.. na dzisiejszym teście i czarna rozpacz, na razie tylko z mojej strony, bo przecież - jak ja mu to powiem?
Ja - studiuję, pół roku brakuje mi do bycia inżynierem. Nie pracuję. Rodzice wnuka by zaakceptowali... ale bez radości, jak podejrzewam. W końcu nie takiej przyszłości dla mnie chcieli.
Mój osobisty samiec - w podobnej sytuacji jak ja... tylko jeszcze młodszy. Nie mam nawet złudzień, że mógłby się nadawać na ojca. I poza tym, jest za zdolny żeby ugrzęznąć w pieluchach i walce o utrzymanie potomka - skazywanie go na coś takiego jest *ostatnią* rzeczą, którą chciałabym zrobić.
Ciążę podejrzewałam już od 2 tygodni, bo brak okresu i sporo innych znaków na niebie, ziemi i w piekle na to wskazywało. Z wyjątkiem testów - w tym krwi. I uspokojona byłam aż do dzisiaj, kiedy to coś mnie tknęło... druga kreska na teście odznacza się całkiem wyraźnie. Badanie krwi rozwiało resztę wątpliwości - 5 tydzień.. (uprzedzając, zabezpieczaliśmy się!)
Co mnie dodatkowo boli, to fakt że ja przez te 5 tygodni nie żałowałam sobie niczego. A moje życie wygląda zwykle tak: dużo kawy, stresu, umiarkowane ilości papierosów, trochę alkoholu... mało snu. Ze 2-3 razy zdarzyło się mi zabalować tak, że cały następny dzień dochodziłam do siebie. Boję się, że nawet gdybym zdecydowała się urodzić to coś, co moim dzieckiem potencjalnie mogłoby być - i tak byłoby mocno uszkodzone. Czuję się trochę jak pod ścianą, przed rozstrzelaniem. I chyba wiem już, co powinnam zrobić...