Dodaj do ulubionych

Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi

29.09.04, 13:57
Piszę na gorąco po wizycie cioci, która jak dowiedziała się,że mały ma
wzmożone napięcie, krzykneła "Porażenie?!". To już nie pierwszy taki okrzyk,
pierwszy wydała moja mama, która za bardzo nie wnika w rehabilitację Antka.
Mam wrażenie, że unika tego tematu, za to tata bez przerwy pyta się o efekty.
Kilka dni temu zapytał się, czy Antek już sam siada! A przecież on ma dopiero
4,5 m-ca i nawet zdrowe dzieci jeszcze nie siadają. Mama i teściowa w ogóle
nie opowiadają rodzinie, że mały jest rehabilitowany, jakby to był wstyd.
Druga sprawa, to goście, którzy zaproszeni, chcą nosić Antka na rękach.
Oczywiście biorą go pionowo, nie asekurując głowy. Po kilku takich wizytach
zaczęłam zwracać uwagę, żeby nie nosić go pionowo tylko tyłem do siebie i nie
wkładać na siłę zabawek do rączki, co spotkało się ze zdziwieniem.
Postanowiliśmy więc nie dawać go do noszenia. Mam wrażenie, że najlepiej mi
się teraz rozmawia z mamami, które też rehabilitują lub rehabilitowały
dziecko.
A jak jest u Was ?
Jako anegdotę na koniec, powiem, że moja ciocia przyniosła szarlotkę. I kiedy
opowiadałam jej, że Antek je już marchewkę i jabłuszko, powiedziała "A może
Antkowi damy kawałek ciasta!".
Obserwuj wątek
    • madziulec Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 15:55
      Ja z kolei mam wrazenie w odwrotna strone. Ze ojciec nie ma jak pochwalic sie
      synkiem, bo chory, bo cos mu dolega.
      I jedna czesc rodziny rozumnie - aktywnie uczestniczy w rehabilitacji i
      jakos "kuma" co i jak.
      Druga czesc powiedziala "fajny dzidzius, tylko dlaczego tak placze??". Poza tym
      wciaz mam wrazenie, ze nie wiedza jak maly ma na imie, bo uparcie mowia o nim
      dzidzius....
      I to jest straszne, ze wlasnie sie tego nei rozumie, ze takie dziecko trzeba
      klasc inaczej, nosic inaczej. Nie, nie jest inne. Ono jest wlasnie wyjatkowe,
      ale wymagajace naszej opieki, innej opieki, niz wiekszosc dzieci.
      --
      madziulec.blog.pl
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=22158 - Forum Reflux dróg moczowych
      Moje Słoneczko - www.noworodek.pl/modules.php?
      name=coppermine&file=thumbnails&album=328
    • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 16:23
      niezly watek, az sie boje zaczac pisac bo chyba nie skoncze przez tydzien tyle
      mi sie uzbieralo na ten temat historii, a co jedna to "lepsza"
      no i akurat tak sie sklada, ze z rodzina najtrudniej bylo przeprowadzic ten
      temat i nigdy sie do konca nie udalo...
      chyba jednak nie pisze dalej, bo czuje nadciagajaca fale zółci :))
      odczekam chwile, moze ktos sie odezwie :))
    • qdachi Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 17:12
      Witaj. U nas znowu było tak, że dziecko zdrowe a ja się czepiam, wymyslam
      jakieś nie stworzone choroby i że mam najwidoczniej duzo pieniędzy skoro co
      chwilę latam do prywatnych lekarzy. Dziecko śpiąc odchylało głowę do tyłu,
      czasami tak bardzo ąz płakał bo go bolało i nie mógł jej wyprostować- mówili,
      że dziecko tak śpi bo mu wygodnie. Tych przykładów jest tysiące.
      pozdrawiam
      • jagnisia5 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 17:58
        Witajcie,
        qdachi - u mnie bardzo podobnie: rodzina twierdzi, że wymyślam, że marnuję
        pieniądze, no i oczywiście uwagi typu: już go nie męcz, zrób mu dziś dzień
        dziecka. Do moich teściów nie dociera, że noszenie Piotrusia na rękach
        zwiniętego w chińskie "8" przez dobrą godzinę na pewno mu nie pomoże.
        Rodzice w drugą stronę - boją się dotykać, żeby coś "nie popsuć".
        A znajomi - cóż... towarzystwo trochę się wykruszyło, zanim zaczęliśmy
        rehabilitację. Ale Ci, którzy pozostali bardzo mnie wspierają.
        Aha, i jeszcze pozostaje mi najtrudniejsze zadanie: przekonać własnego męża
        (typ niereformowalny) co do słuszności podjętej rehabilitacji :-)))
        Pozdrawiam - Agnieszka
    • iza_luiza Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 17:22
      No ja sobie rodzinkę już wychowałam. Odkąd odpowiedziałam mojej Babci na stały
      tekścik: "a twoja Mama to jak miała 4 miesiące to już siedziała i skrzynkę
      pomarańczy zjadła, a wujek Andrzej to już stał w łóżeczku jak miał pół roku",
      na co ja powiedziałam "no cóż, tylko te moje dzieci takie niedorozwinięte..."
      Od tamtej pory Babcia się bardzo pilnuje. Przepraszała mnie, że absolutnie nie
      to miała na mysli, że to z troski, itp. Ale już tak nie mówi.
      A reszta rodziny spoko, teściowa wynajduje wycinki z gazet o uzdrawiaczach i
      daje na mszę, moja Mama wysyła mnie do jasnowidzów i wróżbitów, ale do tego się
      już przyzwyczaiłam, wdzięczna jej jestem za wynalezienie terapii czaszkowo-
      krzyżowej po drodze :-)))
      Znajomi.., chyba się przyzwyczaili, że ja ciągle o Maćku i rehabilitacjach,
      niektórzy już nie dzwonią ale może to i lepiej. Smutno mi tylko jak koleżanki
      opowiadają jakie ich dzieci młodsze od Maciusia poczyniły postepy, ale nie mam
      pretensji bo rozumiem, że każda mama chce się pochwalić. Sama też się kiedyś
      chwaliłam i do głowy mi nie przyszło, że mogę kogoś zranić. Fortuna kołem...
      A dzisiaj idę z siostrą na kawkę i po sklepach pobuszować, muszę odpocząć i mój
      wielki dół jakoś przysypać :-)))

      --
      "Całe cierpienie bierze się stąd, że człowiek jest niezdolny siedzieć w
      milczeniu i samotności."
      A. de Mello

      oto Maciuś i Luiza :-)))
      • fionna Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 29.09.04, 23:12
        A moja rodzina (mama, tata i teściowa na dokładkę) uważają, że młody nie
        chodzi, bo nie pozwalałam go wsadzać do chodzika (oczywiście obniżone napięcie
        to wymysł mój, lekarzy i rehabilitantki, którzy chcą wyciągnąć kasę). Gdyby
        miał chodzik, to dawno by chodził. Ze mną nikt do neurologów nie chodził, itd.
        Próbowali młodego stawiać na siłę (robi tzw. przeprosty), to ich postraszyłam,
        że to się może skończyć operacją, to przestali.
        --
        céad míle faílte
        fionna
    • alicja342 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 30.09.04, 13:50
      Oj duzo by pisać!Mały ma 3,5roku i robi niewielkie postępy z mową .Tak ze na
      etapie jest mowa.Od mojej tesciowej słysze tylko:" a powiedz coś babci,a ja Cie
      nic nie rozumię ,a zaczął byś juz coś mówić a kiedy coś powiesz" itp itd Zdaje
      sobie chyba sprawe ,że ja tez na to czekam i takie durne kpmentarze mnie
      dobijają .tak samo było z chodzeniem Boże ile ja się nasłuchałam .Konczę bo
      czuję ,że zacznę klnąć i takie teksty mówi pani pedagog z wyższym wykształceniem
    • madzik78 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 30.09.04, 14:09
      Znam to!! Rodzice na poczatku bali sie dotykac malego a teraz biora go na rece
      ale nie tak jak powinni,ja sie denerwuje i zwykle konczy sie klotnia..mama
      twierdzi ze trzyma go dobrze bo --Tyle dzieci sie tak wychowalo i zawsze sie
      tak trzymalo..!!! albo ze nic mu nie bedzie jak go tak ponosi czy
      podniesie..jak probowalam ja nauczyc odpowiedniego podnoszenia to zdenerwowala
      sie i wyszla..znajomych tez prosze zeby nie brali malego na rece ale patrza na
      mnie jak na dziwna..!!! a ja juz czasami niemam sil..staram sie wiec jak
      najwiecej czasu spedzac z Mateuszem i nosic go sama..a znajomi blizsi
      rozumieja..dalszym niechce mi sie tlumaczyc...pozdrawiam...Magdalena
    • joanna35 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 30.09.04, 16:56
      W przeciwieństwie do wsparcia jakiego udzielali nam, mnie, obcy ludzie rodzina
      nie stanęła na wysokości zadania. Zupełnie nie potrafiła znaleźć się w nowej,
      trudnej dla wszystkich, ale przede wszystkim dla nas sytuacji. A wsparcie
      najbliższych czyli naszych rodziców, którego wtedy nie otrzymaliśmy wcale, a i
      teraz niewiele, było nam wtedy bardzo potrzebne.
      Ja zrezygnowałam z poinformowania własnych rodziców, zwłaszcza matki, już w
      momencie kiedy stało się jasne, że nasze życie rodzinne nie będzie takie
      lekkie, łatwe i przyjemne jak sobie wcześniej zaplanowaliśmy. Odkąd pamiętam
      nigdy nie miałam dobrych relacji z matką, rzadko kiedy, żeby nie powiedzieć
      nigdy, otrzymywałam od niej wsparcie w sprawach dużo mniejszego formatu,
      związanych np. ze szkołą, natomiast często w odpowiedzi na moje zwierzenia z
      niemą prośbą o podtrzymanie na duchu słyszałam, że to czy tamto jest moją winą,
      że sama jestem sobie winna itp. Trudno więc się dziwić, że podjęłam decyzję nie
      informowania mojej mamy o stanie Miłosza tak długo jak się da. Poza oskarżaniem
      mnie o urodzenie chorego dziecka, co zresztą nastąpiło w późniejszym okresie,
      bowiem moja matka nie byłaby sobą gdyby nie przeprowadziła w tej sprawie
      dochodzenia, obawiałam się, że z ubolewaniem będzie opowiadać o tym jakie nas
      nieszczęście spotkało każdemu kto zechce słuchać, a w tamtym okresie wszystko
      było mi potrzebne tylko nie robienie sensacji z tragedii mojego dziecka, bo to
      ono było jedyną osobą, którą tragedia dotknęła, nie my, ani tym bardziej jego
      babka. To nie my zostaliśmy poddani serii bolesnych zabiegów podczas pobytu w
      szpitalu, to nie przed nami rysowała się przyszłość pozbawiona większych szans
      na szczęśliwe, wg. normalnie pojętych standardów życie. My mieliśmy się dobrze.
      Do dzisiejszego dnia reaguję alergicznie w odpowiedzi na słowa ”jak ja się
      martwię o to dziecko” wypowiadane przez osoby, które palcem przy nim nie
      kiwnęły. I nic nie wskazuje na to, żeby kiedykolwiek miały kiwnąć. O tym, że
      Miłosz jest chory poinformowałam moją matkę w telefonicznej rozmowie pięć
      miesięcy później, tylko dlatego, że zostałam do tego zmuszona przez życie czy
      raczej awans męża, który wymagał „oddelegowania” go do zajęcia się sprawami
      zawodowymi, a mnie zmusił do zwrócenia się o pomoc do własnej matki. Przez
      następny rok moja matka nie zdobyła się na to, żeby wziąć małego na ręce, co
      nie przeszkadzało jej ciągle dokuczać mojemu ojcu, który jako jedyny z całej
      czwórki „dziadków” potrafił się wobec dziecka zachować, za co zawsze będzie
      miał miejsce w moim sercu.
      Otóż mój ojciec, prosty człowiek, od początku widział w Miłoszu najpierw
      dziecko, a dopiero później, jeżeli w ogóle, bo nigdy na ten temat ze mną nie
      rozmawiał, chore dziecko. Godzinami mógł nosić go na rękach, przytulać,
      ściskać, zasypiać z nim. Dziadek do dzisiejszego dnia jest najlepszym
      usypiaczem.
      Nigdy też, kiedy pojawiał się temat Miłosza nie przybierał miny ponurej jak
      dożywotni wyrok, co połączone ze współczującym kiwaniem głową doprowadzało
      mnie do szału i sprawiało, że szybko kończyłam temat. Mój ojciec uważał, że nie
      może być aż tak źle, bo „synek na to nie wygląda” i ta jego wiara płynąca z
      całkowitej niewiedzy i pozbawiona zupełnie, podobnie jak i moja racjonalnych
      przesłanek, dodawała mi sił.
      Wracając do mojej mamy -przez rok nie potrafiła zmusić się do wzięcia Miłosza
      na ręce, a zdobyła się na ten heroiczny czyn w poczuciu wielkiej krzywdy jaką
      wyrządziły jej moje słowa wypowiedziane w obronie taty na jej kolejną złośliwą
      uwagę skierowaną pod jego adresem, a dotyczącą „męczenia” dziecka. Powiedziałam
      mianowicie, że dziadek Jurek to jedyny dziadek ze wszystkich dziadków i babć,
      jakie ma, bo reszta najchętniej zapomniałaby w ogóle, że dziecko żyje, co
      akurat najbardziej dotyczyło moich teściów.
      Myślę, że dla mojego ojca opóźnienie w rozwoju Miłosza nie będzie stanowić
      nadal większego problemu i jego sposób traktowania go w niczym nie będzie się
      różnił od sposobu traktowania starszego wnuka. A na pewno nie będzie powodem do
      zamykania dziecka w domu czy na własnym podwórku ze strachu przed opinią
      innych, mało delikatnych ludzi.
      Mój mąż poinformował swoją matkę o stanie Miłosza kilka dni po tym jak my
      zostaliśmy uświadomieni w tej kwestii. Teścia przy tej rozmowie nie było,
      wiadomości ze szpitala gdzie walczył o życie jego młodszy wnuk przekazała mu
      teściowa, a on tak bardzo przejął się tymi wieściami, że przez następne pół
      roku nie mógł wyjść z szoku spowodowanego tą wiadomością, bo jak inaczej
      tłumaczyć fakt, że przez następne sześć miesięcy nie padło żadne słowo
      dotyczące nie tylko zdrowia Miłosza, ale przede wszystkim samego faktu jego
      istnienia. Nie ma dziecka nie ma problemu. Nawet kiedy parę razy przychodził,
      żeby zabrać Mateusza na spacer to z daleka, jeżeli można użyć tego określenia
      ww przypadku dwupokojowego mieszkania, omijał pokój, w którym w łóżeczku leżał
      cichutko Miłosz. Kiedyś usiłowałam przeprowadzić z nim rozmowę na temat tego
      jakie jego zachowanie wobec młodszego wnuczka jest dla mnie bolesne, ale wyszło
      na to, że ja mam omamy, bo przecież on jest taaaki zainteresowany, dałam więc
      sobie spokój.
      Z kolei teściowa doprowadzała mnie do szału swoją ignorancją przejawiającą się
      np. w pytaniu mojego męża czy Miłosz mający wtedy cztery miesiące już siedzi,
      albo dwa miesiące później czy stoi. Podobne pytania zadawała w przypadku
      Mateusza, ale ponieważ mój starszy syn od początku rozwijał się prawidłowo więc
      w jego przypadku kompletna nieznajomość etapów rozwojowych niemowlęcia przez
      kobietę mającą trójkę dzieci wywoływała u mnie pobłażliwy uśmiech, który w
      obliczu choroby mojego młodszego dziecka zmieniał się w trudną do ukrycia
      irytację jej głupotą.
      W ogóle w tym początkowym okresie, do roku, w irytację wpadałam dość często.
      Ludzie zupełnie nie rozumieją istoty problemu i nawet słowa czy opinie
      wypowiadane w dobrej wierze potrafiły wywołać we mnie uczucia od głębokiego
      żalu do irytacji. Nie rozumieją, bo też zrozumieć uczucia i reakcje rodziców
      chorego dziecka mogą tylko ludzie , którzy byli lub są w podobnej sytuacji.
      Nikt inny choćby nie wiem jak bardzo starał się rozumieć nie jest w stanie tego
      ogarnąć swoim umysłem. Można tylko starać się współ odczuwać - nie mylić ze
      współczuciem.
      Zaobserwowałam, że w zetknięciu z chorobą, a zwłaszcza chorobą dziecka
      większość znanych mi ludzi, zwłaszcza kobiet, we własnym mniemaniu stawała się
      lepsza niż rzeczywiście była. Dotyczy to pokolenia mojej babki i matki, bo już
      reakcje moich rówieśników czy młodszych ludzi były inne, powiedziałabym
      bardziej normalne, na zasadzie - to przykre co was spotkało, ale nasze życie na
      tym nie ucierpi, a wy musicie sobie jakoś radzić. W przeciwieństwie do nich
      ciotki, sąsiadki przyoblekały swój najbardziej pokutno-cierpiętniczy wyraz
      twarzy, żeby wszyscy mogli zobaczyć jakie one są poruszone i zmartwione tą
      wiadomością i jak bardzo przejęte losem naszego dziecka. Jakie one w tym
      momencie były dobre, pełne miłości, zwłaszcza tej, której nie miały dla
      własnych dzieci, jakie wrażliwe, we własnych oczach, bo oczywiście, poza
      grobowymi minami i łzawymi oczami ta wrażliwość nie przekładała się na język
      realnej pomocy przy zajmowaniu się obiektem użalania.
      Takie sabaty czarownic, nawet jeżeli była tylko jedna czarownica denerwowały
      mnie także z innego powodu, a mianowicie na tle tych uczuciowych, przejętych
      swoją rolą niewiast zatwardziałość mojego serca stanowiła mocny, żeby nie
      powiedzieć szokujący kontrast. W końcu to ja byłam matką chorego dziecka i
      powinnam wylewać łzy rzęsiste, ku uciesze publiki, która wreszcie mogłaby
      dowartościować się moim kosztem i przytulić biedną ofiarę niesprawiedliwego
      losu do współczującej piersi. A ja nie dość, że swoim zachowaniem nie
      stanowiłam pożywki dla p
    • akinga2 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 10.11.04, 12:47
      Nie chcę się dużo o tym rozpisywać, bo powstałaby z tego "historyjka". Ciągle
      słyszałam komentarze "ta nowoczesna rehabilitacja". ludzie myślą że chodzę na
      nią bo taka jest moda!!!
      Jak bylismy na spacerze, to jakaś pani zapyatła mnie czy moje dziecko (miało
      wtedy ok. 2,5 roku) musi nosić okulary. Ręce mi się załamały i powiedziałam jej
      że nie musi, ale mi sie tak podoba i dlatego mu założyłam...
      Moje dziecko ma obecnie 4 latka, jeszcze nie mówi, chodzi, ale ma jeszcze
      problemy z utrzymaniem równowagi - nie wiem, może jestem przewrażliwiona, ale
      często widzę jak ludzie się zatrzymują GAPIĄ!!!
      A najgorzej jest z rodziną....

      Pozdrawiam
      • mruwa9 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 10.11.04, 14:39
        Moja tesciowa ostatnio zatelefonowala, zeby sie spytac, czy nasza mala juz jest
        zdrowa. Niby pytanie ok, ale rzecz dotyczy opoznienia rozwoju i padaczki...
        Na wszelki wypadek okrylam sie warstwa teflonu i tego typu pytania odpadaja ode
        mnie. W ogole nie przejmuje sie nimi, robimy swoje. Dla nas mala jest i tak
        Doskonaloscia Roku 2001, 2002, 2003, 2004..... mimo swojej niepelnosprawnosci.
        • agabu Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 12.01.05, 17:26
          Oj, wczoraj miałam okropnego doła i nawet chciałam założyc podobny wątek
          A tu - proszę, znalazłam narzekania innych, zawsze to lepiej ponarzekać
          wspólnie :-).
          Kontakt z moimi rodzicami mam ograniczony, mieszkają w innym mieście, 300 km.
          Maćka (prawie 2 latka) widują kilka razy w roku, a że nie jest z nimi
          szczególnie zaprzyjaźniony (w zasadzie ich nie zna, co jest kolejnym kamyczkiem
          do ogródka kłótni), więc i nie garnie się do nich jakoś szczególnie.
          Moi rodzice (dwoje dzieci własnych, dwójka nie-do-końca-zdrowych wnuków na
          miejscu, czyli dzieci mojego Brata) NIE ZAUWAŻYLI że coś jest nie tak.
          Tzn zauważyli, że Maciek posługuje lewą rączką i zrobili tragedię rodzinną z
          faktu, że jest leworęczny !!!!! (a Macio ma po prostu prawą rączkę niesprawną i
          jest rehabilitowany od 4 mż)

          • monkastonka Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 08:51
            Szkoda że jest to standard, moi rodzice nie chcieli słuchać udawali że nie
            słyszą nie widzą itd, nie chcą rozmawiać na ten temat,
            uważają że problemu nie ma tylko jak założyłam Maciusiowi jego buciki
            ortopedyczne i lewy z koturnem zapytali czy nie mam innych butów
            Maciuś płakał jak rehabilitowałam go Vojtą i robiłam to tylko ja bo inni
            twierdzli że męczę dziecko i robię mu krzywdę bo płacze.
            W piaskownicy tylko raz dzieci zapytały "psze pani a czemu Maciuś ma takiego
            dziwnego bucika" a potem bawiły się z nim i nawet mu pomagały.
            Najbardziej nie mogę znieść jak ktoś się natarczywie gapi jest to krępujące dla
            mnie i pewnie dla Maciusia też.

            --
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=17483903&a=174839038wr.x=2
            To jest mój skarb
              • iza_luiza Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 11:11
                Tia....
                Moja Mama ostatnio jak wpadła do mnie (a nie zdarza się jej to często), walnęła
                taki tekst patrząc na Maćka:
                - wiesz, jak on tak nawet nie zezuje i patrzy na mnie, to wygląda jak całkiem
                normalny chłopczyk...

                Rozumiem, że miało mnie to podnieść na duchu, że czasem wygląda normalnie, bo
                przecież nie jest normalny..

                Wymyśliła też, jako osoba zorientowana bardzo mocno na New Age i te klimaty, że
                nie powinnam przeszkadzać Maćkowi zaciskać pięści, bo on sam się leczy w ten
                sposób, trzyma mudry po prostu... Na mój protest się obraziła i stwierdziła, że
                ja żadnej prawdy nie przyjmuję a ona ma przecież rację. Nic tylko zwariować :)))

                Dla niezorientowanych: mudry to taka joga palców, umiejętne przyciskanie
                wszystkich kolejno palców w gestach "jogi mudry" - leczy całe ciało, wszystkie
                narządy wewnętrzne, itd. wg tradycji wedyjskiej i buddyjskiej.

                --
                This is no ordinary love...

                Znowu więksi :DDD
    • mama_michalka Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 12:32
      No wreszcie sie wygadam. Staram sie oczywiscie nie zloscic na wszelkie uwagi
      typu: przesadzasz, Maly sam by sobie tez poradzil, itd. Jesli mam byz szczera,
      to sama na poczatku uwazalam, ze chyba przesadzam, a nasza pani pediatra tylko
      utwierdzala mnie w tej opinii.... Ale gdy zobaczylam swojego Maluszka jaki jest
      bezradny lezac na brzuszku i wyginajac raczki i nozki na wszysykie mozliwe
      strony, tylko nie tam gdzie powinien, to mnie oswiecilo... Na poczatku byly
      ciagle nerwy zwiazane z wizytami u rodzinki meza. Kazdy chcial Mlodego
      potrzymac, ponosic... Tlumaczylam, pokazywalam... Okazali zrozumienie. Starali
      sie. Bylam w szoku! Moja mama wprost mi walnela, ze doszukuje sie choroby u
      wlasnego dziecka, zeby zwrocic na siebie uwage. Zabolalo. Tym bardziej, ze
      tesciowie okazali sie tacy wspaniali. Dzwonia, pytaja o postepy. Co do
      znajomych, to na poczatku Maly straszliwie krzyczal podczas spacerow. Kazdy sie
      dziwil co sie temu dzieciaczkowi dzieje. Ciezko bylo tak wszystkim tlumaczyc
      (male osiedle, wszyscy sie znaja). Dalam wreszcie spokoj i na spacery
      chodzilismy do dalej polozonych skwerkow. Podsumowujac: pol rodziny ok, drugie
      pol nie ok. Znajomi pytaja, ale nie sluchaja (wiekszosc). Pozdrawiam wszystkie
      mamusie i wszystkie dzieciaczki.
      M
      --
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=19132861&a=19328363
    • magda_poland Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 16:11
      Przyznam się, że jeszcze kilka miesięcy temu byłam bardzo drażliwa na opinie innych n/t. rehabilitacji czy samego Antka. Teraz nabrałam troche dystansu i uwagi typu "dziecko samo się najlepiej rehabilituje" zbywam uśmiechem. Niedawno odwiedziła mnie koleżanka, opowiedziałam jej, co i dlaczego, a ona na to "co ty powiesz, nigdy bym nie pomyślała, wygląda całkiem normalnie!". Moja ciocia, sprawdza Antka w ten sposób,że bierze grzechotkę i macha mu ją przed nosem a kiedy on spojrzy się, mówi "no widzisz, będzie wszystko dobrze" Hehehe...Poza tym normalka u mnie, to dłuższe obserwowanie dzieciaka, jakby był jakim eksponatem, oraz zwalanie jakiś jego upodobań na karb wzmożonego napięcia i innych tego typu problemów, że niby dlatego Antek nie lubi, jak ssie cyca, jak gadam do kogoś.
      • agabu Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 16:28
        To nawet nie to, że ja jestem przewrażliwiona na opinie innych osób, dla
        postronnych wada Macia nie jest tak widoczna i nikt się na niego nie gapi.
        Chodzi mi raczej o postawę moich rodziców, którzy MUSZĄ być w centrum
        zainteresowania.
        Nie chcę im mówić, że z Maciem coś nie tak, bo to będzie ICH krzywda, że to ONI
        mają takiego chorego wnuka i ONI są tacy biedni.
        A wina i tak byłaby moja, bo poszłam do pracy - nie mogą mi tego darować (nic
        to, że Macio miał wtedy 9 miesięcy, a ja nie jestem z typu siedzących w domu i
        już dostawałam nerwicy).
        Mój Brat ma dwoje bardzo bardzo alergicznych dzieci, ale to moi rodzice są
        biedni, bo nie mogą im dać lizaka (dzieci mają uczulenie na takie dodatki,
        które dają kolorki i miały na cukier). A winna jest moja Bratowa - bo je głodzi
        (czyli nie daje im kiełbasy).
        Tekst który mnie dobił "Mamo, dlaczego dałaś Małej ziemniaki, przecież wiesz,
        że jej nie wolno?" "No bo tak bardzo chciała, przecież taki mały ziemniak na
        pewno jej nie zaszkodzi a zobacz jak się cieszy. Co, to ja nawet ziemniaka już
        jej nie mogę dać?" (z relacji bratowej).
        Więc nie mam ochoty się podkładać.
        Za to teściowa jest w porzo i się słucha i rozumie i bardzo bardzo pomaga.
        • ewablabla Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 13.01.05, 23:22
          Hmmm tak naprawde to nic dodac nic ując, kropka w kropke takie same relacje i
          problemy z rodzinką i znajomymi!!>>...Wymyslasz,nie czytaj już bo znowu czegos
          sie dopatrzysz, za moich czasów nie było asymetrii i napiecia i tak w kółko!!!
          Mam tego dosyc, nie słucham mamy i swojej rodzinki bo nie chce ich urazic a
          jestem tego bliska!!!czy oni, mysla ze mi latanie po lekarzach przyjemnosc
          sprawia, ze nie chciałabym usłyszec od lekarza wszystko jest w porzadku!!!!ooo
          losie...!!!
          Ewa I Julka
          --
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=18134807
    • magda_poland Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 15.01.05, 22:18
      Wczoraj moja mama powiedziała patrząc się na Antka, leżącego na brzuszku:"jak to dziecko pięknie i szybko się rozwija!" Buhahahaha. To było słodkie. Moja mama na pytanie sąsiadki, jak tam wnuczek odpowiada "ach, Antek, ma już dwa zęby! A jakie włosy...warkocze można pleść!". Za nic nie powie,że jest coś nie teges.
      • trolka72 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 03.09.05, 10:51
        Moja mama czasem zajmowała sie małym jak wychodziłam, kiedy usłyszałam, ze
        powinnam go inaczej nosić etc. powiedziałam mamie, ze nie mogę wyjść, bo ona
        nie będzie umiała się nim zajać, mama na to: to mnie naucz. Tesciowie mają z
        nami rzadszy kontakt, ale pytają, wspierają, nie robią nic wbrew zakazom, jak
        ćwiczyłam u nich Vojtę, mały ryczał, to zareagowali: jak mus to mus. Jestem im
        wszystkim wdzieczna. Ze nie robią nic inaczej, wspierają.. A teściom za ich
        postawę; że jak coś jest nie tak w rozwoju (zachowaniu, stopniach, czymkolwiek)
        dziecka to i tak dziecko jest kochane a oni są z niego dumni.
        • igge Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 11.09.05, 21:00
          Znajomi niektórzy cudownie "normalnie" traktują Monię, niektórzy nieświadomie
          sprawiają mi przykrość mówiąc, że "takie" dzieci obecnie mają o wiele lepsze
          perspektywy niż kiedyś. Jakie do diabła "Takie" ?? Ciotka pouczała mnie, że
          powinnam od rana do nocy ćwiczyć małą, żeby była "normalna". Dla mnie i dla
          większości osób ona przecież jest normalna miała po prostu wypadek przy
          urodzeniu i już! stąd kłopoty z chodzeniem. A ja chcę, żeby miała zwykłe
          szczęśliwe dzieciństwo a nie kierat od rana do nocy.
          Koleżanka najbliższa ucieszyła się szczerze, że mała nie ma żadnego opóźnienia
          umysłowego - to też zabolało bo gdyby była dłużej niedotleniona przy porodzie
          to kto wie co by z nią było. I co wtedy moja koleżanka nie wiedziałaby jak się
          zachować?
          Znajomej synek urodził się z zespołem Downa i moim zdaniem jest jak
          najbardziej 'normalnym" dzieckiem słodkim i mądrym.
          • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 11.09.05, 21:25
            Osmiele sie stwierdzic, ze brak opoznienia umyslowego to jednak jest powod do
            radosci. O ile okreslenie "normalny/nienormalny" nie jest najszczesliwsze o
            tyle nie uwazam, ze miedzy dziecmi zdrowymi i chorymi jest jednak ogromna
            roznica. Kazda normalna mama swoje dziecko kocha jakie by nie bylo i w
            oczywisty sposob pragnie jego akceptacji przez otoczenie, a ta akceptacja
            powinna byc naturalna, ale inna zupelnie sprawa jest przyszlosc dziecka, ktora
            normalna mama rowniez ma na uwadze. I tak sie sklada, ze przyszlosc dziecka
            opoznionego umyslowo stoi, przynajmniej w naszym kraju, pod wielkim znakiem
            zapytania i jest sie o co martwic.
            Nic nie martwi mnie obecnie bardziej niz stan umyslu mojego dziecka, bo o ile
            chodzic nie musi, zeby sobie w zyciu poradzic, o tyle sprawny umyslowo powinien
            byc, zeby miec szanse na przetrwanie.
            Szczesliwe dziecinstwo i poczucie bycia kochanym i akceptowanym przez rodzicow
            to nie wszystko. To dziecinstwo kiedys sie konczy, a rodzice odchodza, co wtedy?
            Jakie zycie maja osoby dorosle uposledzone umyslowo? A zyja tak samo dlugo jak
            zdrowi ludzie czyli dziesiatki lat.
            To dobrze, ze takie dzieci, czyli tacy ludzie maja teraz troche lepsze
            perspektywy, a przede wszystkim lepsza opieke w dziecinstwie i szanse na
            zminimalizowanie swoich problemow. Nie ma co sie upierac jednak, ze to takie
            same dzieci jak te zdrowe. Nie sa takie same. Na szczescie sa bardziej kochane
            i akcpetowane niz dawniej, bo zmienia sie mentalnosc, ale niestety nie sa takie
            same. Gdyby byly, nie byloby problemu.
            Pozdrawiam, fajka
            • igge Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 26.09.05, 13:13
              Cześć Fajka! Podliżę się: uwielbiam wszystko co piszesz...
              O opóźnieniu umysłowym pewnie tak naprawdę nie mam pojęcia bo chociaż
              przestałam chodzić do psychologa w CZD (jego testy i ich wyniki za bardzo mnie
              stresowały)to mała tak na oko rzeczywiście go nie ma...(chyba)Jednak boli mnie
              nadmierne przywiązywanie wagi do IQ zamiast do emocji malucha i jego
              społecznych interakcji. O przyszłości dziecka to ja głupia w ogóle nie myślę,
              nie chcę, boję się, generalnie żyję dniem dzisiejszym, staram się cieszyć, że
              nie grozi mi syndrom opuszczonego gniazda kiedy mała dorośnie bo niekoniecznie
              będzie wtedy na tyle samodzielna, żeby się wyprowadzić. Serdecznie współczuję
              (skoro Fajka przypomniałaś mi słusznie, że w Polsce przyszłość osób z
              niepełnosprawnością umysłową jest niepewna) rodzicom dzieci opóźnionych umysłowo
              (mam nadzieję, że nie urażę nikogo) i odczuwam większą więź z nimi niż ze
              światem "zdrowych" rodziców "zdrowych" dzieci. Moje dziecko nie zgadza się aby
              nazywać go "chorym", "niepełnosprawnym" i stąd dziecinnie może upieram się, że
              nie powinno się nazywać i uważać dzieci borykających się z poważnymi problemami
              za dzieci "chore", specjalnej troski. Można i trzeba pogodzić się z ich
              rozczarowaniami, doceniać ich małe i duże sukcesy, pomóc im skupić się na
              kolejnych próbach znalezienia rozwiązań ale nie nazywać, nie traktować je
              jak "chore" bo one są zdrowe: nie mają anginy, nowotworu, kaszlu,
              gorączki,jakiegoś toczącego się procesu chorobowego tylko muszą być
              rehabilitowane. Wypadki się zdarzają i one miały jakiś wypadek,który spowodował
              konieczność ćwiczeń. OK może nie są takie same ale kto jest? Wszyscy się czymś
              różnimy, jedni w bardziej inni w mniej widoczny sposób. Zresztą takie same jak
              kto? Sąsiad z osiedla, inne dziecko z poradni rehabilitacyjnej? Wymagają więcej
              pracy i wysiłku ze strony rodziców i tyle.
              Fajka ja się z Tobą absolutnie zgadzam a jednocześnie nie zgadzam. Kończę bo
              chyba piszę głupoty. Buziaki.
              • mruwa9 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 26.09.05, 21:55
                Ja akurat preferuje okreslenie "dziecko specjalnej troski", bo nasze dzieci
                wlasnie takie sa- wymagaja szczegolnej uwagi, szczegolnej troski. Nie cierpie
                okreslen: dziecko niepelnosprawne, uposledzone, kalekie, opoznione.. Opoznione
                to bylo w niemowlectwie, gdy poszczegolne etapy osiagalo w dobrej kolejnosci,
                ale pozniej, niz przewidywaly normy rozwojowe..coraz pozniej, coraz wolniej...
                Teraz jest to pewne- nie mowie o opoznieniu, bo dziecko idzie swoim wlasnym
                rytmem i w swojej wlasnej kategorii jest doskonale i madre. Coz, ze wszyscy
                pedza autostradami, mojemu dziecku dany jest spacerek sciezka przez las. I nie
                chodzi o przymierzanie IQ do IQ innych, pelnosprawnych dzieci. Coraz trudniej
                tez nie myslec o przyszlosci: konczy sie przedszkole, mozna przez rok, moze dwa
                przetrzymac w przedszkolu dluzej, ale co dalej? Bo zwykla podstawowka nie- wiec
                specjalna, ale gdzie?jaka? Czy szkola specjalna, czy szkola zycia? Czy do czasu
                pojscia do szkoly skoncza sie pieluchy?Czy nauczy sie mowic? czy moje dziecko
                kiedykolwiek stanie sie samodzielne na tyle, zeby samemu wyjsc z domu? Jesli
                tak, czy nie stanie sie latwa ofiara ludzkiej podlosci (od wysmiewania
                poczawszy po wykorzystywanie seksualne przez chlopakow z zawodowek po
                krzakach)? Z kazdym dniem pytan coraz wiecej, choc rzeczywiscie planowanie
                przyszlosci i tak wydaje sie mniej istotna w przypadku TEGO dziecka, niz w
                przypadku pozostalych..mimo wszystko bardziej liczy sie to, co jest tu i teraz.
              • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 26.09.05, 23:00
                Nie no wszystko gites, ja tez sie z Toba zasadniczo zgadzam tylko spojrzalam na
                sprawe od strony praktycznej, prawda?
                W ogole to juz sie nie mowi o dziecku "uposledzone umyslowo"
                tylko "niepelnosprawne intelektualnie", a moim zdaniem jak zwal tak zwal, ja
                takie dziecko mam i paradoksalnie mimo pewnego przewrazliwienia na punkcie
                nazewnictwa w tej dziedzinie wole termin "uposledzenie", bo jest jasny i
                czytelny - pewne funkcje umyslowe, intelektualne czyli sa uposledzone i juz.
                A to co piszesz o emocjach i spolecznych interakcjach swiadczy o intelekcie tak
                sie sklada rowniez.
                Osobiscie uwazam, ze nie przywiazuje nadmiernej wagi do mozliwosci
                intelektualnych mojego dziecka, a jedynie wlasciwa wage. Czy nazwe je chorym
                czy zdrowym ale uposledzonym ma tu znaczenie poslednie moim zdaniem - ot znowu
                nazewnictwo. Fakt jest taki i tu pozwole sobie sie z Toba nie zgodzic, ze moje
                dziecko rozni sie tym od zdrowych, ze jego przyszlosc rysuje sie bardzo
                nieciekawie.
                Rozmawialam wczoraj z czlowiekiem pracujacym w szkole zawodowej dla dzieci
                uposledzonych w stopniu umiarkowanym i dowiedzialam sie, ze jest tak jak
                przypuszczalam. Oni czegos ich tam ucza, np. ogrodnictwa, ale nie ma dla tych
                ludzi pracy. Szansa na samodzielne utrzymanie sie, na robienie czegos przez
                reszte zycia jest mniej niz mierna, wiec uwazam, ze roznia sie znacznie
                bardziej od tych zdrowych niz my od sasiadow, a na pewno rozni sie ich
                sytuacja, przynajmniej tu.
                Ja licze sie z utrzymywaniem mojego dziecka do konca zycia i pewnie trzeba mu
                bedzie wymyslic jakies hobby, zeby nie gnusnial z nudow, ale to nie takie
                proste prawda? I na pewno srednio radosne rowniez.
                Moje dziecko mialo tez wypadek jeszcze plodem bedac i efekt jest taki, ze
                oprocz tego, ze jest niepelnosprawne ruchowo i wymaga cwiczen, jest tez
                uposledzone umyslowo i wymaga specjalnej troski, bo nawet sam sie nie naje ani
                nie wymyje rak. No po prostu taka jest prawda i trzeba jej w oczy spojrzec o
                ile nas dotyczy.
                Ja wlasnie jestem na etapie godzenia sie z tym faktem i szukania jasniejszych
                stron tej sytuacji np. podnosi mnie na duchu fakt, ze moje dziecko jest
                niewatpliwie szczesliwe i zadowolone z zycia, ale od pozostalych faktow uciec
                sie nie da czy nazwe go zdrowym czy chorym. A traktuje go normalnie czyli tak
                jak sie wlasne dziecko, ktore sie kocha traktuje.
                Pozdrawiam serdecznie, fajka
          • judytak Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 26.09.05, 23:52
            no ja nie wiem, czy warto się przejmować nazewnictwem, a nie wnikać w sens
            wypowiedzi znajomych, w to, co oni mówią, i z jakim zamiarem?

            > sprawiają mi przykrość mówiąc, że "takie" dzieci obecnie mają o wiele lepsze
            > perspektywy niż kiedyś. Jakie do diabła "Takie" ??

            ja powiedziałam niezliczoną ilość razy, że bardzo się cieszę, że takie dzieci,
            jak moje, teraz mają dużo lepsze perspektywy, niż kiedyś
            "takie", czyli jakie? no, jak z kimś rozmawiam, to oboje wiemy, co mamy na
            myśli, po co za każdym razem opisywać, że "dzieci urodzone za wcześnie, z
            wylewem krwi do komory mózgowej" albo "z dziecięcym porazeniem mózgowym" (to
            nasz przypadek, każdy ma swój :o))

            > Koleżanka najbliższa ucieszyła się szczerze, że mała nie ma żadnego
            opóźnienia
            > umysłowego - to też zabolało bo gdyby była dłużej niedotleniona przy porodzie
            > to kto wie co by z nią było.

            ja osobiście ucieszyłam się szczerze, kiedy powoli uwierzyłam w to, że moje
            dziecko nie ma aż takiego opóźnienia umysłowego, żeby nie dało się tego
            wyprowadzić na poziom "mieszczący się w normie, z licznymi dysfunkcjami, ale
            taki, z jakim można będzie skończyć szkołę, pracować, zarabiać na życie,
            założyć rodzinę"
            właśnie_dlatego mnie to cieszyło, BO mogło być inaczej, bo ok. 2 lata żyłam w
            niepewności, jak będzie...

            pozdrawiam
            Judyta
              • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 11:43
                Oczywiscie, ze trzeba pozytywnie - to jest pewien slogan, ktory brzmi czasami
                zalosnie, ale cos w tym jest. W moim przypadku przelom w sposobie myslenia
                nastapil, gdy uswiadomilam sobie, ze to ja mam wiekszy problem niz moj rycerz.
                Z jego punktu widzenia to on ma tu ameryke, wszystko fajne jest - jest
                zadowolony, usmiechniety, nic go nie boli, nie ma powodow do narzekan na zycie.
                To ja narzekam, bo mialam powiedzmy inne plany, ale to nie jest wlasciwe
                podejscie w tej sytuacji, bo coz znacza moje plany, gdy patrze na szczesliwe
                dziecko. Jesli on jest szczesliwy to ja nie mam powodu do narzekan. Po prostu
                moim obowiazkiem wobec niego jest byc rowniez szczesliwa, a dotychczasowe
                oczekiwania uznac za bledne.
                Tak to sobie tlumacze i to przywraca mi rownowage. Oczywiscie martwie sie jak
                to zorganizowac, zeby pasmo szczescia rycerza bylo nieprzerwane az do smierci,
                ale jak sie nad tym glebiej zastanawiam to stwierdzam, ze nie jest to
                niemozliwe. W tej chwili nie mam jasnej wizji, bo za wczesnie, ale to co moge
                robic w tej chwili i na pewno nie zaszkodzi, to wszelkimi silami gromadzic
                odpowiednie srodki materialne i tym sie obecnie zajmuje, bo nie wiem jak Wasze
                jasniepanstwo, ale moj rycerz jest wprost stworzony do luksusu ;)
                pozdrawiam, fajka
            • igge Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 11:46
              judytak, ja się przejmuję nazewnictwem bo poczucie wartości i stosunek do
              samego siebie u dzieci kształtuje się przecież w dużej mierze na podstawie
              ocen, które odbierają one z otoczenia. W tym całym nazewnictwie jest jakiś
              element pejoratywny (niepełność, brak, opóźnienie) , który moje dziecko (inne
              pewnie też mówiące i nie mówiące) wychwytuje a sprawia jej to przykrość. Ona
              ostro się buntuje przeciwko takim "etykietkom". Może zaczyna rozumieć, że
              niepełnosprawność ruchowa, intelektualna to jakiś rodzaj nieszczęścia w świecie
              dorosłych. Moja rodzona matka w gniewie potrafi MPD Moni nazwać karą boską za
              np nie chodzenie do kościoła. Albo znowu mówi, że dobrze, że to właśnie nam się
              przytrafiło bo jesteśmy w stanie zapewnić Moni rehabilitację i naukę a jakiejś
              biednej wiejskiej rodziny mogłoby nie stać. Monia jest wielkim szczęściem dla
              nas ( hmmm ... i dla społeczeństwa!) i wie o tym. Kształtowanie się pozytywnego
              stosunku do siebie u "takiego" dziecka jest utrudnione, natrafia na przeszkody
              w rodzaju właśnie "kulawego" słownictwa, nazewnictwa. Język jakoś tutaj
              odzwierciedla społeczne układy i stereotypy, które mi się nie podobają. A
              znajomi mają oczywiście jak najlepsze zamiary tylko ja jestem przewrażliwiona.
              Ale co tam, są naszymi znajomymi i muszą mieć poprzeczkę wyżej ustawioną !
              Niech uważają na to co mówią, szczególnie w obecności córki ale w ogóle też.
              Serdecznie pozdrawiam.
              • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 11:52
                Igge to wszystko prawda, ale nie dotyczy wylacznie naszych dzieci. Sa dzieci
                grube, niegrzeczne, zle i brzydkie - i rowniez cierpia, gdy im sie takie
                etykietki przykleja. To jest zycie. A samoocene i poczucie wlasnej wartosci
                ksztaltuja rodzice a nie znajomi. Wiec albo klosz, albo swiadomy obywatel.
                Ja Cie doskonale rozumiem, bo to cale nazewnictwo fajne nie jest, ale
                identyczna sytuacje ma matka, ktorej corcia wroci ze szkoly zaplakana, bo ja
                nazwali gruba krowa. To od rodzicow zalezy, jak dzieci beda postrzegac siebie i
                swiat, ale kontaktu z zyciem zewnetrznym nie unikna.
                Co zrobisz gdy chroniac dziecko teraz narazisz je na szok, bo jakas durna
                nauczycielka wyrypie przy calej klasie cos na temat jej problemow w stylu
                powiedzmy ordynarnym.
                Trzymam za Was kciuki, ale pamietaj tylko, ze kazdy medal ma 2 strony.
                Buziaki, fajka
              • judytak Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 13:44
                jeśli jakieś zjawisko istnieje, to musi też istnieć nazwa zjawiska :o)

                jeśli zjawisko jest mniej przyjemne, to jakąkolwiek nazwę byśmy nie wymyślili,
                będzie ona oznaczała coś mniej przyjemnego
                nie są to "stereotypy" czy "układy", tylko szczera prawda...

                rozumiem twoje negatywne odczucia, ale zdaje mi się, że nie dotyczą one
                nieprzyjemności nazw, tylko nieprzyjemności sytuacji

                bo jeśli mówisz mi, że uważasz, że lepiej być niepełnosprawnym (np. ruchowo),
                niż nie niepełnosprawnym, albo, że lepiej jest mieć niepełnosprawne dziecko,
                niż nie niepełnosprawne, to chyba jednak nie jesteś szczera ;o)

                zdaje mi się, że dziecko się buntuje przeciwko nazewnictwu, bo tego się uczy od
                rodziców (oczywiście nie mam tu na myśli "kary boskiej", tylko zwyczajowe,
                słownikowo-podręcznikowo-poprawne określenia)
                swoją drogą, chętnie bym usłyszała, co proponujesz zamiast określeń, których
                nie lubisz (pisałaś coś w rodzaju "dziecko po wypadku", wcale mi to nie brzmi
                lepiej...)

                zdaje mi się też, że najwięcej, co mogę robić dla mojego dziecka, to
                uczyć go własnym przykładem
                akceptacji stanu rzeczy, jaki jest
                akceptacji tego, że pewne rzeczy przychodzą mu trudniej, niż innym
                asertywnego zachowania się wśród innych ludzi
                zrozumienia, że każdy jakiś problem ma
                umiejętności rozdzielania tego, co można zapisać na konto choroby, i czego nie
                umiejętności rozdzielania tego, co można osiągnąć, a czego nie
                umiejętności wytyczenia celów wymagających ale możliwych
                rozpoznania własnych mocnych stron, rozwijania zainteresowań
                być sobą i wstydzić się tylko wtedy, kiedy zasłużyło ;o)
                i tym właśnie przyczyniam się do kształtowania pozytywnej samooceny, która się
                zasadza na rzeczywistości, i dlatego jest odporna na "ataków" z zewnątrz...

                przynajmniej taka jest moja recepta :o)

                pozdrawiam
                Judyta



                • fajka7 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 14:00
                  Judytak bardzo fajnie to ujelas.
                  Jesli jakis problem jest (przyznaje, ze nie wiem dokladnie jaki jest u Igge)
                  udawaniem, ze go nie ma dziecku sie nie pomoze. Bo jesli faktycznie istnieje
                  problem niewyimaginowany, tylko rzeczywisty, dziecko nigdy go nie zaakceptuje,
                  jesli nie zrobia tego najpierw rodzice.
                  Nie da sie wszystkim wokol zakazac mowic o sprawie i nazywac ja po imieniu.
                  A Twoja recepta jest idealna.
                  pozdrawiam, fajka
    • jo5 Re: Rehabilitowane dziecko a rodzina, znajomi 27.09.05, 14:22
      A w tym wszystkim należy powoli wychowywać społeczeństwo, żeby się nauczyło
      tolerancji i akceptacji, żeby zrozumiało że wokół nich żyją ludzie, którzy
      potrzebują większej pomocy, więcej miłości, więcej zrozumienia. Małe dzieci od
      kołyski powinny wiedzieć, że nie każdy jest taki sam. To nie jest proste, ale
      jest możliwe do zrealizowania. Ja doskonale wiem, że nie ma dużo czasu, albo go
      nie ma wcale, na kontakty towarzyskie, bo ciągle wizyty lekarskie,
      rehabilitacja, odpowiednia literatura. Ale myślę, że dotychczasowe grono nie
      zamyka się na ludzi, tylko dlatego że urodziło się komuś chore dziecko. Często
      ci ludzie chcą pomóc i nawet nie wiedzą jak, a nie każdemu starcza wyczucia,
      żeby nie zranić. Chyba powinniśmy wyjść im naprzeciw i mówić do nich otwartym
      tekstem. Chyba wyrażam się mało jasno, ale myślę że mnie rozumiecie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka