A już myślałem, że polskie kino wraca do formy. Tak mi się wydawało
po obejrzeniu ostatniego filmu Szumowskiej i "Wojny polsko-ruskiej" -
nie poruszane do tej pory w polskich filmach tematy, porządna
realizacja, brak większych potknięć warsztatowych. Zachęcony tym
przykładem i przeczytawszy pochlebne recenzje, wybrałem się na "Wino
truskawkowe" według prozy Stasiuka i po 30 min. wyszedłem z kina, co
zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu. Nie dało się tego oglądać.
Zero akcji, co w niektórych przypadkach może nie jest wadą, ale
wtedy tak jak w filmach Jarmuscha akcję zastępują świetne dialogi. W
przypadku Wina niestety dialogów nie słychać. Jak w większości
polskich filmów dźwiękowiec dał dupy.
A potem wybrałem się na "Operację Dunaj". Film okazał się operacją
dno. Polski czołg w czasie inwazji na Czechosłowację w 1968 roku
wbija się w ścianę czeskiej knajpy i jest to cała fabuła tej
siermiężnej jak Polska gomułkowska, nieśmiesznej komedii.
Kilkadziesiąt "kurew", które lecą z ekranu, nie wystarczy aby film
był zabawny.
Za chwilę na ekranach pojawi się "Janosik" polska superprodukcja
Agnieszki Holland i Kasi Adamik. Już się boję...
--
mandragon.pl/