Jak się czujesz reemigrancie? (cd).
Konieczność podjęcia decyzji o pozostaniu bez możliwości odwiedzania kraju
(złamania wizy) lub powrocie do domu w połączeniu ze wzrastającą tęsknotą
zaprowadziły mnie z powrotem do Polski.
Szybko znalazłem pracę. Ambitny i energiczny początek. Najbardziej
rozpoznawalna marka w branży . Wyzwanie. Walka o stanowisko managerskie
zakończona powodzeniem. Byłem z siebie zadowolony. Niestety... realia
odbiegały znacznie od mych optymistycznych projekcji. I tak nie byłem w domu.
Warszawa, średnio 14/h na dobę, średnio atrakcyjne zarobki, nie wypłacane
zresztą na czas, problemy z wypłacalnością firmy. Stałem się katalizatorem
między właścicielem a wku...onymi pracownikami. Batem na jednych, murem dla
drugich. Murem broniącym bezpośredniego dostępu do właścicieli od tych z
którymi sympatyzowałem i jednocześnie batem na nich. Firma była w przededniu
upadku. Wypompowywano środki. Postanowiłem odejść. Ślepa uliczka. Pech.
Spróbuje gdzie indziej. Jeszcze tylko brutalna walka o to co mi się należy
(niewypłacone wynagrodzenia) i już mnie nie było.
Jeden z firmowych kolegów mieszkający wcześniej przez chwilę w Irlandii
poradził bym w obliczu przemęczenia i ogólnego rozstroju rozważył trzy-cztero
miesięczny wyjazd tamże.
Nie ma tam słońca lecz żyje się spokojnie. Irlandczycy są wspaniale (jak
nigdzie indziej) nastawieni do naszej mniejszości. „Złapiesz dystans, inną
perspektywę, odpoczniesz trochę i wrócisz spróbować znów. Pełny nowych sił.
Zobaczysz ładne miejsce. Naprawdę warto. Sam wybieram się ponownie” – mówił.
Podążając za radą w miesiąc później wylądowałem w Dublinie. Jak kiedyś w
Miami, bez kontaktów i znaczącego zabezpieczenia finansowego.
To była zupełnie inna emigracja. Polski na każdym rogu. Brać jakby mniej
„wysublimowana”, pogoda zniechęcająca. Umiejętnie dobierając kontakty
towarzyskie, nie dając wciągnąć się w pesymistyczne lub wiecznie pijane grupki
wyciągające rękę do nowego dublińczyka zacząłem od prostej pracy w magazynie –
jeden miesiąc. Dwa przedświąteczne miesiące i święta z tacą w restauracji w
centrum. Finansowo do przodu. W końcu po nieustających poszukiwaniach udało
się. Pomocnik w firmie klimatyzacyjnej. Małe pieniądze, sporo nowej wiedzy,
dobre perspektywy. Konflikt w firmie, w który wdałem się broniąc własnego
prawa do równego traktowania. Nie było tam, oprócz mnie, nikogo z Polski.
Stworzył się mały obóz zaciekle walczący z moim uporem. Pół roku pracy
przepełnionej stresem i obroną. Odruch ucieczki i rezygnacja wyperswadowana w
ostatniej chwili przez właściciela firmy. Awans i radość z wygranej. Zawodowe
samobójstwo przeciwnika.
Po jakimś czasie gdy euforia minęła a ja okrzepłem w nowej roli zacząłem
rozglądać się za możliwościami dalszego rozwoju. Upewniwszy się, że daje sobie
radę ze swoimi obowiązkami z własnych środków podjąłem i ukończyłem kurs na
zarządcę nieruchomości w jednej z lokalnych szkół wyższych. Dorzuciłem jeszcze
kilka stówek na dający mi sporo radości, wydany przez poważne ciało certyfikat
AutoCAD-a. Gdzieś przy okazji w pracy certyfikowano mnie z przetłaczania,
składowania i transportu gazów chłodniczych i LPG.
Zacząłem podejmować próby w celu przeskoczenia do szeroko rozumianej działki
Facility Management. Dostałem nawet propozycje finansowo bardziej atrakcyjną
od mojego obecnego zajęcia. Nie podpisałem kontraktu. Obowiązki nowej pracy
przedstawiały się tak monotonnie i nie rozwojowo, że postanowiłem szukać dalej.
I wtedy nastąpiło coś o czym z pewnością mogę powiedzieć: „Ci którzy słyszeli
o tym w wiadomościach TVP lub TVN nie zrozumieją bo nie mogą, skali i
konsekwencji zjawiska”. Nastąpił krach. To co nazywamy kryzysem.
Błyskawicznie załamał się rynek pracy. Osiągnięciem stawało się utrzymanie
dotychczasowego dochodu. Próby zmiany pracy na lepszą nie były tylko czymś
niestosownym wobec otoczenia lecz niemal niemożliwym do wykonania. Firma w,
której pracowałem jako dość mocno zakorzeniona na rynku, z długoterminowymi
kontraktami długo nie odczuwała wszechobecnych zmian. Potem bardzo stopniowo
zaczęła redukować zatrudnienie. W ciągu roku z dwunastu inżynierów zostało nas
siedmiu.
Od dawna chciałem wracać. Moje życie osobiste w końcu dobrnęło do punktu w
którym nie musiałem się więcej czuć za kogokolwiek odpowiedzialny. Byliśmy w
przededniu zwolnienia następnych dwóch osób. Sam się podłożyłem. Pewnie jedną
z nich byłbym i tak. A nawet jeśli nie tym razem… Wszystko wiodło mnie ku domowi.