Dodaj do ulubionych

Pseudofilozofia pt II

10.01.06, 11:26
Winyl
kaseta
CD
mp3
i...
Każdy z tych nośników na swój jedyny i niepowtarzalny sposób wprowadza pewne
elementy dodatkowe do muzyki, której słuchamy. Każdy z nich w pewnym zakresie
dyktuje także 'styl odbioru'.
Nie licząc gramofonów przenośnych, płytka winylowa uziemiała słuchacza,
zmuszała go do postawy czujnej i kontemplacyjnej, do słuchania w określonym,
rozplanowanym środowisku (wygodny fotel lub łóżko). Przy słuchaniu winyla
raczej nie robiło sie niczego innego, by pośród szumów i trzasków nie
przgapić, co ciekawszych dźwięków i by móc natychmiast przełozyc krążek po
zakończeniu odtwarzania jednej ze stron. Wtedy właśnie mogły powstawać
szaleńcze kompozycje Zappy, free jazzowych obłąkańców typu Coleman czy
Dolphy, rockowe monumenty typu Pink Floyd czy inni panowie od progresu.
Słuchacz był dużo bardziej skoncentrowany, zaryzykuje nawet stwierdzenie, że
po prostu słyszał więcej, ponieważ skupiał sie tylko na rytuale słuchania, na
święcie obcowania z muzyką.
Ale pojawia sie rewolucja - kaseta magnetofonowa. Najpierw równie nieporęczne
jak winyle pierwsze tasmy szpulowe, które w sumie niczego nie zmieniają,
oprócz pogorszenia jakości dźwięku i jednej, ale za to maksymalnie ważnej
rzeczy - możliwości własnoręcznego nagrywania. Kończy sie pewien etap, w
którym byliśmy odgornie skazani na słuchanie tego, co miał nam do
zaproponowania wydawca i zespół (kolejnośc nieprzypadkowa:) a zaczyna się
okres pierwszej amatorskiej fali nagrywaczy i twórców składanek. Wreszcie na
jednej taśmie możemy mieć wszystkie swoje ulubione nagrania Lou Reeda
pozbierane z róznych płyt i poukładane według wlasnego gustu. Apogeum to
zjawisko oczywiście osiąga w momencie pojawienia się normalnej kasety
magentofonowej, z ktorą można zrobic praktycznie wszystko. Jest malutka,
poręczna, wielokrotnie zapisywalna i co najważniejsze, da się ja odtwarzać
poza domem. Walkman staje sie wynalazkiem, który rewolucjonizuje świat
odbiorców muzyki. Odbija się to też oczywiście na twórcach - na listach
przebojów niesmiało pojawiają sie disco i punk, powoli zaczynają zanikać
monstrualnej długości artrockowe suity, a prymat przejmują kawałki, ktorych
długość nie przekracza 3-4 minut, całe albumy zamiast 5-6 numerów, maja po
dwadzieścia i więcej (w tym moi ukochani w onym okresie Toy Dollsi z 40-60
kawałkami na jednej kasecie:). Całkowicie zmienia się styl odbioru. Muzyka
przestaje byc swiętem, powiązanym z okreslonymi rytuałami (wyjęcie winyla z
koperty, staranne oglądnięcie go pod kątem ewentualnych rys, delikatne
przetarcie flanelową szmatka, pieczołowite ułożenie na tacce gramofonu, pełne
namaszczenia opuszczenie igły, dyskretne i bezwstrząsowe zajęcie 'fotela do
słuchania muzyki' - to wszystko powoli odchodzi w niepamięć) a zaczyna się
okres muzyki jako, (ładne to i gdzies wyczytane:) soundtrack for our lives.
Muzyka zaczyna towarzyszyc nam wszedzie - na szkolnych wycieczkach, w czasie
nudnych wykładów na studiach, w samochodzie, na spacerze z psem. To nie moze
pozostać bez wpływu na to 'jak' słuchamy. Dużo bardziej zaczyna się
liczyć 'energetycznośc' danego kawałka, jego umiejetność wpasowania sie w
rózne sytuacje, natomiast mało komu chce sie nadal sledzic
kilkudziesieciominutowe konstrukcje, pełne dopieszczonych dźwięków.
Oczywiście możliwośc własnorecznego zapisu dźwięków, powoduje też
niespotykany boom na nowe kapele - praktycznie od tej chwili większość rzeczy
zwiazanych z założeniem zespołu, stworzeniem muzyki, i zarejestrowaniem jej w
celu udostepnienia mozna zrobić nie wychodząc z własnej piwnicy. Muzyka jest
coraz bliżej nas, ale niestety, przez ten pewnego rodzaju nadmiar, zaczyna
tracić na jakości i to w dwojakim sensie - po pierwsze pojawia sie mnóstwo
kapel, które nigdy nie powinny były wychylać się z mrocznych i zagrzybionych
piwnic, po drugie - jakości zarejstrowanego dźwięku, pełnego fabrycznych
szumów, niespodziewanych wstawek zrobionych przez pijanego brata, co po nocy
puszczał sobie twoich ukochanych Pistolsów i mu sie rec przypadkiem nacisł,
sorry oraz innego magnetycznego smiecia.
Problem jakości zaczyna miec coraz wieksze znaczenie, az wreszcie w lepkie
łapki audiofilskich onanistów wpada wynalazek na miare nowego millenium,
czyli płytka CD. Poczatkowo niesie ze sobą pewien "regres" - znów, by
posłuchać muzyki, muszę się uziemić w domu, znów muszę uważac na każdy ruch
jaki wykonuje płytą, znów pojawia sie coś o czym zapomniałem powiedziec przy
winylach, czyli fetysz gadżetów i okładek - wystarczy chocby wspomnieć
opakowanie Vitalogy Perl Jamów, wiekszośc okładek Autechre, czy legendarnie
zakazane okładki Naked City. Człowiek jest jednak takim zwierzakiem, że jak
się do czegos przyzwyczai, to trudno to zmienić, więc musiał sie pojawic
sprzet, w którym jakośc CD mozna było połaczyć z przenośnością kaset. Co
zrobionym zostało, bezlitośnie przy tym obnażając kompletna afunkcjonalnośc
kompaktu i jego praktyczna nieprzydatność do słuchania w warunkach
pozadomowych. CD trzyma sie nadal mocno ale pojawia się wreszcie konkurencja
na miarę nowych wyzwań, czyli możliwośc kompletnego 'zdematerializowania'
nośnika i zapisania muzyki w formie pliku.
Na tym etapie jesteśmy, dla mnie jest to etap chyba najblizszy ideału, jaki
mogę mieć. Puszczajac się na zagrzybione bagna pseudofilozofii zaryzykuje
twierdzenie, ze cyfrowa wersja muzyki, jest najlepsza, ponieważ odbiera
słuchaniu całą, moim zdaniem zbedną, fizyczność, którą muzyce nadawały
nośniki, nazwijmy je, materialne typu winyl/kaseta/cd. Znika fetysz,
pozostaje sama esensja, sam dźwięk i to, co ty sam możesz z nim zrobić.
Muzyka, byt z natury abstrakcyjny po prostu wraca w abstrakcję, przestaje się
wiązać z jakimś ograniczonym środowiskiem w którym można ja odtworzyć, a
zaczyna być wszędzie wokoło nas, dostepna za naciśnieciem jednego przycisku,
gdziekolwiek byśmy nie byli i co bysmy nie robili. Oczywiście nie pozbyłem
sie mojego zbiorku winyli, oczywiście nadal mam dwa pełne kartony kaset (z CD-
eków zrezygnowałem natychmiast, kiedy było stac mnie na odtwarzacz mp3), ale
tym co aktualnie króluje w moim osobistym stylu odbioru jest właśnie plik
komputerowy. I teraz czas na kwestie do rozważenia: który z w/w nośników Wy
uznajecie za najlepszy, najbardziej adekwatny do tego, czego słuchacie. I
trochę futurologii - w która stronę może sie jeszcze rozwinąć
trend 'dematerializowania' muzyki. Czy nastapi przesyt muzyką, spowodowany
nadmierna dostępnoscią, a tym samym muzyka zacznie mocno tracic na znaczeniu
(bo co to za frajda, jak wszystko mozna mieć juz, tu i teraz, bez wysiłku
wiekszego niz przycisnięcie klawisza myszy?)

Ot taki sobie wąteczek do luźnych fristajli w temacie:)

Pozdrowienia:)
--
"Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
Wolna Kultura
Edytor zaawansowany
  • janek0 10.01.06, 11:43
    braineater napisał:

    > Winyl
    > kaseta
    > CD
    > mp3

    A wcześniej jeszcze były żywe wykonania. A w przyszłości rezygnacja z elementu
    "pośredniczącego" w postaci nośników pamięci - dowolna muzyka będzie dostępna w
    drodze bezpośredniego streamingu w dowolnym miejscu i czasie. Technicznie
    jesteśmy już o mały krok od tego - wystarczy, że pojawi się szybkie p2p na
    komórkach, i potrzeba posiadania ipodów zniknie... Po prostu będzie można
    włączyć sobie akurat to, co się chce. Jest oczywiście problem prawny, ale jeśli
    coś jest technicznie możliwe, to żadne prawo tego nie powstrzyma.

    Jednak myślę, że wizja postępu zarysowana przez kolegę jest trochę złudna. Niby
    fakt, że kolejne nośniki dają coraz więcej wolności odbiorcy, ale też
    wprowadzają kolejne ograniczenia. Jest tak, że pojedyncza osoba nie jest w
    stanie zapoznać się ze wszystkim, co ją interesuje, i musi polegać na opiniach
    krytyków (a teraz już także - metakrytyków, bo przecież nie ma czasu, żeby
    przeczytać wszystkie recenzje) - vide choćby wątek pszemcia1. Więc będziemy w
    coraz większym stopniu zależni od opinii innych, choćby nawet sama forma
    udostępniania muzyki powodowała, że jesteśmy coraz bardziej wolni w sposobie jej
    odbioru. Im więcej wolności, tym więcej zależności - paradoks taki.
    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • ihopeyouwilllikeme 10.01.06, 11:46
    Winyle to dla mnie czarna ( nomen omen ) magia, bo muzyki zacząłem słuchać już
    w epoce CD - zwłaszcza, że w mojej rodzinie nie było nigdy jakiejś tradycji
    słuchania muzyki ( jedyny winyl w domu należy do mnie - to siedmiocalowy
    singiel " The Fly " U2, którego ani razu jeszcze nie miałem okazji włączyć - bo
    nie mam na czym, nigdy nie mieliśmy adaptera ). Natomiast wychowałem się na
    kasetach ( kiedy zaczynałem słuchać muzyki, ok. 1995 roku, niemal każdy nowy
    album można było kupić na kasecie za niższą cenę - fajnie było ), i to do nich
    mam największy sentyment, mimo kilku denerwujących wad. CD nie lubię, i nigdy
    się nie przekonam - strasznie mnie wkurza ich awaryjność i
    " nieprzewidywalność " odtwarzaczy. Mp3 - ja jednak lubię mieć oryginał w
    pudełku, z okładką, z książeczką, z tym całym " artworkiem " - to elementy
    takiego zewnętrznego " mistycyzmu ", z którego mp3 muzykę odziera. Jasne,
    muzyka jest najważniejsza, ale zawsze lepiej jest mieć więcej niż mniej.
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • abranova 10.01.06, 12:27
    No wiesz, Braineater, pointa Twego wywodu kompletnie mnie zaskoczyła. Po
    rozbudowanym opisie magii winyli tudzież autotwórczych mozliwości kaset
    magnetofonowych zupełnie nie spodziewałam sie, że mp3 uznasz nagle za bliską
    ideału! "Zbętna fizyczność" słuchania muzyki jest akurat dla mnie bardzo ważna.
    Nigdy nie domagam sie od muzyki walorów dostępności i szybkości konsumpcji a
    raczej intensywności duchowych i estetycznych przeżyć. Tak jak nigdy nie
    potrafiłam czytać książki i słuchać radia czy oglądać telewizję jak niektórzy,
    hehe, to nie potrafię słuchać muzyki tak, aby jej nie słyszeć i nie odczuwać.
    No chyba, że jest to płyta, która znam minimum 8 lat i znam na niej każdy
    dźwiek, więc mogę zająć myśli czyms innym lub rece znienawodzonym zmywaniem
    naczyń...Podobnie odrzuca mnie atomizacja muzyki na poszczególne kawałki,
    single i nie potrafię sluchać muzyki w formie takiej skladanki dlużej niż
    godzinę, bo mnie to męczy

    Przyszłość muzyki? obawiam się, że będą to komórkowe dzwonki...Może nasi
    następcy będa podniecać się juz nawet nie utworem ale samym dźinglem, rifem czy
    innym krótkim dźwiękiem. Brrrr
    --
    CD: skrót od (<-) czadowe dźwięki, muzyka służaca do wprawiania się w mroczny,
    ekstatyczny nastrój.
  • braineater 10.01.06, 12:44
    'zbędna fizycznośc' jest może faktycznie troszkę na wyrost określeniem, ale
    podoba mi sie to, że kieszeni bluzy, mogę mieć 12 albumów aktualnie najczęsciej
    słuchanych, że nie musze nosić ze soba torby, by móc w każdej chwili posłuchac
    akurat tego na co mam ochotę, że wystarczy pierdółka wielkości zapalniczki
    (abstrachując od tego, ze podpięta ta pierdółka jest do duzych bardzo
    słuchawek:), że moge miec te muzykę przy sobie cały czas i cały czas jej
    słuchać. Nie mogłem tego robic z winylem, nienawidziłem tego robić z CD-kami.
    To mi sie własnie w mp3 i wszystkich formatach podoba najbardziej. Tylko teraz
    jest pytanie, jak to poszerzenie mozliwości wpłynęło na 'jakość' mojego
    odbioru? Sam zauważam u siebie coraz większą tendencję do wrzucania na playerkę
    rzeczy raczej prostszych, raczej bazujących na energii i rytmie niz na jakiś
    wysublimowanych przekazach dźwiekowych - zestaw na dzis to na przykład Les
    Negresess Vertes, koncert Morphine, Blockhead, Roots Manouva, Afro Kolektyw:),
    live Venetian Snares i dwie płytki The Streets - czyli raczej przytup i radocha
    niz namiętnie wsłuchiwanie się w każdy dźwiek płynący z słuchawek - nie bez
    znaczenia jest tez fakt, ze sa to płytki które generalnie 'znam na pamięć'. Nie
    pozostaje to tez bez wpływu na to, czego słucham w chacie, bo to dopiero wtedy,
    bedac bardziej skupionym wybieram sobie do słuchania dziwolagi rzadkiej maści,
    wiedząc, że tylko wtedy bedę mógł im poswięcić odpowiednią porcje uwagi. I w tą
    stronę własnie chciałbym pociagnąc ten watek - w jaki sposób nośnik dyktuje nam
    sposób słuchania.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • janek0 10.01.06, 12:59
    abranova napisała:

    > Nigdy nie domagam sie od muzyki walorów dostępności i szybkości konsumpcji a
    > raczej intensywności duchowych i estetycznych przeżyć.

    No, ale mp3 nie *zmusza* do szybkości konsumpcji. Mp3 *pozwala* na szybką
    konsumpcję, co oznacza, że można konsumować albo szybko, albo powoli, w
    zależności od własnej woli. A z winylem można tylko powoli.
    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • pytajnick 10.01.06, 12:31
    1. Sugestia techniczna - walicie czasem niektórzy Forumowicze pięknymi, długimi
    tekstami, że aż miło sie robi w epoce smsa, ale z własnej winy utrudniacie
    czytelnikom ich odbiór przez niestosowanie kapitów. Jasne, kto naprawdę chce to
    przeczyta, ale z czystej uprzejmości zróbcie proszę czasem podwójny enter
    zamiast pojedynczego, będziemy Was jeszcze chętniej czytać ;-)

    2. Jeśli o sentymenty chodzi, to ja jednak czuję takowy do CD. Niby tez na
    kasetach się wychowałem i dalej pod łóżkiem mam ich dziesiątki, ale nigdy za
    nimi specjalnie nie przepadałem. Może to boleśnie wyrywający z muzycznego
    uniesienia dźwięk auto-stopu z powodu końca strony? Może to rzężenie mechanizmu
    magnetofonu, które prędzej czy później zawsze przychodziło? Może to fakt, że w
    moim magnetogonie, który dostałem na Pierwszą Komunię, prędko nie tylko rzęziło,
    ale jeszcze trzeba było lekko naciskać pauzę, żeby play się automatycznie nie
    wyłączało (blokowałem zapałką)?

    W każdym razie z okresu mojej młodości nie pozostał mi sentyment do kasety,
    która pomijając powyższe jeszcze się zużywała, miała biedne malutkie okładki, a
    przy pirackich kasetach (a takie głównie były) na minaturce okładki i spisie
    utworów się kończyło. Pozostał mi za to sentyment do CD, których pojawienie się
    i chwytanie w dziecięce łapska było jak wsiadanie do Ferrari F40, a naciskanie
    "eject" na odwtarzaczu, wkładanie delikatnie krążka, powtórne "eject" i "play"
    jak zapalanie silnika w owym Ferrari. I wreszcie staranne przeglądanie starannej
    książeczki.

    3. Empetrójkami wcale się jakoś bardzo nie cieszę, przez długi czas wręcz
    broniłem się, bo bałem się właśnie zalewu i bałem sie stracenia "obrzędu". No
    ale cóż, prędzej czy później (prawie) każdy się poddaje, choćby z czysto
    pragmatycznych względów.

    Obiektywnie - oczywiście, jest dobrze, za godzinę mam muzykę z filmu "The
    piano", poznaję 10 razy więcej płyt niż moi rówieśnicy sprzed lat, za dwa lata
    kupię sobie kilkunastogigowy odtwarzacz mp3 i będę miał prawie wszystko co lubię
    przy sobie, ale... wcale jakoś mnie te obiektywne korzyści nie fascynują, bo
    wydaje mi się, o czym już kiedyś pisałem, że ci nasi poprzednicy wcale mniej
    szczęsliwi "muzycznie" nie byli, choć tego wszystkiego nie mieli. I czasem może
    wolałbym materialne ograniczenia, słuchanie bardziej prywatne a nie będące
    skrzyżowaniem zawartości płyty, przeczytanych recenzji i komentarzy, całego
    kontekstu, reklam, itd. *Oczywiście* akceptowałbym takie ograniczenia, gdybym
    nie miał świadomości istnienia tych wszystkich udogodnień ;-).

    4. Janku "Y0" 0 - bardzo ciekawa obserwacja, zgoda.

    --
    Pralniom zabrania się przyjmowania odzieży od burżuazyjnych dam. Należy
    zniszczyć ich burżuazyjne zachcianki i wymogi, ich burżuazyjny tupet, a rozwijać
    ducha proletariackiego. (Mao Tse-tung)
  • o_k_o 10.01.06, 12:40
    Braineater napisał, że muzyka się jakoby dematerializuje i powrca do pierwotnej
    formy. To brzmi pieknie, ale wydaje mi się, że nie do końca tak jest. Muzyka,
    szczególnie rockowa i pop, zawsze było silnie zmaterializowane. Ubrane w rónże
    image, ideologie, etc. Zespoły próbowały, w zależności od swej siły wobec
    wydawcy, wpływać na kształt tego image począwszy od własnego wyglądu na
    okładkach płyt skończywszy. Tak więc zawsze istniał silny jej aspekt materialny.
    Z nośnikami też tak jest, wielu z nas na pewno lubi posiadać płyty, oglądać je
    podczas słuchania, trzymać na pułkach, wkładać i wyjmować z odtwarzacza. Na
    początku lat 90-tych hucznie ogłoszono, że do połowy dekady znikną winyle. I co?
    Nadal są i mają się dobrze. Jestem pewien, że kupują je nie tylko stare dziadki,
    ale także młodzi ludzi (np. ja sam). Także większość DJ-ów wciąż z nich
    korzysta. Może nieco snobistycznie, bo wszystkie sztuczki można zrobić używając
    DJ-skich odtwarzaczy kompatkowych. Jednak chodzi chyba o tę ”magię”.
    Poza magią jest jeszcze aspekt jakości. Moim zdaniem przy zastosowaniu
    odpowiedniego sprzętu najwyższą jakość dźwięku zapewniają płyty analogowe po
    prostu z samej definicji. Tu ogromną wadą jest zużywanie się nośnika. Następnie
    płyty CD (mniejsza zużywalność). Pliki muzyczne i sprzęt do ich odtwarzania na
    razie pozostawiją bardzo wiele do życzenia i właściwie jeśli ktoś chce słuchać
    muzyki o przyzwoitej jakości, to są one do niczego. Co ciekawe wydaje się, że
    nikt nie praacuje nad poprawieniem ich jakości. Rozwija się to w stronę
    pojemności i funkcji, a nie jakości. Być może z badań rynku wynika, że lepsza
    jakość nie jest ludziom potrzebna. Wreszcie pliki, szczególnie te ściągane za
    darmo przez internet, przyczyniają się do wspomnianego przesycenia, pobieżnoći
    słuchania, wypełniacza czasu niczym serial w tv...
  • janek0 10.01.06, 12:56
    > Braineater napisał, że muzyka się jakoby dematerializuje i powrca do pierwotnej
    > formy. To brzmi pieknie, ale wydaje mi się, że nie do końca tak jest. Muzyka,
    > szczególnie rockowa i pop, zawsze było silnie zmaterializowane. Ubrane w rónże
    > image, ideologie, etc. Zespoły próbowały, w zależności od swej siły wobec
    > wydawcy, wpływać na kształt tego image począwszy od własnego wyglądu na
    > okładkach płyt skończywszy.
    G... prawda, że tak powiem po góralsku. (bez obrazy proszę). Dostępność
    komputerów powoduje, że można nagrywać muzykę profesjonalnej jakości bez
    jakichkolwiek koncesji na czyjąkolwiek rzecz. Oczywiście, masowa popularność (i
    zarobki) to inna rzecz, ale urok komputerów polega na tym, że z tego MOŻNA
    zrezygnować, jeśli się tylko chce, nie tracąc jednocześnie możliwości tworzenia.
    W czasach "analogowych" nie można było tego zrobić, bo jeśli się zrezygnowało ze
    współpracy z "wydawcą" to trzeba było też zrezygnować z wydania płyty. Krótko
    mówiąc, komputery i internet = mniej kompromisów.
    Parę przykładów z brzega: niezależny hiphop, niezależna elektronika, niezależny
    rock.

    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • o_k_o 10.01.06, 13:09
    Nie zrozumieliśmy się. To miało tylko pokazać aspekt materilany muzyki. Zgadzam
    się natomiast, że artystom jest teraz łatwiej, ale nie o tym mowa...

    > G... prawda, że tak powiem po góralsku. (bez obrazy proszę). Dostępność
    > komputerów powoduje, że można nagrywać muzykę profesjonalnej jakości bez
    > jakichkolwiek koncesji na czyjąkolwiek rzecz. Oczywiście, masowa popularność (i
    > zarobki) to inna rzecz, ale urok komputerów polega na tym, że z tego MOŻNA
    > zrezygnować, jeśli się tylko chce, nie tracąc jednocześnie możliwości tworzenia
    > .
    > W czasach "analogowych" nie można było tego zrobić, bo jeśli się zrezygnowało z
    > e
    > współpracy z "wydawcą" to trzeba było też zrezygnować z wydania płyty. Krótko
    > mówiąc, komputery i internet = mniej kompromisów.
    > Parę przykładów z brzega: niezależny hiphop, niezależna elektronika, niezależny
    > rock.
    >
  • janek0 10.01.06, 13:11
    o_k_o napisał:

    > Nie zrozumieliśmy się. To miało tylko pokazać aspekt materilany muzyki. Zgadzam
    > się natomiast, że artystom jest teraz łatwiej, ale nie o tym mowa...
    no właśnie o tym. im więcej możliwości swobodnego wyrażania siebie, tym mniej
    tego materialnego aspektu (tzn. tym mniej jesteśmy skrępowani światem wokół nas).


    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • neandertalski 10.01.06, 13:08
    moim zdaniem rozwoj oznacza nie uwolnienie muzyki ale coraz dogłębniejsze jej
    dymanie przez wszystkich zainteresowanych. Muzyka narodziła sie sztuką,
    powstała z wewnętrznej potrzeby i temu służyła. Była sluchana wlasnie w sposób
    specjalny w specjalnych okolicznościach i to było jej wlaściwe miejsce, salony
    a nie ten soundtrack do życia jak powiedziałeś, coś co moim zdaniem celniej
    mozna przełozyć jako przysłowiowe granie do kotleta.
    Na dzień dzisiejszy dla mnie muzyke dymaja wszyscy, autorzy, wykonawcy,
    sluchacze, handlarze, dokładnie wszyscy. Siekana na dżingle, sutenerowana w
    reklamach, kontraktowana w radiach na plejlistach jak krowy do ubojni, zarzyna
    sie ja na kazdym kroku, tak, ze właściwie już cieżko powiedzieć czemu wlaściwie
    muzyka jako taka miala czy ma służyć. Nawet ja sam jako słuchacz coraz częściej
    właśnie myślę o muzyce jak o wiązance plików do wyłowienia i schwytania.
    To jest wolność? Muzykę odarliśmy już z wszelkiego możliwego tabu z jednej
    strony a z drugiej topimy sie oceanach mptrójek których nie jestesmy w stanie
    fizycznie odsluchać a co dopiero przyswoić, zrozumiec, poczuć.
    Ot takie dymanie dla samego dymania, coraz bardziej i coraz szybciej, szybkie
    życie, szybki seks, szybka muzyka, nie ma czasu na milosc jak to spiewa za
    przeproszeniem Killjański;)
    Co będzie w przyszłosci? Nie wiem, muzyka jak i cała natura w ewolucji sie
    upraszcza ale ilez sie można jeszcze upraszczać?
  • braineater 10.01.06, 13:50
    czyli całe to 'dymanie muzyki' jak słusznie zauwazył Neandertalski, to jest
    faktycznie trynd morderczy i zajebiście mi wręcz obcy, bo zawsze wychodziłem z
    założenia, ze po to pan artysta nagrał płyte mającą 43:38 minut długości z tak
    a nie inaczej poukładanymi kawałkami, zeby moim obowiazkiem, jako słuchacza
    było wysłuchanie w całości tych 43:38 minut, w tej kolejności w jakiej zostały
    zarejestrowane. Polega to chyba na jakiejs próbie zachowania szacunku wobec
    cudzej pracy i twórczości, ktorego to szacunku w Crazy Frogach i innych
    Usherach za jedyne 1,22 +Vat nie widać ani grama.


    Mam wrażenie, a forum SF jednym z kilku dowodów potwierdzających to wrazenie
    jest, ze w pewnym momencie moze się wytworzyc cos takiego, jak w przypadku
    jedzenia. Mamy MacDonaldsa, Conieco i inne fastfoody i mamy z drugiej strony,
    cos zwanego slow food, czyli jak najbardziej tradycyjne, jak najmniej
    stechnicyzowane i masowe podejście do tematu pokarm.

    Wydaje mi sie, że w pewnym moencie nastapi ( o ile juz nie nastapił) dośc
    wyraźny podział na nazwijmy to umownie 'słuchaczy' i 'odbiorców'.
    Postawa 'odbiorcy' charakteryzwałaby sie w takim wypadku bezrefleksyjnym
    podejściem do muzyki, typu 'a cos tam se brzęczy i fajne jest a w dodatku laska
    ma niezłe cyce' i dla takiej grupy docelowej przeznaczony byłby ten cały spam
    muzyczny, ta grupa tworzyłaby sobie niszowe fora poswiecone dżinglom z reklam.
    Podejście drugie, czyli coś co sobie na własny uzytek i przez konotację opisaną
    powyżej nazwę 'Slow Music' (nie mylic z opowiadaniem Grega Beara, bo to nie o
    tym:), byłoby takim, jakie w większości przypadków jest reprezentowane na tym
    forum. Polegałoby na dokładnym przeżuwaniu każdego muzycznego kęsa,
    analizowaniu jego smaku, barwy i wrażeń jakie w nas budzi, na bardzo
    emocjonalnym podejściu, nie pozbawionym jednak racjonalnych podstaw.

    Ciagnąc to dalej, mam wrażenie, że w pewnym momencie powstaną dwa kompletnie
    rózne i nie przystające do siebie rynki muzyczne. Jeden obliczony na (i to już
    jak najbardziej dosłownie) Gwiazdy Jednego Przeboju, który to przebój będzie
    mozna wepchnąc wszędzie - od telefonu, po grajace pudełko płatków
    sniadaniowych, które umili ci poranek najnowszym wakacyjnym hiciakiem - (i tu
    praktycznie mozna nawet zrezygnowac z udziału czynnika ludzkiego - Crazy Frog
    doskonałym przykładem, rozwinięcie teorii virtualnego twórcy przebojów
    w 'Idoru' Williama Gibsona), oraz rynek sprofilowany pod gusta ludzi typu
    uczestnicy tego forum, czyli nastawiony na Artyste i jego Dzieło, wymagający od
    słuchacza szerszego zakresu kompetencji, niż bycie tylko
    bezrefleksyjnym 'odbiorcą'.

    Ewnetualne oskarzenia o snobizm takiego podejścia z mety odrzucam, bo Muzyka i
    cała Sztuka powinna byc snobistyczna i basta:)

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • obly 10.01.06, 13:57
    Nawet chciałbym zaznaczyc że sobie myślę iż artystów będzie coraz więcej. Zawód
    artysta będzie docelowo tym jedynym idealnym zawodem dla każdego z mieszkańców
    naszej planety. Co wykreuje automatycznie wyjątkowość WIDZA.
    ooooo a juz WIDZEM być to dopiero bedzie mega trudne.
    blogi, podcasty, fora i takie tam...
  • neandertalski 10.01.06, 14:29
    może nie zawód artysta, ale zawód gwiazda.
    Problem jednak z pojęciem dewaluacji popularności jako takiej.
    Co do dwóch nurtów to jednak jestem sceptycznie nastawiony, powód - kasa.
    Płyty powiedzmy niszowe są zwykle drozsze od ich fastfoodowego zamiennika, albo
    dla odmiany zdobywa sie je najczęściej wlaśnie poprzez p2p. Jedno i drugie
    zabija artystów niszowych jako takich, praktycznie nie biorą udziału w rynku a
    to rynek, wolny rynek rzadzi światem.
    No chyba, ze powstanie prawdziwy underground w oderwaniu od świata biznesu. Ja
    szczerze mówiac bardzo chętnie np sponsorowałbym jakąś witrynę zajmującą się
    kolportowaniem muzyki, w postaci jakiego wyprofilowanego ZAIKSu dopasowanego
    oczywiście do moich możliwości finansowych. W sumie wykluczenie z łańcucha
    pokarmowego tzw wytwórni w ten sposób mogłoby uzdrowić sytuację. Pytanie tylko
    jak wyglądałoby to w praktyce. W kazdym razie pozbawienie świata muzyki biznesu
    jest moim zdaniem jedyne co ma tak naprawde sens, bo to właśnie posrednicy są
    największym dymającym bonzem w tym całym burdelu.
    Wolny internet ktorego nie można okiełznac, pojawił sie nagle wtedy gdy
    praktycznie królestwo wielkich wytworni wydawało sie niepodzielne. MOze w tym
    jest jednak nadzieja i tego należy się trzymać?
    Najważniejsze jest tylko aby w tym oceanie znać jednak umiar i zachować
    szacunek dla dzieła jako dzieła, bo inaczej stajemy się konsumentami a nie
    sluchaczami.
  • braineater 10.01.06, 14:38
    To może coś w stylu rozwiniecia pomysłu z tego artykułu:
    serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34791,3097009.html
    tylko ja bym bardziej widział to nie jako jakiś ZAIKS, czy inny widmowy byt o
    milionach macek, tylko po prostu loguje sie na stronce twórcy, puszczam jakąś
    kasę i mam dostęp do całej jego twórczości. Kasę oprócz artysty zarabia
    webmaster, ale ogranicza nam to całość do dwóch trzech osób, i nie musimy
    utrzymywać panu prezesowi haremu zgrabnych sekretarek.
    I bynejmniej zeby to nie było cos w stylu itunes czy innego badziewia do
    nabywania pojedyńczych kawałków:)

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • obly 10.01.06, 14:48
    skubikowski!
    uczciwa bieda i jedna z pierwszych rapowanych fraz w damskim wykonaniu....

    oślepłem!!!


    PS: czy mógłby ktoś wkleić text?
  • neandertalski 10.01.06, 14:50
    pomysł Skubikowskiego jest głupi bo moim zdaniem pomoże tyle co podatek drogowy
    w cenie benzyny który ma wspomagać budowanie dróg i autostrad w naszym kraju, a
    więc wcale.
    Mówiąc rodzaj ZAIKSu chodziło mi jednak raczej o wspieranie pewnej grupy
    wykonawców a nie jednego konkretnie, przeciez to cały urok slska, ze można
    sobie nawet tych zupelnie nieznanych penetrować, tacy wykonawcy działaliby na
    zasadzie supportów portalowych, bo gdyby ktoś mial zapłacić za ściągnięcie
    zupełnie nieznanego, pewnie mogłby się zawahać. Zaś sponsorowanie calosci
    portalowej czy raczej całosci portu dokującego pozwala na większa roznorodnosć,
    rozwoj i eksperymenty a nie tylko kanałowanie w za przeproszeniem grupę
    docelową, ktore po pewnym czasie i tak wyewoluuje w biznes.
    Oprócz tkosztow prezesów i ich biur odpadłby wtedy w ogóle koszt utrzymywania
    całej cholernej infrastruktury produkcyjno, sklepowo, marketingowej.
    Pytanie tylko czy sama sztuka moze dziś w ogóle egzystować bez promocyjnego
    wmawiamia komus potrzeb? tego nie wiem, choć świadomosc, ze ludzie wlasnie
    szukają swojego po swojemu, jest budująca, jednak mam smutne wrazenie, ze takie
    zachowania to niestety margines...
  • obly 10.01.06, 13:10
    myślę ze dopóty muzę będzie mozna sprzedać w danym nośniku to dany nośnik
    będzie miał rację bytu. Zmienia się kultura jedynie słuchania ale jako że
    kultura to rzecz w sumie umowna to dynda mi to.

    Docelowo myślę że powstanie zindywidualizowana skrzyneczka wielkości naszego
    telefonu za pośrednictwem kórej bedziemi mieli dostęp do opłaconych wcześniej
    zasobó muzycznych (i nie tylko: parking, raty kredytu, filmy czy czynsz)który
    podłaczamy to w pracy to w domu to w samochodzie (lub raczej zdecentralizowanym
    transporcie miejskim - coś na kształt naszego samochodu który będziemy
    wynajmować od MZK) i tyle.
    Ponadto ten quasitelefon bedzie cała resztą: dowodem osobistym, kartami
    promocyjnymi, portfelem, identyfikatorem czy choćby notatnikiem..
    aha i telefonem też pewnie.

    a na bliższą przyszłosć uważam że o wiele lepsza będzi sprzedaz płyt w kostkach
    typu dzisiejszego USB. tak samo programy komputerowe. Kopiowanie, czy
    uruchomienie jest trudne a włożenie płyty do kompa, radia czy nawet roweru
    śmiesznie proste.

    ale sama muzyka zostanie na szczęscie muzyką.. chyba żeby nam uszy zmutowało i
    przesuneło odbiór w kierunku fal widzialnych ;)))
  • martolka 10.01.06, 15:48
    obly napisał:

    > ale sama muzyka zostanie na szczęscie muzyką.. chyba żeby nam uszy zmutowało
    > i przesuneło odbiór w kierunku fal widzialnych ;)))

    Biorac pod uwage fakt, ze sluchawki niszcza sluch w zastraszajacym tempie,
    pewnie niedlugo cos takiego wymysla... przecie bedziemy miec pokolenie gluchych
    audiofilów, nie bedacych w stanie posluchac muzyki z lat mlodosci.. tragedia ;-P
    Moze wynalazczosc pójdzie raczej tropem znalezienia jakiegos medium nie
    dzialajacego na uszy zbyt destrukcyjnie. Ja juz nawet przewiduje co to bedzie -
    wszczepiany podskórny czip nadajacy muzyke prosto do mózgu z pominieciem uszu
    :-)) (TM).

    Mp3 - nie przepadalam, ale sie przekonalam. Jedyny wiekszy minus jak dla mnie
    to brak wystarczajacej pamieci w komputerze, zeby wszystko co by sie chcialo
    tam miec przechowac. Inaczej pewnie przenioslabym tam swoja kolekcje cd.
  • neandertalski 11.01.06, 09:30
    > Biorac pod uwage fakt, ze sluchawki niszcza sluch w zastraszajacym tempie,
    > pewnie niedlugo cos takiego wymysla... przecie bedziemy miec pokolenie
    gluchych
    >
    > audiofilów, nie bedacych w stanie posluchac muzyki z lat mlodosci..
    tragedia ;-
    > P
    > Moze wynalazczosc pójdzie raczej tropem znalezienia jakiegos medium nie
    > dzialajacego na uszy zbyt destrukcyjnie. Ja juz nawet przewiduje co to
    bedzie -
    >
    > wszczepiany podskórny czip nadajacy muzyke prosto do mózgu z pominieciem uszu
    > :-))

    zgadzams sie bez dwóch zdań. Człowiek powoli będzie ewoluowal, eliminując swoje
    słabe punkty, tak aby zastapić je czyms doskonalszym, lepwsze protezy rąk, nóg,
    niezniszczalne watroby, nerki itd, pełen serwis części zamiennych, może za
    wyjatkiem mózgu. To w mózgu tak naprawdę jest centrala zbierania i wysylania
    impulsów.
    Ja to w ogóle wieszczę, ze ciało zniknie. Internet jest zresztą pierwszym
    krokiem w kierunku kontaktow wewnętrznych, czyniacych cialo zbędnym balastem.
    Pytanie tylko czy w przyszlosci z człowieka w takim razie zostanie jedynie
    jakiś wyiskany wręcz z mózgu ośrodek odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności,
    czy cos więcej, do odczuwania przyjemności z seksu albo słuchania muzyki wcale
    nie jest konieczne fizyczne uczestnictwo, wystarczy odpowiednim impulsem
    elektrycznym podzialasc na odpowiedni czujnik, ot i cały zaczarowany swiat
    pryska, jezeli sobie uswiadomimy, ze nas zbogaty świat wewnętrzny to tylko mała
    gra iskierek na podrobach ;-)
  • glebogryzarka1 10.01.06, 15:00
    > Każdy z tych nośników na swój jedyny i niepowtarzalny sposób wprowadza pewne
    > elementy dodatkowe do muzyki, której słuchamy

    No.
    CD - ohydne cyfrowe dropy. Kto kiedyś używał płyt firmy Ricoh, ten wie
    najlepiej. No i przeskoki spowodowane syfem na powierzchni płyty lub w 'oczku'.
    MC - pływanie taśmy (rozfazowany, 'podwodny' dźwięk), wkręcanie taśmy, w miarę
    zużywania się sprzętu również stopniowe ucinanie góry pasma.
    MP3 - uroczo brzmiąca góra. Szczególnie fajnie się słucha w tym formacie
    delikatnego jazzu, kiedy trąbka (szczególnie z tłumikiem) nagle dostaje
    przymusowej korekcji. Owszem, 320 kbps rozwiązuje problem w większości
    przypadków, ale rzadko kiedy trafiam.
    winyl - a właściwie Winyl. Specyficzne szumy, trzaski i piękne wysycenie
    niskiego środka (a może to złudzenie? nie studiowałem literatury). Zsamplujcie
    bębny z (lekko zużytego) winylu i z kompaktu i pobawcie się porównawczo
    korektorami, kompresorem etc. Różnica jest, że okurwa. Te zakłócenia mają
    charakter. Cokolwiek by to nie znaczyło.
  • martolka 10.01.06, 15:52
    glebogryzarka1 napisał:

    > MC - pływanie taśmy (rozfazowany, 'podwodny' dźwięk), wkręcanie taśmy, w
    > miarę zużywania się sprzętu również stopniowe ucinanie góry pasma.

    przebijanie "skasowanych" utworów spod nowo nagranych, zanikanie dzwieku,
    przekrecanie sie tasmy przez szpulke tak, ze robil sie supelek i trzeba bylo w
    razie potrzeby ciac przy koncu, odkrecac i sklejac... ach, wspomnienia :-)
  • obly 10.01.06, 15:07
    w ramach przerwy na papierosa zachęcam do odwiedzenia naszej Galerii Postaci
    Heblem Mocno Trąconych:

    www.boydrice.com
  • braineater 10.01.06, 15:16
    ja to chcę!!!
    collection of ancient Transylvanian military dirges.
    :))
    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • jack9 10.01.06, 15:44
    obly napisał:

    > w ramach przerwy na papierosa zachęcam do odwiedzenia naszej Galerii Postaci
    > Heblem Mocno Trąconych:
    >
    > www.boydrice.com

    Widziałem gościa w filmie "Perły przed wieprze" - robi wrażenie
    zwłaszcza że film widziałem po raz pierwszy na koncercie Death in June
  • tomash8 10.01.06, 19:07
    A ja dla odmiany nie przepadam za brakiem "zbędnej fizyczności". "Album" to dla
    mnie muzyka + okładka. Może to głupie ale tak właśnie mam. Moim ulubionym
    nośnikiem jest winyl, właśnie ze względu na te wszystkie, świetnie opisane przez
    Braineatera "rytuały" niezbędne do słuchania takiej płyty. Również pojemność
    takiej płyty to dla mnie duży plus: moim zdaniem właśnie te 40 - 50 minut to
    idealny czas trwania albumu(powiedzmy sobie szczerze: ile jest 70-minutowych
    płyt, które nie nudzą się ani przez chwilę?). Także sam "winylowy" dzwięk
    bardziej mi odpowiada(może to zwykły snobizm?). Do kaset mam spory sentyment bo
    to właśnie na nich miałem swoje pierwsze albumy, no i mozliwość łatwego
    nagrywania też jest(była?) dużym plusem. Płyt CD nie lubie(choć oczywiście mam
    ich najwięcej:) ) - bardzo "brzydko" się zacinają, okładki są za małe,
    odtwarzacze często odmawiają posłuszeństwa. Mp3 - nie lubie słuchać muzyki z
    komputera, ale poza tym są ok.
    --
    Sepultura supportem In Flames. Świat schodzi na psy:(
    tomash8.blox.pl
  • pszemcio1 11.01.06, 00:14
    brak fizyczności mnie przeraża. czlowiek organizuje świat obok siebie. wole
    miec półke z 300 płytami niz kompa z 1500 albumami nad którymi nie panuje.

    poza tym kurde... przecież róznica w słuchaniu płyty cd czy vinyla w skupieniu,
    a z mp3 ze słuchawkami na uszach, w głosnym autobusie, przy gadających
    ludziach, przejezdżających autach, wykopach drogowych itd. jest taka, jak picie
    herbaty w Japonii przy zachowaniu tradycji, a picie zimnych sików z musztardówy
  • aimarek 11.01.06, 00:42
    To ja tak trochę z innej strony, może obok tematu, chociaż sam punkt wyjścia
    jest ciekawy - w jaki sposób ewolucja nośników przyczynia się do przemian
    recepcji muzyki, a w efekcie zmiany jej kształtu. Sporo jednak zostało już w tej
    kwestii powiedziane, natomiast dla mnie zamykanie muzyki w JAKIMKOLWIEK nośniku
    jest w jakimś sensie symbolicznym gwałtem na jej naturze. Słyszenie jest
    nierozerwalnie związane z pojęciem czasu. Każdy dźwięk ma swoją strukturę
    czasową - w określonym czasie jest wydobywany, w czasie podlega przeobrażeniom,
    rozbrzmiewa i ginie. I nie ma już do niego powrotu (choć pewnie znaleźliby się
    tacy twórcy, którzy zrobili wiele by przeorać kategorię czasu w muzyce, jakby
    uniezależnić się od niego). Mnie osobiście jakoś bardzo kręci myśl o takiej
    ulotności muzyki, czy dźwięków w ogóle. Że wszystko to jest jakąś efemerydą,
    której trzeba przysłuchiwać się bardzo uważnie i w skupieniu. Nośniki w jakiejś
    części to eliminują, odwracają porządek. Paradoksalnie, kierując wysiłki w
    stronę laboratoryjnej niemalże analizy związanej z wielokrotnym
    przesłuchiwaniem, tracimy coś bardzo istotnego (może więc winyl byłby z tego
    punktu widzenia bliższy ideału). Wykonanie muzyki na żywo niesie w sobie element
    nieprzewidywalności. Więcej, owa nieprzewidywalność jest wręcz podstawową cechą
    "żywego" wykonania, podczas gdy płyta to wypowiedź zamknięta. Autor, ale także
    producent, czy inżynier dźwięku postawili kropkę i koniec. W przypadku dzieł
    tzw. kanonicznych, zamachy na integralność pierwotnej tkanki mogą się wręcz
    wydawać wandalizmem, jak np. niejednoznacznie przyjmowane "Let It Be...Naked".
    Dalej, co może jeszcze ważniejsze, koncert jest złożonym układem relacji,
    rodzajem wymiany energii. Muzyka nabiera w nim wymiaru dialogicznego. Na dodatek
    przestrzeń realnie oddziałuje na muzyka, ale i na publiczność i wszystko to jest
    bardzo namacalne.
    Być może są to rzeczy oczywiste i niezbyt związane z punktem wyjścia, ale
    prowadzą mnie do konstatacji, że słuchanie płyt z jakichkolwiek nośników
    dostarcza mi w sumie coraz słabszych wrażeń. Ok, w zeszłym roku poznałem całą
    masę kapitalnych albumów, ale najwspanialszymi doświadczeniami były koncerty
    znacznie mniej poważanych artystów. Słucham teraz np. tego genialnego Branki,
    ale już czuję, że dużo większą radochę będę miał wkrótce z zobaczenia na żywo
    Łoskotu. Nie wiem, może to jest jakiś wybór między "być" a "mieć" na przykład.
    Nigdy (no prawie nigdy) nie mogłem skumać fenomenu kolekcjonerstwa płyt,
    zupełnie nie kręciło mnie kupowanie ich w hurtowych ilościach, ustawianie na
    półeczkach, chuchanie, dmuchanie, czyszczenie, przeglądanie, układanie i
    generalnie ciućkanie. Tak, dla mnie miało to zawsze (prawie zawsze) jakiś posmak
    fetyszystyczny i mocno autoerotyczny.
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • kubasa 11.01.06, 01:14
    Jeżeli to pseudofilozofia to lecimy i pseudofilozofią i pseudoscjologiia czy
    pseudosocjologią kultury...

    W kontrowersyjnej, acz klasycznej pracy Zygmunta Baumana „Nowoczesność i
    zagłada” (strzelam z armaty do muchy) postawiona jest teza, którą można streścić
    nastepująco: to ideologia wyznaczyła cel (oczyszczenie lebensraum z Żydów), ale
    to technologia ten cel sprecyzowała. Bauamn przytacza znaczący przykład. Chodzi
    o działanie wojska niemieckiego na zachodzie ZSRR oraz w Rumunii. Pomimo, że
    likwidowanie Żydów opóźniało i szkodziło w prowadzeniu wojny, to Żydzi to i tak
    poddani zostali eksterminacji. Możemy powiedzieć, na zdrowy rozum, że było to
    działanie irracjonalne. Lecz nie, było to działanie racjonalne w obrębie
    postawionego maszynie zadania i to zadanie zdominowało inne.

    Co to ma wspólnego z powyższą dyskusją? Wydaje mi się, że to o czym mówię jest
    pewna syntezą poglądów Janka i Braineatera, tyle że zakrojoną na szerszą skalę.
    Braineater pisze o możliwości wyboru pomiędzy stanem pierwszym a czwartym. Janek
    pisze o niebezpieczeństwach metacritic. Moim zdaniem obaj macie rację. Wolność
    człowieka polega na możliwości powiedzenia „tak” lub „nie”, w tym sensie
    jednostka ma zawsze możliwość wyboru, ale kultura nigdy przed takim wyborem nie
    staje, zawsze wybiera jedna z opcji z całą stanowczością.

    Wielu z nas odczuwa permanentny niedosyt. Poszukuję w muzyce ukojenia,
    szczęścia, absolutu. Nigdy należycie nie mogę się nasycić, więc oczywiste jest,
    że sięgam wciąż i wciąż po nieznaną mi muzykę. Oczywiście, wtedy wiele płyt
    słucham po łebkach i czasem na długie tygodnie mam trochę dość muzyki. Nieraz
    rzeczywiście pojawia się tęsknotą za tym, o czym piszę Pytajnick, za pewną formą
    ograniczenia. MP3, internet i p2p są wynalazkami genialnymi z mojego punktu
    widzenia. I oczywiście pewnie mógłbym odciąć się od soulseeka, zamknąć się z
    dwustoma plytami, których przystałoby 1-2 na miesiąc. Tylko tyle, że
    przypominałoby to sytuację kobiety, która niezaspokojona seksualnie ślibije
    przed biskupem dziewictwo. Być może przydawałoby mi to pewną aurę wyrzeczenia i
    świętości? (patrz Musil i „Ku tysiącletniemu królestwu”), ale byłoby wbrew mnie
    – hybrydzie genów i wychowania.

    Id999 napisał, że „czy mi się podoba czy nie to Nevermind jest klasyczne”.
    Założę się, że akurat Id byłby w stanie wymienić 400 takich płyt. Tymczasem
    Piotr Wierzbicki potrafi skrytykować Haydna, Gombrowicz Bacha (jak rozprawia się
    z literaturą nawet nie powiem), a pamiętam artykuł w sieci, w którym chyba dość
    zacny autor (nazwiska nie pamiętam) za jedynych wybitnych kompozytorów XX wieku
    uważa Cecila Taylora i Arnolda Schonberga. Tymczasem wyboraźmy sobie, że nagle
    ktoś zakłada na forum Strawberry Fields wątek o tym, że jedynymi wartościowymi
    płytami minionego wieku były, dla przykaldu, debiuty Velvet Underground i Neu.
    Zostałby zaatakowany bez ogrodek. Oczywiście, wiąże się to z brakiem kryteriów w
    ocenie muzyki popularnej, choć zapew,e wielu powie, że nie dotyczy to tylko popu
    i współczesna muzyka poważna również zjada własny ogon. Adorno, o ile wiem z
    posta Nu! Z 2003, bo nigdy tego akurat fragmentu twórczości niemieckiego
    filozofa muzyki nie czytałem, krytykował jazz za to, że małpuje muzyk e poważną,
    m.in tym sposobem, że próbuje wykazać swoje związki z historią muzyki poważnej i
    muzykologia. Rock & roll uważał za muzykę lepszą bo ta, służyła jedynie
    rozrywce. Zadziwiłby się Adorno, gdyby wstał z grobu i wszedł na
    acclaimedmusic.net lub metacritic. Jest to groteskowe skrzywienie jego opinii o
    jazzie. Racjonalizm i ocena produktów muzyki pop działają jedynie w obrębie
    tejże popkultury, tak więc staje się to dla kutlury destrukcyjne bo hermetyzm i
    brak dialogu zabija.

    DYGRESJA
    (fragment tekstu z recenzj, której nie opublikowałem)

    Nastąpiło w zeszłym roku istotne przeobrażenie, raczej przeoczone. W zasadzie w
    zeszłym roku ono się jedynie dostatecznie dokonało. Najwięksi giganci
    internetowego dziennikarstwa niezależnego zjedli własny ogon. Wszystkie te
    serwisy mają jeden wspólny mianownik – Metacritic. „Kid A” otrzymało tam 79
    punktów co dawało im 27 miejsce. „The Moon & Antarctica” było tylko parę miejsc
    wyżej z notą 80. Dzisiaj, idę o zakład, że obie płyty miałyby ponad 90. Z czym
    się to wiąże? Niegdyś oceny, choć czasem kuriozalne (jak w wyżej wymienionych
    przypadkach) powstawały niezależnie, dziś jedna „podpiera” drugą. Zanika wszelki
    krytycyzm, jeżeli nie jest on krytycyzmem zbiorowym, jak w przypadku „Worlds
    Apart” ...And You Will Know Us By The Trail Of Dead. Oczywiście, nie jest to
    jakiś fenomenalny album, ale dość zmasowane oceny poniżej 70 punktów można
    wyjaśnić oceną Pitchforka – była ona na tyle niska, że pozwoliła innym portalom
    i gazetom na rozprawienie się z następcą „Source Tags & Codes”.

    Jeszcze jeden rzut oka na Metacritic. Uniknijmy tradycyjnych pytań, który rok
    był lepszy, skoro znamy tylko jego ograniczony wycinek, ale jestem pewien, że
    większosć uznałaby iż płyty z 2000 roku, które zna są ciekawsze niż te z 2005.
    Metacritc mówi co innego. By znaleźc się w pierwszej trzydziestce pięć lat temu
    wystarczyło mieć 79 punktów, by dostać się w tym roku potrzeba było już 83. I
    znowu jest drugi aspekt tej sprawy – dzieje się tak po cześci ponieważ obecnie
    recenzuje się więcej wydawnictw. To fakt. Można by też postawić hipotezę, że
    czegoś innego wymagano od muzyki niegdyś niż wymaga się dzisiaj, ale przyznajmy
    jest to mało porywająca idea.

    KONIEC DYGRESJI

    Tak było w świecie pozamuzycznych kontekstów, okładek i innych fetyszy, Muzyka
    dzięki mp3 została teoretycznie uwolniona z łańcuchów kanonu pop, który zawsze
    opierał się na wątpliwych przesłankach. Technologia nie tylko zmienia postawę
    słuchacza, o czym przekonujaco pisał Braineater, ale być może przede wszystkim
    zmienia postawe artysty, I tak „Requiem” nigdy by zapewne nie powstało gdyby nie
    zamówienie hrabiego von Walsegga. W tym wypadku, gdyby nie zewnętrzna
    konieczność, nie usłyszałbym najbardziej poruszającego mnie fragmentu muzyki. W
    dobie internetu znika zewnętrzna konieczność, pozostaje indywidualna, wewnętrzna
    konieczność. Franz Kafka pewnie idealnie zrealizował ideał człowieka ścisłego
    (Musil), który zakladał, że „mówi się tylko wtedy, kiedy ma się coś do
    powiedzenia.” Nie będzie chyba niczym kontrowersyjnym jeżeli powiem że znowu tak
    dużo Kafek to nie ma. Tak więc artystów tworzących i rozpowszechniających swoje
    dzieło są (będą) miliony, co spowoduje oczywiście „rozwodnienie”. Niegdyś
    Charlie Parker nie mógł umieścić na swojej płycie 20 utworów tylko 2-3, bo o ile
    wiem (przepraszam za nieścisłość), ówczesne nośniki mogły pomieścić zaledwie
    parę minut dźwięku. Dziś ograniczenia formatu zanikają, więc efwktem tego będzie
    odejście wielu artystów od formatu płyty, poszukując nowej formy. Spowoduje to
    zapewne, że sama „esencja”, czyli to co tradycyjnie możemy uznać za treść
    muzyki, zejdzie na dalszy plan, na rzecz eksperymentu z formą, typu
    wielogodzinne koncepty, czy wręcz odwrotnie, parosekundowe twory. W części
    podzielam teorię Schelinga (albo Fichtego, sam nie wiem – mylą ostatnio mi się
    piłkarze, muzycy, perkusiści, pamięć szwankuje), że dzieło jest wtedy wybitne
    kiedy jest k o n i e c z n e. Tyle, że we współczesnej kulturze pojęcie
    konieczności nie spotyka się z żadnym konsensusem. Innymi słowy muzyka
    prawdziwie wielka tworzona byłaby jedynie przez...nadludzi, skoro zanika
    konieczność zewnętrzna, determinująca kształt i odbiór dzieła.

    Uff, zagalopowałem się.

    Mp3 prawdopodobnie nie obali terroru rankingów, podsumowań i demokracji, gdy
    mówimy o wartościowaniu. Niemniej być może spowoduje to poważną zmianę, jeżeli
    wytworzy się szeroko pojęty ruch zastanej rzeczywistości i obedrze ja z tabu.
    Taki dialog
  • kubasa 11.01.06, 01:25
    Mp3 prawdopodobnie nie obali terroru rankingów, podsumowań i demokracji, gdy
    mówimy o wartościowaniu. Niemniej być może spowoduje to poważną zmianę, jeżeli
    wytworzy się szeroko pojęty ruch zastanej rzeczywistości i obedrze ja z tabu.
    Taki dialog mógłby sprawić, że muzyka zwana popularną, jako taka pozbyłaby się
    kompleksów i stworzyłaby na nowo sposób opowiadania o rzeczywistości
    (enigmatyczne). Ciężko jednak w to wierzyć w czasach powszechnej akceptacji
    infantylizmu i sentymentalizmu.
  • cze67 11.01.06, 09:27
    Swoją drogą ciekawe, że zupełnie nie chwycił, lansowany dosyć mocno ponad
    dekadę temu przez Sony, mini-disc (taka mała płytka CD z opakowaniu
    plastikowym, połączenie kasety - bo można nagrywać, z CD właśnie). W sumie -
    wydawałoby się - rozwiązanie idealne (przypominam: parę dobrych lat przed
    mp3!): małe to, poręczne, można nagrywać tyle własnej muzyki ile mieści
    standardowy CD, można oznaczać poszczególne utwory, tak by łatwo je było
    znaleźć... A jednak nie załapało.

    Widziałem kilka płyt (np. Born In The USA) wypuszczonych na tym nośniku. Do
    dzisiaj MD używają dziennikarze radiowi do nagrywania rozmów. I chyba tylko oni.
  • mmakowski 11.01.06, 10:14
    > Swoją drogą ciekawe, że zupełnie nie chwycił, lansowany dosyć mocno ponad
    > dekadę temu przez Sony, mini-disc

    W Anglii jeszcze pare lat temu byl bardzo popularny, uzywano go podobnie jak
    dzisiaj odtwarzaczy MP3, tzn. nie kupowalo sie plyt wydawanych w tym formacie,
    tylko zgrywalo sie z CD/MP3. Obecnie prawie calkowicie MD walkmany wyparte
    zostaly przez odtwarzacze MP3.
    Powodem, dla ktorego ten format nie stal sie popularny w Polsce byla pewnie cena
    -- Sony prowadzila (i wciaz chyba prowadzi) polityke stosowania wlasnych
    formatow nosnikow i zapisu danych, niekompatybilnych z rozwiazaniami konkurencji
    (vide Memory Stick, UMD). Liczy sobie za licencje na te technologie niemale
    pieniadze i w konsekwencji ich produkty sa dla koncowych uzytkownikow dosc drogie.
    Na tym podejsciu mocno sie zreszta nacieli jakis czas temu, na poczatku boomu na
    odtwarzacze MP3. Wydawaloby sie, ze Sony ze swoja tradycja Walkmanow jest w
    idealnej pozycji do bycia liderem na tym rynku, jednak wyprodukowane przez nich
    urzadzenie nie odtwarzalo MP3, a tylko dzwiek skompresowany ich wlasnym kodekiem
    (ATRAC). Wykorzystalo to Apple i inni; w tej chwili odtwarzacze Sony radza juz
    sobie z MP3, ale dystans do iPodow bedzie w najblizszym czasie nie do odrobienia.
  • ilhan 11.01.06, 09:45
    W zasadzie wypada zgodzić się z którymś z poprzednich postów - paradoksalnie, wychodzi na to, że to skazywany na zagładę winyl jest formatem najbardziej (jeśli nie jedynym) ponadczasowym. W czasach kiedy obserwujemy jak kaseta magnetofonowa staje się muzealnym zabytkiem, płyta cd zapewne stanie się nim in ten years time, a mp3 odejdzie do lamusa prawdopodobnie jeszcze wcześniej (trudno nie przewidywać, że w ciągu paru lat pojawi się bankowo przynajmniej kilka doskonalszych typów plików, bo udoskonalać jest co), analogi swoją walkę o przetrwanie mają już daleko za sobą. Zapewne nie jest możliwy masowy powrót do słuchania winyli, w sensie, re-odkrycie ich na szeroką skalę przez społeczeństwo, no ale z drugiej strony jest to format tak ekscytujący, elegancki, że nigdy nie przestanie być modny. Banał. A że adapter miałem tylko we wczesnym dzieciństwie i nigdy nie zaznałem słuchania klasycznych LPs na prawdziwym gramofonie, cieszy mnie to, bo może być to arcyciekawe doświadczenie.

    Teraz z tą dematerializacją muzyki. Osobiście opinie o tym, że mp3 jest takie super, bo wreszcie brak fizyczności, zamykanie w nośniku to zło, bla bla, odbieram jako pie... lęgnuję wiele płyt w moich zbiorach i nie uważam tego za nic niestosownego. Nie interesuje mnie klasyfikacja tego co robię i zawsze cd czy nawet kasetę postawię ponad mp3. Album poznany z Winampa to album poznany w stopniu niepełnym. Album to również artwork, informacje z książeczki, wydrukowane teksty. Stawiam moje przekonanie o zajebistości i *niezbędności* tych składowych albumu przeciwko wszystkim pseudofilozoficznym teoriom opartym na niewiadomoczym. Dodatkowo, wliczam tu może i infantylny, ale sentyment do posiadanego egzemplarza. Nie wiem, widać różnimy się podejściem, a nawet na pewno, ale dla mnie z poszczególnymi cds z półki wiążą się konkretne wspomnienia: tego słuchałem wtedy i wtedy, ten album kupiłem tam i tam, tę płytę dostałem od tej, a tamtą od tamtej. I nie potrafię tego ot tak sobie lekką ręką przekreślić (inna sprawa czy chcę). Stąd, pozostanę przy moim tanim i naiwnym sentymentalizmie, ale że muzyki nie zamierzam traktować jako pola badań kulturowych, będzie mi z tym całkiem przyjemnie, co naturalnie nikogo poza mną obchodzić nie musi, a nawet nie powinno. Yo.


    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • jack9 11.01.06, 10:03
    Zgadzam sie z ilhanem - zdecydowanie płyta (album) to "coś " wyzszej jakości
    niż płyta z mp3 - wykonawcy wydają albumy niczym pisarze ksiązki i nie sądze by
    sie to miało szybko zmienić.
    Nie wydaje mi się żebysmy za lat 10-20 kupowali muzyką w "pojedynczych utworach"
    pozbawioną materialnej otoczki w postaci okładki, grafiki.
    Być może nie będzie sie to odbywało w sklepie ale przez net ( to chyba
    najbardziej prawdopodobne) ale przypuszczam że wraz z dzwiekami artysta będzie
    nam sprzedawał zawsze coś w rodzaju okładki, wkładki, malunku, rysunku, tytułu
    opisu czy tekstów
    To "coś" będzie powiązane z muzyką i sprawi że te dzwieki trudniej będzie
    pomylić z innymi. Cała ta materialna otoczka nada bardziej indywidualny
    charaktek muzyce.

    Choć w swoim życiu najwięcej słuchałem kaset to nie czuję do nich żadnego
    sentymentu - przy okazji przeprowadzki pewnie je wywalę.
    Natomista nie zamierzam rozstawać sie z winylami - mam ich niewiele i nie
    słucham od dobrych 15 lat to jednak słuchanie muzyki z gramofonu wspominam jako
    najwyzsze jakościowo ( nie chodzi mi o stronę techniczną oczywiście)
  • cze67 11.01.06, 10:08
    Powrót winyli zauważalny jest bardzo. W sklepach muzycznych: salon Kolportera w
    Gdańsku Wrzeszczu, Media Markcie (czy, latem, na Jarmarku Św. Dominika) leży
    ich coraz więcej. Czy cieszą się dużą popularnością - nie wiem. Ale strasznie
    mi się podobają:-)
  • braineater 11.01.06, 10:23
    Znaczy podejście mniej wiecej tego rodzaju: "Czasami czlowiek sie rozczarowuje
    muzyka, ale oczarowanie wydawnictwem lagodzi bole :-))" z Forum Muzyka
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=34727514&a=34737363?
    Wydaje mi się, pewnie błędnie, że do tego typu podejścia trzeba mieć pewne
    wrodzone inklinacje, oprócz miłosci do muzyki, takze pasję zbieracza,
    kolekcjonera, układacza. I tu raczej nie ma co prowadzić dyskusji, bo jedni tak
    mają, a inni nie i już. Na tej samej zasadzie, jako człowiek żyjacy z książek,
    powinienem potepić w cholery ebooki, ale prawda jest taka, ze coraz cześciej z
    tej własnie formy tekstu korzystam, bo zawierając w sobie dokładnie te same
    treści, sa po prostu o wiele wygodniejsze w mojej sytuacji. Ciagnąc dalej, już
    nieco bardziej bezczelnie, moge powiedzieć, że okładkę i wszystkie inserty z
    płyty mogę, jesli mnie taki kaprys najdzie ściąnąc w jpg'ach z dobrą rozdziałką
    i ładnie sobie wydrukować, tylko, ze tego nie zrobie bo nie odczuwam takiej
    potrzeby, najmniejszej nawet. Do ksiązeczek w płytach zdarzało mi sie zagladac
    z reguły raz, tuz po zakupie, a potem przestawały miec jakiekolwiek znaczenie -
    chyba, że zawierały tekst przeznaczony do lektury w trakcie słuchania (w całej
    karierze trafiłem na dwie takie płyty, czyli Music for babies Howiego B i Air &
    Alessandro Baricco City Reading). Wszystkie pozostałe dane, gdyby były mi
    potrzebne, mogę znaleźć na sieci, najczęsciej w tym samym folderze z którego
    wczesniej ściagnąłem płytę:)
    Przy czym oczywiście staram sie zrozumiec muzycznych fetyszystów.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • mmakowski 11.01.06, 10:47
    braineater napisał:

    > Przy czym oczywiście staram sie zrozumiec muzycznych fetyszystów.

    Jako pierwszy krok w kierunku zrozumienia proponuje w takim razie zaprzestac
    stosowania okreslenia "fetyszyzm", bo jest ono pogardliwe.

    Po pierwsze, jak juz tu niektorzy wspomnieli, okladki stanowia czesc albumu,
    czesto umieszczajac muzyke w jakims kontekscie ("Thick As A Brick" Jethro Tull),
    czasem bedac rowniez dzielami sztuki ("Lizard" King Crimson).

    Po drugie, kolekcjonowanie ladnych wydawnictw swiadczy po prostu o poczuciu
    estetyki; boksy z serii "The Complete..." Milesa Davisa maja bardzo interesujaca
    forme (metalowe grzbiety, obwoluty z tkaniny) i sa ladne. Obcowanie z nimi jest
    zrodlem pozytywnych wrazen estetycznych -- a nie erotycznych, co Twoje i Aimarka
    wypowiedzi zdaja sie sugerowac.

    Kiedys rowniez nie bylem w stanie zrozumiec podejscia kolekcjonerskiego,
    uwazalem, ze wazne jest, zeby nosnik byl w dobrym stanie, a to, czy jest w takim
    czy innym opakowaniu nie ma znaczenia. Zmienilo sie to, o ile dobrze pamietam, w
    momencie, w ktorym ukazaly sie rocznicowe wydawnictwa King Crimson (w
    tekturowych okladkach udajaych miniaturowe LP), a ja bylem akurat na etapie
    kompletowania ich dyskografii. Stwierdzilem, ze skoro doplacam stosunkowo
    niewiele za duzo ladniejsze wydanie, to dlaczego nie... i tak mi zostalo. W tej
    chwili jak mam do wyboru japonskie tekturki albo tradycyjne, plastikowe pudelka,
    nie zastanawiam sie dlugo.
  • cze67 11.01.06, 10:54
    mmakowski napisał:

    > Po pierwsze, jak juz tu niektorzy wspomnieli, okladki stanowia czesc albumu,
    > czesto umieszczajac muzyke w jakims kontekscie ("Thick As A Brick" Jethro
    Tull), czasem bedac rowniez dzielami sztuki ("Lizard" King Crimson).

    Ja, jako przykład, dałbym tutaj jeszcze np. "Trick Of The Tail" Genesis
    i "Colour Of Spring" oraz "Spirit Of Eden" Talk Talk. Dla mnie muzyka i okładki
    tych płyt to integralna CAŁOŚĆ.
  • aimarek 11.01.06, 13:05
    mmakowski napisał:

    > braineater napisał:

    > Jako pierwszy krok w kierunku zrozumienia proponuje w takim razie zaprzestac
    > stosowania okreslenia "fetyszyzm", bo jest ono pogardliwe.

    Niezupełnie. Odsyłam do słownikowej definicji i podstawowego rozumienia tego
    pojęcia związanego z kultem przedmiotów.

    > Po pierwsze, jak juz tu niektorzy wspomnieli, okladki stanowia czesc albumu,
    > czesto umieszczajac muzyke w jakims kontekscie ("Thick As A Brick" Jethro Tull)
    > ,
    > czasem bedac rowniez dzielami sztuki ("Lizard" King Crimson).
    >
    > Po drugie, kolekcjonowanie ladnych wydawnictw swiadczy po prostu o poczuciu
    > estetyki; boksy z serii "The Complete..." Milesa Davisa maja bardzo interesujac
    > a
    > forme (metalowe grzbiety, obwoluty z tkaniny) i sa ladne. Obcowanie z nimi jest
    > zrodlem pozytywnych wrazen estetycznych -- a nie erotycznych, co Twoje i Aimark
    > a
    > wypowiedzi zdaja sie sugerowac.
    >
    > Kiedys rowniez nie bylem w stanie zrozumiec podejscia kolekcjonerskiego,
    > uwazalem, ze wazne jest, zeby nosnik byl w dobrym stanie, a to, czy jest w taki
    > m
    > czy innym opakowaniu nie ma znaczenia. Zmienilo sie to, o ile dobrze pamietam,
    > w
    > momencie, w ktorym ukazaly sie rocznicowe wydawnictwa King Crimson (w
    > tekturowych okladkach udajaych miniaturowe LP), a ja bylem akurat na etapie
    > kompletowania ich dyskografii. Stwierdzilem, ze skoro doplacam stosunkowo
    > niewiele za duzo ladniejsze wydanie, to dlaczego nie... i tak mi zostalo. W tej
    > chwili jak mam do wyboru japonskie tekturki albo tradycyjne, plastikowe pudelka
    > ,
    > nie zastanawiam sie dlugo.

    No spoko spoko. Nie użyłem słowa "fetyszyzm" żeby sugerować jakieś zaburzenia
    seksualne, może takie wrażenie się wytworzyło, dlatego że obok napisałem o
    autoerotyzmie - moja wina. Ten autoerotyzm jest dla mnie zauważalny w wątkach
    typu "ile macie płyt?", ale spoko, co kto lubi. Piszę po prostu o tym, że DLA
    MNIE jest coś nienaturalnego w gromadzeniu i przypisywaniu wartości jakimkolwiek
    przedmiotom. Przenosi się to także na inne sfery - mam w domu bardzo mało zdjęć,
    nie zbieram żadnych pamiątek itd. I zawsze dużo chętniej pozbywam się kasy,
    wydając ją na jakiś koncert niż na płytę, no ale może to ja jestem jakiś
    zboczony. A może po prostu jestem zblazowany i tworzę jakieś sztuczne
    alternatywy, ale zauważam, że np. na tym forum jest mnóstwo dyskusji o płytach,
    a mało kto zajawia czy relacjonuje koncerty.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • aimarek 11.01.06, 13:14
    aimarek napisał:

    > Piszę po prostu o tym, że DLA
    > MNIE jest coś nienaturalnego w gromadzeniu i przypisywaniu wartości jakimkolwie
    > k
    > przedmiotom.

    może doprecyzuję: "przypisywaniu nadmiernej wartości emocjonalnej jakimkolwiek
    przedmiotom"

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • obly 11.01.06, 13:28
    właśnie ile macie PŁYT?

    Pamiętam jak się cieszyłem że mam juz mój szereg z CD szerszy jak wyższy ;)))

    hehehe
    Tak naprawdę podzielam zdanie i jednej i drugiej grupy osób, lubię mieć
    przedmioty ale gdybym mógł isć na koncert krimsonów kosztem "mania" wydawnictwa
    nie zastanawiałbym się. lazlbym w ciemno bo muzę trzeba przeżyć najpierw na
    różne sposoby. potem nabiera się dopiero uważności "słuchania".
    Ale i tak najważniejsza jest muzyka. Reszta jest ograniczeniem przez własne
    przyzwyczajenia (ja lubię przedmioty, ja atmosferę, a ja lubię piwo - a ja i to
    i to i to). i tego się bedę trzymał. Bałaganiarstwo i nie przywiązywanie wagi
    do przedmiotow też jest też potężnym ograniczeniem. Jestem tego mega ofiarą gdy
    tylko zaczynam czegoś szukać.


  • aimarek 11.01.06, 13:33
    obly napisał:

    >(ja lubię przedmioty, ja atmosferę, a ja lubię piwo - a ja i to
    >
    > i to i to)

    No właśnie i dlatego:
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • braineater 11.01.06, 13:40
    obly napisał:

    > właśnie ile macie PŁYT?

    Całkowice wbrew temu, co powypisywałem, sporo:)
    <z tym, że wszystkie posiadane fizycznie ordżinały zostały także własnorecznie
    zripowane i raczej tych wersji słucham>

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • obly 11.01.06, 13:51
    nie nazywał bym tego fetyszyzmem to co chuopaki tutaj opowiadają.
    Opiszę wam mojego szwagra (mam nadzieję ze go tu nei ma)
    Otóż mój szwagier nazwijmy go Z, jest fanem muzyki. nie powiem jakiej bo to nie
    ma tu znaczenia. Jest ogólnopojetym fanem muzyki. ma caładyskografię Dire
    Straits. Przed wyborem głosników spędził około 3-4 miesiące na śledzeniu
    audiofilskich pism, kupił jakieś kable pozlacane i to okej rozumiem. Sprzęt
    kupował również wg rankingów opiniotwórczych. wiedział wszystko co tylko można
    było wyczytać. okej rozumiem. Stojak na CD ma ze szklanymi drziwczkami za sporą
    ilość kaski, to nic, chodzi o to by się nie kurzyło. płyt nie pożycza nikomu.
    ok, poprosiłem kiedyś by mi zgrał coś (chyba jakąś płytkę stinga) to coś
    wymyśłił takiego że nigdy juz o nic go nie poprosiłem od tamtej pory. rozumiem,
    kupił i chce tylko dla siebie. Do wyjmowania płyt używa specjalnej rękawiczki
    ze skóry renifera. Sprzętu dotyka (który to tez stoi za szkłem) tylko w tej
    rękawiczce. ale rozumiem to. do czyszczenia płyt też ma jakich przyrząd
    bardziej kojarzący sie z uprzęzą SM. ok.

    ALE ŻE ON kurde srednio interesuje się muzyką a od 4 lat kupił może 4-6 płyt i
    bazuje na słuchaniu swojego 300 CD stadka płyt naprawdę od czasu do czasu to w
    tym punkcie moi drodzy to jest kur.a dla mnie fetyszyzm i to do tego erotyczny
    i to jeszcze powiem że jak najbardziej auto. aha na koncerty nei chodzi bo to
    nie to towarzystwo.

    Ja bym nigdy nie poznał dobrej muzy gdyby ktoś mi jej nie pokazał, nie
    pożyczył, nie zgrał czy dał posłuchac nawet wbrew mojej woli ;))). dlatego co
    mam nie chowam. nie zamykam muzy, ktoś chce proszę bardzo. nie szanuję płyt CD
    bo i tak 10 lat jak na CD to całkiem niezle ze siepo prsotu nie zdeformowała od
    samego stania. ale trzymam na stojaku bo jak trzymałem w foliowym worku czarnym
    to mi sie z 5 tak zniszczyło że musiałem wyrzucić na śmietnik. i jak trzeba to
    wyczyszczę bo kurcze nic nie wk. jak płyta która ci przeskakuje.

    dlatego mogę powiedzieć tyż thx pagaj
  • aimarek 11.01.06, 14:55
    obly napisał:

    > ALE ŻE ON kurde srednio interesuje się muzyką a od 4 lat kupił może 4-6 płyt i
    > bazuje na słuchaniu swojego 300 CD stadka płyt naprawdę od czasu do czasu to w
    > tym punkcie moi drodzy to jest kur.a dla mnie fetyszyzm i to do tego erotyczny
    > i to jeszcze powiem że jak najbardziej auto. aha na koncerty nei chodzi bo to
    > nie to towarzystwo.

    LOL
    No może ja już też przesadzam, może to Polak faulował (copyright by Tomasz Zimoch)

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • martolka 12.01.06, 12:51
    > obly napisał:
    >
    > dla mnie fetyszyzm i to do tego erotyczny i to jeszcze powiem że jak
    > najbardziej auto.

    skoro ma uprzaz to musi byc erotyczny :-)))

    nie rozumiem nie chcenia dzielenia sie muzyka :-/
  • tomash8 11.01.06, 15:29
    aimarek napisał:


    > alternatywy, ale zauważam, że np. na tym forum jest mnóstwo dyskusji o płytach,
    > a mało kto zajawia czy relacjonuje koncerty.
    >

    Ok, moge co tydzień coś "zajawić" ale kogo(poza np. mną:P) obchodzi koncert za 3
    zł w jakiejś knajpie? Nie ma lepszego sposobu odbioru muzyki niż koncert, to
    jest chyba oczywiste. W ciągu ostatnich 4 lat widziałem spokojnie z 200
    wykonawców na żywo, i naprawdę nie ma dla mnie znaczenia czy na terenie imprezy
    jest oprócz mnie i zespołu 5 osób(a bywałem i na takich koncertach, niektóre
    były całkiem sympatyczne:) ), czy 200 tysięcy. Tyle że w naszym smiesznym
    kraju(generalizuje ofkors) jeśli już się idzie na koncert(zwł. jakiś nieduży) to
    w każdym celu, oprócz wysłuchania co wykonawca ma do zaprezentowania.


    --
    Sepultura supportem In Flames. Świat schodzi na psy:(
    tomash8.blox.pl
  • pszemcio1 11.01.06, 22:55
    aimarek napisał:ale zauważam, że np. na tym forum jest mnóstwo dyskusji o
    płytach,
    > a mało kto zajawia czy relacjonuje koncerty

    prosty powód. ...u nas malo kto chce grać (przynajmniej z tych co mnie
    interesują)

  • aimarek 11.01.06, 13:09
    ilhan napisał:

    > Teraz z tą dematerializacją muzyki. Osobiście opinie o tym, że mp3 jest takie s
    > uper, bo wreszcie brak fizyczności, zamykanie w nośniku to zło, bla bla, odbier
    > am jako pie... lęgnuję wiele płyt w moich zbiorach i nie uważam tego za nic nie
    > stosownego. Nie interesuje mnie klasyfikacja tego co robię i zawsze cd czy nawe
    > t kasetę postawię ponad mp3.

    Jeśli odnosisz się do mojego postu, to nie skumałeś do końca - może niejasno
    napisałem. Po pierwsze wiadomo, że trzeba trochę zmrużyć oczy z tym "gwałtem na
    naturze muzyki" i przenieść to raczej na poziom jakiejś metafory. Po drugie nie
    chodziło mi tam o wyniesienie mp3 ponad płytę, bo mp3 też jest jakimś rodzajem
    nośnika. Chodziło mi tylko o to by podkreślić bezwzględną dla mnie wyższość
    muzyki wykonywanej na żywo.


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • ilhan 11.01.06, 16:06
    aimarek napisał:

    > Jeśli odnosisz się do mojego postu, to nie skumałeś do końca - może niejasno
    > napisałem. Po pierwsze wiadomo, że trzeba trochę zmrużyć oczy z tym "gwałtem na
    > naturze muzyki" i przenieść to raczej na poziom jakiejś metafory. Po drugie nie
    > chodziło mi tam o wyniesienie mp3 ponad płytę, bo mp3 też jest jakimś rodzajem
    > nośnika. Chodziło mi tylko o to by podkreślić bezwzględną dla mnie wyższość
    > muzyki wykonywanej na żywo.


    A ja wycieczki do Paryża nad wycieczką do Radomia (BTW pozdro Radom, dzięki za Irę).

    Z mojego prywatnego punktu widzenia jest to brnięcie w czystą teorię (choć, hm, czegoś innego się spodziewałem po tym wątku?). Oczywiście bezwzględnie większą wartość miałoby dla mnie zobaczenie w Warszawie koncertu British Sea Power i posłuchanie ich płyty z mp3 niż jedynie posłuchanie BSP z oryginału. Ale co z tego, kiedy tak czy siak tego BSP w Polsce nie zobaczę i mam do wyboru: wydać kasę na nowy album BSP lub przejść się na koncert Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • aimarek 11.01.06, 16:17
    ilhan napisał:

    > A ja wycieczki do Paryża nad wycieczką do Radomia (BTW pozdro Radom, dzięki za
    > Irę).
    >
    > Z mojego prywatnego punktu widzenia jest to brnięcie w czystą teorię (choć, hm,
    > czegoś innego się spodziewałem po tym wątku?). Oczywiście bezwzględnie większą
    > wartość miałoby dla mnie zobaczenie w Warszawie koncertu British Sea Power i p
    > osłuchanie ich płyty z mp3 niż jedynie posłuchanie BSP z oryginału. Ale co z te
    > go, kiedy tak czy siak tego BSP w Polsce nie zobaczę i mam do wyboru: wydać kas
    > ę na nowy album BSP lub przejść się na koncert Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wio
    > skach.

    Pitolenie. Łódź jest bardziej zacofana koncertowo od Warszawy a mimo to każdego
    miesiąca trafiają się przynajmniej 3-4 koncerty, na które warto się wybrać. No
    ale piszę to z punktu widzenia osoby o nieco szerszych zainteresowaniach niż
    brit-pop.. <palacz>



    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • ilhan 11.01.06, 16:19
    aimarek napisał:

    > Pitolenie. Łódź jest bardziej zacofana koncertowo od Warszawy a mimo to
    > każdego miesiąca trafiają się przynajmniej 3-4 koncerty, na które warto się
    > wybrać.

    No ale nie są to wykonawcy, których np. nowe wydawnictwa by mnie ekscytowały. Mógłbym raczej pójść na zasadzie: "a może to będzie coś ciekawego". Gdybym mieszkał np. w Berlinie, miałbym realną alternatywę pomiędzy wydawaniem kasy na płyty, a na koncerty, bo w praktyce każdego wydanego tam artystę miałbym szansę zobaczyć live na wysokości premiery LP.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • aimarek 11.01.06, 16:26
    ilhan napisał:

    > No ale nie są to wykonawcy, których np. nowe wydawnictwa by mnie ekscytowały. M
    > ógłbym raczej pójść na zasadzie: "a może to będzie coś ciekawego". Gdybym miesz
    > kał np. w Berlinie, miałbym realną alternatywę pomiędzy wydawaniem kasy na płyt
    > y, a na koncerty, bo w praktyce każdego wydanego tam artystę miałbym szansę zob
    > aczyć live na wysokości premiery LP.

    Sprowadzasz wszystko do punktu widzenia, w którym jakość płyty decyduje o tym
    czy warto się wybrać na jakiś koncert. Ja mam nieco inne podejście, o którym już
    pisałem. Większą radochę mam z zobaczenia na żywo Trzaski niż dajmy na to z
    słuchania w domu Ornette'a Colemana, na którym się wzorował.
    No i właśnie kieruję się bardzo często podejściem "a może to będzie coś
    ciekawego". I raczej rzadko zdarza mi się tego żałować.


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • ihopeyouwilllikeme 11.01.06, 16:40
    > Sprowadzasz wszystko do punktu widzenia, w którym jakość płyty decyduje o tym
    > czy warto się wybrać na jakiś koncert.

    Jeśli wolno mi się wtrącić - ja mam dokładnie takie podejście.
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • aimarek 11.01.06, 17:16
    ihopeyouwilllikeme napisał:

    > Jeśli wolno mi się wtrącić - ja mam dokładnie takie podejście.

    No spoko, ale wg mnie takie podejście jest niewłaściwe, zawęża horyzont,
    ogranicza itd.
    Jednym z najzajebistszych zeszłorocznych koncertów był dla mnie występ Franziski
    Baumann i Matthiasa Zieglera. Gostek grał na flecie, a laska śpiewała w jakiś
    przedziwny sposób, modulując na dodatek swój głos rękawicą cybernetyczną. Była
    to absolutna rewelacja, misterium niemalże, a wcześniej nawet nie znałem tych
    nazwisk. To samo Pop Pop Pop, Tymański Yass Ensemble, trio Trzaska / Frisch /
    Wirkus itd. Kapelę Ze Wsi Warszawa też obejrzałem zanim poznałem jakąkolwiek ich
    płytę (notabene płyta jest średniawa, a koncert był absolutnie wyjebczy).
    Kammerflimmer Kollektief czy Starymi Singers też zainteresowałem się dlatego,
    że akurat grali koncerty w Łodzi. Przed Starymi wystąpił Psychocukier i też
    goście zagrali bardzo fajnie, a płyty jeszcze nie mają. I mógłbym tak wymieniać.
    Zmierzam do tego, że jak się dobrze rozejrzeć, to można znaleźć naprawdę mnóstwo
    kapitalnych koncertów granych przez ludzi, którzy np. nie zaistnieli jeszcze
    płytowo lub egzystują w jakiejś niszy i chyba warto takie rzeczy wyławiać.


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • ilhan 11.01.06, 17:36
    No spoko, ja w to wszystko wierzę, ale tu różnią nas preferencje, bo ja rzadko mam motywację do wyjścia na takie nie-wiadomo-co, zwłaszcza, że nie bardzo mam z kim. I zgoda przecież z tą wyższością muzyki na żywo, tylko potrzebuję jakichś sensownych kryteriów porównawczych. Pójść na koncert New Order czy kupić sobie płytę New Order - no doubts. Pójść na koncert możliwe-że-ciekawego Japończyka z magnetofonem w nosie czy kupić sobie jakiś klasyczny LP - Ty wybierasz pierwsze, ja z reguły drugie (ale to wynika z preferencji właśnie i prywatnej filozofii słuchania muzyki). Niestety, rynek koncertowy w Polsce jest wciąż *dla mnie* raczej niezadowalający, wciąż proporcje między podażą a popytem wydają się drastycznie zachwiane, stąd częściej przeglądam propozycje koncertowe Berlina niż Warszawy i z zazdrością czytam wpisy ludzi z Londynu, którzy w dwa miesiące zaliczają więcej ciekawych występów niż ja do tej pory w całym życiu.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • obly 12.01.06, 08:13
    mysle że ten
    ja se za mało sie łazi na koncerty...
    to mozna zapomniec po co ten rock w sumie w ogóle jest ;)))
    to tak jak z prytą... na górce miedzy blokami w pewnych okolicznosciach smak
    trzymała
    w domku do rybki to.. hehehe nie bardzo
    a w sumie najwazniejsze jest w sumie przezycie czegos, ja tam zawsze lubiłem
    koncerty ale mało łaze... i nie to ze nie mam z kim.
    jak sie zacznie chodzic na koncerty zaczynasz poznawac ludzi którzy tez łazą.
    jest grupka osób takich jak aimarek którzy są na każdym ciekawszym koncercie i
    kurde w sumie to z tymi ludzmi sie chodzi na koncerty czy sie ich zna czy
    nie ;)))
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 12:51
    > Kapelę Ze Wsi Warszawa też obejrzałem zanim poznałem jakąkolwiek ichpłytę
    >(notabene płyta jest średniawa, a koncert był absolutnie wyjebczy).

    Ha, a ja akurat miałem dokładnie tak samo :))) Na żywo, z tymi wszystkimi
    wizualizacjami ( nie ma przypadków - tego samego dnia akurat zacząłem czytać
    książkę Nicka Masona, w której opisuje on efekty specjalne towarzyszące
    pierwszym koncertom Pink Floyd - oparte na tym samym patencie :) robili
    niesamowite wrażenie, płyta już tego klimatu nie oddaje, a wręcz zastanawiający
    jest fakt, że na żywo dziewczyny śpiewają jakieś 10 razy lepiej -jakby się
    krępowały w studiu. Ale gdybym biletu na Kapelę nie wygrał ( na spotkaniu w
    Empiku zapytałem ich o wrażenia z Roskilde, i uznali to pytanie za
    wystarczająco ciekawe, by podarować mi bilet :) Do dziś żałuję, że Wojtek Krzak
    tak szybko musiał wybywać, i nie zdążył wypisać mi wszystkich swoich ulubionych
    zespołów - musiał poprzestać na pięciu :D, to, przyznaję, sam bym pewnie biletu
    nie kupił, wybierając raczej jakąś klasyczną płytę, co do której miałbym
    pewność, że mi się spodoba ( np. " Nebraska " ) w przecenie. Czy źle bym
    wyszedł ? Cóż, koncert był już dawno, było fajnie i minęło, ale płyty dalej bym
    nie miał :) Akurat miałem wtedy szczęście. Oczywiście, w przypadku artystów
    których NAPRAWDĘ uwielbiam ( np. U2 ) nie ma gadania, jeśli przyjeżdżają rzucam
    wszystko i jadę, i fakt, że w cenie biletu na U2 mógłbym kupić 6 rewelacyjnych
    płyt pozbawiony jest jakiegokolwiek znaczenia. Ale to się zdarza tak rzadko, że
    nie ma co o tym mówić w ogóle. A ja naprawdę wolę kupić sobie płytę z
    kategorii " żelazna klasyka ", niż iść na koncert wykonawcy, o którym nie mam
    zielonego pojęcia, i nikt nie jest mi w stanie zagwarantować, że będzie fajnie -
    natomiast mieszkając w Polsce mam stuprocentową gwarancję, że z całą pewnością
    nie będzie na tyle fajnie, by zrekompensować mi fakt nieposiadania owej płyty.
    Niestety, jestem fetyszystą :) A wyławianie artystów kompletnie mnie nie
    interesuje, bo:

    a) na mój gust zazwyczaj są to rzeczy znacznie słabsze od tych, które jednak są
    jakoś tam znane ( choćby i tylko w alternatywnych kręgach )
    b) moje zaległości w muzyce " klasycznej ", płytach z cyklu " must have " są
    tak ogromne, że po prostu dochodzą tu jeszcze wyrzuty sumienia - zamiast poznać
    wreszcie np. " NYC Ghost & Flowers ", idę na koncert wykonawcy, który być może
    w ogóle nic nie znaczy. Nie umiem i nie chcę podejmować takiego ryzyka. Za,
    powiedzmy, 20 lat, kiedy w kanonie już jako tako będę obcykany, pewnie będzie
    mnie jarało odkrywanie młodych zdolnych. Na razie w ogóle mnie nie jara.

    A gdybym mieszkał w Berlinie sytuacja byłaby oczywiście zupełnie inna :)
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • tomash8 13.01.06, 20:58
    Ok. ALE chyba nie powiesz mi że całe pieniądze wydajesz tylko i wyłącznie na
    płyty. Wię chyba jednak lepiej jest, zamiast iść do knajpy czy do jakiegoś
    "klubu" zapłacić 5 - 10 zł. za koncert, no nie? Ja łaże prawie na wszystko na co
    mam okazje, i dzięki temu np. od razu wiedziałem że Cool kids of death to
    kupa:)[bez czytania recenzji A. Gacek, ani słuchania płyt] Nie mówie tu o
    "większych" koncertach, ale w dużych miastach typu Warszawa, Katowice, Kraków
    czy Wrocław koncertów jest naprawdę od groma, i 2 - 3 ciekawe rzeczy na miesiąc
    naprawdę można zobaczyć, i to często za grosze(no, w Stolycy bilety są gdzieś
    tak 2 razy droższe niż w normalnym świecie, ale co tam:P)
    --
    Sepultura supportem In Flames. Świat schodzi na psy:(
    tomash8.blox.pl
  • kubasa 12.01.06, 11:52
    Wczoraj nie byłem w stanie odpowiedzieć, może to i dobrze, bo wykoncypowałem co
    innego. Trochę historii ewolucji formy muzycznej:

    Od starożytności muzyka była ściśle związana z tym co nazwaliśmy literaturą.
    Stąd utwory, pieśni – występujące dziś zarówno na płytach jak i podręcznikach.
    Wynikało yo z tego, że pierwsze utwory były nie tylko przekazywane ustnie, ale
    śpiewane z akompaniamentem instrumentów. Można, jak sadzę, zaryzykować tekst,
    że tekst był tak powiązany z muzyką jak dramat czy komedia z teatrem.
    Średniowiecze przyniosło przede wszystkim likwidację indywidualizmu, który
    renesans odbudował. W następnych epokach pojawiały się bardziej rozbudowane
    formy, choćby koncert, symfonia, opera, a także powiązane z tańcem: polonezy,
    walce, mazurki, Wreszcie wynaleziono metode zapisu dźwięku i jego odtwarzania.
    Była to olbrzymia rewolucja, bez żadnych wątpliwości. Na początku
    istniały „nagrania”, czyli po prostu zapis z występu czy w przeznaczonym do
    tego studiu. Lecz zanim ktokolwiwk zdążył się spostrzec płyta stała się formą
    muzyczną, która czasami dla rozróżnienia dalej będziemy nazywać albumem. Innymi
    słowy, nadano terminowi „płyta” funkcję „albumu” czyli funkcję formy muzycznej,
    do dotychczasowej funkcji nośnika.

    Wnioski:

    Twierdzę, że album uwolnił się od nośnika. Nośnik zdeterminował kształt formy
    muzycznej – albumu, ale jej w nim na wieki nie zamknął. Stąd słuchając kasety
    (vide post Ilhana, Porcys.com) myślimy, że słuchaliśmy *płyty* (albumu).
    Dlatego dokładnie tę samą wartość ma słuchanie albumu z okrągłego nośnika
    zwanego płytą, z kasety czy z winampa czy z jakiegokolwiek innego źródła, w
    którym jakość dźwięku nie powoduje istotnego uszczerbku na muzyce. Każde
    przeciwne twierdzenie niezbudowane na obiektywnych przesłankach jest jedynie
    zwerbalizowaniem własnych preferencji i nie ma żadnej wartości w dyskusji.
    Równie dobrze można toczyć spory czy lepiej słuchać stojac czy siedząc, pijąc
    czy jedząc, będac ubranym w żółty sweter czy zielony. Zapewne Ilhan czy Maciek
    Makowski skontrują to tezą, że okładka jest częścią składową czy ważnym
    dodatkiem do muzyki. Moim zdaniem jest to co najwyżej po prostu wybrana
    interpreatcja lub klucz do interpretacji muzyki, lecz jeśli ktoś tego
    potrzebuje to tę okładke równie dobrze może obejrzeć w internecie. Jeżeli mówi,
    że czymś innym jest pryzmat na papierowej okładce Dark Side Of The Moon a czym
    innym pryzmat na monitorze, to to już podchodzi pod fetyszyzm. Ale przeciez nie
    rozumiany jako dewiacja (a chyba tak niektórzy tu pomyśleli).

    Na Porcysie pojawiło się pojęcie ary, które miało podbudować ideologicznie
    pasję zbieractwa. Polegać miało to na analogii do tez Benjamina, ale jak
    kulejąca była to próba, dowodził już Aimarek. Byłoby ciekawe gdyby ktoś
    potrafił wychodząc z tez Benjamina udowodnić, że pierwotny zapis docelowego
    dzieła wraz z idealnymi kopiami tegoż zapisu są konstytuwną cechą albumu.

    Kiedy mówiłem o infantyliźmie chodziło mi m.in. o to, że dzisiejsza kultura
    gardzi obiektywnymi przesłankami, a bez nich dyskusja często przeistacza się w
    naprzemienną prezentacje swoich preferencji.

    Później może rozwinę tezę o szkodliwości rozbudowanego „okładkowego” kontekstu,
    o tym jak wartościowanie i mówienie muzyki pop nie odnosi się do niczego innego
    poza jej krótka historią i o tym jakie szanse choćby aktywnego słuchania daje
    mp3.

    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • kubasa 12.01.06, 12:09
    ary = aury
    konstytuwną = konstytutywną
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • id999 13.01.06, 13:25
    www.breitbart.com/news/2006/01/10/060110164416.p4z0rnx6.html
    Dla leniwych:
    Internet downloading and MP3 players are creating a generation of people who do
    not seriously appreciate songs or musical performances, British researchers
    said.

    "The accessibility of music has meant that it is taken for granted and does not
    require a deep emotional commitment once associated with music appreciation,"
    said music psychologist Adrian North on Tuesday.



    North led a team from the University of Leicester, central England, that
    monitored 346 people over two weeks to evaluate how they related to music.

    They concluded that because of greater accessibility through mass media, music
    was nowadays seen more as a commodity that is produced, distributed and
    consumed like any other.

    It could also account for the popularity of television talent competitions,
    particularly in Britain, which allow viewers from the "iPod generation" a rare
    chance to engage and appreciate music and live performances, they suggested.

    "In the 19th century, music was seen as a highly valued treasure with
    fundamental and near-mystical powers of human communication," said North.

    "The pace of technological change has accelerated further over the last 20
    years or so and these fundamental changes in the nature of musical experience
    and value have arguably become even more pronounced.

    "Because so much music of different styles and genres is now so widely
    available via portable MP3 players and the internet, it is arguable that people
    now actively use music in everyday listening contexts to a much greater extent
    than ever before.

    "The degree of accessibility and choice has arguably led to a rather passive
    attitude towards music heard in everyday life.

    "In short, our relationship to music in everyday life may well be complex and
    sophisticated, but it is not necessarily characterised by deep emotional
    investment."

    The academic's assessment follows a warning last week from rock legend Pete
    Townshend, The Who guitarist, that listening to rock music on an MP3 player
    through headphones could cause deafness.

  • braineater 13.01.06, 13:39
    czyli jakby nie patrzec doszli do całkiem przeciwnych wniosków:)

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • roar 13.01.06, 21:29
    > Internet downloading and MP3 players are creating a generation of people who
    > do not seriously appreciate songs or musical performances

    A to nie powinno być: Music downloading allows people who do not seriously appreciate songs or musical performances to become active music listeners? ;)

    --
    And the possibility that if I stopped using my voice I would notice
    Songs that all around me sing
  • ilhan 12.01.06, 12:29
    Serdecznie dziękuję za ciekawy wykład. Bardzo to słuszne co napisałeś, wciąż, mój post nie miał na celu niczego więcej ponad przedstawieniem zupełnie prywatnego, opartego wyłącznie na preferencjach poglądu. A tych nie zmienią jakiekolwiek, nawet najmądrzejsze teorie. Co więcej, zaryzykuję tezę, że tezy, które sformułowałeś stoją w sprzeczności z preferencjami większości tego forum, choć być może jest *obiektywnie* niewytłumaczalne dlaczego.

    BTW jest *drobna* różnica między obejrzeniem okładki w internecie, a fizycznym z nią kontaktem. To pierwsze to tylko odwzorowanie drugiego, często zniekształcone i dalekie od doskonałości (poza tym istnieje całkiem sporo okładek, które np. wyglądają różnie pod różnymi kątami czy mają wypukłą fakturę). Nie wiem do czego to porównać, chyba to coś na zasadzie oglądania dziewczyny na zdjęciu i na żywo. A może to kiepska analogia.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • cze67 12.01.06, 12:33
    Wolę mieć na półce ORYGINAŁ "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa niż skserować tę
    znakomitą książkę. Nie ma w tym nic z fetyszyzmu. Po prostu tak mam i nie
    zamierzam się z tego tłumaczyć:-)
  • aimarek 12.01.06, 12:35
    ilhan napisał:

    > BTW jest *drobna* różnica między obejrzeniem okładki w internecie, a fizycznym
    > z nią kontaktem. To pierwsze to tylko odwzorowanie drugiego, często zniekształc
    > one i dalekie od doskonałości (poza tym istnieje całkiem sporo okładek, które n
    > p. wyglądają różnie pod różnymi kątami czy mają wypukłą fakturę). Nie wiem do c
    > zego to porównać, chyba to coś na zasadzie oglądania dziewczyny na zdjęciu i na
    > żywo. A może to kiepska analogia.

    No i wydało się jakie NAPRAWDĘ jest podejście niektórych forumowiczów do swoich
    płyt. Zboczeńcy!


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • aimarek 12.01.06, 12:36
    aimarek napisał:

    > No i wydało się jakie NAPRAWDĘ jest podejście niektórych forumowiczów do swoich
    > płyt. Zboczeńcy!

    Czekam teraz na opisy zrywania folii i otwierania pudełka.


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • cze67 12.01.06, 12:38
    aimarek napisał:

    > Czekam teraz na opisy zrywania folii i otwierania pudełka.

    Jeden z moich ulubionych momentów po kupieniu płyty a przed włożeniem jej do
    odtwarzacza:-)
  • obly 12.01.06, 12:48
    cze67 napisał:

    > aimarek napisał:
    >
    > > Czekam teraz na opisy zrywania folii i otwierania pudełka.
    >
    wkurza mnie bo czesto otwieram cd w samochodzie juz jadąc i kurde gryzę folię
    zębami i klnę jak szewc.... porwaną w drobiazki folię wypluwam na dywanik obok
  • martolka 12.01.06, 13:09
    >> wkurza mnie bo czesto otwieram cd w samochodzie juz jadąc i kurde gryzę
    > folię zębami i klnę jak szewc.... porwaną w drobiazki folię wypluwam na
    > dywanik obok

    ja kiedys walnelam plyta w sciane ze slosci na folie :-)
    pudelko nie przezylo.

    Zgadzam sie troche z Aimarkiem, chociaz mialam kiedys chorobe zbieractwa
    plytowego i rozumiem o co chodzi.
    No i zgoda, ze czasami warto pójsc nawet na cos czego sie nie znosi, bo koncert
    to zupelnie co innego niz plyta i mozna sie milo zdziwic. Ewentualnie rozwiac
    wszelkie watpliwosci. Albo miec niezly ubaw.
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 13:00
    > Jeden z moich ulubionych momentów po kupieniu płyty a przed włożeniem jej do
    > odtwarzacza:-)

    Również to kocham :) Jest to element owej " mistyki ". Zresztą to nie wszystko -
    wszelkie czynności związane ze zdobyciem płyty, wyjście do sklepu, zdjęcie z
    półki, moment płacenia ( jeszcze nie jest mój, jeszcze nie... i już, już jest
    mój, nareszcie :), powrót do domu, zdjęcie folii, oczywiście obowiązkowe
    powąchanie książeczki ( chociaż zapach wkładek kasetowych podobał mi się
    bardziej :D, umieszczenie płyty w odtwarzaczu ( w przypadku kaset dochodziły
    jeszcze inne emocje - nawet niektóre nowiuteńkie oryginały bywały uszkodzone )
    itd. Dla mnie to cały rytuał, który uwielbiam, i nic mnie nie obchodzi czy to
    jest racjonalne czy nie, czy to mi zakłóca odbiór muzyki w " czystej " formie
    czy nie - wolę odbierać muzykę w formie " nieczystej " z tym wszystkim, niż w
    formie " czystej " bez tego wszystkiego. Nikt mnie nie przekona do innego
    punktu widzenia.
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • ilhan 12.01.06, 12:40
    aimarek napisał:

    > aimarek napisał:
    >
    > > No i wydało się jakie NAPRAWDĘ jest podejście niektórych forumowiczów do
    > swoich
    > > płyt. Zboczeńcy!
    >
    > Czekam teraz na opisy zrywania folii i otwierania pudełka.

    Najfajniejsze jest wąchanie wkładki.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • obly 12.01.06, 12:47
    wyjawiam iż średnica otworu w CD jest... WIELCE WYMOWNA!!!!!
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 12:54
    > > zego to porównać, chyba to coś na zasadzie oglądania dziewczyny na zdjęci
    > u i na
    > > żywo. A może to kiepska analogia.

    Rewelacyjna analogia ! ;) Podpisuję się absolutnie.
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • obly 12.01.06, 12:46
    Chciałem powiedzieć tylko że Jankowi Muzykantowi to i wiatr w widłach grał no.
    O subiektywności odbioru muzyki nie ma co sie przekonywać chyba. Zwracanie
    uwagi na uważnosć co do pobocznych wątków wynikajacych z nośnika muzyki uwazam
    raczej za ciekawostkę. Do tego nie sądzę aby Ilhan stronił od koncertów (tak
    myślę). Po prostu nie idzie na żywioł jak aimarek któremu ten smaczek
    niepewności przydaje pewnych przeżyć niedostępnych przy odpakowywaniu płytki z
    folii natomiast I O TYM PRZEKONUJE nas tutaj aimarek ntomiast dla Ilhana
    szwendanie się po salkach koncertowych z tego co rozumiem to wydaje sie stratą
    czasu i tylko wprowadza pewna nerwowosć.
    CZY DOBRZE ROZUMIEM?
    choćmy na koncert co?
  • ilhan 12.01.06, 12:52
    obly napisał:

    > Do tego nie sądzę aby Ilhan stronił od koncertów (tak
    > myślę). Po prostu nie idzie na żywioł jak aimarek któremu ten smaczek
    > niepewności przydaje pewnych przeżyć niedostępnych przy odpakowywaniu płytki z
    > folii natomiast I O TYM PRZEKONUJE nas tutaj aimarek ntomiast dla Ilhana
    > szwendanie się po salkach koncertowych z tego co rozumiem to wydaje sie stratą
    > czasu i tylko wprowadza pewna nerwowosć.
    > CZY DOBRZE ROZUMIEM?

    Prawie dobrze. Może lekka przesada z tą stratą czasu i nerwowością, bo oczywiście przekonywałem już w powyższych postach, że nie ma nic lepszego niż wymiatający koncert ulubionego zespołu, natomiast faktycznie sytuacja, w której wybieram się na coś anonimowego jest u mnie raczej *rzadka*.


    > choćmy na koncert co?

    Na Afro Kolektyw bym poszedł, ale nie widzę (czarno widzę?) na razie nic o Warszawie.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • braineater 12.01.06, 12:50
    kubasa napisał:

    . Byłoby ciekawe gdyby ktoś
    > potrafił wychodząc z tez Benjamina udowodnić, że pierwotny zapis docelowego
    > dzieła wraz z idealnymi kopiami tegoż zapisu są konstytuwną cechą albumu.


    Benjamin i owszem, ale wydaje mi się, ze bardziej sytuację na styku klasycznego
    podejścia do muzyki, reprezentowanego przez 'album' a podejścia cyfrowego, w
    skrócie okreslonego jako mp3, lepiej odczytali dwaj inni panowie - Baudrillard
    i Negroponte. Negroponte w Cyfrowym życiu pisze o transformacji artefaktów
    kulturowych, która powoduje przejście od produkcji i dystrybucji przedmiotów
    (książek, płyt, filmów zarejestrowanych na tasmie) nazywanych przez niego
    atomami, do produkcji rzeczy mniej namacalnych - usług i informacji czyli
    bitów. Wyraźnie też zauważa, że "O ile dawniej skupialiśmy się na przedmiotach -
    takich jak książki, kasety i tym podobne - o tyle dziś coraz częściej mamy do
    czynienia wyłącznie z bitami, z informacją pozbawioną tak tradycyjnej, atomowej
    podstawy.".

    To wiąze sie podstawową tezą filozofi Baudillardowskiej (bardzo mocno zresztą
    stojacej na fundamentach stworzonych zarówno przez Adorno, jak i Benjamina),
    tezą która najogólniej rzecz biorąc głosi 'śmierć oryginału', jego kompletną w
    dzisiejszej epoce zbyteczność. I tu dochodzimy chyba do sedna sporu, bo
    trafiamy na bardzo istotne pytanie: 'co jest oryginałem w muzyce?' Zapis
    nutowy? Taśma matka sesji nagraniowej? pierwsza wytłoczona płyta opatrzona
    numerem 1? Czy tez przypadkiem rzecz zupełnie nieuchwytna - melodie w umysle
    twórcy? Którakolwiek z tych odpowiedzi nie byłaby prawidłowa, tak czy inaczej
    nie mamy dostepu do 'oryginału'. Skazani jestesmy z samego założenia na
    obcowanie z kopią, a najczęsciej jest to kolejna kopia z kopii kopii itd, w
    nieskończoność. kopia ta może przybrac formę zmaterializowaną - w
    postaci 'albumu', albo pozostac zdematerializowanym zapisem w sytemie 01.

    I tu wkraczamy na obszar preferencji i gustów, w którym zawsze jest sie cięzko
    poruszać, bo praktycznie nie istnieje sposób by zmienić czyjeś podejście,
    przekonac o wyższości jednej formy nad drugą - zresztą wcale nie jest
    powiedziane, że którakolwiek z tych form jest lepsza.

    Ja mogę sie upierać przy mp3, bo sa najbliżej tego, czym tak właściwie muzyka
    jest dla mnie - jak pisałem wczesniej w mp3 to jest najlepsze, że przywracają
    muzyce jej abstrakcyjny, niematerialny i (a co mi tam:) duchowy wymiar, jej
    nieuchwytność. Muzyka przestaje kojarzyć mi się z przedmiotem, który moge
    wziąśc w ręce, obejrzec z wszystkich stron, zachwycic sie (lub nie) malunkiem,
    którym przedmiot jest ozdobiony. Z przedmiotem tym mogłem miec równiez mnóstwo
    skojarzeń zupełnie nie związanych z treścią jaka została na nim zapisana - a to
    mi się przypomni panienka od której dostałem tą Tori Amos, a to wróce
    wspomnieniami do momentu, kiedy na tej płycie Exploited pojawiły sie pierwsze
    slady po zgaszonych petach i dlaczego sie pojawiły. To wszystko i owszem jest
    jakąs wartością, może byc miłe i fajne, tyle, że nie ma nic kompletnie
    wspólnego z muzyką, która jest na tym 'albumie' - w pewnym sensie przeszkadza
    wręcz w słuchaniu, w analizowaniu i próbach zrozumienia samej muzyki.

    Mp3 pozbawia mnie takich dylematów i rozproszeń, bo bedąc niematerialną nie
    niesie ze soba żadnych dodatkowych znaczeń i uwarunkowań. Dostaje tylko i
    wyłacznie dźwięk i tylko i wyłacznie na tym mogę się skupić. Zero wartosci
    dodanych typu okładka i inserty, po prostu muzyka w stanie 'czystym'. Mnie tego
    własnie potrzeba (przynajmniej na tym etapie), a jesli odczuje potrzebę
    dowiedzenia się o słuchanym materiale czegos więcej, jesli nie wystarczają mi
    własne odczucia i refleksje, to zawsze moge je znaleźc w sieci lub bibliotece

    Wracając na zakończenie do Benjamina, w 'Twórcy jako wytwórcy' sugerował on, ze
    głównym przedmiotem handlu w nadchodzacej epoce będa idee, że rola Artysty
    bedzie produkowanie własnie idei, nie wytworów materialnych (tym miały zajmować
    sie fabryki i przemysł). I dla mnie własnie mp3 jest najblizsza czystemu
    przekazowi zupełnie niematerialnej idei muzyki, złożonej z dwóch nieuchwytnych
    rzeczy, czyli powietrza i czasu, bez wikłania jej w jakikolwiek kontakt z
    materialnym swiatem.

    Tyle:)
    Pozdrowienia:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • cze67 12.01.06, 12:55
    Rozumiem, panie B., że nie masz także żadnych wspomnień związanych z
    okolicznościami słuchania danego utworu/płyty: np. przyszła wiosna i akurat ta
    muzyka nam się nawinęła, i lubiliśmy jej wówczas słuchać, i potem się już z tą
    wiosną kojarzyć będzie zawsze...
  • braineater 12.01.06, 13:02
    Dokładnie. Słuchając staram sie jak najbardziej ograniczyc wpływ zupełnie
    subiektywnych zdażeń i sytuacji, na to, co aktualnie płynie z głosników.
    Oczywiscie jest to hardkor, a pewne skojarzenia sa nieuniknione, jak chociazby
    to, że Sinnead O'Connor zawsze bedzie mi się silnie kojarzyc z moja żona, bo na
    koncercie Łysej Śpiewaczki sie poznalismy, ale staram sie jak mogę, by tego
    typu indywidualistyczne wkręty nie zkłóciły w miare obiektywnego podejscia do
    muzyki.
    Tak wiec jak machne recenzje Łysej (a pewno machne w tym tygodniu bo Throw Down
    Your arms buja niesamowicie) to bede sie jak najbardziej starał wszystkie tego
    typu wspomnienia i elementy osbiste wyeliminowac z procesu oceniania.:)
    Natomiast meteoropatą nie jestem i z rzadka kojarzę płyty z porami roku:)

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • cze67 12.01.06, 13:07
    braineater napisał:

    ale staram sie jak mogę, by tego
    > typu indywidualistyczne wkręty nie zkłóciły w miare obiektywnego podejscia do
    > muzyki.

    A nie: subiektywnego?:-)
  • glebogryzarka1 12.01.06, 14:56
    > staram sie jak mogę, by tego
    > typu indywidualistyczne wkręty nie zkłóciły w miare obiektywnego podejscia do
    > muzyki.

    A ja myślałem, że muzyka ma przede wszystkim sprawiać przyjemność (którą różnie
    można pojmować) - i jeśli ma to być przyjemność polegająca na tym, że
    przypomina Ci się coś pozamuzycznego, a wywołującego emocje, to niech tak
    będzie... Cze trafnie zauważył, że i tak będziesz subiektywny, nie męcz się
    chłopie z tą samokontrolą tak ;) No chyba że jesteś krytykiem?
  • cze67 12.01.06, 15:06
    No właśnie. Bo, że jeszcze nieco podrążę temat, kolega b. telewizji także nie
    ogląda. Bo a nuż tam dadzą jakiś teledysk utworu, który mu się spodobał:-)
    A koncerty:-) Był na Sinead i teraz ma kłopot:-)

    Wybacz, nie wyśmiewam się. Po prostu dążenie do absolutu jest tyleż trudne, co,
    jak myślę, niepotrzebne. Nie ma się co tak spinać.
  • ilhan 12.01.06, 15:09
    cze67 napisał:

    > Nie ma się co tak spinać.

    Genialna puenta tego wątku. Nie piszcie już nic :D

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 13:12
    > Rozumiem, panie B., że nie masz także żadnych wspomnień związanych z
    > okolicznościami słuchania danego utworu/płyty: np. przyszła wiosna i akurat
    ta
    > muzyka nam się nawinęła, i lubiliśmy jej wówczas słuchać, i potem się już z

    > wiosną kojarzyć będzie zawsze

    Tak właśnie poznawałem U2, nie mając jeszcze dostępu do internetu, każdą płytę
    trzeba było zdobyć, zapłacić, każdą zdobyłem w inny sposób ( doskonale pamiętam
    sytuacje, np. kiedy NARESZCIE przyszły pocztą Boy i October kupione w
    Rockserwisie - wtedy nie leżały w każdym sklepie jak teraz, to było jeszcze
    sprzed reedycji Universalu - odebrałem paczkę na poczcie, i otworzyłem w
    najbliższym supersamie, nie mogąc się już doczekać aż je wreszcie zobaczę, a
    potem szybko do domu, byle już wreszcie włączyć :). To były przygody, starania,
    niezapomniane chwile... A teraz przekonują mnie, że sytuacja kiedy wszystko
    mogę mieć od zaraz, bez niczego, bez emocji, same mp3 bez okładek, bez kontaktu
    z rzeczywistością, jest lepsza. Tak, album " Unforgettable Fire " zawsze będzie
    mi się kojarzył z rannym wstawaniem w pierwszej klasie liceum, zawsze będzie
    przywoływał te wspomnienia, i w ogóle mi nie przeszkadza, że być może nie znam
    go w formie " czystej ". P.... formę czystą, mam gdzieś obiektywizm, " wartości
    absolutne ", i inne bzdury. Muzyka którą kocham jest związana ze mną, z moim
    życiem, moimi przeżyciami, z okładkami płyt, i wcale nie widzę potrzeby
    wiedzieć, jak wygląda w formie " czystej ".
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • braineater 12.01.06, 13:19
    Ajhołpie:)
    Ja wcale nie namawiam do rezygnowania z własnych stylów odbioru, z własnych
    skojarzeń pozamuzycznych, nie mam zamiaru tez wpaśc do EMpiku i na chama
    powywalac wszystkie CD-ki z okładek bo to 'przecież zbędne'. Po prostu jak juz
    zacząłem ten młyn, który Kubasa aktualnie rozkręcił jak Amazonka, to chciałem
    trochę doprecyzować, czemu mp3 i cyfrowośc jest mi blizsza. I tylko tyle.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • obly 12.01.06, 13:39
    Moze spalmy jakąś wies? po dobrym filozofowaniu czuję pustkę ;)))
    reklamówka a siatka pleciona z lat 70 czyli róznice w noszeniu zakópów
    - brak zachaczania za guziki w tramwaju
    - poręczna była i miescila sie w torebce damskiej
    - wielouzytkowa
    - nie kupowało sie weicej niz sie do niej mogło zmieścić bo w sklepie to cud
    był jak w papier cokolwiek zawijali juz nie mówiąc o torbach

    ;)))

    wole spalić wioske... iiiihaaaaaaaaa

  • obly 12.01.06, 13:39
    przepraszam: zakupów
  • ilhan 12.01.06, 13:42
    Poza tym, to trochę oderwane jest od jeszcze jednego kontekstu sprawy. U mnie często zakup płyty to, poza samą chęcią posiadania jej w oryginale, wyraz szacunku dla albumu i artysty. Proste: ktoś nagrał coś wybitnego czy dla mnie ważnego, więc posłucham tego w tej formie, w jakiej chciał mi to przekazać plus w jakiś sposób mu się za to odwdzięczę. Być może macie tu inny punkt widzenia, ale chyba trzeba być robotem, żeby umieć całkowicie oddzielić muzykę od jej autora/wykonawcy. Chyba oderwane od pseudofilozoficznych wywodów (na pewno połowicznie, w końcu dyskusja dotyczy mp3, a nie tylko zawężenia do zjawiska ściągania czy zdobywania plików w inny sposób), ale dla mnie bliższe rzeczywistości ;-)

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • obly 12.01.06, 14:02
    myślę sobie jeszcze tak:
    Kiedyś ktos mnie przekonywał do The Doors, mialem 15 lat powiedzialem że chała
    i że chyba jest potłuczony żebym słuchał jakiś staruchów co to w sumie jeden
    juz nie zyje.
    Jak miałem lat 17 The Doors słuchałem jak głupi ktoś naokrągło przez 3 lata i
    była to kapela która była dla mnie ważna i walnął bym w ryj kto by mówił
    inaczej.
    Teraz doceniam The Doors ale mysle sobie że The Doors eeeee.... no takie sobie
    no dobre na rozwój. mocno emocjonalne ale facet miał fajną głowę ale go zjadło
    go szukanie gdzieś tego co było "bardzo blisko".

    i rozumiem że niektórzy maja za sobą okres fascynacji okładkami ale nie
    zabierajcie radochy innym ;))) z tego tylko własnie powodu. wszystko niby
    marnosć i my w proch sie rozlecimy i okładki i koncerciki i trzeba się radować
    tym co kurde jest w sposób jaki nam najbardizej odpowiada bo tylko to nam
    zezwoli na dalszy rozwój.

    a ja powiem że najlepsze są imprezki z grupa ludzi którzy lubieją słuchać
    dobrej muzy i można i pogadać i pojarać fajki i poskikać i takie tam. a jeszcze
    fajniejsze dla mnie jest sobie granie tej muzy choćby nie wiem jak amatorsko.
    hejaaaaaa


  • pytajnick 12.01.06, 15:13
    obły:

    "a ja powiem że najlepsze są imprezki z grupa ludzi którzy lubieją słuchać
    dobrej muzy i można i pogadać i pojarać fajki i poskikać i takie tam. a jeszcze
    fajniejsze dla mnie jest sobie granie tej muzy choćby nie wiem jak amatorsko.
    hejaaaaaa"

    dobra dobra, za 10 lat pogadamy i okaże się, że jest/było tak samo jak z
    doorsami! (Względnie za lat kilkadziesiąt, jak już fizycznie preferował będziesz
    słuchanie w fotelu jakiejś klasyki, na przykład... the doors ;-).


    --
    Pralniom zabrania się przyjmowania odzieży od burżuazyjnych dam. Należy
    zniszczyć ich burżuazyjne zachcianki i wymogi, ich burżuazyjny tupet, a rozwijać
    ducha proletariackiego. (Mao Tse-tung)
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 14:23
    > Być może macie tu inny punkt widzenia, ale ch
    > chyba trzeba być robotem, żeby umieć całkowicie oddzielić muzykę od jej
    > autora/wykonawcy

    Właśnie o tym myślałem. Spoko, do tego też dojdą. W końcu bez oddzielenia
    muzyki od twórcy nie da się jej poznać w formie ABSOLUTNIE czystej. Jeśli znamy
    twórcę, znamy jego osobowość ( czy choćby poprzednie dokonania ) zawsze, w
    mniejszym lub większym stopniu determinuje to nasz odbiór. A nawet same tytuły
    płyt czy piosenek - w końcu, skoro okładka płyty jest tylko zewnętrzną
    przynależnością samej zawartości ( " czystej " muzyki ), która ma nas nie
    obchodzić, to tak samo jest z jej tytułem. Ciągnijmy to dalej - czy muzyka w
    formie czystej może posiadać przynależny jej tekst ( jak w tradycyjnych
    piosenkach ) ? Tekst przecież NIE JEST muzyką. Nie może być tak, iż tekst
    jakiejś piosenki wpływa na moją interpretację muzyki. Jak mogę doznawać czystą
    muzykę, skoro słyszę tekst ? Poza tym, muzyka może sobie pochodzić z kosmosu,
    ale tytuły płyt czy teksty piosenek raczej zawsze pochodzą od twórcy. Tak więc
    nadając tytuły i pisząc teksty twórcy uniemożliwiają nam " czysty " odbiór
    kosmicznej muzyki. Co za chamstwo ! itd.itp.
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • < eader class="thread-comment__header">
    kubasa 12.01.06, 14:50
    ihopeyouwilllikeme napisał:

    > cały post

    A mógłbyś mi odpowiedzieć do czyich postów się odnosisz? Bo mam wrażenie, że
    tylko do własnych obsesji i urojonych wyobrażeń o twierdzenioach Braineatera
    czy moich.

    -- "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • ihopeyouwilllikeme 12.01.06, 14:56
    > A mógłbyś mi odpowiedzieć do czyich postów się odnosisz? Bo mam wrażenie, że
    > tylko do własnych obsesji i urojonych wyobrażeń o twierdzenioach Braineatera
    > czy moich.

    Do postu Ilhana :D Ej, przecież to jest świadome przerysowanie, mające pokazać,
    do czego może prowadzić idea " słuchania muzyki w formie czystej ", nie bierzże
    tego tak poważnie :)
    --
    The Chronicles Of Narnia
  • obly 12.01.06, 13:07
    idzmy dalej.
    następnym wnioskiem jest być może taki ze wszyscy jestesmy informacją w różnego
    typu uwarunowaniach. uwarunkowanie przepływu informacji było stałe do tej pory
    i można powiedzieć niezauważalne z tego powodu. wirtualność wprowadzila
    mozliwość porównania, więc co jest NAPRAWDĘ. I to i to. Uwarunkowanie po za tym
    teraz jest zmienne. Idzmy dalej. Można powiedzieć że cały świat jest w sumie li
    tylko informacją o nim? ;)))) W waszych tekstach bardziej jest mowa o pewnym
    procesie (bardzo posrednim) zdawania sobie z tego sprawy niż wyjasnienie
    zasady, natomiast rozmowa o wycinkach wyjętych z kontekstu na potrzeby samego
    badania jest mylące.

    I dlatego nie ufam za grosz filozofom. Dziś filozofia zajmuje siępoznaniem tego
    co jużwypowiedziane było i prze kogo i jak to siema dotego co jest dziś. a jak
    to się ma do tego co jest zawsze? Naprawdę szperajac różne rzeczy natykam sie
    często tylko na interpretacje wschodnich filozoffi (w okrojonym sensie buddyzm
    (a wiec nie buddyzm)) na potrzeby konkretnych procesów.

    co do muzy, jej trzeba słuchać no i czuć.... nic wiecej się pod tem nie kryje

    Najbliższym czemukolwiek był Heraklit z Efezu
  • pytajnick 12.01.06, 15:04
    "To wszystko i owszem jest
    jakąs wartością, może byc miłe i fajne, tyle, że nie ma nic kompletnie
    wspólnego z muzyką, która jest na tym 'albumie' - w pewnym sensie przeszkadza
    wręcz w słuchaniu, w analizowaniu i próbach zrozumienia samej muzyki.

    Mp3 pozbawia mnie takich dylematów i rozproszeń, bo bedąc niematerialną nie
    niesie ze soba żadnych dodatkowych znaczeń i uwarunkowań. "

    To oczywiście prawda, przynajmniej w większości*. Ale to nie argument, że taki
    wybór jest "lepszy". Myslę że już na tym forum znajdą się tłumy osób, które z
    najbardziej cenionymi przez siebie - w znaczeniu "ulubionymi" - płytami, wiążą
    jakieś właśnie wspomnienia czy poza-czysto-muzyczne (TM) odczucia, skojarzenia.

    Nie chcę się wdawać w polemikę, czy najpierw jest dobry album muzycznie, a potem
    związek emocjonalny (pozaczystomuzyczny, budowany zdarzeniami związanymi -
    również - z fizycznością albumu), czy na odwrót - zapewne różnie bywa. Zmierzam
    tylko do tego, że jeśli ten związek - "jeden z moich ulubionych albumów" +
    "emocjonalne elementy pozamuzyczne" ("pamiętam gdy pierwszy raz jej
    słuchałem...") - jest związkiem tak często występującym, to nie widzę powodu, by
    osoby tenże związek znające i ceniące, miały z niego rezygnować. Zmierzam do
    tego, że czystośc odbioru muzyki, tylko i wyłącznie jej bez całej reszty - wcale
    nie musi gwarantować większej z niej satysfakcji, a mam wrażenie, że wręcz
    znaczej jej częsci może nas pozbawić. Skąd więc argument, że taka "czysta"
    muzyka jest lepsza". Co niby jest w niej obiektywnie lepszego niż w formie
    "ułomnej", tradycyjnej? (Od razu dodam, że nie uważam, iż odbiór w 100% taki,
    jak to planował twórca-artysta, jest sam w sobie wartością obiektywną).


    -


    *W większości - bo jeśli słuchając albumu z mp3 w obecności ukochanej osoby
    wydarzy się coś niezwykłego, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że nawet ten
    zdematerializowany album w "czystej postaci", bez okładek, krążka, pudełka,
    folii, wyjścia do sklepu i całej reszty której odrzucenie ma wg Ciebie
    gwarantować pełnię czystomuzycznego odbioru - tenże wirtualny album nabierze
    nagle jednak pozamuzycznych konotacji, i cała Twoja nadzieja na czystość odbioru
    ginie.

    --
    Pralniom zabrania się przyjmowania odzieży od burżuazyjnych dam. Należy
    zniszczyć ich burżuazyjne zachcianki i wymogi, ich burżuazyjny tupet, a rozwijać
    ducha proletariackiego. (Mao Tse-tung)
  • kubasa 12.01.06, 16:00
    pytajnick napisał:

    > Skąd więc argument, że taka "czysta"
    > muzyka jest lepsza". Co niby jest w niej obiektywnie lepszego niż w formie
    > "ułomnej", tradycyjnej?

    "I tu wkraczamy na obszar preferencji i gustów, w którym zawsze jest sie cięzko
    poruszać, bo praktycznie nie istnieje sposób by zmienić czyjeś podejście,
    przekonac o wyższości jednej formy nad drugą - zresztą wcale nie jest
    powiedziane, że którakolwiek z tych form jest lepsza."

    "JA mogę sie upierać przy mp3, bo sa najbliżej tego, czym tak właściwie muzyka
    jest dla MNIE - jak pisałem wczesniej w mp3 to jest najlepsze, że przywracają
    muzyce jej abstrakcyjny, niematerialny i (a co mi tam:) duchowy wymiar, jej
    nieuchwytność."

    "Muzyka przestaje kojarzyć MI się z przedmiotem, który moge
    wziąśc w ręce, obejrzec z wszystkich stron, zachwycic sie (lub nie) malunkiem,
    którym przedmiot jest ozdobiony. "

    "Mp3 pozbawia MNIE takich dylematów i rozproszeń..."

    "MNIE tego
    własnie potrzeba (przynajmniej na tym etapie), a jesli odczuje potrzebę
    dowiedzenia się o słuchanym materiale czegos więcej, jesli nie wystarczają mi
    własne odczucia i refleksje, to zawsze moge je znaleźc w sieci lub bibliotece

    Chciałem więc tylko powiedziec, że Braineater wyrażał swój subiektywny pogląd.

    "> *W większości - bo jeśli słuchając albumu z mp3 w obecności ukochanej osoby
    > wydarzy się coś niezwykłego, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że nawet ten
    > zdematerializowany album w "czystej postaci", bez okładek, krążka, pudełka,
    > folii, wyjścia do sklepu i całej reszty której odrzucenie ma wg Ciebie
    > gwarantować pełnię czystomuzycznego odbioru - tenże wirtualny album nabierze
    > nagle jednak pozamuzycznych konotacji, i cała Twoja nadzieja na czystość
    odbior
    > u
    > ginie."

    I znowu nie do końca bo jak pisał Braineater

    "Dokładnie. Słuchając staram sie jak najbardziej ograniczyc wpływ zupełnie
    subiektywnych zdażeń i sytuacji, na to, co aktualnie płynie z głosników.
    Oczywiscie jest to hardkor, a pewne skojarzenia sa nieuniknione, jak chociazby
    to, że Sinnead O'Connor zawsze bedzie mi się silnie kojarzyc z moja żona, bo na
    koncercie Łysej Śpiewaczki sie poznalismy, ale staram sie jak mogę, by tego
    typu indywidualistyczne wkręty nie zkłóciły w miare obiektywnego podejscia do
    muzyki.
    Tak wiec jak machne recenzje Łysej (a pewno machne w tym tygodniu bo Throw Down
    Your arms buja niesamowicie) to bede sie jak najbardziej starał wszystkie tego
    typu wspomnienia i elementy osbiste wyeliminowac z procesu oceniania.:)
    Natomiast meteoropatą nie jestem i z rzadka kojarzę płyty z porami roku:)"

    Jeszcze od siebie dodam, że czym innym są konteksty takie jak choćby tytuł,
    czyli te które wyrastają wokół sameggo finalnego zapisu/wykonania/notacji ,
    czyli wokól abstraktu, a czym innym te, które wyrastaja wokół pojedynczego
    egzemplarza płyty/kasety/jakiegokolwiek przedmiotu.

    Sorry, że wystąpiłem w roli samorzutnego adwokata Braineatera, ale mam wrazenie
    że sporo osób trochę trafia obok tematu i nie czyta do końca starannie.

    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • pytajnick 12.01.06, 16:51
    > Sorry, że wystąpiłem w roli samorzutnego adwokata Braineatera, ale mam wrazenie
    >
    > że sporo osób trochę trafia obok tematu i nie czyta do końca starannie.

    Nie ma co sorry, bo po takim zebraniu, jakie zrobiłeś, widać, że szczepionki na
    tego typu wypowidzi jak moja już wcześniej były, czyli rzeczywiście nie dość
    uwaznie czytałem.
  • blind_librarian 12.01.06, 18:18
    Tak sobie jechałem do domu tramwajka i tak próbowałem poskładać sobie to
    wszystko, co tu ponawypisywalismy w jakąś mniej więcej całość. W zadaniu tym
    wybitnie pomagał mi Salaryman z płytką Karoishi, za co jestem wdzięczny.

    Po pierwsze, po wypisaniu tych wszystkich postów w pewnym sensie
    gloryfikujacych cyfrową niematerialnośc muzyki, zaczałem się trochę czuć jak
    jakiś jebnięty cokolwiek chomik-długodystansowiec, próbujący zaliczyc maraton w
    akwariowym kółeczku. Cały czas krązyłem w kółko nie potrafiąc trafić w sedno
    tematu.

    A sednem tym jest przeciez najprostszy pod słońcem fakt, w dodatku, jak dla
    mnie zupełnie nieopisywalny, czyli to, że muzyka jest, była i będzie potężnym
    (najpotężniejszym) generatorem uczuć. Słuchamy (ja słucham, podejrzewam, że
    większość z nas również) po to, by czegoś doświadczyć. Muzyka przynosi nam całe
    spektrum uczuć, których na codzień doświadczamy raczej rzadko, odcinając się
    przed nadmiernym borowaniem naszych nerwów przez rzeczywistość. Muzyka wkracza
    i kopie nas po głowie, cynicznie się przy tym szczerząc i mamrocąc 'myślałes,
    że jesteś tfardy, co? To posłuchaj tego i zostaw te chusteczki'. Muzyka
    maxymalnie może nam w głowie namieszać, wstrząsnąć, zgwałcic i zostawić
    rozłożonymi na glebie, bez prawa do najmniejszego drgnięcia - i nie ma się co
    oszukiwać - WSZYSCY kiedys padliśmy ofiarą takiego gwałtu i to on najczęsciej
    stawał sie źródłem nałogu (bo do tego, że w podejściu do muzyki nie jesteśmy
    lepsi od heroinistów, jak mniemam nikt juz nie ma wątpliwości:).

    I tu wracamy do meritum, do tytułopostowej Utopii <subiektywizm mode on> JA
    chciałbym doświadczać tych gwałtów w formie jak najbardziej czystej, opartej
    tylko na muzyce, tylko na dźwięku i tylko na tych emocjach, które on ze soba
    niesie. Nie jest powiedziane, a przynajmniej jest tyle samo argumentów za, jak
    i przeciw, że te emocje mogą zostać przez kogokolwiek zaprojektowane, że
    odpowiedzialny jest za nie Twórca. Raczej wynikają one z tego zupełnie
    nieuchwytnego styku dźwięku, który ktoś stworzył, z osobowością słuchacza,
    która to osobowośc tworzymy sobie każdy na własna rękę.

    Każdy dodatkowy element, nadbudowa która muzyce towarzyszy, okładki, wkładki,
    gadżety, biografie i dyskografie, recenzje i kontrrecenzje, pełne zachwytu
    opowieści, dla MNIE sa przeszkadzajkami, rozpraszają mnie i modyfikuja te
    uczucia i emocje, które chciałem czerpać z samej muzyki. I uruchamia się
    lawina, która powoduje, że wpływ na ocenę tego co słysze, zaczyna miec, to co
    wiem o człowieku które te dźwieki nagrał <nieno taki debil jak... , to to nie
    ma szans fajnej płyty zrobić>, to co widze w ksiązeczkach <ty stary widziałes
    jak odjebali okładkę w Vitalogy? Sam mjut, mówię ci. To musi być zajebista
    płyta>, to z czym przychodzi do mnie teledysk <ojapierole ale laski ma ten 50
    cent. Chyba se kupie płytę>, a sama muzyka zaczyna być spychana na plan coraz
    dalszy i dalszy, aż zupełnie staje się marginesem.

    Ja natomiast chce doznawać emocji płynących z muzyki nie będąc rozpraszanym,
    nie projektując na dźwięki swoich własnych uprzedzeń i zachwyceń, starając się
    odczytać przekaz emocjonalny jaki jest w nich zawarty 'takim jakim jest'. Jest
    to projekt totalnie utopijny, idealistyczny, platoński w swej naturze, ale ja
    tak już mam, że se proste rzeczy uwielbiam komplikować:)

    No i tu powracam do bezmaterialności cyfrowej, do tego, że w tej wersji dostaje
    właśnie sama muzykę i emocje, nic ponad. I o tym tak naprawdę chyba próbowałem
    w tych kilku przydługich postach napisać.

    Amen.

    A teraz możecie wybić ze mnie kregosłup, przy pomocy stosownych kotrargumentów:)

    Pozdrowienia:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"

    Wolna Kultura
  • pytajnick 12.01.06, 19:52
    blind_librarian napisał:

    > A teraz możecie wybić ze mnie kregosłup, przy pomocy stosownych
    > kotrargumentów:

    Nie ma stosownych argumentów na coś opierającego się na zastrzeżeniu
    "<subiektywizm mode on>". Poza "mój subiektywizm mówi mi co innego", i tyle, i
    fajnie - jak zwykle - że się różnimy, a dzięki temu długaśnemu (ale jak widać po
    liczbie postów - potrzebnemu?) wątkowi - pewnie i lepiej rozumiemy/znamy.

    --
    Sampling jest ZŁY
  • cze67 13.01.06, 09:29
    Piękna to idea Panie blind:-) i życzę Ci ze szczerego serca jej realizacji.
    Serio, tym bardziej, że jest to niezmiernie trudne, utopijne wręcz a z drugiej
    strony -piękne i niezwykłe; nigdy nie myślałem o takim podejściu do muzyki, dla
    mnie zawsze była ona "obudowana" tym wszystkim o czym tu piszemy.
  • mmakowski 12.01.06, 12:59
    kubasa napisał:

    > Zapewne Ilhan czy Maciek
    > Makowski skontrują to tezą, że okładka jest częścią składową czy ważnym
    > dodatkiem do muzyki. Moim zdaniem jest to co najwyżej po prostu wybrana
    > interpreatcja lub klucz do interpretacji muzyki, lecz jeśli ktoś tego
    > potrzebuje to tę okładke równie dobrze może obejrzeć w internecie.

    Czescia skladowa muzyki okladka w oczywisty sposob nie jest. Podobnie jak nie sa
    nia teksty piosenek. Jako ze muzyka jest forma w czystej postaci, probuje sie
    wlozyc w nia jakas tresc poprzez wyspiewywanie tekstow czy zamieszanie
    odpowiednich ilustracji na okladce. Mozna oczywiscie odnosic sie do muzyki w
    czystej postaci, ale w koncepcji albumu, o ktorej wspomniales, chodzi chyba o
    cos troche innego: muzyka jest czescia centralna i najwazniejsza, ale nie
    jedyna. Na ogol istotnym elementem koncepcji artystycznej jest tekst, czesto sa
    nimi rowniez ilustracje czy opakowanie.

    Co do ogladania w Internecie generalnie sie zgadzam, ale tu wchodzi druga sprawa
    o ktorej wspomnialem: sklonnosc do gromadzenia przedmiotow ladnych. Okreslanie
    jej mianem fetyszyzmu (w jakimkolwiek znaczeniu) to gruba przesada.
  • janek0 12.01.06, 23:29
    mmakowski napisał:

    > Co do ogladania w Internecie generalnie sie zgadzam, ale tu wchodzi druga sprawa
    > o ktorej wspomnialem: sklonnosc do gromadzenia przedmiotow ladnych. Okreslanie
    > jej mianem fetyszyzmu (w jakimkolwiek znaczeniu) to gruba przesada.

    A miano "drobnomieszczańskie" może być ?
    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • mmakowski 13.01.06, 09:01
    janek0 napisał:

    > A miano "drobnomieszczańskie" może być ?

    W sumie to może być i "fetyszyzm", i "drobnomieszczaństwo", i "filisterstwo", i
    "zbrodnia", jeśli ktoś ma taką fantazję. Tyle, że nie widzę dla tych określeń
    żadnego uzasadnienia. Nie mówimy tu przecież o sytuacji, w której kolekcjonuje
    ktoś płyty tylko po to, żeby ładnie wyglądały na półce. Pierwotnym powodem jest
    możliwość poznania muzyki, a nabywa się ją w formie płyty np. ze względu na
    jakość dźwięku albo ze względu na szacunek dla artysty. I nie widzę nic złego w
    tym, że jakimś dalszym kryterium są walory "opakowania". Jeśli w sklepie mam do
    wyboru sto albumów, których fragmenty znam i które moim zdaniem stoją muzycznie
    na tym samym poziomie, to kierowanie się estetyką okładki świadczy od razu o
    drobnomieszczaństwie?

    Jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej przez kogoś "chuchania i dmuchania" na
    zbiory: ekonomiczne korzystanie z przedmiotów stanowi wyraz szacunku dla samego
    siebie i dla własnej pracy, w efekcie której weszliśmy w ich posiadanie. Jeśli
    za kilka albo kilkanaście lat stwierdzę, że na cholerę mi te wszystkie płyty, bo
    muzyka przestała mnie bawić, to wolę mieć możliwość odsprzedania ich za uczciwą
    cenę -- ale do tego płyty nie mogą być porysowane, a pudełka i okładki muszą być
    w dobrym stanie. Wiadomo, że z prawie wszystkim można przesadzić, ale ja się
    jeszcze z przypadkiem nadmiernej dbałości o płyty nie zetknąłem.
  • janek0 13.01.06, 12:19
    mmakowski napisał:

    > Jeśli w sklepie mam do
    > wyboru sto albumów, których fragmenty znam i które moim zdaniem stoją muzycznie
    > na tym samym poziomie, to kierowanie się estetyką okładki świadczy od razu o
    > drobnomieszczaństwie?
    bo to trochę jak przy kupnie obrazu kierowanie się kolorem ramki...

    > Jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej przez kogoś "chuchania i dmuchania" na
    > zbiory: ekonomiczne korzystanie z przedmiotów stanowi wyraz szacunku dla samego
    > siebie i dla własnej pracy, w efekcie której weszliśmy w ich posiadanie. eśli
    > za kilka albo kilkanaście lat stwierdzę, że na cholerę mi te wszystkie płyty, b
    > o
    > muzyka przestała mnie bawić, to wolę mieć możliwość odsprzedania ich za uczciwą
    > cenę -- ale do tego płyty nie mogą być porysowane, a pudełka i okładki muszą być
    > w dobrym stanie.

    To jest właśnie powód, dla którego określenie fetyszyzm jest tak dobre
    (zwłaszcza w znanej mutacji "fetyszyzm towarowy", hehe). Materialna forma
    przedmiotu przesłania w ten sposób *sens* który ten przedmiot przenosi, to jest,
    przepraszam za słowo, przeżycie sztuki. Sztuka nie jest żadnym "wyrazem szacunku
    do własnej pracy", tylko sztuka jest sztuką, kończy się i zaczyna w doznaniu
    odbiorcy, wywołanym przez artystę. Fakt posiadnia prawa własności do okładki nie
    ma tu nic do rzeczy, nie jest doznaniem artystycznym.

    Swoją drogą, można to powiedzieć także w stosunku do inwestycji - jak ktoś np.
    korzysta z jakiegoś instrumentu finansowego bo jest to modne (albo dlatego, że
    jest on piękny) to należy się spodziewać, że straci pieniądze, bo nie rozumie,
    na czym polega inwestowanie i na czym polega ekonomia. Więc różnica między
    możliwym zyskiem (stratą) tego inwestora a jego rzeczywistym zyskiem (stratą)
    stanowi koszt korzystania z instrumentów finansowych w sposób niezgodny z
    przeznaczeniem.

    I tak samo jest w przypadku sztuki - różnica między odbiorem sztuki
    niezakłóconym dodatkowymi czynnikiami a odbiorem sztuki zakłóconym dokonywaniem
    wyborów w sposób inny niż tylko czysto artystyczny stanowi koszt uczestniczenia
    w kulturze w sposób inny niż zgodny z regułami gry.

    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • mmakowski 13.01.06, 20:24
    janek0 napisał:

    > bo to trochę jak przy kupnie obrazu kierowanie się kolorem ramki...

    Chyba nie o taką analogię Ci chodziło, bo akurat w przypadku obrazów dobór ramy
    jest bardzo ważny. W zależności od ramy obrazy prezentują się zupełnie inaczej
    -- zapytaj jakiegoś plastyka.
    Poza tym pisałem wyraźnie, że jest to kryterium drugorzędne. Powtórzę zatem:
    jeśli pod względem muzycznym płyty są równoważne, to nie widzę nic złego w
    wyborze tej, która ma ładniejszą okładkę.

    > > Jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej przez kogoś "chuchania i
    > > dmuchania" na zbiory: ekonomiczne korzystanie z przedmiotów stanowi
    > > wyraz szacunku dla samego siebie i dla własnej pracy, w efekcie której
    > > weszliśmy w ich posiadanie. Jeśli za kilka albo kilkanaście lat
    > > stwierdzę, że na cholerę mi te wszystkie płyty, bo muzyka przestała
    > > mnie bawić, to wolę mieć możliwość odsprzedania ich za uczciwą
    > > cenę -- ale do tego płyty nie mogą być porysowane, a pudełka i okładki
    > > muszą być w dobrym stanie.
    >
    > To jest właśnie powód, dla którego określenie fetyszyzm jest tak dobre
    > (zwłaszcza w znanej mutacji "fetyszyzm towarowy", hehe). Materialna forma
    > przedmiotu przesłania w ten sposób *sens* który ten przedmiot przenosi, to
    > jest, przepraszam za słowo, przeżycie sztuki. Sztuka nie jest żadnym
    > "wyrazem szacunku do własnej pracy", tylko sztuka jest sztuką, kończy się
    > i zaczyna w doznaniu odbiorcy, wywołanym przez artystę. Fakt posiadnia
    > prawa własności do okładki nie ma tu nic do rzeczy, nie jest doznaniem
    > artystycznym.

    Ależ ja w tym akapicie nie pisałem o sztuce i doznaniach artystycznych, tylko o
    nośnikach jako przedmiotach: *skoro już nabywam muzykę w formie płyt*, to mogę o
    nie dbać jako o przedmioty, które mają wartość materialną, czyż nie? Czy ta
    dbałość przynosi jakąś ujmę muzyce zawartej na płytach? Czy wpływa negatywnie na
    to, jak ja odbieram muzykę?

    > Swoją drogą, można to powiedzieć także w stosunku do inwestycji - jak ktoś np.
    > korzysta z jakiegoś instrumentu finansowego bo jest to modne (albo dlatego, że
    > jest on piękny) to należy się spodziewać, że straci pieniądze, bo nie rozumie,
    > na czym polega inwestowanie i na czym polega ekonomia. Więc różnica między
    > możliwym zyskiem (stratą) tego inwestora a jego rzeczywistym zyskiem (stratą)
    > stanowi koszt korzystania z instrumentów finansowych w sposób niezgodny z
    > przeznaczeniem.

    To nie ma nic do rzeczy (pomijając już, że "możliwy zysk/strata" nie jest
    pojęciem dobrze zdefiniowanym). Przede wszystkim jest muzyka i (powtarzam) płyty
    nie są kupowane jako inwestycja, tylko ze względów wymienionych przeze mnie w
    poprzednim poście.

    > I tak samo jest w przypadku sztuki - różnica między odbiorem sztuki
    > niezakłóconym dodatkowymi czynnikiami a odbiorem sztuki zakłóconym
    > dokonywaniem wyborów w sposób inny niż tylko czysto artystyczny stanowi
    > koszt uczestniczenia w kulturze w sposób inny niż zgodny z regułami gry.

    Nie rozumiem do czego się to odnosi. Mogę prosić o jakiś przykład "wyboru
    dokonanego w sposób inny niż artystyczny" i o przedstawienie w jaki sposób
    wpływa on na "odbiór sztuki"?
  • janek0 14.01.06, 00:40
    mmakowski napisał:

    >> bo to trochę jak przy kupnie obrazu kierowanie się kolorem ramki...
    > Chyba nie o taką analogię Ci chodziło, bo akurat w przypadku obrazów dobór
    > ramy jest bardzo ważny. W zależności od ramy obrazy prezentują się zupełnie
    >inaczej zapytaj jakiegoś plastyka.
    No pewno, że nie o taką, jak Ty piszesz. Nie chodzi mi o dobieranie ramki do
    obrazka (bo to pochwalam), ale o kupowanie obrazu z tego powodu, że akurat ma
    już taką a nie inną ramkę.

    > Poza tym pisałem wyraźnie, że jest to kryterium drugorzędne. Powtórzę zatem:
    > jeśli pod względem muzycznym płyty są równoważne, to nie widzę nic złego w
    > wyborze tej, która ma ładniejszą okładkę.
    A daj mi przykład jakichś dwóch płyt równoważnych pod względem muzycznym... Sam
    fakt, że to są dwie różne płyty, powoduje, że nie mogą być równoważne.

    >Ależ ja w tym akapicie nie pisałem o sztuce i doznaniach artystycznych, tylko o
    >nośnikach jako przedmiotach: *skoro już nabywam muzykę w formie płyt*, to mogę
    >o nie dbać jako o przedmioty, które mają wartość materialną, czyż nie? Czy ta
    >dbałość przynosi jakąś ujmę muzyce zawartej na płytach? Czy wpływa negatywnie >
    >na to, jak ja odbieram muzykę?
    Oczywiście, że tak, bo ze 100% zasobów uwagi, które mógłbyś poświęcić
    kontemplowaniu muzyki jakiś procent poświęcasz na oglądanie okładek i omiatanie
    ich miotełką od kurzu ;)

    >> To nie ma nic do rzeczy (pomijając już, że "możliwy zysk/strata" nie jest
    >> pojęciem dobrze zdefiniowanym). Przede wszystkim jest muzyka i (powtarzam)
    >> płyty nie są kupowane jako inwestycja, tylko ze względów wymienionych przeze
    >> mnie w poprzednim poście.
    No, ale jednak coś pisałeś o szacunku do własnej pracy, jako kategorii związanej
    z obcowaniem z muzyką.

    >> I tak samo jest w przypadku sztuki - różnica między odbiorem sztuki
    >> niezakłóconym dodatkowymi czynnikiami a odbiorem sztuki zakłóconym
    >> dokonywaniem wyborów w sposób inny niż tylko czysto artystyczny stanowi
    >> koszt uczestniczenia w kulturze w sposób inny niż zgodny z regułami gry.

    > Nie rozumiem do czego się to odnosi. Mogę prosić o jakiś przykład "wyboru
    > dokonanego w sposób inny niż artystyczny" i o przedstawienie w jaki sposób
    > wpływa on na "odbiór sztuki"?
    No tak, mało to jasna wypowiedź. Chodziło mi o sytuację, w której odbiór dzieła
    nie polega tylko na odbiorze dzieła, ale pośredniczą tu jakieś inne czynniki.

    Spójrzmy na to tak: w ciągu życia można przesłuchać n płyt, przy czym n jest
    mniejsze niż liczba wszystkich nagranych kiedykolwiek płyt. Trzeba więc
    wybierać, czy będzie to zbiór N1, N2 czy Nn, które są podzbiorami zbioru M, tj.
    zbioru wszystkich nagranych płyt. Najlepiej wybrać między N1, N2.. Nn w taki
    sposób, aby wybór odpowiadał najwyższemu zadowoleniu z przesłuchanej muzyki
    (maksymalizując użyteczność). Nazwijmy zbiór maksymalizujący użyteczność zbiorem
    Q. Można wybierać płyty zrobić na różne sposoby - np. losując: wtedy będziemy
    mieli jakieś (małe) prawdopodobieństwo, że tak uzyskany zbiór N1 będzie tożsamy
    ze zbiorem Q, a więc, że muzyka, której będziemy musieli słuchać będzie się nam
    podobać. Możemy też dokonać tego kierując się np. ceną płyt (wybierając N2), i
    wtedy p(N1=Q)<p(N2=Q). No więc twierdzę, że jeśli dokonamy wyboru na podstawie
    tego, czy okładki się nam podobają, czy nie (otrzymując N3), czy może słuchając
    płyt w sklepie (N4) to będziemy mieli p(N1=Q)<p(N2=Q)<p(N3=Q)<p(N4=Q)

    Teraz, jeśli N5 stanowi słuchanie płyt z płyt cd, a N6 z mp3/itunes albo emusic,
    to p(N5=Q)<p(N6=Q). Dlaczego ? Ano dlatego, że wysiłek i koszt niezbędny dla
    uzyskania równolicznych zbiorów płyt będzie znacznie mniejszy w przypadku n6, co
    oznacza, że w jednostce czasu dzięki mp3 można będzie poświęcić słuchaniu muzyki
    więcej czasu niż w przypadku płyt cd, albo że można znaleźć więcej podobających
    się nam płyt.

    Powiem więcej, jeśli N7 to zbiór muzyki uzyskany za pomocą p2p, to
    p(N6=Q)<p(N7=Q). (Oczywiście przy założeniu, że zabawy nie przerwą nam w pewnym
    momencie organy ścigania).

    Inaczej mówiąc, w przypadku mp3 mniej niekorzystnych czynników interweniuje w
    wybór muzyki (i w konsekwencji w odbiór), niż w przypadku cd - w przypadku mp3
    jest to zwykle wyłącznie czysta wola słuchacza, a w przypadku cd - zasoby $,
    fizyczna dostępność płyt, "interferencje" z przekonaniami estetycznymi
    dotyczącymi okładek itd.
    --
    Why do people who read Dostoyevsky look like Dostoyevsky?
  • mmakowski 14.01.06, 02:41
    janek0 napisał:

    > A daj mi przykład jakichś dwóch płyt równoważnych pod względem muzycznym...
    > Sam fakt, że to są dwie różne płyty, powoduje, że nie mogą być równoważne.

    Dla mnie, subiektywnie, przy ograniczonej wiedzy jaką mam o nich, mogą być
    równoważne. I nawet jednorazowe przesłuchanie całości często nie wystarcza mi do
    stwierdzenia, że jedna jest lepsza a druga gorsza.

    > No, ale jednak coś pisałeś o szacunku do własnej pracy, jako kategorii
    > związanej z obcowaniem z muzyką.

    Nie -- może rzeczywiście nie napisałem tego wyraźnie, ale to nie odnosiło się do
    obcowania z muzyką tylko do (czyichśtam, nie umiem teraz znaleźć tej konkretnej
    wypowiedzi w tym wątku) uwag na temat podejścia do płyt. Jako przedmiotów.

    > Spójrzmy na to tak: w ciągu życia można przesłuchać n płyt, przy czym n jest
    > mniejsze niż liczba wszystkich nagranych kiedykolwiek płyt. Trzeba więc
    > wybierać, czy będzie to zbiór N1, N2 czy Nn, które są podzbiorami zbioru M,
    > tj. zbioru wszystkich nagranych płyt. Najlepiej wybrać między N1, N2.. Nn w
    > taki sposób, aby wybór odpowiadał najwyższemu zadowoleniu z przesłuchanej
    > muzyki (maksymalizując użyteczność). Nazwijmy zbiór maksymalizujący
    > użyteczność zbiorem Q. [...]
    > Inaczej mówiąc, w przypadku mp3 mniej niekorzystnych czynników interweniuje w
    > wybór muzyki (i w konsekwencji w odbiór), niż w przypadku cd - w przypadku mp3
    > jest to zwykle wyłącznie czysta wola słuchacza, a w przypadku cd - zasoby $,
    > fizyczna dostępność płyt, "interferencje" z przekonaniami estetycznymi
    > dotyczącymi okładek itd.

    To dość przekonująca konkluzja, tylko że wywiedziona z -- moim zdaniem -- zbyt
    uproszczonego modelu. Użyteczność muzyki jest funkcją nie tylko zbioru poznanych
    utworów, ale też kolejności, w jakiej je poznawaliśmy, czasu i stopnia uwagi
    poświęconego poszczególnym utworom, wykonania, jakości brzmienia... każdy z
    własnego doświadczenia może tu pewnie dorzucić jeszcze jakieś bardziej lub mniej
    istotne parametry.
    Zwiększenie dostępności muzyki może mieć negatywny wpływ na niektóre z tych
    parametrów. Na przykład chciałem sobie sciągnąć kiedyś "Te Deum" Charpentiera,
    które znałem wcześniej ze świetnego ("referencyjnego") wykonania Les Arts
    Florissants. Znalazłem kilka wykonań i sciągnąłem pierwsze dwa z brzegu. Okazało
    się, że to amatorskie nagrania jakichś chórów kościelnych, których interpretacja
    i intonacja pozostawiała bardzo wiele do życzenia -- tak wiele, że gdybym nie
    wiedział, że utwór ten można wykonać zupełnie inaczej, odpuściłbym sobie
    słuchanie Charpentiera w ogóle -- ze stratą, jak sądzę, dla sumarycznej
    użyteczności.
    W przypadku płyt zagrożenie takie jest mniejsze, bo nagrania tego typu w ogóle
    nie zostałyby wydane na większą skalę i szansa, że bym się na nie naciął, jest
    niewielka.
    Oczywiście, wiele bardzo ciekawych nagrań również nie jest na płytach wydawanych
    i dostępnych jest tylko w Sieci -- ale celem tego przykładu było pokazanie, że
    nie należy z automatu zakładać, że większy wybór daje większą użyteczność.

    Zauważyłem też, że więcej satysfakcji czerpałem z poznawania muzyki w czasach,
    kiedy mogłem sobie pozwolić na jedną, góra dwie płyty miesięcznie (muzyki w
    Internecie nie było a pirackich płyt z różnych względów nie kupowałem) Zmuszało
    mnie to niejako do dogłębnego poznawania zakupionych wydawnictw. W tej chwili, w
    dobie muzyki "on demand", trzeba doprawdy pewnej samodyscypliny, żeby nie
    sciągać co i rusz nowych kawałków, bo a nuż się spodobają, przesłuchiwać po
    łebkach i wyruszać na poszukiwanie kolejnej zdobyczy. Naprawdę, odnoszę
    wrażenie, że nawet jeśli dana płyta nie była strzałem w dziesiątkę, to jej
    dokładnie poznanie przynosiło więcej satysfakcji niż obecnie pobieżne zapoznanie
    się z wybitnym nawet dziełem. Niby obiektywnie teraz też nic nie stoi na
    przeszkodzie uważnemu wsłuchiwaniu się w sciągnięte nagrania, ale zawsze jest
    gdzieś ten głos mówiący: "a może spróbować jeszcze tego? Może będzie lepsze?"...
    czyli, ogólnie rzecz biorąc, konflikt między ilością a jakością nie samej
    muzyki, ale jej poznawania.
  • pytajnick 12.01.06, 15:09
    Na "obiektywnie słuszny", ale kompromitująco wyłącznie dla mnie teoretyczny
    argument o obejrzeniu na monitorze bądź wydrukowaniu okładki ja mam tak banalny
    i subiektywny, że nigdy w życiu nie zdarzyło mi się zachwycić, czy nawet
    zatrzymać dłużej nad okładką wyświetlaną na ekranie monitora czy
    kserowaną/drukowaną.

    A okładką oryginalną wielokrotnie, wręcz co krok. Co jak dla mnie obnaża, nawet
    bez wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska (za fetyszystę się raczej nie uważam, bo
    na przykład palcami na płycie, porysowanym pudełkiem i całą resztą ani trochę
    się nie przejmuję - jak długo wszystko działa jak trzeba).

    --
    Pralniom zabrania się przyjmowania odzieży od burżuazyjnych dam. Należy
    zniszczyć ich burżuazyjne zachcianki i wymogi, ich burżuazyjny tupet, a rozwijać
    ducha proletariackiego. (Mao Tse-tung)
  • obly 13.01.06, 15:02
    W innym miejscu 6 innych psychologów ślęczy nad projektem aby właśnie każdy
    słuchacz tak się czuł ściągajac muzę z sieci hue hue hue hue. Prawnicy są
    tróżami prawa, policja strzeże bezpieczeństwa, lekarze leczą, a aktorzy graja
    kochają teatr. hahaha. I w tym towarzystwie tylko hydraulik robi wszystko za
    kasę bo po prostu jakby powiedział że ma misję to by go zamkneli w szpitalu.
    Przed każdą tego typu wypowiedzią psychologa należało by umieścić kto lobbuje
    lub nawet zleca tego typu badania lub kto je wykorzystuje.

    Muza jest muza. Wszystko zalezy od słuchania lub nie słuchania. WSZYSTKO INNE
    JEST NATRĘCTWEM mniej lub bardziej wpływającym na słuchanie i jesli się z tego
    zdaje sprawę to problemu nie ma. kuniec. samo czytanie okładek jest czesto
    czynnosciaodpowiedzialnego fana któremu po prsotu zalezy na tym aby artysta
    grał dalej, a po za tym i tak otrzymał od muzy więcej niż sam mógł dać w
    postaci kupna kilku płyt. Nie kazdy czuje potrzebę zakupu płyt. Ja czuję.

    Jak ktoś nie chce słuchac muzy to nie słucha, a jak ktoś chce, to słucha
    niezależnie od nośnika używając własnych preferencji co do niego i godząc sie
    na cechy wynikające każdego z nosników (które opisał fajnie glebogryzarka).
    Format mp3 umożliwia mi poprzez dostęp (przede wszystkim finansowy) a więc
    poznanie do powiedzmy od 10 do 100 x więcej muzy niż gdybym sprzedawał butelki
    i robił zakupy w MM co tydzień.
    Nie znaczy to przeca ze tak samo wzrośnie 10x100 liczba kapel którymi sie
    zachwyce i będę emocjonalnie przezywał bo przeżywać emocjonalnie (chyba że
    jestem w szpitalu z hydraulikiem) mogę sie muzą któa trafiła we mnie w
    określonym momencie i czasie i pewnie będzie to w liczbach niezależnie od tego
    ile i co poznałem i dzięki czemu. to tak jak z zakochaniem to że poznałem
    2346579 babek (mam teraz samochód a wcześniej miałem tylko furmankę i
    poznawałem 23) nie zmiena faktu ze w tym momencie i tak zakocham się w tej
    jednej. ewentualnie bedę miał 1-2 dupy na boku max. niezależnie od tego czy mam
    furmankę czy samochód bo to ogranicza akurat mój organizm poprzez produkcję
    wiemy czego.

    I pisanie że nie mam emocjonalnych związków z 2346579 poznanymi babkami jest
    kurde mega normalne. Statystycznie natomiast jest to powód do stwierdzenia że
    jest widoczny spadek emocjonalnego stosunku do kobiet. Natomiast na pewno nie
    jest to powodem aby obwiniać tym fakt używania samochodu.
    No proszę państwa.
  • argus1 13.01.06, 16:05
    Dzieło sztuki jest zawsze odbierane w jakimś kontekście. W filozofii sztuki XX
    wieku (obok innych pojęć) pojawia się – GRA. Sztuka jako Gra. Pomiędzy dziełem a
    odbiorcą. A polega to na tym, że – biorąc choćby przykład muzeum – ważne są
    okoliczności w jakim dzieło zaistniało. Czyli – jak powieszono obrazy – jeśli
    chronologicznie – narzucamy niejako odbiorcy aby patrzył na to jak dany malarz
    ewaluował. Jeśli tematycznie – patrzymy jak szło mu malowanie pejzaży a jak
    portetów i co solidniej mu wychodziło. Oczywiście można jeszcze na inne sposoby
    to czynić. Dzieło odsyła do samego siebie, ale i do kontekstu w jakim zaistniało
    – a idąc dalej – nawet - w jakim zostało stworzone.

    Sytuacja idealnego odsłuchania muzyki – może być jedynie marzeniem. Pomijając
    już kwestie sprzętowe i wiele innych… Czemu? - Bo dążąc do tego ideału - możemy
    dojść do kontrowersyjnej tezy – że tylko ludzie obdarzeni słuchem absolutnym
    potrafią „tak naprawdę” słuchać muzyki– co będzie kolejnym ważnym kontekstem.

    Dalej. Bez wartościowania – czy będę słuchał płyty Nicka Drake „Pink Moon” z mp3
    czy z płyty CD– dla odbioru samej muzyki (momentami poza jakością) – oczywiście
    może to nie mieć znaczenia. Jednak – sam szacunek dla artysty – wymagałby w
    najlepszym razie, aby mieć całość w ręku – w sensie nośnika – z okładką i tak
    dalej. (wiadomo, że oryginalnego).

    Co do aspektu duchowego. Bodajże, Kubasa pisał (??), że mp3 najbliżej do wymiaru
    duchowego. Rozumiem co miał na myśli. Ale poczynione musi być wtedy założenie,
    że duch jest zgoła czym innym niż cielesność. Muzyka jako wyrażenie tęsknoty za
    absolutem – zgoda. Ale – w momencie gdy zaczynamy dyskutować - nazywamy to, co
    odczuwamy – słowami. Jesteśmy niejako mistykami, którzy próbują rozłożyć Boga na
    części poprzez analizę rozumową.

    Do czego zmierzam? Że gdzieś tam – wygłaszając jakieś tezy, prawdy i tak dalej –
    oprócz otwartości na „drugie”/”inne” – gdzieś tam choćby na dnie – powinna kryć
    się pokora przed światem i przede wszystkim szacunek do człowieka.
    A wtedy powyższy przykład jaki dał Obly - z panienkami – prosto, na boku, obok
    i pod różnymi innymi kątami – staje się niesmaczny <bez względu na to, czy
    abstrakcyjnie – prawdziwy czy nie > (bez moralitetów to piszę ;-)

  • kubasa 13.01.06, 17:30
    Krótko.

    Nie, nie ja pisałem o tym, że format mp3 najbliższy jest mymiaru duchowego.

    Szaucnek dla artysty - znowu jedna z postawy wyłącznie, taka jak szacunek dla
    autora okładki, inżyniera dźwięku, firmy tłoczącej płyty. Jeżeli odczuwasz
    szacunek, potrzebujesz się odwdzięczyć - możesz kupić płytę, posłuchać na
    klęczkach, oprawić w złotą ramkę.



    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • aimarek 13.01.06, 18:31
    argus1 napisał:

    > Bez wartościowania – czy będę słuchał płyty Nicka Drake „Pin
    > k Moon” z mp3
    > czy z płyty CD– dla odbioru samej muzyki (momentami poza jakością) –
    > ; oczywiście
    > może to nie mieć znaczenia. Jednak – sam szacunek dla artysty – wym
    > agałby w
    > najlepszym razie, aby mieć całość w ręku – w sensie nośnika – z okł
    > adką i tak
    > dalej. (wiadomo, że oryginalnego).

    Nie chciałbym tu dowodzić wyższości mp3 nad CD, bo raczej nie mogę się zgodzić z
    większością tez Braina czy Janka, no ale akurat na ten przypadek jaki podajesz
    odpowiedziałbym tak:
    Nick Drake od ponad 30 lat gryzie ziemię.
    Kiedy nagrywał "Pink Moon", płyty kompaktowe nie były w użyciu.
    Nie wydaje mi się by Nick Drake projektował okładkę "Pink Moon" (może się mylę).
    Kupując płytę Nicka Drake'a wyrażasz przede wszystkim szacunek wobec ludzi,
    którzy zarabiają na tym, że 30 lat temu Nick Drake nagrał kawał pięknej muzyki,
    a potem odwalił kitę.
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • argus1 13.01.06, 19:08
    aimarek napisał:

    > argus1 napisał:
    >
    > > Bez wartościowania – czy będę słuchał płyty Nicka Drake „Pin
    > > k Moon” z mp3
    > > czy z płyty CD– dla odbioru samej muzyki (momentami poza jakością)
    > –
    > > ; oczywiście
    > > może to nie mieć znaczenia. Jednak – sam szacunek dla artysty ̵
    > 1; wym
    > > agałby w
    > > najlepszym razie, aby mieć całość w ręku – w sensie nośnika –
    > z okł
    > > adką i tak
    > > dalej. (wiadomo, że oryginalnego).
    >
    > Nie chciałbym tu dowodzić wyższości mp3 nad CD, bo raczej nie mogę się zgodzić
    > z
    > większością tez Braina czy Janka, no ale akurat na ten przypadek jaki podajesz
    > odpowiedziałbym tak:
    > Nick Drake od ponad 30 lat gryzie ziemię.
    > Kiedy nagrywał "Pink Moon", płyty kompaktowe nie były w użyciu.
    > Nie wydaje mi się by Nick Drake projektował okładkę "Pink Moon" (może się mylę)
    > .
    > Kupując płytę Nicka Drake'a wyrażasz przede wszystkim szacunek wobec ludzi,
    > którzy zarabiają na tym, że 30 lat temu Nick Drake nagrał kawał pięknej muzyki,
    > a potem odwalił kitę.

    Skoro zostajemy w sferze materialnej….
    W takich przypadkach zdarza się, że wiele rodzin artystów (czy bliskich im osób)
    czerpie korzyści z nagrań. Nie wiem jak to jest z Nickiem. To był tylko
    przykład. Płyta CD była projekcją Drake’a na nasze czasy. Że w latach 70tych nie
    było CD to oczywiste. Bardziej w tym punkcie erystykę prowadzisz niż dialog.

    Jakby nie patrzeć – płyta jest podpisana jakąś nazwą, jakimś nazwiskiem. One
    potem zaczynają żyć w kulturze. Część ludzi zapewne powie: „Nie obchodzi mnie,
    co będzie znaczyło moje nazwisko po mojej śmierci”. Inni zapewne, woleli aby
    otoczenie – a w przypadku znanych ludzi, nie tylko ktoś, a kultura – zapamiętała
    ich lepiej. I dlatego czasami artyści piszą testamenty objaśniające jak
    podchodzić do ich dzieł, jak je ustawiać i tak dalej….(czy zostaną wysłuchani –
    to już inna kwestia)

    Ludzie zarabiają też na tym, że wydają książki Goethego czy Gombrowicza…

    Przez szacunek do artysty – rozumiem – nie tylko – płacenie za to co wykonał.
    Ale i całą inną sferę…. Jego wkład w kulturę, w muzykę. Ukłon dla jego
    nazwiska/nazwy.
    (teoretycznie i przykładowo) Wracając - jeśli matka Drake’a zarabia na tym, że
    niepowodzenie komercyjne jej syna, kosztowało go zdrowie psychiczne i życie – to
    chyba dobrze…

    Poza tym. Nie zapominając o niej – nigdy nie zgodzę na sprowadzanie muzyki
    (sztuki) – tylko i wyłącznie do sfery materialnej. Inaczej nie mielibyśmy van
    Gogha, Norwida i innych.



  • aimarek 13.01.06, 19:56
    argus1 napisał:

    > Jakby nie patrzeć – płyta jest podpisana jakąś nazwą, jakimś nazwiskiem.
    > One
    > potem zaczynają żyć w kulturze.

    Mp3 też są podpisane. A ich "życie w kulturze" jest bardzo intensywne.

    > Część ludzi zapewne powie: „Nie obchodzi
    > mnie,
    > co będzie znaczyło moje nazwisko po mojej śmierci”. Inni zapewne, woleli
    > aby
    > otoczenie – a w przypadku znanych ludzi, nie tylko ktoś, a kultura –
    > ; zapamiętała
    > ich lepiej. I dlatego czasami artyści piszą testamenty objaśniające jak
    > podchodzić do ich dzieł, jak je ustawiać i tak dalej….(czy zostaną wysłuc
    > hani –
    > to już inna kwestia)

    Nie znam testamentu Drake'a, ale wydaje mi się, że pamięć o nim jest tak bardzo
    żywa w znacznej mierze dzięki mp3. Nie rozumiem w jaki sposób kopiowanie plików
    mp3 miałoby szkodzić czci tego artysty.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • pytajnick 18.01.06, 14:41
    W "Rz" dzisiejszej artykuł pt.
    <a
    href="http://rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060118/kultura/kultura_a_1.html">
    Internet sprzyja kulturze </a>, długi więc nie wklejam. Wbrew tytułowi
    koncentruje się o muzyce.

    Rozbawiło mnie to, że w drugim akapicie wypowiada się profesor Leszek
    Korporowicz, a właśnie wróciłem z egzaminu na którym odpowiadałem m.in. na
    pytanie "Wymień 4 cechy komunikowania mechanicznego wg Leszka Korporowicza"...
  • pytajnick 18.01.06, 14:43
    Teraz?<a href="http://tinyurl.com/ct33s">Teraz?</a>
  • obly 23.01.06, 11:23
    Przeczytałem sobie Wolną Kulturę podsyłaną dyskretnie w stopce Beaineatera i
    myslę że większość z was zmieniła by zdanie po przeczytaniu tejże ksiażki więc
    po prostu uważam że poczekam na nowe wątki w dyskusjii o piratowani (sample nie
    sample, covery nie covery, dobrze - zle, tanio - drogo);))) i źle jest ze się
    rozstrząsa przede wszystkim: czy? a nie "jak". Jestem jedynie przekonany że
    każda sztywna regulacja prawna bedzie stwarzać sztuczną sytuację która wymusi
    całkiem nowe zachowania w sztuce co zresztą ma dzisiaj miejsce. przeca fakt że
    jakiś układ nut ma jakąkolwiek wartosć jest to rzecz czysto umowna niezależna
    kompletnie od kursu walut. Jest kilku kolesi któzy chcą tego posłuchac i jest
    koleś który to sobie gra. i jest jeszcze cwaniak który zajmuje się
    organizowaniem spotkań jednych i drugich. Internet okazał sie tym medium który
    wykluczał konieczność istnienia cwaniaczka. jest wyszukiwarka. jest sieć.

    A tak jakby się zastanowić czy muzyk to twórca czy wynalazca? ha?
    Czy to Twórca taki jak Bóg kompletnie nowych oderwanych i samoistnych rzeczy
    których jest natychmist po wsze czasy właścicielem czy Wielki Wynalazca? Który
    z wszechobecnego potencjału Przestrzeni wynajduje porcję kodu w postaci dzwięku
    czy obrazów czy książki? Pytanie czy kartka jest najpier biała czy najpierw
    czarna? Pytanie jest z pozoru tylko czysto filozoficzne ;)

    Jak ktoś powiedział potrzeba jest matką wynalazków a nie jeden czlowiek, jestem
    przekonany że jak nie Einstein wtedy to jakiś inny profesor dwadzieścia lat
    później. Kontekst w którym żyjemy tworzy potrzebę. Naturalną rzeczą jest wtedy
    że się ta potrzeba chce zaspokoić. nie tak to tak, jak nie da się tak to
    jeszcze inaczej. stąd rozwój ludzkości. Teoria względności w średniowieczu była
    by jedynie skrawkiem smiesznie zapisanego papieru.

    Nie można się godzić na pewne rzeczy systemowe, mogę zrozumieć że samplowanie
    jest nędzne, słabe czy bezwartościowe ale nie że jest ZŁE! Samplowaniem również
    nie może być DOBRE. Gdyż Zło i Dobro jest to sprawa U M O W N A - mimo
    wszystko, mimo jakichkolwiek waszych wyznań jest to sprawa umowna. Czy złe jest
    że człowiek zabija komara? czy dobrze? jak zabije to nie zachoruje na malarie,
    jak ine zabije to ochroni komara ale zginie na malarie, może też przegnać
    komara i komar wróci wk jak mops i będzie się mocniej dobierac. Wychodząc nie z
    punktu widzenia człowieka ale z punktu widzenia procesu nie ma rzeczy złych i
    dobrych są tylko te rzeczy. Całą resztę dopisaliśmy my ludzie aby było
    nam "lepiej" "łatwiej" "sympatyczniej" "normalniej".
    O:
    Mamy komórkę - aby było lepiej wygodnie dzwonić (a więc wolność!)- bezsprzeczny
    fakt, jest tak faktycznie, ale czy dla naszego dobra również jest to że każde
    użycie tego medium nas demaskuje? sms nasze są przechowywane, są billingi i
    mozńa ustalic gdzie kto był? czy to jest wolność? ja chrzanie taką cenę
    mamy mp3 - mozemy słuchać sobie czego i jak chcemy w o wiele prostrzy sposób
    (czego aniołem jest BE), ale np są programiki które szpiegują to co robimy
    podłaczeni do sieci i nawet nie zdajemy sobie sprawy kto i co o nas wie. a
    najgorsze: kto i co może wiedzieć wstecz o nas dziś za 4-5 lat. I po co. I co z
    tym zrobi. Tak jakbyśmy chronili swoje własne ślady poprzez zadeptywanie kadego
    wolnego skrawka ziemi.

    Umówmy się: wolno robić rzeczy chamskie, słabe, chu.owe i zarabiać na różne,
    równie chamskie i chujowe sposoby. ale posłuchać tego za friko? TOŻ TO WŁASNOŚĆ
    INTELEKTIALNA! jak ktośchce niechże zapłaci muzykom, niechże dogadaja się
    Z "TWÓRCAMI". (i tutaj sie zgadzamy co?) To powiedzcie dlaczego większosc praw
    autorskich mają twory biznesowe które z tego żyją i pasja ich żywota jest
    pobieranie z tego korzyści i za cholerke tego nie kumam że ma to przyzwolenie
    społeczne. nie artysta ale mama artysty, jego producent, jego kochanka, kucharz
    nie kumam jaki to ma sens?. Artysta nawet nie może swojej płyty wydać czasem.
    mówie tutaj nie tylko o przypadkach skrajnych. Okazało się że prawa autorskie
    są jak golarka. Każdy artysta który chce dotrzec do sporej liczby słuchaczy
    musi sie nią ogolić. I potem każdy ma tę samą fryzurę, co jest mega-żałosne gdy
    mówi że walczy "o wolność" w strzępkach swojej godności po zrobieniu
    poddańczego lodzika. Niezale to jest w sumie to samo moi drodzy mi mo wszystko.

    Nie wolno godzić się na to że te mechanizmy systemowo mają zastępowć kulturę
    jako taką z mocy PRAWA, nie mają być jej uzupełnieniem, wspomaganiem a chcą ją
    zastąpić po przez odpowiednie respektowanie praw autorskich na zasadzie: "ja ci
    udostępnię warsztat pod warunkiem że to co wymyslisz będzie moje a jak nic nie
    wymyslisz nie martw sie odrobisz przy odsnieżaniu podjazdu. I nie martw się,
    jak cośzrobisz fajnego to potem zawsze będziesz mógł to ode mnie wypozyczyć. za
    drobną przysługę."
    Dlatego nigdy nie będę mówił że nie można psuć czyichś utworów, informacja jest
    zawsze wolna, jak sie słyszy "pali się" to się wie ze sie pali nieazleżnie od
    tego czy sie za to info zapłaciło czy nie. Jak ktoś nagrywa piosenkę słaba jak
    barszcz ale dla zabawy potem bierze ją jakis DJ Hack i robi z tego majstersztyk
    produkcyjny przy którym szaleje sie w klubach to kto jest autorem wyśmienitego
    wyrobu? Tak, autor pierwozorycznego bubla.
    Dlatego nie ma nic dla zabawy. W SZTUCE NIE MA NIC DLA ZABAWY KUMACIE? Nie ma
    idei ale jest jej właśność;)) A kto pierwszy powiedział "pierwszy?" Jeszcze
    nikt? to ja będę pierwszy ;))
    Głowny kręgosłup sztuki - wolność został przetrącony poprzez licencjonowanie
    czegoś nienamacalnego. I nie chodzi o to że kazdy może kopiować każdego i
    sprzedawać jako swoje bo to piractwo czystej wody. ale jeśli coś się puszcza w
    świat po to by świat to nucił to nie można światu zabronić tego nucić zaraz
    potem i sciągać haracz bo to jest zwykłe mafijne działanie związane z
    rozprowadzaniem narkotyków.

    My możemy się bawić tutaj ale przeca bądzmy świadomi że jesteśmy
    kryminalistami. Słuchamy muzyki za która nie zawsze zapłaciliśmy. i to kilka
    razy.

    Wczoraj zastanowiłem sie nad krótką historią ludzkości: człowiek poprzez
    ochronę praw autorskich najpierw nakazuje płacić tantiemy harcerkom które
    śpiewają piosenkę przy ognisku, (to juz fakt niestety) potem zaczyna się zakaz
    wolnego używnia pewnych zwrotów (symboli) potem kazdy patentuje swoje
    powiedzonka, w wyniku czego wszyscy mówią swoim wymyslonym językiem (w wyniku
    siermiężnej kontroli praw niezrozumiałym dla nikogo)oczywiście uprzednio
    opatentowanym, baaa sam patent zostaje opatentowany, a nawet patent od
    patentowania sposobu wprowadzania patentów na patent, na koniec nikt nic nie
    mówi, a po 1000 latach zchodzimy z drzewa i wynajdujemy ogień.... poprzez
    przypadkowe pocieranie patyczków. A ten cwaniaczek który przyuważył jak to się
    robi zakazuje innym rozpalania ognia i nazywa się Panem ognia i stanowi Prawo
    ognia, dzięki czemu nie musi polować.. chodzi po domach i zapala wszędzie
    ogniska... i tak dalej i tak dalej
  • grimsrund 23.01.06, 11:33
    Wiele lat temu czytałem opowiadanie SF, być może nawet Roberta Heinleina, ale
    za cholerę nie pamiętam tytułu. W każdym razie powstało ono grubo ponad 40 lat
    temu i opowiadało o tym, jak żyje się w świecie, w którym nie tylko wszystkie
    wynalazki, ale i wyrażenia językowe zostały opatentowane.

    Nie była to fajna wizja :((
  • pytajnick 23.01.06, 15:02
    grimsrund napisał:

    > Wiele lat temu czytałem opowiadanie SF, być może nawet Roberta Heinleina, ale
    > za cholerę nie pamiętam tytułu. W każdym razie powstało ono grubo ponad 40 lat
    > temu i opowiadało o tym, jak żyje się w świecie, w którym nie tylko wszystkie
    > wynalazki, ale i wyrażenia językowe zostały opatentowane.

    Było też fantastyczne opowiadanie fantastyczne, jedno z najlepszych jakie
    czytałem w "(Nowej) Fantastyce", które rozprawiało się wlasnie z dyskusją nt.
    "tworzenia" / "odkrywania" muzyki. A przede wszystkim z tematem skończonej
    liczby kombinacji dźwięków (niezaleznie czy skala pentatoniczna, miksolidyjska
    kościelna, dodekafoniczna, 32-tonowa czy może góralska).

    I chyba wyszło jakoś tak, że te kombinacje dźwięków i brzmień zaczęły im sie
    kończyć... Muszę się do tego dokopać. W tytule chyba coś o słoniach było.
  • braineater 23.01.06, 15:51
    Mam wrażenie, że mówisz o 'Słuchaczach' Jamesa Gunna, ale pewności przed
    powrotem w pielesze brak.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • kubasa 23.01.06, 20:38
    Zgadzam się, zgadzam się, zagadzam sie, choć my sie chyba nie zgadzamy z
    Lessigiem, gdzie on udaje że broni praw autorskich i klnie na piratów, ale to
    chyba tak dla zmyłki. Powiem jedynie, że wszyscy kradniemy korzystając z
    kultury - a muzyka w szkole? Że ktoś dla 30 osób gra Mozarta czy Beethovena?
    Niby prawa autorskie wygasają ale dązymy do tego by były wieczne (vide
    działania kongresu - przedłużanie praw autorskich). W ogóle na innym forum
    zapisałem tonę i tysiąc uwag na ten temat więc może pokopiuje jak ktoś onny
    temat założy.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • obly 24.01.06, 08:57
    ktoś chce nazwac kradzieżą coś co jest naturalnym potencjałem naszego łba.
    Dlaczego np nie ma tkaich sprawek: jakiś piłkarz patentuje swoją zabójczą kiwkę
    z przewrotką na końcu i kurcze jak ktokolwiek inny strzeli z przewrotki to
    połowe gaży oddajesz właścicielowi praw który to sobie zastrzegł w procesie,
    oczywiście mozesz sie porozumieć że trzy razy w meczu masz w abonamencie. Czemu
    praw autorskich nie ma w sporcie? Bo to bez sensu? haaaaaa! Przecież to też
    jest swego rodzaju wirtuozeria! Tak samo gardło ludzkie jest czescią ciała, tak
    samo ma okreslone pole manewru głosem, fakt jest o wiele mniej ograniczeń,
    wieksze pole potencjału i wydaje sie że jest on nieskończony, (w zasadzie jest
    nieskończony ale nasze ucho pewnych nieskończonośi już wyłapywać nie będzie)
    dla mnie tutaj zaczynają sie wynaturzenia straszliwe.

    wyobraźmy sobie:
    Taki naprzykład ja. wycinam ze słownika słowa, mieszam i zrzucam na podłogę
    dwadziescia bilionów razy, robię zdjęcie i spisuję powstały zlepek słów jako
    wiersz. za kazdym razem spisuje to co wyszło i pytanie: jestem autorem? mam do
    tego prawa autorskie? mogę to przeca zautomatyzować! nie będzie sieto różniło w
    zasadzie, napisze program co będzie losowo mi układał okresloną liczbę wyrazów
    w wiersze i będę dążył do wyczerpania wszelkich kombinacji ze znanych mi słów.
    i publikował. W sieci. Też automatycznie. Nawet nie będę podchodził do kompa,
    on to sam bedzie robił przez 20 lat. a takie haiku "kamień, szosa, przeżegnaj
    się, procesja, uciekać"? dlaczego nie? sensu jak sie dobrze poszuka jest
    wszędzie;))) Koszty publikacji maleją do zera. Wtedy mogę zaszachowac cały
    świat. jesli ktokolwiek użyje wyrazenia które (umówmy sie żę sztuka jest
    umowna, w określonym kontekście wiersz: "sraka dla ptaka, a perz dla piżmaka"
    jest arcydziełem) poprzez moje działania zostały już zaklepane jako moje (choć
    pośrednio tylko uczestniczyłem w procesie tworzenia) narusza bezwiednie moje
    prawa autorskie. dotychczas bezwiedny byłem też ja. ale ja stworzyłem drugi
    program który szpera w sieci zbitki słów które użyłem w swojej publikacjach.
    jesli coś się bedzie zgadzało w 90% wytaczam proces, również automatycznie
    wysyłany jest. mogę stworzyć srodowisko o którym mogę nie mieć pojęcia i
    czerpać z tego zyski które wpływają z ugody bądz wyranych procesów
    DLACZEGO MÓWICIE ŻE TO JEST BEZ SENSU? Tylko dlatego że opisalem dlaczego to
    robię? Z pozycji widza byście widzieli jedynie same publikacje i to w formie
    takiej jakiej MI się podoba, z konkretna próba ideologicznego nakreslenia sensu
    pod wasze potrzeby odczuwania sensu.


    Wszyscy chcą pogodzić biznes ze sztuką i stworzyć pomost a to taki a to inny,
    jakby to były równorzędne co najmniej dyscypliny o podobnej strukturze.

    ale z drugiej strony:
    wyobraźmy sobie ze jestesmy gwiazdami i żyjemy z muzy ...
    tak... jak by mi się kończył koncept nie wyobrazał bym sobie innego stanu jak
    ten do którego dążymy dziś.
    życ z czegoś co sie zrobiło 25 lat temu to jest kurde czad nie?
  • argus1 24.01.06, 15:17
    obly napisał:

    > Jest kilku kolesi któzy chcą tego posłuchac i jest
    > koleś który to sobie gra. i jest jeszcze cwaniak który zajmuje się
    > organizowaniem spotkań jednych i drugich.
    > Internet okazał sie tym medium który
    > wykluczał konieczność istnienia cwaniaczka. jest wyszukiwarka. jest sieć.

    W tej mini-wizji świata jaką przedstawiasz, zawsze znajdzie się miejsce dla
    „cwaniaczka”. A choćby ten co sieć ludziom zakłada i za to bierze pieniądze. A
    choćby ten co wyszukiwarkę jakąś tam wymyślił i czerpie z tego korzyści. I tak
    dalej. W moim odczuciu – jeśli ktoś – czerpie z czegoś korzyści – nie musi być
    cwaniaczkiem. Ale, że my – Polacy – często lubimy takie wizje świata – jaką
    prezentują twoje słowa (co od razu nie znaczy, że to twoja wizja – żeby nie było
    ;) – to już inne zagadnienie.


    > życ z czegoś co sie zrobiło 25 lat temu to jest kurde czad nie?

    Owszem. Świetna sprawa. Tym bardziej jeśli zakładało się zespół zupełnie nie
    spodziewając się sukcesu i po prostu z miłości do muzyki i muzykowania (a wiele
    takich przykładów z lat 60/70 tych jest – choćby Procol Harum, które z dnia na
    dzień staje się gwiazdą <singiel „Whiter shade of pale>).

    Dalej. Co do całego przykładu ze słowami, wycinankami i patentami i tak dalej.
    Rozumiem, że to w ramach przypływu dobrego humoru napisałeś. Bo przecież zawsze
    można pójść dalej. I w tym typie myślenia - pisanie na klawiaturze opatentować
    (co my wszyscy czynimy). I jedzenie parówek i kiełbasy ;-) Także na serio –
    ciężko mi nawet te przykłady rozpatrywać. Mimo wszystko jest coś takiego jak
    rozum ;-)

    Wiele jeszcze kwestii poruszyłeś Obly z którymi bym po-polemizował ;).
    Ale, że jako, nie mam czasu na pisanie długich esejów – zamilknę pisemnie (na
    razie?).

    Pozdrawiam.

  • kubasa 24.01.06, 16:24
    argus1 napisał:


    > Dalej. Co do całego przykładu ze słowami, wycinankami i patentami i tak dalej.
    > Rozumiem, że to w ramach przypływu dobrego humoru napisałeś. Bo przecież
    zawsze
    > można pójść dalej. I w tym typie myślenia - pisanie na klawiaturze opatentować
    > (co my wszyscy czynimy). I jedzenie parówek i kiełbasy ;-) Także na serio ̵
    > 1;
    > ciężko mi nawet te przykłady rozpatrywać. Mimo wszystko jest coś takiego jak
    > rozum ;-)

    Może i Obły sprowadza to do absurdu, ale mam pytanie: czytałes omawianą
    lekturę?

    Chodzi o to, a nie jest to żadna spiskowa teoria dziejów, że wielkie koncerny
    kontrolujące przygniatającą większość rynku, wykorzystujac oligopolistyczne
    metody, działają przeciw nowoczesnej technologii p2p, a z drugiej strony chcą
    technologię internetu użyć przedciwko odbiorcom sztuki, przeciwko społeczeńśtwu
    (nie mówiąc już o próbie zmian prawa czy jego naciagania). Vide przykład
    z książki: dziewięćdziesiąt parę procent filmów z lat dwudziestych w Ameryce
    zostanie bezpowrotnie stracone.

    Ale to jedna strona medalu. Druga to zapewnienie artystom jakichś dochodów. I
    tu pomysły są, które zdecydowanie zmieniają niewydolny dotychczasowy system
    praw autorskich. Te dzięki nowoczesnej technologii muszą zostać podanne
    radykalnej zmianie.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • tomash8 24.01.06, 16:32
    Co do dochodów:

    Sporo muzyków żyje jednak głównie z koncertów... tyle że:
    1) Coraz mniej ludzi łazi na koncerty(może się myle, takie są MOJE obserwacje)
    2) Gorzej gdy ktoś tych koncertów nie gra.

    Całkiem niezłym pomysłem byłoby po prostu nałożenie jakiegoś "abonamentu" na
    programy p2p(tak jak w Norwegii w cene czystych płyt jest wliczona dodatkowa
    opłata, z której są potem dofinansowywane co ambitniejsze projekty - wiem np. że
    korzystał z tego zespół Ulver)
    --
    ...Czytał Tomasz Knapik
    tomash8.blox.pl
  • kubasa 24.01.06, 16:47
    tomash8 napisał:

    > Co do dochodów:
    >
    > Sporo muzyków żyje jednak głównie z koncertów... tyle że:
    > 1) Coraz mniej ludzi łazi na koncerty(może się myle, takie są MOJE obserwacje)
    > 2) Gorzej gdy ktoś tych koncertów nie gra.
    >
    > Całkiem niezłym pomysłem byłoby po prostu nałożenie jakiegoś "abonamentu" na
    > programy p2p(tak jak w Norwegii w cene czystych płyt jest wliczona dodatkowa
    > opłata, z której są potem dofinansowywane co ambitniejsze projekty - wiem np.
    ż
    > e
    > korzystał z tego zespół Ulver)

    O ile wiem w Polsce tez jest nałożony antypiracki podatek na płyty. Do kogo
    trafiają te pieniądze?
    Na świecie coraz więcej się mówi o tym co proponował Lessig, teraz deatowali o
    tym francuzi a Skubikowski zamieścił projekt ustawy.


    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • pytajnick 24.01.06, 19:59
    kubasa napisał:

    > O ile wiem w Polsce tez jest nałożony antypiracki podatek na płyty. Do kogo
    > trafiają te pieniądze?

    Z tego co wiem - ZAIKS. I oni, o ile dobrze pamiętam, mają niby wypłacać tym
    artystom, którzy są najbardziej ściągani (czyli rotlf, szczególnie wiedząc jak
    pracuje ZAIKS i jak pracuje ogólnie polska biurokracja).

    > Na świecie coraz więcej się mówi o tym co proponował Lessig, teraz deatowali o
    > tym francuzi a Skubikowski zamieścił projekt ustawy.

    A o czym mówił? Chodzi o ten dobrowolny abonament dla ściągających?
  • pytajnick 24.01.06, 20:00
    > kubasa napisał:
    >
    > > O ile wiem w Polsce tez jest nałożony antypiracki podatek na płyty. Do ko
    > go
    > > trafiają te pieniądze? .

    Aha, częsciowo także (teoretycznie) trafiają również do producentów programów
    komputerowych i gier!
  • kubasa 24.01.06, 20:20
    pytajnick napisał:

    > A o czym mówił? Chodzi o ten dobrowolny abonament dla ściągających?

    Projekt Lessiga jest w książce z linka Braineatera. Warto to poczytać oraz o co
    chodzi w creative commons. Streszcza się to do obowiązkwoej (?) opłaty, którymi
    nałożeni byliby użytkownicy internetu, a jej wysokość zależałaby od przepływu
    muzyki, monitorowanego systemem (z tego co wiem wadliwym) znaków wodnych. Ja tu
    mam dużo radykalniejszy pogląd, który polegałby raczej na wprowadzeniu bardzo
    krótkiej wyłączności praw do całości utworu (kompletna reforma praw zależnych
    też jest niezbędna). Po pewnym okresie (sześć miesięcy?) z całością utworu w
    celu niekomercyjnym możnaby zrobić co się chcę, w celu komercyjnym dopiero po
    pewnym dłuzszym czasie.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • argus1 25.01.06, 00:46
    kubasa napisał:

    > Może i Obły sprowadza to do absurdu, ale mam pytanie: czytałes omawianą
    > lekturę?

    To forum, a nie szkoła ;). Już dawno nie miałem styczności ze słowem: lektura.
    Czytam to, na co mam ochotę.

    p.s. ale po twoim pedagogicznym zwróceniu mi uwagi - obiecuję poprawę


  • ilhan 24.01.06, 15:38
    obly napisał:

    > Dlaczego np nie ma tkaich sprawek: jakiś piłkarz patentuje swoją zabójczą kiwkę
    > z przewrotką na końcu i kurcze jak ktokolwiek inny strzeli z przewrotki to
    > połowe gaży oddajesz właścicielowi praw który to sobie zastrzegł w procesie,
    > oczywiście mozesz sie porozumieć że trzy razy w meczu masz w abonamencie.
    > Czemu praw autorskich nie ma w sporcie? Bo to bez sensu? haaaaaa! Przecież to > też jest swego rodzaju wirtuozeria!

    Dość nietrafiona analogia. Przede wszystkim rozpatrywanie sportowca w kategorii cyrkowca robiącego sztuczki = absurd, a założenie, że mogłoby istnieć uniwersalne zagranie przynoszące sukces = kosmos. Druga podstawowa różnica między muzykiem a piłkarzem jest taka, że ten pierwszy zarobi tym więcej im lepsza (w sensie komercyjnym) będzie jego praca, ten drugi dostanie tyle ile ma zapisane w kontrakcie. Nikt nie wypłaca piłkarzom tantiem za pokazywanie ich goli w telewizji, a oni sami nie sprzedają ich w sklepach. A tak w ogóle to żeby strzelać bramki czy w ogóle notować dobre wyniki żadna wirtuozeria nie jest konieczna.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • roar 24.01.06, 16:44
    > Dość nietrafiona analogia.

    Też tak z początku myślałem, ale...
    ...w sumie przekonała mnie do tego, co mówi Obly, twoja kontrargumentacja. Bo tak:

    > Przede wszystkim rozpatrywanie sportowca w kategorii
    > cyrkowca robiącego sztuczki = absurd, a założenie, że mogłoby istnieć uniwersa
    > lne zagranie przynoszące sukces = kosmos.

    W piłce może faktycznie - nietrafione. Ale w takich (no, zgadnijcie, o czym będę
    mówił, he he) skokach narciarskich paręnaście lat temu dokładnie to się
    zdarzyło. Wyobraźcie sobie Jana Bokloeva patentującego styl V. Pewnie miałby
    teraz na swoim koncie paręnaście złotych medali różnych imprez, karierę większą
    niż Weissflog i Nykaenen razem, a nie tylko jeden wygrany PŚ.

    > Druga podstawowa różnica między muzykiem a piłkarzem jest taka, że ten pierwszy
    > zarobi tym więcej im lepsza (w sensie komercyjnym) będzie jego praca, ten drugi
    > dostanie tyle ile ma zapisane w kontrakcie.

    Spora część zarobków piłkarzy to premie za wygrane mecze. Nie wspominam tu już o
    zarobkach z reklam, na których to wyżej wymienieni piłkarze prezentują zazwyczaj
    własną wirtuozerię w kopaniu futbolówki właśnie.
    Tudzież we wszystkich właściwie sportach indywidualnych dostaje się pieniądze za
    wyniki. Wygranie turnieju, rekord świata, etc... Kluby piłkarskie to właściwie w
    świecie sportu ewenement.

    A tak w ogóle, jeszcze jaskrawszym przykładem będą tutaj gry planszowe - szachy;
    go. Opatentujmy otwarcie szachowe, albo joseki... dopiero by było...

    > Nikt nie wypłaca piłkarzom tantiem za pokazywanie ich goli w telewizji, a oni
    > sami nie sprzedają ich w sklepach.

    Ale to jest skutek, a nie przyczyna. Nie ma tantiem, bo nie widzi się nic
    nadzwyczajnego w grze/występach jednego konkretnego człowieka. Płaci się
    organizatorom turniejów za możliwość przeprowadzenia transmisji, niezależnie od
    tego, kto w nich uczestniczy.

    > A tak w ogóle to żeby strzelać bramki czy w ogóle notować dobre wyniki żadna
    > wirtuozeria nie jest konieczna.

    Żeby nagrać fajną piosenkę, to w sumie też nie... :)
    (A już dobrze sprzedającą się to w ogóle...)

    --
    And the possibility that if I stopped using my voice I would notice
    Songs that all around me sing
  • ilhan 24.01.06, 19:22
    roar napisał:

    > > Przede wszystkim rozpatrywanie sportowca w kategorii
    > > cyrkowca robiącego sztuczki = absurd, a założenie, że mogłoby istnieć uni
    > wersa
    > > lne zagranie przynoszące sukces = kosmos.
    >
    > W piłce może faktycznie - nietrafione. Ale w takich (no, zgadnijcie, o czym
    > będę
    > mówił, he he) skokach narciarskich paręnaście lat temu dokładnie to się
    > zdarzyło. Wyobraźcie sobie Jana Bokloeva patentującego styl V. Pewnie miałby
    > teraz na swoim koncie paręnaście złotych medali różnych imprez, karierę
    > większą niż Weissflog i Nykaenen razem, a nie tylko jeden wygrany PŚ.

    Tylko że znów przykład nieadekwatny. Bliższe to sytuacji, w której Chuck Berry czy inny Elvis Presley postanowiliby opatentować rock'n'rolla jako styl, a nie pojedynczemu muzykowi chroniącemu napisaną przez siebie piosenkę.

    Bokloev, spoko, tylko odpowiedzmy na pytanie kto chciałby uprawiać skoki gdyby tylko on mógł skakać stylem V? Kto chciałby robić rocka gdyby na gitarze wolno było grać tylko jednemu muzykowi na świecie?


    > Spora część zarobków piłkarzy to premie za wygrane mecze. Nie wspominam tu
    > już o zarobkach z reklam, na których to wyżej wymienieni piłkarze prezentują > zazwyczaj
    > własną wirtuozerię w kopaniu futbolówki właśnie.
    > Tudzież we wszystkich właściwie sportach indywidualnych dostaje się pieniądze > za wyniki. Wygranie turnieju, rekord świata, etc... Kluby piłkarskie to
    > właściwie w świecie sportu ewenement.

    Różne są systemy. Nie nazwałbym zjawiska klubów piłkarskich ewenementem, z tego co wiem, pomijając niusanse kluby w grach zespołowych funkcjonują podobnie, często zresztą w obrębie klubu zawierając kilka sekcji.

    Premie meczowe jako jedna ze składowych kontraktów.

    Kontrakty reklamowe zawierają też muzycy - oglądamy przecież w reklamówkach Shakirę czy Jennifer Lopez. Zresztą znów to do mnie nie przemawia. To że Ronaldinho czy Henry popisują się w reklamie swoją sprawnością nie jest niczym specjalnym. To ich nazwiska, a nie to co akurat tam na ekranie robią, zarabiają kasę. Większość tych sztuczek byłyby w stanie wykonać tysiące czternastoletnich chłopców z faveli spod Rio.

    > A tak w ogóle, jeszcze jaskrawszym przykładem będą tutaj gry planszowe -
    > szachy; go. Opatentujmy otwarcie szachowe, albo joseki... dopiero by było...

    Spoko, tylko znów patentowanie czegokolwiek w sporcie jest pomysłem *teoretycznym*. Podstawowym atutem sportowca jest element zaskoczenia. No sorry, ale nie żyjemy w świecie "Kapitana Hawka" (szkoda), gdzie każdy "strzał Tsubasy" kończył się wyciągnięciem z piłki z siatki.


    > > Nikt nie wypłaca piłkarzom tantiem za pokazywanie ich goli w telewizji, a
    > oni
    > > sami nie sprzedają ich w sklepach.
    >
    > Ale to jest skutek, a nie przyczyna. Nie ma tantiem, bo nie widzi się nic
    > nadzwyczajnego w grze/występach jednego konkretnego człowieka.

    To jak to jest z tym patentowaniem kiwki przez zawodnika w końcu? Trafione czy jednak nie?

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • aimarek 24.01.06, 22:32
    Nie wiem czy droga takich analogii do czegoś prowadzi, bo - jak pokazuje kilka
    ostatnich postów - staje się areną jakichś wygibasów logicznych. Mnie interesuje
    co innego. Mianowicie zapał z jakim niektórzy bronią "starego porządku". Pomijam
    już, że jesteście agentami szatana (na pasku koncernów płytowych, dystrybutorów,
    sklepów etc.) i schizofrenikami (ściągają ile wlezie, ale bronią obecnych
    regulacji prawnych, w myśl których 95% tego forum można by zamknąć czy tam
    grzywny powlepiać). Ale tu chodzi o coś więcej. Bo często obrona owego starego
    porządku idzie w parze z obroną pewnych obowiązujących kanonów wartościowania.
    Do czego prowadzi demokratyzacja czy też uwolnienie kultury? Do buntu mas,
    zachwiania kanonów, wywrócenia porządku, ustawiania Arctic Monkeys ponad
    Beatlesami. Czy nie jest czasem tak, że krytykami ponowoczesnej wielości są
    przedstawiciele elit, które obawiają się utraty monopolu na rację? Czy nie jest
    tak, że w zdemokratyzowanej kulturze osłabnie rola autorytetów, a niektórzy z
    nas dążą do tego, by spełniać taką rolę? Dostęp do dóbr kultury staje się coraz
    szerszy - grupa mentalnych oligarchów lada chwila wymrze. Otwórz Polsko oczy.
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • ilhan 24.01.06, 22:46
    Ale kto tu broni "starego porządku"? W sensie tych koncernów płytowych, dystrybutorów, sklepów?

    Odnośnie drugiej części posta: wciskanie incydentów w ramy tez skłaniających się ku generalizowaniu jest niebezpieczne. Jeśli nie podoba mi się, że ktoś postawił Arctic Monkeys ponad Beatlesami, to mówię to nie zastanawiając się czy bronię starego, młodego czy bogatego, a w moim własnym prywatnym imieniu. Simple as that. I w ogóle wydaje mi się, że tu nadinterpretacji sporo było, ale w końcu tytuł wątku usprawiedliwia, a ja mam naukę.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • aimarek 24.01.06, 22:50
    ilhan napisał:

    > a ja mam naukę.

    To idź się uczyć, a my tu sobie podyskutujemy w rewolucyjnym gronie.


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • kubasa 24.01.06, 22:55
    ilhan napisał:

    > Ale kto tu broni "starego porządku"? W sensie tych koncernów płytowych,
    dystryb
    > utorów, sklepów?

    Ale jakie tu? Aimar mówi o internecie, Ziemi i Drodze Mlecznej, obalając Ortegę
    y Gassetta a Ty tu o jakimś Strawberry Fields :[
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • ilhan 24.01.06, 22:59
    kubasa napisał:

    > Ale jakie tu? Aimar mówi o internecie, Ziemi i Drodze Mlecznej, obalając
    > Ortegę y Gassetta a Ty tu o jakimś Strawberry Fields :[

    1. "Mnie interesuje co innego. Mianowicie zapał z jakim niektórzy bronią "starego porządku". Pomijam już, że jesteście agentami szatana i schizofrenikami"

    2. Właśnie wyjaśniliśmy to nieporozumienie z Aimarem, więc używając młodzieżowego języka nie próbuj być lepszy od papieża <palacz>

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • kubasa 24.01.06, 23:05
    ilhan napisał:

    > 2. Właśnie wyjaśniliśmy to nieporozumienie z Aimarem, więc używając
    młodzieżowe
    > go języka nie próbuj być lepszy od papieża <palacz>

    Pierdolę wasze zmowy, jestem strukturalistą :[

    "Lepszy od papieża"? JESTEŚ WIEŚNIAK?
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • pagaj_75 24.01.06, 23:07
    aimarek napisał:

    > Mianowicie zapał z jakim niektórzy bronią "starego porządku".

    Chyba się za bardzo rozpędziłeś w swym rewolucyjnym zapale. No chyba, że nie
    chodzi Ci o nikogo z niniejszego forum, a o "indywidułajności" pokroju paska.xxl
    - wtedy przepraszam. O ile nie są oni faktycznie agentami ciemnej strony mocy,
    podstawionymi by siać złowrogą propagandę, to traktowałbym ich raczej jako
    biedne stworzenia, które dały się nabrać na szatańskie slogany podłych
    kapitalistów stwierdzające, że przez piractwo artyści będą głodować. Owszem,
    muzykowi, jak każdemu innemu człowiekowi, należy się godna zapłata za swoją
    robotę, ale jestem też przekonany, że istnieje wiele innych sposobów ich
    wynagradzania niż kupowanie drogich płyty, z których sprzedaży i tak najlepiej
    żyją przede wszystkim jegomoście w garniturach. (co nie zmienia tego, że i tak
    lubię kupować płyty, bynajmniej nie z fetyszystycznych czy drobnomieszczańskich
    pobudek, ale o tym może napiszę, gdy uda mi się zaoszczędzić trochę czasu)

    > Otwórz Polsko oczy.

    Bój to jest nasz ostatni. (mam nadzieję)

    --
    Distrust anyone who wants to teach you something. (Robert Fripp)
  • aimarek 24.01.06, 23:14
    pagaj_75 napisał:

    > Chyba się za bardzo rozpędziłeś w swym rewolucyjnym zapale. No chyba, że nie
    > chodzi Ci o nikogo z niniejszego forum

    Rozczarowujesz mnie. A miałem wziąć Cię do rady forum po planowanym przez nas
    zamachu stanu. A może sam jesteś agentem szatana, co? :[


    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • pagaj_75 24.01.06, 23:21
    aimarek napisał:

    > Rozczarowujesz mnie. A miałem wziąć Cię do rady forum po planowanym przez nas
    > zamachu stanu. A może sam jesteś agentem szatana, co? :[

    E, ja tam własnymi drogami chadzam. I tak byście mnie prędzej czy później
    wypędzili niczym Stalin Trockiego <cfaniak>

    --
    Distrust anyone who wants to teach you something. (Robert Fripp)
  • aimarek 24.01.06, 23:26
    pagaj_75 napisał:

    > E, ja tam własnymi drogami chadzam.

    W takim razie czeka Cię dekapitacja.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • obly 25.01.06, 09:08
    a pro po rewolucji
    przekuwam własnie lemiesze na miecze, eeeee
    może lepiej przerobić strae odkurzacze na myszki wojenne?

    eeeee rewolucja straciła swój romantyzm ;)))

    PS1: przykład piłkarza ogłaszam miał postawic sie obok i zastanowić sie gdzie
    sa różnice ;))) i różnica jest w kontekście ;)) jesli ktoś chce po prostu
    rozrywki nie ma różnic, ale jesli ktoś chce iśc na koncert czy obejrzeć samego
    gola - jest. chodzi o to że wrażenia w naszej głowie są skutkiem pewnych
    działań i naprawdę oglądanie Michaela Jordana w akcji na zwolnionych obrotach
    to jest w pewnym momencie czułem sie jakbym obcował ze sztuką i z pięknem.

    ...

    PS 2 a co wtarabanie sie w dyskurs, ksiązkę czytałem tak a propo (skończyłem o
    4 w nocy)
    Mnie chodzi o coś innego traktujemy po prsotu zapłatę za sztuke jako coś
    naturalnego i należącego się ;))))traktujemy sztuke jak usługę!! Myslimy tutaj
    o utworzeniu przelicznika, systemu abonamentów, sztywnego systemu który pozwoli
    tworzyć ;))) WŁASNIE TU LEŻY SZATAN i chichocze ;)))
    Nie mówię że wczesniej było lepiej a teraz jest źle.

    Mnie chodzi o to że jest cos takiego że własność intelektualna ulega
    handlowaniu, można ją sprzedać, można sprzedac prawo do dowolnego dysponowania
    nią. co jest samo w sobie śmieszne w kontekście sztuki i stworzone na potrzeby
    przemysłu w konkretnych przypadkach patentowanie mające chronić sama inwestycję
    przeprowadzenia realizacji tejże idei. i wzmogło to pewien rygor i w sumie
    napędziło pewien wyścig naukowo technologiczny. i w samym przemyśle (czyli:
    inne technologie) ma to sens. W muzyca ma to sens tylko w przypadku gdy strona
    będzie sam artysta.
    Zobaczcie co sie dzieje w Stanach, za wspomnienia Mansona - kaska dla niego,
    kazdy zbir co zrobił cokolwiek nieludzkiego dostaje od firm medialnych kaskę
    za prawo opowiedzenia przedruku czy zrobienia filmu, Ali Agca podpisał kontrakt
    za prawa do filmu pod warunkiem powiedzenia w scenariuszu prawdy (czego nie
    powiedział w śledztwie) kumacie to? Morderstwa zaczynają się kalkulować! Prawo
    autorskie!! i nic to że niekiedy skazaniec nie może wykorzystać tej kaski.
    Lenona zabił koleś dla sławy, niedługo wyjdzie i wyda książkę o ile już nie
    wydał ;))))) PRAWO AUTORSKIE hejaaa i wez go sciągnij z sieci to idziesz za
    kratki kolego.
    Niechże patenty chronią twórców strun, gitar, przetworników, keyboardów ale
    muzykę? Czyli tak naprawdę wrażenie? bo muzyka sama w sobie jest tylko zbitkiem
    fal o różnych długościach. Reszta powstaje w naszej głowie na tle innych
    naszych przeżyć jako konkretne wrażenie.
    zgadzam siez aimarkiem chocpewnie on ze mną mniej, zgadam się cześciowo z
    kubasą nie zgadzam się z jego niezgadzaniem ze mną bo tu się zasadniczo różnimy.

    i teraz najlepsze:

    Jest internet, nie trzeba isc do sklepu po płytę można siągnąć z sieci,
    technika internetowa umożliwia sledzenie przepływu każdego bita i przypisywania
    go do poszczególnych osób a co za tym idzie przypisywanie odpowiedzialności. I
    mamy "1984" Orwela jak w mordę strzelił. technika zapisu, magazynowania i
    przeszukiwania informacji oraz dostęp jest kilka bilionów razy efektywniejszy
    niż sto lat temu i ciagle rośnie a koszty dostępu i przechowywania maleja do
    praktycznie do zera przecinek zera zeraz zeraz zera .... . Świat uzyskał
    niesamowite narzędzie którego na dzień dziś nikt nie jest w stanie określić
    jego potencjalnej przydatności i zagrożeń, moze to służyc do kontrolowania
    ruchów każdego z nas (komórka, karta bank., IP) co siew zasadzie dzieje i to
    nawet na zasadzie sprawdzmy co robił dany koleś 5 lat temu o 13.30. bzyyyk i
    już masz raport danych. I nie ma żadnej dyktatury, nie ma sił obcych ale jest
    ochrona praw autorskich i zagrożenie terroryzmem którego wytworzyły media
    (gdyby jakiś arab przeżył oooj uzyskał by czek na sumkę siedmiozerową uwaga: od
    amerykańskiej firmy mediowej);)))). I to w chwili gdy każdy z nas może otrzymać
    pozew do sądu na 150 mln dolców co coś czego nawet nie pamięta już że mało w
    ogóle miejsce. To nie chodzi że jestem przeciw technice, ale spójrzmy jak ona
    wpływa na nasze życie. I jest używane porzez majorsów do śledzenia przepływów
    plików z ich muzyką. Nie robią to ludzie w Korporacji ze złych intencji, po
    prsotu chcą jak najwiecej zarobić i robią wszystkie te małe rzeczy które zrobić
    trzeba aby szef ich nie wypieprzył a może nawet dał podwyżkę. z tym że skutki
    tworzenia narzędzi kontrolowania przepływu muzyki i determinacja zachwycaja
    przede wszystkim służby specjalne;))
    Jaka jest szkodliwosć sciągnięcia 4 mb chronionej muzy? Niekiedy większa niż
    defraudacja 1 mln dolców na giełdzie. ;)))) i tutaj dajemy sobie wmówić żę to
    dla dobra artystów, jakbym był artystą-człowiekiem którego muzę jakies 12
    letnie dziecko sciagneło i przez to moja wytwórnia straszyła wytoczeniem
    kosztownego procesu, to naprawdę bym zrezygnował ze względów czysto ludzkich z
    usług takiej wytwórni w swojej umowie juz na wstępie. Problemem nie są małe
    labele ale wielkie wytwórnie które organizja komórki pracy dla specjalistów
    któzy tylko tym sie zajmują. i co? specjaliści też muszą utrzymać swoje rodziny.

    PS: próby jadrowe Francja przeprowadza już wirtualne ;)))

    zaczynam bać się komputera uaaaarghhhhhhhh <koniec transmisji>
  • pytajnick 24.01.06, 23:23
    pagaj_75 napisał:

    > O ile nie są oni faktycznie agentami ciemnej strony mocy,
    > podstawionymi by siać złowrogą propagandę, to traktowałbym ich raczej jako
    > biedne stworzenia, które dały się nabrać na szatańskie slogany podłych
    > kapitalistów stwierdzające, że przez piractwo artyści będą głodować.

    W sumie to dość zabawne, że o okradaniu *muzyków* najwięcej słyszymy z ust
    przedstawicieli wielkich wytwórni muzycznych, które to najwięcej w kwestii
    okradania muzyków miały i mają na swoim sumieniu.
  • pytajnick 24.01.06, 23:17
    aimarek napisał:

    > Otwórz Polsko oczy.

    "Otwórz Polsko oczy, dziś!
    By zaśpiewać nową pieśń!"

    Czyżbyś to znał? Pozwolę sobie polecić mój prywatny remiks tego wspaniałego,
    unikatowego i poruszającego serce i umysł Wiersza Radiomaryjnego.

    Niesamowity Wiersz

    Koniecznie głośno, bo zdecydowanie za mało przesteru dałem, a podkład jednak
    dodaje właściwej powagi Słowom Wiersza! (szczególnie w refrenie)


    Nie wiem czy słyszeliście utwór - hm, jakiegoś innego polskiego zespołu,
    Pidżama Porno czy coś w tym stylu - wykorzystujący ten sam Wiersz jako
    lajtmotyw. Z góry zastrzegam, że to plagiat, ja byłem o jakieś pół roku szybszy.


    --
    My eyes or ears begin the process, my brain takes over and my hands finish it
    off. Most people don't like the results. (Muslimgauze)
  • aimarek 24.01.06, 23:18
    Ufff...dobrze, że rozładowałeś atmosferę, bo chciałem już rozpieprzyć monitor :[

    Oczywiście, że to znamy.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • roar 25.01.06, 14:58
    Dobra, słusznie Aimarek zauważył, że się babramy w niepotrzebnych przenośniach.

    > Bliższe to sytuacji, w której Chuck Berry czy inny Elvis Presley
    > postanowiliby opatentować rock'n'rolla jako styl, a nie pojedynczemu
    > muzykowi chroniącemu napisaną przez siebie piosenkę.

    OK, racja. Dałem tylko przykład, że owszem, mogą istnieć uniwersalne zagrania gwarantujące (dopóki wszyscy nie zaczną ich używać) sukces.

    > To ich nazwiska, a nie to co akurat tam na ekranie robią, zarabiają kasę.
    > Większość tych sztuczek byłyby w stanie wykonać tysiące czternastoletnich
    > chłopców z faveli spod Rio.

    No tak, ale chodziło mi w sumie o to i tylko o to, że robią kasę jednak jako osoby, nie jako pracownicy klubu - za własne indywidualne umiejętności i ewentualnie inne cechy pozasportowe. (Przynajmniej ci najwięksi, bo pewnie, wielu jest w trzecich ligach graczy za dniówkę, tak, jak wielu jest gitarzystów w zespołach do kotleta.)

    A w ogóle, to tysiące czternastoletnich chłopców z blokowisk Manchesteru potrafiłoby pewnie skopiować toczka w toczkę grę wielu z dzisiejszych gwiazd estrady. :)

    > Spoko, tylko znów patentowanie czegokolwiek w sporcie jest pomysłem
    > *teoretycznym*.

    No tak, ale to chyba o tym mowa, że to, co jest tylko teoretyczne w sporcie, jest wprowadzone w praktyce w innych dziedzinach życia. Więc jeśli dochodzimy do absurdu przy próbie patentowania technik w sportach, to _być_może_ jest to argument, per analogiam, że gdzie indziej również jest to absurd.

    > To jak to jest z tym patentowaniem kiwki przez zawodnika w końcu? Trafione czy> jednak nie?

    (IMHO) Trafione jako przykład człowieczej inwencji, który _mógłby_ zostać opatentowany, a nie jest (i dobrze).

    --
    And the possibility that if I stopped using my voice I would notice
    Songs that all around me sing
  • braineater 25.01.06, 11:24
    Skoro to przeze mnie to czuje się w obowiązku:)
    Poczytałem Wasze refleksje na temat W.K (mały teścik - a kto z Was gotów jest
    wydac 29.90 na papierzaka tej książki?[ja wydałem:]:) i najbardziej po drodze
    mi z Kubasa, choc to właściwie Obły buduje swoja teorie, korzystając z widzenia
    muzyki, bardzo zbliżonego do tego, co próbowałem napisać w pierwszej
    pseudofilozfii.

    Mną Lessig w pewnym momencie dośc poważnie wstrząsnął - szczególnie w kwestii
    wpływu praw autorskich na cos, co sobie nazwe 'aresztowoaniem kultury'. Dla
    mnie o tyle ważne, że (przykład z życia) od kilku lat, próbuje opchnąć w kilku
    wydawnictwach, tłumaczenie pewnej książki. I wszystko jest dobrze, tłumaczenie
    się podoba, ksiązka w Stanach była hiciakiem dośc poważnym, Autor ma w Polsce
    swoich wielbicieli, co gwarantuje odpowiednie zyski polskiemu wydawcy. I tu
    własnie wkraczamy na pole minowe, bo okazuje sie, iż na poczatku lat 90, kiedy
    polski rynek był czyms pomiedzy karnawałem a wybuchem bomby atomowej, pewne
    efemeryczne wydawnictwo, wydało tom pierwszy tego tekstu (a jest to trylogia) -
    kompletnie na pałę, nie pytajac o copyrighty, zgodę autora i takie tam. Nakład
    (co udało mi się odkryć po kilkuletnich poszukiwaniach i tysiącach telefonów,
    bo wydawnictwo istniało jakis rok niecały) wynosił 300 - słownie trzysta
    egzemplarzy. I tu wkracza agencja literacka pana Autora i daje 50! letniego
    bana, na jakiekolwiek tłumaczenie i opublikowanie całości tekstu w Polsce. Wiem
    o tym, ale sie nie daje złamać i uderzam do kilku naprawdę duzych polskich
    wydawców, wiedząc, że ich działy sądowe i copyrightowe sa w stanie zaradzic w
    takiej sytuacji. Nic z tego - nikt nie podejmuje się nawet negocjacji, z góry
    uznając sprawę za straconą i nie do przebrnięcia. Walcze dalej i zaczynam pisać
    maile do pana Autora, że tłumacz, że zachwycony, ze ksiązka piekna i na pewno
    przyniesie profity. Pan Autor jest miły, sympatyczny, chwali że sie chciało, po
    czym informuje, że tak naprawdę to on nie jest włascicielem praw do ŻADNEGO ze
    swoich tekstów i wszystkie prawa ma agencja i wydawnictwo. I on nie ma
    najmniejszego wpływu na to, w jaki sposób oni tymi prawami zarządzają.
    Na tym konczy się rozmowa, bo jak poinformował mnie pan z z dużego wydawnictwa
    na Z., można spróbować negocjacji, tylko za zdjęcie tego bana, trzeba sie
    liczyć z opłatą, do 20 milionów $. Nikomu nie opłaca się wiec wydac tego
    tekstu, bo musiałby się sprzedać w nakładzie przekraczającym łaczny nakład
    wszystkich dotąd wydanych Harry Potterów.

    I jest tak, że ze wzgledu na prawa autorskie jesteśmy po prostu pozbawiani
    tysięcy fajnych rzeczy, tylko i wyłacznie dla tego, że jakas banda ciuli w
    garniturach, dochodzi arbitralnie do wniosku, że ma to kosztowac tyle a tyle,
    nie opierając sie przy tym na jakichkolwiek racjonalnych przesłankach. wydawać
    by się mogło, a przynajmniej w normalnym świecie tak powinno chyba byc, że
    zgoda Autora jest uber alles - znosi wszelakie prawne uwarunkowania wobec
    tekstu, płyty, czy wizerunku i jest ostatnia instancja od której nie mozna sie
    już odwołać. Nic z tego - autor jest traktowany tak samo, jak każdy inny
    człowiek i podejrzewam, że gdyby on sam chciał opublikowac ten tekst po polsku,
    że jest to jego oryginalna, w naszym języku napisana opowieść, również nie
    mógłby tego w żaden sposób zrobić, poniewaz jego własne prawa autorskie stoja
    mu na przeszkodzie.

    Nie powiem, że mam pomysł jak to zmienić - nie jestem prawnikiem, wydawcą ni
    politykiem, ale wiem, że zmienić się to musi jak najszybciej. Bo sytuacja taka
    jak to, że na przykład chcąc zobaczyć filmy z lat 30 i 40 (co na przykład było
    mi niezbedne do pisania mgr)musiałem je po prostu ukraść (czytaj ściagnąc z
    sieci), gdyz ze względu na niemożnośc ustalenia spadkobierców praw autorskich,
    sa one nie wznawiane od dnia swego pierwszego wydania, nie może trwac wiecznie.

    Natomiast nie wierzyłbym w żaden ortegowski 'Bunt Mas'. Nie przy tej ilości
    propagandy i złej prasy wobec 'piractwa'. Masy w miare pokornie przyjmują
    wszystkie nowe ograniczenia jakie im sie narzuca, nie zauważając nawet, że sie
    jakies nowe pojawiły.

    Tyle wyżalania się. Jak mi sie wyklaruje jakis projekt jak z tym walczyc, to
    niechybanie sie podzielę:)

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • obly 25.01.06, 11:51
    Bunt mas nie
    ale bunt twórców - tak
    wszystko zaczyna i kończy się na produkcie. a ten jest tworzony przez twórców.
    Podpisujac umowy z przekazywaniem praw własności. tyle.
    małe wytwórnie mały kłopot, duże wytwórnie duży kłopot.
    Podchodzicie do tego racjonalnie. Natomiast chcę powiedzieć że racjonalizacja
    sztuki jest paradoksem. Przeprowadziłem absurdalny proces myślowy z publikacją
    wszystkiego ale w świetle prawa i matematyki jest to możliwe. Przykro mi. A czy
    racjonalne?


    wkrótko w trzech punktach:
    Raz. ksiązka ta kopnęła mnei w łeb z kilku stron ale utiwerdziła mnie że każde
    rozwiązanie formalne będzie sztuczne i obok sztuki oraz - że takie rozwiązanie
    jest konieczne. szansę widzę jeno w mikro płatnościach (np 0,0045 gr za
    sciągnięcie 1 mb utworu muzycznego). ale jaki ciag kodów jeszcze jest utworem a
    który juz nie? haha nie da się ;)))

    Dwa. rozwiązania taryfikujące przyciągną A-rtystów z racji samego taryfikatora
    i tego co będzie można z nim zrobić. Co jest dziś widoczne w Idolu.

    Trzy. Temat ten drążę głębiej bo staram się go przekładać na inne aspekty
    naszego zycia i łaczyc je z dostępnymi technologiami i możliwością ich
    wykożystania. Wnioski są wielkie jak góry: machnięcie skrzydła motylka (w
    imieniu ochrony prawa autorskiego) przy braku jednocześnie możliwości
    okreslenia "co jest sztuką a co nie" oraz wyczerpywaniu sieform
    nieograniczonych oraz przy ogólnoludzkim pędzie do "znajdzmy wspólny mianownik
    wszystkiego" może doprowadzić i doprowadza do uznania absurdalizacji jako coś
    porządkującego.

    Stan prawny stały nie istnieje w przyrodzie, jest tylko stan permanentnych
    zmian, który winien paradoksalnie należy uznać za stały. lub czasopisma ;))))

    Net i technologia wytrąciły konieczność posiadania wytwórni płyt by je wydawać,
    w związku z czym osoby których żywot jest związany z wydawaniem płyt został
    zagrożony.

    Pewnie chodzi o to co ja proponuję. Umówmy sie że sztuka nie kosztuje nic ;)))
    Każdy artysta tworzy sobi tylko dla idei? Najlepszym obrazkiem absurdalizacji
    rynku muzycznego jaki widziałem był koncert kapeli rockowej w ksiązce Douglasa
    Adamsa "autostopem przez Galaktykę" trylogięw pięciu częściach.
    NIE NIE FILM!!!
    KSIĄŻKA
    kto czytał ten wie...

    Każdemu z was polecam przeczytanie tego geniusza. Nie w kategorii książka
    śmieszna - ale w kategorii na ile absurdów życia codziennego daję swoja
    swobodną akceptację z głupawym uśmiechem "nie ja się polityką nie interesuję"
    hej
  • obly 25.01.06, 11:59
    przepraszam za błędy słowne i chaos niektórych stwierdzeń
    Przysięgam na własny bass, jakbym tylko mógł zmusił bym was do
    przeczytania "Trylogii w pięciu częściach" Douglasa Adamsa.
    Nawet przypiekając boczek jak Kmicic Kuklinowskiemu.

    PS1: Witkacy nie byłby Witkacym gdyby utrzymywał sie z tantiemów. Jego firma
    portretowa powstałą w wyniku słabej sytuacji finansowej.

    Pytanie bonusowe retoryczne do zadanej lektury: Dlaczego na onym statku byli
    wysłani przedstawiciele tych zawodów a nie innych i w taki sposób a nie inny?

    PSII. Nie ufam nikomu kto studiował na SGH, sprawdziło sie to wam? hehe

  • ilhan 25.01.06, 12:09
    obly napisał:

    > PSII. Nie ufam nikomu kto studiował na SGH, sprawdziło sie to wam? hehe

    Tak. Sobie też nie ufam.

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • obly 25.01.06, 12:15
    to ilhan> to był mały żarcik związany z pytanie mretorycznym ;)))
  • ilhan 25.01.06, 12:21
    obly napisał:

    > to ilhan> to był mały żarcik związany z pytanie mretorycznym ;)))

    Popatrz, a ja na serio odpisałem :)

    --
    wszystko spoko jest
    mi się akurat wszystko podoba
  • obly 25.01.06, 12:42
    no właśnie tym się wzruszyłem ;))
  • pytajnick 25.01.06, 12:48
    Aha, jakby co, to Ilhanowi też nie ufam. :)
  • braineater 25.01.06, 12:11
    Trylogię w pieciu, a nawet w pieciu i pół (a jak dołożymy 'Don't Panic' Gaimana
    to w sześciu tomach:) znam i wcale mi sie nie wydaje, że Adams aż tak ostro i
    po fantastycznemu ekstrapolował, bo sytuacje utrzymywania przy zyciu muzyka ze
    wzgledów finansowych, mimo, że biologicznie jest od lat trupem, znamy od lat -
    Elvis, Edith Piaf (ze wzgledu na honorowy patronat nad forum, tych tam 4
    jeźdzców apokalipsy pominę:) - przeciez oni co roku prawie wydają nowe płyty i
    wcale bycie martwym im w tym nie przeszkadza. I doskonale oczywiście na tym
    zarabiają, utrzymując całe przedsiębiorstwa.
    Tylko, że to może doprowadzić do sytuacji odwrotnej, o której próbuję własnie
    napisac. Wyobraźmy sobie, że Priscilla P, naraz dostaje po głowie fioletowym
    promieniem z nieba, jak nie przymierzając P.K. Dick i słysząc głosy wstępuje do
    jakiejs ultrasowskiej sekty. Oczywiście jej wianem, jest majątek - w tym prawa
    do wszystkich utworów Elvisa. I oczywiście sekta ta, jak to sekty mają w
    zwyczaju stwierdza, że rokendroll to wynalazek szatana i korzystając z
    przejętych właśnie wraz z Priscilla praw do tych dzieł, nakłada na nie bana -
    na powiedzmy 150 lat. I nie ma Love me tender, i nie ma Hit the road Jack i nie
    ma Viva Las Vegas, bo jakis dziadzio z broda dostaje ataku podagry słuchając
    tych piosenek. I w dodatku w świetle prawa bedzie to jak najbardziej normalne,
    a jakikolwiek proces wytoczony przeciw tym ograniczeniom, jest z góry przegrany.
    Nawet Adams był zbyt ostrożnym świrem, by przewidzieć to, co tak naprawdę non-
    stop dzieje sie wokół...

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • pytajnick 25.01.06, 12:19
    > PSII. Nie ufam nikomu kto studiował na SGH, sprawdziło sie to wam? hehe

    Dokładnie, nie ufam bratu, współlokatorowi (chociaż studiował też medycynę - co
    jest mocniejsze), najlepszemu kumplowi od dyskusji muzycznych i grania muzyki i
    wreszcie - sobie!
  • pytajnick 25.01.06, 11:53
    braineater napisał:

    > Nikomu nie opłaca się wiec wydac tego
    > tekstu, bo musiałby się sprzedać w nakładzie przekraczającym łaczny nakład
    > wszystkich dotąd wydanych Harry Potterów.

    Dla mnie to jest niesamowite, że obrażona agencja woli utrzymywać "bana" na
    Polskę - bana którego oczywiście nikt nie "przekupi" ze względu na to co
    napisałeś powyżej - zamiast zarabiać pieniądze.

    Niesamowite, bo własnie tego typu agencje uważam za najbardziej racjonalne w
    swej chciwości, a to jest bardzo nieracjonalne - po prostu rezygnują z
    absolutnie "darmowego zysku", tylko zgoda i lecą pieniądze, a Polska już sama
    się całą resztą przejmuje.
  • kubasa 25.01.06, 12:05
    braineater napisał:

    > Skoro to przeze mnie to czuje się w obowiązku:)
    > Poczytałem Wasze refleksje na temat W.K (mały teścik - a kto z Was gotów jest
    > wydac 29.90 na papierzaka tej książki?[ja wydałem:]:)

    Ja nie jestem, po prostu coraz bardziej przekonuje się do czytania na
    komputerze i przedkładam je na papier. Widzę to po mojej nauce do sesji -
    przeszkadza mi to, że nie mogę nagle wpsiać jakiegoś hasła i z setek kserówek
    wychyla się ta akurat strona. O wpisaniu książek do netu, korzyściach i
    zagrożeniach, jest tutaj, a ja zrobię przy tym rodzinną reklamę op.cit,-u(nie
    wiem czemu nie ma na stronie macierzystej)

    www.webinside.pl/artykuly/244
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • kubasa 25.01.06, 12:11

    A co do tego, że ludzie łatwo sobie dają narzucić ograniczenia to uważam, że
    ludzie tych ograniczeń chcą, co po internecie widać, które z miejsca
    anonimowego staje się miejscem dość schematycznej autokreacji.

    Dobra, nie mam czasu pisać.

    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • braineater 25.01.06, 12:48
    Miałbyś ochotę tu albo na priva wrzucić swoje tysiąc i jeden uwag do Wolnej
    kultury na innym forum w postaci zgrabnego linka?

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • kubasa 25.01.06, 13:01
    braineater napisał:

    > Miałbyś ochotę tu albo na priva wrzucić swoje tysiąc i jeden uwag do Wolnej
    > kultury na innym forum w postaci zgrabnego linka?
    >
    > P:)

    Nie nie nie. Przepraszam, ale mam poważne zastrzezeżenia do nich, a linka dawać
    nie chcę :). Postaram się je może skompilować i wrzucić tu w formie bardziej
    odpowiedniej. Moze dzisiaj jeszcze.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • kubasa 25.01.06, 23:35
    braineater napisał:

    > Miałbyś ochotę tu albo na priva wrzucić swoje tysiąc i jeden uwag do Wolnej
    > kultury na innym forum w postaci zgrabnego linka?
    >
    > P:)

    Nie nie, na pewno nie wrzucam jednak bo to jakieś głupoty były, wyważanie
    otwartych drzwi.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • braineater 25.01.06, 12:20
    To tez taki bardziej żarcik był, choc przyznam, ze mimo skanowania i OCR owania
    wszystkich moich prywatnych ksiązek, nadal e-booki traktuje jako backup
    papierzakowej biblioteczki, niz podstawe - choc siedzac w pracy (nomen-omen w
    księgarni:) raczej czas wypełniam czytaniem tego, co sobie przyniosłem na
    memory-sticku, niż tego, co stoi na pólkach obok mnie:)
    Natomiast racje masz absolutną w kwestii wykorzystania e-booka do nauki.
    Zdecydowanie o wiel lepsza i szybsza forma.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • nemrrod 25.01.06, 18:57
    kubasa napisał:

    > Ja nie jestem, po prostu coraz bardziej przekonuje się do czytania na
    > komputerze i przedkładam je na papier.

    Ja mam dokładnie na odwrót. Chyba nigdy nie nauczę się czytać długich tekstów ze
    zrozumieniem z monitora... Dlatego Lessig leży w przechowalni w merlinie i czeka
    aż zbierze się więcej zamówień.
    Nie wiem co tam ten Lessig powypisywał, dlatego nie wiem o czym cała ta
    dyskusja. Bo przecież wiadomo, że majorsy są złe. ;)
  • aimarek 25.01.06, 15:36
    braineater napisał:

    > Natomiast nie wierzyłbym w żaden ortegowski 'Bunt Mas'. Nie przy tej ilości
    > propagandy i złej prasy wobec 'piractwa'. Masy w miare pokornie przyjmują
    > wszystkie nowe ograniczenia jakie im sie narzuca, nie zauważając nawet, że sie
    > jakies nowe pojawiły.

    Trochę co innego miałem na myśli, nawiązując do Ortegi. Chodziło mi o to że
    upowszechnienie dostępu do dóbr kultury, właśnie w takiej "wulgarnej" formie jak
    mp3 czy divx, a także zalew przeróżnych stron www i forów umożliwiających
    dyskusję, jest potencjalnie stymulatorem jakiejś zmiany społecznej. Trudno
    prorokować w jakim kierunku ta zmiana może pójść, choć literatury na ten temat
    pewnie od groma, ale zauważalny jest pewien kryzys elit rozumianych jako
    autorytety. Przenosząc to na grunt bliski naszym zainteresowaniom - coraz
    trudniej będzie o sytuację, w której, dajmy na to, Piotr Kaczkowski będzie w
    stanie kształtować gust tysięcy Polaków. Oczywiście rysuje się tu wielkie
    pytanie czy taka rewolucja może też zeżreć Machinę Marketingu, powstrzymać
    dyktat pieniądza, wolnego rynku, ekonomii, faszyzm kultury masowej itd. Bo jeśli
    nie to sam upadek autorytetów może prowadzić tylko do zalewu gównem. Z drugiej
    strony istnieje jeszcze opcja, w którą może mało kto wierzy, ale która mnie
    osobiście jest bardzo bliska, a mianowicie, że gówno osiągnie w końcu masę
    krytyczną i eksploduje, agencje reklamowe znikną z powierzchni ziemi,
    studiowanie marketingu będzie obciachem, a Metallica ostatecznie się rozpadnie.

    A teraz zastanówmy się czym jest byt..

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • braineater 25.01.06, 15:49
    Ja się obawiam jednego - że z własnej nieprzymuszonej woli będziemy się
    pozamykać. Tworzyc hermetyczne środowiska, zamkniete grupki, pod ciągła presją,
    inwigilujace kazdego nowego kandydata do 7 pokoleń wstecz. Bo Machina sie nie
    zatrzyma - to jest niemozliwe i nie realne. Machina ewoluuje. I to jest dużo
    groźniejsze. Bo nim sie zorientujesz, to będziesz na forum rozmawiał nie ze mną
    na przykład, tylko ze sprytnym bootem sponsorowanym przez Sony Music Polska,
    który sprytnie i elokwentnie spróbuje Cie przekonać, że takiej płyty
    Metalilliki (czy jak się to tam pisze:) to nie możesz po prostu przegapić. I
    wtedy bedzie połnyj pizdziec - bo nie wyłapiesz, czy gadasz z kolesiem, który
    choc moze głuchy, to jednak wielbi tę Metallillijkę z pasji, czy z opłacanym
    grubym keszem/na godzinę misiem, który leci profesjonalna propagandowa ulotke
    handlową.


    > A teraz zastanówmy się czym jest byt..

    "Otaczają nas niewidzialne byty
    i widzialne odbyty"
    <chińska mądrośc ludowa XV wiek n.e>
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • aimarek 25.01.06, 16:08
    braineater napisał:

    > Ja się obawiam jednego - że z własnej nieprzymuszonej woli będziemy się
    > pozamykać. Tworzyc hermetyczne środowiska, zamkniete grupki, pod ciągła presją,
    >
    > inwigilujace kazdego nowego kandydata do 7 pokoleń wstecz.

    Mnie zainspirowała ostatnio rozmowa Grzesia Miecugowa z ziomkiem, który stworzył
    Fabrykę Trzciny w W-wie. Nie byłem tam nigdy, ale opowiadał w sposób tak piękny
    o przyświecającyh mu ideach wielości, fermentu kulturowego, kontaktów
    międzyludzkich i właśnie otwarcia na nowe środowiska, że wzruszyłem się do
    głębi. Scenariusz, o którym piszesz jest groźny, ale da się go uniknąć przy
    zdrowym podejściu. Choć - jak mówię - nie wiem czy ta Fabryka Trzciny jest
    rzeczywiście takim otwartym miejscem czy raczej właśnie jakąś hermetyczną lożą.

    Bo Machina sie nie
    > zatrzyma - to jest niemozliwe i nie realne. Machina ewoluuje.

    Tak naprawdę to nikt z nas tego nie wie. Przeświadczenie o linearnym rozwoju
    ludzkości jest grzechem jakiego nie potrafimy się wyzbyć od stuleci mimo, że
    każda epoka dostarcza aż zbyt wielu ku temu przykładów. Oczywiście myślę tu o
    perspektywie dłuższej niż 5 czy 10 najbliższych lat.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • pytajnick 25.01.06, 15:51
    aimarek napisał:


    > Trudno
    > prorokować w jakim kierunku ta zmiana może pójść, choć literatury na ten temat
    > pewnie od groma, ale zauważalny jest pewien kryzys elit rozumianych jako
    > autorytety. Przenosząc to na grunt bliski naszym zainteresowaniom - coraz
    > trudniej będzie o sytuację, w której, dajmy na to, Piotr Kaczkowski będzie w
    > stanie kształtować gust tysięcy Polaków.

    Zgoda. Ktoś niedawno pisał, że spodziewa się wzrostu znaczenia rzeczy typu
    Metacritics. Moim zdaniem to będzie tylko przejściowa forma, a ostatecznie
    społeczeństwo będzie kierowało się... swoim własnym zdaniem (a przynajmniej ta
    choć częsciowo zewnętrzsterowna jego część, czyli jednak większość).

    Mam tu na myśli zjawiska już obecne i bardzo popularne - http.imdb.com w
    przypadku filmów czy www.rateyourmusic.com w przypadku muzyki. Krótko mówiąc,
    nie metacritics, ale metalisteners, czy ogólniej - metaconsumers..

    Im popularniejsze takie serwisy, tym bardziej reprezentatywne i - przynajmniej
    teoretycznie - "wiarygodne". Wiarygodne w cudzysłowie, bo nie wiem czym jest
    łatwiej manipulować - kilkudziesięcioma opiniotwórczymi pismami/magazynami
    (kasa, reklamy, naciski wytwórni, wieloletnie kontakty, itd., znamy to
    wszystko), czy wielomilionowym społeczeństwem (reklama i marketing,
    socjotechnika ogólnie).
  • aimarek 25.01.06, 15:56
    pytajnick napisał:

    > Im popularniejsze takie serwisy, tym bardziej reprezentatywne i - przynajmniej
    > teoretycznie - "wiarygodne".

    No chyba właśnie niezupełnie. Nie w ilości szkopuł. Wręcz powiedziałbym, że im
    popularniejszy taki serwis, tym mniej wiarygodny.

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • pytajnick 25.01.06, 16:30
    aimarek napisał:

    > No chyba właśnie niezupełnie. Nie w ilości szkopuł. Wręcz powiedziałbym, że im
    > popularniejszy taki serwis, tym mniej wiarygodny.e)

    Nie miałem na myśli wiarygodności "obiektywnej", dla mnie czy dla Ciebie -
    zasłuchujących się całymi dniami w muzykę, ale przeciętnie, dla grona
    konsumentów jako całości. Gdy zobaczą na Metacritics wysoką ocenę wyliczoną z 20
    recenzji/ocen jednostkowych - są (jesteśmy?) pod wrażeniem.

    Jeśli zobaczą wysoką ocenę wyliczoną z 300.000 ocen jednostkowych, częsciowo
    podpartych komentarzem - będą, wydaje mi się, pod nie mniejszym (już teraz
    konsumenckie komentarze w sklepach internetowych potrafią mieć większy wpływ niż
    recenzje w "fachowych" pismach na samą decyzję zakupu).

    Znawcą kinematografii nie jestem i jak nie znam jakiegoś filmu, wchodzę na imdb
    i gdy widzę 8,7/10 wyliczone na podstawie kilkuset tysięcy ocen, to do mnie to
    przemawia. Przyznam że bardziej, niż recenzje prasowe..

    <zastrzeżenie> Balansuję tu (jak zwykle) ignorancko między "ja" i "ogół", ale
    nie jestem dobrym, poprawnym teoretykiem. Rzucam tylko luźne spostrzeżenia i
    przewidywania budowane raczej na intuicji. </zastrzeżenie>
  • aimarek 25.01.06, 16:51
    No rozumiem o co chodzi, tylko że to znowu prowadzi do dyktatu większości, który:
    1) jest scenariuszem równie przerażającym
    2) de facto już ma miejsce, więc zmiana jest tu pozorna, a mnie marzy się
    sytuacja kultury maksymalnie pluralistycznej, a nie ujednoliconej statystyką gustów.
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • kubasa 25.01.06, 23:48
    aimarek napisał:

    > 2) de facto już ma miejsce, więc zmiana jest tu pozorna, a mnie marzy się
    > sytuacja kultury maksymalnie pluralistycznej, a nie ujednoliconej statystyką
    gu
    > stów.

    Ja uważam, że tak będzie jeszcze dlugo póki globalnei nei zmieni się podejście.
    Użyje tu najmniej wyszukanej analogii. Obły napsiał, że muzyki nie traktuja
    ludzie poważnie - no cóż antycypowałem go gadając sam do siebie jak byłem dwa
    tygodnie temu chory, tak więc teraz przypada mi w udziale wsteczna antycypacja.
    Ale do rzeczy. Uważam że muzyka jest trochę jak kał. Człowiek ma jakieś jelita,
    cos sobie tam je, ewentualnie dopadają go pewne choroby i od tego zależy
    finalny produkt. U artysty jest tak samo. Ma wewnętrzną potrzebę by to zrobić i
    jeżeli będzie sie wstrzymywał na końcu wyjdzie pewnie coś bezkształtnego lub
    calkiem odwrotnie ale coś wyjść musi. Tylko artysta wskakuje za swoim dziełem
    do kibelka i ścieków i krzyczy łapiąc stolczyk "to moje moje moje!". A reszta
    ludu w ściekach, słuchaczy i krytyków tylko w zbiorowej koprofagii krzyczy "a
    fe" lub "daj mi dotknąć, daj powąchąć, daj posmakować". Tak jest. A jak powinno
    być? Artysta zamiast podażąć w czeluścia kanalizacji, powinien z wyoskości
    wucetu obserwować jak lud rzuca się na produkcik ale nie po to by sie nim
    pozywić, ale po to by zabrać go do plastikowego słoiczka i w laboratorium
    dokładnie przebadać, a autorowi odesłać papierek z analizą. A jeśli nawet nie
    potrafimy wymyślić choć kilku konsekwentnych sposobów badania i mówienia o
    muzyce(rozrywkowej?) to w internecie czekają nas (już są) rządy much.
    --
    "And <<Smile>> is clichéd in that perfect pop music way; the way in which
    kissing on a beach in the summer rain sounds like the perfect way to find true
    love in this world full of opportunities and possibilities."

    Matt Weir
  • roar 25.01.06, 17:39
    > Znawcą kinematografii nie jestem i jak nie znam jakiegoś filmu, wchodzę na
    > imdb i gdy widzę 8,7/10 wyliczone na podstawie kilkuset tysięcy ocen, to do
    > mnie to przemawia. Przyznam że bardziej, niż recenzje prasowe..

    300.000 ludzi? Tych samych, którzy swoimi nogami przyczynili się wcześniej do sukcesów Titanika, Matriksa i Władcy Biżuterii? No sorry, ale trudno o lepszą anty-rekomendację...

    Suma ocen coś znaczy, jeżeli znasz składowe (stąd i tylko stąd - przydatność serwisów typu metacritic). Trzystu tysięcy ludzi nie poznasz nigdy. Suma ich wyborów to szum, zero informacji. Zresztą - anomalie w takich ocenach są widoczne gołym okiem. Najwyższe noty na przykład zawsze mają produkcje niszowe - arcydzieła w swoim gatunku, takie, które znają tylko fani, a inni nawet o nich nie słyszeli, więc nie ocenią. (Patrz szóste miejsce Riverside na rateyourmusic. ;) Z kolei produkcje popularne siłą rzeczy są wypychane do góry siłą mas, które zwyczajnie nie znają alternatyw. I tak dalej, i tak dalej...

    To, że do ludzi to przemawia, jest straszne... A przy rosnących możliwościach wyboru i wynikającej z tychże konieczności samoograniczania się - dyktat większości będzie sam się napędzał i możemy dojść do sytuacji, kiedy znalezienie rzeczy wartościowych w morzu syfu będzie trudniejsze, niż byłoby przy "starym" systemie.

    --
    And the possibility that if I stopped using my voice I would notice
    Songs that all around me sing
  • pytajnick 25.01.06, 18:12
    roar napisał:

    > 300.000 ludzi? Tych samych, którzy swoimi nogami przyczynili się wcześniej do s
    > ukcesów Titanika, Matriksa i Władcy Biżuterii? No sorry, ale trudno o lepszą an
    > ty-rekomendację...

    Łatwo rozpoznać które wysokie oceny są wynikiem masowej popularności, a które
    rzeczywistej wartości - te pierwsze mają kilka razy więcej ocen, i na nie
    rzeczywiście raczej nie patrzę. Poza tym te filmy zwykle znam.

    Sądzisz, że na taką "Rekonstrukcję" rzeczywiście głosowali ci, którzy
    "przyczynili się wcześniej do s> ukcesów Titanika, Matriksa i Władcy Biżuterii?"

    A Matrix i Władca bardzo (pierwszy) mi się podobały, więc akurat nie jest to dla
    mnie anty-rekomendacja.
  • obly 26.01.06, 07:25
    A teraz chciałbym wam zwrócić uwagę na jedyny akapit w ksiązce który odnosi się
    do firmy farmaceutycznej. Podobne działania biznsowe, podobny sposób
    kształtowania ceny leku (dolar przeciwko 1500 dolarów), akceptowalne
    społecznie. Chodzi o Aids, Kongres, RPA, Indie i firma farmaceutyczna.
    Mechanizm taki sam jak w przypadku ochrony praw autorskich, a ja śmiem
    twierdzić że to stalinizm w białych rękawiczkach. Nazywa się to ochrona patentu.
    I wiecie o muzie możemy sobie gadać słuchać nagrywać spotykać się ale jak nikt
    jej nie otrzyma to będzie albo wkurzony albo nawet nie będzie sobie zdawał
    sprawy.

    Wielkie firmy udowodniły iż jesli chodzi o postęp są raczej taka kotwiczką. a
    dziś kotwiczka jest większa od statku. Myślę że rozwiązaniem wszystkich
    problemików jest:

    Zwiększenie podatków od wielkości firmy i to na całym świecie.
    Koncerny 90%
    człowieczek-firma sam 10%

    tak teraz można mnie ukamienować i natrzeć pokrzywami nery



    --
    Koń był chory
  • mmakowski 26.01.06, 08:54
    obly napisał:

    > A teraz chciałbym wam zwrócić uwagę na jedyny akapit w ksiązce który
    > odnosi się do firmy farmaceutycznej. Podobne działania biznsowe,
    > podobny sposób
    > kształtowania ceny leku (dolar przeciwko 1500 dolarów), akceptowalne
    > społecznie. Chodzi o Aids, Kongres, RPA, Indie i firma farmaceutyczna.
    > Mechanizm taki sam jak w przypadku ochrony praw autorskich, a ja śmiem
    > twierdzić że to stalinizm w białych rękawiczkach. Nazywa się to ochrona
    > patentu.

    To jest krzywdzące uproszczenie, bo w koszcie produkcji leku koszt składników
    jest na ogół mało znaczący -- głównie chodzi o zwrot nakładów poniesionych na
    badania nad lekiem. Zgadzam się, że przedstawiona sytuacja jest moralnie
    dwuznaczna i że być może istnieją lepsze sposoby wyceny leków. Natomiast nie
    uważam, żeby odgórne narzucenie firmie prowadzenia działalności filantropijnej
    ze szkodą dla niej samej -- bo do tego sprowadzałyby się regulacje cen leków --
    było dobrym rozwiązaniem.

    > Wielkie firmy udowodniły iż jesli chodzi o postęp są raczej taka kotwiczką.

    W jaki sposób to udowodniły?

    > Myślę że rozwiązaniem wszystkich problemików jest:
    >
    > Zwiększenie podatków od wielkości firmy i to na całym świecie.
    > Koncerny 90%
    > człowieczek-firma sam 10%

    W czym jest człowieczek-firma lepszy od koncernu, że chcesz go tak premiować?
  • obly 26.01.06, 10:14
    Nie chcę Cię przekonywać, trzeba popracować w koncernie aby się przekonać co to
    jest za machina która i tak na końcu ma JEDNĄ łysą i starą głowę. Idea
    koncernu - główne zadanie - obniżenie kosztów oraz pozostanie na rynku i duża
    inercja, bezwładnosć i pożeranie rynku.(np disney kupił pixara) Internet i w
    nim działalność natomiast niweluje przewagę koncernów ze wzgledów właśnie na
    fakt że wszelkie koszty sa w sumie czysto uznaniowe + koszty pracy serwera. I
    koncerny bazując na doświadczeniach realnych przenoszą zachowania w świat
    wirtualny, właśnie po to by zachować swój obecny sens i co gorsza wykluczyć
    mniejszych potencjalnych konkurentów. Pomijam badania naukowe które są
    prowadzone przez koncerny bo często to nie są tego typu badania do których
    przyzwyczaił nas 19 wiek. Sprzedaż 1 mp3 kosztuje 1 ojro nie ze wzgledu na
    koszt rzeczywisty ale ze względu tylko na kalkulację związaną z utrzymaniem
    firmy i sprzedaży płyt CD (podzielili średnia cenę płyty na 15 bo tyle jest
    średnio sztuk piosenek i wychodzi ci 1 ojro)


    Co do firmy farmaceutycznej ja pieprzę zwrot kosztów badań - 99% badań to są
    wariacje na temat nowego proszka od bólu głowy połykanego nosem, nowy zapach
    odświerzacza w kiblu oczyszczajacego górne drogi oddechowe również na wydechu,
    mydełka z witamina C i P, czyli wszystko to co jest bez recepty bo tylko to
    można reklamować i to sięwrzuca w koszta leków które musisz kupić. bo nie masz
    wyjścia.

    III świat nie otrzymuje takiego bukietu leków bo rynek jest za mało nasycony i
    nie opłacało by się i są te same leki od kilkudziesieciu lat, nie ma
    opracowanych szczepionek na podstawowe choroby które nękaja ludność. i nawet
    nie chodzi o to żeby pomagać. Wystarczy nie przeszkadzać!. A firmy
    farmaceutyczne poprzez lobbing wymusiły odpowiednią reakcją rządu USA tak aby
    substytuty leków nie mogły trafić na rynek RPA dajac tym samym nadzieje 8 mln
    istnień na przedłuzenie życie za 1 dolara (w stanach 1500). Mam znajomego który
    pracuje w firmie farmaceutycznej, po SGH, na wejscie dostał 9000 PLN, po
    szkole, był pomagierem w rozliczaniu służbowych samochodów (wąska
    specjalizacja: rozliczanie floty samochodów), teraz nie jest pomagierem ma
    12000 PLN na łapkę i volvo służbowe i narzeka że ma najgorszy samochód. Do tego
    blokowane są badania nad lekami które nie osiągna oczekiwanych dochodów, w
    Polsce np badania są zminimalizowane na maxa. Wersyfikuje sie lek i odnawia tak
    jak czekoladę (nowe większe opakowanie,15 procent gratis, idealny na dzień
    Babci wersja z żeńszeniem, smak poziomkowy, malinowy i uwaga smak spermy dla
    ofermy) pomijam skandale z umowami z lekarzami na zalecanie stosowania
    konkretnego leku za kaskę czy wycieczkę. To co się dzieje z listą refundacji to
    raz, likwidacji polskich fabryczek farmaceutycznych to drugi fakt i masz
    monopol. jeb. monopol i dyktat cen projektowanych na maxymalny wysów z twojego
    portfela kaski tak aby ci starczało tylko na wóde i chleb. jak 120 000 000 mln
    osób ma zylaki na dupie a 12 000 umiera na coś popieprzonego to badaja najpierw
    maść za 13 dolców na dupkę bo sa lepsze wyniki finansowe dla akcjonariuszy i
    małe ryzyko spieprzenia czegokolwiek a wiec potencjalnych procesów.

    Zapominasz o tym że czesto nad wynalezieniem leku nad jakimś decydują się
    pracować osoby których rodziny mają ten przypadek. Maja czystą motywację. Chcą
    zrobić lek który leczy. Mam kolegę którego dziecko ma mongolizm. Tysiace ludzi
    jako wolentariusze organizuja się szkolą, radzą, pomagają i nie chodzi o
    pieprzony odgórny wykaz ceny leków. Chodzi o to by tym osobom nie przeszkadzać,
    nie patrzeć na ręce czy nie ograniczajazysków firmy XXX. Wiem skądinąt że dla
    III świata lekarze i naukowcy rownież na zasadzie wolentariatu zorganizowali
    coś na zasadzie wolnegolaboratorium gdzie muszą wykonać najprostrze leki które
    ty dostałeś jako małe bobo w ramiaczko bo szczęśliwie urodziłeś sie w Polsce.
    Ale tych leków tam sprzedawać nie wolno bo patent i ochrona. rozumiem. Ale nie
    przeszkadzać jak ktos kombinuje jak tu ochronić swoich ziomów przed jakąś
    chujozą.
    I mi nie chodzi o wycenę leków. Jakbyś studiował marketing wiedziałbyś że
    wycenia sie nie na tyle ile co kosztuje ale na tyle ile ktoś może dać. i pod te
    kalkulacje robi się produkt. ostatno się szwendam po szpitalach.
    Jestem przerażony i nie chodzi mi o NFZ.
    Ostatnio placówka prywatna jakaś zrobiła promocję na badanie żylaków za 5 PLN
    OD ŁEBKA i że taniocha i że teraz nau propocja a w receptach pewnie kżdemu
    wpiszą maść firmy farmaceutycznej XXX. Zajmuja się tym poważni lekarze którzy
    naprawdę mająco robić.

    Nie chce moralizować ale kurcze blade p.wczorajsza Rzeczpospolita, macie
    chorych na raka w rodzinie? przeczytajcie. jak nie macie to was to faktycznie
    nie obejdzie bo i po co ;)))

    mi nie chodzi o globalizm czy anty globalizm czy alterglobalizm.
    mi chodzi o normalność.
    --
    Ten koń był chory
  • aimarek 28.01.06, 12:17
    Jako, że wątek w wielu punktach znacząco odbiegł od spraw muzycznych, pozwolę
    sobie zarekomendować wszystkim stronę grupy Twożywo zajmującej się plakatem,
    wlepkami, animacjami itp. o treści mocno antypopkulturowej. Byłem wczoraj na
    prezentacji ich projektu pt. "Kapitan Europa". Animacje, bardzo śmieszne i
    korespondujące z niektórymi wątkami naszej dyskusji, można obejrzeć na stronie
    www.kapitan.pl/
    Najlepiej oglądać filmy od dołu, niektóre układają się wtedy w coś w rodzaju fabuły.
    No i strona główna twozywo.art.pl/
    Polecam.
    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • pytajnick 28.01.06, 13:01
    Zabawne, wczoraj akurat trafiłem na ich stronę i trochę się po niej błąkałem. (A
    to dzięki wzmiance w 'Przekroju' ostatnim).

    --
    "My eyes or ears begin the process, my brain takes over and my hands finish it
    off. Most people don't like the results." (Muslimgauze)
  • aimarek 28.01.06, 14:06
    Zabawne jest też to, że 3 dni temu słuchałem audycji poświęconej Muslimgauze'owi
    z Twojej sygnaturki. Bardzo ciekawa postać i spore wrażenie zrobiły na mnie
    niektóre z jego utworów. W ogóle koleś był chyba kolejnym obok Zorna czy Merzbow
    frikiem dotkniętym sraczką twórczą. Też natrzaskał mnóstwo albumów i cholera wie
    od czego zacząć. Z tym, że jeszcze bardziej od Zorna zaangażowany ideologicznie
    i po przeciwnej stronie. Znasz może jakieś jego albumy? Mógłbyś coś polecić?

    --
    Dębowe Mocne jest muzyką.
  • braineater 28.01.06, 14:54
    Zanim kolega, to szybka wrzuta - koniecznie Azazzin i bardzo koniecznie
    Izlamophobia. Na deser splita z Bass Comunion. Akurat mam tą pewność, że jesteś
    przyzwyczajony do radykalnej extremy muzycznej, więc większej krzywdy Ci te
    albumy nie zrobią. Natomiast wszystkich dla których arabska muzyka to Rabich
    Abu-Khalil i Nusret, gorąco bym jednak ostrzegał przed kontaktem z Muslimgauze:)
    Na tych dwóch płytach jest zgroamdzona taka ilośc muzycznej nienawiści i
    wnerwienia na świat, że trzeba miec naprawdę bad day, by wsłuchac ich w całości
    jednym setem. Jak dla mnie jest to zjawisko, którego raczej bym nie
    rekomendował, gdyby nie to, że przy całym arabskonaziolskim przekazie, sa tak
    odmienne muzycznie od tego wszystkiego co słyszałem, że nie sposób kolesia nie
    doceniać. Noisowe drony, automat perkusyjny chodzacy tak, że numerki Atari
    Tennage Riot, to przy tym wolne przytulanki i generalnie napierdalanka jak na
    najlepszych setach Venetian Snares, tyle, że na dobrych kilka lat przed
    Venetianem stworzona. No i oczywiście zawaleni w trupa toksycznym haszem
    derwisze i ich konga, tabla, i pozostałe bębny wpuszczone w taki transowy młyn
    obłędu, że człowiek nie jest w stanie od siebie odepchnąć tej muzyki, nawet
    jesli mu się nie podoba. Jedno wiem - jesli kiedykolwiek zostaniemi podbici
    przez Talibów, pierwsze, co zrobię to będzie wystawienie kolumn do okna i
    odpalenie Muslimgauze na cały regulator, i już wtedy będa wiedzieli, że pod tym
    adresem mieszka swój ziom:)
    Muslim jest straszny, ale niewątpliwie jest coś, co do tego typu koszmarów
    przyciąga.
    A split z Bass Comunion, mozna puścić nawet na prywatce - byle wszyscy byli
    konkretnie ujarani.

    P:)
    --
    "Ostatecznie, wszystko co żyje, ma w środku jakąś kiszkę"
    Wolna Kultura
  • pytajnick 28.01.06, 14:59
    aimarek napisał:

    > Zabawne jest też to, że 3 dni temu słuchałem audycji poświęconej Muslimgauze'ow
    > i
    > z Twojej sygnaturki. Bardzo ciekawa postać i spore wrażenie zrobiły na mnie
    > niektóre z jego utworów.

    Fascynująca postać (może nawet równie jak/bardziej niż sama jego muzyka?).

    >W ogóle koleś był chyba kolejnym obok Zorna czy Merzbo
    > w
    > frikiem dotkniętym sraczką twórczą.

    Przy czym korzystał tylko z taśm - magnetycznej i klejącej, a Merzbow to chyba
    śmiało się komputerami bawi, więc może to metodą ctrl+c / ctrl+v masowo robić.

    > Też natrzaskał mnóstwo albumów i cholera wi
    > e
    > od czego zacząć. Z tym, że jeszcze bardziej od Zorna zaangażowany ideologicznie
    > i po przeciwnej stronie. Znasz może jakieś jego albumy? Mógłbyś coś polecić?

    Facet wydał chyba ponad setkę albumów za życia, a niedługo drugie tyle będzie
    wydanych pośmiertnie, więc kompetentnie w żadnym razie nie mogę się wypowiadać -
    znając zaledwie ułamek z nich.

    Mnie do niego przekonał - jestem nieobiektywny oczywiście - fantastyczny album
    nagrany z Bass Communion, czyli "Bass Communion v Muslimgauze". Sama historia
    jest już ciekawa - Wilson wysłał swoje ambienty Muslimgauze'owi, ten to
    "zmasakrował" i odesłał. Wilson to znów pomiksował i posłał Muslimgauze'owi, ten
    znowu popsuł i tak sześć bodajże razy się wymieniali.

    I mnie się efekt tego bardzoi podoba (w przeciwieństwie do ich wspólnej EPki
    wydanej nieco wcześniej, bardziej radykalnej). Zawsze żałowaliśmy ze znajomym,
    że nie wydali choćby małej częsci "stanów pośrednich" tego procesu. Jest tu
    jakiś głębszy duch dzięki - nawet jeśli ledwo słyszalnym - elementom spokojnej
    muzyki Bass Communion. Dodaje to rozmaitości, a zarazem jest tu szaleństwo
    Muslimgauze'a w całej swej krasie, łącznie z afgańskimi samplami (mój ulubiony
    moment).

    Z drugiej strony trudno nazwać to właściwą płytą Muslimgauze'a, pewnie
    obiektywnie jest to jakiś tam mały szczegół w jego karierze (choć przypuszczam,
    że sprzedał się całkiem nieźle dzięki fanom SW - najpierw było limitowane 500
    sztuk, a potem trzeba było dalej tłoczyć).

    Z innych płyt, wiem że dostępne jest w Polsce "Dar Es Salaam" - wydane
    (pośmiertnie) w wilsonowym Headphone Dust, więc dystrubuował to Rockserwis
    (jedną kopię jeszcze mieli, pewnie mają do dziś).

    Jednak z tych głośniejszych, 'klasycznych' płyt, do których udało mi się jak
    dotąd dotrzeć, to zdecydowanie polecić można dosyć przyjemne (relatywnie!)
    "Lo-Fi India Abuse". Ewentualnie nieco starsze "Farouk Enjineer" i "Gun
    Aramaic", lub juz w ogóle stare (jakoś początek lat 90.) "Abu Nidal (Gulf War
    Part 1-3)" oraz "Zul'm".

    Tak po prawdzie to myśle jednak, że to jeden z tych artystów, których możesz
    sprawdzić wybierając po prostu jedną z bardziej znanych/dostępnych płyt. Muslim
    jakoś bardzo nie ewoluował, więc nie ma raczej ryzyka, że trafisz na coś
    ekstremalnie innego od "typowego Muslimgauze". Co ciekawe, mimo tej konsekwencji
    w drązeniu swojego stylu, rzadko zarzucało mu się przynudzanie w kółko tym
    samym. Częsciowo dlatego, że dalej się podobało, częściowo pewnie stąd, że była
    wokół niego pewna otoczka "kultu".

    Jedno co można powiedzieć, to że facet tymi swoimi połamanymi loopami i
    'elektroniczną' perkusją, ciągle udowadniał, że co człowiek własnymi palcami
    sklei, to bezduszny komp w pełni oddać nie potrafi.


    --
    "My eyes or ears begin the process, my brain takes over and my hands finish it
    off. Most people don't like the results." (Muslimgauze)
  • pytajnick 28.01.06, 19:28
    "His output was always very high. In 1995, he put forth six releases. In 1996,
    fifteen. In 1997, nine. In 1998, sixteen. After his death, the many record
    companies he had associated with released unreleased material and repressed
    older, out-of-print material. In 1999, the year of his death, twenty-two new
    (and old) albums and EPs on several media were released." (Wikipedia)
  • pytajnick 30.01.06, 22:27
    www.vivo.pl/artykuly.htm
    artykuły co prawda jeszcze z czasów, gdy Bryn żył, ale mogą być niezłym
    wprowadzeniem (i jeszcze się da Księżyka z tego okresu w pełni zrozumieć).

    (Dopiero sobie teraz pomyślałem, że o Muslim w kwestii styku muzyka/polityka to
    w pierwszym rzędzie trzeba napisac, bo on całą swoją karierę temu jednemu
    tematowi poświęcił.. ;-)

    --
    "My eyes or ears begin the process, my brain takes over and my hands finish it
    off. Most people don't like the results." (Muslimgauze)
  • grimsrund 07.09.06, 13:03
    Zupełnie bez związku i między innymi w celu bezsensownego podniesienia w/w
    wątku pozwolę sobie zaraportować, że wreszcie wczoraj po raz pierwszy dopadłem
    jakiś tego pana wytwór (a konkretnie album GUN ARAMAIC) i jestem nastawiony
    pozytywnie do pomysłu przesłuchania go kiedyś, być może nawet wkrótce.


  • aimarek 07.09.06, 17:07
    grimsrund napisał:

    > Zupełnie bez związku i między innymi w celu bezsensownego podniesienia w/w
    > wątku

    Spoko. Wątek wszech czasów :|

    --
    "Chwileczkę - powiedziałem. - Wbrew temu, co pani się może wydawać, ten
    pocałunek nie zostawi blizny. I niech mi pani nie mówi, że jestem sympatycznym
    człowiekiem. Wolę być draniem."

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka