie do ceremoniału porannego wstawania i wieczornego układania się do snu
    w asyście tłumu dworaków i gości. Z uznaniem wysłuchuję, że gdy król oddalił Mm.
    Pompadour na rzecz Mm. du Bary, to ofiarował tej pierwszej apartament, z którego
    wykwaterował własna córkę Adelajdę, że córki królewskie chrzczono jako
    nastolatki i wtedy uzyskiwały dopiero prawa cór Jego Majestatu itd. Potem dalsze
    sale, zwracające uwagę ogromnym szastaniem złoceniami i wspaniałością
    dekorowanych sufitów, a także bardzo wysokimi łożami królewskimi, aż trzeba było
    wchodzić na nie po schodkach… W sumie pałac podobał mi się tym razem bardziej,
    niż za pierwszym zwiedzaniem, ale nadal nie zachwycił. Niestety, galeria luster
    i niektóre części muzeum w remoncie. Ciekawe, że drewniane podłogi wytrzymują
    nieprawdopodobny wędrujący po ich tłum (i to w butach – bez kapci). Potem spacer
    ogrodami (po drodze kawa i lody, tak dobre, że prawie włoskie), wzdłuż Grand
    Canal i do Trianonów, których nie znaliśmy; Grand Trianon sprawił bardzo miłe
    wrażenie, także dostojną prostotą empirowego wystroju, Petit rzeczywiście
    mniejszy i nudny. Przy każdym wejściu kontrola bagażu i – wszędzie - tłumy.
    Wracamy zmęczeni, także upałem, bo pogoda wspaniała, droga do domu bez
    zakłóceń. W sklepie kampingowym lody (rożek), który (ten sam) w naszym Leader
    Price kosztują 1.- zł., tu są po 2,50 €, a litr mleka 1,70 – 2,-, chociaż w
    markecie miejskim jest też po 0,70. Po obiedzie wybrałem się z Wojtkiem do
    miasta na stację SNCF i w poszukiwaniu supersamu, w drodze powrotnej spotkaliśmy
    rudego kotka, którego zaprosiłem na poczęstunek – i po pół godzinie przyszedł i
    to w towarzystwie kolegów, czyli tych czarnobiałych, które nas już odwiedziły,
    dostały wszystkie po plasterku kiełbasy, wobec czego, gdy odeszły przysłały
    czwartego, też biało-czarnego, bardzo zabawowego, bo bawił się toczeniem jabłek,
    opadłych z rosnącego przy naszym home’ie drzewa.
    59,2 km, 6,6 l ,30 km/g.
    Do Aseretki: czy na tym forum jesteśmy tylko en deux?
  • ennka 15.10.05, 17:46
    Witaj Fredziu!
    Nie , nie jesteście tylko we dwoje.
    Ja też z zapartym tchem czytam Twoje relacje ,ale jako neofitka
    we "frankoliźmie", siedze sobie cichutko i snuję marzenia na przyszłość.
    Pięknie to wszystko opisujesz ,aż chce się jechać natychmiast.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na c.d.
    Bożena
  • foolproof 16.10.05, 12:24
    (Do nnki: witam i dziękuje, bo juz się bałem tej samotności):
    Cd:
    08.09.05
    W kasie SNCF, zgodnie z planem, kupujemy Paris Visite na trzy dni, niestety
    znacznie droższą od Carte Orange, ale w ferworze pakowania gdzieś zapodziały się
    przygotowane fotografie. Jedziemy RER do stacji Charles de Gaule Etole (20
    minut), wychodzimy na powierzchnię koło Łuku i ruszamy w tradycyjny spacer przez
    Champs Elisées ku Luwrowi, sycąc oczy wspaniałością sklepów i urodą tej alei.
    Zwiedzanie muzeum zaczynamy od prawie całkiem pominiętych poprzednio dolnych
    kondygnacji ze sztuką starożytną. Zachwycamy się sztuką egipskich rzeźbiarzy,
    kamieniarzy, pisarzy - tworzących w kamieniu i na papirusie. Ciekawe, że w
    przeciwieństwie do malowideł i płaskorzeźb wykonanych zawsze zgodnie ze
    sztywnymi regułami (kroczące postacie z profilu itd.), posągi są z reguły prawie
    całkiem realistyczne, potem starożytny Orient (np. Fenicja), Mezopotamia
    (skrzydlate byki, puzzle z kolorowych, emaliowanych cegieł i inne cuda). Potem
    Grecja z oblężoną przez tłumy i jaśniejącą w świetle fleszy Wenus z Milo.
    Właśnie: w większości muzeów nie ma już zakazu fotografowania, z wyjątkiem
    używania lamp błyskowych (jak widać zakaz nie do wyegzekwowania) i statywów.
    Omalże nie przegapiliśmy Nike z Samotraki, przechodząc obok niej obojętnie.
    Potem już pobieżnie malarstwo francuskie, Delacroix „Wolność prowadząca lud…”,
    Dawid, potem sale Rubensa, rozpoznawalne od pierwszego rzutu oka po rozmiarach
    płócien i grubych babach, a jedna z jego Madonn, namalowana w otoczeniu
    dziesiątków tłustych tyłeczków małych aniołków jest po prostu rozśmieszająca (aż
    nasuwa się podejrzenie - może on był fetyszystą i pedofilem?). Pomijając
    niektóre sale poszliśmy specjalnie do Niderlandczyków – swoją drogą skąd było u
    nich tyle talentów? - sala Rembrandta i jego naśladowców (-niezbyt bogata-),
    tylko jeden z Breughlów i żadnego Boscha (jak pisał poeta : „ …Pięć gwiazd:
    Breughel, Bosch, Giotto, Kobzdej i Wit Stwosz:…”), potem Goya. A Mona Lisa
    oblężona do bezsensu – co może zrobić z (przepraszam za herezję:) wielowiekowa
    propaganda, przecież inne obrazy Mistrza (nawiasem mówiąc też o wątpliwej
    oryginalności) są znacznie lepsze, pod nimi nie stoją tłumy, z wyjątkiem Madonny
    ze św. Anną, ale o niej to pisał Brown…więc zatrzymują się przed nią
    wycieczki. W bufecie wypiliśmy kawę, jak zawsze dobrą, i syci wrażeń poszliśmy
    dalej. A mianowicie metrem via Chatelet-Les Halles (to chyba największa stacja
    przesiadkowa (coś ze cztery linie metra i trzy RER’u – trzy lub cztery piętra,
    kilometry korytarzy) - do Ile de la Cité. Katedra odnowiona, fasada biała,
    wszystkie rzeźby fasady mają głowy i inne członki, na szczycie murów chimery
    melancholijnie spoglądają na miasto, ale z boku znowu rusztowania. Przed katedrą
    i wewnątrz tłumy (tabuny Japończyków, jak zwykle, nastrajają mnie pogodnie,
    sporo Ruskich) ale 5 naw, 14 kaplic, pięć dużych apsyd zrobi swoje wrażenie,
    wspaniałe stalle, na których „plecach” niezwykłe wspaniały komiks*
    płaskokorzeźbiony ze scenami Nowego Testamentu. Ale czemu Maria Magdalena w
    scenie spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem i następnych ma na głowie chustę
    typu muzułmańskiego? „Chór” (coro) otwarty na prezbiterium. Tych płaskorzeźb
    zupełnie nie pamiętam z poprzednich pobytów, okazuje się, że tego typu zabytki
    trzeba zwiedzać wielokrotnie. I jeszcze ogromny świecznik, w transepcie
    olśniewające rozety, uzupełnione witrażowymi oknami, mnóstwo palących się świec
    wotywnych (á 5 €), pewnie trzeba by tu wrócić, tylko kiedy? Stąd już po małym
    spacerze do stacji Chatelet, po przejściu labiryntu korytarzy, schodami w górę
    i w dół, przejazdem długim ruchomym chodnikiem - docieramy do poziomu RER i nim
    do domu. W Maisons Lafitte zakupy, w czasie których lunął krótki deszcz (cały
    dzień było słonecznie), ale wypadał się w czasie naszych zakupów, i do domu
    doszliśmy suchą nogą, a tam czekał na nas rudawy kot i po chwili
    przyprowadził żałośnie miauczącego czarnobiałego kolegę z okaleczonym ogonem,
    oba dostały po kawałku myśliwskiej.
    ------------------------------------------------------------------
    *Kilkakrotnie (nie po raz pierwszy) piszę o „komiksowych” witrażach, kasetonach
    i innych takich wytworach sztuki kościelnej – chodzi tu o przedstawianie na nich
    kolejno poszczególnych scen z Biblii – ad usum niegramotnego ludu.
    Cdn.
  • preuser 17.10.05, 08:49
    pozwole sobie wtracic kilka uwag:

    Ciekawe, że w
    > przeciwieństwie do malowideł i płaskorzeźb wykonanych zawsze zgodnie ze
    > sztywnymi regułami (kroczące postacie z profilu itd.), posągi są z reguły
    prawi
    > e
    > całkiem realistyczne,

    widisz, plotno daje inny wymiar i mozliwosci, dlatego ale rzeczowa odpowiedz
    dostaniesz w ASP-W-wa, Krakowskie Przedmiescie

    > Omalże nie przegapiliśmy Nike z Samotraki, przechodząc obok niej obojętnie.

    ???????? - sa tu tacy, ktorzy chetnie nazawli by to brakiem inteligencji


    potem sale Rubensa, rozpoznawalne od pierwszego rzutu oka po rozmiarach
    > płócien i grubych babach, a jedna z jego Madonn, namalowana w otoczeniu
    > dziesiątków tłustych tyłeczków małych aniołków jest po prostu rozśmieszająca
    (a
    > ż
    > nasuwa się podejrzenie - może on był fetyszystą i pedofilem?).

    tu jestes juz niesmaczny

    A M
    > ona Lisa
    > oblężona do bezsensu – co może zrobić z (przepraszam za herezję:) wielowi
    > ekowa
    > propaganda, przecież inne obrazy Mistrza (nawiasem mówiąc też o wątpliwej
    > oryginalności) są znacznie lepsze, pod nimi nie stoją tłumy, z wyjątkiem
    Madonn
    > y

    ciekawe, jakie masz predyspozycje do wydawania tak idiotycznych opinii

    Ale czemu Maria Magdalena w
    > scenie spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem i następnych ma na głowie
    chust
    > ę
    > typu muzułmańskiego?

    to przekraczasz granice forum turystyka, obrzydliwe

    w przyszlosci zanim cos wymyslisz, pomysl dwa razy





  • foolproof 17.10.05, 13:46
    Cytuję:
    "Ciekawe, jakie masz predyspozycje do wydawania tak idiotycznych opinii"
    Odpowiadam :
    A ty?
    Posumowanie: Jeśli tobie Krzywogęba się podoba, a mnie nie, no to co z tego?
    Szkoda twoich nerwów (i INTELIGENCJI) - nie czytaj.
    Pozdrawiam
  • preuser 17.10.05, 14:07
    jestem cool, badz spokojny, mozna by odwrocic - nie pisz bzdur, nie beda czytac

    a co z reszta slow krytycznych ?

    drogi foolprof, moja krytyka nie dotyczy osoby tylko tego co napisal
  • aseretka 17.10.05, 14:32
    Po pierwsze preuser jak zwykle niedoczytał:) Mowa jest o sztuce egipskiej, w
    której postacie malowane na ścianach bądź papisusach, a także płaskorzeźby
    podlegają pewnym kanonom artystycznym. Zupełnie inaczej niż malowidła wyglądają
    rzeźby staroegipskie.
    Po drugie nie bardzo rozumiem, co ma wspólnego z inteligencją przegapienie
    posągu samotrackiej Nike.
    Po trzecie, co do przekroczenia granic dobrego smaku znane ci jest chyba
    preuser, stare polskie przysłowie o tym, jak to uczył Maciej Marcina...
    I to by było na tyle.
    Pozdrawiam
  • foolproof 17.10.05, 19:21
    Cd:
    09.09.05.
    Rano przyszedł ten Rudawy i ze znaczącą miną usiadł przed schodkami, dostał więc
    plaster krakowskiej, potem zjedliśmy śniadanie i do Musée d’Orsay; oczywiście
    oblężone tłumem chętnych, długie kolejki do kas, ale szybko wchodzimy do środka,
    Najpierw akademicki parter, a potem Van Goghi, Manety, Monety, Sisleye (także i
    tu nie znaleźliśmy obrazu, którego reprodukcja wisi u nas w domu, to może my
    mamy oryginał…?). W kolejnych obrazach Vincenta van Gogha widać wyraźnie
    narastanie jego choroby, ostatnie obrazy są jak ilustracje wyjęte z podręcznika
    psychiatrii. No i jako nieujawniony talent budownictwa lądowego ponownie
    zachwycałem się kunsztem architektów, którzy z halowego terminalu kolejowego i
    hotelu wyczarowali tak piękny gmach muzeum. Potem siadamy przed muzeum i
    zjadamy nasze kanapki, otoczeni żebrzącymi gołębiami, ogromnie bawi nas
    dziarski wróbelek sprytnie wychwytujący rzucane mu okruchy wśród tłumu tych
    latających szczurów. Potem rekonesans do La Villette Cité de Sciences &
    Industrie, ale zadowoliliśmy się ogólnym obejrzeniem dość paskudnego gmaszyska z
    metalu i szkła, bo wewnątrz za wszystko trzeba było płacić – gdybym mieszkał w
    Paryżu na pewno kupiłbym sobie roczna kartę wstępu za 25 €, bo przedstawiona
    oferta programowa wydaje się ciekawa. Stąd na Place de l’Opera, gdzie znowu
    tłumy turystów obsiadają schody Opery, w ogóle miejsce bardzo ruchliwe i
    malownicze. Zaraz obok kilka magazynów Galeries Lafayette, pobieżnie zwiedzamy
    ten z ciuchami itp., wyjeżdżając na poszczególne piętra ruchomymi schodami
    podziwiamy wspaniałą szklaną kopułę w stylu secesyjnym (? a może to art deco?) i
    na najwyższym piętrze pijemy kawę. Gdy wsiadamy wreszcie do RER’u Wojtek
    spostrzega tuż przed ruszeniem pociągu, że to RER A1, czyli nie nasz, wobec
    czego po krótkiej dyspucie, czy lepiej będzie przesiąść się na A3 lub A5 na
    stacji Charles de Gaule czy może lepiej na jeszcze większej Defence, wysiadamy
    na Etoile, co potem okaże się bardzo korzystne. Sprawa okazuje się bowiem
    poważniejsza: na ekranie stacyjnego monitora ukazuje się komunikat, że „Ligne
    RER A incidente termine”, w rezultacie wszystkie pociągi jadą trasą A1, a my
    czekamy. Co gorsza otaczający nas tłum oczekujących początkowo narasta (a gorąc
    pod ziemią okropny), potem rzednie, jakby tubylcy spostrzegli beznadziejność
    sytuacji i ruszyli ku innymi środkami lokomocji. Ale po kilkunastu minutach na
    ekranach zapalają się lampki na interesujących nas kierunkach i przyjeżdża nasz
    pociąg, nawet nie napchany. Tłok zaczyna się na Defence, gdzie jest taki tłum,
    że nie wszyscy wsiadają i jedziemy w tłoku i okropnym gorącu, a pociąg jedzie
    wolno, czasem zatrzymując się w tunelu, jednak wreszcie docieramy do Maisons
    Lafitte. Okazuje się tu, że w czasie naszych przygód podziemnych na powierzchni
    lało, ale właśnie przestało. Jeszcze zakupy w Casino: bagietka, wino, woda
    mineralna, czekolada i do domu, gdzie przed schodami zaraz zjawił się
    Czarno-biały, zjadł z godnością kawałek kiełbasy i poszedł sobie.
  • aseretka 18.10.05, 07:00
    > Potem rekonesans do La Villette Cité de Sciences &Industrie, ale
    > zadowoliliśmy się ogólnym obejrzeniem dość paskudnego gmaszyska
    > z metalu i szkła, bo wewnątrz za wszystko trzeba było płacić

    Gmaszysko faktycznie niezbyt piękne. Ale do środka warto wejść i mozna tam
    spędzić długie godziny.
    A wirtualną wycieczkę po muzeum można odbyć tu:
    www.cite-sciences.fr/english/ala_cite/cite_pra/info_pra/global_fs.htm
    A tak przy okazji... Znalazłam ciekawy przewodnik po Paryżu. Autor prowadzi nas
    niemal za rączkę po paryskich muzeach i innych atrakcjach.
    www.pinkwart.pl/paris/paris.htm
  • preuser 18.10.05, 08:04
    Ale czemu Maria Magdalena w
    > scenie spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem i następnych ma na głowie
    chust
    > ę
    > typu muzułmańskiego?


    czy moge zapytac szanowna panstwo, co takie zapytanie ma wspolnego z turystyka ?





  • preuser 18.10.05, 08:55
    drogi bahu, czy mozesz mi wytlumaczyc co jest zblizone bardziej do turystyki
    samochodowej:
    opis wizualnych wrazen, wypadajacy czesto bardzo niefortunnie z pobytu w tym
    czy innym muzeum czy jazda samochodem czesciowo po autostradzie i podziwianie
    natury, chocby to byly tylko korony drzew ?

    zeby preuser byl winny do konca
  • foolproof 19.10.05, 13:29
    Z tego przewodnoka korzystałem już, a jeśli chodzi o La Villette, to
    zapoznalismy się z tamtejszym programem i uznaliśmy, że w czasie , którym
    dysponujemy nie zdążylibysmy wiele skorzystać, może następnym razem - niestety w
    Paryżu nie ma ani fontanny di Trevi, ani florenckiego Dzika, więc kolejne
    odwiedziny w Paryżu ... chociaż, co warte było by życie bez marzeń?
    Pozdrowienia
    Fredzio
    PS. Zdjęcia już prawie ułozone, ale cyfrowe w obróbce
  • foolproof 24.10.05, 20:34
    10 09.05.
    Stało się to już nową świecka tradycją, że dzień zaczyna się od wizyty
    kampingowych kotów, dziś przed schodkami usiadł Czarno-biały, potem jeszcze dwa
    inne, dostały tradycyjny poczęstunek, ale widać nie satysfakcjonujący, bo
    usiłowały wtargnąć do wnętrza znacząco kierując się w stronę lodówki. Po
    śniadaniu jazda z przesiadkami do Panteonu, gdy wyszliśmy z metra, zaczęło
    padać, więc szybko udaliśmy się na zwiedzanie. Olbrzymie wnętrze na planie
    krzyża greckiego, kopuła oparta na grubych filarach, reszta sklepień na
    kolumnach, wchodzi się zaś przez typowy kolumnowy perystyl, w ogóle całość
    wzorowano na Panteonie rzymskim, choć ten wydaje się większy, a konstrukcję
    kopuły ma bardziej skomplikowaną. Na ścianach ogromne obrazy – nie freski, bo
    malowane na płótnie – sceny z życia św. Genowefy, pod której wezwaniem budynek
    ten był pierwotnie kościołem, za Rewolucji zmieniono go na Świątynię Ojczyzny,
    Napoleon I znowu zrobił tu kościół, a od II Republiki do teraz stał się
    mauzoleum zasłużonych dla Francji (leżą tu m.in. Wolter, Hugo, Zola i inni, w
    tym małżonkowie Curie). Drugi temat malowideł to dzieje francuskiego
    chrześcijaństwa od chrztu Chlodwiga, przez koronację Karola Wielkiego i Joannę
    d’Arc. Ze środka kopuły zwisa wahadło Foucaulta i rzeczywiście w czasie naszego
    zwiedzania zmieniło kierunek wahań. Zejście do krypt wprowadza nas do
    prawdziwego labiryntu korytarzy i kaplic tak rozległego, że można by pochować tu
    całą Francję, a pochowano tu na razie dwudziestu kilku zasłużonych. Wejście na
    galerię zamknięte - z powodu pogody, a szkoda, bo ponoć ciekawe. Potem w
    niewielkim deszczu spacer zatłoczonym Bulwarem św. Michała, pełnym sklepów z
    przecenami. Obserwujemy tam ponurą scenę wywożenia dwóch nieprawidłowo
    zaparkowanych samochodów. Robił to pojedynczy pracownik przy pomocy dźwigu
    zamocowanego na ciężarówce, najpierw założył pod pierwszy samochód dwa szerokie
    pasy, zaczepił je o hak dźwigu i przeniósł na platformę, do drugiego założył z
    przodu stalowa listwę (nie zauważyłem jak ją zamocował), podniósł przód, pod
    tylne koła wcisnął małe czterokołowe wózki i z fasonem odjechał. Dochodzimy do
    Palais de Justice, oczywiście chodzi nam o Saint Chapelle, pamiętamy bowiem, że
    bez tego Paryż jest nieważny. Wchodzimy, po odstaniu w niedługiej kolejce do
    kasy, gdzie kupujemy bilet kombinowany do Chapelle i Conciergerie (razem 31,20
    €). Przed wejściem kontrolują nam bagaże, a wykryty przez bramkę mój scyzoryk
    wędruje do depozytu (czyżby bali się uprowadzenia … witraży?). W kaplicy nawet
    nie wielu zwiedzających, znowu zdumienie lekkością konstrukcji, wspaniałością
    witraży. Chłoniemy czar tego miejsca przez dłuższy czas i wyruszamy do
    niedalekiej Conciergerie: tu zdumienie, wchodzi się bowiem do ogromnego
    gotyckiego wnętrza przypominającego katedrę, a przecież było to więzienie.
    Przypominają o tym zrekonstruowane cele - klatki w bocznych pomieszczeniach. W
    głównej części ciekawa wystawa: zestawienie XVIII w. grafik krajobrazów Indii
    współczesnymi fotografiami tych samych miejsc. Trochę zmęczeni
    wielkometropolitarnością Paryża wracamy RER’em wprost do domu, po drodze zakupy
    w boulangerie: trzy eklery czekoladowe i placek migdałowo-miodowy."
  • aseretka 25.10.05, 06:58
    > Olbrzymie wnętrze na planie krzyża greckiego, kopuła oparta na grubych
    > filarach, reszta sklepień na kolumnach, wchodzi się zaś przez typowy
    > kolumnowy perystyl, w ogóle całość wzorowano na Panteonie rzymskim, choć ten
    > wydaje się większy, a konstrukcję kopuły ma bardziej skomplikowaną. Na
    > ścianach ogromne obrazy – nie freski, bo malowane na płótnie – sceny z życia
    > św. Genowefy, pod której wezwaniem budynek ten był pierwotnie kościołem,

    Zastanawiam się nad przyczyną dlaczego mimo dwukrotnego oglądania Panteonu z
    zewnątrz nigdy nie weszłam do jego wnętrza.

    > Stało się to już nową świecka tradycją, że dzień zaczyna się od wizyty
    > kampingowych kotów,

    We Francji nie widziałam na campingach kotów, może ten pod Paryżem jest
    wyjątkiem. Za to we Włoszech na każdym campingu były koty, które przychodziły
    łasować. Bez skrupułów wchodziły też do środka namiotów. W recepcji campingu w
    Fiano Romano wisiała nawet kartka, że można je adoptować i zabrać ze sobą.
    Niestety nie skorzystaliśmy, choć trzy były szczególnie ładne.
  • foolproof 25.10.05, 11:45
    -Jak wynika z tekstu zdecydowanie polecam zwiedzenie Panteonu także od wewnątrz,
    napewno jest to jedna z zasadniczych osobliwości Paryża.
    -O kotach mam bardzo rzewne wspomnienie spod Rzymu - przeszlę na żadanie.
    Pozdrowienia
    Fredzio
  • petromin 25.10.05, 15:26
    Fredzio pamiętaj, że czekamy także na zdjęcia.
  • foolproof 25.10.05, 20:45
    Włąśnie - czy (i jak) można by je umieszczać bezposrednio tutaj?
    Fredzio
  • aseretka 26.10.05, 08:24
    Bezpośrednio tu nie, ale można na forum zdjęc z Francji. Link w nagłówku strony.
    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=705
    Możesz założyć nowy wątek na swoje zdjęcia, albo dołączać je do któregoś z już
    jstniejących.
  • preuser 26.10.05, 08:53
    wlasciwie powinienes sie cieszyc, iz jestes czytany chocby krytycznie, czyz
    czepialem sie calosci, nie tylko fragmentow jednak nie raczysz rozsadnie
    odpowiedziec na pytanie



    A M
    > ona Lisa
    > oblężona do bezsensu – co może zrobić z (przepraszam za herezję:) wielowi
    > ekowa
    > propaganda, przecież inne obrazy Mistrza (nawiasem mówiąc też o wątpliwej
    > oryginalności) są znacznie lepsze, pod nimi nie stoją tłumy, z wyjątkiem
    Madonn
    > y

    odpowiem inaczej: oblezona z tego samego powodu dla ktorego i Ty sie tam
    znalazles, 99% gapiacych sie nie ma zadnego pojecia o malarstwie a gapi sie bo
    tak trzeba, podobnie mozna powiedziec o absolutnie wszystkich obleganych
    zabytkach czy znanych obiektach, to samo mozna powiedziec o bywalcach teatrow i
    oper, chociaz tam jest znacznie wiekszy procent znajacych sie na sztuce

    Ale czemu Maria Magdalena w
    > scenie spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem i następnych ma na głowie
    chust
    > ę
    > typu muzułmańskiego?

    odp: odebralem to jako proislamska propagande, a wydawalo mi sie, iz takich
    kwestii nie powinno byc na tym forum
    nie powinienes sie obrazac, tylko wyjasnic jesli sie mylilem co miales na mysli
    stawiajac takie pytanie
  • preuser 26.10.05, 08:57
    zapomnielem dodac: krytyka jest zawsze lesza od obojetnosci
  • foolproof 26.10.05, 21:26
    preuser napisał:

    > zapomnielem dodac: krytyka jest zawsze lesza od obojetnosci
    Zgadzam się , ale - słowo daję - nie wiem o co ci chodzi.
    Pozdrowienia.
  • foolproof 26.10.05, 21:33
    11.09.05
    Opuszczamy Maisons Lafite, rano pożegnał się z nami Czarno-biały, Miauczurny
    czegoś przede mną uciekał, choć miałem i dla niego kawałek kiełbasy, pewnie bał
    się, bo wczoraj tak łapczywie się na nią rzucał, że mnie trochę podrapał.
    Wyjazd w stronę Atlantyku, po drodze Chartres: katedra (kolejna do zbioru)
    pojawia się nagle, widoczna już z daleka, ale dojazd do niej trochę trwa, bo
    dojazd do parkingu „Centre Ville Catedrale” kierowany jest przez skomplikowane
    objazdy z powodu budowy podziemnego parkingu – zakres prac sugeruje, że będzie
    on sięgał pod połowę miasta, w rezultacie jeździmy w kółko za bałamutnymi
    strzałkami, raz wjeżdżamy, na szczęście niezbyt głęboko, w wjazd podziemnego
    parkingu, który dopiero tam ma wywieszoną informację „Camping complet –sans
    reserve” i musimy wycofywać się, wreszcie ustawiamy się na ulicy i idziemy pod
    katedrę: oczywiście wspaniały fronton, ale liczba postaci na portalu jest tak
    ogromna, że nie pozwala to ich identyfikację np. tylko na szczycie portalu
    pomiędzy wieżami jest ich coś ze 20. Jedna wieża skromnie romańska, za to druga
    w gotyku płomienistym – znacznie późniejsza. Wnętrze trójnawowe, ciemne,
    szczególnie w kontraście ze słoneczną pogodą, ale wzrok szybko się przyzwyczaja.
    W jednej z bocznych kaplic mały – jak zwykle – posążek Czarnej Madonny (z
    takiego samego koloru Bambinem) w tradycyjnej trójkątnej szacie: Notre Dame de
    Pilar. Coro od prezbiterium otwarte, ale jego boczne ściany (od tyłu) to
    wspaniale płaskorzeźbiony komiks biblijny, zupełnie genialny w wykonaniu.
    Obejście wokół ołtarza bardzo szerokie, oparte na kolumnach, z dwoma kaplicami.
    We wszystkich oknach witraże, w transepcie dwie wspaniałe rozety, podkreślone
    rzędami witrażowych okien. Na ołtarzu głównym ogromna wieloosobowa rzeźba. Na
    kolumnach wywieszono nowoczesne abstrakcyjne obrazy – nie zależnie od intencji
    twórcy najbardziej kojarzyły mi się z logo Eurocampu. Niedługi spacer po mieście
    i w dalszą drogę, najpierw do La Mans, odkrycia Jadzi, bo ja pominąłem je jako,
    że kojarzyło mi się tylko z „24 godzinami”. W jego obrębie odwiedziliśmy za
    niewielka opłatą najpierw stareńkie opactwo (cysterskie – nareszcie!) Abbaye de
    Notre Dame l’Epau. Do obejrzenia bardzo romańskie skryptorium, jak zwykle
    ogromne dormitorium i kapitularz oraz kuchnia – w odosobnionym pomieszczeniu, ze
    względu na bezpieczeństwo przeciwpożarowe. W jednym z pomieszczeń sarkofag
    fundatorki opactwa, królowej Bérangere, małżonki Ryszarda Lwie Serce. Opactwo w
    pięknym otoczeniu ogrodowym.
    W mieście (Vieux Le Mans) wspaniale skomplikowana katedra – gąszcz przypór,
    pinakli, gargulców, mnóstwo rzeźb itp. Wnętrze trzynawowe, bardzo strzeliste,
    wokół coro krata, skromne stalle zawieszone tapiseriami. Nad nawą główna ślepe
    arkady, podobne na bocznych ścianach. Obejście za ołtarzem duże z kilkoma
    kaplicami. Duża, pokryta ładną rzeźbioną boazerią zakrystia z kranami z bieżącą
    wodą. Po za tym na starówce w wąskich uliczkach niezwykle pięknie fasady starych
    domów z rzeźbionymi (przeważnie postacie ludzkie) belkami szkieletowymi,
    fragmenty, sięgających rzymskich wieków, murów obronnych.
    I do Cholet, trochę szukamy naszego F1 zaplątanego w sieci dróg Zone
    Industrialne, choć dobrze widocznego z drogi.
    389 km, 5,7, 57 km/g
  • preuser 27.10.05, 07:36
    o´key, nie warto tego ciagnac jesli nie rozumiesz co sam piszesz ?

  • aseretka 27.10.05, 08:26
    Fredziu, zamieść wreszcie zdjecia. Bedzie ładne zilustrowanie tekstu.
  • foolproof 27.10.05, 14:17
    12.09.05.
    Zakupy w Carefourze, gdzie obsługa, widząc nasze bezowocne próby dopasowania do
    wózka właściwej monety, obdarowuje nas firmowym żetonem, po śniadaniu jazda,
    cała droga malownicza i, z wyjątkiem końcowego odcinka, prawie pusta,
    nawierzchnia bez zarzutu, nawet gdy tablice ostrzegają, że „chausée deformée” –
    widać stosuje się tu inne kryteria. Miejscowości bardzo rzadko, zawsze schludne
    i sprawiające zupełnie pustych, czasem mają własne cechy charakterystyczne np. w
    jednej prawie wszystkie domy otoczone były wysokimi żywopłotami, czasem winnice
    lub pola słoneczników, zaorane ugory, wreszcie Thouars, miłe miasteczko o
    niezwykłej liczbie bezpłatnych miejsc parkingowych i parkingów municypalnych.
    Jako, że to poniedziałek (… szewski?)więc do południa sklepy, z wyjątkiem
    kwiaciarni i informacji turystycznej zamknięte. Znowu wąskie, kręte, czasem
    strome ulice, ale bez karkołomności, wszędzie pusto. Pierwszy napotkany zabytek
    – na oko gotycki kościół okazuje się zupełnie neo-, bo konsekrowany AD 1880,
    więc początkowo wydaje się, że po za tymi uliczkami nie będzie tu niczego
    ciekawego. Ale jest – autentyczna brama z XIII w., potem kościół św. Medarda z
    XI (przepiękna hala z żebrowym sklepieniem, wspaniały witraż nad ołtarzem) w
    kształcie odwróconej litery L – takie kościoły widzieliśmy we Włoszech np. w
    Neapolu. Rzeźby na murach wewnętrznych, ślepe drzwi, inne (czynne) drzwi w
    rzeźbionej kamiennej ramie, nad wejściem mała rozeta i balkon. Domy starego
    miasta w większości zmodernizowane, coraz to widać łuk pozostały po dawnych
    drzwiach, ślepe (obecnie) arkady lub jakąś kamienną belkę. Liczne pięknie
    odnowione domy szkieletowe, w tym dwa bardzo dziwne: pierwsza i trzecia
    kondygnacja ma ścianę czołową normalnie prostopadłą do ulicy, a drugą silnie
    odchylona do tyłu. Jak zwykle trochę domów opuszczonych i zaniedbanych, na tych
    wyremontowanych spod odpadającego tynku wyglądają średniowieczne mury. Idziemy
    wyżej - gotycka Chapelle de Chatteau czyli spory kościół przylegający do
    pięknego klasycystycznego pałacu Le Chatteau Ducal des la Tremoille, zbudowanego
    przez księżnę de Tour d’Auvergne (jak to pięknie brzmi, co?) – dziś jest tu
    szkoła)). Obok piękne, duże budynki przyzamkowe. Wąskimi uliczkami do kościoła
    św. Laona (XVII w.), dwunawowa hala gotycka z jedna kaplica – trochę dziwna
    konstrukcja, nastawa ołtarzowa barokowa, ale ładna. W sumie – sporo wrażeń i
    odkrycie turystyczne. Następne miasto podobne – Parthenay, znów liczne bezpłatne
    parkingi, mury miejskie - prawie kompletny system umocnień, w tym brama z
    dzwonem (XIII w.), znowu stare odnowione lub przerobione domy, inne puste.
    Kościół o wyglądzie starego gotyku. Trzy równe nawy o kamiennym kolebkowym
    sklepieniu, dalej drugi kościół St. Lorent z wieżą z XI-XV w. – znowu trzy
    równe nawy, ale o sklepieniach krzyżowych opartych na masywnych filarach, trzy
    prostokątne apsydy. Na ulicach z głośników słychać jazz, pewnie jest tu jakiś
    festiwal. Dalej do Niort, gdzie starówkę, też jak poprzednie górzystą, koronuje
    wspaniała bryła olbrzymiego donżonu z czasów Ryszarda Lwie Serce. Obchodzimy go
    ze wszystkich stron, co równa się spore wędrówce po uliczkach i ruszamy do
    naszego F1 w La Rochelle.
    Dzisiejsze trzy miasta były do siebie podobne – niby leżą ma równinie, ale
    stare dzielnice mają sporo spadzistych ulic, w układzie średniowiecznym, ze
    starą, przeważnie brzydko przerobiona zabudową, dość często jednak trafiają się
    perełki typu - dom szkieletowy z pochyłymi ścianami, wyglądające spod tynku
    stare mury, wykorzystanie budowli obronnych do zamieszkania, co wynika z
    widocznego wysiłku władz miejscowych do rewaloryzacji starych dzielnic dla
    celów turystycznych.
    Formule 1 znajdujemy bez trudu, jest komplet (ale oczywiście nasza rezerwacja
    OK). Na diner mamy rosół, strassburgery z sałatką piemoncką (á 1,10 € za 500 g),
    pomidory, wino, herbatę.
    211km, 5,4, 58 km/g.
  • foolproof 29.10.05, 17:54
    Już są pierwsze fotografie z Francji 2005.
    Fredzio i filipfredzio
  • foolproof 29.10.05, 18:20
    13.09.05.
    Hotel complet - już od rana – dwa lata temu nie udało się nam zarezerwować
    pokoju w tym hotelu.
    Jedziemy do La Rochelle, wszystkie bezpłatne parkingi zapełnione, wjeżdżamy w
    podziemny. Prawie natychmiast po wyjściu na powierzchnię, urokliwymi ulicami
    trafiamy pod umocnienia starego portu - obecnie jest to port jachtowy - w pewnej
    chwili wypływa z niego flotylla żaglówek, tylko niektóre płyną pod żaglami,
    większość na silnikach lub po kilka na holu za motorowymi pontonami. Po basenie
    portowym uwija się bez przerwy niewielki prom, przewożący pieszych z jednego
    brzegu na drugi. Wchodzimy w nobliwe uliczki, zabudowane starymi domami,
    przeważnie dwuokiennymi i maksymalnie o 2-3 kondygnacjach, czasem z wąziutkimi
    balkonami lub tylko balkonowymi drzwiami i żeliwnymi barierkami. Większość ulic
    wzdłuż nabrzeży portu i w jego pobliżu to nieprzerwany rząd bistrotów,
    restauracji i barów, oczywiście z „ogródkami”. Gdy po zjedzeniu drugiego
    śniadania chcemy napić się kawy, mamy z tym kłopot, bo we wszystkich lokalach
    nieliczne wolne stoliki mają nakrycia obiadowe, wreszcie znajdujemy odpowiedni
    lokal i pijemy grand café, przy okazji obserwując, co tutaj jada się w południe:
    otóż - głównie mule (... smacznego..), przyrządzane na różne sposoby, serwowane
    w ogromnej misie, różne sałaty i pizze na cieniutkim cieście, popija się winem
    i lodowatą wodą. Spacerujemy dalej po mieście, oglądamy domy i sklepy, kupujemy
    lody oraz robimy zakupy i wracamy do hotelu. Idę z Wojtkiem na zwiedzanie
    ogromnej Zone Industrialne w której stoi nasz F 1, znajdujemy szereg marketów
    (Lidl, Leader Price i i.), ogromny sklep z zabawkami (musiałem się zmusić, żeby
    niego wyjść nie kupując czegoś), salony samochodowe, stacje obsługi itp.
    30 km
  • orchidea27 29.10.05, 23:41
    Jak zwykle Twoje opisy czyta sie z przyjemnoscia. :)))) Chcialabym tak umiec
    opisywac wnetrza kosciolow i klasztorow. Juz lece ogladac zdjecia.
  • orchidea27 30.10.05, 00:28
    :((( Tylko, ze fotek jeszcze nie ma. Ale Petronim sie usprawiedliwal, zeby byc
    cierpliwym, bo musi troszke poleniuchowac. A poniewaz prosi o wyrozumialosc, to
    chyba mu to wybaczymy. :))
  • foolproof 30.10.05, 15:17
    Narazie poszły trzy fotografie katedry z L'Epine. Wogóle mam dziwmy kłopot:
    zapłaciłem za 720 zdjęć, a dostałem ok. 850 (niektóre podwójnie i potrójnie -
    pewnie maszyna dostała czkawki.
    Pozdrowienia
    Fredzio
  • foolproof 30.10.05, 16:13
    14.09.05.
    W nocy na korytarzu natknąłem się na śpiącego Murzyna, wyraźnie się wystraszył i
    próbował mi coś tłumaczyć, więc powiedziałem mu na odczepnego, że „je ne parle
    pas …itd” i „pardon” i poszedłem. Przypomniałem sobie, że wczoraj wieczorem też
    go spotkałem, jak siedział na progu kabiny tuszowej, co mnie trochę zdziwiło.
    Dziś podróż okrężna, jaką lubię – poboczne, puste drogi, wśród pól kukurydzy,
    rżysk, lasów, czasem małe, sprawiające zupełnie wymarłych osiedla, a potem np.
    Surgères - malownicze, schludne, ciche miasteczko, u stóp murów obronnych z
    wieżami i bramami, wygodny, bo pusty bezpłatny parking. Piękny XI w. kościół,
    siedem arkad, dwa wejścia, duże i małe, więc 5 arkad ślepych, nad skrzyżowaniem
    transeptu z nawą ogromna walcowata dzwonnica, z długimi pionowymi
    szczelinowatymi oknami i płaskim dachem. W sumie fasada i cała bryła kościoła
    piękne. Wnętrze surowe z nikłymi śladami polichromii, pod apsydą maleńka bardzo
    romańska krypta. Kościół w ogóle na planie krzyża łacińskiego, strop drewniany z
    krokwiami.
    Jedziemy do Aulnay, także drogami opisanymi poprzednio, tu znowu fascynujący
    kościół romański, niezwykły fronton, a szczególnie portal to ****+, bo w nim w
    pierwszym łuku 31 figurek zwierząt (jeśli dobrze policzyłem, potem 31 królów i
    poniżej 31 świętych (tak to wygląda). Dzwonnica znów baniasta nad nawą, ale z
    „bretońską” okrągłą wieżyczką z boku. Kapitele kolumn przedziwnie rzeźbione:
    głowy ludzkie, łby zwierzęce, zwierzęta, np. bodzące się kozy, wierzgające
    słonie, słonie z ludzkimi uszami. Obok bardzo stary i zapuszczony cmentarz z
    zupełnie zatartymi nagrobkami i dziwnymi grobami: dwie równoległe ustawione
    poziomo na podpórkach trójkątne belki kamienne, a między nimi, u wezgłowia nagrobek
    I dalej w małej miejscowości St. Mandré-de-Brodoire następne romańskie cudo:
    kościół znowu z szalonym portalem; ludziki, zwierzaki, rośliny. Na zakończeniach
    wystających z murów tuż pod okapem belek kamiennych wyrzeźbione różne głowy,
    niekoniecznie ludzkie. I jeszcze Saint, tym razem duże miasto, bo poprzednie dwa
    to były raczej wioski, tani parking publiczny nad rzeką Vienne, tuż obok dużego
    dość poobijanego podwójnego łuku triumfalnego Germanica. Obok coś jakby resztki
    jakiegoś perystylu i czegoś jeszcze, ale może to po prostu lapidarium: zbiór
    kolumn, fragmentów łuków itp. Idziemy do Abbaye des Dames, obecnie jest to
    szkoła, okazała i rozległa budowla, ale bez rewelacji, potem przez most nad
    rzeką na plac św. Piotra do olbrzymiej, gotyckiej katedry (św. Piotra),
    otoczonej siecią przypór, wnętrze bazylikowe, w apsydzie drewniane sklepienie
    kolebkowe, a w nawie krokwiowe i znowu beczkowata potężna dzwonnica. Rzymski
    amfiteatr pomijamy, bo sądząc z opisu i zdjęć, jest bardzo zaniedbany i
    zarośnięty trawą. Cały dzień pełne słońce, 41˚ w cieniu. Wieczorem, zgodnie z
    planem poszliśmy do restauracji w Carefourze na kolację: zamówiłem spaghetti
    bolognese, i trzy pizze (Margherita, Reine i Toscana), (trochę zaniepokoiło
    mnie, że kelner upewnił się, czy mają być cztery dania dla trzech osób) do tego
    piwo i woda mineralna. Sprawa wyjaśniła się gdy przyniesiono najpierw spaghetti:
    po prostu pełny półmisek makaronu z ragout – pomyślałem, że zjem tylko trochę z
    mięsem, a resztę zostawię, ale zanim pizze się upiekły tyle tego ubyło, że
    uznałem, że i reszta nie przekroczy mojej ... pojemności - zjadłem wszystko, za
    to pół margherity podarowałem Wojkowi, wybitnemu pizzożercy. W nocy ten sam
    Murzyn śpi na korytarzu.
    193,6 km, 5,5 52 km/g.
  • orchidea27 30.10.05, 18:39
    Czekam cierpliwie, az sie ukaza. A nie mogles odrzucic tych podwojnych i
    potrojnych, zeby za nie nie placic ?
  • foolproof 31.10.05, 18:02
    Rzecz w tym , że zapłaciłem tylko za 1 kopię ,a w czasie sortowania okazało się,
    że niektórych odbitek mam po 2-3.
  • orchidea27 01.11.05, 20:28
    To oki. :) Zawsze duplikaty mozesz rozdac przyjaciolom i znajomym. Czekam na
    dalsze relacje, chociaz zajrze na forum dopiero w sobote lub niedziele.
  • foolproof 02.11.05, 15:26
    15.09.05.
    W porannym programie meteo pokazano całą Francję w mgłach, to samo widzieliśmy
    przez okno. Wyjazd o 9.45 we mgle, widoczność ~200m. Francuzi wykazują ogromne
    zróżnicowanie odnośnie używania świateł – od pełnej iluminacji tj. krótkie+
    przeciwmgielne do postojowych, a 10% nie zapala żadnych, ale jadą w tych
    warunkach rozsądnie, zresztą na drogach, którymi jedziemy, ruch jak zwykle
    minimalny. Pierwszy stop w Gencai, kiedy mgła ok. 10.30 nagle ustąpiła pięknej
    słonecznej pogodzie. Średniowieczne miasto, ale takie z szerszymi ulicami, ruiny
    potężnego zamku z 1260 r.), obok skromny romański kościółek. Jak w większości
    tutejszych miast i tutaj stoi wodociągowa wieża ciśnień czyli stosują je nadal.
    Potem jedziemy do Abbaye de Nouiaille – Maupertuis, opactwa z XI w.(pierwsze
    wzmianki z r. 780), spore fragmenty murów obronnych – mury, baszty, fosa i
    kościół, złożony z przedsionka z XII w., nawy z XI i apsydy z XVII, reszta też
    różnie datowana: mnóstwo wobec tego śladów romańskich: zamurowane arkady, okna,
    jakieś fragmenty łuków, zróżnicowana faktura ścian itp. Zaciekawiły mnie
    wewnętrzne przypory, łuki łączące ściany nawy głównej i bocznych, ślady
    polichromii. Za ołtarzem grobowiec św. Juniana z dobrze zachowanym freskami na
    ścianie (w tym trzy heraldyczne orły). Przy opactwie ocembrowana studnia z
    kołowrotem, jakich wiele przy drogach w tutejszych osiedlach.
    Dalej do Chauvigny – trzeba się z mozołem wspinać schodami i stromymi uliczkami
    aby dojść do widocznych z dołu potężnych umocnień, przeważnie zrujnowanych, ale
    za nimi na starym mieście – takim typowym dla tutejszych okolic – kościół św.
    Piotra – odnowiony, łącznie z rekonstrukcją wewnętrznej polichromii. Właściwie
    przyglądam się temu podejrzliwie, fugi między białymi kamiennymi blokami ścian
    pomalowane na ciemno, a na środku każdego bloku duża kropka, kolumny pomalowane
    w kolorowe pasy, równoległe lub spiralne… ale po bliższym przyjrzeniu się
    odkrywam, że ślady starych oryginalnych malunków są właśnie takie. Trochę to
    zaburza mi wyobrażoną wizję wnętrz gotyckich. Na pewno oryginalne są rzeźbione
    kapitele kolumn, zupełnie fantastyczne naprzemian z biblijnymi. Pod katedrą
    wypiliśmy kawę i zjedliśmy lody (za 11.-€)+karafka lodowatej wody gratis (a upał
    niemiłosierny).
    Montmorillon – zajeżdżamy tu pod kościół, który wydawał się nam tym właściwym ze
    względu na rozmiary i okazałość, kręcą się przy nim faceci z metalowymi kuframi,
    ustawiają statywy, reflektory, nawet próbują nas przegonić, ale udaje się na
    wejść na przyległy dziedziniec i obejrzeć ciekawą oktagoniczną budowlę. Wnętrze
    kościoła niedostępne, co nas smuci, bo ma w nim być ciekawa krypta, ale po
    chwili odczytujemy na tabliczce, że to nie jest Notre-Dame, jedziemy więc za
    niezbyt przejrzystym oznakowaniem i trafiamy na parking pod właściwym kościołem.
    Ten był otwarty, jednonawowy, przy czym transept nie jest prostopadły do nawy,
    ale nieco skośny – ponoć dyskutuje się czy ze względu na naśladowanie pochylenia
    głowy Chrystusa na krzyżu czy też z powodu charakteru podłoża. Interesująca nas
    krypta jest zamknięta, ale napis w czterech językach zawiadamia, że klucz można
    za pozostawieniem dowodu tożsamości wypożyczyć w portierni pobliskiego szpitala,
    co okazuje się prawdą i dostajemy się do głębokiej niedużej krypty, bogato
    ozdobionej wspaniałymi freskami.
    W Saint–Savin podziwiamy XI wieczny kościół opacki ze znacznie późniejszą bardzo
    szpiczastą gotycka wieżą, cały w rusztowaniach, wchodzi się z boku
    prowizorycznym korytarzem. We wnętrzu najważniejsze są XII wieczne freski o
    tematyce biblijnej na sklepieniu. Podtrzymują je bardzo grube kolumny, tak, że
    właściwie są tu trzy, równej wysokości nawy.
    Do Angles-sur-Anglin (nad rzeką Anglin) nie byliśmy przekonani pojechaliśmy tam,
    jakby po drodze. A już droga była interesująca, nagle stała się, w
    przeciwieństwie do dotychczasowych, zupełnie górzysta: stromizny, urwiska
    skalne, wąwozy, ostre zakręty. I nagle na przeciwnym brzegu rzeki widać piękny
    zamek, potem z małego parkingu widokowego fantastyczna panorama rozległych ruin
    nad kilkunastometrowym urwiskiem skalnym, potem stary młyn wodny widoczny z
    mostu. Ruiny oglądamy po drodze jeszcze raz z drugiej strony.
    Dziś wszędzie byliśmy jedynymi zwiedzający i prawie stale jedynymi podróżującymi
    po tutejszych drogach (…”To lubię , rzekłem, to lubię…”)
    321 km, 5,5 , 54 km/g.
    16.09.05
    Wyjazd z Poitiers ok. 9.30, do Sens dojeżdżamy ok.16.00, znowu bocznymi, prawie
    bezludnymi drogami, wśród lasów, pól słoneczników itp., z rzadka miejscowości.
    Część drogi pokonujemy nacjonalkami, a nawet bezpłatną autostradą, której nie ma
    na naszych mapach (chyba A 10, zastępująca tu N 10?) – na tych odcinkach trwa
    jakaś akcja (przedwikendowa?) z radarami (trzy zasadzki jednego dnia!) i
    mandatami, nas legalistów to oczywiście nie dotyczyło. Rano mżyło, przestawało,
    padało, chwilami lało i tak we wietrze i deszczu dojechaliśmy do supermaketu, a
    potem do F1 w Sens.
    315,6 km, 5,5 , 65km/g
  • orchidea27 06.11.05, 11:49
    Zdjecia obejrzalam. Czekam na dalsze, jak rowniez na dalsze opisy zwiedzanych
    miejsc.
  • foolproof 07.11.05, 13:16
    Opisów niewiele zostało, a zdjęć od metra, ale muszę je ponownie wgrać.

    17.09.05.
    Decyzja o zwiedzaniu miasta Sens nie była powzięta przy planowaniu („czy jest
    sens zwiedzać jakiś Sens?”), ale wynikła z lektury przewodnika czytanego w
    drodze, po śniadaniu pojechaliśmy do centre ville, zaparkowaliśmy bez trudu i
    bezpłatnie i spacerkiem na stare miasto pod katedrę: pierwsze wrażenie – ogrom,
    ozdobiony po gotycku chojnie mnóstwem rzeźb. Trzy wejścia, niesymetrycznie
    umieszczona jedna trochę dziwna wieża, bez hełmu, z umieszczoną niesymetrycznie
    na szczycie małą wieżyczką. Wnętrze olbrzymie, szczególnie imponuje szerokość
    nawy głównej wspartej na wiązkach kolumn, w nawach bocznych mnóstwo kaplic.
    Kapitele kolumn jak zwykle zaskakują zróżnicowaniem i pomysłowością
    przedstawionych dziwolągów, ale większość po prostu koryncka. Jeden z bocznych
    ołtarzy zachwyca misternością kamiennej gotyckiej koronki, liczne piękne
    witraże, chociaż niektóre bez obrazów, w transepcie po obu stronach wielkie
    rozety, uzupełnione witrażowymi oknami. Apsyda i chór oddzielone od prezbiterium
    ozdobna kratą, stalle skromne, dookoła szerokie obejście z licznymi kaplicami i
    ślepymi arkadami z kolumienkami o zupełnie zwariowanych rzeźbach na kapitelach.
    Nad absydą kolumnada, jakby krużganek. Zwraca uwagę udekorowanie kościoła
    pięknymi i bogatymi kompozycjami kwiatowymi. Do kościoła przylega gmach
    diecezjalnego muzeum o wspaniałym dachu z kolorowej dachówki, z jego okien widok
    na starannie wypielęgnowany ogród kwiatowy, przez który wchodzimy do muzeum,
    dziś gratis, bo jest „week-end de Patrimonium 2005”. Wnętrze wygląda mi na były
    klasztor, bo ma m.in. gotycka salę wyglądającą na dawny kapitularz i ogromną,
    bardzo wysoka salę, pewnie dormitorium. W rozległych podziemiach, częściowo
    chyba dawnych kryptach rzymskie lapidarium, w tym kilka ładnych mozaik, wiele
    fragmentów rzeźb, murów, ozdób ściennych. Wyżej pinakoteka , dość bogata, in
    senzacja!: znaleźliśmy trzy niewielkie obrazki Breughla Młodszego (!!!). Dalej
    relikwiarze, szaty liturgiczne i ich fragmenty, niezwykły relikwiarz w postaci
    ośmiościennego pudła z kości słoniowej rzeźbionego w sceny biblijne. I zabawny
    szczegół: wśród eksponatów zauważyłem z daleka umieszczony w oszklonej
    gablocie francuski kapelusz stosowany i pomyślałem, że to pewnie ten, który
    Bonaparte nosił w czasie bitwy pod Waterloo i z napisu wynikało, że
    rzeczywiście. Jeszcze krótki spacer po mieście: piękny ratusz, ciekawa hala
    targowa, liczne ładne domy szkieletowe. Od rana było pogodnie, ale chłodno,
    ubraliśmy kurtki. Jechaliśmy przeważnie uroczymi bocznymi drogami, przecinając i
    towarzysząc autostradom. Drogi przeważnie puste, kilometrami nic nie jedzie, ani
    osiedli, cały czas słońce i rozbudowywujące się cumulusy, pod koniec nieco się
    zachmurzyło i próbowało padać, ale bez przekonania. Na stacji benzynowej
    wypiliśmy kawę, cappuccino i gorącą czekoladę z automatu – wszystko zdumiewająco
    smaczne. Do hotelu w Monswiller trafiamy łatwo, stoi na brzegiem kanału
    Marna-Ren przy samoczynnej (?) śluzie. Spacer po miasteczku – ciche, schludne.
    311 km, 6,4, 75 km/g
  • aseretka 07.11.05, 14:18
    Podsumowując: był sens zwiedzać Sens:) A ja niestety nie zatrzymałam się w tym
    mieście jadąc z Troyes do Orleanu.
  • foolproof 07.11.05, 15:46
    Ależ oczywiście, że był Sens, a pomijając już piękno miasta i jego zabytków
    .... te trzy (małe) Breughle (wiem powinno być "Breughele") w muzeum (kupiłem
    reprodukcje).
    Pozdrowienia
    Fredzio
  • preuser 08.11.05, 10:20
    innym tez to sie trafia, przejezdzalem uznajac miasteczko za niepotrzebna
    przeszkode na trasie do Orleanu a bylo to po sniadaniu zjedzonym w hoteliku-
    tawernie, gdzie to kibelek umiesczono w pokoju stolowym (byl to taki sobie
    apartament na 4 osoby - maly przedsionek, pokoj stolowy, sypialnia z lozem pod
    baldachimem, lazienka i ten kibelek, wszystko razem czyste i wygodne, wystrojem
    przypominajace epoke ludwikowska) zrobiony byl tak, ze siadajac/wstajac trzeba
    bylo otwierac drzwi a wykonany byl z cieniutkiej dykty, nie tlumiacej
    absolutnie nic ....
    dzisiaj sie z tego smiejemy

  • foolproof 08.11.05, 18:05
    18.09.05
    Zaraz po wyjeździe na przedniej szybie rozbił się nam mały ptaszek...
    Przejazd przez Niemcy naszą tradycyjną trasą tj. przez Heilbronn itd., cały czas
    w pięknym słońcu, po raz pierwszy chyba bez ścigania się i przebijania się
    przez fronty deszczowe, i – ku naszemu zdziwieniu w bardzo gęstym ruchu (a to
    niedziela), choć bez ciężarówek, których olbrzymie stada czają się na
    parkingach. Za to nie zawiódł nas inny tradycyjny element i to w tradycyjnym
    miejscu, pod Norymbergą – STAU – godzinę wleczenia się, pełznięcia w gęstym
    tłoku, zanim wyrwaliśmy się na Berlin i Drezno. I znowu tradycja: obiad w
    Raststädte Frankische Schweiz Süd (chyba ten sam co zawsze na tej trasie):
    pieczone kiełbaski Thüriger Art – ja ze Spätzlami, Wojtek z pieczonymi
    ziemniakami, Jadzia swoją wypróbowaną Kohlroulade mit Salzkartoffeln (po
    ludzku: gołąbek z mięsem), potem kawa espresso zupełnie „Italienischer Art.”
    Dalsza jazda bez przeszkód, na granicy kolejka, ale niczego nie sprawdzają, „Pod
    Orłem” też nasz tradycyjny pokój; ciekawe, że pomimo postępujacej europeizacji (
    stosy ręczników, szampony, żele, nawet czepki pod tusz), ciągle nie ma tu
    przyzwoitej anteny TV, nie mówiąc o satelitarce. W bufecie wypijamy po żywcu i spać.
    19.09.05.
    Rano niespodzianka: śniadanie przeorganizowano na bufet samoobsługowy, dość
    obfity, ale nie do końca porównywalny z tym np. w Oecotelach: nie ma jogurtów do
    müssli, sałatek owocowych i innych, tac itp., ale pewnie w przyszłości będzie
    lepiej. Jedziemy autostradą – jest nieźle, niema już słynnej „drabiny” – do
    Wrocławia jest co prawda tylko jedna jezdnia, ale zawsze wygodniej niż przez
    Legnicę, za Wrocławiem 130/g., tylko ostatnie kilometry to ruiny starej
    autobany. W sumie jedziemy 4 godziny i 6 minut, przy słonecznej pogodzie, ale
    chłodnej.
    368 km Cała wyprawa 4601 km, średnie zużycie paliwa 6,1/l/100 km
    Koniec i bomba………
    Szczegóły na życzenie.
  • preuser 10.11.05, 18:27
    chcialbym zapytac, jadac robicie tak szczegolowe notatki czy masz tak dobra
    pamiec i czy w opisach przez ciebie odwiedzanych obiektow, korzystasz z innych
    materialow ?
    ja mam zawsze ze soba internetowe wyciagi, ciekawych miejsc na trasie jaka
    planuje, zawsze troche wiecej niz ogladam robiac po drodze selekcje,
    najczesciej ze wzgledu na brak czasu, bo wszystko jedno czy urlop trwa tydzien,
    dwa tygodnie czy trzy tygodnie, to czasu i tak ciagle jest za malo

    suma sumarum interesujacy opis, szacunek dla zadanego sobie trudu

    fredzio pamietaj, zla reklama zawsze jest lepsza od zadnej i nie przejmuj sie
    zbytnio krytyka

    spokojnego snu zimowego

    preuser (nick ma pewien zwiazek z osoba)
  • preuser 10.11.05, 18:30
    a nie wypada zostawic czyis wysilek ot tak w przestrzeni ........

  • foolproof 11.11.05, 16:23
    "Każdą wzmiankę człek docenia..."
    Moje notatki są po prostu zewnętrzną pamięcią - już w pierwszej dość przypadkowo
    zorganizowanej wyprawie na Zachód, a obejmującej Francję (w tamtą stronę -
    tranzytem w trzy dni - bez autostrad), północnozachodnią Hiszpanię (Vigo,
    Santiago de Compostela, Lugo, La Coruna itp.,) a potem powolny, prawie
    bezplanowy powrót przez Francję, zauważyłem, że z zwiedzanych miejsc tworzy mi
    się w głowie dokładnie wymieszany bigos, a do tego słusznie spodziewałem się, że
    nie potrafimy potem rozpoznać gdzie zrobiliśmy zdjęcia - trzema aparatami,
    oczywiście nie było wtedy cyfrówek. Zacząłem więc robić notatki.
    Oczywiście korzystam z przewodników i materiałów otrzymywanych w biurach
    informacji turystycznej, ale bez przesadnej staranności, bo i tak, mając na
    zwiedzenie Paryża np. pięć dni, wszystkiego nie zobaczę i nie zapamiętam, zaś
    umieszczanie w podróżnych notatkach tekstów przepisanych uważam za nonsens.
    Głównie notuję więc wrażenia i zachwyty nad zabytkami i krajobrazami. Zwracam
    uwagę, że w zasadzie nie zwiedzam nowoczesnych dzielnic, pasjonuje mnie
    budownictwo romańskie (nie ruiny antyczne!) i gotyckie, z ich łukami,
    przyporami, iglicami itp. A wszelkie uwagi przyjmuję z pełną życzliwością, bo
    nie mam żadnych ambicji literackich i pretensji do nieomylności. Wkrótce dalsze
    zdjęcia.
    Pozdrawiam
    Fredzio
  • orchidea27 12.11.05, 19:53
    Szkoda, ze to juz koniec Twoich opisow :((( Wrazenia naprawde godne starannego
    poczytania. Jak juz mowilam zazdroszcze Ci umiejetnosci opisywania sztuki
    sakralnej. Czekam na dalsze zdjecia, ktore z przyjemnoscia ogladne se ...
  • foolproof 15.11.05, 18:41
    Wobec rażącego lenistwa uczestników tego Forum umieszczam poniżej tekst z
    zeszłorocznej drogi powrotnej przez Francję:
    "19.09.04 Villeneuve-Plage (Formule 1)
    Wczoraj wieczorem przyjechały dwa autobusy panienek w wieku siuśmajtkowym i gdy
    rano wszystkie naraz wstały, to zblokowały wszystkie sanitariaty. Jedziemy
    obejrzeć przełomy rzeki Loup, po drodze jadąc wciąż w górę krętymi drogami,
    oglądamy Grasse – stara jego część to typowe stare górskie miasto, domy
    widziane w perspektywie sprawiają wrażenie jakby były do siebie coraz wyżej
    poprzyklejane, a całość w ciepłych kolorach, wieńczy oczywiście wieża. Ładne,
    ale nie zatrzymujemy się. Droga coraz bardziej widokowa, kręta i miejscami
    bardzo stroma prowadzi nas do Tourette-sur-Loup, gdzie nieoczekiwanie ukazujący
    się napis „parking gratuit” skłania nas do zatrzymania się: za strzałkami „cité
    mediavale” szybko tam dochodzimy: i (znowu) uliczki bardzo wąskie, kręte i
    strome, wszystkie domy w dobry stanie, miejscami ślady bardzo starych murów,
    archaiczny łukowy (rzymski?) most, wreszcie placyk z kawiarnią, gdzie pijemy
    café expresso (tu dają jej trzy razy więcej niż we Włoszech), patrząc z
    zadowoleniem na ładny romański kościół. Dalej znowu wąskimi, krętymi, bardzo
    widokowymi drogami coraz wyżej, przez coraz bardziej pustynne okolice, aż do gór
    pokrytych jałową, pokruszona skałą do przełęczy Col de Vence (powyżej 900 m),
    stąd w dół do Gorges du Loup; droga prowadzi poniżej połowy wysokości zbocza
    wąskiej, głębokiej i krętej doliny, której dnem płynie z szumem niewielka
    rzeczka. Skały urwiście strome, wygładzone erozją z czarnymi pionowymi pasami
    zacieków. Kilka tuneli, wreszcie mijamy Cascade de Courmes: z wysokości ~ 40 m
    ścieka wąska struga wody – wobec podcięcia zbocza nie spływa po nim, rozpływa
    się stopniowo w powietrzu, jakby znikała, materializując się wiele metrów
    poniżej kolejna strugą. Mijamy, bo na wąskiej drodze nie można się zatrzymać,
    ale z małego parkingu na poboczu ktoś wydaje się gotować do wyjazdu,
    rzeczywiście po chwili mamy wolne miejsce, wracamy kawałeczek i podziwiamy
    wodospad. Liczne napisy ostrzegają przed schodzeniem do łożyska rzeki ze względu
    na możliwość nagłego przyboru wody, spuszczanej ze znajdującej się powyżej
    elektrowni („nawet przy ładnej pogodzie”). Potem podobnymi jak poprzednio
    drogami do domu, skąd po krótkim odpoczynku idziemy na spacer do pobliskiego
    parku departamentalnego pełnego biwakowiczów, a jeszcze później wychodzimy
    poszukać przejścia nad morze – trzeba przeciąć dwie ulice-drogi i ogrodzoną
    linię kolejową. Przejście okazuje się przez stację kolejową, co nasuwa nam myśl,
    aby do Monaco pojechać koleją. Plaża piaszczysta, bardzo wąska, ale widok na
    morze i wybrzeża przepiękny. 114,7 km"
    Czy ma być dalej?
  • aseretka 16.11.05, 06:43
    Ten opis już był w watku "Fredzio przed wulkanem":)
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20573&w=13274345&a=27080952
    Ale oczywiście pisz, jak zawsze czyta się z przyjemnością.( Przynajmniej ja
    czytam. ) A może jakieś uwagi praktyczne, co do zwiedzanych miejsc. Np. takie,
    jak mnie się nasunęły przy oglądaniu wodospadu Marmore, że trzeba być tam
    conajmniej godzinę przed spuszczaniem wody. Ten czas pozwala wejść spokojnie na
    górę i podziwiwiać jeszcze "sączącą się" kaskadę, a później przez godzinę
    schodzić w dół i z punktów widokowych podziwiać rozszalały żywioł. Ale to tylko
    taka dygresja, bo Cascata della Marmore jest we Włoszech, a nie we Francji.
    Chodzi mi tylko o rodzaj informacji.
  • francja5 16.11.05, 08:22
    Witaj Aseretko!

    > A może jakieś uwagi praktyczne, co do zwiedzanych miejsc...

    Tak, takie rady są bezcenne!
    I na takie właśnie info bardzo liczę, m.in. od Ciebie... :-)

    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=2843088&a=26050150

    Ale to tylko taka dygresja, bo ja zamierzam być w 2006 r. we Włoszech, a nie we
    Francji...

    Pozdrawiam

    bah7
  • foolproof 16.11.05, 15:15
    aseretka napisała:

    > Ten opis już był w watku "Fredzio przed wulkanem":)
    >
    A to pardon, może coś starszego, dla potrzymania kontaktu:
    AD 1996, ten pierwszy raz (we Francji), już po przejechaniu przez Niemcy (bo to
    nie ten temat): 06.09.96
    "Wyjazd ( z Heilbronnu) ok. 8.30. Granica : nikt się nami nie interesuje.
    Spostrzegam, że przejechaliśmy przez Niemcy, wogóle ich nie widząc, autostrady
    biegną z dala od osiedli, osłonięte lasami, w pobliżu wiosek ogrodzone siatką,
    ścianami dźwiękochłonnym, ale jedzie się szybko (w drodze powrotnej etap z
    Miluzy do Kudowy przejechaliśmy - z górą 1000 km - w 12 godzin, uzyskując nieco
    nieprawdopodobną średnią 93 km/godz.), bezpiecznie i nudnie. Zaraz za granicą
    zjeżdżamy z autostrady na route nationale (aby uniknąć opłat, a także zobaczyć
    coś z Francji). Droga nie różni się jakością od autostrady, biegnącej obok,
    początkowo nie rozumiem o co tu chodzi: dwie praktycznie równorzędne drogi obok
    siebie, z czego jedna płatna, a druga nie? - potem spostrzegam co kilkanaście
    kilometrów znaki kierujące na autostradę wszystkie ciężarówki, nie dokonujące
    przewozów lokalnych lub zezwalające im tylko na ruch docelowy, rzeczywiście na
    drogach oznakowanych N, D i pomniejszych ciężarówki spotyka się rzadko, zresztą
    nie są przeszkodą, jadą szybko, nawet w górach, nie kopcą, a kierowcy obserwują
    drogę za sobą i ułatwiają wyprzedzanie. Prawie wszystkie skrzyżowania rozwiązane
    są w formie rond, czasem wygląda to dziwnie, bo ronda zastępują też rozwidlenia
    dróg, nawet znajdują się po prostu na drodze bez skrzyżowania lub rozwidlenia,
    wtedy zazwyczaj widać w pobliżu budowę nowej drogi, a są tak wyprofilowane, że
    nie można na nich przekroczyć 50 km/g, bo "wyrzucają" na zewnątrz. I tu
    spostrzegam bzdurność przestróg corocznie powtarzanych w wakacyjnych
    poradnikach, że na zachodnich rondach obowiązuje pierwszeństwo dla znajdujących
    się na rondzie, że w ogóle obowiązuje pierwszeństwo dla nadjeżdżającego z prawej
    i parę innych równie mądrych ostrzeżeń. Rzeczywiście, wszystko to święta prawda,
    tak samo rzetelna jak ta, że obowiązuje tam ruch prawostronny; przecież u nas
    przepisy są dokładnie takie same, z tym, że we Francji każde rondo zapowiadane
    jest odpowiednim znakiem, uzupełnionym, dla piśmiennych, napisem "Cedez le
    passage", a przy samym rondzie stoi dodatkowo trójkąt ("uwaga na drogę z
    pierwszeństwem przejazdu") z napisem (jw.) "Vous n'a pas la priorité", zaś
    wszystkie skrzyżowania, nie przerobione na ronda, a więc przeważnie w miastach,
    są zaopatrzone w światła lub odpowiednio oznakowane, przy czym znaki są tak
    ustawione, że widać je też z drogi głównej, co początkowo trochę dezorientuje.
    Jedziemy, prawie bez postojów (raz zatrzymujemy się przy supermarkecie, gdzie
    znowu szukamy brakujących map, ale nie ma nam potrzebnej, drugi raz nie możemy
    znaleźć dojazdu do innego, a gdy wreszcie dojeżdżamy, market okazuje się
    nieczynny) widokowo przepiękną drogą wzdłuż rzeki Doubs aż do Gerzat pod
    Clermont-Ferrand, gdzie spostrzegamy obok drogi neon z napisem "Fast Hotel,
    1,2,3 pers. 160 F", zjeżdżamy. Kolorowa panienka w bufecie na pytanie o pokój
    mówi "C'est ne pas lá", ale po chwili woła kogoś mądrzejszego i okazuje się, że
    lá, recepcja hotelu po prostu jest w kącie restauracji. Ku mojemu (i nie tylko)
    osłupieniu okazuje się, że rozmawiam z recepcjonistą...po francusku. Pokój
    bardzo wygodny: grand lit 1,60x1,80 i drugie łóżko, pościel typu francuskiego,
    wałek zamiast poduszki itp., w kącie pokoju łazienka z plastyku, sprawiająca
    wrażenie prefabrykatu, zaopatrzona w ręczniki, mydełka, duszbady. Hotel w ogóle
    wygląda na zmontowany z prefabrykowanych całych pokoi. Rano płacimy rachunek
    (160 F kartą)."
  • aseretka 17.11.05, 07:37
    Tego jeszcze nie było:) Możesz kontynuować:)
  • foolproof 17.11.05, 15:07
    07.09.06 Śniadanie w pokoju. Wyjeżdżamy o 8.30. Ciekawe, że prawie nic nie
    pamiętam z wczorajszej drogi, zresztą z poprzedniego dnia też nie wiele, chyba
    tylko bardzo sympatyczny parking typu airé-de-repos na którym jemy śniadanie,
    ciągle jeszcze z krajowych zapasów, a tylko herbatę kupujemy w barowozie. Potem
    pobłądzenie za Brive (ok. 50 km) i kawa za 3x6 F. Drogi ciut gorsze(tj. z
    eleganckimi i równiutkimi łatami). Zwiedzamy megasamy na przedmieściach (U,
    E.Leclerc, Intermarche, Atac, Cora itd.). Leclerki chyba największe, z
    parkingami na tysiące samochodów, Visę honorują, choć czasem dopiero od 100 F.
    Stacje benzynowe b. gęsto, z wyjątkiem odcinka z Brive do Bayonne, gdzie ich
    mało i o wysokich cenach (ceny paliwa bez sensu - od 5.70 do 6.45 F za to samo w
    sąsiednich stacjach), a ponieważ przysięgliśmy, że nie zapłacimy powyżej 6 F za
    litr, jedziemy z palącą się lampką rezerwy, aż niespodziewanie spotykamy Total -
    tańszy. Pogoda OK.
    Szukamy hotelu w Tarnos, tuż nad hiszpańską granicą, znajdujemy pokój w
    przydrożnym barze - hotelu za 200 F, dość marny, bez łazienki, w tuszu na
    korytarzu zimna woda, nieczynny bidet. Piwo 2x11 F. Chcieli zatrzymać jeden
    paszport, widać niepewni, czy rano zapłacimy, bo oddali po zapłaceniu rachunku z
    góry.'
    {Następne dni to była Kastylia, Leon, Baskonia, potem powrót przez France
    profond e- moze być...)
    Fredzio
    PS. Jeśli komputer znowu się nie wścieknie to będą zdjęcia.

    Tarnos # 2270km. Wyjazd o 8.30. Ostatni odcinek we Francji i początek
    Hiszpanii jedziemy autostradą (płatną): wjazd we Francji za 11 F, wrzucanych do
    koszyka automatu otwierającego bramkę, Wojtek nie trafia 1 F czyli kosztuje nas
    to 12 F, przed granicą trzeba dodać 8 F. W Hiszpanii podjeżdża się pod automat i
    wyciąga z niego bilet ze ścieżką
  • aseretka 18.11.05, 08:10
    A nie kupowałeś nigdy paliwa na stacjach przy hipermarketach: U, E.Leclerc,
    Carrefour, intermarche? Tam chyba zawsze była tańsza niz na Totalu.
  • foolproof 18.11.05, 13:46
    Oczywiście zawsze staram się kupować paliwo w stacjach przy supermarketach (w
    Barcelonie w takiej stacji były trzy różne ceny: dla zwyczajnych klientów, dla
    legitymujących się aktualnym paragonem z marketu i dla posiadaczy karty stałego
    klienta), ale na opisanym odcinku podroży ich nie było (!) Różnice cen paliwa są
    we Francji najwyraźniejsze, w Hiszpanii minimalne.
    Fredzio
  • foolproof 18.11.05, 13:56
    1996
    "Cz. III. France profonde

    14.09.96 Przy wjeździe na francuską autostradę powtarzam błąd Wojtka, z tym, że
    nie trafiam monetą 5 F, znajduje ją i wrzuca obsługa. Zajeżdżamy do Leclerka,
    kupujemy chleb (bagietkowaty "bochenek" 400 g) ser, mleko UHT, winogrona, pomidory.
    St.Jean-de-Luz - stare miasteczko nad Atlantykiem, piękna plaża odgrodzona
    murem od ulicy, strefa piesza wokół ogromnej romańskiej katedry, pojedyncza nawa
    - kolos, ściana za ołtarzem (nastawa)znów cała złota i zdobna. Potem szukamy
    noclegu w Bayonne: F1 complet, Premiere classe complet, są tylko miejsca w
    hotelach powyżej 300 F, kręcimy się w kółko, wreszcie Wojtek przytomnie radzi,
    aby odjechać dalej od wybrzeża. Rzeczywiście po kilkunastu kilometrach widzimy w
    małym miasteczku (Peyrehorade) Hotel du Parc, stary budynek przy głównej drodze,
    pokój za 175 F, na poddaszu mansardowym, bez ubikacji, która jest w korytarzu,
    ale z łazienką czyli plastykową kabiną wbudowaną chyba w dawny schowek lub
    szafę, grand lit + łóżko. Budynek stary, wyraźnie przerobiony na
    nowocześniejszy, wspaniałe drewniane podłogi i schody, w drzwiach przedpotopowe
    zamki - bez klamek, z odsuwanym ryglem. Idziemy z Wojtkiem na piwo (2x11 F).
    Ulice puste, jest ok.20.00, pełno gości w lepszej restauracji, trochę ludzi w
    pizzeriach i barach. W pokoju wywieszka z ceną pokoju (Prix de chambre - grand
    lit 140, lit supplementaire 35 F, petit dejeuner 35 F). Decydujemy się pozostać
    na następny dzień, wrócić do Bayonne i na wybrzeże.
    15.09.
    Jedziemy do Bayonne - piękne miasto, katedra, muzeum Bonnat za darmo, obrazy,
    głównie Bonnata. Na wystawie cukierni widzimy ogromne płyty czekolady -
    tradycyjnego wyrobu datującego się od czasu osiedlenia się tu Żydów
    sefardyjskich, wypędzonych z Hiszpanii; kupujemy po 5 dag dwóch odmian, panienka
    dokładnie odważa, poczem spory odkrojony kawałek wręcza jako premię, czekolada
    rzeczywiście dobra. W kawiarni pijemy grand café au lait. W dalszej drodze
    skręcamy w widokową Route Imperiale, dojeżdżamy do punktu widokowego z miejscem
    piknikowym (ławki i stoły, woda bieżąca, jemy śniadanie: bagietkę i foie gras
    (czyli - pasztet mazowiecki); foie gras reklamują tutaj tablicami przydrożnymi
    co chwila, pełno tego w różnej wielkości puszkach w każdym sklepie, wynika, że
    produkują te konserwy na każdej gęsiej farmie. Widoki z drogi i punktu
    widokowego oszałamiające (kiedy zabraknie mi przymiotników?).
    St.Jean-Pied-de-Porte: romański kościół w murach obronnych, piękne domy nad samą
    wodą, miejscowość wyraźnie turystyczno-wczasowa.
    St.Martin-d'Arberoue: groty (Epernay/Grottes d'Isteritz et Oxocelhaye), jedne z
    kilkudziesięciu w tych okolicach, te stosunkowo niewielkie: dwie ogromne komory
    wysokości kilkunastu metrów, z cudownymi formami naciekowymi, stalagmity i
    stalaktyty, kolumny - gładkie, gufrowane, sękate, torty weselne, festony,
    zawoje, firany, kalafiory, skamieniałe wodospady - nieprawdopodobna rozmaitość,
    w tym postacie, posągi niekiedy zupełnie upiorne, przewodnik daje koncert na
    stalaktytach, uderzając w nie młotkiem. Specjalnie dla nas (reszta Francuzi),
    streszcza swoje wypowiedzi także po angielsku. Na ścianie prehistoryczne
    rysunki: bizon i mamut; druga komora podobna, ale wszystko w niej jakby
    rozmazane i przyprószone, za to pokryte błyszczącymi kryształami. Nacieki w
    trzech kolorach: białym (węglan wapnia), rudym (domieszka żelaza) i czarnym (
    mangan). Przy wejściu był napis, że przewodnicy nie pobierają innego
    wynagrodzenia po za napiwkami, dajemy wiec na pożegnanie pour boire. Binoge -
    ładne miasteczko á la basque (strome wąskie uliczki, domy z kamienia, pasaże,
    przejścia, schodki itd). Wracamy do Peyrehorade, idziemy na pizzę, zamawiamy
    trzy różne i pół wina w karafce, w drugiej dostajemy lodowatą wodę, pizza nie
    nadzwyczajna, z brzegu trochę przypalona, za to wino w sam raz, 138 F.
    16.09
    Na pytanie czy można zapłacić za hotel Vizą gospodarz wyjmuje z szufladki
    odpowiednią maszynkę, odtąd nie zadaję nigdzie tak głupich pytań. za 70W drodze
    zakupy w Intermarché . Zmiana planów: stwierdzamy, że nie warto tracić czasu na
    duże miasta, rezygnujemy z Tuluzy, skręcamy na północ. Orthez: Pont Vieux:
    średniowieczny kamienny most nad bystrą rzeką w kamienistym łożysku, po moście
    jeżdżą samochody, jedyne ograniczenie: wysokość pojazdu, zaraz za mostem
    automatyczny przejazd kolejowy, stąd przed samym mostem odpowiedni znak i napis.
    Po za tym miasteczko jw."
    Pozdrowienia
    Fredzio
  • francja5 18.11.05, 19:16
    Fredzio, dla mnie czytanie Twoich "starych" opowieści to przyjemność...

    > stwierdzamy, że nie warto tracić czasu na duże miasta...

    Dla mnie szkoda, że ta opinia się u Ciebie zmieniła, jakoś nie potrafię
    emocjonować się opisem więcej niż 10 kolejnych kościołów, wolę Twoje barwne
    opisy ciekawych miejsc, bo może sam je kiedyś wykorzystam...
    Oczywiście, ja wiem, że w Polsce jest wielu pasjonatów obiektów sakralnych...

    > Nasze wyprawy „na Zachód” już dawno utraciły pierwotną spontaniczność, gdy
    > jechaliśmy tylko z bardzo ogólnikowym planem podróży, bez zarezerwowanych
    > noclegów...

    Dla mnie to jeszcze większy żal, bo znalezienie we francuskim miasteczku miłego
    pensjonatu to sama frajda i wspomnienie równie ciekawe, co inne atrakcje
    turystyczne, a trudno za takie uznać (niewiele tańsze!) noclegownie typu F1.
    Oczywiście, ja wiem, że w Polsce jest wielu miłośników F1 i bardzo pasjonują
    się oni ich opisami...

    A mi pozostają Twoje "stare" wspomnienia...

    Pozdrawiam

    bah7
  • aseretka 12.12.05, 14:14
    > PS. Jeśli komputer znowu się nie wścieknie to będą zdjęcia.

    Coś tych zdjęć nie widać:( Czy komputer znowu się wściekł?
  • janou 18.11.05, 14:05
    "hotel w ogole wyglada na zmontowany z prefabrykowanych pokoi" tak jest,
    widzialam reportaz w telewizji to podobne do gier dzieciakow ,nakladaja jedno
    na drugie takie jak by klocki,dlatego te hotele sa bardzo tanie ,bo nie duzo
    godzin "main d'oeuvre"pracy robotniczej????P
    ps.pieknie opisujecie Francje,a gdybym ja tak umiala.....
  • foolproof 18.11.05, 21:43
    Wobec niespodziewanego zainteresowania starymi podróżami ciąg dalszy: (16.09.96)
    "Orthez: Pont Vieux: średniowieczny kamienny most nad bystrą rzeką w kamienistym
    łożysku, po moście jeżdżą samochody, jedyne ograniczenie: wysokość pojazdu,
    zaraz za mostem automatyczny przejazd kolejowy, stąd przed samym mostem
    odpowiedni znak i napis. Po za tym miasteczko jw.
    Gave - widzimy jakby TGV, ze zdumieniem stwierdzam, że krzyżuje się z torami
    droga z normalnym przejazdem kolejowym, chyba więc to nie TGV, ale jakiś
    zwyczajny pociąg.
    Pau - uzdrowisko dużej klasy, bogate, olbrzymie domy na bulwarze nad urwiskiem
    (Boulevard de Pyrrenées), palmy. Promenada zabezpieczona barierką, na której
    wyryte rowki wskazują poszczególne szczyty widniejących w dali gór, każdy taki
    rowek zaopatrzony poniżej tabliczką z nazwą góry i jej wysokością. Winda w
    postaci kolejki linowo-szynowej (bezpłatna) łączy promenadę z ulicą poniżej.
    Oglądamy zamek i katedrę gotycką. Spostrzegam, że zwiedzane przez nas katedry
    gotyckie (wczesno-gotyckie?) mają bardzo surowe wnętrza, jak to określam - nie
    są zbarokizowane.
    Auch - olbrzymia katedra z witrażami i stallami do oglądania za dopłatą, przed
    nią demonstracja rolników (przeciw importowi wołowiny?) w strojach ludowych
    (czyli wszyscy w jeansach). W dalszej drodze szukamy benzyny poniżej 6 F, jak
    postanowiliśmy, znajdujemy w Intermarché. Po naszej stronie nie było tak bardzo
    długo parkingu, że zgłodnieliśmy, wreszcie jest przed Beaumont, nie najlepszy,
    ale z drzewkiem, jemy bagietki, sałatki, pijemy herbatę.
    O 18.30 jesteśmy w Montauban, znajdujemy F1, dostajemy bez problemów pokój,
    recepcjonista udziela nam krótkich objaśnień automatyki hotelowej. Pokoje
    otwiera się zamkiem szyfrowym sześciocyfrowym, podobnie drzwi wejściowe do
    hotelu, kiedy nie ma w nim obsługi (tj. 22.00-7.00 i 10.00-17.00). Wtedy także
    można wynająć pokój, jeśli się ma kartę bankową, za pomocą umieszczonego przy
    wejściu automatu. Pokój ma 4,5x3 m, grand lit 2x1,6 m i dodatkowe łóżko nad nim,
    z drabinką. W kącie umywalka pod olbrzymim lustrem, a właściwie dwoma lustrami
    na sąsiednich ścianach, co daje przy zbliżeniu się do tego kąta dziwaczny efekt,
    bo widzi się siebie w trzech osobach, w tym jedną w niezrozumiały sposób
    odwróconą stronami, gdy dwie postacie podnoszą lewą rękę, to środkowa prawą. W
    drugim kącie trójkątny stolik - biureczko, nad nim mała świetlówka i telewizor
    na półeczce, sterowany pilotem przymocowanym do ścianki oddzielającej łóżko od
    umywalki, na ścianie pionowo długa świetlówka, zasadnicze oświetlenie pokoju,
    tak sprytnie wymyślona, że światło można kierować na łóżko, lub umywalkę. Przy
    umywalce gniazdko umożliwiające nam posługiwanie się grzałką, gotujemy
    zupkę/makaron i herbatę. Niewielkie okno z roletą i blokadą, pod nim kaloryfer
    elektryczny, czynny. Kosz na śmieci, pod telewizorem zegar cyfrowy z budzikiem.
    WC na korytarzu, ale blisko: kabina z plastyku, muszla jest częścią całości
    kabiny, woda spłukuje muszlę, gdy przekręca się zatrzask drzwi, potem po wyjściu
    i zamknięciu drzwi, nad którymi zapala się czerwona lampka, słychać w środku
    ponure wycie oraz straszliwe pluski i huczenia (mycie i dezynfekcja), próbowałem
    zajrzeć wtedy do środka, ale natychmiast zapaliło się tam światło i wszystko
    ucichło, kabina tuszowa podobna, temperatura wody regulowana dowolnie, tusz
    uruchamia się czasowym przyciskiem dowolną ilość razy, na ścianie wisi pojemnik
    z mydłem - żelem, a za przegródką suszarka, którą można wysuszyć nie tylko
    głowę, ale całe ciało (z wyjątkiem nóg, no, chyba żeby stanąć na rękach). W
    pokoju są dwa duże ręczniki i jedna jednorazowa plastykowa szklanka. Jest
    automat z gorącymi i zimnymi napojami i batonikami. Rano można za 22 F zjeść
    petit déjeuner: kawa, herbata, mleko, czekolada, bagietka, masło, dżem i coś tam
    jeszcze - bez ograniczeń - nie korzystamy - pierwsze śniadanie jadamy w pokoju,
    drugie w drodze, herbatę robimy do termosu, wychodzi to o wiele taniej. Całość
    sprawia wrażenie bezdusznej maszyny do spania, ale polubiliśmy te F1, nie tylko
    ze względu na cenę (129 F)."
    Starozytność tekstu wyjasnia liczne archaizmy (franki, fascynacja Formule 1
    itp), niektóre usunąłem dla uproszczenia.
    Fredzio
  • aseretka 21.11.05, 07:14
    > ps.pieknie opisujecie Francje,a gdybym ja tak umiala.....

    Janou, na pewno potrafisz. Nawet jeśli będzie to kilka zdań i będziesz przy tym
    korzystała ze słownika:) I nie wątpimy, że twoje doświadczenia w podróżowaniu
    po Francji bardzo by się przydały. Spróbuj.
  • foolproof 25.12.05, 12:56
    Wybór fotografii z "Francji 2005" jest sukcesywnie uzupełniany.
    Fredzio i Filipfredzio:
    1. Yashica 108
    2. E 300
  • foolproof 28.12.05, 12:21
    Czy AD 2005 tylko ja byłem we Francji?
    Fredzio
  • aseretka 28.12.05, 14:55
    Przypuszczam, że sporo osób było. Jednak nieliczni, tak jak ty Fredzio, chcą
    się dzielić wrażeniami. A szkoda...:(
  • prowansja49 30.12.05, 22:53
    Wszystkim miłośnikom Francji najserdeczniejsze życzenia "poświąteczne" i
    noworoczne. Życzę zwiedzenia wszystkich najciekawszych i ciekawych miejsc,
    wielu rewelcyjnych wrażeń i powrotów do Francji na każde Wasze życzenie.
    Życzenia takie (egoistycznie) kieruję również do siebie pomimo, że trochę
    miejsc już widziałam.Przykro mi ale nie mam czasu na opisywanie tego
    wszystkiego, zresztą robicie to świetnie.
    Pozdrawiam wszystkich i życzę przyjemności na drogach nie tylko Francji.
    PS. W lutym polecam Nice z karnawałem, kwitnącymi mimozami, corso kwiatowym
    (super, wystawami itd.. Dodatkowo święto cytryny w Menton i wiele spokojnych
    chwil bez tłumu turystów.NIKA

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka