Dodaj do ulubionych

Dwuglos Wyborczej o Nouvelle Vague

15.03.08, 20:08
Za:

Wojciech Orliński

Do Polski przyjeżdża Nouvelle Vague, kontrowersyjna, lecz bardzo
popularna francuska grupa zajmująca się przerabianiem nowej fali lat
80. na... bossa novę
Francuska grupa Nouvelle Vague to najwięksi bluźniercy we
współczesnej muzyce pop. Przeróbki rewolucyjnych piosenek na miłe
dźwięki są bowiem ich specjalnością. Zespół dziś występuje w
Poznaniu w Centrum Kultury "Zamek",a jutro w Warszawie w
PalladiumZnam ludzi, którzy z całkowitym spokojem przyjmują
największe nawet prowokacje sztuki współczesnej. Gdyby Jan Klata
wystawił na ich oczach w teatrze zamordowanie Zbigniewa Libery przez
Katarzynę Kozyrę, nawet nie mrugnęłaby im powieka z emocji. A jednak
tych samych ludzi w stan najwyższego wzburzenia może wprawić
zaaranżowanie punkowego rewolucyjnego hymnu "Guns Of Brixton" The
Clash na knajpianą bossa novę.
Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że przyjeżdżająca właśnie
do Polski francuska grupa Nouvelle Vague to najwięksi bluźniercy we
współczesnej muzyce pop. Podobne przeróbki są bowiem ich
specjalnością.
"Nouvelle vague" po francusku oznacza to samo, co "new wave" po
angielsku i... "bossa nova" po portugalsku - "nową falę". W kulturze
takie nazwy pojawiają się z bezradności krytyków, którzy nie
potrafią wymyślić lepszego podsumowania jakiegoś nowego zjawiska. Po
latach zaś gwarantują one ironiczny uśmiech odbiorców, bo
wszystkie "nowe fale" błyskawicznie się starzeją.
Etykietkę "nouvelle vague" zyskały francuskie filmy młodych
reżyserów, jak Jean-Luc Godard czy Claude Chabrol z przełomu lat 50.
i 60. Wtedy te filmy szokowały, dziś zaś ogląda się je jak pocieszne
ramotki.
Podobną ewolucję przeszła bossa nova - przestała się kojarzyć z
powiewem egzotycznego seksapilu związanego z filmem "Czarny Orfeusz"
(1959), w którym po raz pierwszy tę muzykę usłyszeli nasi rodzice, a
zaczęła się kojarzyć z czymś, co leci z głośników w windzie, czyli
tzw. elevator muzzak.
Podobną ewolucję przeszła jednak muzyczna nowa fala z lat 80.
Rewolucyjna lewicowość punkrockowych tekstów The Clash, gotycki mrok
The Cure czy szokujące fryzury Billy'ego Idola są dziś takim samym
banałem jak nietypowy montaż i niespokojna kamera w filmach Godarda -
dziś w stylu Godarda kręci się reklamy dżinsów, a przedszkolaki
przebierają się za punkowych buntowników, idąc na kinderbal.
To się aż prosi o czysto kabaretowy pastisz, ale Nouvelle Vague jest
od tego dalekie. To muzyczny projekt uruchomiony przez dwóch
wpływowych paryskich didżejów i producentów - Marka Collina i
Oliviera Libaux. Piosenki wykonują w nim wynajęci muzycy -
początkowo dobierani wręcz celowo pod kątem braku osłuchania i
ośpiewania w klasyce rocka, żeby sławne pierwowzory nie wpływały na
współczesną interpretację. To jednak nie dotyczy składu, w którym
zespół przyjedzie na polską trasę. Nowe wokalistki Marianne Elise i
Nadeah mają uprzednie doświadczenia w śpiewaniu rocka, nie jest im
jednak także obca tradycja klasycznej francuskiej piosenki
estradowej.
W odróżnieniu od innych przedsięwzięć tego typu w piosenkach
Nouvelle Vague nie ma kabaretowego podejścia "tak złe, że aż dobre".
Klasyki lat 80. są tu bardzo starannie zaaranżowane, zagrane i
zaśpiewane.
To właśnie jednak nadaje im oryginalny, ironiczny nawias. Kiedy
bowiem z piosenki "Too Drunk To Fuck" Dead Kennedys (narracji
młodzieńca, który z dumą opowiada, jak wypił 16 piw i zainicjował
bójkę) usuniemy przesterowane gitary i charczący wokal Jello Biafry,
a całą piosenkę perfekcyjnie zaśpiewa utalentowana wokalistka,
wychodzi nam dekonstrukcja nastoletnich wyobrażeń o męskości, przy
której nie sposób się nie uśmiechnąć - choć tak poza tym jest to
znakomicie wykonana bossa nova.
Dla tych, których bluźnierstwo Nouvelle Vague ani ziębi ani grzeje,
bo nie załapali się na nowofalowe fascynacje lat 80., ich koncert
jest okazją do posłuchania ciekawych młodych głosów nowej piosenki
francuskiej. Krytycy z bardzo różnych światów muzycznych - od organu
muzyki klubowej "DJ Magazine" aż po posthippisowski "The Rolling
Stone" - zwykle wysoko oceniają płyty tego zespołu.

Z nienawiścią odnosi się do nich tylko "New Musical Express", pismo
trzy dekady temu bardzo zaangażowane w kreowanie tego, co wtedy
nazwano nową falą. Recenzując debiutancką płytę Nouvelle Vague,
pismo przyznało jej jeden punkt w skali dziesięciopunktowej i
porównało to do "kopiowania rzeźby Michała Anioła w świńskich
odchodach".
Przypuszczam, że to drugie jednak nie wzbudziłoby aż takiego
oburzenia jak aranżowanie Joy Division na bossa novę. Choćby dlatego
warto posłuchać Nouvelle Vague, żeby w dzisiejszym zblazowanym
świecie poczuć autentyczne oburzenie w obliczu artystycznego
bluźnierstwa, jakim nasi dziadkowie unosili się w obliczu dzieł
Strawińskiego, Godarda czy Sex Pistols...

www.gazetawyborcza.pl/1,75475,5021103.html
Edytor zaawansowany
  • cze67 15.03.08, 20:10
    Przeciw:

    Roman Pawłowski

    Kiedy tydzień temu na zebraniu redakcyjnym rozmawialiśmy o zespole
    Nouvelle Vague przerabiającym postpunkowe utwory z lat 80. na
    słodkie bossa novy, zażartowałem, że następnym krokiem na drodze do
    komercjalizacji muzyki protestu powinna być przeróbka "Sunday Bloody
    Sunday" zespołu U2 na smoothjazzowy kawałek do słuchania przy
    kolacji.
    Francuska grupa Nouvelle Vague to najwięksi bluźniercy we
    współczesnej muzyce pop. Przeróbki rewolucyjnych piosenek na miłe
    dźwięki są bowiem ich specjalnością. Zespół dziś występuje w
    Poznaniu w Centrum Kultury "Zamek",a jutro w Warszawie w
    PalladiumNie minęło pół minuty, jak mój kolega Wojciech Orliński
    odtworzył z laptopa dokładnie taką wersję "Sunday Bloody Sunday" w
    wykonaniu amerykańskiego piosenkarza Richarda Cheese'a. Jeden z
    największych w historii rocka utworów przeciw przemocy, poświęcony
    ofiarom wojny domowej w Irlandii Północnej zmienił się w lekką,
    latynoską muzykę taneczną z wokalistą pokrzykującym do rytmu "Let's
    Mambo!".
    Nie mam nic przeciwko cytowaniu i przerabianiu istniejących utworów
    artystycznych. Przeciwnie, uważam, że dobrym prawem artysty jest
    podjęcie dialogu z innym artystą i jego dziełem. Na tym opiera się
    wolność w kulturze. Cały współczesny teatr polega na reinterpretacji
    dawnych utworów i umieszczaniu ich w nowym, współczesnym kontekście.
    Tylko że reżyserzy, tacy jak Krzysztof Warlikowski czy Jan Klata,
    wzbogacają dawne utwory o nowe znaczenia, podczas gdy amerykański
    showman redukuje polityczny przekaz utworu U2. To tak, jakby obraz
    Picassa "Guernica" inspirowany tragedią baskijskiego miasta
    zniszczonego podczas niemieckich nalotów w 1937 roku przerobić na
    gustowny dywan w Ikei. Chcielibyście mieć coś takiego w living
    roomie? Ja nie.
    To, co robi Cheese, jest częścią szerszego zjawiska, które polega na
    przerabianiu wybitnych dzieł na lekkostrawne, uproszczone wersje dla
    mniej wymagających odbiorców. Chopin przerabiany na muzykę do windy
    czy plakaty z Klimtem w milionach kuchni i łazienek to kultura dla
    ludzi, którzy z galerii odwiedzają tylko Galerię Mokotów, a z
    festiwali znają jedynie Festiwal Pierogów.
    Zwolennicy takiej twórczości twierdzą, że przyczynia się do
    upowszechnienia sztuki, która w oryginalnym kształcie byłaby zbyt
    trudna dla mniej wyrobionego odbiorcy. Zaniżanie poziomu nie
    przynosi jednak nic dobrego ani prawdziwej sztuce, ani kulturze
    popularnej, traci jedna i druga. W istocie chodzi bowiem nie o
    popularyzację, ale o chłodną kalkulację: łatwiej jest sprzedać miłe
    dla ucha covery znanych utworów, niż stworzyć oryginalne kompozycje.
    Show-biznes ukuł nawet specjalny termin na tego rodzaju twórczość -
    easy listening, łatwe do słuchania. I rzeczywiście, nie przypadkiem
    postpunkowe piosenki w aranżacjach Nouvelle Vague robią karierę jako
    podkład do reklam telewizyjnych m.in. telefonów komórkowych i
    środków na katar. Ich wartość artystyczna jest równa wartości
    miniatury "Dla Elizy" Beethovena, masowo przerabianej na dzwonek do
    telefonów komórkowych.
    Upraszczanie oznacza kastrowanie. Jednym z hitów Nouvelle Vague jest
    piosenka Joy Division "Love Will Tear Us Apart" śpiewana oczywiście
    jako słodka bossa nova. Tymczasem był to ostatni utwór napisany
    przez lidera zespołu Iana Curtisa na miesiąc przed samobójczą
    śmiercią i trudno go interpretować jako piosenkę o miłości. Inny
    przebój - "The Guns of Brixton" zespołu The Clash - to w oryginale
    protest przeciw przemocy i przestępczości. Tymczasem w wykonaniu
    francuskiej grupy to nastrojowa ballada, w której wokalistka
    erotycznym głosem śpiewa: "Kiedy kopną w twe drzwi, jak zamierzasz
    wyjść, z rękami na głowie czy na spuście broni?". Gdyby Piotr Rubik
    zaaranżował "Obławę" Jacka Kaczmarskiego, efekt byłby nie mniej
    groteskowy.
    Kastrowanie sensów dotyka nie tylko muzykę. Kilka tygodni temu
    widziałem w centrum Warszawy plakat reklamujący wyprzedaż w sklepie,
    na którym wykorzystano przetworzony "Krzyk" Edwarda Muncha.
    Charakterystyczny motyw twarzy objętej rękoma, z szeroko otwartymi
    ustami i przerażonymi oczami miał zachęcić klientów do nabywania
    sprzętu sportowego po cenach obniżonych nawet do 70 procent.
    Gdyby chodziło o mnie, nie kupiłbym niczego: "Krzyk" Muncha to jeden
    z najbardziej przerażających wizerunków, jakie stworzyła sztuka.
    Przedstawia w symboliczny sposób strach i samotność: od grupy
    mężczyzn, spacerujących po nadmorskiej drodze odłączył człowiek,
    który zwraca do nas twarz wykrzywioną w przeraźliwym grymasie. W tle
    widać zachodzące nad morzem czerwone słońce i niebo, które
    przypomina smugi zakrzepłej krwi. Jest tak, jakby na chwilę spadła
    zasłona odgradzająca nas od rzeczywistości i świat pokazał swoją
    prawdziwą, okrutną naturę. Po czymś takim nie można po prostu iść na
    zakupy.
    Autentyczna sztuka uwrażliwia na cierpienie, jej erzac przeciwnie:
    łagodzi i uodparnia na ból. Miał rację The Edge, kiedy w "Sunday
    Bloody Sunday" pisał o obojętności masowej kultury na tragedię: "To
    prawda, jesteśmy odporni / gdy fakt staje się fikcją a telewizja
    rzeczywistością / miliony, które dziś płaczą, jutro umrą / kiedy
    będziemy jeść i pić". Nie przewidział tylko, że i te słowa zostaną
    przerobione na skoczną muzyczkę do słuchania podczas joggingu.

    www.gazetawyborcza.pl/1,75475,5021101.html
  • braineater 15.03.08, 20:40
    Właśnie wczoraj zlewałem z Carem via komunikator z tych tekstów, bo takiego bełkotu na temat muzy, to nie było na tym portalu od dawna. Jakis kurwa podtatusiały emeryt poczuł się dotknięty, że z kawałków na śmierć zajechanych w radiach i telewizjach ktoś się ośmielił zrobić cąłkiem fajną muzę, kompletnie olewając 'autentyczny' kontekst. Nic mnie od dawna tak nie rozbawiło, jak wkurw tego pajaca.

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • sss9 15.03.08, 20:53
    czy dobrze rozumiem, że emitowane przez stacje radiowe z zabójczą intensywnością
    kolejne, coraz słodsze i głupsze covery zajechanych na śmierć kawałków sprzed
    lat, są miodem na wasze uszy i powodują trzęsienie szynkami i nerwowe przytupywanie?
    moim zdaniem albo podtatusiały, albo emeryt, ale i ten i ten raczej nie wpadł we
    wkurw, tylko z pogardą traktuje taką tendencję do tandetnego jechania na cudzym,
    przy coraz większych ochach i achach zidiociałej gawiedzi.
    jeśli komuś autentyzm i oryginalność w muzyce przeszkadza, to sorry, ale w takim
    razie też mam wkurw. :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • braineater 15.03.08, 21:37
    No daj spokój, bo za chwilę wjedziesz na etap pisania o świętościach, wiekopomnych hymnach pokoleniowych i tym podobnych gównach dla szukających ideologii po 9,99 pln w koszach z przeceną w Media Markt. Akurat NV ma zajaebisty pomysł na covery (czasem gorzej z wykonaniem, fakt) i bardzo dobrze, że odświezyła truchła typu Guns form Brixton, o których pamiętaja jedynie ledwie żywi punkowcy. Nie ma czegoś takiego 'jak obowiązujące wykonanie' danej piosenki, a to, że ktoś ja pierwszy raz zagrał, tak a nie inaczej, kompletnie nie ma znaczenia. Gdyby to zagrali tak jak w wersji pierwotnej, to mógłbys sobie wymachiwać sztandarami żerowania i zadowalania tanich gustów, tyle, że oni te piosenki wymyślają cąłkiem na nowo. W kilku przypadkach, lepiej niż orginalsi.
    (nie to, że jestem fanem NV, bo w sumie ani mnie gziębi ani zieje, ale no kurwać, oburzać się, bo ktoś z punkowego hymnu miał ochotę zrobić przyjemną piosnkę na koktajl party? to już trzeba mieć zdrowo zjebane pod sufitem i wierzyć w ideały.)
    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • sss9 15.03.08, 21:53
    rzecz nie w tym czy wolno czy nie robić covery w ogóle, ale o to z czego i jak
    się je robi. facet pisze nie tylko o muzyce, ale przede wszystkim o ważnych
    treściach w tekstach i o całym problemie z "rafinacją" kultury. i tu ma rację.
    mam płytę Towering Inferno - Kaddish, z której jak dotąd chyba nikt jeszcze nie
    wyjął niczego do "postępowej aktualizacji komercyjnej", ale kto wie...
    rozumiesz co mam na myśli?

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • braineater 15.03.08, 22:31
    Nie rozumiem, bo wcale nie uważam tego, co robi NV za jakiś zamach na treści. Love Will Tear us apart, nie staje się w ich wykoaniu mniej dołujące, Too drunk too fuck nadal jest opowieścią o pojebie itd. Ok, zaraz mi pewnie powiesz, ze laski w białych kozaczkach, które jutro będa otaczać Carmodyego na ich koncercie nic z tych treści nie kumają, tylko z drugiej strony zastanów się, czy gdyby nie takie podejścia, to miałyby kiedykolwiek szanse usłyszeć Strzelby z Brixton? Bo mi się zda, że nie.

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • mameluch 15.03.08, 22:39
    EsEsEs, a gdyby w tej konwencji zostały nagrane pierwotnie, wtedy nie
    osłabiałoby to ich przekazu?
    ja tam jak Brejn myślę, więc nie będę tego w głupsze słowa ubierać:)
    --
    my music is where i'd like you to touch
  • sss9 15.03.08, 23:07
    mameluch napisał:

    > EsEsEs, a gdyby w tej konwencji zostały nagrane pierwotnie, wtedy nie
    > osłabiałoby to ich przekazu?

    :D gdyby The Clash, J.D, czy którykolwiek z coverowanych przez NV bądź innych
    macherów grał w tej stylistyce... dowiedziałby się o nich świat?

    > ja tam jak Brejn myślę, więc nie będę tego w głupsze słowa ubierać:)

    grunt, to właściwa ocena sytuacji i własnych możliwości. szanuję. :)


    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • mameluch 15.03.08, 23:25
    więc te zespoły stały się znane, szanowane i 'usłyszał o nich świat' dzięki
    temu, że idealnie zgrały teksty z muzyką (dodajmy jeszcze wizerunek sceniczny
    jeśli chcesz), a wszelkie odstępstwa od tego co stworzyły rujnują przekaz?

    --
    my music is where i'd like you to touch
  • sss9 15.03.08, 23:32
    przede wszystkim nie grały bossa novy, o ile to dla ciebie ma jakiekolwiek
    znaczenie. no bo pomyśl - gdyby uprawiały ten właśnie gatunek, w jakim stylu
    dziś N.V. robiłby ich covery?
    w new romantic, punk rock, a może reggae? albo heavy metal? nie, nie byłoby N.V. :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • mameluch 15.03.08, 23:42
    nie, dla mnie nie ma to znaczenia. lubię kiedy próbuje się połączyć rzeczy z
    pozoru gryzące się i kiedy to wychodzi. i nie chodzi konkretnie o bossa novę i
    NV, inne podobne twory też akceptuję.

    co więcej, podoba mi się na przykład Girl Talk:P

    --
    my music is where i'd like you to touch
  • sss9 15.03.08, 23:00
    to żaden argument, bo o ile te panny w ogóle będą słuchać, to i tak nie usłyszą.
    i pies je trącał, bo to i tak tekst nie do nich, nawet gdyby go studiowały
    podczas wielogodzinnego nakładania tipsów nie wywoła refleksji. i cały ten trynd
    nie po to by kogoś zainteresować oryginałem, bo często oprócz tekstu nie ma z
    nim wiele wspólnego, ale po to by się zabawić. no i bawią się - coverowcy, bo im
    konta puchną i konsumenci, bo im nóżki fikają.
    podobnie jest z wieloma innymi kawałkami, które tylko z powodu nośnej melodii,
    chwytliwego refrenu czy dobrego bitu masakrowane są przez dzisiejsze gwiazdy
    jednego coveru i bezmyślnie pochłaniane przez miliony sformatowanych przez
    komercyjne radiostacje słuchaczy.
    jest jeszcze coś - ci konsumenci nawet nie wiedzą, że słuchają coveru i wiedzieć
    nie chcą, bo jeśli im to uświadomić - czują się niekomfortowo.
    no i jeszcze te mody... skąd nagle tylu fanów kiepskiej bossa novy i jej
    popłuczyn? skąd ten tętent setek "artystów" i wydawnictw z przerabianiem
    wszystkiego na bossę? kiedy jakiś radiowy redaktor wylansuje wreszcie zespół
    coverujący wspaniałe produkcje Tercetu Egzotycznego?
    oczywiście fanów tego ostatniego także szanuję. :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • carmody 16.03.08, 04:53
    Oi! Jestem potwornie zmęczony po wczorajszym już koncercie NV. O samy koncercie
    chętnie napiszę jutro (dziś), jeżeli tylko komuś będzie się chciało o tym
    przeczytać... a działo się hu hu...

    Do tematu:
    Potwornie popieprzeni są ci dziennikarze.
    Z cały szacunkiem sss9, ale cholera - <dong!> jak potłuczony, gorzej nawet od
    nich...
    Po pierwsze to jest zespół dla zabawy, do są kowery dla frajdy ich słuchania. To
    są piosenki skierowane do ludzi, którzy maja poczucie humoru, są otwarci na
    muzykę oraz znają oryginały. Wtedy jest pełnia fanu.
    i co z tego jeżeli, ktoś oryginału nie zna i nie dostał wjebu od psów w Brixton?
    Kogo to kuwa obchodzi? Tego kogoś? Ciebie? tego kogoś kto po prostu słyszy fajny
    numer i se pokiwa główką? Że co, mamy zakazywać nucenia "Karma Police" w kolejce
    do superkmarketu po tym jak jakiś cwaniak wrzuci to na sklepową playlistę? No ja
    Cię proszę... A myślisz, że bandy dzieciaków, co zasłuchują się dziś w Joy
    Division zasługują na ten przywilej? Bo mi się wydaje, że byś im tego zakazał,
    bo przecież baunsują sobie w Jadło, czy gdzietam i ich wzruszenia na parkiecie
    przy "Love Will Tear Us Apart" są tanie, nie podbudowane przecież cierpieniem
    prawdziwym!

    Powtarzając się (lubię sie powtarzać) - NV, czy Senor Coconut, czy Richard
    Cheese, to jest inteligentna zabawa ze świadomym słuchaczem. A jak słuchacz nie
    jest świadomy to jest przyjemna piosenka. Wcale kurna nie uwłaczająca, bo jak
    pisał Brain - chujatam bikejki by w życiu usłyszały "God Save The Queen" jakby
    im panie z NV tego nie zaśpiewały (niestety białych kozaczków prawie nie było na
    koncercie. i w ogóle jakieś fancy towarzystwo strasznie... no może oprócz mojego
    znajomego pankowca, co na legalu buczał, bo mu się nie podobało i żaden typon mu
    się wjebać nie odważył za to, a powinien w sumie ktoś).
    Wracając (wracać też lubię) - nie usłyszały by bijeki nigdy. A jak usłyszały to
    nie czają, że to kiedyś Sex Piostols śpiewali i kim oni byli itd. Ale jakby nie
    usłyszały to też by nie czaiły. Gdzie tu krzywda? Po co ten nerw?
    Ideały to są dobre jak się pije tanie wina na garażach w małych miasteczkach. W
    kulturze nie istnieją od stu tysięcy lat.

    Dla nerwusów i idealistów: do obczajki, zastawnowienia się i zbadania swojego
    poczucia humoru:
    Hayseed Dixie, Boss Hoss, Richard Cheese, NV oczywiście, Senor Coconut, i
    koniecznie "Haikus de pianos" Pascala Comelade.


    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • braineater 16.03.08, 10:22
    Drei S Nine <dżi, w takim zapisie brzmi to jak nazwa statku Klingonów, a nie nick porzadnego chopa:> po kolei:

    1) Nie wiem, czy jest jakiś numer coverowany częściej, niz Girl from Ipanema - było nie było bossa, którą sam chyba słyszałem w tysiącu wykonań, od klasycznego jobimowskiego, po jakieś czysto punkowe czy elektro odjazdy. Tak, z bossy też można zrobić rewolucyjną muzykę, posłuchaj niektórych kawałków z Miasta Boga, albo płyt, które Diplo nagrywa po brazylijskich favelach, gdzie 12 letni goście ze slamsów, składają rymy do podkładów z klasycznych boss - znowu głównie Jobima.
    Z rodimych rzeczy, to możesz sobie np sprawdzić, jak bossy hulają na płytach Miliana, gdzie z lekkich zwiewnych temacików, robi się najzwyklejsze party killery i to w wersji perfekcyjnej (30 lat temu, dziś odkrywane powoli na nowo)

    2) Nie widzę jakiegoś szerokiego tryndu na renesans bossy - to był zawsze gatunek, który istniał na obrzeżu, tak jak tango czy generalnie wielkie latynoskie gatunki, od samby po capoeirowych bębniarzy. Z tym, że ja słabo mam z telewizją i radiem, więc spoko, może masz rację, może pojawiła się nagle setka kapel, grających w tym tryndzie, a blachary gremialnie przeżuciły się Stachursky'ego na słuchanie neo-bossy.

    3) Bossa NV, co by o niej nie mówić, nie jest słabą bossą. Słabe bossy lata temu robiła Hania Banaszak (nie to, że wszystkie, bo jednak pare genialnych kawałków nagrała). Jeśli traktujemy Antonio Carlosa Jobima jako wzorzec, to to co robi NV, jest w miarę naturalnym, racjonalnym rozwinięciem tego, co ACJ robił. I teraz jest tak - gdyby nie sięgnęli po te stare kawałki, to byliby kolejną niszową kapelą o której słyszałyby 3 osoby na +, a tak udało się wzbudzić szersze zainteresowanie. I ja tu widzę 2+ - po pierwsze pokazanie że bossa żyje, ma się dobrze i nie jest tylko produktem na dancingi u Michalika, po drugie - udąło się przywrócić w szeroki obieg, kawałki, które były juz lekko zapomniane - nie mówię o LWTA Dywizjonów, ale choćby o Clash, Dead Kennedys czy Billym Idolu. Po trzecie zaś, choćby w przypadku Dancing with Myself, udało się z wieśniacko-burackiego oryginału zrobić numer, który po pierwsze coś znaczy (niekoniecznie to, co chciał Idol), a po drugie jest dużo ciekawszy muzycznie, dużo lepiej pomyślany.

    4)Z Tercetu też dałoby się spokojnie wykrzesać mnóstwo primasort materiału. Ale musiałby te piosenki śpiewać kto inny, w zupełnie innych aranżach. I tu masz jakby najważniejszy argument za coverowaniem na skalę masową. Jest mnóstwo zajebistych numerów, których czas przydatności do spożycia już minął. Są zagrane wedle gustów i przyzwyczajeń publiki sprzed 40/30/20 lat i dziś robią wrażenie strasznej ramoty, niesłuchalnej i obciachowej (znów bym musiał wrócić do tego Billy Idola). Ale wystarczy nad nimi pomyśleć, zrobić je po swojemu i okazuje się, że jesli coś w jednym wykonaniu było wielkie, ale się zleżało, to może być wielkie i w kolejnym, byle nie powtarzać oryginału . w . Przykłądy - (opuszcając na chwilę takie zjawiska jak Cheese, Senor czy Boss Hoss) - Susanna i jej wersje klasyków, gdzie na przykład z czegoś tak na smierć zajechanego, jak Cohen i Halleluiah udaje jej się zrobić piosenkę, która wyrywa kręgosłup - wydobywa z niej takie sensy i emocje, o których twórca nawet nie pomyślał (to samo robi w przypadku Love Will tear, z tym, że tu mamy do czynienia z przypadkiem o którym mówię od poczatku - jesli coś jest zajebiste samo z siebie, to żaden cover nie jest w stanie tego zmienić). Inny przykład - 7 Nation Army White Stripesów w wersji na jazzowych wymiataczy i i genialną wokalistke czyli Nostalgia 77 z Alicją. Kurde, przecież oryginał uwielbiam, ale w życiu bym nie potrafił zdecydować, która wersja lepsza. Obie do mnie trafiają, każda mi masuje inną strefe erogenną. I tak jest też z NV - lubię większość oryginalnych wykonań tych kawałków, które coverowali, częśc nawet mam za wielkie (no dobra jedno - DK i Too drunk too fuck, bo to mój hymn osobisty), ale wersje NV też dają mi wiele radochy - na zupełnie innym poziomie, niż picie wutki i słuchanie oryginalnego JDivision w celu pokazania swojej dołerskiej strony pannom ubierającym się na czarno...

    Podsumowując - dałby buk, żeby każda kapela z takim szacunkiem i pomysłami podchodziła do klasycznych wykonań słynnych kawałków. Serio nie mielibyśmy się o co spierać wtedy.

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • cze67 16.03.08, 12:06
    Kiedyś oburzałem się pmiętam na kower Talk Talk w wykonaniu Gweni
    Steni, czy na jakąś przeróbkę hip-opową bodajże Beatlesów. Od tego
    czasu minęło trochę czasu:-) I w tej chwili wyznaję taką mniej
    więcej zasadę - rób tak, żeby było dobrze, przede wszystkim - po
    swojemu. Niech to brzmi jak twój kawałek, twoja kompozycja, twój
    pomysł. Im dalej od oryginału tym lepiej. Mam sto milionów coverów
    Beatlesów w swoich zasobach i najbardziej lubię te, które oryginałów
    nie przypominają. To raz. Dwa, pan Pawłowski w swoim oburzeniu ma,
    wedle mnie, w jednym rację. Chodzi o użytkowe wykorzystywanie
    sztuki, na przykładzie Muncha i wyprzedaży. Tu moje poczucie
    estetyki się burzy jeżeli coś jest wykorzystane bezmyślnie, bez
    pomysłu. Jeśli jest to jednak nowe, osobiste odczytanie danego
    dzieła, nawet pastisz, ale ciekawy - jak najbardziej. Jest taki
    rysunek (tylko nie pamiętam czyj, Witkacy?) Bitwa pod Grunwaldem -
    nad bazgrołami krzyżacki sztandar. Genialne.
  • maff1 17.03.08, 11:24
    to ja tylko sie zapytam czy ze słuchania muzyki nalezy robić
    nabożeństwo?
    fakt ze zderzenie Sunday Bloody Sunday w wykonaniu Cheese z obrazem
    spiewającego i kroczącego po scenie Bono z flagą w dłoniach jest
    szokujące.
    Ale dobry cover zawsze obroni sie.

    --
    z góry dziękuję, a dowody wdzięczności zostawiam na parapecie :-)
  • sss9 17.03.08, 17:25
    1. to tylko dowód na to jak popularny był ten utwór zanim zaczęto go coverować,
    a nie argument, że to mnogość kolejnych wykonań go wylansowała.
    jedni ciągną ten gatunek lepiej, inni gorzej, ale jak dotąd żadna płyta mnie tak
    nie rozwaliła jak stare Q.J.B.B, że o Jobimie, Gilberto(s), Getzu czy Byrdzie nie ma
    co w ogóle wspominać, bo to trupy, a przecież N.V. robią tę muzykę nowocześniej,
    pchają gatunek "do przodka" i lepiej na nim żerują, bo dla nich to tylko
    narzędzie do takiego własnego karaoke w stylu bossa novy.
    milianada w swoim czasie była obciachem, takim samym jak inne polskie niby bossy
    i samby, które wymieniasz i właśnie tandetne dancingi były ich przeznaczeniem i
    ciepłą przystanią. Milian - dziś wykorzystywany w samplingu, reszta dla jaj
    rasowana bitami załapuje się na dyskotekowe składaki dla tęskniących za PRLem -
    nikt tego na serio nie słucha. i nic w tym dziwnego - czysto użytkowa muzyczka i
    co z tego, że tandetna, prawda?

    2. jak to nie widzisz tryndu? te niezliczone składanki z bossami, to tylko dla
    jakiejś niszowej klienteli? a N.V. to underground dający koncerty po piwnicach?
    nie, oni przyjechali tu w glorii epokowego wydarzenia, pionierów, którzy
    wskrzesili za jednym razem umarły gatunek i zarżnięte stare hiciory. ku uciesze
    zblazowanego towarzystwa z modnych klubów i dyskotek i całej reszty goniących za
    trendami. gdzie grał N.V., w klubie jazzowym czy w dyskotece? :)

    3. nie wiem jakim cudem N.V. coś rozwija skoro dotąd twierdzisz, że para się
    gmeraniem w truchle tym bardziej, że przecież jest jedynie kolejnym coverbandem
    (co z tego, że wykonującym w innym gatunku niż oryginały). ale po chwili piszesz
    już, że jednak bossa ma się świetnie i to właśnie dzięki N.V! przyznaję - nie
    czaję, ale bardziej mnie dziwi twoja pogarda dla dancingów, jam michalikowych,
    itp - przecież kiedyś grano tam właśnie ówczesne "nove wagi" z tą różnicą, że może
    nie jako covery z innej beczki.
    N.V. jako że grają easy listening bossa novę, to ich przeznaczeniem podobnie
    jak kiedyś Hani B, jest współczesna Jama Michalikowa. dziś nazywa się Palladium,
    klienci inaczej ubrani i młodsi,
    ale sens ma ten sam.

    4. ja się wcale na covery nie odlewam. odlewam się na kiepskie, jak ten
    wspomniany Talk Talk czy chodzący po radiach In the Air Tonight z paszczowym
    "trz, trz, trz..." zamiast bębnów. podobnie jak cze, czy inni koledzy lubię być
    zaskakiwany innym podejściem. ale... akurat mówicie koledzy o sytuacji, kiedy
    świetnie znacie oryginał, a im większa dekonstrukcja - tym bardziej wam/nam się
    podoba.
    tylko, że bossa novy N.V. chyba nie są kierowane do fanów coverowanych kapel?
    ale jeśli tak, to przy tym rozrzucie isilisningowanych artystów przy
    jednoczesnym trzymaniu się nostalgii za muzyką lat '80, to już jest
    czysty marketing. Bo nie uwierzę, że fan J.D. nagle zakochuje się w N.V. za ich
    wersję L.W.T.A. :)
    i o tym właśnie mówię. Camrody się spiął strasznie, że to niby nie sztuka, a
    tylko i jedynie rozryweczka i jak ktoś to próbuje ocenić i jeszcze jest
    krytyczny, to musi być durny kiep. no dobrze, ale czy konfekcji już nie wolno
    poddawać
    krytyce? ustawiamy się w wygodnej i z założenia kretyńskiej pozie: a teraz
    robimy fun i niech nikt się nie krzywi, bo ma być k... wesoło i ch..! zupełnie
    jak w Sylwestra. :)

    może mnie już po prostu znudziła bossa nova, a może to wstręt do wyczuwanemu
    przeze mnie w przypadku N.V. wyrachowaniu.

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • carmody 17.03.08, 17:44
    sss9 napisał:

    >> 4. ja się wcale na covery nie odlewam. odlewam się na kiepskie,
    jak ten
    > wspomniany Talk Talk czy chodzący po radiach In the Air Tonight z
    paszczowym
    > "trz, trz, trz..." zamiast bębnów. podobnie jak cze, czy inni
    koledzy lubię być
    > zaskakiwany innym podejściem. ale... akurat mówicie koledzy o
    sytuacji, kiedy
    > świetnie znacie oryginał, a im większa dekonstrukcja - tym
    bardziej wam/nam się
    > podoba.
    > tylko, że bossa novy N.V. chyba nie są kierowane do fanów
    coverowanych kapel?
    > ale jeśli tak, to przy tym rozrzucie isilisningowanych artystów
    przy
    > jednoczesnym trzymaniu się nostalgii za muzyką lat '80, to już jest
    > czysty marketing. Bo nie uwierzę, że fan J.D. nagle zakochuje się
    w N.V. za ic
    > h
    > wersję L.W.T.A. :)
    > i o tym właśnie mówię. Camrody się spiął strasznie, że to niby nie
    sztuka, a
    > tylko i jedynie rozryweczka i jak ktoś to próbuje ocenić i jeszcze
    jest
    > krytyczny, to musi być durny kiep. no dobrze, ale czy konfekcji
    już nie wolno
    > poddawać
    > krytyce? ustawiamy się w wygodnej i z założenia kretyńskiej pozie:
    a teraz
    > robimy fun i niech nikt się nie krzywi, bo ma być k... wesoło i
    ch..! zupełnie
    > jak w Sylwestra. :)

    oi! żeś mi ładnie wytknął:)
    ale spiąć się czasem dobrze, nawet o 5 nad ranem, a może właśnie
    wtedy najlepiej.
    Gdzieś tam wyżej zgubiłem sens, klu, czy cotam. Bo przecież panowie
    dziennikarze nie o jakości bossy NV pisali, tylko o zamachu na
    treści poprzez podanie ich w takim, a nie innym wykonaniu.
    I to jest głupie potwornie. O tym wyżej ładne głosy.
    Konfekcję krytykować jak najbardziej. Ale chyba nie za to, że śmie
    grać pankowe hymny w słodkim aranżu, nie za brak szacunku. Szit, jak
    krytykujemy NV za kower Sex Piostolsów, który jakimś kanonem (buntu,
    ale kanonem jednak) jest, jeżeli uważamy go za świętość, to co
    z "Good Save The Queen"? Sami Pistolsi plwali na świętości. A tam
    izi listening - myślę, że dzieciarnia podjarana na maksa Joy
    Division, albo fani Depeche Mode nie uznają Nouvelle Vague za izi
    dla nich - bo są do takich dźwięków nieprzyzwyczajone duszyczki.
    Dobra, beukotu logika dziś rządzi moją głową, więc kończę. Już się
    sporo rzekło przeca.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • sss9 17.03.08, 18:52
    carmody napisał:

    > Gdzieś tam wyżej zgubiłem sens, klu, czy cotam. Bo przecież panowie
    > dziennikarze nie o jakości bossy NV pisali, tylko o zamachu na
    > treści poprzez podanie ich w takim, a nie innym wykonaniu.
    > I to jest głupie potwornie. O tym wyżej ładne głosy.
    > Konfekcję krytykować jak najbardziej. Ale chyba nie za to, że śmie
    > grać pankowe hymny w słodkim aranżu, nie za brak szacunku. Szit, jak
    > krytykujemy NV za kower Sex Piostolsów, który jakimś kanonem (buntu,
    > ale kanonem jednak) jest, jeżeli uważamy go za świętość, to co
    > z "Good Save The Queen"? Sami Pistolsi plwali na świętości. A tam
    > izi listening - myślę, że dzieciarnia podjarana na maksa Joy
    > Division, albo fani Depeche Mode nie uznają Nouvelle Vague za izi
    > dla nich - bo są do takich dźwięków nieprzyzwyczajone duszyczki.
    > Dobra, beukotu logika dziś rządzi moją głową, więc kończę. Już się
    > sporo rzekło przeca.

    no, niezupełnie - jeden z nich napisał, że jeśli w jakimś sensie rewolucyjny,
    czy interwencyjny tekst podany jest w takt frywolnej i niezobowiązującej
    muzyczki do szejkowania assami, to się jakoś dziwnie robi. a kiedy do
    powłóczystej balladki mam słuchać obrazoburczego tekstu gdzie jest dziki szał,
    bunt i rebelia, to mdli mnie bądź rozśmiesza, ale nie wzburza in plus. zupełnie
    jak wtedy, gdy mnie radio katowało Edytą B.
    dobór kowerowanych przez N.V. tematów zdradza ich koniunkturalizm, bo o ile jak
    zauważasz młodziki zakochane w dźwiękach ojców tego nie łykną, to panowie i
    panie w wieku khm, khm... powiedzmy około średnim już tak.
    oooj, a koniunkturalizmu, to takie misie jak ja, nie lubieją. oj, nie.
    :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • nienietoperz 19.03.08, 00:30
    Trochę się z Pawłowskiego śmiejecie słusznie, trochę nie.

    Popełniacie tę samą pomyłkę co on, wrzucając do jednego pudła NV i
    kolegę Sera. Cheese jest absolutnie samoświadomy, nie sądzę, żeby
    liczył na zdobycie jakiegokolwiek klienta na prozaiczne słuchanie
    miłych melodyjek; nie nazwał by się wtedy tak, jak to uczynił.

    Różnica dla mnie jest taka, jak między gościem piszącym parodię
    klasyki literackiej, a gościem piszącym streszczenia i tłumaczącym
    publice, że przynajmniej gawiedź się dowie o czym jest ten Ulisses.
    Żadna działalność nie budzi we mnie żądzy zakazu, ale widzę
    obiektywną różnicę.

    Argument Braineatera o tym, że tak przynajmniej to ktoś się dowie o
    Dead Kennedys czy The Clash jest niestety dramatycznie naiwny.

    Z ukłonami,
    NN






    --
    Though this be madness, yet there is method in 't.
  • sss9 19.03.08, 16:12
    nienietoperz napisał:

    > Argument Braineatera o tym, że tak przynajmniej to ktoś się dowie o
    > Dead Kennedys czy The Clash jest niestety dramatycznie naiwny.

    to zagadkowe zwłaszcza kiedy jednocześnie myśli o ich hitach jak o zajechanych
    na śmierć chabetach. to po co w ogóle tyle zachodu?

    w ogóle obrona N.V. to jak delektowanie się pękatą kanapką z napojem w
    papierowym kubku i jednoczesne chwalenie kucharza za kunszt i "nowe spojrzenie"
    na filozofię żywienia, siedząc w Mc Donald's. :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • grimsrund 17.03.08, 16:01
    W sumie zawsze miło patrzeć jak staliniści i trockiści rzucają się
    sobie do gardeł :)
  • cze67 17.03.08, 16:27
    Właśnie. Bo nie wiem czy się obrażać.
  • grimsrund 17.03.08, 17:04
    O redaktórach, o redaktórach, spoko.

    Tym razem ;)
  • carmody 17.03.08, 16:34
    ultra krótko, bo i tak nikt nie przeczyta:
    tłok okrutny. Wymarzone miejsce na taki koncert to mały zadymiony
    klub. Niestety nawet w beznadziejnym Palladium ludzie ledwo się
    mieścili. Niektórzy nie weszli nawet na salę i stali pod drzwiami...

    Eksplozja seksapilu. Jestem zakochany:
    muzyka.wp.pl/id,58779,size,2,galeria.html
    muzyka.wp.pl/id,58777,size,2,galeria.html
    "Hello, my little Polish darlings..."

    Jedna pani śpiewała ładnie i grzecznie prosiła o first fuck in
    Warsaw (ryk "Fuuuuuuck!" ze strony publiki). Druga śpiewała mniej,
    ale była ładniejsza, wiła się na scenie, zadzierała kieckę i
    sprawiła, że przysłowiowe doznanawanie z łatwością mogło zmienić się
    w doznawanie faktyczne... cholerne konwenanse;)
    Ubawiłem się, że łoho.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • tysia2 17.03.08, 23:27
    A średnia wieku jaka była?
  • carmody 18.03.08, 11:33
    eeee, nie wiem... nie przyglądałem się ludziom.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • maff1 18.03.08, 21:26
    a tak na marginesie - Richard Cheese jest reewelacyjny.
    Ma genialną sekcję która wie czym jest feeling, i rewelacyjnie
    swinguje. A sam Richard Cheese niczego nie spiewa na siłe.
    robi to lekko i z wdziekiem. Godnym mistrza.
    Sądze ze miał do wyboru - albo spiewac standardy znane od czasów
    glenna milera, lub spiewac to co wsółcześnie jest nagrywane. wybrał
    to drugie, bo piosenki ery big-bandów sa już na tak wiele sposobów
    zaspiewane, i zinterpretowane ze niczego nowego tu sie nie wymysli.
    Nooo, a przerobić na swing takie rockowe piosenki jak Stairway To
    Heaven, czy another brick in the wall, (i wiele innych utworów z
    repertuaru nirvany, motley Crue, Korn, Radiohead) no to trzeba być
    mistrzem.
    Ale naturalnie w tym co robi jest jedno ALE. Nie każdy lubi
    orkiestry taneczne z ery swingu.
    --
    z góry dziękuję, a dowody wdzięczności zostawiam na parapecie :-)
  • pagaj_75 18.03.08, 21:45
    fszystko prawda, ale Rychu Ser to jest przede wszystkim specyficzny
    kabaret, czystej wody szydera. facet kpi sobie z mesjanizmu
    rockmanów czy też wynoszenia pod niebiosa wszelkich hymnów
    (pokoleniowych, buntowniczych, politycznych, itepe itede). i jeśli
    mesje Pawłowski tego nie spostrzegł, to oznacza przynajmnie dwie
    rzeczy:
    a) dupa z niego, nie redachtor
    b) żart w pewnym sensie przerósł autora, bo tacy kolesie jak pan
    Roman dopisują do całej historii kolejny, przezabawny rozdział

    --
    Jazz is not dead. It just smells funny. (Frank Zappa)
  • sss9 18.03.08, 22:16
    no proszę jak różnie można usłyszeć to samo - jeden serio się zachwycił
    wspaniałymi przeróbkami, a drugi usłyszał w nich zlew z rockowego kanonu... :)
    mnie się dotąd wydawało, że raczej parodiuje i kpi się z gatunków czy samych
    artystów, ale widać pan Ser nie natrząsa się ze swingu (ten traktuje śmiertelnie
    serio) tylko z "hymnów"... dobre, dobre... :)


    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • pagaj_75 18.03.08, 23:59
    sss9 napisał:

    > mnie się dotąd wydawało, że raczej parodiuje i kpi się z gatunków
    > czy samych artystów, ale widać pan Ser nie natrząsa się ze swingu
    > (ten traktuje śmiertelnie serio) tylko z "hymnów"

    czy ja gdzieś napisałem, że swing traktuje poważnie? LOL.
    Ser jest niewątpliwie produktem owej mody przerabiania wszystkiego
    na wszystko, i ją również poniekąd zlewa. jak sam bodajże kiedyś
    powiedział, bierze rockowe "standardy" i przerabia je na gówno.
    a jakie ma przy tym mniemanie o swingu - bij zabij, nie wiem.

    --
    Jazz is not dead. It just smells funny. (Frank Zappa)
  • maff1 19.03.08, 09:44
    sorry, ale nie rozumiem.
    Ze śmiertelną powagą i nabożeństwem ja traktuję tylko hymn narodowy.
    I jakoś nie potrafię zrozumieć tego lamentu ze ktoś dobrze przerabia
    współczesne kawałki, na dobry klasyczny swing.
    Facet mruga do nas okiem ze to zabawa i pastisz, nie nazwałbym tego
    parodią. I tak należy to traktować.
    Ze niby zlew... ? ale brednia.
    --
    z góry dziękuję, a dowody wdzięczności zostawiam na parapecie :-)
  • sss9 19.03.08, 15:28
    hihi... no, koledzy pagaju i maffi - rękawice na nogi i do boju! macie sobie
    chyba coś do wyjaśnienia. :)))


    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • maff1 19.03.08, 19:49
    ja, niesłychanie spokojny człowiek i niesłychanie spokojny pagaj?
    <rotfl>
    nie wyobrazam sobie takiej sytuacji.
    a tak przy okazji - jedyną rzeczą która mnie autentycznie doprowadza
    do furii jest sytuacja gdy jakiś cymbał i kretyn zastawi mi
    samochód. Ostatnio wzywałem straż miejską gdyż całą godzinę czekałem
    pod domem, zanim jak sie okazało kretynka pojawiła sie przy swoim
    samochodzie. W sobotę w godzinach, około południowych postawiła
    samochód na środku parkingu tak ze zadnym sposobem...
    --
    z góry dziękuję, a dowody wdzięczności zostawiam na parapecie :-)
  • sss9 21.03.08, 16:00
    no dobrze, nie lutujcie się. ale wasze posty na ten sam temat przypominają mi,
    że już kiedyś coś takiego oglądałem - rzecz działa się na statku wycieczkowym,
    ktoś zaśpiewał, Poeta i Mamoń się wzruszyli, a kaowiec wytłumaczył im, że się
    mylą. ;)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • aimarek 21.03.08, 23:53
    Oczywistym, że sss ma rację, a brain i car pierdolą niestety. Sorry, chłopaki,
    ale stosujecie klasyczny chwyt retoryczny polegający na ustawieniu adwersarza (w
    tym przypadku red. Pawłowskiego) w wygodnej dla Was, acz nieprawdziwej roli, po
    to aby móc w niego swobodnie walić. Zatem w tym przypadku robicie z niego
    spiętego obrońcę świętości, przenosząc na niego swoje frustracje związane z
    kultem rockowych ikon, w jakim chcąc nie chcąc wzrastaliście. Kult ów
    podtrzymywany był przez kapłanów o głębokich, nieznoszących sprzeciwu głosach,
    przyodzianych w czarne, karbowane szaty. Idzie tu o tych wszystkich kaczkowskich
    itp. śmundków. Macie świadomość tego, że nadmiarem powagi, za młodu została Wam
    uczyniona krzywda i potrzebujecie teraz odreagować. Obieracie zatem cel i do
    niego szczelacie ze swoich sflaczałych kapiszonów. Ale czy w artykule
    Pawłowskiego naprawdę o podtrzymywanie sacrum chodzi? Czy raczej jest to -
    według mnie dość trzeźwe - spojrzenie na współczesną popkulturę, która uprawia w
    coraz większym stopniu jakiś rodzaj koprofagii?

    Drążenie sensów nie jest zjawiskiem nowym, ale niewątpliwie nasilającym się i
    tekst Pawłowskiego po prostu to odnotowuje. Mniej więcej to samo pisał
    Baudrillard (nie byłbym sobą, gdybym nie przywołał któregoś z tych francuskich
    pedałów, ehe <palacz>) w kontekście sztuki post-warholowskiej czy kina po-mo. Że
    wszyscy twórcy z tego kręgu ścigają się po prostu w tym kto lepiej odmaluje
    Wielkie Nic. I to jest taki właśnie gówniany konkurs, żeby zrobić coś co będzie
    demonstracyjnie bez znaczenia, co będzie tylko zabawą formą, przekreślającą
    jakąkolwiek poważniejszą treść. Zgrabnie to ujął sss:

    "Camrody się spiął strasznie, że to niby nie sztuka, a
    tylko i jedynie rozryweczka i jak ktoś to próbuje ocenić i jeszcze jest
    krytyczny, to musi być durny kiep. no dobrze, ale czy konfekcji już nie wolno
    poddawać krytyce? ustawiamy się w wygodnej i z założenia kretyńskiej pozie: a
    teraz robimy fun i niech nikt się nie krzywi, bo ma być k... wesoło i ch..!
    zupełnie jak w Sylwestra. :)"

    No więc właśnie, jarają Was takie zabawy, a mnie nie jarają kompletnie. I nie
    dlatego, że bronię powagi Iana Curtisa (jego martyrologia mi jakby zwisa), a
    dlatego, że tęsknię za czasami, w których "artyści" próbowali jednak mówić o
    czymś istotnym, a nie po prostu mówili, że mówią (a raczej że nic nie mówią).
    Nie wyczuwacie różnicy, to - chociaż Was lubię - smutno konstatuję: jesteście
    ćwoki, o.


    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • carmody 22.03.08, 01:42
    Oi! Dziwny ten wątek. Sprawił, że siurkiem się poczułem.

    Może to nieładnie stosować klasyczny chwyt retoryczny, ale mi to jakoś niechcący
    wyszło chyba. Poza tym red. Pawłowski sam ustawił się pod transparentem
    "PRZECIW!", sam się wpakował w ten dychotomiczny system, nawet jeżeli to taki
    twór dziennikarski, żeby sprzedawać umieszczone obok tekstu miejsce reklamowe
    wydawcy płyt Sistars czy tam innego stars. I dopiero teraz będzie przegięcie i
    chwyt retoryczny, bo tak napiszę: przeciw = stare dziady kaczkowskie nudziarze,
    śmundki, spięci obrońcy świętości. Chyba w to nie wierzę. Chyba mnie to nie
    obchodzi już:/ Bo się spinam sam.

    Zabawy takie mnie jarają, rzeczywiście. Bawią. I jakoś mam gdzieś, że krzywdzą
    legendy, czy tam coś. Że nie mówią o czymś istotnym i takie tam pierdy. Że tylko
    mówią. Bo widzisz - ja jestem młody i głupi i zapatrzony w siebie. Płytki
    cholernie. Dlatego przez ten wątek czuję się siurem, cieniasem - bo mi się nawet
    nie chce napisać nic w obronę, może nie umiem, pewnie tak.
    Ja odwołam się może do czegoś, co ani zabawne, ani błyskotliwe, ani mrugające
    okiem, ani laski na to nie lecą, a znawstwa też nie ujawnia, wręcz przeciwnie:
    "Fuck you all, fuck this world, fuck everything that you stand for, don't
    belong, don't exist, don't give a shit and don't you ever judge me"
    to z wkładki s/t Slipknota... straszne co? wiem, że pedauy lepsze, szczególnie w
    kontekście (i kuwa nie ma tu sarkazmu czy przytyku, mnie osłabia rozczytywanie
    Bilarda i zazdroszczę, szanuję), ale ten głupi Slipknot dobrze opisuje mój
    stosunek do próby spojrzenia na współczesną popkulturę, w ogóle mój stosunek do
    treści. Jezus, strasznie to gówniarskie.

    Wracając (lubię wracać jak wiecie, i pisać w nawiasach, zapełniać literkami te
    luki między jednym nawiasem a drugim, co jest kompletnie idiotyczne, nie ma
    sensu i jest po prostu mówieniem, istoty ni ma) do tematu wątku i nieco
    osłabiając rządy beukotu:

    Podtrzymuję co napisałem wyżej o NV itd. Zgadzam się jednak w 100% z sss9
    zauważającym koniunkturalność pewną perfidną w działaniach zespołu. Tak jest,
    święta prawda, ale akurat temu misiowi to nie przeszkadza, jeżeli może się
    ubawić choć trochę. Bo lubię się bawić, wiem dlaczego mnie to bawi, a prawie tak
    samo jak być manipulowanym nie cierpię jak mi ktoś wytyka: przyjmujesz pozę
    bawisz się pod jakieś dyktando, ustawiasz się w kretyńskiej pozie, z założenia
    przecież! jak w Sylwestra. Ale słusznie zauważył sss9 też, że krytyce konfekcje
    poddawać można jak najbardziej, choć nie uważam, żebym wyraził wcześniej coś
    przeciwnego.

    Mogę być ćwok, khe.

    Generalnie napisałem te wszystkie bzdury tylko po to, żeby wyrazić radochę z
    powrotu aimara.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • aimarek 22.03.08, 17:01
    carmody napisał:

    > Oi! Dziwny ten wątek. Sprawił, że siurkiem się poczułem.

    Właśnie niedawno głośno myślałem, że odkrywam ostatnio przyjemność w byciu
    LAMUSEM. Fakt, że akceptujesz swoje siurstwo, a wręcz wynosisz je do rangi cnoty
    i zaprzyjaźniasz się ze swoim wewnętrznym ćwokiem, czyni z Ciebie postać godną
    szacunku i złego słowa już na Ciebie nie powiem.


    > Może to nieładnie stosować klasyczny chwyt retoryczny, ale mi to jakoś niechcący
    > wyszło chyba. Poza tym red. Pawłowski sam ustawił się pod transparentem
    > "PRZECIW!", sam się wpakował w ten dychotomiczny system, nawet jeżeli to taki
    > twór dziennikarski, żeby sprzedawać umieszczone obok tekstu miejsce reklamowe
    > wydawcy płyt Sistars czy tam innego stars. I dopiero teraz będzie przegięcie i
    > chwyt retoryczny, bo tak napiszę: przeciw = stare dziady kaczkowskie nudziarze,
    > śmundki, spięci obrońcy świętości. Chyba w to nie wierzę. Chyba mnie to nie
    > obchodzi już:/ Bo się spinam sam.

    Problem w tym, że błędnie, a raczej w sposób niepełny definiujesz strony tego
    konfliktu. Nie chodzi wszak tylko o walkę: Młodzi, Wyluzowani Obalacze Tradycji
    vs. Porośnięci Mchem Czciciele Ikon. Bo w takim konflikcie idziesz na skróty,
    ułatwiasz sobie sprawę, gdyż nietrudno jest dowieść jakie spustoszenie w
    polskich mózgach wywołali ci wszyscy radiowi księża, wielbiący prog-rock tudzież
    mroczne nowofalowe stęki. Ich obśmiewać jest łatwo. Ale zmierz się z kimś
    mocniejszym. Uderz we mnie! :[ W pełni wyluzowanego BALANGOWICZA, sikającego na
    ikony (Curtis, Cobain, Waters i tym podobni KLESZE) same w sobie, ale zarazem
    domagającego się by nie równać wszystkiego z ziemią, by - używając dobrego
    określenia red. Pawłowskiego (chyba je skalkował ode mnie, cóż..) - nie
    kastrować sensów. Oczywiście jest pytanie czy akurat NV lub Cheese kastrują. O
    tym za chwilę.


    > Zabawy takie mnie jarają, rzeczywiście. Bawią. I jakoś mam gdzieś, że krzywdzą
    > legendy, czy tam coś. Że nie mówią o czymś istotnym i takie tam >pierdy. Że
    tylko mówią.

    Ależ w pełni to szanuję.


    > Ja odwołam się może do czegoś, co ani zabawne, ani błyskotliwe, ani mrugające
    > okiem, ani laski na to nie lecą, a znawstwa też nie ujawnia, wręcz przeciwnie:
    > "Fuck you all, fuck this world, fuck everything that you stand for, don't
    > belong, don't exist, don't give a shit and don't you ever judge me"
    > to z wkładki s/t Slipknota... straszne co?

    Nie tam, że straszne, tylko wisz, takie łatwe trochę. W sensie: mam wrażenie, że
    obecnie mainstream twórców stosuje się właśnie do tej zasady, która moim zdaniem
    - jak wszystko, co w nadmiarze - kulturę wyjaławia. Jakiś taki nihilizm,
    świadome zlewanie wszelakich wartości, które niegdyś jawiło się jako zjawisko
    ożywcze, przeszło w pewnym momencie do głównego nurtu i zmieniło się właśnie w
    to powszechne malowanie WN (Wielkiego Nic). Rozumiesz, symbolem kultury przełomu
    wieków będzie pewnie Tarantino, który onanizuje się tym, że chce się tylko bawić
    i tłucze te swoje Kill Bille i Grindhouse'y vol. 1500, w których swoim wielkim
    niewątpliwie talentem składa hołd WN. I teraz: oczywiście nie należy mu
    zakazywać kręcenia filmów. Ja akurat fanem nie jestem, ale dostrzegam ich walory
    rozrywkowe. Tylko, że *dla mnie* to nie jest sztuka przez duże "SZy" (widzę
    oczyma wyobraźni Braina, który przypalając ZIOŁO, szyderczo się uśmiecha), bo tę
    rozumiem jako instrument otwarcia człowieka na nową przestrzeń pełniejszego
    zrozumienia: samego siebie, innych ludzi, otaczającego świata. A Tarantino na
    nic mnie nie otwiera, jest po prostu zabawą.

    Ale dobrze, bo sam sobie kwestię upraszczam. Powiesz wszak: "jak Tarantino ma
    się do Nouvelle Vague?" I dodasz: "nikt nie twierdzi, że NV to sztuka przez duże
    >>SZy<<. Girls just wanna have fun".

    Na pierwszą kwestię odpowiadam: dla mnie to są duchowi ziomale. Flagowe postaci
    postmodernizmu, który wszystko bierze w nawias, cudzysłów, klamrę i wyciska.

    Druga kwestia: ok, wiem. Tylko że ten justwannahavefunizm dziadowsko się
    rozplenił. I ja to widzę tak, że po prostu każdy teraz chce puszczać oko, bawić
    się, tylko że taka zabawa formą pour moi isn't funny anymore. Tak jak na pewnym
    etapie przestały bawić dowcipy z Leppera i Kaczyńskich. Bo to zbyt łatwe jakoś.
    I chyba głównie dlatego uważam NV i Cheese'a za rzeczy słabe. Tak jak słabe były
    Smerfne Hity i słabe było Mistic (pamiętasz? piosenki Bajmu i De Mono w
    konwencji chorału gregoriańskiego). Bo NV czy Cheese to dla mnie takie Mistic A
    REBOURS. O ile tam banalne piosenki ubierano w napuszone szaty, tak tutaj
    napuszone piosenki ubiera się w szaty banału. But in the end, różnica jest
    kosmetyczna. Bo w jednym i drugim przypadku wymyślono po prostu jakiś patent,
    opierający się na elemencie zaskoczenia: "oooo, to można to tak zaśpiewać.
    hehehe, śmieszne". Czy faktycznie śmieszne? I don't think so.

    No ale dobra, może to tylko kwestia gustu i poczucia humoru? Jeśli tak to
    podajmy sobie penisy.


    > Generalnie napisałem te wszystkie bzdury tylko po to, żeby wyrazić radochę z
    > powrotu aimara.

    Dziękuję. Pojawię się wszędzie tam gdzie zło i nieprawość wdzierać się będzie w
    życie prostych ludzi.

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • braineater 22.03.08, 22:21
    To teraz dla równowagi powinienem strzelić fochem i pociągnąc wąt w innym kierunku. Ale się mi nie chce, możemy pokojowo podzielić się jajeczkiem. Ale zabawę w: sztuka nie ma sensu, we just have fun (and make money) jest kusząca. I się pobawię, bredząc jak zwykle.

    Nie wiem, przeczytałem znowu tego Pawłowskiego, przeczytałem oba dwa Twoje posty i nadal za nic nie kumam, czemu się tak spinacie (tak, tak, ten sam chwyt retoryczny, jest wieczór, żadnego nowego wymyślał nie będę, pozyczę sobie tylko pomysł z nawiasami). Obaj dwaj się upieracie przy sensie. I co Wam człowiek ma odpowiedzieć - i chuj z sensem? Bo to jakby odpowiedź najbardziej podstawowa i oczywista. Kultura pop nie jest od tego, by generować sensy, nigdy nie była. Dużo lepiej się sprawdzała, jako generator truizmów i sprzedawania prawd banalnych w efekciarski sposób (see: poezja - 90% wyobraźni lingiwstycznej = sensy zawarte w muzycznym pop przekazie), przyozdobiony taką a nie inna muzyką.

    Jeśli wszystko zahulało tak, jak powinno, ludzie (odbiorcy) sami już sobie te sensy wymyślali, wrzucając każdy coś od siebie (see: pijacka piosenka Llacha przerobiona na hymn Solidarności - Mury). Strona druga - każdy ze spięciem artystycznym, ma taka klepkę w łbie, która mu mówi, że powinien coś światu przekazać. Większośc ma zaraz obok klepkę drugą, która im mówi, że to co chcą przekazać, jest jakoś tam dla nich ważne. Super. Nie podważam, nie neguję, jakbym umiał też bym wciskał ludziom, co mi po głowie chodzi. Nie umiem. Na szczęście. Dla ludzi. A nawet jakbym umiał, to by mi się nie chciało, bo jestem z tych, którym się nie chce.

    Więc poniekąd nie rozumiem tego ciśnienia, na robienie z siebie generatora sensów. Ale dużo bardziej nie rozumiem chęci identyfikowania się z tymi sensami, brania ich do siebie, tudzież modelowania sobie żywota na obraz i podobieństwo słow zawartych w pieśni (wierszu, książce, filmie). Tego typu rzeczy mogę mnie kurewnie zachwycać (i nader często zachwycają), ale nie nadają kurwać, sensu moim działaniom. Nie identyfikuję się z podmiotami lirycznymi, nie wkręcam się w ich świat, przyjmując, że to ich świat, więc po chuj, skoro moge sobie wymyślić swój, czasem ewentualnie coś po swojemu zapożyczając i modyfikując, tak by pasowało. Ale nie przyjmuje danych sensów, są mi w większości wypadków obojętne. Całkiem.

    To samo dotyczy też wartości, których nie łykam, od nikogo. Muszę se sam wymyślić swoje i raczej ich nie będę nikomu spiewał. I generalnie nie wierzę, że da się je zaśpiewać. Tu byśmy mogli wejść w bagnisty teren znaczenia tekstu w piosence, ale nie wejdziemy. Bo się pozabijamy i zeżrą nas aligatory. Na potrzeby dyskusji, tylko sobie dorzucę jedną z miliona okołotekstualnych teorii, która głosi, że 90% sensów danego dzieła generuje sobie odbiorca (John Berger, Sposoby Widzenia i parę pokrewnych prac z historii sztuki, gdyby kto potrzebował bibliografii). I spoko, mam dwie łapy, dwie nogi, przewód pokarmowy i jak każdy sam sobie generuję sensy związane z tym, czego słucham i oglądam. Tudzież czytam. Ale kurwać, podkreślam, kurwać, nie upieram się dogmatycznie przy tym, że one tam są. Bo mam świadomość, że są dużo bardziej we mnie, niż w Dziele (duży liter dla nadania powagi).

    I teraz jest tak, że Love Will Tear Apart w wykonaniu Joy, w wykonaniu NV, w wykonaniu Susanny
    uk.youtube.com/watch?v=BNMbuygEju8
    uk.youtube.com/watch?v=sHhVydgvuAc
    uk.youtube.com/watch?v=l4efME9Vnlc
    do mnie trafia. Teraz będzie aj tel ju wam sikret - trafia do mnie nawet zagrane na casio przez laskę ubraną w hełm valkirii, która kompletnie nie potrafi śpiewać, ale za to jest drugim Davidem Bowie. Ale trafia dlatego (to ten sikret), że to jeden z moich ulubionych piosnków ever. Za co moge winic jedynie depresyjną młodośc i Donniego Darko. Nadałem temu utworowi sensów milion, w jakiś sposób się spiął z moim życiem. Ale są to moje sensy, nie Curtisa, nie Colina i nie Zuzi, choć każde z nich dorzuciło jakiś kamyczek do tego ogródka.

    Nikt nie jest jednakże mi ich w stanie wykastrować. No bo jak? Spoko, moga zmienić piosnkę nie do poznania, ale ja i tak jej nadam te sensy, które będe chciał. Jak się uprę, że LWTUA, to piosenka o kartkach z notatnika, które za chwilę ktoś wytarga, bo napisął na nich list miłosny, którego się wstydzi, to jestem w stanie to udowodnić. To samo jesteś w stanie zrobić Ty, to samo jest w stanie zrobić nasz worek treningowy Pawłowski, po prostu każdy jest w stanie sensowne sensy nadać czemukolwiek. Wystarczy dobra bajera, tupet i odrobina charyzmy.

    Róznica polega na tym, że ja się nie upieram. Dopuszczam myśl, że przyjdziesz Ty i będziesz sensy widział tylko w wykonaniu oryginalnym, a każde inne będzie ci latało koło chuja, bo już sobie teorię i przemyślenia na temat tego songu dawno poukładałeś (sytuacja modelowa, nie że przytyk osobisty). W dodatku, że będziesz widział zupełnie inne niż ja (subiektywnośc odbioru dzieła sztuki, temat rzeka, nie ruszamy). Nie wyjdę do cię z ryjem, że mi coś kastrujesz, bo, jakkolwiek by to brutalnie nie brzmiało - nie jesteś w stanie. Redaktor Pawłowski też nie. Nie strzelę focha, jeśli mi ktoś przerobi Blue Valentine na piosenkę Tomka Makowieckiego z towarzyszeniem grupy wokalnej Boys, tylko sobie sprawdzę, co on z tego próbował wykrzesać. Zobaczę jego sensy - albo je polubię, albo nie. Najpewniej nie, bo to znów taki song, któremu sam milion sensów juz nadałem. Ale nie napiszę do niego hejt mejla, żeby się od Waitsa odjebał, bo wypłaszcza i katuje. Pierdolę. Chce, niech se wypłaszcza, skoro z tego ma fun and money. Byle się nie upierał, że jest jedyny, że po jego stronie stoi Prawda, a po mojej ZOMO.

    bo jest tak, jak napisałem na początku ('jest tak' to też chwyt retoryczny, fajny, nie?): w sztuce sensów jako takich nie ma, te, co są (powiedzmy: odautorskie), są mało ważne. Znaczy dokładnie tak samo ważne, jak aimarkowe, moje, pawłowskie, carowe czy bukwietamkogo. So, nie da się ich wykastrować, bez upierdolenia betonowego, dogmatycznego łba adwersarza i naszczania mu do szyi. Chyba, że adwersarz jest miękką rozpłaszczoną pizdusią, na tyle niepewną tych sensów, które sobie dokoła danego dzieła wygenerował, że czuje się w obowiązku podawać je jako prawdy obajwione i bronić ich gołym cycem jak Rejtan. Wtedy robi z siebie raczej pajaca, czego wynikiem takie ataki, jak ów na Pawłowskiego. Gdyby gośc napisął po prostu - niepodoba mi się, co robią z moją piosenką (bo każde dzieło sztuki, dokoła generujemy sobie sensy, jest jakoś 'moje' - bardziej niż autorskie), to spoko luz. Ale nie - on startuje z pozycji: nie podoba mi się, co robią z dziełem wiekopomnym, muchi srajom na obraz jaśniepana, larum, larum we wsi, nacierają głupie sensy na piosnkę, co ją tak se ukochałem.

    No to jak na coś takiego reagować? Postukanie się w czółko jest odruchem naturalnym. Drugim byłoby zlanie gościa zupełnie. Ale wtedy bysmy się nie pokłócili. A z tego, to się akurat cieszę.

    Mordo moja...

    P:)

    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • obly 22.03.08, 23:12
    nv slabe nie jest, nie ma lewawa. to znaczy lewar jest akurat ale
    nie ten.
    niestety uwazam ze jeden jest bład nie wolno sie spinac w tem
    temacie.
    jesli jest obrazoburczy? to tak samo wtedy obrazoburcze byly te
    piosenki w oryginale które jechały na maxa z lajtowego popu tak samo
    teraz wydaje sie obrazoburcze lajtowanie tych tematów z metka
    powares.
    jesli ktos urażony wielce to winien najwyzej wyłączyc radio. ja tam
    jestem przekonany ze ikon swietych nie ma w muzyce. na tym to
    polega. własnie. że ich nie ma. w tej świątyni nie ma ikon świetych.
    dlatego sietak dobrze czuje.
    tak naprawde NV nie robi nic ciekawego, słodkie laski pieją protest
    songi w rytm cekinków i bujają pochwą. fajnie.
    richard chesee jest z innej knajpki w ogóle. i tez nie wolno mieszac
    ani traktowac powaznie. to jest sposób na zycie. chujowy jak
    wiekszość i naprawde zazdroscicie im? robic z siebie patafjana? na
    powaznie?
    moje zdanie nie przynosi nic nowego, ale jesli ktos zbuduje sobie
    pomnik to niech sie nie zdziwi jak ktos zaraz przyjdzie ten pomnik
    rozbieprzyc, cale tłumy mucyków siedzą i kompinują jak tu uderzyc
    aby zabolało, bo juz prawie nic nie boli.
    sztuka to jedynie forma konwersacji i komunikacji i slad rozwojów
    własnych. nie istnieje w oderwaniu od widzów. jesli widzowie sie
    zmieniają, kontekst to i odbiór. wiec nie ma sie co dziwic ze mimo
    naszego wyjątkowego rozumienia wielkosci przychodzi tłumek który
    chce to rozwalic i posmierdziec wielkością.

    jest to swiadectwo czasów naszych po prsotu i nei ma sie co
    sprzeciwiac, godzic sie tez nie ma co. pozostaje rozumiec.
    i patrzec co sie dzieje z nami samymi. car i brajn stapaja po ostrzu
    noża. ss i aim w ogóle na nóz nie wchodzą. jedni i drudzy za tydzien
    mogą zidiociec
    jedno jest istotne: nie zywic tego czego sie lubi. NV jest to
    kapelka poboczna i nie ma co z nich robic morderców chwały punka.
    prawda jest jedna dochodzimy do konca rury i zaczyna sie dławienie i
    brak rozwoju, kazda odnóżka została juz sprawdzona i nie ma dokad
    jakos isc. wiec nie dziwne ze sporo z artystwów wraca robiac z tego
    pochód naprzód. niemniej.
    sa to kapele poboczne i nie ma sie co dławic wsciekłością.
    szkoda nerwów,
    a NV nie jest kiepskie, o prostu bawia sie zmianą kontekstu. nic
    wiecej. aha i zarabiają.
    ale to juz inny temat.
    podsumowywując mój mętny wywód:
    wkurwa to nalezy swojego szanowac i na byle co nie ma co sie
    polasić. a i zachwyt tez nalezy w sobie pielęgnowac aby tez byle
    gdzie go nie wsadzac.
  • aimarek 23.03.08, 01:15
    braineater napisał:

    > Obaj dwaj się upieracie przy sensie. I co Wam człowiek ma od
    > powiedzieć - i chuj z sensem? Bo to jakby odpowiedź najbardziej podstawowa i oc
    > zywista. Kultura pop nie jest od tego, by generować sensy, nigdy nie była. Dużo
    > lepiej się sprawdzała, jako generator truizmów i sprzedawania prawd banalnych
    > w efekciarski sposób

    Ale stary, przejesz ja tu się porywam właśnie na całą popkulturę! Zrozum, że
    pragnę właśnie jej anihilacji :|


    > Więc poniekąd nie rozumiem tego ciśnienia, na robienie z siebie generatora sens
    > ów. Ale dużo bardziej nie rozumiem chęci identyfikowania się z tymi sensami, br
    > ania ich do siebie, tudzież modelowania sobie żywota na obraz i podobieństwo sł
    > ow zawartych w pieśni (wierszu, książce, filmie). Tego typu rzeczy mogę mnie ku
    > rewnie zachwycać (i nader często zachwycają), ale nie nadają kurwać, sensu moim
    > działaniom. Nie identyfikuję się z podmiotami lirycznymi, nie wkręcam się w ic
    > h świat, przyjmując, że to ich świat, więc po chuj, skoro moge sobie wymyślić s
    > wój, czasem ewentualnie coś po swojemu zapożyczając i modyfikując, tak by pasow
    > ało. Ale nie przyjmuje danych sensów, są mi w większości wypadków obojętne. Cał
    > kiem.
    >
    > To samo dotyczy też wartości, których nie łykam, od nikogo. Muszę se sam wymyśl
    > ić swoje i raczej ich nie będę nikomu spiewał.

    A to interesująca teoria. Sam wymyślasz swoje wartości? No jaki zdolny...
    Gówno! Sam to se możesz najwyżej wymyślić, że trzeba iść się odlać albo puknąć
    cycatą sąsiadkę. Całą resztę łykasz od innych. I nie w tym rzecz, że jak Kurt Ci
    zaśpiewa, że się nienawidzi, to Ty wyjmiesz scyzoryk i się potniesz. Ale w ten
    czy inny sposób przerabiasz w mózgownicy różnorakie przekazy. Także te, które
    wyłapiesz w telewizji, radioodbiorniku czy na ekranie komputera. Masz rację, gdy
    mówisz, że sensy generowane są przez samego odbiorcę, no ale w jaki sposób
    możesz je wygenerować? Urodziłeś się z generatorem sensów i od pierwszego
    tygodnia życia jest on niezmienny? Czy też modyfikował się wraz z kolejnymi
    zetknięciami z utworami dla Ciebie ważnymi? (muzyka, filmy, spektakle, wiersze,
    teksty naukowe, kwieciste mowy Twojego guru z osiedla, który jeździł na
    motorynce) Wydaje mi się, że ta druga opcja jest bliższa prawdzie. I między
    innymi to miałem na myśli, mówiąc, że Sztuka ma mnie otwierać na nowe
    przestrzenie. Ona po prostu ma dokładać nowe klocki do mojego generatora sensów,
    którego używam zarówno przy czytaniu nowych utworów, jak i w życiu w ogóle. Te
    klocuszki same się nie urodzą (ugh, jakaś metafora fekalna mi się tu tworzy :| )

    Ale może problem w tym, że mówimy o dwóch różnych porządkach? Ja o Sztuce, Ty o
    popkulturze? Powiesz pewno, że różnicy nie ma, że tkwi ona tylko w naszych
    głowach. A ja znowu wycedzę przez zęby: „gówno”. Bo widzisz, bossa nova Nouvelle
    Vague na nic mnie nie otworzy. Może i podniecę się na widok którejś z
    kołyszących się panienek, ale żaden nowy obszar świata nie stanie przede mną w
    swej nagości. A właśnie tak działają rzeczy największe. Choć czasem trudno to
    uchwycić, bo zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. No ale weźmy
    przykładowo jakieś „Kristallnacht” Zorna, które obaj, zdaje się, wielbimy. Czy
    nie jest tak, że gdy słuchasz „Never Again”, to pełniej ogarniasz grozę tamtych
    wydarzeń? Czy nie uruchamia się wtedy jakiś strumień myśli, nie wiem, np.:
    łokurwa, jaki hardkor --> co te niemiaszki narobiły tym biednym żydkom -->
    dlaczego im tak narobiły? --> dlaczego ludzie robią takie rzeczy innym? --> co
    to w ogóle jest naród? --> po chuj komu wojna? --> miliard innych odczuć i
    przemyśleń (pewnie niewyrażalnych tak prostymi słowami jak próbuję to czynić)

    Oczywiście przykład łopatologiczny, gdyż „Kristallnacht” jest na bardzo
    konkretny temat, a zazwyczaj muzyka idzie w sferę większego abstraktu. A jeśli
    powiesz, że ten album wcale takich refleksji w Tobie nie wywołuje, bo to
    wszystko wiedziałeś już wcześniej, to ja spytam: a skąd wiedziałeś? A no pewnie
    stąd, że pacholęciem będąc przeczytałeś przykładowo opowiadanka Borowskiego i od
    tamtej pory wiesz, że posyłać żydków do gazu nie jest ok.
    Jak mówię, łopatologia, ale chodzi o pewien model. A jeśli stwierdzisz, że
    sztuka już Ci nie otwiera żadnych klapek, bo wszystko wykminiłeś w czasach
    podstawówki, no to gratuluję, ale w skrytości ducha współczuję.

    Otwieranie nowych przestrzeni rzecz jasna nie musi przebiegać w sposób tak
    uproszczony jak na załączonym obrazku. I w ogóle mam wrażenie, że *****zbyt
    wąsko owe sensy traktujesz***** - jako pewną konkretną treść, komunikat od
    autora do odbiorcy. O „Trout Mask Replica” mówi się że otworzyło ludzi na jakiś
    nowy stan ducha, bardzo ciężki do wyrażenia słowami, ale powiedzmy np. jakiejś
    nieskrępowanej niczym wolności, wiary w to, że „łojapierdole, tera to ja
    wszystko mogje”. Nie było to pewno zjawiskiem masowym, ale może np. jakiś Twój
    Tom Waits posłuchał se Beefhearta i dostał nagle takiego kopa, że od razu zaczął
    pisać genialne piosenki? Jasne, że to nie jedyna jego inspiracja, ale może
    właśnie to był ów brakujący klocek? Katalizator jakichś procesów w jego łbie,
    coś co pozwoliło się zawiązać tym wszystkim supełkom w jego przechlanym mózgu?
    Myślę, że niektóre kawałki Joy Division również mogły działać na podobnej
    zasadzie. Jako wyzwalacz pewnego stanu ducha, widzenia rzeczy w pełniejszym
    kontekście, bardziej intensywnego odczuwania rzeczywistości. Czy wersje NV mogą
    działać podobnie? Jeżeli na kogoś tak działają to spoko. Na mnie zupełnie nie -
    dlatego wyrażam swoje zdanie.

    Sens leży w głowie odbiorcy? Owszem, ale z gówna bata nie ukręcisz. Musisz się
    zdrowo odżywiać, żeby cokolwiek mądrego o świecie powiedzieć. Nie byłbyś
    Brejnitrem, gdybyś przez całe życie słuchał tylko De Mono i czytał „Batmana”. No
    ale chyba drzwi otwarte wyważam, c’nie? Bo czytam jeszcze raz Twojego posta i
    tam się pojawia tak nieśmiało, mimochodem wtrącone zdanko: „czasem ewentualnie
    coś po swojemu zapożyczając i modyfikując, tak by pasowało”. No tylko, że
    właśnie według mnie to zdanko czyni gigantyczną różnicę, bo na tych
    zapożyczeniach zbudowany jest Braineater.

    ***Właściwie przyłapałem się że nie wiem o czym pierdolę. Strzelać do Nouvelle
    Vague z Beefhearta i Zorna? No ale dobra, już zostawię jak jest. Chuj tam.***


    > Nikt nie jest jednakże mi ich w stanie wykastrować. No bo jak? Spoko, moga zmie
    > nić piosnkę nie do poznania, ale ja i tak jej nadam te sensy, które będe chciał
    > .

    A gdybyś nie znał wcześniej wersji JD? Tylko od razu wersję NV? Nie zmieniłoby
    to ani trochę Twojego jej postrzegania?

    Ale ale, przejesz nikomu normalnemu nie chodzi o to, że NV przychodzą i
    bezczeszczą ich świętości (co uparcie zdajesz się sugerować Ty, a jeszcze
    dobitniej Obły). Ja mówię tylko, że dla mnie to jest słabe i nie wnosi
    absolutnie żadnej nowej wartości do rzeczy już nagranych, więc po co to robić?
    Zresztą kowerowanie z definicji jest słabe. Wyłamuje się z tej reguły jakieś
    0,01% kawałków. I są to te kawałki, które podejmują *dialog* z oryginalnym
    wykonaniem. W czym może się przejawiać ten dialog? Nie wiem. Szczerze, to żaden
    dobry kower mi nie przychodzi do głowy i zasadniczo, prawie zawsze mam ochotę
    zadać wykonawcom pytanie „po goey?” i szczera odpowiedź zazwyczaj brzmiałaby:
    „bo nie mamy równie dobrych kompozycji”. Więc jeżeli ktoś buduje swoje
    artystyczne jestestwo na całkowicie jednolitym patentowo odgrzewaniu rzeczy już
    nagranych, to jest to z mojego punktu widzenia po prostu cienkie.

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • braineater 23.03.08, 09:51
    ło, tyle dużych słów na takim małym forum, wieczór rozkręcił się na ostro:)
    szkoda, że dalej się f czy dópy mijamy...
    z wszystkiego, co napisałeś, tym fragmentem do którego pragnąłbym się dojebać najbardziej, jest idea rodzenia się kloców:

    modyfikował się wraz z kolejnymi
    > zetknięciami z utworami dla Ciebie ważnymi? (muzyka, filmy, spektakle, wiersze,
    > teksty naukowe, kwieciste mowy Twojego guru z osiedla, który jeździł na
    > motorynce) Wydaje mi się, że ta druga opcja jest bliższa prawdzie. I między
    > innymi to miałem na myśli, mówiąc, że Sztuka ma mnie otwierać na nowe
    > przestrzenie. Ona po prostu ma dokładać nowe klocki do mojego generatora sensów
    > ,
    > którego używam zarówno przy czytaniu nowych utworów, jak i w życiu w ogóle. Te
    > klocuszki same się nie urodzą (ugh, jakaś metafora fekalna mi się tu tworzy :|

    która w Twoim ujęciu jest fan-ta-st-yczna, ale cokolwiek na wyrost. Bowiem, sugerujesz, jakoby kloce rodziły się świadomie. co nie jest do końca prawdą, w sumie. Sugerujesz, że bossa nv ma cię otworzyć, życzysz sobie tego, a nawet wymagasz. w końcu tego sobie oczekujesz po płycie, bo znasz dużo płyt które cię otworzyły i pokazały ci śfiat od potszefki, łuch, fstrząsające óczucie. co fajniejsze, nie wymagały one żadnego wysiłku, po prostu odpalałeś płytę, ktoś tam śpiewał i robiło się PRAWDZIWIE. normalnie objawienie płynące z głośników, samaprawda&dobro, które trafiało centralnie i bezpośrednio. a teraz przychodzi jakiś psichuj, bierze te kawałki, które cię otwarły, i tralalala, robi je sobie po swojemu. z latynoskim sznytem, wesołym, chociaż smutnym. i ty mówisz - no, nieno, kogo to moze i na co otworzyć, chyba na bramy piekieł. raz się już na tę piosenkę otwarłeś, raz już se system wyrobiłeś, raz se to już poukładałeś. normalnie, fuj. nie potrafisz zapomnieć, że już to słyszałeś.

    Masz w głowie klocek.

    Jak w temacie Kristallnacht. Bo wkręcasz opowieść martyrologiczną, bardzo łatwą do odczytania z dźwięków rozjebanego szkła, naziolskich spiczy, krzyków i ogólnego chaosu, dodajesz do tego wykształcenie, co je mamy wspólne (znamy, proszę państwa, Borowskiego, do gazu) i uznajesz to za jedyne możliwe odczytanie tej płyty. klocek. autor powiedził w tytule o czym jest ta historia, podkreślił efektownym dźwiękiem i jeśli jesteś rozsądnym chłopcem/dziewczynką, to tak ją odbierzesz. bo wiesz. kultura&wykształcenie cię zobowiązują. nie próbujesz się postawić w sytuacji naziola, który po nocy w domu u babci ubrawszy glany i nic więcej, odpala Kristallnacht i wali gruchę słysząc rozjebane szyby i skwierczących Semitów, bo serio go ta płyta wkręca. wiesz, nie pofatygował się przeczytać inserta, pewnie mu to ktoś to przesłał z netu. zupełnie przypadkowo - ma inny klocek w głowie.

    ale tu się spotykacie.

    starałbyś mu się wytłumaczyć, że to nie do końca o to chodzi, czy raczej spoko, fajnie, że ktoś tego słucha? (dla podkręcenia dyskursu możemy dodać naziolowi wykształcenie muzyczne, w sensie, że kuma te wszystkie techniczne rozjebki zorna, i rozumie dlaczego to geniusz). próbowalbyś misji? takiej na serio z krzyżem i różańcem? a jeśli jego Kristallnacht też otwarło - w senie poczuł zew aryjskiej krwi, walnął se dziarę ze swastyką na czole?

    i spoko, możesz mi wkręcać, że to margines, że ty podszedłeś do KNacht od strony intencji artysty, prawidłowych odruchów ludzkich, empatii i współcierpienia, przeżywając przy tym regularne katharsis, jakie KNacht jest w stanie zaoferować, jak każda wielka płyta, dzieło sztuki. Czujesz się w swoim wygenerowanym sensie bardziej uprawomocniony, niż gość dla którego to jest kupa fajnego jazzu plus odrobina mentalnego porno, pasującego do inaczej (możesz powiedzieć: krzywo) poukładanych klocków w jego głowie.

    I teraz próbujesz zrobić to samo z NV. Masz w głowie swój zestaw klocków, które wygenerowałeś sobie w trakcie długiego żywota, na temat piosenek, które NV coveruje. Znów, wiedza i obycie podpowiadają ci jak te rzeczy interpretować, czujesz się ze swoimi interpretacjami dobrze. Zlewasz martyrologię Curtisa, ale doskonale ją znasz, wiesz o co chodzi w Strzelbach z Brixton, bo kiedyś przeczytałeś całą tę historię. So, ta wiedza uprawnia cię do twierdzenia, że są to piosenki o tym i o tym, a świadomośc kulturowa podpowiada gdzie jest ich miejsce na abstrakcyjnym grafiku piosenek absolutnych, stworzonych przez ludzkość. Każda z nich staje się klockiem kolejnym.

    I teraz dochodzimy do sedna (rychło wczas), bo ty twierdzisz, że na kształt twojego klocka miały wpływ jakieś wartości, powiedzmy obiektywne, że to klocek narosły z wiedzy i osłuchania, połączenia prawidłowych skojarzeń i tropów kulturowych, plus warstwy emocjonalnej, która sam z siebie do tych piosenek przyłożyłeś. Znów, jak w przypadku KNacht, upierasz się przy tym, że twoja interpretacaja, zrozumienie, zgodne z zamysłem pierwotnego twórcy tego wałka, musi być obiektywnie najlepsza. You got it. Zrozumiałeś, przeżyłeś, wstrząsnęło.

    I teraz robisz błąd podstawowy i główny — bierzesz ten klocek, np. z napisem Too drunk too fuck i stawiasz obok klocka z napisem NV Too Drunk, Too Fuck. I jako, że tkwi w tobie pewność, że zrozumiałeś ten kawałek, tak jak Jello B. przykazał, domagasz się, żeby klocek NV, skoro nazywa się tak samo, tak samo również wyglądał. Oczywiście, jako młodzież otwarta na nowości i kreatywnośc twórców popowej konfekcji, wiesz, że match nie będzie 100%, bo ozdóbki, koloraturki, zmiana kontekstu i wykonawcy, ale mniej lub bardziej świadomie, żądasz od coverującego, by po raz kolejny nagrał twoją piosenkę. Żeby po raz kolejny wygenerowano sensy, które cię otworzą, albo przynajmniej zachowano ‘szaconek’ do utworu, który cię otwarł, tak byś mógł nadal czuć, że klocek, który masz w głowie jest prawidłowy.

    Kompletnie za to zlewasz fakt, że to nigdy nie miał być ten sam klocek. Że to, że melodia pozostaje podobna, a słowa niezmienione, wcale nie oznaczają, że jest to nadal ta sama piosenka i, że to wciąż ten utwór, który cię kiedyś tak otwarł. Próbujesz traktować go jako coś, co już znasz, a skoro znasz, podobało ci się kiedyś, a takie ci się nie podoba, atakujesz pogardą:

    „ale dla mnie to jest słabe i nie wnosi
    absolutnie żadnej nowej wartości do rzeczy już nagranych, więc po co to robić?
    Zresztą kowerowanie z definicji jest słabe. Wyłamuje się z tej reguły jakieś
    0,01% kawałków. I są to te kawałki, które podejmują *dialog* z oryginalnym
    wykonaniem.”

    Gdzie jakby znów zmuszasz innych twórców, by się dostosowali do klocków w twojej głowie. Arbitralnie nie uznajesz bossy za dialog z post punkowym jazgotem, zmiany płci podmiotu lirycznego za próbę nadania nowych sensów, zmian harmonii i brzmienia za próbę stworzenia nowego kawałka. Dla ciebie to za mało, tania konfekcja i wożenie się na oryginale. Klocek z oryginałem jest tak wielki i cięzki, że nie potrafisz zza niego wychynąć, więc przyjmujesz, że wszyscy tak mają.

    A tu jednak jest tak, że każdy z nas, nawet jeśli przyjmiemy hipotetyczne założenie o wspólnych podstawach kulturowych, edukacyjnych i to, że wszyscy obracamy się w tym samym kręgu muzycznych arcydzieł pop, buduje sobie klocki po swojemu. I nikt nie ma monopolu na wzorzec klocka dotyczącego danego dzieła sztuki — nawet jeśli je sam sobie stworzył, bo chciał coś pokazać, przekazać. Nie ma wzorca, po prostu. Nikt ci nie jest w stanie powiedzieć, czemu Mona Lisa jest wielka, jeśli sam sobie tego w głowie nie poukładasz, a po to, żeby zrozumieć, czemu Mona Duchampa z wąsem jest wielka, a nawet większa, musisz zapomnieć o oryginale i tym, co ze sobą niesie. Musisz schować ten klocek i spjrzeć na świeżo. Bo inaczej będą to klocki z dwóch różnych zestawów, których nijak do siebie nie dopasujesz. Jeśli się będziesz upierał, że tylko Leonardo, to cię w życiu Duchamp na nic nie otworzy, będziesz miał go za pajaca. Tak, jak NV.

  • braineater 23.03.08, 09:52
    Co by jeszcze nie było takie złe — w końcu nikt nie broni nikomu żyć w świecie raz na zawsze danych wąskotorowych interpretacji, gdyby nie próba twierdzenia, że takie rzeczy, jak NV nie są w stanie nikomu niczego otworzyć. Z czym, jak łatwo stwierdzić — za cholerę się nie zgadzam. Jako potencjalnie nowy klocek, NV też niesie dawkę sensów i wzruszeń. Mogą one nie trafić do Cię, do redaktora Pawłowskiego, czy do Es Drei Nine, ale spokojnie znajdą się ludzie, których otworzą, których kopną w głowę, fundując katharsis w rytmie bossy. Ba, nawet wbrew temu, co napisał Toperz parę pięter wyżej, są tacy, którzy od klocka sensów NV, przejdą do Twojego klocka sensów związanych z oryginałami i nawet się z twoją interpretacją zgodzą, zostając fanami oryginalnego wykonania JD. Ale jako, że dojdą do tego, od twoim zdaniem niewłaściwej strony, to ich klocek jest słabszy, nie otwiera i w ogóle, powinieneś posłuchać LWTUA na demówce z 79, zagranej gdzieś w menczesterskiej piwnicy, bo tylko tam kryje się Sama Prawda ™ na temat tego kawałka.

    No sorry, Aimar. Nie łykam takiego podejścia. Albo jesteś otwarty, asymilujesz wszystko i w każdej formie i starasz się nadać temu swoje, własne i niedogmatyczne sensy, albo budujesz sobie mur z klocków, przez który po paru latach nic się nie przebije, a ty pewnego ranka budzisz się stwierdzając, że jedyną rockowa kapelą godną swej nazwy było King Crimson i wypierdalasz za okno całą resztę muzyki, bo przestała ci pasować do tego, co masz w głowie. Zamordowany, jak każdy fajny chłopak, przez brak dystansu do własnych klocków.

    Tyle. (W kwestii formalnej zostałeś użyty w tym poście niecnie, przypisałem ci 10tki rzeczy do których się zapewne nie poczuwasz, ale mam nadzieję, że nie potraktujesz tego jako wycieczki personalnej, bo to tak nie ma być. Starałem się po prostu złapać ten sposób myślenia, którego nie rozumiem, a który uparcie w twoim poście wypływa — że nie otwiera, nie generuje, psuje stare sensy i nie daje nowych. Ale jakbyś się za bardzo przejął, to możesz dać mi w ryj:)

    a w ogóle to Hapi Istern :)

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • aimarek 23.03.08, 10:43
    Brain, ale ja po prostu nigdy nie słyszałem, żeby rzeczy typu NV lub kino
    tarantinowskie (na które jestem uczulony, więc będę nim wymachiwał jako
    sztandarem postmodernistycznego zepsucia) kogokolwiek na cokolwiek otworzyły. I
    jeżeli ktoś mówi, że to mu się podoba, to zazwyczaj mówi, że podoba mu się
    dlatego, że się podoba. Że fajne jest, że bawi, że gra konwencją, że śmieszne. I
    chyba na tym to polega. Dla mnie kryterium zajebistości danego dzieła jest to,
    że mogę o nim gadać przez całą noc i objaśniać do jakich przemyśleń doszedłem
    lub jakie pytania sobie zadałem. I *dla mnie* właśnie to odróżnia masterpisy od
    sprawnie zaaranżowanej rozrywki. W przypadku tej drugiej mogę się zadowolić
    tłumaczeniem: "bo to jest fajne". Sam przecież na takim poziomie odbieram całe
    mnóstwo płyt, przy których lubię bałnsować czy tam spijać browara. Ale te płyty
    nigdy nie wywołały wstrząsu duszy mojej. A w mojej definicji - masterpis to jest
    to co wywołuje ów wstrząs, co sprawia, że zostaje mi wyrwane spod dupy siedzenie.

    Nie twierdzę natomiast ze stuprocentową pewnością, że NV czy Tarantino takiego
    wstrząsu wywołać nie może. Po prostu nigdy nie słyszałem, żeby ktoś takiego
    wstrząsu doznał i przekonująco go opisał. Jeżeli u Ciebie z czymś takim mamy do
    czynienia i potrafisz to choćby z grubsza opisać to good for you. Serio. Ale
    ponieważ *mnie* NV pozostawia w stanie całkowitego chłodu, to nie widzę powodu,
    dla którego miałbym ten zespół doceniać, zwłaszcza, że potrafię - jak sądzę,
    przekonująco - wytłumaczyć, co *mnie* w nim odpycha. Po prostu nie kupuję ich
    patentu. Wydaje mi się łatwy i niezbyt ambitny.

    No a Duchampa w sumie faktycznie uważam może nie tyle za pajaca, co za *klocek*,
    który wywrócił domino w złym - jak dla mnie - kierunku.


    braineater napisał:

    > No sorry, Aimar. Nie łykam takiego podejścia. Albo jesteś otwarty, asymilujesz
    > wszystko i w każdej formie i starasz się nadać temu swoje, własne i niedogmatyc
    > zne sensy, albo budujesz sobie mur z klocków, przez który po paru latach nic si
    > ę nie przebije, a ty pewnego ranka budzisz się stwierdzając, że jedyną rockowa
    > kapelą godną swej nazwy było King Crimson i wypierdalasz za okno całą resztę mu
    > zyki, bo przestała ci pasować do tego, co masz w głowie.

    No a Ty jesteś na której z tych pozycji? Asymilujesz wszystko czy masz mur z
    klocków? Jakoś nie słyszałem, żebyś doznawał przy "Poniżej krytyki", ŁAPSERDAKU.

    Najlepszego.

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • aimarek 23.03.08, 11:09
    aimarek napisał:

    > braineater napisał:
    >
    > > No sorry, Aimar. Nie łykam takiego podejścia. Albo jesteś otwarty, asymil
    > ujesz
    > > wszystko i w każdej formie i starasz się nadać temu swoje, własne i niedo
    > gmatyc
    > > zne sensy, albo budujesz sobie mur z klocków, przez który po paru latach
    > nic si
    > > ę nie przebije, a ty pewnego ranka budzisz się stwierdzając, że jedyną ro
    > ckowa
    > > kapelą godną swej nazwy było King Crimson i wypierdalasz za okno całą res
    > ztę mu
    > > zyki, bo przestała ci pasować do tego, co masz w głowie.
    >
    > No a Ty jesteś na której z tych pozycji? Asymilujesz wszystko czy masz mur z
    > klocków? Jakoś nie słyszałem, żebyś doznawał przy "Poniżej krytyki", ŁAPSERDAKU

    Zresztą a priori założyłeś, że ja z góry odrzuciłem NV jako konfekcję i chujnię,
    co raczej nie musi być prawdą. Próbowałem sobie zważyć w głowie jaki mądry cel
    może mieć wywracanie oryginalnej konwencji na easy-listeningową modłę i
    rozumiem, że może tu chodzić o dekonstrukcję, przeniesienie znaczeń, ironiczne
    spojrzenie na ideały sierpnia, wywołanie umysłowego fermentu, skłonienie do
    jeszcze jednego podejścia do tych oryginalnych wykonań, spojrzenia na nie w
    nowym świetle. Tylko ej, dla mnie to wciąż za mało, bo to wciąż gra z formą, za
    którą nie potrafię dostrzec nowych treści. Jest tak jakby ktoś przychodził i Ci
    powiedział: "ej, pierdolisz, koleś, a zobacz jacy my jesteśmy fajni". Tylko
    patrzę, patrzę i po prostu nic nie widzę. Jest Wielkie Nic. Na miejsce
    zdekonstruowanej Curtisowskiej rozpaczy jest... no właśnie kurwa co? Co Ty tam
    tak naprawdę słyszysz?


    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • braineater 23.03.08, 11:30
    Okej, przejdźmy na kino tarrantino. Bo obaj doń stosun mamy zapewne podobny. Dużo o gościu czytaliśmy, znamy ten temat od strony widza i od strony teorii i każden z nas zbudował sobie klocek z napisem Quentin-postmoderna, pastisz. Bawi nas, ale nie mamy go za wielkiego. I teraz wyobraź sobie, że przychodzi nowy Zygmunt Kałużyński (podsuwam Ci jednego z Bogów Absolutnych w moim panteonie, żebyś miał w co ładować) i na łamach Kina (bo przecież Filmu i stopklatki nie czytamy), rozpisuje 30 stronicowy esej, w którym z właściwą Zygmuntom Kałużyńskim dawką prawdy, stylu i przekonującego sposobu pisania, łapie Quentino Tarrantino od zupełnie niespodziewanej strony. Wiesz - pisze o rzeczach, które widzieliśmy w tych filmach, ale widzi je w taki sposób, w jaki my obaj nie bylismy w stanie ich zobaczyć, bo mamy ten swój klocek, który nam zasłania drogę nowe sposoby ujęcia. I teraz znowu dochodzimy do clou - pytania o to, czy jesteś w stanie choć na chwilę odsunąc swój klocek i sprawdzić jak do twoich teorii pasuje to co napisał ów hipotetyczny Kałużyński (wybrany specjalnie, jako symbol mega-łba kulturowego o tysiąc wielkości przerastającego nasze oba). W sensie, czy jesteś w stanie się otworzyć na każdy nowy klocek i coś z niego sobie uściubić, czy się zamkniesz, nie przyjmiesz tego, dojdziesz do wniosku, że pan Zygmunt kastruje sensy? Na przykład pisząc, czy ja wiem, że Tarantino, to reżyser na miarę Wellesa, Peckinpaha czy Sergio Leone i potrafiąc to udowodnić zgodnie ze wszystkimi regułami znanej nam sztuki interpretacji dzieła filmowego.
    Nie będę odpowiadał za ciebie, napiszę jak mam sam. Odsuwam moje klocki. jesli coś na pierwszy rzut oka nie pasuje do moich teorii, to raczej odsuwam moje teorie. wietrzenie magazynów i zapewnianie dopływu świeżego powietrza. Po przemieleniu idei pana Zygmunta moge owszem wrócić na pozycję, tarantino-postmoderna-pastisz, ale mój klocek już będzie wyglądął inaczej niż w punkcie wyjścia. niekoniecznie jest to działanie świadome - to jeszcze w nawiązaniu do twojego poprzedniego wrzutu, że dzieła budują nas świadomie. ono się po prostu odbywa, a ja przyjmuję wynik, albo kombinuję tak długo, by nadawał się do przyjęcia. I mam nadzieję, że w sytuacji, w której ktoś mnie postawi przed nieodpieralnym dowodem, że "Poniżej krytyki" to arcydzieło, będę w stanie to zrozumieć. Nawet jeśli będzie to groziło wywaleniem pieczołowicie układanych klocków. Zresztą jak przestaną mi się klocki przewracać, to dojdę do wniosku, że nie żyję, osiągnąłem absolut, albo zapadłem na katatonię. Z naciskiem na to ostatnie.
    I za to NV właśnie ma u mnie plusa - wywraca mi klocki, zmusza do gorączkowego nadpisywania nowych treści na rzeczach, które jakoby miałem juz poukładane. Ich zamiar może być stricte koninkturalny i nie być niczym więcej, niż skokiem na kasę 50 letnich biurw, które 30 lat temu cieły się żyletkami nad jabolem, słuchając jak młode brytolskie punki wykrzykują nienawiśc w sercu świata, ale ich zamiar akurat mnie wali. Cieszy mnie to, że ktoś zaatakował moje klocki i zmusił po raz kolejny do ustawiania ich w nowym porządku. Tak jak cieszyłby mnie dobrze napisany esej, z którego czarno na białym wynikałoby, że chuja wiem o tarantino i pozwoliłem się zakopać w stereotypach interpretacyjnych.
    Wszystko się znów sprowadza do tego o czym piszę tu zawsze, czyli tego na ile jesteśmy w stanie się otworzyć na pomysły, które ktoś nam zapodaje w muzyce, bez potrzeby natychmiastowego reagowania niechęcią i że to już było... I przy takim podejściu wkrótce okazuje się, że nawet odcinek Krecika, staje się dziełem o którym "mogę o nim gadać przez całą noc i objaśniać do jakich przemyśleń doszedłem
    > lub jakie pytania sobie zadałem." Co jakby jest fajne, przynajmniej dla mnie. Dla ciebie podejrzewam tez, bo inaczej byśmy nie walili rekordowych wierszówek, tylko poświęcili się konzumpcji śfiątecznych delikatesów:P

    P:)

    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • carmody 23.03.08, 13:10
    Dużo czytania na kacu. Od tego oczy wypadają z orbit i tańczą z gwiazdami na lodzie.

    Zostawię Was chłopaki z Waszymi klockami chyba. Bliżej mi do Brejna narazie. A
    nawet nie. Stoicki ował Obłego to maj czojs.

    Aimarowska potrzeba doznawania, tracenia gruntu pod nogami, upierdalania nogi od
    krzesła w wyniku obcowania ze sztukom. To jest temat!
    Padają tu zdania, że różnica między sztuką a popkulturą jest w głowie. No spoko.
    Ale zaraz Aimarek woła, że potrzebuje pissing z absolutu nieustannie, że jak nie
    dostanie działki to w ogóle się zajmować nie opłaca tworem. A przecież to proste
    chyba, że nie wszystko aspiruje do dzieł nad dzieła. Nie lezę do klubu ze
    striptizem żeby się zakochać. Dopuszczam taką myśl, że oczaruje mnie któraś
    tancerka i w ogóle okradniemy banki i uciekniemy do Damaszku czerwonym
    kabrioletem zajebanym z podjazdu Czarka Pazury. Ale idę tam w innym celu. Jak
    słucham NV to nie oczekuję, że mi upierdoli rzepki z kolan. Ale czasem zdarza
    się, że kończę jednak na tych kolanach, ze łzami w oczach. Na ten przykład dam
    Gogol Bordello, które było ot takim zabawnym bandem dla mnie, po pierwszym
    posłuchaniu stwierdziłem, że spoko, ale chyba wyłączę. I nie wyłączyłem i
    słucham non stop od 2 czy 3 lat i fanem stałem się okrutnym. I tu mógłbym
    wytłumaczyć dlaczego tak się stało w tym przypadku, ale szkoda literek. Lepiej
    skorzystać z tej furtki, pociągnąć sens i przejść do tego: można doznać przy
    czymś, co nie jest uważane za dobre, ba, nawet przy czymś co nie aspiruje do
    połamania Ci miednicy pogrzebaczem, żebyś na ziemi się znalazł (bo niedobre
    czasem aspiruje, albo przeważnie nawet). Za bardzo nie przychodzi mi dobitny
    przykład do głowy, ale to nie znaczy, że takiego nie ma i że nie przyjdzie. To
    może mniej dobitny (i krzywdzę chyba wszystkie zasady prowadzenia dyskursu,
    nochuj, w końcu nie spieram się, a emanuję. wybaczone być musi):
    Mój absolutnie ulubiony od kilku lat reżyser Miike Takashi kręci kilka filmów
    rocznie. W ciągu 15 lat zrobił tego ponad 70. Robi wszystko co się da -
    j-horrory na zlecienie, tanie masówki o gangsterach, filmy dla dzieci, adaptacje
    mang, akcje na video, wszystko. Co najmniej 1/3 z tego do dzieła wielkie. Miike
    teoretycznie porusza sie w kinie gatunków. Tak naprawdę robi, to co gupie
    francuskie wacki z NOMEN OMEN nowej fali chciały, ale wyszły im nudy z
    Belmondem. Robi swój gatunek. Dobra, bo odbiegłem od tematu. Dlaczego jego filmy
    często okazują się wielkie? Bo jak mówi Miike - pracując nie stara się zrobić
    wielkiego filmu, nie ma potrzeby kreować rzeczy poruszających i ważnych, nie
    aspiruje do statusu reżysera objawiającego. Ale w każdym jednym swoim filmie
    stara umieścić się coś, co sprawi, że ten film warto jest obejrzeć. Coś, co
    będzie wyjątkowe. Może to być film tani i zły z natury, ale Takashi zrobi tam
    coś cacanego i na to można zawsze liczyć. I często okazuje się, że coś wyszło
    dobrze i jeszcze tych wyjątkowych rzeczy jest kilka a nie jedna i mamy
    obezwładniające kino jak "Gozu - Teatr Grozy Yakuza", jak "Dead Or Alive 2",
    "Ichi The Killer", "Izo", "Bird People Of China", czy znane "Audition".
    W sumie nie to chciałem powiedzieć, to wywrócę to trochę na lewą stronę.
    Aimarek, czy popkultur aż tak Ci przeszkadza, że chcesz jego zniszczenia, bo nie
    wiem - w poszukiwaniu urwania głowy przedrzeć musisz się przez tonę szajsu (w
    Twoim rozumieniu powiedzmy, no przez tonę takich NV), czy po prostu denerwuje
    Cię to, że inni za wielkie uważają przysłowiowego Terpentino - no cholera, nie
    ważne czemu, ale spinasz się na ten absolut jakby. Szukasz go, robiąc ostrą
    selekcję, nie dając szans rzeczom po których nie spodziewasz się, że geniuszem
    błysnąć mogą. Oczywiście balangujesz, jesteś hipsterem, lejesz browar i
    bajerujesz setkę bikejek jednym spojrzeniem. Jak będzie trzeba zacytujesz
    52dębiec i sprostujesz komuś anegdotę z programu Wojewódzkiego, gdy ten ktoś
    pomyli Maleńczuka z Pazurą. Ale nadal uważasz, że rzeczy chwalące wielkie nic
    istnieć nie muszą, przy czym jak dobrze wytknął Brain - sam definiujesz wielkie
    nic. Zrób jak Miiike Takashi - zejdź z konia i poczekaj aż samo przyjdzie. Aż
    bozia uchyli nieba na zielonym polu rzepaku. Twórcy wychodzi, dlaczego ma nie
    wychodzić odbiorcy? Ja wierzę w to, że niektóre rzeczy trafią mnie same. Nie
    stawiam wokół siebie muru - łykam wszstko jak leci, jak nie smakuje to wypluwam.
    I kiedy po programie o dwóch kolesiach na kwasie noszących martwe ośmiornice na
    głowie włączę sobie Hypnotic Brass Band to czuję, że właśnie dostałem
    bitch-slapa od Jezusa.

    No i teraz dopiero nachrzaniłem. Bo pewnie znowu jakiś chwyt retoryczny i
    ustawiłem Cię Aimarku przy mojej ławie i zacząłem mówić co masz zrobić,
    zakładając, że robisz źle. Hm może potraktuj to jednak inaczej, bo wcale nie
    chciałem żeby tak wyszło. Więc przyjmijmy, że to powyższe to jest moja maua
    emanacja, że po prostu napisałem o sobie i rzeczach dla mnie istotnych parę zdań.


    Korzystając z okazji zapodam mojom mauom teorię, Teorię Andersonów. Jest mała i
    zgrabna. Otóż:

    Życie powinno być jak filmy Wesa Andersona. Tak powinno wyglądać. Tak winniśmy
    postępować jak bohaterowie tych filmów.

    Sztuka winna być jak filmy Lindsaya Andersona.

    Każdy powinien pukać taką laskę jaką puka Paul W.S. Anderson (jego żoną jest
    Mila Jovovich).

    Gram neuro na koniec: chłopaki, wybaczcie gupi post, ale kurwa nie mam zdrowia
    się z Wami ścigać w mądrych elaboratach. Postawiłem na uczucie. I bełkot.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • roar 23.03.08, 15:02
    Mogę też się wpierdolić, mogę? Sorry, Aimar, Brain, ale tak kocham, jak się kłócicie, że nie odmówię sobie poczucia współuczestnictwa, nawet jeśli pewnie cokolwiek napiszę to w porównaniu jakieś straszne banały i brednie będą.

    Fajną rzecz Car napisał, że doznaje nie mając oczekiwań. Polezę z tym dalej i dodam, że sam stosuję zasadę, że najlepiej w ogóle ich nie mieć. Przyjąć z zasady, że generalnie wszystko to kicha, wszystko już było, nic cię nie zaskoczy, klocki masz poukładane i niewzruszone - i potem skakać z radości, jeśli akurat się coś rozwali, i łatać na nowo. Wiadomo przecież, że najłatwiej się zdobywa teren z zaskoczenia - jeśli oczekujesz, że co chwila coś cię będzie napadać i burzyć twój światopogląd, to tym łatwiej odeprzesz ataki i tym łatwiej będzie ci machać na to ręką i odrzucać jako bezwartościowe post factum.

    Ta, propaguję post-modernę. Wolno mi.

    I właśnie u was obu jednego nie rozumiem - takich prób zawieszenia na siłę sztuki w otoczeniu. (O zgrozo u obu naraz, tylko z zupełnie innych pozycji wyjściowych i z inną motywacją.) Nie no, jasne, mentalnie jesteśmy w całości uwarunkowywani przez wszystko, co zobaczymy i czego się dowiemy, bez tego byłaby biała karta i żadnego odbioru nie byłby możliwy, ale nie można tego mieszać z samym odbiorem dzieł. Brain, popatrz, jeśli ci Kałużyński powypisuje jakieś piękne rzeczy na temat Tarantino, to nie doznasz wcale przez to na filmach Tarantino - doznasz na eseju Kałużyńskiego. I tu nawet nie chodzi o to, że tego u Tarantino nie ma, czy że zostało tam wstawione nieświadomie i przez przypadek - może nie, może Kłentę cały czas to planował, ale jemu się nie udało przekazać tego tak, żebyś zrozumiał. Udało się dopiero Kałużyńskiemu, Tarantino poległ (albo ty poległeś na Tarantino, ale już nigdy się nie dowiesz, bo teraz będziesz patrzył na Tarantino nie przez pryzmat siebie, tylko Kałużyńskiego właśnie).

    Dlatego - tu wracając do tematu, który jest słaby i o którym wszyscy już zapomnieli, no ale dobra - z zasady odrzucam wszystkie opinie o muzyce Nouvelle Vague, które wypływają ze źródeł innych niż muzyka Nouvelle Vague. Nieważne, czy jest to "uuu, zajebiście, fajna zabawa konwencją" czy "skandal, bezczeszczenie świętości" czy Aimarku twoja, skądinąd jak najbardziej słuszna (z, powiedzmy, socjologicznego (nie wiem, co to słowo znaczy, tak se wstawiłem, bo ładnie brzmiało) punktu widzenia) zjebka fanów i otoczki wokół grupy. To nie ma i nie może mieć znaczenia, w momencie, kiedy słuchasz Nouvelle Vague, to masz być tylko ty i Nouvelle Vague, nic więcej. Inaczej za doznania odpowiada nie muzyka, a rezonans bądź dysonans muzyki z oczekiwaniami względem niej, otoczką, którą już sobie zdążyliśmy wybudować, a więc w jądrze samym te oczekiwania i otoczka właśnie. Nie, że to źle, czy coś, dobrze, świetnie, tylko rozgraniczmy. To po prostu coś zupełnie innego.

    --
    Nobody cares how steep my stairs
    And nobody smiles if I cross their stiles
  • braineater 23.03.08, 21:52
    Pasuje mi ta Twoja teoria. Jest mega-buddyjska, ale spoko, daję się w nią wkręcić. Siedzenie na brzegu rzeki i czekanie aż zaczną przepływać trupy. A może to hobbity tak miały, nie buddyści?

    Co do tria - Tarantino-Kałużyński-ja, to jednak chyba nie do końca się zgadzam. Po to, żebym 'doznał', potrzebne są wszystkie 3 elementy tej układanki, żaden nie jest zbędny, choć jeden jest ważniejszy, niż oba pozostałe - 'ja'. To ostatecznie ja muszę sobie to wszystko poukładać, a obaj panowie dostarczają bodźców. Wiesz, jesli nie będe miał ochoty sobie tego układać, to zostane przy klocku Tarantino-postmoderna i dalej będzie mi z tym dobrze w życiu, a nawet lepiej, bo zaoszczędzę sobie czasu i wydatków energetycznych związanych z gruntownym przemysleniem tekstu i odniesieniem go do tego, co uprzednio myślałem na temat filmów QT.

    Nie wiem, czy ten cały nasz konflikt z Esem i Aimarem własnie się z tego nie bierze. Znaczy, nie to, że pomawiam chłopaków o gnuśność umysłową, bo byłbym niepotrzebnie złosliwym lujem wtedy, nie mając przy tym racji, ale oceniając choćby po sobie, w 99% przypadków, kiedy mam akcję 'a ić pą w chuj z (tą muzyką, tą książką, tym filmem), to nie wynika ona z jakiejś objektywnej chujowatości danego wytworu sztuki, tylko z mojego własnego lenistwa. Nie chce mi się analizować Cohelo pod jakimś szczególnie ostrym kątem tekstualnym, który pozwoliłby wykrzesać z jego książek parę ciekawych idei na temat roli pisarza kształtowanego przez nu-age'owy supermarket ideologii, to idąc na łatwiznę, wdziewam glany i kopię gościa po jajach, bo akurat jaja ma okazałe i łatwo nie trafić z półobrotu. Z czystego lesnitwa umysłowego reaguję agresją i staram się sprowadzić daną rzecz do poziomu, na którym wstyd się nia zajmowac na powaznie. (mam nadzieję, ze nie jestem zboczony i wszyscy tak mają, a w dalszej częsci wątku nastapi grupowa ekspiacja - jak nie, to dla przykładu się np wychłoszczę, albo zonę poprosze żeby mnie wychłostała upubliczniając potem zapis na red tubie)

    NV też ma okazałe jaja i też chyba w pewnym sensie prowokuje do tego, żeby w nie załadować kopa - co chłopaki powyżej czynią z lubością i nie bez racji. Łatwo tu znaleźć w ch rzeczy, do których można się przyczepić i pomysłów, które sprowadzone do jednozdaniowego grepsa w tradycyjnym stylu forumnej połajanki, będa brzmiały idiotycznie. Tyle, że to akurat taka kapela, zjawisko, jeśli można to rozciągnąc szerzej na cały cover-trend, nad którym chyba się warto inaczej zastanowić.

    Albo i nie a nam po prostu tęskno było do porządnej forumowej rozpierduchy :)

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • nienietoperz 24.03.08, 00:34
    Rewelacyjnie się Was czyta: to po pierwsze.

    Teoria megabuddyjska jest oczywiście teorią ostateczną, bo nie ma
    jak się kłócić i w mordę poglądom dawać, kiedy kontrakonwersant
    abdykuje z jakiejkolwiek postawy obrończej i z grubsza zawiadamia na
    starcie, że nic się już nie wydarzy ani za ani naprzeciw takiego,
    żeby go mogło do czegoś wartości albo i niewartości przekonać. Nie
    znaczy to, że jest teorią słuszną, a zaledwie, że jest szalenie
    wygodną. To po drugie.

    Nie mając żelaznego kręgosłupa, orlego wejrzenia i lekkiej
    klawiatury nie jestem się chyba w stanie spierać o fundamenta, ale
    mogę po raz kolejny wytknąć rozjazdy przykładowoznaczeniowe. I tak
    QT to kompletnie inne zjawisko niż NV. Nie czytając Kałużyńskiego
    mogę sam bez trudu stwierdzić, że filmy QT są efektem zarąbistego
    czuja i wysiłku włożonego w analizę materiału klasy C (cokolwiek by
    to miało przez chwilę oznaczać) po to, żeby dojść do podstawy
    struktur narracyjnych, modeli zachowań, wzorów budowania emocji, a
    dopiero następnie przewracania ich w układance i robienia z tego
    puzzla, który tworzy wartość dodaną, który może być czytany
    na różnych poziomach i zasadach. Muzyka NV koncepcyjnie nie wymaga
    żadnego wysiłku, bierzemy siedemnaście różnych kawałków materiału
    klasy A (znów cokolwiek by to miało przez chwilę oznaczać) i
    przykładamy je do jednakowego masowo budowanego błyszczącego
    opakowania po to, żeby w drobnej części rozrechotać Carmodych tego
    świata, a w dużej części przekonać gawiedź, że może mieć ten sam
    materiał ale bezwysiłkowo i w błyszczącej folii. Między obydwoma
    sprawami jest różnica. To po trzecie.

    Wiele z nieporozumień i sporów wcześniej bierze się z rozważania o
    tym, czy powinno się wkładać w znajdowanie sensu-kredensu jakikolwiek
    wysiłek. Brain stwierdzi, że oczywiście nie, i ze swojej pozycji
    gościa superformalnie i nieformalnie wykształconego popkulturowo
    będzie miał stuprocentową rację. Tyle, że podobne zdanie słyszałem
    niedawno od skądinąd niegłupiego chopoka, co to uważa, że książki i
    muzyka wymagające zastanowienia nie dają przyjemności. Chopok
    oczywiście też ma rację, bo i po co ma się zmuszać do zabawy co nie
    bawi i rozrywki co nie rozrywa? Tyle, że uczciwość prosta każe mu
    powiedzieć, że tysiąc sensów zgubił obiektywnie i jedwab A-klasy na
    folię zamienił. Opera (z akcentem na pierwsze o) nudzi mnie
    niemożebnie i nie mam nigdy zamiaru zmusić się do wysiłku
    znajdowania czy jeden kaszalot płci dowolnej wyciąga C siódme lepiej
    od innego, ale jednocześnie rozumiem, że może mi się przez to łeb na
    coś zamyka i tyle. To po czwarte.


    Z ukłonami,
    ciąg dalszy być może nastąpi,
    NN
    --
    Though this be madness, yet there is method in 't.
  • aimarek 24.03.08, 11:21
    Brain, właśnie do tego piłem w poprzednim poście, że po prostu nikt mi
    dotychczas nie próbował porządnie wyjaśnić na czym może polegać wielkość
    Tarantino i na czym może polegać wielkość (czy tam po prostu fajność) NV.
    Zatem, gdyby przyszedł taki Kałużyński vol. 2 i napisał takowy esej, to
    prawdopodobnie moje klocki mogłyby się poprzestawiać. Bo ja w ogóle jestem
    bardzo otwarty na interpretacje.

    Wisz, w Łodzi mam swój dkf, do którego przychodzą nieraz bardzo mądrzy (a nieraz
    przeciętnie mądrzy) ludzie i mnie to naprawdę rozpierdala, jak oni potrafią
    spojrzeć na filmy wielokrotnie przeze mnie przerobione, takie, o których –
    wydaje mi się – wiem wszystko. I nagle ci ludzie ukazują mi jakiś nowy punkt
    widzenia, który każe mi wszystko od nowa przemyśleć i poukładać. Czasem na plus,
    czasem na minus, a czasem neutralnie, ale po prostu inaczej. I to jest naprawdę
    zajebiste. Głupi przykład sprzed kilku dni, kiedy w trakcie przerwy śniadaniowej
    gadałem z koleżanką o „To nie jest kraj dla starych ludzi” i tam z typową dla
    siebie lanserką rozprawiam o sensach, duchu peckinpahowskim, potrójnych dnach, a
    ona (dziewczyna kompletnie nieobeznana w sprawach kina – trafiła na Coenów
    zupełnym przypadkiem) mówi mi: „no dobra, ale po co kręcić takie rzeczy, w
    których ludzie się mordują?”. Chodziło jej o to, że przecież w prawdziwym życiu
    raczej nigdy nie natrafimy na mordercę z pistoletem do zabijania bydła. I nie
    zobaczymy choćby połowy z tej liczby zmasakrowanych ciał, które pojawiają się u
    Coenów. Więc po co to oglądać? Banalne, naiwne pytanie, ale jakże celne! No i
    trochę mnie zgasiła. Oczywiście próbowałem tam błysnąć jakąś ripostą, ale w
    sumie rozkminiam to do dzisiaj.

    Zatem, jak mówię, moja niechęć do Tarantino wynika w dużej mierze z tego, że po
    prostu nigdy nie przeczytałem naprawdę dobrej mowy w obronie jego filmów. Czekam
    jednak z utęsknieniem, bo mam świadomość tego, że mój kloc może być w tym
    przypadku zbyt ciężki i po prostu chciałbym, żeby ktoś mi trochę zmienił optykę.
    Trochę racji ma Roar, mówiąc, że taki odbiór via Kałużyński, to już odbiór
    zniekształcony. No ale ja nie mam na tym punkcie specjalnego skrzywienia. Lubię
    przeczytać recenzję filmu czy płyty zanim sam do niej podejdę, uwielbiam
    przeczytać potem jakiś porządny, opasły tekst krytyczny, erudycyjną analizę na
    miliard stron i nie mam jakiejś spinki, że to wypaczy mój „naturalny” odbiór.
    Chociaż pewnie faktycznie przestaje on być wówczas „naturalny”.

    Z NV analogicznie. Nie jest tak, że gadamy o tym zespole i ktoś mi tam rzuca
    argumenty a ja się zamykam jak rycerz krzyżacki w swoim szyszaku. Tylko na razie
    te argumenty były mało przekonujące, ale już ten o wywróceniu Twoich klocuszków
    i konieczności nadpisania nowych odczytań – całkiem ciekawy.

    Czy dzieła budują nas świadomie? Nie wiem za bardzo o co chodzi. Może gdzieś
    wyraziłem się niejasno.
    Według mnie jest tak, że po prostu stykając się z różnymi wytworami działalności
    człowieka czasem zmieniamy sposób postrzegania różnych spraw. Ale raczej rzadko
    jest tak, że po spotkaniu z masterpisem mówisz sobie: „whoa, teraz to jestem
    innym człowiekiem :|” – ja mógłbym wskazać (i to z dużym trudem) ze 3-4
    przykłady jakichkolwiek utworów, które wywołały we mnie aż tak wielki szok.
    Zazwyczaj odbywa się to o wiele bardziej płynnie, nawet niezauważalnie w
    mikroskali czasowej. Tak jak płynnie i niezauważalnie zmieniają Cię spotkania z
    różnymi ludźmi.

    Teraz do Cara:
    No faktycznie ja mam wielkie wymagania w stosunku do muzyki, kina itd. Nie wiem,
    po prostu mam czasem takie poczucie, że tyle jest wielkich książek, których
    jeszcze nie przeczytałem i tyle wielkich filmów, których nie obejrzałem, że
    szkoda czasu na oglądanie rzeczy średnich, czy tam nawet dobrych, skoro czekają
    masterpisy. Natomiast miej świadomość tego, że do pewnego stopnia oczywiście
    wyolbrzymiam. Przejesz nie jest tak, że rozrywką całkiem gardzę. Wczoraj np.
    urządziliśmy se z kumplem wódczany wieczór z Rambo (najpierw poszła czwórka, a
    potem flashback do dwójki). Doznaję przy filmach z Brucem Willisem („Die Hard”,
    „Ostatni skaut”, którego pierwsza połowa to probably najlepszy film akcji ever –
    dalej się trochę kaszani) i kilku innych, natomiast nie mam spinki na to, żeby
    oglądać absolutnie wszystko co mi ktoś poleci, na zasadzie „A NUŻ WIDELEC będzie
    jakaś niespodzianka”. Szkoda na to czasu, bo po prostu wiem, że jezdem wybredny.
    Ale takie miłe niespodzianki ofkors się zdarzają. Ostatnio np. „Obsługiwałem
    angielskiego króla”, na które poszedłem przypadkiem, Hrabala lubię tak sobie i w
    ogóle nie miałem żadnych nadziei, a po seansie czułem się leciutki niby jakaś
    śnieżynka i miałem ochotę wyrwać wszystkie bikejki jakie spotkam na swojej
    drodze (jak na razie skuteczność mam niższą niż Shaquille O’Neal z osobistych).
    Nawiasem pisząc, ej, czy znacie drugą tak zajebistą filmową odę do kobiecego
    ciała? Jeśli tak, to zarzućcie no tytułami.

    Inny przykład takiej niespodziewajki: „Zaginiony” Costy-Gavrasa z ’82 roku.
    Rzecz zupełnie nie z moich klimatów, a którą oglądałem ze ściśniętym żołądkiem i
    w wielkim zachwycie.

    No ale dobra, bo blog się robi.

    Teoria Andersonów faktycznie świetna. Ale zabrakło w niej miejsca dla Paula
    Thomasa Andersona. „There Will Be Blood” zdetronizowało ostatnio „Lucky Mana” na
    liście najlepszych dokonań Andersonów. Łomatko, cóż to za film :|

    I nie sądzę, żebym faktycznie wykazywał jakieś szczególne lenistwo w kontaktach
    z rozmaitymi utworami. Czasem tak, a czasem szukam czwartego dna nawet w tych
    pozornych chujostwach (czasem znajduję, czasem nie). No ale znowu, nie wymagajmy
    od siebie rozkminiania absolutnie każdego wytworu ludzkiej działalności. Nie
    chcę się wpędzać w jakiś całkowity relatywizm, w którym każda rzecz jest równie
    dobra, zależy tylko od naszego nastawienia. Again, chyba szkoda mi życia na to.
    Nie umrę ze zgryzoty, jeśli pewnego dnia uświadomię sobie, że 30 lat temu
    niewłaściwie oceniłem „Titanica”. I tak samo, nie każdy musi doznawać przy
    Poniżeju. Po prostu tak nas Bozia stworzyła, że jedni lubią skwarki z solarium,
    inni – emo-girls, co wstawiają na grono fotki swoich stóp, a jeszcze inni –
    wielkie, wąsate zapaśniczki. I to jest właśnie synteza. I to jest nowa koncepcja
    sztuki.


    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • braineater 24.03.08, 13:05
    Rozbijamy się o jedną rzecz, o która chyba już sto lat temu się rozbiłem z Toperzem w innych okolicznościach forumowych.

    Normalnie będzie kazanie w temacie "fuck the masterpis".

    Masz kurde szanse na jakieś jeszcze 60 lat życia, o ile spędzisz je na smutno, nie pijąc, nie jarając, nie dupcząc i nie wkurwiając się przed ekranem częsciej niz raz dziennie. Ograniczając sobie doznania do selektywnie wybranych, takich, o których plus minus wiesz, że cię 'wzbogacą' (flaszka tabletek Centrum, marchewka na śniadanie, film Bergmana na wieczór, a do poduszki 3 strony Rozważań o metodzie Kartezjusza), dociągniesz nawet do 90. Wiesz, spokojne poukładane zycie w którym jest miejsce na wartości i zachwyt dokonaniami humanizmu. Przez 20 kilka pierwszych lat rózni ludzie ci podsuwają tego typu tematy - wiesz, przeczytaj Eco, posłuchaj Milesa, kup sobie Zwierciadło z selekcją filmów Felliniego, zajrzyj w końcu do tej jebanej Lalki - to cie uczyni lepszym. Popatrz ilu mądrych ludzi zna te wszystkie rzeczy i do czego doszli <do pensji doktoranta>. Znając te tematy jesteś normalnie 'lepszym człowiekiem'. Nabierz ogłady&wykształcenia, nie 'marnuj czasu' na oglądanie_słuchanie_czytanie gówna. <jezu, chłopie, naprawde oglądasz tego Jesusa Franco, wkręcasz się w porno-fantasy?Nie szkoda ci czasu? ...noż, fuck>.

    I spoko, mogę zrozumieć takie podejście, tylko za nic nie kumam. Znaczy rozumowo to ogarniam, lans na wiedzę & ogładę nie jest mi daleki i wiem jakie oddaje przysługi. No ależ kurwa, ile można? Ile można wchłonąc dzieł w sensie DZIEŁ <kleknij, jebnij głowa o podłogę, here comes the Shakespeare and he teach you!> Jakbyś do tego nie podchodził, to po jakims czasie staje się męczące i dołujące. Si, dołujące - głownie dlatego, że za coś byś się z tych kategorii nie brał, czy weźmiesz się za analizę myśli Pascala czy za próbę uchwycenia swoich wrażeń w obliczu Kind of Blue, zawsze, najdalej po 3ch minutach okazuje się, że jakiś wyżarty intelektualnie chuj sprzed wieków <prof dr hab> JUZ TO POWIEDZIAŁ. Lepiej najczęsciej, układając te same wnioski do których ty teraz w pocie czoła dochodzisz w zgrabny, racjonalny i przemyślany format. <No bo wiesz - wydaje mi się, że głownym tematem u Szekspira jest zazdrość ---eeeeeeee, men, go fuck yourself, przeczytaj Rene Girarda... no, bo wiesz stary, wydaje mi się, że Miles gra na Kind of Blue za pomocą zajebiście prostych patentów---eee, spierdalaj, słyszałem jak o tym mówił Herbie Hancock> I asymilując tylko i wyłacznie arcydzieła, rzeczy uznane i znane, masz duże szanse, że przejdziesz przez te 90 lat zycia nieskażony własnym pomysłem. Takim, który byłby tylko i wyłacznie twój, model maj prisszziusss.

    Wiesz, przed nami było w chuj ludzi, któzy juz zakochiwali się w Milesie, czy Baudrillardzie do tego stopnia, ze my na pewno nie wbijemy się na taki lewel. Myśleli o nich 24/7 pod każdym mozliwym kątem i w cholerę rzeczy wymyślili - najczęściej słusznych, mądrych, zajebiście przekonujących i w ogóle błyskotliwych. Jak jesteś kumatym chłopcem/dziewczynką, to przyjmujesz ich tezy, dochodząc do słusznego wniosku, że wyżej chuja nie podskoczysz.

    Tyle, że stanowoczo za mało w tym czystej radości z faktu - sam coś rozkminiłem. Nie masz szans se rano błysnąć zębami w uśmiechu i drapiąc się po jajach, stwierdzić skromnie - no, kurwa, jestem genialny. Rozgryzłem to, wiem o co temu lujowi szło w 3 akcie Burzy, kiedy Prospero zaczyna tę swoją nawijkę. Nic z tego - po prostu wchłonąłeś te wszystkie interpretacje, analizy i stanowiska badawcze, razem z tekstem głownym. Brakło miejsca na to, żeby samemu sobie coś wytłumaczyć. Z wygody, lenistwa i szacunku dla całego stada naprawdę kumatych gości, którzy zajmowali się tematem przed nami, z zasady odpuszczamy własnorozumowe rozkminianie arcydzieł.

    Stad, sory, ale chyba pierdolę. Czas na wchłanianie arcydzieł, zachwyt dokonaniami ludzkości, to się ma pomiędzy 10 a 25 rokiem zycia, kiedy we łbie w miarę pusto. Jak ci szkoła za bardzo w tym nie przeszkadza, to spokojnie przez te 15 lat jesteś w stanie pochytac Wielkich, razem z całym bagażem kulturowym, który ze soba przywlekli. Masz wtedy czas, żeby się nimi zachwycić, poczytac tych wszystkich brodatych dziadów, którzy ci opowiedzą, o tym co przeczytałeś, zobaczyłeś, posłuchałeś, zgodzić się z nimi i jakąś całość z tego wszystkiego poukładać. Jeśli nie złapiesz tego wtedy, to po prostu zjebałeś. You just miss it. Pogódź się z tym.

    To dokładnie tak jak z rozrywkami ekstremalnymi typu cpanie czy napierdalanie rowerem w downhillu. Wiesz, jak wrzucasz pierwszego kwasa mając 16 lat, to wszystko w normie, jak się w tym wieku wykurwisz na bmxie z 30 betonowych schodów, to też nie jest to zachowanie zaskakujące szkdodliwe dla zdrowia. Jak robisz to mając lat 70, to sory, trochę wychodzisz na debila. Ani ci to juz niczego nie da (bo nawet jeśli jesteś geniuszem i jesteś w stanie rozkminić arcydzieło na jakims mega niespotykanym poziomie, to nie masz juz czasu, żeby to ludziom wytłumaczyć), ani nie jest szczególnie bezpieczne dla zdrowia. Wiesz taka sytuacja zupełnie hipotetyczna pod tytułem, na 80 urodziny dostajesz pierwszą płytę Milesa, przesłuchujesz ją od razu i wtedy do ciebie dociera - no jak kurwa mogłem być tak zjebany, żeby nie zrobić tego wcześniej??!! I szlag cię trafia na smutno, bo widzisz, że przez 80 lat omijał cię kawał obłednie pięknej rzeczywistości. Nic więcej oprócz smutku i żalu za zjebanymi latami nie jest ten Miles w stanie już w tobie wywołać.

    Wracając - arcydzieła po prostu trzeba chwytac kiedy się ma we łbie jeszcze te całe miejsce, którego nie zajęły kreskówki z cartoon network, wkurw na rzeczywistość i coraz intensywniejszy obraz gołych cycków, które prędzej czy później i tak się staną najważniejszym tematem w życiu.

    I teraz przyjmijmy sytuację idealną, że you got it. Załapałeś, w wieku odpowiednim zasymilowałeś dziedzictwo ludzkości, na własną rękę decydując co ci z tych klocków pasuje, co nie, w jakiś sposób cię one ukształtowały, pomogły zorientowac się w świecie.

    I zostaje ci te 60 lat, z którymi musisz coś zrobić. I luz sposobów jest miliards, możesz sobie zorganizować czas dookoła szukania idealnych cycków, zarabiania kasy, oglądania M jak M w teve - każdy ma swój. Ale co wtedy, jeśli serio przez te lata czytania i oglądania, serio się wkręciłeś? Wiesz, twoim ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu (a czasem tez zarabiania kasy) zostało czytanie, oglądanie i słuchanie?

    Opcje sa dwie - albo wchodzisz sobie na ambicję i zaczynasz od nowa pochłaniać te wszystkie arcydzieła, co juz znasz, z mniej lub bardziej świadomym zamiarem, nu pogodi, kutasy, rozkminię tego Szekspira jak nikt i dopiero wtedy zobaczycie who's Master -Blaster.

    Albo załaczasz telewizor, łapiesz się na M jak Miłośc i zaczynasz kombinować. Czemu oni mówią o tym a o tym nie? Czemu baby w tym serialu są albo w kuchni albo pracy? Czemu tam się nikt nie pierdoli a dziecka wyskakują z kadru nowe w co drugim odcinku? Po 5 minutach możesz dojśc do wniosku - a chuj mnie to obchodzi, albo stanie się rzecz nader przyjemna - zaczynasz łapac M jak Miłośc na kompletnie innym poziomie.

    Tak! - pojawia się ten chamski błysk satysfakcji i samouwielbienia i szydercze - mam was chuje. Wiem, co próbujecie ludziom wkręcić. Wzrost ego 100%. Ba, nawet nie musisz tego nikomu mówić - to ta sama przyjemność, co szybkie zwalenie gruchy w wieku lat 70 - i did it! I'm just fuckin amazing! Satysfakcja z tego, że coś tam umiesz i potrafisz.

    --
    <a href="www.ultramaryna.pl/mkk/" target="_blank">Frustrated attempt to be
  • braineater 24.03.08, 13:06
    Ograniczanie się tylko do arcydzieł, twierdzenie, że nie warto się przegrzebywac przez tony gówna, jest postawą zrozumiałą, acz ponurą. Pozbawiasz się tej prostej satysfakcji, ciągle tkwisz w cieniu tego, co jakiś gośc powiedział sto lat temu i nikomu nie udało się jeszcze wysunąć rozsądnego kontrtwierdzenia. Możesz siedzieć i kontemplować, rozmyślać a i tak ostatecznie dojdziesz do tych samych wniosków, co ów gośc. a jak nie to naturalnym odruchem jest zjazd ego - na zasadzie, no kurwa, wiedziałem, że jestem głupszy niż profesor z Heidelbergu. I się wpędzasz w niepotrzebne stresy.

    Przy grzebaniu się w totalnej pop siece nie masz takich akcji — jeśli czegoś nie zakumasz, nie wkręcisz się, zawsze możesz wstać, splunąc na ekran i z radosną wyższości stwierdzić — ee, to jest chujawarte. I tyle, zagaszone, koniec tematu, przecież nikt zdrowy na rozumie nie będzie ci udowadniał, że w M jak M kryją się jakieś wiekopomne sensy, czy prawdy na temat kondycji człowieczeństwa. To przecież sieka jest, lekarstwo na samotną menopauzę.

    Stąd grzebanie się w syfie popowym to sytuacja zawsze zwycięska. W chuj satysfakcji jak pośród miliona Dod, Mandaryn czy Much trafisz na jedne Karpaty Magiczne i cię dożywotnio wkręcą, dostarczając olbrzymiej radości; i zero strat, jeśli spokojnie odpuścisz, stwierdzając w dupie mam takie tanie podpierdolki, idę sobie posłuchać Milesa.

    To wszystko oczywiście działa w sytuacji kiedy nie urodziłeś się z mózgiem zjebanym w genialność i potrzebę udowodnienia światu i sobie, że jesteś wielki. Jeśli jednak jesteś z tej drugiej opcji, czego każdemu wypada w miarę szczerze życzyć, no to spoko. Jedz całe życie arcydzieła, skoro ma ci to pomóc stworzyć kolejne. Potrzebujesz zdrowej diety, masz tu ci przyniosłem Zeszłego lata w Marienbadzie, powiedz mi co z tego rozumiesz.

    Ale jak jesteś normalnym gościem/laską to fuck, przecież nie da się całe życie jechać na haute cousine, czasem trzeba sobie pierdolnąć krupnioka pod flaszkę. A nuż się okaże, że to krupniok eksperymentalny, jedyny taki na świecie i jak się dobrze wpasujesz, to zostaniesz jedynym na świecie koneserem tych krupnioków? Normalnie satysfakcja (nie wspominając nawet o tym, że się porządnie nażarłeś).

    Tyle. Nawet nie wiem czy to jeszcze na temat, bo ani słowa o Nouvelle Vague nie było, ale mam nadzieję, że kumasz (pewność mam nawet), jak pasują oni do tej teorii. Zeżarłeś w wieku odpowiednim dania przyrządzone przez Clashów, JD, dałeś sobie wytłumaczyć o co w nich chodzi, dostajesz NV i podchodzisz do nich bez spięcia. Tak, jak opisane wyżej wbicie się w m jak m. Albo dochodzisz do wniosku, ze cię to kompletnie wali i idziesz sobie gdzieś dalej (chyba, że akurat zaangażowałeś się w świąteczny wątek na forum), albo na spokojnie po swojemu, ku własnej uciesze i satysfakcji rozkminiasz sobie różne idee ukryte za ta koncepcją (i wtedy sam taki wątek zakładasz:)

    Koniec wyznań. :P

    P:)

    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • nienietoperz 24.03.08, 14:10
    Ha,
    trafiliśmy właśnie zdaje się na element wiele wyjaśniający. Wszystko
    to, co piszesz, startuje z punktu widzenia chopoka, który pominąwszy
    wspólną nam wszystkim radość z oglądania gołych wdzięków damskich w
    kontekstach dowolnych czerpie 99% impulsów, bodźców i satysfakcji z
    szeroko rozumianej rzeczywistości kulturalnej, be it oglądanie M jak
    M, be it tłumaczenie przypowieści o Mao ojcu narodu, be it nawalanie
    się ogólnotekstowe z głupszymi kolegami na forum. No i wtedy rację
    masz dwustuprocentową, nie widzisz jednak tego, że jest to
    perspektywa słabo ogólna. Trudno mieć o to pretensje, nie wymagam
    od Braineatera pisania z punktu siedzenia pani Jadzi czy pana NN
    (choćby dlatego, że pewnie pani Jadzia i pan NN szybko by mnie
    znudzili). Tyle, że kiedy próbuję to, co piszesz przesunąć do
    swojego mózgu, trafiam na prozaiczne nielogiczności.
    Niżej przykłady:

    ********
    > Wiesz, przed nami było w chuj ludzi, któzy juz zakochiwali się w
    Milesie, czy Baudrillardzie do tego stopnia, ze my na pewno nie
    wbijemy się na taki lewel. Myśleli o nich 24/7 pod każdym mozliwym
    kątem i w cholerę rzeczy wymyślili - najczęściej słusznych, mądrych,
    zajebiście przekonujących i w ogóle błyskotliwych. Jak jesteś
    kumatym chłopcem/dziewczynką, to przyjmujesz ich tezy, dochodząc do
    słusznego wniosku, że wyżej chuja nie podskoczysz.
    >Tyle, że stanowczo za mało w tym czystej radości z faktu - sam coś
    rozkminiłem. Nie masz szans se rano błysnąć zębami w uśmiechu i
    drapiąc się po jajach, stwierdzić skromnie - no, kurwa, jestem
    genialny.
    ********

    Fałsz prosty - jeśli chcę poczuć się genialny i zrobić coś, czego
    żaden luj wcześniej nie zrobił, to zamykam się w pokoiku na sześć
    godzin i jeżdżę swoim łbem po własnościach aproksymacyjnych algebr
    operatorowych. Też co prawda efekty bywają różne, ale zdarza się, że
    goście typu mtyczny Miles przynajmniej słuchają tego, co mam do
    powiedzenia. Nie muszę się spinać na super osiągnięcia
    interpretacyjne, kiedy czytam Brocha, bo potrzebę się-spinania
    realizuję gdzie indziej.

    ******
    > Albo załaczasz telewizor, łapiesz się na M jak Miłośc i zaczynasz
    kombinować. Czemu oni mówią o tym a o tym nie? Czemu baby w tym
    serialu są albo w kuchni albo pracy? Czemu tam się nikt nie pierdoli
    a dziecka wyskakują z kadru nowe w co drugim odcinku?
    *********

    No i znowu - kiedy mam już dość się spinania ambitnego, walki o
    sens, zrozumienie i tak dalej, to nie muszę się przesuwać w stronę M
    jak M, a mogę założyć szorty i iść pograć z chopokami w piłkę,
    założyć plecak i jechać pod namiot w góry, włączyć komputer i pograć
    z kolegami w brydża.

    Czasami zaś przychodzi czas taki, że chciałbym się dowiedzieć czegoś
    o sobie, o ludzikach innych, o schematach i wzorcach, porozkminiać
    sobie sprawy różne bez potrzeby poczucia superwielkości i
    nowatorskości własnej, pobawić się słowem, dżwiękiem czy obrazem.
    Wtedy materiału do trawienia i zabawy dostarcza mi choćby QT, a nie
    dostarcza NV. Obiektywnie.

    Twoja wizja jest wygenerowana przez ideał Braineatera, bytu
    internetowego z (pop-)kultury zbudowanego, nią się żywiącego, nią
    zaspokajającego wszelkie potrzeby psychofizyczne. Oczywiście byt ów
    nie ma nic wspólnego z panią Jadzią, panem NN, gromadą gawiedzi
    wszelakiej przy NV pląsającej ani zapewne z Tobą rozumianym jako
    gość teksty Braineaterze w klawiaturę wstukującym. Całe te próby
    dyskusji służą z mojej strony po części temu, aby przestrzec
    młodzież, żeby nie brała tegoż bytu na poważnie. Tyle, że taka
    młodzież, którą przestrzec należy i tak tego nie czyta:-)

    Z ukłonami,
    NN
    --
    Though this be madness, yet there is method in 't.
  • braineater 25.03.08, 10:47
    będę sobie w ramach przerw w pracy wybierał co ciekawsze kawałki i odpowiadał :) Miałem wczoraj w nocy, ale doszedłem do wniosku, że niegodnie byłoby Cie Toperzu potraktowac nietrzeźwym brejnitrem.

    Z Tobą to się rozumiemy z jednego powodu - Ty masz zawód, w którym jesteś nawet jesli nie genialny (w moich oczach dużo wyżej, ale to taka dziedzina jak czarna magia o której się nie mam prawa wypowiadać), to na pewno błyskotliwy i stąd ekipa z Twojej branży słucha tego, co mówisz, patrzy na Ciebie uwaznie, zaprasza Cię na konferencje, seminaria, daje Ci jakąs kasę na to, byś mógł rozwalić m-tykę od środka. Wiesz, szacowna naukowa kariera w dziedzinie hermetycznej.
    I wtedy w pełni się zgadzam, że:
    "Nie muszę się spinać na super osiągnięcia
    > interpretacyjne, kiedy czytam Brocha, bo potrzebę się-spinania
    > realizuję gdzie indziej."
    Też bym się nie spinał, uwierz:)

    Ale cała ta dyskusyjka toczy się w obrębie culture-junkies. Nie wiem, co Aimar czy Kubasa chcą dalej robić, znając kulturwisenszaftowców, oni pewnie tez jeszcze nie:), ale pewnie ich przyszłe zarabianie i organizowanie sobie zycia, będzie w pewnym, jesli nawet nie głownym stopniu, zależało od stanu kultury i tego, co będą o niej pisać, czytać etc. Ja zarabiam na kulturze, Car też (obaj głownie na crapie kulturowym, więc stąd też jedno z możliwych źródeł takiego a nie innego podejścia)
    Stąd się spinamy - tak, jak Ty byś się spiął, gdyby (no, sorry nie wiem, co można w Twojej dziedzinie zrobić bulwersującego? Udowodnić, że Fibbonaci nie istniał, a tym samym jego wzory? - coś sobie podstaw:) I teraz jest tak, że w swojej dziedzinie, nawet jesli byłbyś tylko nauczycielem w wiejskiej podstawówce, to musiswz być na bieżaco - znać klasyków, tych tam wszystkich Euklidesów, Pitagorasów, ale też kumać wszystkich młodych gniewnych, którzy w Qxfordzie ogłaszają, że tabliczka mnożenia to fikcja. Podejrzewam, że na seminariach i tajnych forach dla m-tyków jesteście w stanie toczyć dokładnie takie same dyskusje na temat jednego wzoru i kontrwzoru, jak tutaj na temat NV. I pewnie sporo osób się spina w obronie jakiś teorii, bo to jakby normal. Nie dziw się więc, że każdy z nas, prócz tego, że poszukuje zmasowanych doznań, to jeszcze stara się do nich jakąś zgrabną teoryjkę ułożyć i potem ją przepchnąć. Fakt, że jak każda dyskusja, to to są poniekąd zawody w mierzenie fiutów, no ale...

    > No i znowu - kiedy mam już dość się spinania ambitnego, walki o
    > sens, zrozumienie i tak dalej, to nie muszę się przesuwać w stronę M
    > jak M, a mogę założyć szorty i iść pograć z chopokami w piłkę,
    > założyć plecak i jechać pod namiot w góry, włączyć komputer i pograć
    > z kolegami w brydża.

    To znowu inne sposoby organizacji czasu, tez nie do rozstrzygnięcia. Jak mam dośc kultury, to idę z psami na spacer. Tyle, że w słuchawkach coś grzmi, a większośc czasu siedze na ławce w parku i coś czytam. Znowu - masz o tyle łatwiej, że jesteś w stanie oddzielić pracę od czasu wolnego - nie otaczają Cię przez 24 skomplikowane wzory i równania, które aż się proszą, żeby je rozgryźć. A w wypadku culture-junkie po jakimś czasie może być wszystko - przestaje się wyłaczać myślenie w trybie analitycznym i idąc przez miasto, zamiast przyglądac się pannom, czytasz blilboardy. Idąc z kumplami pograc w piłę, najpierw musisz wyrzucić ze łba komiks Chrisa Ware, dekodujący granię w nogę, jako ukrytę fabułe gej-porno. Po prostu - chcac nie chcac - non-stop jesteś w pracy, bo ta praca jest wszędzie.

    > Twoja wizja jest wygenerowana przez ideał Braineatera, bytu
    > internetowego z (pop-)kultury zbudowanego, nią się żywiącego, nią
    > zaspokajającego wszelkie potrzeby psychofizyczne.

    Blisko :) Co gorsza, stadium coraz ostrzej przenosi się na środowisko pozanetowe:P Ale na wzór dla młodzieży się nie łapię:)

    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • aimarek 24.03.08, 14:18
    Dobra, ziewy się wkradają. Idę na obiad.
    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • aimarek 24.03.08, 17:06
    No dobra, przyznaję, że w pierwszym odruchu uniosłem się jak to zawsze bywa
    wtedy, kiedy zmęczeni wierceniem dziury w brzuchu, na odczepnego rzucamy „oj
    pierdol sie, zostaw mnie i moje żołnierzyki”. No ale potem przyszła chwila
    refleksji, że Ty to przecież wszystko z miłości. No więc zjadłem obiad i
    przeczytałem Twoje posty raz jeszcze.

    Oto moje wyznanie:

    Mam 25 lat. Może to ostatni rok wkręcania się w masterpisy. Nie wiem. Wiem
    natomiast, że nieobce jest mi pływanie w oceanie gówna. Moja praca magisterska
    to było m.in. rozgrzebywanie kina gore i filmów akcji z Banderasem. Na zajęciach
    oddawałem się dokładnie temu, o czym napisałeś: rozkminianiem M jak M. Toczyłem
    niekończące się dysputy o popkulturze, filmach karate i grach video. W szkole,
    po szkole, na imprezach, z kumplami, dziewczynami, kimkolwiek. I w pewnym
    momencie uderzyło mnie: jestem koprofagiem :| Zajmuję się bzdurami. Ale nie
    chodziło tu o myśl: „taki duży chłopak, a ogląda Drużynę A, weź zajmij się czymś
    bardziej pożytecznym”. Nie, to nie to. Bardziej na zasadzie: „Musi być jeszcze
    jakaś inna rzeczywistość”.

    Moje pierwsze zderzenie ze „Stalkerem” Tarkowskiego to był wstrzóns. Nastąpiło
    to tak, że gdzieś tam przeczytałem, że Tarkowski WIELKIM REŻYSEREM BYŁ i
    postanowiłem sprawdzić. Sprawdziłem i rozjebało mi mózg. I to było klasyczne
    zetknięcie ze znienawidzonym przez Ciebie pojęciem masterpisu. Zetknięcie
    wystrzeliwujące w kosmos. Podobnie było z „Siódmą pieczęcią” czy „Personą”
    Bergmana – człowieka z jeszcze wyższego piedestału, obrzydliwie dopieszczonego,
    przeanalizowanego miliardy razy pomnika. I chuj że pomnik, skoro znowu miałem
    wrażenie jakby przemawiał do mnie duchowy brat? Jakby ktoś ubrał w obrazki
    wszystko to, co gdzieś mi się tliło pod kopułą, wszystko to, co czułem
    podskórnie, ale czego nazwać nie potrafiłem.

    Sytuacja inna: kumpel pożycza mi płytę „Spiderland” zespołu Slint. Nazwa gdzieś
    mi się obiła o uszy, ale nie wiedziałem zupełnie co to za band. Kumpel chwalił
    umiarkowanie. Posłuchałem i znowu jakby mnie ktoś w prasie hydraulicznej
    uplasował. Potem dowiaduję się, że to w ogóle jakiś mega przełom był i jedna z
    najważniejszych płyt lat 90., ale dowiedziałem się post factum, więc do
    pierwszego odsłuchu nie startowałem z kolan.

    Do czego zmierzam? Ano do tego, że czy się nastawiasz na masterpis, czy się
    nastawiasz po prostu na zwyczajną rzecz do przerobienia, reakcje mogą być
    identyczne. Natomiast gdy piszę, że szkoda życia na gówna, to mam na myśli rzecz
    najoczywistszą z możliwych: po prostu TRZEBA jakoś selekcjonować materiał, z
    którym się stykasz. Wiem, że Ty chyba w ogóle nie selekcjonujesz. Kręci Cię
    ściąganie przypadkowych rzeczy. Sorry, próbowałem łykać kilka Twoich muzycznych
    zajawek wygrzebanych nie wiadomo skąd (zachęcony tym, że lubisz np. Zorna czy
    Laswella, myślałem, że NADAJEMY NA TYCH SAMYCH FALACH). Czasem nastawiałem się
    tak: „łooo to na pewno będzie zajebiste :| odpadnę”. Czasem nastawiałem się tak:
    „no może będzie fajne, a może słabe. posłuchajmy”. I zarówno w pierwszym, jak
    drugim przypadku reakcje były najczęściej bardzo chłodne. Podchodziłem do tych
    rzeczy jeszcze kilka razy („no przejesz musi w tym coś być, skoro Brain doznał”)
    i jednak po kilku-kilkunastu minutach odpadałem. Wniosek: ludzie po prostu mają
    różne upodobania. Tyle. Z jakiegoś powodu zdajesz się tego nie zauważać,
    wyznając momentami teorię, że jeśli odbiorca przy czymś nie doznał to pewno z
    lenistwa. Ale czy nie wpadasz tu w pułapkę jakowąś? Sam pamiętam jak na innym
    forum mówiłeś, że zasypiałeś zawsze przy Bergmanie. No ale kręci Cię np. Ozon.
    No i co z tego wynika? Idąc Twoim tropem, po prostu nie chciało Ci się
    odpowiednio rozkminić Bergmana. Albo odrzuciłeś go a priori ze swojego
    organicznego zbrzydzenia do rzeczy POWSZECHNIE UZNANYCH. Ale czyż nie byłaby to
    pułapka w takim samym stopniu jak jaranie się *wyłącznie* rzeczami uznanymi?

    Nie wiem, ja staram się kombinować różne metody. Czasem sięgam po uznane
    masterpisy, czasem sięgam po uznane gówna, ot tak na przekór, czasem sięgam po
    coś przypadkowo. Najczęściej stosuję faktycznie metodę pierwszą, bo to ona
    statystycznie najczęściej doprowadza mnie do dużych doznań. Ale znowu, część z
    tych „uznanych masterpisów” są uznane dla grona tak niewielkiego, że 99,99%
    ludzi nigdy o nich nie usłyszy, a nawet studenci kulturoznawstwa rozdziawiają
    gęby, bo oni właśnie ekscytują się głównie tym, o czym mówisz: M jak M czy
    żółwiami ninja. Ej, naprawdę to jest teraz dominujący trend, żeby dłubać przy
    popkulturowych toksykaliach. Serio, Tarkowskiego już nikt nie ogląda. On jest
    zamknięty w zakurzonej szkatułce. Jeżeli np. wkręcam się w dokumenty
    Wiszniewskiego (moja ostatnia podjarka), to co robię? Podążam śladem masterpisu?
    Sorry, ale nawet nie umiem się ustawiać kategoriach, które tworzysz.

    Budujesz jakieś hiperbole, w których człowiek jest upierdolony w zależność od
    mądrych brodaczy, no to ja Ci mogę odbić piłeczkę, że Ty pewno jesteś więźniem
    swojej niezależności, która nie pozwala Ci doznać przy czymś powszechnie
    docenionym, bo wtedy czujesz się małym bezmózgim żuczkiem, za którego myślą ci
    wielcy brodacze. Kumasz, że obydwie te metafory są w takim samym stopniu
    prawdziwe jak fałszywe. A prawda leży gdzieś pomiędzy albo nie ma jej wcale. Tak
    naprawdę idzie tu o prostą indywidualność upodobań. Ciebie jara wygrzebane w
    osiedlowej wypożyczalni porno z gejami przebranymi za kosmonautów, najlepiej z
    akompaniamentem bułgarskich wirtuozów grzebienia, a mnie jara powszechnie uznany
    Max von Sydow przeżywający męki duszy w obliczu milczenia Boga (choć podkreślę
    znowu: przy niczym tak nie doznałem w roku 2007 jak przy „Rockym Balboa”, przez
    długi czas z zapartym tchem śledziłem "Prison Break", więc nie rób ze mnie
    takiego JAJOGŁOWEGO znowu). Sorry, ale nie czuję, żeby coś mnie omijało, gdy nie
    obejrzę Twojego bułgarskiego pornola. Tak jak Ty nie czujesz, że cokolwiek omija
    Ciebie jeśli nie znasz któregoś filmu Bergmana. Co nie znaczy, że nas nie omija.
    Oczywiście, że omija. Całe życie polega na tym, że coś fajnego nas omija, bo
    dróg masz zawsze nieskończoną liczbę, ale w danej chwili możesz wybrać tylko
    jedną (po to by czasem zrobić kółko i wrócić do poprzedniego rozwidlenia – to
    jasne).

    I zwisa mi to, że o Bergmanie napisano już wszystko. Naprawdę myślisz, że o M
    jak M nie napisano?

    No a w ogóle to Nienietoperz dobrze mówi.

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • sss9 24.03.08, 17:45
    napijta sie oleju. ;)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • aimarek 24.03.08, 18:19
    Czekałem jak ktoś przyjdzie i coś takiego powie.
    Sam sie napij :[

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • sss9 24.03.08, 19:04
    och, się tak nie unoś, bo potłuczesz jajka spadając. ;)
    wdzięczny ci jestem za dobre słowo, wsparcie i propozycję napitku, ale dziś, to
    już stepujecie na trawie. :)

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • braineater 24.03.08, 19:17
    Izi Ajmaru. Przy tych calych setkach znaków nigdzie nie napisąłem, że masterpisów nie trzeba znać. Nie napisałem tylko, że ich znajomość jest obowiązkowa i że zachwyt nad nimi jest obligatoryjny. Co jakby truizmem jest i banałem, ale w tym właśnie od paru postów się nurzamy :)
    Słowem nigdzie nie wspomniałem Tarkowskiego, którego Rublowa i Stalkera mogę w kółko, dla czystej przyjemności, nie podałem ci żadnego kanonu reżyserów, którym osobiście pobudowałem prywatne ołtarzyki, i pośród których 90% nazwisk jest niewątpliwie wielkich i uznanych, a ich filmy należą do tej czy innej historii kina. Wiesz, jarając się jak dziki kinem z lat 40/50 na co mam jazdę porządną od momentu jak udało mi się uruchomić 1sza ściagarkę torrentów, bo wreszcie gdziekolwiek mam dostęp do filmów o których dotychczas tylko czytałem, nie jestem w stanie praktycznie nawet na chwilę wyjśc z "kręgu arcydzieł", bo po pierwsze - głownie to zostało, a po drugie - ludzie głownie to szerują. I to są rzeczy, których doznaję z permanentnym wzwodem, to są ostre wstrząsy fundowane sobie na starośc, jak np zobaczenie po raz pierwszy What Ever Happened to Baby Jane w wieku lat 30. To są jednocześnie właczone opcje 'oglądamy arcydzieło' i 'oglądamy je dla siebie' - nie, że muszę zaliczyć kolejny egzam z historii kina, albo chcę sobie budować nowe klocki z wartościami Dużo bliżej tu do tego o czym Roar pisał (i gdybyśmy na tym zakończyli to wątek miałby perfekcyjną pointę:).

    I jak łatwo się domyślić, są to filmy, które sa mi w stanie urwać dupę, przetrącić kręgosłup moralny i wpędzić w tygodniowe pomieszanie zmysłów.
    Tyle, że z drugiej strony trafiam na coś takiego:
    uk.youtube.com/watch?v=GtETK2beufA
    (6 minut, wrażliwe dziewczyny proszone są naprawdę bardzo mocno i bez żadnych ukrytych zamiarów proszone o nieoglądanie), co ma 6 minut, na co trafiam zupełnie przypadkiem szukając zupełnie innych rzeczy, o czym uprzednio niczego nie wiem i co, po tym jak już pozbieram się z wstrząsu psychicznego, który ten szort funduje, jak otrzepię kurz z kolan, na których spędziłem te 6 minut, wyjąc z zachwytu nad techniczną precyzją tej animacji, nagle funduje mi objawienie, że coś tam sobie odkryłem. Nie powiedziała mi o tym ulubiona profesorka na studiach, nie wyczytałem o tym, tłumacząc materiały na niszowe festiwale filmowe, nie podsunął mi tego żaden z ziomów, z którymi wymieniamy się podjarkami, tylko sam to sobie znalazłem. Hej, kurwa, jestem wielki.

    Cieszy mnie to jak obejrzenie po raz pierwszy Małego, Wielkiego Człowieka, czy Pieskiego Popołudnia. Zupełnie mnie nie interesuje czy tysiąc osób obok mnie i gdzie indziej łyknie to w charakterze arcydzieła (choć się nie powstrzymam i będe to ludziom podtykał - chyba naturalny odruch, że chcesz się dzielić czymś co cię kręci, chyba że to 2 girls 1 cup), wystarcza mi ta satysfakcja o której wyżej pisałem.

    Arcydzieła, o czym też wyżej, nie dostarczają mi tej satysfakcji. Mnóstwo innych, bo w końcu nie jestem lujem bez serca i 'jak każdy' się wzruszam La Stradą, 'jak każdy' mam ciary widząc śmierć na szachownicą, 'jak każdy' z radosnym 'no nareszcie, kurwa mać' reaguję na wybrane sceny z Wściekłego Byka. W muzie dokładnie tak samo, choć tutaj Twój wywód i analiza mojego żabiego wnętrza oparta na tym, że jakoby czuję obrzydzenie do arcydzieł, jest tak niebezpiecznie bliska prawdy, że chyba jest prawdą:) Touche. Tyle, że akurat w przypadku muzyki, o czym kiedyś już tam gadaliśmy, pojęcie 'masterpisa' jest dużo bardziej rozmyte w niż w innych sztukach i, co widac choćby po wątkach o 200 i po wątkach typerskich na temat ulubieńców, tak naprawdę każden z nas ma inny kanon, inne cycki nam mleko dawały, a w związku z tym inaczej nam się ten temat poukładał i na inne diety na stare latach trafiliśmy.

    Super jeśli nam się coś podoba wspólnie, ale chyba nie mamy ciśnienia, żeby mieć 'super' match na last.fm? Z Carem mam, z Obłym nie, z Tobą nie wiem, ale to z waszych wkrętów jakby ostatnio najbardziej czerpię (a także Pagaja, Heny'ego, Tomasha, Grimy itd...; paru ludków z nowej muzyki czy soulseduction i całej anonimowej galaktyki rapidującej na blogach na potęgę). Plus zdarza mi się ściągnąc płyte, bo ma zajebisty tytuł i wjebać się bez pamięci, tak jak np w Misophone.

    Nie staram się w żaden sposób ustawiać i decydować, która metoda gorsza - czy otwarcie encyklopedii rocka Weissa (czy co tam czyta porządny fan muzyki), czy podążanie ślepo za pitchforkiem, czy skakanie z kwiatka na kwiatek, kierowane czymś tak mizernym (w kategoriach obiektywnego ocenienia zajebistości) i nieuchwytnym, jak gust współforumersów. Cieszy mnie, że jak chcę to mogę skorzystać ze wszystkich, ale żadna nie jest obowiązkowa. I każda może mnie doprowadzić do tych krótkich chwil satysfakcji.

    Obaj jestesmy uzależnieni od bodźców kulturowych, no kurde Aimar. Za leniwy jestem na wymyślanie sobie nowego hobby i szukanie nowych sposobów na spędzanie czasu, więc szukam takiego podejścia do tych rzeczy, które mnie interesują, które da mi najwięcej satysfakcji. Na razie brak selekcji gwarantuje mi doznawanie i przezywanie na tym poziomie, który mi pasuje. Wiesz, mam 31 lat, w 3 dupy zajebistych rzeczy jeszcze nie widziałem, nie słyszałem, nie czytałem i szanse, że trafię na coś, co mnie rozjebie sa nadal ogromne. Więc, trochę szkoda mi czasu tylko na to, co ma na okładce napisane 'rozjebanie guarantee, albo zwrot pieniędzy do 14 dni od daty zakupu'. Brak selekcji powoduje, że omija mnie chyba mniej, że łeb mi pracuje pełną parą (produkując najczęsciej coraz bardziej gówniane pomysły, ale to już jakby moja wina nie dzieł) i generalnie czuję, że jakoś się rozwijam. Oglądanie, słuchanie samych dzieł uznanych i arcydzieł (nie wyłgasz się tak łatwo tym Rokim i Prizon Brejkiem, JAJOGŁOWCU:) ciągle daje mi wrażenie, że łażę po tych samych ścieżkach, zapętlam się jak na obrazku Eschera i nawet juz po jakimś czasie nie wiem, co sam wymysliłem, co mi ktoś powiedział, a co przeczytałem. Tak - tu masz rację - po jakimś czasie się poddaję i przestaję myśleć na temat Bergmana, bo z lenistwa dochodzę do wniosku, że nic nowego nie wymyślę. Znam swoje ograniczenia, wiem do jakiego stopnia jestem w stanie się w coś zaangażować i jeśli szybko tego nie osiągnę, przestaję na ten temat wymyślac teorie własne.

    A ja se lubię wymyślać:)
    P:)
    --
    Frustrated attempt to be brilliant about nothing
  • carmody 25.03.08, 00:24
    Chciałem zrobić odpowiedz pod każdym postem w tym wątku, do którego mam coś do
    dodania, sprzeciwy i uściśnięcia penisów. Niestety okazało się, że powtarzałbym
    się zbyt często, nawet jak na mnie.

    Wyżej odpisując mi ładnie powiedziałeś. Nie rozjaśniłeś nic, ale nie było co -
    po prostu dobrze coś czasem napisać. Kupiłem to.

    Dowalę się do tego wyżej o magisterce, rozgrzebywaniu gore, koprofagii i
    po_raz_kolejny_potrzebie_obcowania_z_masterpicem. Bo rozdupczamy się cały czas o
    własne wartości, subiektywne kosmicznie oczywiście. Jak niżej napisałem Bergman
    mnie nudzi. Dla mnie masterpisem będzie "Tetsuo - The Iron Man" w reżyserii
    Shinya Tsukamoto, co to łączy cronenbergowskie fazy cielesne, cyberpunkową jazdę
    technologiczną, lynczowskie pytania o naturę rzeczywistości i dobrą mangową
    rozpierduchę z gorem na kilogramy (i inne tam mniej istotne). Nie jestem w
    stanie powiedzieć, czy tam między tymi wszystkimi elementami rodzi się coś
    ważnego, czy jest w ogóle jakaś treść. Bo tego nie odczułem. Wykręciła mi mózg
    na lewą stronę specyficzna estetyka i klimat. Skrzywdziło mnie to potężnie. I
    nie ma dzieła - nie ma pytań na miarę tych ze "Stalkera" o naturę sztuki, sens
    nauki, o istnienie. Nie ma metafizyki Bergmana. Nie ma do hrabalowskiej zadumy
    nad człowiekiem. Nie ma nawet sekondhandowego ironizowania nad losem Coenów. No,
    kurwa - treści masz takie same jak w "Robocopie". Tak się składa, że "Tetsuo" to
    obok "Stalkera" najważniejszy film jaki zobaczyłem w 2004 roku. Obok "Stalkera"
    postawię też "Marte Zło 2", i jak mi powiesz, że to nie ten kaliber, że jedno to
    planet holiwud, a drugie ołtarze, ikony, to ja: CO Z TEGO? dla mnie są to
    jednakowo ważne filmy, jeden i drugi w moim życiu odegrał istotną rolę (setki
    cudownych chwil spędzonych na wspominaniu w różnych okolicznościach perypetii
    Asha, rzucane podczas popijaw "I'll swallow your soul!" i inne takie - "Martwe
    Zło 2" dla wytłumaczenia, bo istotności "Stalkera" przecież nie będziemy sobie
    tłumaczyć. A stawiam radość życia na równi z pytaniami o nie, rodzącymi się pod
    wpływem kina Tarkowskiego). I gdybym miał z istnienia jednego z nich
    zrezygnować, to za cholerę nie mógłbym się zdecydować.

    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • kubasa 24.03.08, 19:30
    Wątków w tej rozmowie jest już jakby za dużo by się do nich
    wszystkich odnosić, ale bardzo poważne rozkminianie "M jak miłość"
    to jest właśnie kurwa coś od czego chcę uciec i chyba też chcę uciec
    Aimar. Napisałem licenjat na temat "Rozmów w toku", gdzie z właściwą
    sobie swadą demaskuje telewizyjne schematy, immanentne dla tego
    medium. I zajebiście. Na pewno wcześniej napisało to milion ludzi
    ale co z tego. Wykonałem ciekawy intelektualny wysiłek, mam pewną
    satysfakcję. Ale nie o to jakby w życiu chodzi. Kiedyś jechałem
    sobie na badminton z moim ipodem, a więc sytuacja: 21-latek w pustce
    dużego, europejskieog miasta jak codzień zapierdala jakimś
    podrzędnym autobusem. I wtedy poleciało "Lives" Modest Mouse i
    skumał po 6 latach, że to największy album jaki powstał (The Moon
    and Antarctica). I już. Ale też poszedłem sobie do kina na "There
    Will be Blood" - do kina chodzę tylko jak jakas panna chce, a tym
    razem poszedłem sam, sytuacja niespotykana. Poszedłem wcześniej
    nafaszerowany pochwalnymi postami Aimarka i też generalnie bardzo
    mocno doznałem. Chcę przez to powiedziec, że niezależnie od
    okoliczności i naszych przedsądów rzeczy są złe, dobre albo wybitne.
    I jak rozumiem ja i Aimar tej wybitności poszukujemy, bo wokól
    siebie mamy całe tony przeciętności, która jeszcze zadowolona jest z
    tego że jest przeciętna i wstawia sobie zdjęcia stóp na grono. Ja
    wierzę w jakieś tam uniwersalia. Skoro przy "Spiderland" doznaje ja,
    Scaruffi, Pagaj, Aimar i jakieś tysiace krytyków to może to jest po
    prostu wybitna płyta i właśnie takich rzeczy będe poszukiwał, a nie
    każdej podjarki którą wypisze tu Braineater, pozbawiony chyba
    jakiegokolwiek filtra jeśli chodzi o muzykę (bo w literaturze -
    widze z mojej lichej perspektywy - same zajebiste strzały)

    --
    "otworzę okno/zbudzi mnie deszcz/na podłodze wysmagane małże"
  • pagaj_75 24.03.08, 22:02
    kubasa napisał:

    > Ja wierzę w jakieś tam uniwersalia. Skoro przy "Spiderland"
    > doznaje ja, Scaruffi, Pagaj, Aimar i jakieś tysiace krytyków to
    > może to jest po prostu wybitna płyta

    Wyciąganie wniosków o uniwersalności Spiderland na podstawie tego,
    że znalazłeś paru nawiedzonych, którzy podniecają się tą płytą, jest
    letko naciągane, meeen. Postaraj się przekonać o wielkości Slinta
    afgańskich talibów, to wtedy pogadamy ;)

    --
    Jazz is not dead. It just smells funny. (Frank Zappa)
  • carmody 24.03.08, 23:58
    Wątków w tej rozmowie jest jakby za dużo by sie do nich wszystkich odnosić, ale
    mamy dużo czasu. Chyba, że chcemy uciec...

    Piszesz wyżej Kubaso o Modest Mouse, kapeli której nie słyszałem, a o niej
    słyszałem dużo. Nie sięgnąłem nigdy po ten band, bo nie przemówiły do mnie
    polecanki. Nie zaistniał też taki przypadek, żeby usłyszał i żeby mi akurat
    podpasowało na tyle, żeby zgłębiać. Modest Mouse leci u Ilhana w audycji, jakoś
    tam sprofilowanej, nie zdarza mu się puścić szwedzkiego noise'u obok Papa Dance.
    I nie łykam tego Modest Mouse z tej audycji - powiedzieć można, nie moja bajka
    ten gust Ilhana, no nie takiej muzyki słucham, idę na bazar potańczyć przy
    rumuńskich skrzypkach. Ale z tej audycji wyławiam Husker Du i bardzo mi się
    podoba i zawieszam się na tym na miesiąc. Czy kiedyś przemówi do mnie Modest
    Mouse? Nie wiem. Może, nie wykluczam tego. Mnie się podoba straszliwie
    Television, Ilhanowi też. "To jest po prostu wybitna płyta". Ale Modest Mouse mi
    się nie podoba. "Bo nie wniknąłeś należycie" powiedział wyżej Aimarek o
    Bergmanie (oh, jeszcze potrząsnę trumną Bergmana, ale nie uprzedzajmy...) - no
    oke, może tak. A może postaram się wniknąć i bedę srał na to z całego serca jak
    sram na The Car Is On Fire, które u chłopaków z Maxisingla stoi wysoko? /za
    "Spiderland" wstaw "At Action Park" Shellaca, płytę nad którą spuszczają się
    setki krytyków i sprawdź jak ona stoi u Pagaja, Aimarka, Scaruffiego. Chyba ten
    ostatni Ci zostanie jeno. Niefiltrujący (do tego też wrócę) muzyki Braineater
    też jej lubi. Ja Ci powiem, że to nagranie zżera Slint pod każdym względem, choć
    genialności "Spiderland" nie odmówię nigdy/
    To nie jest takie proste wszystko. I tak się składa, że na mojej osobie łamie
    się Twój stejtment, że niezależnie od okoliczności i naszych przesądów są rzeczy
    złe, dobre albo wybitne. Bo ja setkę wybitnych dla mnie rzeczy podłapałem od
    Braineatera. Mamy ten supermacz na last.fm, ale jak rozmawiam z Marcelem to nie
    jest tak, że od 2 lat słuchamy tego samego - okazuje się, że tak nam się
    układało, że obaj od dawna kochamy Morphine, że uwielbiamy Primusa, że
    popuszczaliśmy przy Shadowie i Tobinie, a zdjęcie Waitsa nosimy w portfelu i
    wmawiamy ludziom, że to ojciec jest. Tego last nie obejmuje, tego od siebie nie
    podłapaliśmy. Możemy sobie pogadać o setce max popierdolonych filmów, też jest
    dobrymacz, a przecież nie podsyłamy sobie rekomendów odkąd skończyliśmy 10 lat.
    Przy tym ja nie przepadam za braćmi Quay, a Brejn wielbi. On nie raczej nie
    dostaje ślinotoku na "Tetsuo" Tsukamoto (dostajesz?:), ja na projekcjach
    wytrząsam ejakulat z nogawek. Piszę o Brainie ze względu na ten supermacz, ale
    też dlatego, że ostatnie jego posty w wątku, te do Aimarka, są trafne okrutnie.
    Dlatego, że sam odbieram w bardzo podobny sposób. I trochę mnie szlag trafia na
    "brak jakiegokolwiek filtra muzycznego" - czyli że krapu dużo, że fe muzyka w
    dużej części. Nieprawda, po prostu. Nie powiem kurwa złego słowa na The Smiths,
    którego nie podłapałem nigdy, ale dlaczego Santa Dads jest jebane jako brak
    selektywności i nurzanie się w krapie? I może jest tak, że nie ogarniasz sam.
    Jak tego Bergmana. Nie wniknąłeś odpowiednio. Równo zjebię Depeche Mode, bo znam
    dobrze, bo wnikałem. I wiem, że jest krap. Bergmana zjebie mniej, bo dopuszczam
    myśl, że nie nastąpił odpowiedni moment w moim życiu, w moim rozwoju, czy zwoju,
    żeby mnie te jego metafizyczne nudy dotknęły. I te zajebiste strzały w
    literaturze - może one tak trafiają do Cię, bo jest tego mniej, niż tona muzyki,
    którą Brejn podstawia pod nos (z prostej przyczyny - czytanie jest bardziej
    czasochłonne), może skoro to forum muzyczne (no dobra, było muzyczne) nie walimy
    się po głowach spisem tomiszczy? W sumie cała resztę napisał wyżej ów
    Braineater, którym se morde wycieram (oi zią, albo Ci ego penkło, alboś wkurwion
    - no to wiedz, że jesteś dobrym przykładem).

    No to może jeszcze troszkę: Jestem kurwa kozak jakich mało. Osłuchany,
    wyoglądany, pożyty, oczytany najmniej chyba, ale też mogę przyjebać kilkanaście
    dziesiątkowych strzałów. Mam swoje fanaberie, np. to co pisałem wyżej o wierze w
    okoliczności - często świadomość, że coś jest oceniane na luxus i polecane mocno
    przez ludzi, których słowom wierzę nie sprawia, że po to sięgam - dużo rzeczy
    musi mnie trafić w akuratnej dla nich sytuacji. Poznawanie wedle zasad
    brejnowskich (jeżeli ktoś będzie się upierał, że bez żadnych zasad - oke,
    whateva) jest dla mnie najbardziej korzystne. Bo docieram do rzeczy urywających
    głowę, ale bez spinki. Nurzanie się w krapie mi nie przeszkadza, bo zawsze mogę
    zrobić off. Doświadczenie i rozwinięta samoświadomość jako odbiorcy pozwala mi
    uniknąć pułapki spłycenia gustu, utopienia się w gównie, czy bycia
    manipulowanym. Ba, nawet uważam, że takiej pułapki nie ma. Nie muszę szukać
    absolutu, na siłę, bo mam tego tony pod ręką - choćby 15 filmów Fassbindera
    kiszących się na dysku od roku, czekających na dobry czas. Wiem, że gdy będę
    chciał urwania głowy mogę wreszcie wziąć się za nową powieść Jerofiejewa. I
    zrobię to. A między czasie może zdarzyć się, że padnę na kolana przed jakimś
    bandem z totalnej dupy utrafionym na bloku z hałasem z lat 80tych. Koreański
    dramat obyczajowy który przez przypadek przegrałem od znajomego kopiując
    dyskografię Vogela może być wstrząsem na miarę "Funny Games". W takim systemie
    tylko korzystam. Nie muszę przed niczym uciekać. Nie żyję w krypcie nr 13,
    biegam z Bozarem po pustyni i jestem jej królem.


    --
    My smile is a rifle.
    Won't you give it a try?
    Słuchanie zabija
  • kubasa 25.03.08, 04:20
    Muszę powiedzieć, że myślałem i pisałem odpowiedź dzwie godziny, az
    w końcu wkurwiony usiadłem przy PES-ie a potem poczytałem Kiran
    Desai, bo wszystko mi pękało w szwach. Ale potem mnie olśniło: może
    to właśnie jest TAKIE PROSTE i ten "Tetsuo" to równie wybitny film
    co Stalker i nie ma się po co krygować. Prawdopodobieństwo, że
    doznam na nim jak na "Undergroundzie" jest co prawda niskie, ale
    wierzę że nie jest to nic tak przeciętnego jak Nouvelle Vague.

    Powiem jedną rzecz: ja sobie radzę bez filmów, oglądam je tak
    cholernie rzadko, że gdyby nagle skasowano wszystkie filmy to bym
    nawet tego nie odczuł. Ale powiedzmy dla potrzeby dyskusji, że
    miałbym tak samo z muzyką. Pyram się wiec kumpla: stary, poleć mi
    coś. "No mam tu takiego zawodnika, Nouvelle Vague się nazywa. No
    wiesz nagrywają na nowo Love Will Tear Us Apart w konwencji bossa
    novy, Wojciech Orliński napisal że to bardzo oburzające i
    kontrowersyjne". Chyba bym dostał doła. Śmierdzi ŚCIEMĄ na kilometr.
    Zacytuję fragmnet recenzji Audioslave z Porcysa: "Głos Soundgarden,
    energia Rage Against The Machine. Taki mniej więcej napis
    znajdziecie nalepiony na okładce debiutu Audioslave. Brzmi to
    fatalnie, ale tę notkę od wydawcy uważam akurat za gest
    miłosierdzia. Otóż, moi kochani, jest to rodzaj ostrzeżenia,
    ukrytego sygnału. Załóżmy, że pewien słuchacz zbłądził i pragnie
    poznać omawianą płytę. Może przez sentyment do dawnych czasów, może
    dlatego, że w sklepie to jedyna nowość, a może po prostu lubi "mocne
    granie". Już ma ją w rękach, zmierza do kasy i nagle widzi
    wspomniany napis. "Cóż za idiotyzm!!!", pomyśli sobie
    natychmiast. "Przecież taki projekt nie ma racji bytu. Muzyka
    zapisana na tym krążku nie może być dobra. Artyści, którzy nad tym
    pracowali, już dawno się skończyli. Teraz nie znaczą już zupełnie
    nic. Co oni tu mogli zaprezentować – post-grunge? A czy to
    przypadkiem nie jest jakiś chłam? No chyba jest, wiec czy nadal chcę
    zmarnować pieniądze w równie głupi sposób? Jest przecież tak wiele
    znakomitych albumów, których nie posiadam". Odkłada płytę na półkę i
    z uśmiechem na ustach wraca na drogę sprawiedliwego. Errare humanum
    est, jak by powiedzieli filozofowie."

    Bo po prostu wiadomo, że to Nouvelle Vague nikogo tak naprawde nie
    oburza, że raczej wywołuje ziewanie. Sam już tekst Orlińskiego -
    totalnie infantylny, gościu podnieca się tym, że NME dało 1/10. Ale
    kogo to obchodzi? Jakie to ma znaczenie? I tu głos Pawłowskiego,
    nawet jeśli naiwny, to jest cholernie autentyczny. To ktoś kto
    przychodzi do modnego klubu i przerywa impreze by powiedzieć "Bóg
    jednak istnieje". Identyfikuje się z ta postawą, z może nieco
    nieporadną, niezniuansowaną, nie wyczerpującą od strony
    merytorycznej, ale jednak ze szczerą obroną jakichś świętości. Idę
    spać.

    A z tym filtrem to nie było mądre jednak z mojej strony.

    Pozdro.
    --
    "otworzę okno/zbudzi mnie deszcz/na podłodze wysmagane małże"
  • obly 25.03.08, 09:51
    NV niegodne jest takich wyznań oj niegodne;)
    z lekkiego zefirka bossa novy wykształcił się piekny cyberkłebek
    spermożelastwa "Moja pyta to świder" Iron Man ;))
    tak film robiący z dupy masło a z mózgu bateryjke r20.
    jesli ktoś da się wciagnąć. mnie również rozjebał.
    ale ja nie o tym.
    nie bardzo rozumiem juz po trochu tej dyskusji.
    Mniej wiecej każdy mówi już podobne zdanie ale w antytezie do
    słuchacza. różnią się jedynie nazwy kapel, lista płyt, godzina
    wklejenia postu, oraz stosunek do miałkości.
    Niemniej tak wyrafinowanych wypowiedzi dawno nie odczułem naocznie
    tu ;) Szkoda tylko że na temat NV;) tzn pośrednio.

    Nadal nie umiem się okreslić bo muzyka jak wczesniej pisałem sama w
    sobie nie istnieje w oderwaniu od kontekstu. Masterpisy każdy ma
    własne. każden jeden ma określony czas przyjmowania na klate
    masterpisów. jesli bedzie za wczesnie lub za późno to klapa, widz
    musi byc dokładnie przygotowany do rozjebania. ja juz troszke
    wyrastam z takiego bezlitosnego zachwytu. mi coraz czesciej pojawia
    sie kolejna płyta, a nie masterpis. mechanizm jest prosty dość ale
    jego opisywanie już nie. a mi troszke szkoda literek.

    Raz:
    Spiderland - nigdy nie powiem ze jest wielka. wazna-tak. ale wielka?
    nie.
    NV - fajny coverski band lepszy niz warszawski 36,6 nie? jego wada
    to jego popularnosc, nikt by tutaj ani w GW głosu nie dał jesli by
    wycierali tyłki po spelunkach z kratą. no ale ośmielili się
    przerastac niektóre coverowane bandy (np Certain Ratio). a i tak
    mniej mnie wkurfiają niż napuszeni kolesie z australii - pinko
    flojdo antropolodzy którzy odtwarzaja fryzury, oprawe świetlna i
    dopieszczają każdy dzwięk robiac z tego kosciół.

    Dwa: Wielkie to nie sa płyty, ale osobowości w muzyce. Wszystko
    zaczyna sie i konczy na człowieku. Nie ma tak ze głupek zrobi wielka
    płytę. Przypadkiem. Przypadkiem to można na ryj ze schodów zlecieć.
    Osobowości to Frank Zappa, Miles Davis... nawet The Beatles których
    nie cierpię jak Mickiewicza. ale to tez wiemy. Osobowości takie do
    dziś mają wpływ na muzykę taka jaka ona jest, indukcyjnie. Wiec nie
    warto mówić o ludziach których ta wielkość omija i to ze swobodną
    autoakceptacją.

    3. w dyskusji naszej dochodzimy do koncepcji Sztuki - jaka jest a
    jaka sie ona nam wydaje, i tutaj error bo kazdy wykrzykuje raczej
    swoje aktualne oczekiwania od Sztuki (a raczej od tego czym mu się
    wydaje ze ona jest). które jutro będą inne, a pojutrze też inne.

    Jedni tutaj opierają się na bezwarunkowym oczekiwaniu tego co
    nadchodzi i odrzucaniu tego co niefajne i nie gryzie. w sumie
    lajtowe i krzywdy sie nie dozna. bezpieczne i miłe. Obstawianie tego
    co sie lubi a nie obstawianie tego co sie nie lubi. błogość. ale i
    leniwość.

    Drudzy opowiadają iż tylko Masterpisy dają rozwój i wybierają trudną
    drogę wytyczona przez inne osobowości. i powstaje pytanie, co ze
    zmianą kontekstu? do tego skad kwas? w głosie? o ile to oczywiscie
    kwas. bo trzeba walczyc i cieżko pracowac nad swoim gustem.

    Inni są cyniczni, inni znowu opowidają o sobie (bo w sumie na kazde
    adane pytanie mozna opowiedziec troszke o sobie)

    A mnie się widzi ze tak naprawdę wszystko na tyle sie porusza, i
    błyskawicznie zmienia ze nad naszymi wymyslonymi koncepcjami nie
    musimy sie zbytnio spinać bo i tak sie zmienią. Można sobie np
    próbowac odpowiadac na pytanie: co sprawia ze sie
    zmieniają. co sprawia ze ktos mówi to a ktoś mówi co inne. bo
    wszystko to taki młynek, ziarna wciąż są nowe, ale mielenie to samo.
    i wracamy do moich pierwszych wniosków iz muzyka w nas nie jest
    oderwana od tgo co robimy, kim jestesmy czym sie zajmujemy, nawet od
    tego czy jezdzimy samochodem czy nie. czy sluchamy w autobusach, czy
    słuchamy w pracy, czy mamy DVD z kinem domowym czy nie. i sie
    okazuje ze to czego słuchamy jedynie opdzwierciedla na swój sposób
    to jak traktujemy swoje zycie. bo sie nie da inaczej.
    nic to nie wnosi bo to jest obraz przekłamany. tym bardziej sami nie
    jestesmy w stanie z tego odczytac o sobie za duzo. bo wiecej o nas
    mówi to czego nie słuchamy ;)))
    i jakby troszke nie ma sensu skupiac sie na sladach jakie zostawiamy
    gdyz osobowości no.. jakies juz mamy, ale do wielkich nam ciutek
    brakuje. Miles wiecej słuchał niz grał. tak mnie się wydaje...
    Mimo wszystko..

    Wniosku końcowego nie mam jakowegoś, ale spróbujmy: Trzeba isc droga
    środka, wpadać na rodzynki w cieście ale i żreć to ciasto. Nie żrec
    starego ciasta i nie wyżerac niedopieczonego. Dopiero całość tworzy
    się poprzez łączenie smaków. Tu i teraz. nie tam i wczoraj. i nie tu
    i jutro. aby nastepna moja decyzja była bardziej świadoma. nic
    wiecej nie trzeba od muzyki wiecej wymagac. Muzyka szczescia nam i
    tak nie da ostatecznie, czasem lepiej zajac sie swoimi sprawami i
    posłuchac country. hehehe
  • aneusz 27.03.08, 14:19
    Jedna skromna refleksja po przyznam dość pobieżnym przeczytaniu
    całości dyskusji: Ciekawe co by było gdyby książki nie miały
    obwolut, płyty były wypalane na czystych cd, a filmy napisów
    końcowych? Bez żadnych etykiet, nazwisk itd. itp. Co poniektórzy
    mogliby poczuć się nieco zdezorientowani chyba (przestaliby czytać,
    słuchać, oglądać?) I co tacy ludzie robią z rzeczami nowymi?
    Czekają, aż ktoś im powie: "to jest dobre" i warto poświęcić temu
    swój czas?
  • roar 27.03.08, 15:54
    Znasz może Prawo Godwina? Jeśli nie znasz - głosi ono, że 90% wszystkiego to gówno. Jest ono oczywiście bardzo ogólne - 90% to bardziej absolutne minimum niż wartość spotykana w praktyce - ale przyjmijmy ją dla równego rachunku. Pytasz co by było - otóż, właśnie, nikt właściwie by nie czytał książek, nie oglądał filmów, nie słuchał muzyki. Dlaczego nie? Ano dlatego, że 90% z nich zniechęciłoby się po pierwszej przeczytanej książce, przesłuchanej płycie, obejrzanym filmie - bo obejrzeliby, posłuchali bądź przeczytali gówno i stwierdziliby, że nie dla nich ta zabawa. Z pozostałych 10%, które za pierwszym razem trafiły świetnie (lub choćby znośnie), większość zniechęciłaby się po paru kolejnych poznanych "dziełach" (które w dalszym ciągu z bardzo wysokim prawdopodobieństwem byłyby gównem). Zostałaby garstka, która nauczyłaby się jakoś (z odpowiednio duzym prawdopodobieństwem) rozpoznawać gówno od wartościowej treści na podstawie pierwszych kartek/nut/ujęć. Oraz ludzie odznaczający się kompletnym brakiem krytycyzmu, ale o nich tu nie mówimy.

    I tak właśnie się dzieje w praktyce ze wszystkimi dziedzinami sztuki, które się nie doczekały adekwatnej krytyki. No niestety.

    --
    Nobody cares how steep my stairs
    And nobody smiles if I cross their stiles
  • aneusz 27.03.08, 21:34
    Otóż to. Jest oczywiste, że wszelki odbiór jest warunkowany instytucjonalnie - krytyka, dystrybucja, marketing itd. itp. KTOŚ musi zadecydować o wydaniu jakiejś muzy, KTOŚ o publikacji książki, KTOŚ o kręceniu filmu itd. Potem jest jeszcze cały proces szufladkowania, którego też KTOŚ dokonuje. Tylko, że zawsze mogę podejrzewać, że ten KTOŚ, to KTOŚ w rodzaju Benedikta z "Kysia" Tołstojowej (jest to oczywiście wielkie uproszczenie i w znakomitej większości się nie sprawdza). Wiem, że to banały. Ale piszę to tylko dlatego, że zupełnie nie rozumiem podejścia: czytam\słucham\oglądam tylko dzieła "arcy", bo na resztę szkoda mojego czasu. Poza tym jest po prostu irytująca ta nieco sztuczna estetyczna ortodoksja, jaką proponuje aimarek: bo to jest trochę tak, jakby stukac tylko takie panienki, o ktorych koledzy mowią, ze są ładne i nie móc przyznać, ze czasem bywa fajnie po prostu zwalić gruchę.
  • sss9 27.03.08, 21:52
    od samego początku błędnie zakładasz (być może kierując się autopsją), że każdy
    z tutejszych dyskutantów słucha/czyta/ogląda i lubi bądź nie cierpi czegoś tylko
    dlatego, że zostało mu to zarekomendowane bądź odradzone przez jakąś "bardzo
    wiarygodną dla nich opinię tajemniczego znawcy".
    to w zasadzie powinno zakończyć twoje dywagacje.

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • aneusz 27.03.08, 22:00
    Kto powiedział, że każdy? Gdzie to w moich postach wyczytałeś?
  • sss9 27.03.08, 22:04
    nadużyłem? sorry. ale reszta OK?

    --
    "Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi
    wystarczy." - Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei
    Płd.
  • aneusz 27.03.08, 22:23
    Wiem, że wątków w tej dyskusji było całe mnóstwo i kompletnie przemieszanych, ale jeśli wrócisz do kilku postów aimara, braineatera czy chociażby ostatniego postu obłego, to powinieneś dostrzec poruszaną tam kwestię wartości czytania tzw. dzieł li tylko wybitnych.
  • nienietoperz 27.03.08, 23:11
    Widzisz, nie rozumiesz chyba, że kiedy piszemy o `dziełach
    wybitnych' każdy z nas rozumie przez to coś innego. Chodzi
    (przynajmniej mi) o ideę wyszukiwania rzeczy ważnych i
    nietraktowania wszelkiej produkcji kulturalnej jednakowo. Gdzie i
    jak będziesz szukać swoich inspiracji to ciut sprawa drugorzędna,
    może w GW (wtedy Cię zachwyci może NV), może na Widłach, może na
    blogu Carmody'ego czy Braineatera, może jeszcze gdzie indziej.

    Z ukłonami,
    NN
    --
    Though this be madness, yet there is method in 't.
  • aneusz 27.03.08, 23:39
    Jeśli chodzi o moje niezrozumienie to odnosi się ono tylko i wyłącznie do sformułowanej przez aimarka zasady czytania\słuchania\oglądania TYLKO dzieł wybitnych, bo czas nas jest nazbyt cenny. Z samej swojej płynności taka kategoria wyklucza przecież jakiekolwiek swoje zastosowanie.
  • aneusz 28.03.08, 00:13
    Poza tym nie jestem przekonany, czy wszystko co czytam, czego słucham itd. musi koniecznie coś we mnie otwierać, odkrywać nowe perspektywy, zmieniać moje spojrzenie na świat (nie cytuję, ale taki był mniej więcej sens jednego z postów). Można się jeszcze przecież np. genialnie bawić. Zaznajomienie się z tuzinem dzieł przełomowych\epokowych\nieśmiertelnych nie daje mi bynajmniej legitymacji członkowskiej yacht clubu.
  • aimarek 29.03.08, 01:27
    aneusz napisał:

    > Poza tym nie jestem przekonany, czy wszystko co czytam, czego słucham itd. musi
    > koniecznie coś we mnie otwierać, odkrywać nowe perspektywy, zmieniać moje spoj
    > rzenie na świat (nie cytuję, ale taki był mniej więcej sens jednego z postów).
    > Można się jeszcze przecież np. genialnie bawić.

    No ale przecież dokładnie to samo napisałem przynajmniej w kilku miejscach
    powyżej (podobnie w kwestii masterpisów, którą poruszyłeś post wyżej).

    Apel do wszystkich: jeśli już naprawdę musicie się rzucać na głowę z dziesiątego
    piętra, wchodząc w z góry skazaną na porażkę polemikę z klasykiem, to czytajcie
    jego posty uważniej i nie wyrywajcie zdań z kontekstu. Naprawdę, nie bądźcie
    jehowcami :|

    --
    Ej, a znacie taki zespół Out Of Tune?
  • aneusz 29.03.08, 16:50
    Uderzył mnie po prostu fragment jednego z Twoich postów: "Sens leży
    w głowie odbiorcy? Owszem, ale z gówna bata nie ukręcisz." Wyrywam
    go z kontekstu, bo uznałem za ciekawy. Zadałem sobie bowiem pytanie
    co decyduje o tym, że (mówiąc przykładowo) "Ulissesa" uznajemy za
    dzieło wybitne, a odczytanie "Janko muzykanta" jako
    sienkiewiczowskiego "Dziecka Rosemary" za intelektualną prowokację.
    Czy mówiąc słowami nienietoprza: dlaczego jest tak, że nie
    traktujemy wszelkiej produkcji kulturowej jednakowo? Myślę, że to
    mogłoby otworzyć drzwi do szerszej dyskusji, która byłaby o tyle
    ciekawa, że nie miałaby nic wspólnego z tematem.
  • roar 30.03.08, 09:50
    aneusz napisał:

    > Uderzył mnie po prostu fragment jednego z Twoich postów: "Sens
    > leży w głowie odbiorcy? Owszem, ale z gówna bata nie ukręcisz."

    Że doświadczenie kształtuje odbiór to truizm przecież.

    > Zadałem sobie bowiem pytanie

    ...i jaką wymyśliłeś odpowiedź? Bo to jest dopiero ewentualnie ciekawe, stawiać pytania (zwłaszcza trywializujące ogólnikowe problemy) to każdy potrafi (tudzież każdy sobie w pewnym momencie, świadomie bądź nie, takie pytanie zadał - czego efekty możesz np. przeczytać wyżej, gdzie sprawa jest wałkowana na sto różnych sposobów - i raczej nikomu nie będzie się chciało Ci tego streszczać ani na nowo tłumaczyć, jeśli czegoś nie zrozumiałeś albo nie chciało Ci się przeczytać).

    Tu oczywiście zakładając, że pytałeś o każdego z osobna, nie o jakiś bliżej niesprecyzowany ogół (to abdurd byłby, każdy przecież uważa co innego).

    --
    Nobody cares how steep my stairs
    And nobody smiles if I cross their stiles
  • aneusz 29.03.08, 16:52
    Zapomniałem dodać: w ukłonie, z poważaniem i pozdrowieniami
    dla "klasyka" - jehowy

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.