Jak się czujesz reemigrancie?
Dzień dobry...
...tym w przededniu podjęcia decyzji o powrocie i dzielnym, którzy już są po
niej teraz czerpiąc pełnymi garściami radość z dokonanej zmiany.
Decyzja jest istotna a zmiana wielka z perspektywy podejmującego decyzję.
Zmienia każdy najdrobniejszy aspekt życia. Warto byłoby się zatem naprawdę
dobrze zastanowić. Nie bez wpływu pozostają aktualne zdarzenia w naszym
prywatnym czy zawodowym życiu w przededniu powrotu. Sam długo "pracowałem" nad
ostateczną decyzją a podjąłem ją dopiero w chwili gdy coś poszło nie tak.
Przeglądając poprzednie posty spotkałem się z całym spektrum problemów,
wątpliwości i barier psychicznych z jakimi zmagają się powracający. Rozumiem
je, wiele z nich jest i we mnie. Z wieloma głosami zgodzić się jednak nie
mogę. Częściej głosem tych, którzy nigdy nie emigrowali słychać wzmianki
pożałowania ale i satysfakcji, że my wyjeżdżający na własne życzenie
sprawiliśmy sobie los dziś nas spotykający.
Tych, którzy mówią, że zmarnowaliśmy lata przez nich samych wykorzystane na
cenną edukacje, że nigdy nie sprawdziliśmy swoich możliwości w Polsce, że
wykonywaliśmy najgorsze uwsteczniające nas prace chciałbym zwrócić uwagę, że
nie postrzegam się jako przypadek podpadający pod powyższy schemat a kłopoty z
reintegracją i tak mnie nie omijają. My emigranci przespaliśmy całe lata?
Niestety pogląd ten jest bardzo rozpowszechniony w ojczyźnie. Spotkałem się z
nim bezpośrednio i pośrednio w rozmowach kwalifikacyjnych.
Ja wyjechałem po studiach. Skończyłem dwa uniwersyteckie kierunki. Miałem
okazje pracować jako reporter w lokalnej gazecie codziennej i ogólnopolskiej
telewizji. Miałem okazje przyjrzeć się bardziej kontrowersyjnym źródłom
dochodu i ich spróbować. W końcu jako młodzian po studiach zdecydowałem, że
pójdę drogą komercyjnej pracy - popłynę z prądem.
Postanowiłem dobrze zarabiać, nosić garnitur i piąć się w górę.
Pracowałem jako promotor i handlowiec w dwóch firmach jedna po drugiej.
Zarobki wzrosły a ja przeszedłem na zatrudnienie w oparciu o własną
działalność gospodarczą. W sumie szło mi całkiem dobrze. Pewnego dnia, w
środku mroźnej zimy, rozpalając po raz kolejny w piecu rodzinnego domu,
powiedziałem sam do siebie: "Jeśli radzę sobie tutaj poradzę sobie wszędzie.
Tu nic mi nie ucieknie. Tam daleko, bez atutów komunikacyjnych i wypracowanej
już opinii czeka mnie prawdziwy sprawdzian. Nie tylko sprawdzian. American
dream to przecież nie może być czysta fikcja...". Tydzień później siedziałem
wygodnie w fotelu linii Wawa - Mediolan - Miami zaopatrzony w 700 USD (jadę
mnożyć, nie wydawać).
Tygodnie stresu związanego z pierwszymi krokami w nowym miejscu.
Wielokrotne ocieranie się o granice kompletnego bankructwa. Refleksje
dotyczące własnego systemu wartości. Udowadnianie sobie siły uporu i
determinacji. W praktyce praca w bardzo trudnych warunkach, remontując,
burząc, zmywając i sprzątając. Odpieranie różowych scenariuszy serwowanych
przez dobrze sytuowanych podstarzałych gejów. Mieszkanie w schronisku
(hostelu), tęsknota za domem i krajem, bezproduktywne nasłuchiwanie za polskim
głosem w tłumie i wiele trudności, które wszyscy znamy. Były i nagrody: nowa
architektura, piękna pogoda, błękitny ocean, wielo kulturowa mieszanka, muzyka
wokół, bezinteresowne nowe przyjaźnie, niepowtarzalna atmosfera. Przeżywałem
więcej i głębiej niż moi przyjaciele, którzy pozostali w kraju. Było warto.
Czułem, że się uczę. Na tym etapie głównie języka, odpowiedzialności za
siebie, odporności psychicznej.
Później stopniowo, świadomie zacząłem się specjalizować. Najpierw
"ogólnotechnicznie", potem bardziej konkretnie.